Polska pikareska

Utworzono: niedziela, 24 kwiecień 2016 Radosław S. Czarnecki Drukuj E-mail


 

Tradycja antyintelektualna jest  w polskości potężna.
Jacek Żakowski

 

Czarnecki-do zajawkiW iberyjskim kręgu cywilizacyjno-kulturowym funkcjonuje pojęcie pikareski*. To taki zwierzak, gryzoń-gamoń, nawet  skunks (czyli podłej, cuchnącej konduity) wyżerający niewidomemu rodzynki z leżącego przed nim ciasta. Chilijski pisarz Luis Sepulveda , opisujący kryzysową sytuację społeczeństwa hiszpańskiego (p. Bajka o kocie Felipe Gonzalesa), zauważył, iż taką pikareską stał się dla Hiszpanii postfrankistowskiej system bankowy i kredyty dla budownictwa. I to zarówno w czasach, gdy rządziła lewica, jak i za rządów prawicy.
System ten stał się  egzemplifikacją modelu neoliberalnego, monetarystycznego, opartego o nienasycony konsumeryzm i do cna ekonomizowanego. To niezwykle celna i pełna ocena współczesnego, wulgarnie zmaterializowanego (a w zasadzie  skomercjalizowanego) opisu bytowania człowieka.

Jak dziś wiemy, cały świat został dotknięty syndromem łobuza i gamonia bez zasad, pozbawiającego większość populacji bezpieczeństwa, stabilizacji, oparcia i minimum  regularności.
Prezydent Chile Salvador Allende w przemówieniu wygłoszonym w ONZ (4.12.1972) powiedział, iż „stoimy w obliczu prawdziwego frontalnego konfliktu między wielkimi korporacjami a państwami. W ich podstawowe decyzje polityczne, gospodarcze i wojskowe ingerują organizacje globalne, które nie zależą od żadnego państwa i których działalność w ogóle nie podlega kontroli żadnego parlamentu, żadnej instytucji reprezentującej interes zbiorowy. Jednym słowem, podkopują one całą strukturę polityczną świata”. 
Ta ocena świata sprzed ponad 40 lat nic nie straciła dzisiaj na znaczeniu. Wprost przeciwnie - taki świat stał się codziennością miliardów ludzi żyjących bez perspektyw na jakiekolwiek zmiany, w  pogłębiającym się kryzysie, w konfliktach zagrażających egzystencji nawet całej ludzkości (a na pewno cywilizacji zachodniej), w coraz bardziej zniszczonym środowisku naturalnym. Czasy są więc coraz bardziej niepewne, chaotyczne, niebezpieczne, a człowiek – coraz bardziej zagubiony, odczuwający pesymizm ducha epoki.

Nasz skunks


Polska rzeczywistość też ma swoją pikareskę. I nie tylko działającą w przestrzeni materialnej, ekonomicznej, gospodarczej. To nie tylko kapitał korporacyjny i kompleks bankowo-finansowy mają „wyżerkę” w kraju nad Wisłą. Polski skunks, nasz rodzimy gnom działa w sferze nadbudowy, w przestrzeni świadomości, tworząc określoną mentalność ludu. Jego kulturo- i opiniotwórcza narracja tworzy gusta, mody, wyznacza trendy i kształtuje obraz świata. 

To aktualnie rządząca w przestrzeni mentalnej elita polska, nadwiślańska klasa polityczna, mainstreamowi politolodzy produkujący idee  na zapotrzebowanie mediów i zgodnych z obowiązującym political corectness, postsolidarnościowi  intelektualiści, naukowcy rodem z IPN (Instytutu Polskiej Nienawiści, nadwiślańskiego „Ministerstwa Rasy”), etc. Owa śmietanka naszego społeczeństwa przez jednorodność przekazu historii, a przede wszystkim idei, tradycji, popularyzację określonych wartości  zawężonych do solidarnościowo-prawicowej wizji Polski i świata, „wyżarła” - niczym owa pikareska – ze świadomości polskiego społeczeństwa inne wartości, inną tradycję, inną interpretację dziejów. „Wyżarła” inne cnoty, niż te, które dekretuje wymieniona elita.

