Religioznawstwo (el)
- Autor: Radosław S. Czarnecki
- Odsłon: 3396
Wspólnotę (…) należy rozumieć
jako płaszczyznę dyskursu, a nie
empiryczny punkt odniesienia.
Chantal Mouffe
Esencjalizm aktualnej i modnej proweniencji, promowany zarówno ideowo przez postmodernistów jak i neokonserwatystów, zakłada „harmonijne pogodzenie religijności z wolnością, którego nie potrafił osiągnąć nowoczesny humanizm ograniczający zarówno religię ludzi jak i społeczeństw, jak i ich potencjał gospodarczy” (G. Corm – „Religia i polityka w XXI wieku”). System ów umożliwia człowiekowi (zdaniem zwolenników tej praktyki) skonsumowanie moralności i religii z polityką i zagadnieniami społecznymi. Ta amerykańska wersja konglomeratu idei niezupełnie do siebie przystających (przyjęta jako powszechnie obowiązująca political correctness) razi przede wszystkim naiwnością i zwyczajnym, wańkowiczowskim, „chciejstwem”. Mimo to, została spopularyzowana i rozpowszechniona – wedle postmodernistycznego sznytu – także w Europie. Dziś ten sposób opisu świata i procesów w nim zachodzących jest uznany za jedynie prawdziwy i wyłącznie możliwy do przyjęcia. Esencjalizm (pozostający w zdecydowanej opozycji wobec fenomenalizmu, ale też materializmu, dialektyki, historycyzmu czy ewolucjonizmu) to, ogólnie rzecz biorąc, pogląd twierdzący, iż pod powierzchnią danego zjawiska ukrywa się właściwa, esencjonalna rzeczywistość. To jest teza wyraźnie idealistyczna, platońskiej proweniencji (a tym samym leżąca u źródeł każdego monoteizmu), określająca esencję jako coś niezmiennego, wiecznego, ponadmaterialnego.
Zgodnie z tą koncepcją, istnieją elementy natury (także w człowieku), które nie podlegają najszerzej pojętej ewolucji, zmianom, tym samym – postępowi i rozwojowi. Tym samym esencjalizm wpisywać się musi w kolejny konflikt (nie tylko świeckość i laicyzm kontra religianctwo i upolitycznienie wierzeń religijnych), będąc w nim stroną: nacjonalizm jako tradycja Europy narodów i państw narodowych (czy inaczej: także religijna wspólnotowość) vs humanistyczny kosmopolityzm. Ów esencjalizm ma w swym zamyśle zastąpić wspomniany już kosmopolityzm, wypływający bezpośrednio z najszerzej pojmowanego humanizmu. Stąd na czele dyskursu toczonego w tej materii stawiana jest wolność (jako pooświeceniowa, ale jedyna i naczelna wartość), jednak wypreparowana z pozostałych dwóch segmentów triady oświeceniowej: liberte – fraternite – egalite.
Wolność, równość i braterstwo
Sama wolność (liberte) bez pozostałych ogniw tej triady jest po części kulawa, ślepa i głucha. Czyli ułomna. Tak pojmowaną wolność sprowadzono współcześnie do „wolności zakupów”, albo do ciągle poszerzanej dostępności nowotworzonych, coraz bardziej wyszukanych, dóbr konsumpcyjnych (reklamowanych przez totalne media).
Braterstwo i równość celowo się pomija lub sprowadza do retorycznych i pustych sloganów. Bo triada w swym pełnym zestawie ma moc rewolucyjną, burzącą (ale i tworzącą zarazem nową jakość). Nad wszystkim zaś króluje – próbując spacyfikować idee i nadzieje wynikające z braterstwa i równości, rzucając złowieszczy cień na mentalność ludzi, ich świadomość, reakcje i postawy - „niewidzialna ręka rynku” i związana z nią wszechwładna komercjalizacja.
Równość i braterstwo to oprócz wolności te elementy, które kulturę Zachodu czynią atrakcyjną dla przedstawicieli innych cywilizacji, w których o tak rozumianej jakości życia nigdy nie było mowy, a jednostka ludzka jest traktowana od zawsze nie jako indywiduum i podmiot, czy „miara wszechrzeczy” (za Protagorasem z Abdery), ale jako jeden z elementów składowych danej wspólnoty, jako trybik organizmu zwanego społeczeństwem. To ten trend, tak dziś powszechny, „przerabia” obywatela w konsumenta, człowieka dojrzałego i świadomego – czyli właśnie wolnego – w infantylne i kapryśne dziecko goniące jedynie za zaspokojeniem kolejnych, podsuniętych przez reklamę zachcianek. I w tym to kapryśne dziecko widzi swoją wolność. Bo tak został wdrukowany w świadomość współczesnego człowieka kod dzisiejszych czasów, taki jest (i taki ma być) proponowany paradygmat XXI wieku - ery wolności. I tak też – niestety – wolność jest kojarzona. Jest to jawnym zaprzeczeniem wolności wyobrażonej i prezentowanej przez czołowych koryfeuszy Oświecenia po obu stronach Atlantyku u zarania epoki zwanej nowoczesnością.
A wolność – jak zauważył Antonio Negri – to możliwość nie tyle nie chodzenia do pracy, ale przede wszystkim oddania się wynalazczości (materialnej, bądź duchowo-ideowej) w towarzystwie innych ludzi. Wolność, bez świadomości znaczenia tego pojęcia i tego stanu, jest kolejnym humorzastym bożkiem losu uczynionym sobie przez człowieka na swe własne udręczenie, nie dla poszerzenia swojej wolności. Bożkiem spychającym człowieka w otchłanie infantylizmu, niekontrolowanych afektów i irracjonalnych zachowań.
Klęska ideałów Oświecenia?
Efektem takiego podejścia do rudymentów Oświecenia jest to, iż laickość stała się przedmiotem ataków wszelkich religiantów, a z drugiej strony - odrzucenie wszystkiego, co łączy się z XX-wiecznymi przeżytkami. Tym samym wieszczymy klęskę idei sekularyzmu i zasad laïcité. Łączy się to (zdaniem wielu komentatorów) z upadkiem muru berlińskiego i implozją ZSRR.
