W iberyjskim kręgu cywilizacyjno-kulturowym funkcjonuje pojęcie pikareski. To taki zwierzak, gryzoń, skunks, podłej konduity, wyżerający niewidomemu rodzynki z leżącego przed nim ciasta. Poruszono ten temat w tekście „Polska pikareska” (p. Sprawy Nauki nr 5/16). Tak działa m.in. system neoliberalnego kapitalizmu, pozbawiając ślepe społeczeństwa kolejnych zdobyczy cywilizacyjnych. Tak samo działa amerykanizacja, zarówno w przestrzeniach cywilizacyjno-kulturowych, jak i „duchowych” (w tym – religijnych).
Pierwszym warunkiem szczęścia jest rozsądek (Sokrates)
Kontynuując nasze rozważania nad związkami amerykanizacji kultury i rzeczywistości świata w przestrzeni eksportu specyficznego dla Ameryki sprawowania religijnego, ewangelikalnego kultu musimy stwierdzić, iż te denominacje w skali świata zyskują w ostatnich dekadach, oprócz islamu, najwięcej wyznawców i sympatyków. Widać to m.in. po Brazylii - jeszcze do niedawna kraju z prawie 85% udziałem katolików, a dziś ledwie przekraczającym 50%.
Z kolei wspomniane denominacje pentekostalne (ewangelikalne) zbliżają się do 30%, notując permanentny, stały wzrost. Za tym idą określone wpływy kulturowe owych kościołów, które przeważnie swe centra posiadają w USA, skąd płynie wsparcie logistyczne i finansowe. Przemyca się tym samym „biznesowy model religii” związany z tzw. megakościołami stanowiącymi nie tylko domy modlitwy, lecz i centra handlowe, sale konferencyjne i koncertowe, magazyny, studia nagraniowe dla muzyki pop, kręgielnie etc. Przy abdykacji władzy według podstawowej zasady neoliberalizmu – jak najmniej państwa i prywatyzacja wszystkiego co możliwe – właśnie te podmioty zastępują państwo w jego podstawowych obowiązkach.
Z fanatyzmu do analfabetyzmu
Radykalizm ewangelikanów w literalnym pojmowaniu zasad zawartych w Biblii, którą zgodnie z kanonami Lutra traktują jako słowo Boże, niczym nie odbiega od islamskich radykałów i interpretacji przez nich Koranu (w sensie dosłowności, bez uwzględnienia elementu czasu). Zresztą wzrost fanatyzmu w społeczeństwach m.in. w wyniku pogłębiających się różnic dochodowych i stratyfikacji społecznych w czasach kryzysu i zmian w globalnym rozkładzie sił, wpływa także na religie i ich wyznawców. (G. Cimek, „Tworzenie nowego świata” [w]: Sprawy Nauki nr 4/24).
Na tę prawidłowość zwraca też m.in. szwajcarski myśliciel Urs Altermatt (Katolicyzm a nowoczesny świat) mówiąc, iż fundamentalizm religijny „w ostatnich trzech dekadach XX wieku jako typowo amerykańskie zjawisko przerodziło się w ogólnoświatowy fenomen sięgający od islamu po judaizm”. Więc renesans ewangelikalny w Ameryce wraz z globalizacją i promowaną amerykanizacją musi dać określone efekty. To jasny przykład zasady sprzężenia zwrotnego.
Uwzględnić też trzeba rolę globalnych, korporacyjnych mediów w szerzeniu, często pośrednio, takich tendencji i trendów. Dotyczy to najszerzej pojmowanej duchowości czy kultury, a wraz ze spadkiem średniego poziomu intelektualnego owocuje pęcznieniem bazy dla idei skrajnych, łatwych w percepcji, bo tłumaczących w prosty sposób skomplikowaną naturę rzeczywistości, hierarchizujących ludzi wedle zasady: kto nie z nami to wróg itd.