Przy lichości polskiego Oświecenia, braku zakorzenienia tego okresu - jakże istotnego w historii Europy - w kulturze nadwiślańskiego ludu (tu w zasadzie trwa cały czas kontrreformacja**) trudno się dziwić , że w Polsce brak jest lewicowej refleksji, takiej też zadumy nad przyczynami kryzysowej sytuacji (pod każdym względem), że media są na ogół prawicowe lub ultra-prawicowe, a dziennikarzy o orientacji lewicowej trzeba szukać w mainstreamowych mediach z przysłowiową świecą. 

Ale najstraszniejsza jest „nietolerancja ubogich, pierwszych wszak ofiar różnicy. Wśród bogatych nie ma rasizmu. Bogaci co najwyżej stworzyli doktryny rasistowskie; ubodzy tworzą ich praktykę, o wiele groźniejszą”- jak pisze Umberto Eco („Pięć pism moralnych”). Rasizm, ksenofobia są tylko jednym aspektem tych zagadnień. To problem uniwersalny. 

Bogaci (tu – duchem, traktowani jako parafraza i paralela), tworząc swe teorie, dywagując o zasadach sprzed dekad i problemach sprzed wieków w zaciszach swych posiadłości nie martwili się o swe mentalne dzieci, o to, jakimi drogami pójdzie tak zindoktrynowany gmin i co może ewentualnie z takich igraszek z historią, żonglerki faktami, wyniknąć w przyszłości. Bo tak naprawdę – wszystko już było, tylko w innej konstelacji społeczno-politycznej, w innym entourage’u społeczno-historycznym. Tyle, że jeśli tragedia historyczna się powtarza, to zawsze w formie farsy, jak twierdzi Slawoj Żiżek („Od tragedii do farsy, czyli jak historia się powtarza”). Często – tragifarsy …

Niezwykle plastycznie pisze na ten temat Czesław Miłosz w listach do Jerzego Giedroycia (a zwraca na to uwagę prof. Bronisław Łagowski Niedyskrecje listowe”, Przegląd nr 39/665/2012). Idealizacja, pompatyczność, jednostronność sądów i zapatrzenie w siebie (na koniuszek własnego, polsko-narodowo-katolickiego nosa), brak balansu stanowisk i racjonalnej oceny sytuacji – to wszystko widać  w Miłoszowej ocenie opozycji demokratycznej oraz jej działań w PRL-u (a to ocena jeszcze z lat 70. XX w.).

Czesław Miłosz pisał o bezkrytycznej i sakralnej niemalże aureoli wytworzonej w Polsce wokół wspomnianych środowisk już w okresie Polski Ludowej. Jego zdaniem, zapanowała w tej kwestii jakaś święta zgoda stanowisk wobec takich pojęć jak naród, kultura narodowa, wartości narodowe, wybicie się na niepodległość, przedmurze chrześcijaństwa, etc. Ostrzegał, aby nie tylko te środowiska były utożsamiane z tymi terminami. Takie stawianie tez świadczyć miało o swoistym narcyzmie tych kręgów. Chciał ostrzec tym samym przed nowym „upupieniem”,  w jakie wchodzi polska inteligencja, idąc w ślady tamtej, z lat 1861-63, czyli powstania styczniowego. Dziś widzimy jak prorocze to były słowa.

Z kolei prof. Zygmunt Bauman, charakteryzując minione dekady („Życie na przemiał”) stwierdza, że płynna nowoczesność czy ponowoczesność (a Polska po 1989 rozwija się zgodnie z nią) niczym estetyczny eter „wydumany przez pionierów nowoczesnej chemii nasyca wszystkie rzeczy bez różnicy, lecz w żadnej z nich nie ulega skropleniu”.
Tak oto idee „Solidarności” egzemplifikowane przez wąsko określone elity (o jednoznacznej politycznie proweniencji) niczym ów „estetyczny eter” wypełniły całą przestrzeń debaty publicznej, ale nowatorstwa, humanizacji stosunków społecznych, postępu i idei równości w tym żadnego nie było. Bo restauracja zawsze wydaje takie tchnienia jak mówi Bauman:  nic tu nie może po prostu ulec skropleniu.