Bankructwo tego systemu skompromitowało – zarówno według neokonserwatystów, neoliberałów, jak i postmodernistów – wszystko, co można wiązać z epoką Oświecenia, lewicowością i postępem. Taki sposób myślenia jest też zgodny z założeniami antymetanarracyjnymi postmodernizmu. Godząc się na taką interpretację historii, podcinamy – jako spadkobiercy Oświecenia - gałąź, na jakiej siedzą klasyczni liberałowie, lewica, zwolennicy postępu i autonomii osoby ludzkiej. Lewica, milcząc lub posypując głowę popiołem, tworząc bezideowe i puste politycznie koncepcje tzw. trzeciej drogi, odcinając się od swej odwiecznej bazy – ludzi pracy najemnej oraz rewolucyjności (niosącej przecież zawsze postęp w przeciwieństwie do restauracji), popełniła w zasadzie seppuku. Politycznie i intelektualnie. Widać to dziś po jej znaczeniu zarówno w poszczególnych krajach Europy, jak i Parlamencie Europejskim. To tylko cień tego, czym była lewica dwadzieścia, trzydzieści lat temu. Naruszając świat tradycyjnych od wieków wartości, Oświecenie (i wszystko co z nim się wiązało w późniejszych epokach) zburzyło sens minionego życia. Tak twierdzi m.in. lewica postmodernistyczna skupiona wokół koncepcji i kontynuująca dorobek Francoisa Fureta (dlatego moim zdaniem, należy ich uważać raczej za konserwę lub prawicę).
To, jej zdaniem, jest efektem negatywnie ocenianej tzw. świadomości rewolucyjnej panującej w Europie w XIX i XX wieku, przyporządkowanej zawsze postępowi i rozwojowi. Błąd takiego mniemania jest zasadniczy: rewolucje (i związane z nimi przemoc, agresja, dramatyczne zmiany społeczne i polityczne, a co za tym idzie – zmiany w aksjologii ocenie rzeczywistości) są efektem określonych warunków istniejących w danym społeczeństwie, generujących ową rewolucję. Agresja i przemoc (także przemoc symboliczna) są efektem ubocznym rewolucji, towarzyszącym owym przemianom, nie jej zasadniczym celem i jądrem - jak chcą różnej maści konserwatyści, tradycjonaliści, czy ogólnie rzecz biorąc – prawica, tak ujmująca postęp społeczny. Charakter każdej rewolucji powiela to, co zdarzyło się wczoraj, przedwczoraj, dawno i bardzo dawno. Dramat i tragizm Rewolucji Francuskiej tkwi w tym, że jest ona echem przede wszystkim wojen religijnych toczonych sto (i więcej) lat wcześniej w Europie. Zwłaszcza chodzi tu o wewnętrzne konflikty religijne we Francji (z ich wyjątkową brutalnością i bezwzględnością w niszczeniu Innego) oraz wojnę 30-letnią w Niemczech i Europie Środkowej. O tym religianci i konserwatyści raczą zapominać: postmoderniści czynią to z ignorancji, wspomnianego „chciejstwa”, bądź politycznej poprawności. W tym miejscu nie sposób pominąć również wielowiekowej tradycji inkwizycyjnej jako nosicielki wyjątkowej (bo uzasadnianej religijnymi kanonami) przemocy, nienawiści, perfidnej inwigilacji, wyrafinowanych tortur i symbolicznego przymusu na masową skalę. Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden fakt: otóż antynomiczne stanowiska ideowe postmodernistów i neokonserwatystów są przykładem idealistycznej i życzeniowej konwergencji tez i poglądów w tej kwestii.
Wiemy przecież, że każdy monoteizm dąży do monopolu (choćby z racji koncepcji i sposobu pojmowania Prawdy). Czyli tym samym musi być immanentnie przeciwny (by nie rzec – wrogi) wolności jednostki, demokracji, pluralizmowi poglądów czy indywidualizmowi.
Przez owe specyficzne i swoiste pojmowanie Prawdy, każdy monoteizm musi dążyć (i tak też czyni) do podporządkowania wolności indywidualnej i zbiorowej swemu religijnemu oglądowi świata. Wiązać się to musi zawsze z eliminacją Innego (za pomocą różnych, zależnych od epoki środków i metod). Antyeschatologizm, dekonstrukcja wszystkiego, opozycja wobec metanarracji, antyautorytaryzm postmodernizmu, winny wykluczać absolutnie jakąkolwiek religijność (jakaś nowa, postmodernistyczna religia to klasyczny oksymoron). Jednak, jak widać, koalicja – nieformalna, dziwna i irracjonalna – jest możliwa, choć zapewne oczekiwania i zamiary obu stron owego aliansu są diametralnie rozbieżne. Poza tym odrzucenie laickości i sekularyzmu (w imię fałszywej tezy: „kochajmy się bracia”, bo miłość wszystko zwycięży) opartych o tradycję oświeceniową musi skutkować umacnianiem się propagandy religianckiej, obskurantyzmu, dewocji i bigoterii co w efekcie sprzyjać będzie (i sprzyja) fundamentalizmowi religijnemu.
Wiara w absolut
Bo czym jest fundamentalizm? To pogląd na świat – nie tylko religijnego chowu – zakładający pewien „rodzaj wiary, która może być łatwo doprowadzona do skrajności. Jest to wiara w doskonałość, absolut, w to, że każdy problem musi być dziś rozwiązany. Zakłada on istnienie autorytetu wyposażonego w wiedzę doskonałą, nawet jeśli ta wiedza nie jest dostępna dla zwykłych śmiertelników”. (G. Soros, „Kryzys światowego kapitalizmu”).
Wiąże się to zawsze ze znaczeniem terminu - pojemnym i dlatego utylitarnie zawsze użytecznym (a takie podejście jest przeciwne postępowi i ewolucjonizmu) – autorytetu. Rządzący mainstream, mimo zapewnień o admiracji wobec takich wartości jak wolności obywatelskie, demokracja, swoboda myśli i wypowiedzi, liberalizm wobec różnych postaw i sposobów interpretacji dziejącego się wokoło nas świata, sobie przypisuje wyłącznie prawo do oceny prawdziwości, słuszności czy wiarygodności krążących w przestrzeni publicznej sądów i tez. To swego rodzaju bałwochwalstwo i sakralizacja swoich poglądów. To uznanie siebie za ostateczny autorytet.
Zdaniem Georga Sorosa, główną cechą mentalności fundamentalistycznej jest dokonywanie wyborów na zasadzie: albo – albo.
Takie przekonania leżą również u podłoża tez zwanych esencjalizmem. Zakładając modelowość, idealność rzeczywistości i jedynie takiej akceptowanej przez nas, ograniczamy się do wyborów klasyfikowanych według kanonów: dobro vs zło, światło vs ciemność, raj vs piekło. Ci interlokutorzy, którzy nie akceptują naszego poglądu na świat i procesy w nim zachodzące, nie mają racji istnienia. Tu w wiekach średnich wkraczała inkwizycja, co utrwaliło po dziś dzień obecną w kulturze Europy instytucjonalną uzasadnioną symbolicznie i religijnie zorganizowaną przemoc.
Dziś jest tym celowe przemilczenie (jak coś jest nieobecne w mainstreamowych mediach, to nie istnieje), ironia i kpina, szyderstwo, stygmat totalitaryzmu, Sodomy i Gomory, etc. Nie dialog, nie dyskusja, nie szermierka na argumenty.