A to jest typowe zarówno dla religijnych fanatyków jak i prostackiej wersji amerykanizmu, czyli:
Naród wybrany (i wszytko co za tym idzie), Ziemia Obiecana, Apokalipsa, która wygubi złych, a pozostawi jedynie wiernych i dobrych wyznawców, po czym zapanuje biblijny Eden. Nasz Eden.
Doskonale oddaje taki typowo amerykański i ewangelikalny sposób myślenia, uwaga amerykańskiego intelektualisty L.C. Thurowa, wyrażona w jednym z licznych wywiadów, iż wizualno-werbalne media cofają nas do czasów analfabetyzmu.
Ogromną popularność w Afryce, Ameryce Łacińskiej i Azji ta forma religijności zyskała m.in. dzięki nowym formom komunikacji interpersonalnych (rola sieci społecznościowych i nowych form komunikacji), a także działalności charytatywnej. Zwłaszcza tam, gdzie obecność państwa, jego struktur zawężono do zinstytucjonalizowanej przemocy i pozorów porządków demokratycznych (zgodnie z narracją neoliberałów oraz doktryną libertariańską). To te wspólnoty prowadzą ochronki, ośrodki zdrowia, nauczanie i edukację, w miarę (w zależności od założeń doktrynalnych) wprowadzają równouprawnienie kobiet. A co najważniejsze - swoje nauki i przekaz dostosowują do miejscowej tradycji, kultury, obyczajów i praktyk społecznych.
Mamy więc przykłady z jednej strony działań pozbawionych przymusu i siły (to przykład tzw. miękkiej siły amerykanizmu), a z drugiej – klasyczny przykład synkretyzmu religijnego, gdy wchodzące na dany teren wierzenie religijne włącza do swego przekazu maksymalną ilość treści z autochtonicznej kultury i tożsamości. Ewangelikańskie wspólnoty na Czarnym Lądzie zdobyły i zdobywają przewagę, zwłaszcza w Afryce Centralnej, gdzie konkurują z innymi denominacjami chrześcijańskimi i islamem. W pasie subsaharyjskim w tym wyścigu o rząd dusz prowadzi na razie islam.
Wracając do Brazylii, a w zasadzie Ameryki Łacińskiej. Tu sytuacja była inna niż w Afryce. Wspólnoty pentekostalne, które działają na zasadzie często lokalnych zborów skupionych wokół guru, przewodnika czy Mesjasza przejęły praktykę po istniejących, a zniszczonych doktrynalnie i strukturalnie przez prześladowania hierarchii watykańskiej (Jan Paweł II i ówczesny szef Dykasterii Nauki Wiary kard. Józef Ratzinger), tzw. wspólnotach podstawowych. Były to komórki organizowane na bazie teologii wyzwolenia, prowadzone przez miejscowych, lokalnych duchownych, bądź laików, którzy zamierzali właśnie na takiej zasadzie, antyhierarchicznej i ludowej, zorganizować na nowo katolicyzm. Był on oczywiście z racji miejscowych tradycji silnie antyamerykański. Ich porażka i uwiąd wytworzyły pustkę, w którą weszły z dużym sukcesem wspólnoty ewangelikanów. Stąd m.in. biorą się sukcesy wyborcze skrajnej prawicy latynoskiej, jawnie proamerykańskiej, wyraźnie kompradorskiej, w rodzaju Bolsonaro (Brazylia), Milleia (Argentyna) czy Kasta (Chile).
Wiara silniejsza niż prawo
Jak fanatycznie, purytańsko traktowana prywatnie wyznawana religia wpływa na mentalność, pozycję, praktykę życiową osób nawet na wysokich stanowiskach w instytucjach mających służyć jako wzorzec niezależności i obiektywizmu, kierujących się wyłącznie prawem stanowionym, niech posłuży przykład Julii Sebutinde. Julia Sebutinde to wiceprzewodnicząca Międzynarodowego Trybunału Karnego w Hadze od 2024 (członek Trybunału od 2013 r.). Urodzona 28.02.1954 w Ugandzie jest topowym jurystą o globalnym wymiarze, wszechstronnie wykształconą w prawie i jurysprudencji (studiowała i pogłębiała swą znajomość prawa na pierwszorzędnych uczelniach całego świata). Jest pierwszą Afrykanką zasiadającą w haskim MTK. Prywatnie jest członkiem zboru Watoto, jednego z kościołów zaliczanego do ewangelikalnej galaktyki wyznań, tak charakterystycznych dla Pasa Biblijnego. Idolem i duchowym wzorem dla Julii Sebutinde jest jeden z czołowych teleewangelistów amerykańskich, Jimmy Swaggard.