Sam Jerzy Giedroyć o znanej sobie inteligencji opozycyjnej miał wraz z upływem czasu coraz gorsze zdanie (jego stosunek do niej ewoluował wraz ze zwiększaniem się liczby osób odwiedzających Maisons-Laffitte w wyniku późnopeerelowskiej odwilży): „W ogóle postawa tzw. środowiska  – pisze redaktor naczelny paryskiej „Kultury” w jednym ze swych listów – jest okropna. Dużo ich tu teraz przyjeżdża i każde takie spotkanie wprost odchorowuję”. A jak zaznacza cytujący Giedroycia Bronisław Łagowski („Jeszcze o listach”, Przegląd nr 40/666/2012), była to przecież najbardziej kulturalna część środowisk opozycyjnych. 

Przeczy więc to wszystko głoszonej  przez te środowiska w PRL potrzebie pluralizmu, demokratycznego porządku  medialnego, wolności słowa, wielości idei, wielu pomysłom na Polskę. Jedna opcja, jedna wizja, jeden głos nigdy nie są emanacją pluralizmu. 

 

Prosta idea – antykomunizm

 

To są nader poważne obserwacje i ostrzeżenia, które niestety współczesne polskie elity wywiedzione ze środowisk „opozycji demokratycznej” zbagatelizowały.  Z jakiego powodu?  Ślepoty, samouwielbienia, zadufania i egotyzmu wywiedzionego z fascynacji romantycznych i tego, co się z owym okresem w kulturze i historii polskiej wiąże: poczucia misji - tak głęboko osadzonym w „polskości”? Trudno rozwikłać ten dylemat.

Całą debatę publiczną, wszelką wymianę myśli i pluralistyczny dyskurs polityczny po 1989 roku zastąpił antykomunizm -  jako naczelna idea tłumacząca wszelkie problemy i kontrowersje. Według niej działki – relikt  PRL-u, spółdzielczość – tak samo, nadto - ambiwalencja wobec obowiązującego prawa (słynne już zachęcanie premiera do niepłacenia abonamentu RTV!).
Awanturujący się na meczach młodociani kibice-Hunowie byli rozgrzeszani w imię „walki z komuną”, bo niszczyli stadionowe mienie w słusznej sprawie (według nowych elit liczy się tylko własność prywatna - własności publicznej, wspólnej, społecznej nie ma). Tamta hipokryzja i ambiwalencja dziś odbijają się państwu i społeczeństwu mocną czkawką.

A niepłacenie za przejazdy komunikacją miejską  i pochwała tej postawy jako patriotycznej, jako sprzeciwu wobec opresyjności systemu? Toż to przejaw jawnego lekceważenia powinności obywatelskiej (można się było z ustrojem nie utożsamiać, ale państwo było wspólne, nasze).
Patriotyzm to przede wszystkim nie głupota i ślepota polityczna pchająca masy na barykady, nie szafowanie życiem obywateli, nie hekatomba ofiar i krwi, ale m.in. sumienne płacenie podatków.

Totalna i perfidna negacja PRL-u, obrzydzanie tego państwa – na pewno nie idealnego - jest bowiem postawą wybitnie szkodliwą dla en bloc pojmowanej Polski. Można bowiem (mimo demokratycznego mandatu współczesnej władzy) per analogiam zanegować legitymizację i państwa, i każdej władzy.

Ten schemat myślenia widać u większości elit postsolidarnościowych (negujemy „nie naszego”), czego wyrazem było stwierdzenie prominentnej reprezentantki Unii Wolności (czyli clou elity elit) wobec wygranej lewicy w 2001 r. w wyborach parlamentarnych, że „lewicy w Polsce mniej wolno”?  To kolejny przykład owej pikareskości postsolidarnościowych elit zawiadujących od prawie 30 lat świadomością  Polaków.  