Wirtualna przestrzeń i jej zasięg nie sprzyjają pogłębianiu wspólnotowości – raczej dzielimy się i utwierdzamy w swej predylekcji do klanowości, bytowania i myślenia w kategoriach plemiennych, ku swojskiej przaśności, gdyż poszczególne wspólnoty w wirtualnej przestrzeni preferują kontakty swoich ze swoimi. Inny jest banowany, hejtowany, wykluczany z przestrzeni naszego portalu społecznościowego.
Furtka dla religii W sferze geopolityki i zagadnień o globalnym i uniwersalnym charakterze wspomniana deprecjacja Oświecenia oraz jego priorytetów zawartych w przywoływanej triadzie, sprowadzanie ich ponownie (jak to miało miejsce w XIX czy XX wieku) do narcystycznego zachwytu nad „europejskością” i naszymi wartościami - ponoć jedynymi godnymi uwagi, a łączonymi z chrześcijańskiej proweniencji misyjnością - są głównymi powodami dla rozwoju z jednej strony - różnego rodzaju radykalizmów (wrogich tym ideom), a z drugiej - furtką dla religii powracających w glorii jedynych wartości, na których zbudowano współczesną kulturę Zachodu.
Tak pojęta esencja pozwoliła na to, że znów przywołane być musiały do powszechnej narracji takie pojęcia jak naród, rasa, religia, cywilizacja chrześcijańska. A wraz z nimi – mentalność krucjatowa (i wszystko co z nią się wiąże).
Tak musiało się stać, bo u podstaw wojującej cywilizacji legła religia, (gdy neguje się Oświecenie, tym samym przyznaje się znaczenie Średniowieczu).
Judeochrześcijańskie wartości Zachodu związane zawsze były z misją „na zewnątrz”. Odwołania do religii, jej triumfalny powrót do sfery publicznej i gremialne zastosowanie argumentacji religijnej dla możliwie najszerszych uzasadnień - to wszystko jest sprzeczne z nowożytną koncepcją cywilizacji tworzonej na starym kontynencie od Renesansu, a de facto od Oświecenia, przez francuskich myślicieli (Diderota, Woltera, Condorceta czy d’Alamberta), potem: Hegla, Marksa i Feuerbacha po Nietzschego, Heideggera czy Russella. Ten właśnie okres przyczynił się (pozytywnie) do zburzenia w sposób sukcesywny kultury i tradycji głęboko przesiąkniętej na wskroś religią, mitami, mistyką i eschatologią, trwającej w zasadzie do czasów Renesansu.
Oświecenie było jedynie potwierdzeniem tez renesansowych i jednocześnie przyśpieszeniem tego procesu. Religia i naznaczony nią religijny mesjanizm Europejczyków niosły ze sobą (i często nadal niosą) zwiększenie ładunku emocji (najczęściej złych) w życiu publicznym i w interpersonalnych relacjach.
Nadużywanie koncepcji, (zwłaszcza w retoryce), o judeochrześcijańskich korzeniach kultury Zachodu wyparło, jak twierdzi Georges Corm, przekonanie o helleńsko-rzymskich tradycjach naszej cywilizacji. Na pewno tak pojęty i proponowany esencjalizm wywiera szkodliwe i negatywne skutki w całej kulturze określanej mianem Zachodu. Radosław S. Czarnecki
- Autor: Grzegorz Pełczyński
- Odsłon: 4598
Różnili się znacznie od dominującego tam prawosławia. Jako protestanci swoją doktrynę opierali jedynie na Biblii. A to obligowało do zerwania z prawosławiem, z jego modlitwami do Marii i świętych, czczeniem ikon i relikwi. Baptysta czy ewangeliczny chrześcijanin to człowiek, który uświadomiwszy sobie swoją grzeszność, błagał Boga o przebaczenie, które zresztą otrzymywał, bo za jego grzechy zapłacił Jezus na krzyżu. Następnie dawał się ochrzcić i przyłączał do zboru złożonego z osób o podobnych poglądach.
Gdy wybuchła rewolucja październikowa, tak wierzący ludzie byli w Rosji znaczącą grupą religijną, która zrazu nie zwracała uwagii bolszewików. Głównego wroga widzieli oni w prawosławiu. Rada Komisarzy Ludowych 23 stycznia 1918 r. wydała dekret równający wobec prawa wszystkie religie, a prawosławie pozbawiający statusu religii państwowej. Ewangeliczni chrześcijanie i baptyści byli raczej pozytywnie ustosunkowani do dekretu, wiązali z nim nadzieję na możliwość swobodnej działalności.
Bujny rozwój
Obydwa wyznania w latach dwudziestych zwiększyły liczbę wiernych w stosunku do okresu przedrewolucyjnego – nawet o kilkadziesiąt procent. W całym Rosyjskim Związku Baptystów było ok. 400 000 wiernych, a z nieochrzczonymi dziećmi jeszcze więcej. Wzrosła też liczba ewangelicznych chrześcijan, których mogło być niecałe 200 000. Przywódca tych drugich, Iwan Prochanow, z powodu swych inicjatyw i niespożytej energii był najbardziej znanym protestantem w Rosji.
Szybki rozwój tych wyznań po rewolucji jest związany z represjonowaniem prawosławia. Komuniści próbowali je zdeprecjonować i dlatego urządzali „sądy nad religią” – dysputy wzorowane na rozprawach sądowych, mające na celu udowodnienie jej szkodliwości. Będącemu w defensywie prawosławiu z łatwością udowadniano najrozmaitsze zarzuty. Jednak ludzie, których organizatorzy takich imprez zdołali odwieść od Cerkwi, niekoniecznie stawali się ateistami. Wywołane wątpliwości skłaniały do poszukiwań religijnych, nieraz kończących się wstąpieniem do zboru.
Po rewolucji ewangeliczni chrześcijanie i baptyści, mający takie same wierzenia i często ze sobą współpracujący, postanowili się zjednoczyć, lecz przywódcy obydwu ugrupowań nie zgadzali się co do ustroju nowego związku i do zjednoczenia nie doszło. Najbardziej podzielił ich stosunek do służby wojskowej. Przed wojną uważali ją za powinność wobec państwa. Podczas wojny tylko nieco ponad stu mężczyzn nie chciało służyć z bronią w ręku. Lecz wśród wracających z wojny, wśród wcielonych do oddziałów rewolucyjnych, bądź kontrrewolucyjnych, takowych były tysiące.
Władza radziecka, starająca się początkowo zyskać jak najwięcej zwolenników, wydała dekret pozwalający uniknąć służby wojskowej z powodów religijnych. Wtedy do zborów zaczęli garnąć się młodzi mężczyźni nie chcący iść do wojska.