Dość oryginalne (delikatnie mówiąc), subiektywne poglądy pani sędzi, szacownej, uznanej i znaczącej (przynajmniej w wymiarze symbolicznym) struktury jaką jest haski trybunał, rzucają cień na tę instytucję. Jak wszystkie inne struktury świata, odchodzi ona w niebyt wraz z załamywaniem się dotychczasowego porządku. Wypowiedź Julii Sebutinde, będąca votum separatum do sentencji Trybunału w sprawie: rząd RPA vs Izrael (nie pierwsze w tej kwestii i nie po raz pierwszy tak uzasadnione), jest tego klasycznym przykładem, gdyż podważa istotę niezawisłości sędziowskiej i kierowania się przez sąd wyłącznie prawem stanowionym: „Pan mój liczy, ze stanę po stronie Izraela. Sytuacja w Gazie jest zapowiedzią czasów ostatecznych przepowiedzianych w Biblii. Pan rano, gdy się obudziłam, nakazał mi nie być tchórzem i bronić Izraela podczas wydawania przez Trybunał wyroku”.
W sporze jaki miał miejsce wewnątrz MTK w sprawie zgłoszenia przez rząd RPA wniosku o ludobójstwie popełnianym przez Izrael na Palestyńczykach z żądaniem oceny tego co się dzieje w Gazie, Ugandyjka zajęła jednoznaczne, proizraelskie stanowisko, niezgodne z etyczno-moralnym rozumieniem tego, co się tam dzieje dziś, a czego autorem jest rząd w Tel Awiwie i armia izraelska.
O prawnym wymiarze – szkoda mówić. Sebutinde stwierdziła, że wniosek RPA nie wykazuje, iż rzekomo popełnione przez Izrael czyny zostały „dokonane z niezbędnym zamiarem ludobójczym i że w związku z tym nie mogą one podlegać Konwencji w sprawie ludobójstwa”.
Gros ekspertów twierdzi, że Sebutinde nie dokonała dogłębnej oceny sytuacji. Z jej odrębnego zdania, publicznie ogłoszonego i pozostającego w opozycji do stanowiska całego Trybunału wynika, iż kierują nią nie tyle obiektywne, zracjonalizowane, jurydyczne zasady (zgodne z przyjętymi normami cywilizowanego prawa) a prywatne, indywidualne normy podyktowane subiektywnymi przekonaniami religijnymi. Rząd w Kampali odciął się jednoznacznie od jej stanowiska.
To jest jednak zagadnienie szersze, nie tylko dot. J. Sebutinde, choć jest ona niejako twarzą ważnej organizacji międzynarodowej, pretendującej do szacunku, planetarnego uznania, ponadustrojowej i ponadkulturowej admiracji. Trybunału mającego stanowić wzór (niczym metr z Sevres) wyższości prawa stworzonego w obrębie zachodniej cywilizacji. Jak to się ma do wizerunku bogini Temidy z zasłoniętymi oczami, trzymającej miecz i wagę które to symbole oznaczają iż tylko litera prawa stanowionego i zapisanego w dokumentach jest podstawą do wydawania wszelkich wyroków?