Skoro wypłukiwano z umysłu i obrzydzano ludziom to co zbiorowe, komunalne, wspólne, to jak później wracać do wspólnoty narodowej, której podstawowa tkanka utkana jest właśnie z takich drobnych, małych rzeczy? Ta poła sukna się po prostu rozpruła.  I teraz te elity narzekają na brak patriotyzmu, na nihilizm i wszechogarniający społeczeństwo konsumeryzm. Zapomnieli o przestrodze Spinozy, że Omnis determinatio negatio est (Każda determinacja jest negacją).


Nienawiść z miłości?


Dziś kuchennym drzwiami do realnego i racjonalnego bytu wraca Polska Ludowa. Przejawia się to w surrealistycznym niemalże kształcie – poprzez kulturę i jej gadżety. Przekaz jednak jest skażony i wysoce, jednostronnie spolityzowany. Opinie mainstreamu o tych 45 latach są uszczypliwe, patriarchalne, nie obiektywne. Nie ma, co prawda, już stwierdzeń o „czarnej dziurze”,  czy zniszczeniach substancji narodowej „większych, niźli dokonały hitlerowskie Niemcy podczas II wojny światowej”, ale ton pogardy, wyższości, dezynwoltury dominuje nadal w przekazie i narracji. O PRL-u (i ludziach zaangażowanych w tamten system) nie wypada mówić nie tylko pozytywnie, ale i w sposób wyważony (czyli prawdziwy). 

Literaturoznawca dr Agnieszka Mrozik (PAN) w rozmowie z Krzysztofem Pilawskim(„PRL to nie gadżet”, www.lewica.pl) mówi: „Uważam, że dopóki IPN istnieje w obecnej postaci, inne próby opowiadania o PRL pozostaną w jego cieniu ze względu na brak silnego zaplecza finansowego, instytucjonalnego, wsparcia państwa, które uprawomocnia władzę Instytutu nad pamięcią i historią XX w.
Nie chodzi zresztą tylko o IPN. Antykomunizm dominuje też w mediach, polityce czy systemie edukacji. Odnoszę wręcz wrażenie, że im dalej od końca PRL, tym bardziej jest ona obecna w naszym życiu. Odeszły w cień histerie lustracyjne, jednak wciąż argument „jak za PRL” zamyka rozmowę. Prawica nazywa ludzi odwołujących się pozytywnie do elementów tamtej rzeczywistości „sierotami po PRL”: tęsknicie do komuny, bo nie potrafiliście sobie poradzić w warunkach wolności. W dyskusjach wali się PRL-em jak pałką po głowie. Bronisz działek? To znaczy, że chcesz, by PRL wróciła. PRL pozostaje synonimem tego, co absurdalne i niewydolne. To wszystko należy odrzucić raz na zawsze i nigdy do tego nie wracać” .
 

Ciekawe, czy antykomunizm związany od zawsze z systemem kapitalistycznym (i to tym o najbardziej konserwatywnym i tradycjonalistycznym wyrazie) tak natchnął polską elitę, że nie potrafi się wyzwolić z opozycyjno-antynomicznych uwarunkowań i schematów? Czy to tylko brak holistycznego, wynikłego z immanentnego polskiej inteligencji „upupienia” , spojrzenia na współczesny świat? 

Gdyby był to ustrojowy i modelowy schemat myślenia, wiązałoby się to bezpośrednio li tylko z władzą kapitału. Bo kapitalizm to nic innego jak nieograniczoność jego władzy, gdzie  „Nieprzystające do kapitału elementy ludzkiej duchowości są eliminowane, odrzucane jako niekoherentne. Konkretne jednostki plajtują, jeśli nie spełniają żądań stawianych przez kapitał, który będąc w istocie stosunkiem społecznym, a więc mentalną stroną ludzkiej praktyki, podlega alienacji, staje się osobą.
Służba kapitałowi polega na jednoznacznie określonym działaniu. Jego właściciel musi postępować tak, jak sobie życzy kapitał. Innego wyjścia nie ma. Kapitał wymaga oszczędzania – właściciel jest więc człowiekiem oszczędnym; wymaga zabójstwa – ktoś jest zabijany, itd.