Na początku 1922 r. Prochanow zwrócił się do wszystkich baptystów świata z wezwaniem „Głos ze Wschodu”, w którym nakłaniał do nie uczestniczenia w żadnych działaniach związanych z wojną. Światowy Związek Baptystów, którego Prochanow był wiceprezydentem, dość oględnie ustosunkował się do tego. Natomiast władze radzieckie uznały to za próbę wtrącania się do polityki i uwięziły Prochanowa. Wyszedł po trzech miesiącach, podpisawszy pismo uznające służbę wojskową za obowiązek. Problem ten wzbudził spory wśród ewangelicznych chrześcijan i baptystów. Najbardziej zdecydowani pacyfiści utworzyli osobne zbory. Wszystko to osłabiało ten odłam chrześcijaństwa w ZSRR.
Opisując lata dwudzieste, trzeba wspomnieć kooperatywy zakładane przez wierzących, zwłaszcza ewangelicznych chrześcijan. Były to głównie spółdzielnie rolne, ale też przedsiębiorstwa funkcjonujące w miastach, w których pracowali wierzący, realizując biblijny ideał wspólnoty dóbr.
Tragiczne lata trzydzieste Lepsze czasy zaczęły się kończyć w 1927 r. Prochanowowi, wyjeżdżającemu latem 1928 r. na Kongres Baptystów do Toronto, władze dały do zrozumienia, że nie chcą, by wrócił. Wkrótce zaczęto likwidować kooperatywy. Stopniowo poznikały czasopisma.
W następnym roku wprowadzono prawa zmierzające do likwidacji religii w całym państwie. Uchwalono Ustawę o Religijnych Stowarzyszeniach, zgodnie z którą każda wspólnota religijna, np. zbór, musiała uzyskać rejestrację, czyli zgodę na istnienie. Działalność takowej ograniczono wyłącznie do spraw religijnych w miejscach do tego przeznaczonych. Zakazano działalności misjonarskiej. Zakazano prowadzenia spółdzielni i przedsiębiorstw, a nawet niesienia pomocy materialnej członkom wspólnoty. Nie wolno było organizować grup skupiających kobiety, dzieci czy młodzież. To wszystko utrwalała zmiana czwartego artykułu konstytucji, który stwierdzał, że „swoboda (...) antyreligijnej propagandy, jest przyznana wszystkim obywatelom”. Wymienione akty prawne czyniły z ateizmu religię państwową.
Wkrótce dla ewangelicznych chrześcijan i baptystów nastąpił najgorszy okres. W latach 1929-1941 represje dotknęły ok. 25 000 osób. Najpierw przywódców obu ugrupowań, a także metodystów i adwentystów, okrzyknięto agentami zachodnich państw. Potem stawiano ich przed sądami i wymierzano wyroki skazujące. Do połowy lat trzydziestych skazywano na ogół na 3 do 5 lat. W drugiej połowie dekady wyroki były o wiele surowsze. Przykładem jest męczeństwo rodziny Kargelów. Iwan Kargel, znany teolog, został aresztowany w 1937 – miał wówczas 88 lat. I chociaż przesiedział w więzieniu tylko 17 dni, tak go to wyczerpało, że wkrótce zmarł. Niedługo potem rozstrzelano jego starszą córkę Elenę, a dwie młodsze skazano na zsyłkę.
Mimo, że całe społeczeństwo radzieckie żyło w strachu, wierzący mieli jednak wyjątkowe powody do obaw. Uznano ich wszak za wrogów państwa. Mający kontakty ze współwyznawcami za granicą, a dzięki pracowitości należący do klasy średniej – przeciwstawiali się planom bolszewików. Ich zbory wciąż pozbawiano więc duchownych i najaktywniejszych członków. A kiedy nie było już nikogo, kto odważyłby się im przewodzić, musiały zawiesić działalność. Liderzy, których nie represjonowano, byli podejrzani o współpracę ze służbami specjalnymi. Ponadto na zbory nakładano wygórowane podatki. Po napaści Niemiec na ZSRR, prześladowania religii ustały. Dyktator Związku Radzieckiego, Stalin, był świadom, iż trzeba teraz wysiłku wszystkich obywateli, także wierzących.
Jak ujarzmić baptystów?
Nim skończyła się wojna, sytuacja opisywanych społeczności uległa diametralnej zmianie: władze doprowadziły do ich połączenia. Nastąpiło to podczas zjazdu ich reprezentantów w Moskwie między 26 a 29 październikiem 1944 r. Na tym nie zakończyło się jednoczenie podobnych wyznań w ZSRR. W 1945 do ewangelicznych chrześcijan-baptystów dołączono chrześcijan wiary ewangelicznej, czyli zielonoświątkowców, w 1946 - wolnych chrześcijan, a w 1947 - chrześcijan w duchu apostolskim. I w końcu, w 1963, braterskich mennonitów.
Wszystkie te wyznania złączono w swoistej unii kościelnej, w Związku Ewangelicznych Chrześcijan-Baptystów (ZECHB). Jego przewodniczącym został Jakow Żidkow, a sekretarzem Aleksander Karew.
Złączenie tylu wyznań stanowiło niełatwe zadanie. Szczególnie zielonoświątkowcy nastręczali trudności z powodu swego mówienia językami na podobieństwo apostołów w dzień Zielonych Świątek. Ale władze dążyły do połączenia, sądząc, iż dzięki temu uda się kontrolować jednocześnie kilka wyznań. Bez wątpienia celem pozostała ich likwidacja, lecz na pewien czas postanowiono ustabilizować ich sytuację.
Gdy władzę objął Nikita Chruszczow i zaczęła się odwilż, wierzący nabrali nadziei, że polepszy się również w dziedzinie religii. Lecz nowe władze też zamierzały zniszczyć religię, choć innymi metodami. Ewangeliczni chrześcijanie-baptyści wkrótce je poznali. W 1959 r. reżim zmusił kierownictwo ZECHB do wprowadzenia zarządzeń zebranych w dwóch dokumentach: w Regulaminie Związku Ewangelicznych Chrześcijan-Baptystów oraz Instrukcji dla Starszych Prezbiterów.
Jeśli zbory dokładnie przestrzegałyby tych zarządzeń, ich życie musiałoby ograniczyć się do nabożeństw stale odprawianych przez tego samego prezbitera, o wiele skromniejszych niż dotychczas, bo pozbawionych niemal muzyki, deklamacji wierszy. Poza tym nie należałoby chrzcić nikogo przed ukończeniem 30 roku życia. Zaś duchowni winni zachęcać do uczestnictwa w radzieckiej kulturze, mimo jej antyreligijnych treści.
Do Regulaminu i Instrukcji ogół miał stosunek negatywny. W tej sytuacji ukonstytułowało się gremium przekonane, że zaistniały problem rozwiąże tylko zjazd przedstawicieli całego Związku. Żidkow i Karew, gdy przedłożono im propozycję zwołania zjazdu, odpowiedzieli odmownie, obawiając się negatywnej reakcji władz. Wówczas owe grono stało się Grupą Inicjatywną do Sprawy Zwołania Zjazdu, na czele której stanął Gienadij Krjuczkow. Grupa Inicjatywna zwróciła się z kolei do wszystkich zborów, by skłonić je do podjęcia radykalnych działań. Część z nich udzieliła jej pełnego poparcia. Ale kierownictwo Związku uważało nadal, że nie jest teraz odpowiedni czas na zorganizowanie zjazdu.
