Syndrom Savonaroli

Utworzono: niedziela, 25 wrzesień 2016 Radosław S. Czarnecki Drukuj E-mail


Czarnecki-do zajawkiGirolamo Savonarola ur. w Ferrarze w roku 1452 to słynny kaznodzieja i pechowy reformator Kościoła katolickiego. Doskonale i wszechstronnie wykształcony, znakomity retor, mnich zaangażowany w sprawy religijne i społeczne, członek elitarnego zakonu dominikanów - esencja włoskiego Renesansu. Na dodatek charakteryzowała go żarliwość uczuć i emocji, ekspresja wyrazu myśli, namiętność przekonań o własnych racjach, bezkompromisowość w ocenach oraz swoisty fanatyzm.
Mimo takich zalet, (które są jednocześnie wadami) i zaangażowania w życie wspólnoty, zginął na stosie we Florencji  23.05.1498 roku jako kacerz i buntownik. Stało się tak z wyroku Inkwizycji -  działającej w wyniku skutecznej interwencji papieża Aleksandra VI (1492-1503) oraz wskutek machinacji współdziałającej z Rzymem florenckiej rady miejskiej, Signorii.
Ów paradoks kształtuje się na wzór oksymoronu: postęp i regres, humanizm i ciemnogród, ewolucja i stagnacja, rewolucja i restauracja, multi-kulti (w dzisiejszym tego słowa znaczeniu) vs tradycjonalizm wspomagany przez różnorakie formy nacjonalizmu. Dotykał on i dotyka wszystkich reformatorów i rewolucjonistów, a Polskę współczesną przede wszystkim.

Kult religijny nigdy nie pozbędzie się  przyrodzonej skłonności do degradowania świeckich wartości życia, do uznania ich za względne i pochodne, jeśli wręcz nie wrogie prawdziwemu powołaniu człowieka.

Leszek Kołakowski  


Dlaczego akurat Savonarola? Bo uosabia zarówno fanatyzm i fundamentalizm Średniowiecza, jak i idee Renesansu, świętość i pobożność oraz herezję i kacerstwo. To odwieczny dylemat zamykający się w ramach zakreślanych pojęciami: wolność czy bezpieczeństwo, jednostka czy zbiorowość, swoboda czy oparcie o tradycyjne podstawy, chaos czy równowaga, emocjonalność czy wyciszenie i kontemplacja. Kiedy zastanawiamy się na dziejami akurat tej osoby, nad jej wpływem na życie Kościoła w wiekach późniejszych, widzimy, iż są to elementy uniwersalne, właściwe każdemu ruchowi rewolucyjnemu kontestującemu rzeczywistość polityczną, społeczną, kulturową, religijną, estetyczną, itd. Przecież w Polsce, po 25 latach transformacji ustrojowej, też widać, że idealizowany ruch „Solidarności” nie był wolny od tego typu uwarunkowań czy przypadłości.

Moralizm i mniemanie o absolutnej wyższości swych przekonań, o  jedynie słusznej formie swoich działań zawsze musi prowadzić na manowce. Gdy kładzie się nacisk na zasady  postępowania, które stają się celem i zasadniczą treścią narracji, to mamy do czynienia ze świadectwem zaniku wiary i duchowości, karleniu idei i wyradzaniu się gorliwości, także religijnej (A.N.Whitehead). Wiara staje się rytuałem narzucanym przez polityczną poprawność, gestem i słowem, uczestnictwem w  mitingach, itp. stadnych zachowaniach.  

Wielu autorów piszących o Savonaroli i uznających go za emanację włoskiego Renesansu odbierało go jako charyzmatyka, mówcę i przywódcę władającym tłumem, „osobę zamienioną w pochodnię” (J. Burckhardt). Podobną osobowość reprezentowało wielu ówczesnych (a także wcześniejszych i późniejszych) reformatorów religijno-kościelnych: Arnold z Brescii, Małgorzata Porete, Jan Hus, bądź Giordano Bruno. To przykłady tych, którzy zostali zgładzeni przez wszechwładną instytucję rządzącą ówczesną Europą, którą  chciały zreformować.