Kapitał decyduje o postępowaniu ludzi rzekomo nim władających; jest recenzentem tekstów naukowych, literackich i prasowych; jest krytykiem dzieł sztuki, spektakli teatralnych oraz wystaw artystycznych; kapitał przez swych funkcjonariuszy religijnych głosi kazania z ambon, reformuje istniejące i tworzy nowe doktryny; jest wreszcie promotorem mężów stanu – polityków, którzy udają, że są wolni w swoim zbawczym dziele. Chcąc ów mit zrozumieć, chcąc wyzwolić się z tej kultury, trzeba wcześniej przezwyciężyć stan produkcji, który ją produkuje”  - pisze  Adam Karpiński w „Filozofii podmiotowości. Problemy i metody”.

I tu dochodzimy do sedna problemu – ta pikareska musi wydłubywać z pamięci i świadomości społeczeństwa wszystko co pozytywne z tamtego ustroju, z tamtego państwa, z tamtego sytemu społecznego, bo jest on jakąś alternatywą dla totalności dzisiejszej sytuacji, ponoć bezalternatywnej, dla jej jedynie słusznej normatywności (zdaniem współczesnego mainstreamu).
 

Pikareska ciągle żywa. Wyżarła nie tylko takie rodzynki z przestrzeni wspólnoty. Wraz z ich utratą zatracono zmysł wspólnotowości, społecznych więzi, narodowych koneksji. Społeczeństwo przestało być zbiorowością o wspólnym interesie. Jest obecnie antynomicznym zbiorem jednostek ustawicznie zwalczających się  w walce o materialny byt. Pozbawione empatii, konkurencyjne, zdehumanizowane.

Taki proces obserwować można w większości społeczeństw na świecie. Może jest to nawet immanencja płynnej nowoczesności. Ale w Polsce elita rządząca krajem od ponad dwóch dekad swymi decyzjami czy prezentowanymi ideami ów proces wydatnie przyśpieszyła oraz nadała mu określone piętno. I dziś dziwi się, że jest jak jest.
 

To nie jest pochwała poprzedniego ustroju. To nie nostalgia za PRL-em, to nie prokomunistyczne ciągoty każą pisać takie słowa (w Polsce powojennej nigdy nie było komunizmu – w okresie 1948-53 były namiastki i elementy ustroju zwanego komunizmem, potem PRL się jawnie i ostentacyjnie dekomunizowała sama, a jeśli przyjąć mainstreamową retorykę - demokratyzowała), ale prosta uczciwość i prawda – o którą tak zabiegają współczesne tzw. autorytety, sieroty po-III RP. 


Handlarze mitów


Warto podkreślić, że motto niniejszego tekstu zawiera niesłychanie ważkie przesłanie, podparte argumentacją,  jaką posługiwano się w tym materiale: to polska inteligencja XXI wieku jest tą antyintelektualną sprężyną prowadzącą społeczeństwo – może i naród - na manowce rozumu. Tę oto smutną prawdę zaprezentował dekadę temu  filozof, prof. Tadeusz Gadacz w rozmowie z Jackiem Żakowskim („Koniec”).
Drogowskazy zaprzeczające jawnie tradycjom Oświecenia to przede wszystkim niebotyczny klerykalizm, irracjonalna ufność w autorytety raz zadekretowane jako jedynie słuszne uwielbienie egotyzmu i millenaryzmu, predylekcja do idealizacji czy irracjonalizacji opisu rzeczywistości i tym podobne przypadłości. 
 

 Euforyczność, z jaką upadek PRL-u przyjęto w Polsce, stymulowana była przez elity wówczas przejmujące władzę. Wydawało się powszechnie, że wystarczy „odsunąć komunistów od władzy, a rzeki mlekiem i miodem popłyną”. I lud był utrzymywany w takim przeświadczeniu. Zapanował klimat rodem z piosenki Marka Ałaszewskiego z roku 1971 i grupy Klan (widowisko muzyczne „Mrowisko”) pt. „Epidemia euforii”, gdzie autor tekstu (Marek Skolarski) pisze: „śmiechu bardzo wiele, śmiechu istny szał, nikt, nikt nie płacze – kto by zresztą śmiał!”. Ktokolwiek z krytykujących sposób wprowadzania nowego ustroju w Polsce w 1990 roku, mający inne  zdanie niż tzw. prawdziwe autorytety, okrzyczany był „reliktem komunizmu”, sierotą „po PRL-u”, „betonem partyjnym”, czy „sowieckim agentem”. 
Ale zawsze jest tak, i nie tylko przy politycznych przewrotach, że im większe nadzieje się budzi, im na wyższe pułapy entuzjazm się wspina, tym zawód jest większy, tym rozczarowanie głębsze i złość, nienawiść potężniejsza, gdy realny stan okaże się nieprzystający do obietnic, wizji, jakimi karmiono społeczeństwo. 
 