Inicjatywnicy – jak nazywa się tych ewangelicznych chrześcijan-baptystów – byli nieprzejednani. Nie przestraszały ich szykany, aresztowania, pozbawianie zborów rejestracji. Twierdząc, że przywódcy Związku Ewangelicznych Chrześciajan-Baptystów sprzeniewierzyli się Ewangelii, 23 lipca 1962 r. ich liderzy uznali się za jedyną, do czasu zjazdu, władzę ZECHB. Zaś 20 września 1965 r. utworzyli Radę Zborów Ewangelicznych Chrześcijan-Baptystów, czyli własną organizację kościelną.
Niełatwo ocenić to, co stało się na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Jest faktem, że od czasu zjazdu zjednoczeniowego w 1944 r. przedstawiciele Związku nie spotykali się. Że jego kierownictwo było dość ustępliwe wobec władz. Jednak inicjatywnicy okazali swoim przywódcom brak posłuszeństwa, a także ignorowali warunki polityczne w ZSRR. W każdym razie na konflikcie zyskały władze. W jego wyniku z ZECHB zostali wyodrębnieni radykalni działacze, którzy później, jako członkowie niezarejestrowanych czyli nielegalnych zborów, w majestacie radzieckiego prawa byli prześladowani.
Związek Ewangelicznych Chrześcijan Baptystów po oddzieleniu się inicjatywników nie przeżywał zastoju. Regulamin i Instrukcję już w 1963 r. pozwolono zastąpić Statutem Związku ECHB, w którym uwzględniono nawet niejeden postulat proponowany przez inicjatywników. Dzięki temu Związek stał się bardziej demokratyczny: jego najwyższą władzę stanowił Wszechzwiązkowy Zjazd. Życie religijne ograniczało się wprawdzie tylko do pomieszczeń udostępnianych przez władze, ale też każdy dom wierzącego był miejscem kultu. Brakowało Biblii, brakowało literatury chrześcijańskiej, pozwolono wydawać tylko jeden periodyk „Bratskij Westnik”.
Na Zachodzie działały jednak organizacje, które niosły pomoc chrześcijanom w ZSRR, np. niemiecka Licht im Osten czy amerykańska Slavic Gospel Association. Organizowały one przemyt Biblii, książek i czasopism. Bardzo ważne były audycje chrześcijańskich rozgłośni: Trans World Radio i Voice of Andes, nadających po rosyjsku i w innych językach używanych w Związku Radzieckim.
Od lat siedemdziesiątych następował powolny zmierzch komunizmu, jednak pozostawał on nadal religią państwową, więc każda inna mogła być tylko mniej czy bardziej tolerowana. Dotyczyło to także ugrupowań tworzących ZECHB. Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych zaszła w nim zmiana pokoleniowa: zmarło wielu działaczy pamiętających czasy stalinowskie, zastąpili ich młodsi. W 1971 r. sekretarzem ZECHB został Aleksander Byczkow i był nim przez następne dwa dziesięciolecia. Pod nowym kierownictwem sporo się zmieniło. Zmiany były też efektem przemian społeczno-politycznych, jakie następowały w ZSRR, zwłaszcza w drugiej połowie lat osiemdziesiątych.
Wciąż problem stanowiło utrzymanie jedności organizacyjnej. Wprawdzie z Rady Zborów Ewangelicznych Chrześcijan-Baptystów wracali kolejni wierni do ZECHB, lecz kilkanaście tysięcy inicjatywników zdawało się przekonanych, iż reprezentują prawdziwe chrześcijaństwo ewangeliczne. Nadto działały dziesiątki zborów, głównie zielonoświątkowców, które nie chciały należeć do ZECHB, a których część uzyskała nawet osobną rejestrację. Wobec tego kierownictwo Związku, aby utrzymać jedność, prowadziło rozmowy z grupami odłączonymi, starało się zażegnywać konflikty mogące spowodować rozłamy.
W ostatnich dekadach ZSRR zbory ZECHB cieszyły się pewną stabilizacją, ale „sekta baptystów” - wcale niemała, bo licząca pół miliona wiernych - nie mogła odgrywać znaczącej roli w społeczeństwie, jak w latach dwudziestych. Władze robiły wszystko, by ograniczyć jej wpływy. Raczej nikt, kto do niej należał nie mógł ukończyć wyższych studiów i objąć znaczącego stanowiska. W 1974 r. nakład dwumiesięcznika „Bratskij Westnik” zwiększono do tysiąca egzemplarzy, a zatem na jeden zbór nie przypadał nawet jeden egzemplarz – zborów było ok. 2500. Już ten fakt świadczy, jak niewielkie możliwości oddziaływania posiadał ZECHB. Pomimo tego ewangeliczni chrześcijanie-baptyści prowadzili działalność, a ich liczebność nawet rosła: nowi członkowie zborów rekrutowali się z tworzących je często wielodzietnych rodzin oraz osób ze świata.
Rozpad Związku Radzieckiego przyczynił się do reorganizacji struktur społecznych ewangelicznych chrześcijan-baptystów. W nowych państwach stworzyli nowe organizacje kościelne, szczególnie na Ukrainie. Zupełnie odłączyli się zielonoświątkowcy. Mennonici w większości wyemigrowali. Przede wszystkim jednak ewangeliczni chrześcijanie-baptyści cieszą się dziś swobodą, jakiej dotąd nie mieli. Aczkolwiek zdarzają się represje w republikach z przewagą ludności muzułmańskiej. W każdym razie ewangeliczni chrześcijanie-baptyści odgrywają coraz większą rolę w życiu społeczeństw postsowieckich.
Grzegorz Pełczyński
Autor jest profesorem w Katedrze Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersyetetu Szczecińskiego.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 239
Ewangelikalizm (inaczej pentekostalizm) to nurt w łonie protestantyzmu, o charakterystycznej duchowości. Jest jednoznacznie konserwatywny, skłaniający się ku neoliberalizmowi w warstwie sukcesu i przedsiębiorczości, wywodzący się zarówno z tradycji purytańskiej jak i literalnego, autorytatywnego traktowania Biblii, w tym - Starego Testamentu.
Doprawdy drżę o mój kraj, jeśli pomyślę, że Bóg jest sprawiedliwy. (Thomas Jefferson)
W ostatnich dekadach widać wyraźne zacieśnianie sojuszu tej galaktyki wyznań pentekostalnych (ewangelikalnych) ze środowiskami ortodoksów judaistycznych, co przełożyło się na aktualny, ścisły sojusz z międzynarodowym syjonizmem.