Ale przecież niezwykle podobnych doktrynalnie, psychologicznie, pod względem praktykowanej religijności osób - jak np. Hildegarda z Bingen, Franciszek z Asyżu, Jan od Krzyża czy Teresa z Avili – Kościół rzymski wpisał w poczet swych świętych. Przypadek, zbieg okoliczności, możni sponsorzy? A może zróżnicowanie interesu instytucji, (do której należeli i którą chcieli reformować) zależne od sytuacji społeczno-politycznej epoki lub heglowskiego Zeitgeistu? Trudno wyrokować.

Skutki nawiedzenia

W mniejszym lub większym stopniu każdą z tych osób można określić jako „nawiedzoną” (w potocznie rozumianym sensie).  Gdy niekontrolowane emocje i żarliwa wiara religijna łączą się z potrzebą misji – a w chrześcijaństwie jest to sine qua non wiary i stworzonej wokół niej instytucji zwanej Kościołem katolickim – efekty muszą być „wybuchowe”. Misyjne szerzenie wiary (na zasadzie: nasz, jedyny Bóg pozwolił nam posiąść prawdę absolutną z racji naszego wyznania i mamy zadanie wcielenia jej w życie na całym globie, bez względu na koszty i przeciwności) nie tylko w tych przypadkach, gdy chodziło bezpośrednio o religię, miało tragiczne momenty i brutalne epizody.
To chrześcijaństwo narzuciło Europie (a potem jej klonowi, jakim jest współczesna Ameryka / USA) poczucie misyjności, imperatyw nawrócenia Innego na naszą wiarę (cokolwiek by pod tym terminem rozumieć), przekonanie o własnej „lepszości” i „jedyności.

Savonarola - podobnie jak wielu mu podobnych – przesiąknięty był ideą koniecznej i bezwzględnej zależności zbawienia od przynależności do czystego, bezgrzesznego, na jedną miarę zorganizowanego Ludu Bożego. Ludu Bożego, którego emanacją pozostaje wyłącznie Kościół rzymski.
To dogmat ciągnący się za chrześcijaństwem i katolicyzmem od czasów św. Cypriana z Kartaginy (III w. n.e.), stwierdzającego iż Extra Ecclesiam nulla salus (poza Kościołem nie ma zbawienia). I wedle tej zasady tak postępują od ponad 1700 lat wszyscy wielcy przynależni do kultury „białego człowieka”.  Na dodatek, osoba taka przesiąknięta bywa bez reszty przekonaniem o obecności – realnej, fizycznej i absolutnej – Ducha Świętego (definiowanie tego przekonania oraz pojęcia jest dowolne) w swoim jestestwie. To z jego poruczenia zazwyczaj charyzmatyk proponuje na Ziemi zorganizowanie „republiki chrystusowej”.
A gdy mamy do czynienia z religijnymi korzeniami owej rewolucji – wszelkie idee uzurpujące sobie prawo do absolutnej uniwersalności, do jednej prawdy, popadają w fundamentalizm – efektem muszą być prześladowania i eksterminacja tych, kogo uzna się za heretyków, kacerzy czy Żydów, masonów, komunistów, kułaków, rewizjonistów, homoseksualistów, Romów itd. Czyli Innych, nie naszych. 

Religia może nieść zarówno idee i stymulować działania rewolucyjne, ekstremistyczne, propagować fanatyzm, nietolerancję czy nienawiść, jak i miłość, spolegliwość, introwersję, propagować rozwiązania będące de facto stagnacją, podporządkowaniem i ukorzeniem. Na kolanach (to tradycja chrześcijańska, ale ten symbol feudalnego wasalizmu jawnie pokazywanego w kontakcie z hierarchią jest też immanentny innym religiom abrahamowym, tylko inaczej praktykowanym) - nie można przecież być wolnym … 