Jak funkcjonowała ta grupa politycznych „krupierów” kręcących kołem polskiej ruletki pokazują dzienniki Waldemara Kuczyńskiego - jednego z prominentnych polityków tamtych czasów, bliskiego współpracownika i doradcy pierwszego Premiera III RP, Tadeusza Mazowieckiego („Za szybki bobslej”, Polityka nr 39/2876/2012). Działali oni po omacku, w intelektualnym chaosie i oparach irracjonalnych „chciejstw”, kierując się jedynie swoimi  wizjami i idealistycznymi obrazami systemu kapitalistycznego (był to obraz systemu z przełomu XIX i XX wieku, zupełnie oderwany od realiów).

Sprzedano polskiemu społeczeństwu – podatnemu jak mało które na fantasmagorie i fantazmaty (o rodowodzie historyczno-mesjanistycznym) – kolejny mit o dobrodusznym kapitaliście, którego interes jest zawsze zbieżny z interesem człowieka pracy najemnej. A kapitalizm korporacyjny, w stadium imperialnym (jak określa go w swych dziełach Karol Marks) działa i funkcjonuje dziś w zupełnie innych warunkach -w globalizacji. Na dodatek jest bezkonkurencyjny, bezalternatywny, panuje totalnie. 
 

Dobitnie proces tej  sprzedaży mitów (lub jak kto woli – „wydłubywania” elementów racjonalnych ze świadomości  przez solidarnościową pikareskę) prezentuje Dawid Ost, amerykański socjolog i politolog badający transformację Europy postkomunistycznej.
Dawni związkowcy walczący o prawa pracownicze po zmianie ustroju objęli posady polityczne, przejmując sposób widzenia świata managementu i kapitalistycznych (na dodatek prawicowych) elit politycznych. Ich stosunek do pracobiorców diametralnie się zmienił – można powiedzieć, że zaczęli swymi niedawnymi towarzyszami niedoli pogardzać – mówi Ost w „Klęsce Solidarności”. Przejęli najgorsze cechy inteligenckich ekspertów, będących spadkobiercami (mentalnymi) polskiej szlachty z okresu I RP (która za naród uważała tylko siebie, choć stanowiła tylko 10 - 12% społeczeństwa). 
 

Owo zagubienie pracobiorców (dawnej klasy robotniczej, dziś będącej przede wszystkim prekariatem), wypłukanie ze świadomości społeczeństwa klasowego charakteru nowego ustroju i antynomiczności kapitału oraz pracy najemnej, najlepiej oddaje następna uwaga Osta: „Jak powiedział mi pewien górnik: jeśli właściciel dba o własny interes, będzie dbał o interes robotnika. Rzecz jasna, międzynarodowy kapitał w dobie globalizacji inaczej pojmuje racjonalne postępowanie na rynku”. 

Jak widać, polska pikareska ma jeszcze jedną swoistą, nadwiślańską cechę – przemyca do świadomości  polskiej opinii publicznej mity, szerzy ułudę, romantyczne, czcze nadzieje i fantasmagorie.


Bez równości i braterstwa
 


Swoistym rysem współczesnej sytuacji w Polsce jest tradycja i tzw. polskość , a w szczególności - brak Oświecenia w kulturze (albo jego powierzchowny charakter). Klasowa stratyfikacja społeczeństwa polskiego w XIX wieku miała charakter wybitnie feudalny, podczas gdy na zachodzie  Europy od dawna rolę elit pełniło już mieszczaństwo, będące nośnikiem idei Reformacji i Oświecenia. Na większości obszarów Polski pod rozbiorami przeważali nie wolni, często niewolniczo poddani szlachcie (czyli ziemiaństwu) chłopi (inne stosunki społeczne panowały jedynie pod zaborem pruskim). Np. zupełnie  przemilczanym przez polską inteligencję - ze zrozumiałych względów – jest fakt zniesienia poddaństwa chłopów w zaborze rosyjskim przez cara Rosji Aleksandra II (lata przed powstaniem styczniowym). 
 