Współczesny syjonizm, będący czystym nacjonalizmem o zachodnio-europejskich korzeniach, spleciony doktrynalnie z judaistycznym fundamentalizmem (chodzi o literalną interpretację Starego Testamentu oraz ideę Wielkiego Izraela tzw. Erec Israel) i tzw. przymierzem ludu Izraela z Jahwe (państwo Izrael materializuje je poprzez swe istnienie i politykę) jest tym samym naturalnym sprzymierzeńcem dla ewangelikanów podobnie traktujących Pismo Święte.
Wspólną dla wszystkich ewangelikanów jest wiara w personalną relację z Jezusem Chrystusem (analogia z żydowskim Przymierzem), materialne narodzenie Jezusa z Marii-Dziewicy, jego boskość, zastępczość ofiary Jezusa (tzn. że wziął on na siebie grzechy całej ludzkości) oraz jego fizyczne zmartwychwstanie i realność paruzji. Z racji silnego przywiązania do osobistego nawrócenia ewangelikanizm niesie sobą misję, kojarzoną jasno z chrześcijańską, purytańską wersją ewangelizacji, czyli przekonania słuchaczy do żalu za swoje grzechy oraz wiary w ich przebaczenie dzięki ofierze Jezusa na krzyżu. Aby dostąpić zbawienia, należy stać się członkiem środowisk ewangelicznych, gdyż w innym razie Sąd Ostateczny (który ma nastąpić docześnie, materialnie, tak jak to opisuje Pismo Święte) nie dopuści grzeszników do nieba.
Do rodziny chrześcijan ewangelikalnych zalicza się głównie takie oto nurty protestantyzmu: baptyzm, zielonoświątkowców, Kościoły Chrystusowe, braci plymuckich, ruch ewangelicznych chrześcijan, ruch uświęceniowy, anabaptyzm i Kościoły neocharyzmatyczne. Ruchy te wywodzą się głównie z USA (tzw. pas biblijny, mocno osadzony w lokalnych środowiskach i stanowiący esencję wiary religijnej wielu Amerykanów), gdzie gros tych kościołów oraz środowisk ma swój matecznik i gdzie mieszczą się centra promieniujące na cały świat zarówno materialnie (to najczęściej religijno-komercyjne korporacje z megazapleczem finansowym) jak i duchowo (wsparcie personalne przy pomocy kaznodziejstwa i tzw. teleewangelistyki).
Znawcy tematu definiują Pas Biblijny jako obszar na południu Stanów Zjednoczonych (choć ewangelikanizm ma tendencje wzrostowe w całej Ameryce od wielu dekad), którego mieszkańcy są uważani za bezkrytycznie wiernych dosłownej interpretacji Biblii. Jest to obszar charakteryzujący się żarliwym fundamentalizmem religijnym, zdefiniowanym jako ruch w XX-wiecznym protestantyzmie, który podkreśla dosłowność interpretowania Pisma Świętego jako fundamentalną dla chrześcijańskiego życia i nauczania oraz zastosowania tych zasad literalnie w życiu codziennym przez wyznawców. Według sondażu Pew Research Center, do stanów o największym udziale osób identyfikujących się z ewangelikalnym protestantyzmem należą: Tennessee (52%), Alabama (49%), Kentucky (49 %), Oklahoma (47 %), Arkansas (46 %) i Missisipi (41 %). Ciekawe, iż ewangelikanizm jest niezwykle popularny również w wielomilionowych aglomeracjach miejskich: Dallas (38%), Atlanta (33%) i Houston (30%).
Religia jak biznes
Z racji rozproszenia i liczby różnorodnych denominacji ewangelikalnych można mówić nie tyle o wyznaniu czy jednorodnym kościele. Raczej stosuje się termin mgławica, galaktyka ruchów pentekostalnych (zielonoświątkowych, choć akurat ten kościół jest tylko jej częścią). I jest to od 4-5 dekad najbardziej dynamiczny i ilościowo przyrastający nurt chrześcijaństwa na świecie. Ocenia się, (choć są to jedynie przybliżone szacunki, gdyż wspomniane rozproszenie, dynamika i ilość, uniemożliwiają takie oceny), iż na świecie może to być ok. 500-600 mln wyznawców.
Ruch powstał w USA (początki XX w) i Amerykę uważa się do tej pory za wiodący kraj w tej materii. Trzeba dodać, iż w USA każdy obywatel może sobie - po spełnieniu wymaganych prawem procedur - takie religijne przedsięwzięcie założyć i zarejestrować, niczym prywatny biznes. Często dlatego te kościoły tym są – dobrze prosperującym, dochodowym przedsięwzięciem, gdzie religijna wiara staje się dodatkiem i motorem dla pomnażania kapitału.
Do szerzenia tak rozumianej wiary religijnej przysłużyła się niewątpliwie telewizja (dziś to jest wirtualna przestrzeń). Kiedy w latach 60. stała się ona wszechobecną w domach amerykańskich, pojawili się tzw. teleewangeliści, kaznodzieje szerzący zasady wyznawanej religii za pomocą telewizyjnych show, ściągając wielomilionową publikę przed ekrany TV.
Kaznodziejstwo i religia stały się tym, czym pospolite klipy reklamowe, podawane tylko w specyficznym opakowaniu. Popularni teleewanageliści – Jim Bakker, Jimmy Swaggard, Oral Roberts, Benny Hinn, Jerry Falwell – dzięki tym przedsięwzięciom i oprócz gigantycznej popularności - stali się wpływowymi ludźmi w przestrzeni publicznej oraz niezwykle majętnymi osobami, promującymi tym samym neoliberalne wzorce pomnażania kapitału (p. R. S. Czarnecki „Przemysł religijny” Sprawy Nauki Nr 2/2019).
Te formy religijności i kultu są emanacją rozproszenia, jakie proponuje ludzkości współczesna rzeczywistość, na podobieństwo sieci i tego, co w niej znajdujemy. Chwilowość, płynność, ciągła zmienność, pluralizm podniesiony często do absurdu przy jednoczesnej manipulacji i propagandzie tworzą wrażenie absolutnej niestabilności, ulotności, przypadkowości. Nawet religia i formy kultu z nią związane - w takim ujęciu, które postrzegano jako formę fundamentu i stabilizacji - również podlegają tak pojętej (choć niewielu to rozumie) amerykanizacji.
Skutki amerykanizacji
Amerykanizacja to charakterystyczny, ogólnoświatowy, poczynając od II połowy XX w. proces transferu kulturowego, którego obiektem są instytucje, normy, wartości, zwyczaje, zachowania, techniki, symbole czy obrazy faktycznie lub symbolicznie kojarzone ze Stanami Zjednoczonymi. Wpływ kultury amerykańskiej na inne kultury łączony jest z hegemoniczną pozycją Stanów Zjednoczonych i traktowany jako zjawisko negatywne, gdyż glajchszaltuje kulturę ogólnoludzką. Jest ona procesem kulturowym, postępującym równolegle z podobnym działaniami w wielu przestrzeniach polityki władz amerykańskich na wielu polach i to od wielu dekad. M.in. klasycznym przykładem amerykanizacji jest niemal całkowita asymilacja rdzennych mieszkańców Ameryki Płn. Ten proces, unifikacja, jest immanentną częścią systemu kapitalistycznego, zwłaszcza w obecnych czasach, gdy doktryna neoliberalna święci triumfy od 3-4 dekad w USA. I to Ameryka stała się synonimem zastosowania w praktyce tej doktryny (globalizacja i komercjalizacja sprzyjają jak najbardziej tym procesom).