Przegrana rozumu
Popularność ewangelikanizmu, który w ostatnich dekadach znacznie poszerzył swój zakres oddziaływania i bazę społecznego poparcia jest związana z wieloma czynnikami, to proces doskonale opisany przed dwoma dekadami przez Johna Micklethwaita i Adriana Wooldridge’a w książce Powrót Boga, pokazujących szerzący się fundamentalizm (nie tylko religijny). Jest to także związane z postępującą indywidualizacją (prywatyzacją), kultem emocji i osobistego przeżywania wszystkiego, co niesie otaczający nas świat, a także z powszechną komercjalizacją (wierzeń religijnych także). To jest wpływ królującej we wszystkich dziedzinach życia doktryny neoliberalnej, przedkładającej indywidualny, utylitarny sposób życia zakreślony i oparty o zawężone pojęcie personalnej wolności.
Jak i dlaczego następuje od kilku dekad prywatyzacja religii i co z tym się wiąże, zaprezentował jeszcze w XX w. Thomas Luckmann w Niewidzialnej religii.
To jest również jeden z przykładów, jak przebiega, tu akurat w wymiarze specyficznego rozumienia religijności, amerykanizacja kultury światowej. To coś jak dżinsy, McDonald i KFC, Coca-Cola, westerny i Hollywood, amerykański styl życia, jankeski pęd do indywidualnego sukcesu (subiektywizacja spojrzenia na realia otaczającego świata) budujące ciągle mit Ameryki jako raju na Ziemi, jako oazy owej zawężonej do „gadżetów wolności. Wolności pozornej.
To także egzemplifikacja amerykańskiego utopizmu rosnącego zawsze w siłę, gdy umacnia się kult hegemonii amerykańskiej i poczucia jej mocy sprawczych. Od Reagana i upadku ZSRR (kult zwycięstwa nad Imperium Zła to typowy przykład apokaliptyki) Jankesi mówią językiem Apokalipsy, czyli Bóg jest z nami, jesteśmy narodem wybranym* a „ziemię dał nam Pan w posiadanie” (czyli panowanie nad nią). Od razu przypomina się sentencja Owidiusza, że video meliora proboque, deteriora sequor, czyli widzę rzeczy lepsze i pochwalam je, ale jednak idę za gorszymi (Przemiany).
Apokaliptyczny język i taka mentalność charakteryzują się zawsze poczuciem radykalnej antynomii dobra i zła, prozelityzmem, dogmatyzmem i moralizmem. To wszystko znajdujemy w ruchach pentekostalnych i kościołach tak charakterystycznych dla religijności amerykańskiej, eksportującej swe produkty na cały świat wraz z tym co kojarzymy z amerykanizmem. Tym jest też ruch MAGA, jaki wyniósł Trumpa do ponownej prezydentury.
Taka forma kultu religijnego i praktykowania wiary religijnej nigdy nie pozbędzie się przyrodzonej skłonności do degradowania wartości życia i kultury innej niż ich paradygmaty. Gdy wiara religijna wzbogacona zostaje o bezwarunkowe uznanie kultury, w jakiej powstała i z którą się utożsamia, za najsubtelniejszy i najznakomitszy wytwór człowieka dany mu od jego Boga, wtedy musi być elementem służącym do dominacji nad drugim człowiekiem. Obca takiej kulturze, takiej religii jest pokora, tolerancja, wolność i rozumienie równości, a więc te idee, które winne być immanencją chrześcijaństwa i kultury budowanej od 2000 lat na tej bazie w skali świata jako „uniwersum”. Amerykańskiej kultury od ponad 200 lat. I może warto w podsumowaniu wrócić do motta z I części tego tekstu gdzie Thomas Jefferson, trzeci prezydent USA mówi: „Doprawdy drżę o mój kraj, jeśli pomyślę, że Bóg jest sprawiedliwy”.
Radosław S. Czarnecki
*p. doktryna Boskiego Przeznaczenia - Boskie przeznaczenie oraz Manifest Destiny – w SN Nr 10/18 i SN Nr 11/18, oraz Zmitologizowane oblicze USA w SN Nr 5/22 (red.)
Od Redakcji: Jest to druga, ostatnia część eseju Radosława S. Czarneckiego „Ewangelikanizm i amerykanizacja świata”. Pierwszą zamieściliśmy w SN Nr 3/26 - Ewangelikanizm i amerykanizacja świata (1)