Dwa końce bicza

Wspomniana „republika chrystusowa” jest egzemplifikacją myślenia o czystości i nieskazitelności jej twórców, jej wyznawców, jej adherentów i funkcjonariuszy. Reformator, charyzmatyk, retor i przywódca jest niesiony z jednej strony żarem swych przekonań, posiadaniem mandatu ze sfer nadziemskich do naprawy doczesnego padołu, (przypisując sobie miano „bicza Bożego” i ognia, którym ma wypalić wszelkie niegodziwości tego świata), a z drugiej -  wywołuje zachwyt i emocje w tłumach słuchaczy, którymi „włada”.
Im większy irracjonalizm, tym łatwiej mu jest taki rezultat uzyskać. Wzbudza entuzjazm i powszechny pęd ku zmianom na lepsze, nadzieje na szczęście i polepszenie bytu upokorzonych, niezadowolonych, wykluczonych (których  zawsze w świecie było więcej niż szczęśliwych). 

Ale entuzjazm i głoszone z owym charyzmatem zmiany (chodzi o postęp, bądź restaurację dawnych porządków, lecz w innej formie) – w religijnej ortodoksji przenoszonej do polityki, kultury, zagadnień społecznych, etc. – stają się falą, która niesie takiego przywódcę często wbrew jego zamiarom. Bywa, że na swoich barkach wynosi on demony ciemnogrodu, bigoterii, zawiści i zazdrości, fobie, uprzedzenia, nienawiść. Zawsze w takim procesie dają o sobie znać, będące nieodłącznym rysem konserwatyzmu, przekonania, że „społeczeństwo dzieli się na światłą elitę i masy, nad którymi te pierwsze muszą sprawować intelektualną kontrolę” (J. Sowa). Entuzjazm przeradza się koniec końców w fanatyzm.

Savonarola uderza zarówno w dotychczasowy establishment Florencji: duchowieństwo, mieszczaństwo, jak  i miejscową oligarchię (na szczycie której stali rządzący de facto miastem Medyceusze). Chodzi mu o zmiany zarówno w formie jak i treści funkcjonowania florenckiej komuny miejskiej. Jego wystąpienie – początkowo  masowo popierane przez lud Florencji – z czasem przybiera kształty moralno - etycznej krucjaty, którą wzmacniają samoistnie mnożący się stróże moralnego porządku i obyczajów, czuwający nad sukcesem eksperymentu nazwanego „republiką boską”. Pilnując ulic i placów miasta nad Arno, poczynają węszyćw poszukiwaniu spraw intymnych, ostrzegają, donoszą.
Wreszcie w lutym 1498 roku budują stos przeznaczony dla narzędzi ludzkiej próżności – każą, aby płomienie pochłonęły zwierciadła, sprzęty do zabawy, instrumenty muzyczne, książki, itd.” (H. Herrmann). To symboliczny akt śmierci rewolucji, jej zasadniczej i pierwotnej idei – powtarzający się często w historii ludzkości - mającej pierwotnie poprawić  byt florentczyków w sferze materialnej. Bo w niej tkwiły korzenie ich niezadowolenia i poparcia udzielonego początkowo Savonaroli.      

Brat Girolamo – jak każdy  fundamentalista i charyzmatyk, człowiek  widzący świat z perspektywy religijnej, subiektywno-życzeniowej i doktrynalno-kościelnej – problemy miasta i  jego ludu chce rozwiązywać nie na płaszczyźnie nierówności ekonomiczno-społecznych, które powodują owo niezadowolenie,  lecz poprzez Dekalog i Biblię. Frate gniewa się, potępia, grozi piekielnym ogniem oligarchom, bogaczom, lichwiarzom, kupcom, piętnuje oszustów, heretyków.
Napomina ich za przywłaszczanie wynagrodzenia za pracę „maluczkich”, za brak dla nich miejsc zatrudnienia, (podczas, gdy sprowadza się do miasta obcych, często podejrzanej religijnie konduity), lichwę, spekulacje i prywatne inwestycje. Lecz za tymi potępieniami nie idą czyny mające zmienić strukturę społeczną i zasady funkcjonowania miasta.
W tej dziedzinie jego decyzje – w końcu jego rządów jako dyktatora i jedynowładcy – są kosmetyczne. Bo porusza się – intelektualnie, doktrynalnie i praktycznie – w ramach systemu stworzonego i sankcjonowanego przez Kościół, feudalnego sposobu produkcji. Savonarola był jego immanentną częścią. Nie potrafił, nie chciał, nie mógł wyjść poza jego ramy. Kaganiec religii,  instytucji ją egzemplifikującej nie pozwolił mu na to. I dlatego poniósł dotkliwą klęskę, składając w jej efekcie swoje życie na stosie.