Amerykanizacja, rozpowszechniając wzorce kulturowe związane ze stylem życia, mentalnością i symboliką kojarzoną z USA, oprócz związków doktrynalnych panujących za Oceanem Atlantyckim jest również echem epoki kolonialnej. Stąd utożsamienie ze starotestamentowym „narodem wybranym” oraz przekonaniem o wyższości tego, co niesie cywilizacja zachodnia w połączeniu z protestancką, a dziś – ewangelikalną „żądzą bycia Dziewicą Orleańską” na tle reszty świata. Powodować to musi wyłącznie szkodliwe skutki (E. Wallerstein, Koniec świata, jaki znamy).
Wracając do ewangelikanizmu. Tego typu religijność, często fanatyczna, poddająca się totalnie irracjonalnym, autorytetom nawiedzonych guru, samorodnym Mesjaszom i radykalnemu, pozbawionemu realizmu, kaznodziejstwu prowadzić może do dramatów i tragedii. Wystarczy tylko wspomnieć, co wydarzyło się w Waco (Teksas) z udziałem sekty Gałąź Dawidowa stworzonej przez Dawida Koresha czy masakrę w Gujanie członków zboru Świątynia Ludu Uczniów Chrystusa Jima Jonesa. Były to najbardziej spektakularne przykłady sekciarstwa i religijnego obłędu.
Judaizm, syjonizm i ewangelikanie
Zarówno ortodoksyjny judaizm połączony politycznie z syjonizmem (tu należy wyłączyć haredich, czyli super ortodoksyjnych wyznawców judaizmu, gdyż oni negują doktrynalnie jakiekolwiek istnienie państwowości żydowskiej zrealizowanej poza boską kreacją), jak i ewangelikanie, opierają swe przesłanie na millenarystycznej, apokaliptycznej wizji świata oraz przyszłości.
Millenaryzm to pogląd wyznający bliskie nadejście tysiącletniego panowania Królestwa Bożego jako zwieńczenie epoki mesjańskiej. Zaś apokaliptyka to nurt w judaizmie i w chrześcijaństwie relacjonujący przesłanie w formie boskiego objawienia. W Starym Testamencie jest to Księga Daniela, w Nowym - Apokalipsa wg św. Jana.
Tendencje apokaliptyczne są szczególnie silne w protestantyzmie wspomnianego Pasa Biblijnego. W następujących po sobie etapach podziały protestantyzmu wyłaniały kolejne zbory, kościoły, bractwa będące suwerennymi, samymi w sobie i dla siebie strukturami. Ruch ewangelikański jest tu szczególnym, jeśli chodzi o makabryczne wizje czekające ludzkość w razie odrzucenia ich sposobu i form wiary.
Wiara w materializację apokalipsy zbliża ewangelikanów do wyznawców judaizmu, zaś realizacja polityki przez Izrael, utożsamianego z mitycznym Syjonem, tym samym skłania środowiska ewangelikalne w Ameryce do bezwzględnego (jak to u nich ma zawsze miejsce, gdy chodzi o ich przekonania religijne i realną rzeczywistość) poparcie Izraela, który zbliża swoim postępowaniem nadejście przepowiadanej Apokalipsy. Oni po prostu bardzo często w to realnie wierzą i tego pragną.
Należy tu wyjaśnić czym jest termin, którym często szermują zarówno syjoniści oraz wyznawcy judaizmu z jednej strony, jak i ewangelikanie z drugiej: chodzi o tzw. Syjon. To wieloznaczne, zmienne w historiografii, pojęcie. Pierwotnie było to jedynie część wzgórza jerozolimskiego, na którym stała forteca Jebuzydów zniszczona przez Izraelitów zajmujących siłą pod wodzą Jozuego Kanaan. Jeśli przekaz biblijny potraktujemy literalnie, jest to relacja z podboju i ludobójstwa dokonanego na autochtonach, którego Izraelici dokonali podczas „czynienia sobie tej Ziemi poddanej”.
Analogie z tworzeniem się państwa Izrael w latach 40. XX wieku nasuwają się tu same. I takie argumenty ze strony religijnych fundamentalistów często daje się słyszeć. Od czasów Salomona za Syjon zaczęto uważać całe wzgórze świątynne, na którym stanęła I Świątynia. Aktualnie terminem Syjonu określa się całą Ziemię Obiecaną, w której Bóg mieszka razem ze swoimi wyznawcami. Jest to nader pojemny termin, który można rozciągnąć albo na cały świat, albo jedynie na Palestynę - biblijny Kanaan. Można go również pojmować – jak ma to miejsce w przekazie syjonistycznym i ortodoksyjno-judaistycznym – jako Erec Israel (Wielki Izrael od Morza Śródziemnego i Nilu do Tygrysu i Eufratu). Ostatnio ten temat podnosił w wywiadzie dla mediów izraelskich premier Izraela „Bibi” Netanjahu.
Ofensywę ewangelikanizmu można wiązać, jak sądzi wielu religioznawców (psychologia, socjologia i filozofia religii), z rosnącymi napięciami we współczesnych społeczeństwach pomiędzy nadmiarem prowolnościowych oczekiwań, indywidualistycznego chciejstwa i nadziei, a malejącymi możliwościami zaspokajania potrzeb powszechnie proponowanych przez medialny przekaz. To z kolei wiąże się z upadkiem etosu wspólnoty, roli kolektywu, deprecjacji niekomercyjnych profesji dla dobra ogółu, na rzecz zbiorowości, w której się funkcjonuje.
Postępujący egoizm, subiektywizacja, a przy tym komercjalizacja, postępująca stygmatyzacja i wykluczenie tych, którym się nie udaje, którzy nie nadążają za modnymi i preferowanymi trendami, skłania ludzi do ucieczki w środowiska proponujące im namiastkę wspólnoty i stabilizacji (we wszystkich pojmowanych egzystencjalnie wymiarach).