Oświecenie (zwłaszcza francuskie) ze swym rewolucyjnym charakterem i ideami wolności, braterstwa oraz równości nie mogło mieć z takich to właśnie powodów nad Wisłą pozytywnego publicity. Także wszechpotężna pozycja Kościoła katolickiego, monopolisty w kwestiach pobożności i religijności, strażnika legitymizmu i poddaństwa (encykliki papieży Grzegorza XVI i Piusa IX w tej mierze nie zostawiają żadnych złudzeń), utwierdzała kontrreformacyjną i skrajnie tradycjonalistyczną świadomość większości Polaków w XIX wieku. Stąd też umiłowanie polskiej pikareski do tradycji, prawicowości (umocowanej zawsze obok instytucji religijnej, sankcjonującej patriarchalne stosunki społeczne), millenaryzmu  i mesjanizmu.
 

Polskie elity mogłyby być – i powinny – promotorem oświeceniowych idei, natomiast propagowanie przez nie jedynie wybranych elementów oświeceniowego dorobku (czyli wolności) z jawnym lekceważeniem innych, „niebłagonadiożnych” haseł (fraternite i egalite) czyni ich działalność kaleką i szkodliwą. Owa polska pikareska zapatrzona w wolność według Miltona Friedmana („Kapitalizm i wolność”), dla którego „podstawową funkcją państwa powinna być ochrona wolności tak przed zewnętrznymi wrogami, jak i przed współobywatelami” – zapomniała o tak niezbędnych elementach funkcjonowania społeczeństwa obywatelskiego (które to hasło nie schodzi z jej ust) jak solidarność, empatia, pomoc.

Słusznie konkluduje więc Naomi Klein („Doktryna szoku”) w kontekście owych sądów, iż w takiej perspektywie to, co znaliśmy do tej pory jako państwo, ograniczono do zatrudniania żołnierzy i policjantów (no, może jeszcze ewentualnie strażników więziennych). Innych funkcji się już nie przewiduje. 
 

W tym kontekście warto przytoczyć na zakończenie raz jeszcze sąd Zygmunta Baumana („Życie na przemiał”) - jakże charakterystyczny dla polskiego mainstreamu i elit politycznych (różnych opcji) zauroczonych i uwiedzionych koncepcjami neokonserwatyzmu szkoły chicagowskiej. Bauman, powołując się na amerykańskiego psychologa społecznego Loica Wacquanta, mówi, że „państwo usuwa się z areny gospodarczej i ogłasza konieczność ograniczenia funkcji socjalnej na rzecz poszerzenia i wzmocnienia funkcji personalnej”.
To również świadczy o przesuwaniu - samoistnym i manipulowanym - świadomości w kierunku egoizmu, indywidualizmu i egotyzmu (kosztem empatii, solidarności i równości określanych jako wartości ważne dla życia społecznego). 
 

Po takiej indoktrynacji i argumentacji trudno się więc dziwić, że Polacy (jak wykazują badania socjologiczno-psychologiczne)  są jednym z najbardziej zatomizowanych, niesolidarnych, egoistyczno-indywidualistycznych społeczeństw w Unii Europejskiej. Ten problem wraz z rozwojem sytuacji na Starym Kontynencie (i nie tylko) będzie się pogłębiał, powodując alienację Polaków na kontynencie. 

Radosław S. Czarnecki
 

*Termin novela picaresca oznacza powieść łotrzykowską, przedstawiającą losy przebiegłego włóczęgi-oszusta, kreślącą satyryczny obraz epoki.
 

**Wszyscyśmy z Kontrreformacji 

 

 

 

 

 

 

 

 

Odsłony: 1212
DMC Firewall is a Joomla Security extension!