 

Działania takich moralizatorów i stróżów obyczajowości  w rezultacie zawsze upokarzają tego Innego, depczą jego godność, odbierając mu człowieczeństwo, często unicestwiając. W chrześcijaństwie to reguła, bo przyzwolenie na takie działania tkwią w mentalności wszelkich religijnych (i nie tylko) fanatyków, fundamentalistów, „biczów bożych”. Najlepiej to wyrażają słowa Arnolda Amalryka, opata Citeaux, legata papieskiego, który podczas krucjaty przeciwko albigensom (XIV w.) na wahania krzyżowców pod murami langwedockiego Beziers dotyczące klasyfikacji kto prawowierny, a kto heretyk, miał im odrzec: „Zabijcie wszystkich, Bóg rozpozna swoich”.  Bóg jest bowiem miłosierny tak, jak jego ziemscy plenipotenci, ale przecież  „herezja nie ma żadnych praw” (kard. A. Ottaviani).

Savonarola znad Wisły

Polska dzisiejsza jest jak republika Savonaroli. Elity, czy quasi-elity - biorąc pod uwagę ich intelektualny stan, bądź polityczny image – rządzące nad Wisłą od prawie trzech dekad, powielają wiele kardynalnych błędów, które popełnił Brat Girolamo we Florencji. Pycha zamiast zrównoważonej narracji, fanatyzm w miejsce pluralizmu, historia (czyli to co było 25, 50, 100 czy 150 lat temu, kto gdzie stał i kto co mówił wówczas) a nie dziś i jutro, religianctwo i bigoteria kosztem poważnej i wyważonej dysputy o materialnych i społecznych (nie religijno-moralnych, czyli często nader subiektywnych i ulotnych aspektach życia tzw. ludu) warunkach bytu.
O tym, jak go docześnie zmienić, a nie o tym,  kto „stał tam, gdzie ZOMO”,  albo którzy „rodzice byli w KPP”, a którzy walczyli przeciwko pokojowi po zakończeniu II wojny światowej. Synonimem tego pokoju jest Jałta, bo to ona przyniosła pokój po tej hekatombie, jaką była II wojna światowa, a nie irracjonalne pomysły kilku panów w Londynie. Ale nieświadomi i naiwni ginęli…

Jednak  „W Polsce najgwałtowniej i najbezwzględniej potępia się ludzi nie za to, że źle czynią, lecz za to, że inaczej myślą” (J.Andrzejewski). To pokłosie tradycji i spuścizny czasów kontrreformacji - ciągle żywej w mentalności społeczeństwa (p. Wszyscyśmy z Kontrreformacji , Sprawy Nauki Nr 2/187/2014), niechlubnej tradycji podtrzymywanej cały czas przez niezwykle konserwatywne i totalitarne (o wszechpotężnych wpływach) duchowieństwo katolickie, a przyjmowanej bezkrytycznie przez  szerokie rzesze Polaków charakteryzujących się postfeudalnym myśleniem. W tym kierunku poszły też zmiany w Polsce po roku 80. (w formie ustrojowych eksperymentów od czasów rządów E.Gierka).   

Jak dziś widzimy, ci co przyznają się głośno do tradycji „Solidarności” (tej z lat 80.) okazują się autorytarno-bigoteryjnymi, totalnie antymodernistycznie nastawionymi, nie rozumiejącymi absolutnie współczesnego świata osobnikami. Ale ci, którzy ich atakują,  którzy zostali odsunięci od władzy w wyniku demokratycznych wyborów (o co „S” walczyła cały czas, podkreślając to dobitnie), przy wsparciu medialnego mainstreamu, oddanego absolutnie w niewolę neoliberalnej konsumpcji, nie są wcale lepsi, ani inni. To ta sama tradycja i świadomość, odwołująca się zresztą również do tradycji tamtej „Solidarności”. Po przeszło 35 latach od erupcji tamtego ruchu i tamtych idei recepcja tamtych protestów ma wyłącznie prawicowo-konserwatywno-religiancką twarz.
 

Nawet ci, co mienią się postsolidarnościowymi liberałami czy ludźmi o postępowej proweniencji muszą przyznać dziś (jeśli pozostało w nich choć resztki przyzwoitości, autokrytycyzmu i realizmu), że to ich postawa, ich działalność w przestrzeni publicznej, ich niekonsekwencja, irracjonalność politycznych kroków i decyzji sprzyjała współczesnej traumatycznej sytuacji, dzisiejszej „zimnej wojnie” (mogącej się rychło przeistoczyć w normalną wojnę domową z terroryzmem, zabójstwami i skrytobójstwami, prześladowaniami inaczej myślących – dziś już jawnie, wskutek ustanowionego prawa-bezprawia).
Wiele elementów państwa prawa, demokracji, swobód obywatelskich i wolności osobistych, które dziś są brutalnie deptane było bowiem deprecjonowane krok po kroku, w zależności od potrzeb i partyjnych fanaberii, przez tzw. demo-liberałów, demokratów in situ, przez tych, „którym z racji zasług w walce z tzw. komuną wolno więcej”. Racjonalność, pragmatyzm zostały przez te „światłe i proeuropejskie”, nowoczesne elity pogrzebane w takich stwierdzeniach jak „armia ukraińska wyzwalająca KL Auschwitz”, „za 6 tysięcy to pracuje złodziej lub idiota”, czy w ucztach na koszt podatnika z ośmiorniczkami w menu.
 
W klinicznej rusofobii i zwierzęcym antykomunizmie (w Polsce z antykomunizmem jest jak z antysemityzmem: i komunistów, i Żydów trudno wskazać i trudno zdefiniować) zwalcza się i opluwa w Polsce nie idee, system polityczny, lecz ludzi, tropi się i bezcześci groby, przewraca pomniki upamiętniające „nie naszą tradycję”. Nawet premier polskiego rządu, Bielecki, nie ma zahamowań, aby na forum światowym oznajmić, iż  „rak komunizmu bardziej zniszczył Polskę niż II wojna światowa”, nie mówiąc o równie osławionym stwierdzeniu, że „lewicy w Polsce mniej wolno”(mimo legitymacji wyborczej).

Ten passus prominentnej przedstawicielki salonów warszawskich dziś uderza niczym bumerang w te właśnie środowiska, w te salony, w ów mainstream. Na ołtarzu potrzeb politycznych wielokrotnie poległ Trybunał Konstytucyjny, prawa nabyte, świeckość państwa, rozdział porządku doczesnego i sakralnego (co jest immanencją nowoczesnego państwa prawa), itd. Kropla wody drąży skałę – takie zachowania i decyzje, niczym kazania Savonaroli i jego fanatyczno-charyzmatyczne filipiki przeciwko wszystkim i wszystkiemu, przygotowały grunt pod huragan niszczący dziś wszystko na drodze, a który realizują konserwatywno-nacjonalistyczno-ksenofobiczne polskie, ultra-prawicowe harpie.      

Przykład i dzieje Girolamo Savonaroli są wypisz wymaluj egzemplifikacją tego, co wyprawia się nad Wisłą od przeszło ćwierć wieku. Można mieć tylko nadzieję, że dawna tragedia florencka stanie się współcześnie polską farsą, jako że w naszym kraju nigdy niczego do końca, racjonalnie, nie zrealizowano (oprócz skoku cywilizacyjno-kulturowego w okresie PRL). Za to z niszczeniem wychodzi nam świetnie. Radosław S. Czarnecki

Odsłony: 1943
DMC Firewall is a Joomla Security extension!