To są efekty niepodzielnego królestwa doktryny neoliberalnej panującej od kilku dekad, rozszerzającego swe wpływy na kolejne sfery życia. Odrzuceni, stygmatyzowani, wykluczeni, nie dający rady wpisania się w te modne nurty skłaniają się właśnie w sekciarstwo i religijny fanatyzm. Tak było zawsze w dziejach ludzkości, przede wszystkim w kulturze śródziemnomorskiej a potem europejskiej. Gdy nastawał kryzys, pogarszały się drastycznie warunki życia, głód zaglądał w oczy ludziom, panowały epidemie, wybuchały wojny, świat dotychczasowy się walił, to wzrastała pobożność, dewocja, sekciarstwo kwitło, a irracjonalizm świecił triumfy. I w tym wielu upatruje popularność pentekostalizmu, który można rozpatrywać jako mgławicę sekt, wspólnot i zborów niosących namiastki kooperatywy, spółdzielni wartości, rodziny dających poczucie akceptacji, bezpieczeństwa i odgrodzenia od panującego w rzeczywistości chaosu, bezwzględnej konkurencji czy rywalizacji na śmierć i życie.
Radosław S. Czarnecki
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 78
W iberyjskim kręgu cywilizacyjno-kulturowym funkcjonuje pojęcie pikareski. To taki zwierzak, gryzoń, skunks, podłej konduity, wyżerający niewidomemu rodzynki z leżącego przed nim ciasta. Poruszono ten temat w tekście „Polska pikareska” (p. Sprawy Nauki nr 5/16). Tak działa m.in. system neoliberalnego kapitalizmu, pozbawiając ślepe społeczeństwa kolejnych zdobyczy cywilizacyjnych. Tak samo działa amerykanizacja, zarówno w przestrzeniach cywilizacyjno-kulturowych, jak i „duchowych” (w tym – religijnych).
Pierwszym warunkiem szczęścia jest rozsądek (Sokrates)
Kontynuując nasze rozważania nad związkami amerykanizacji kultury i rzeczywistości świata w przestrzeni eksportu specyficznego dla Ameryki sprawowania religijnego, ewangelikalnego kultu musimy stwierdzić, iż te denominacje w skali świata zyskują w ostatnich dekadach, oprócz islamu, najwięcej wyznawców i sympatyków. Widać to m.in. po Brazylii - jeszcze do niedawna kraju z prawie 85% udziałem katolików, a dziś ledwie przekraczającym 50%.
Z kolei wspomniane denominacje pentekostalne (ewangelikalne) zbliżają się do 30%, notując permanentny, stały wzrost. Za tym idą określone wpływy kulturowe owych kościołów, które przeważnie swe centra posiadają w USA, skąd płynie wsparcie logistyczne i finansowe. Przemyca się tym samym „biznesowy model religii” związany z tzw. megakościołami stanowiącymi nie tylko domy modlitwy, lecz i centra handlowe, sale konferencyjne i koncertowe, magazyny, studia nagraniowe dla muzyki pop, kręgielnie etc. Przy abdykacji władzy według podstawowej zasady neoliberalizmu – jak najmniej państwa i prywatyzacja wszystkiego co możliwe – właśnie te podmioty zastępują państwo w jego podstawowych obowiązkach.
Z fanatyzmu do analfabetyzmu
Radykalizm ewangelikanów w literalnym pojmowaniu zasad zawartych w Biblii, którą zgodnie z kanonami Lutra traktują jako słowo Boże, niczym nie odbiega od islamskich radykałów i interpretacji przez nich Koranu (w sensie dosłowności, bez uwzględnienia elementu czasu). Zresztą wzrost fanatyzmu w społeczeństwach m.in. w wyniku pogłębiających się różnic dochodowych i stratyfikacji społecznych w czasach kryzysu i zmian w globalnym rozkładzie sił, wpływa także na religie i ich wyznawców. (G. Cimek, „Tworzenie nowego świata” [w]: Sprawy Nauki nr 4/24).
Na tę prawidłowość zwraca też m.in. szwajcarski myśliciel Urs Altermatt (Katolicyzm a nowoczesny świat) mówiąc, iż fundamentalizm religijny „w ostatnich trzech dekadach XX wieku jako typowo amerykańskie zjawisko przerodziło się w ogólnoświatowy fenomen sięgający od islamu po judaizm”. Więc renesans ewangelikalny w Ameryce wraz z globalizacją i promowaną amerykanizacją musi dać określone efekty. To jasny przykład zasady sprzężenia zwrotnego.
Uwzględnić też trzeba rolę globalnych, korporacyjnych mediów w szerzeniu, często pośrednio, takich tendencji i trendów. Dotyczy to najszerzej pojmowanej duchowości czy kultury, a wraz ze spadkiem średniego poziomu intelektualnego owocuje pęcznieniem bazy dla idei skrajnych, łatwych w percepcji, bo tłumaczących w prosty sposób skomplikowaną naturę rzeczywistości, hierarchizujących ludzi wedle zasady: kto nie z nami to wróg itd.
A to jest typowe zarówno dla religijnych fanatyków jak i prostackiej wersji amerykanizmu, czyli:
Naród wybrany (i wszytko co za tym idzie), Ziemia Obiecana, Apokalipsa, która wygubi złych, a pozostawi jedynie wiernych i dobrych wyznawców, po czym zapanuje biblijny Eden. Nasz Eden.
Doskonale oddaje taki typowo amerykański i ewangelikalny sposób myślenia, uwaga amerykańskiego intelektualisty L.C. Thurowa, wyrażona w jednym z licznych wywiadów, iż wizualno-werbalne media cofają nas do czasów analfabetyzmu.
Ogromną popularność w Afryce, Ameryce Łacińskiej i Azji ta forma religijności zyskała m.in. dzięki nowym formom komunikacji interpersonalnych (rola sieci społecznościowych i nowych form komunikacji), a także działalności charytatywnej. Zwłaszcza tam, gdzie obecność państwa, jego struktur zawężono do zinstytucjonalizowanej przemocy i pozorów porządków demokratycznych (zgodnie z narracją neoliberałów oraz doktryną libertariańską). To te wspólnoty prowadzą ochronki, ośrodki zdrowia, nauczanie i edukację, w miarę (w zależności od założeń doktrynalnych) wprowadzają równouprawnienie kobiet. A co najważniejsze - swoje nauki i przekaz dostosowują do miejscowej tradycji, kultury, obyczajów i praktyk społecznych.
Mamy więc przykłady z jednej strony działań pozbawionych przymusu i siły (to przykład tzw. miękkiej siły amerykanizmu), a z drugiej – klasyczny przykład synkretyzmu religijnego, gdy wchodzące na dany teren wierzenie religijne włącza do swego przekazu maksymalną ilość treści z autochtonicznej kultury i tożsamości. Ewangelikańskie wspólnoty na Czarnym Lądzie zdobyły i zdobywają przewagę, zwłaszcza w Afryce Centralnej, gdzie konkurują z innymi denominacjami chrześcijańskimi i islamem. W pasie subsaharyjskim w tym wyścigu o rząd dusz prowadzi na razie islam.
Wracając do Brazylii, a w zasadzie Ameryki Łacińskiej. Tu sytuacja była inna niż w Afryce. Wspólnoty pentekostalne, które działają na zasadzie często lokalnych zborów skupionych wokół guru, przewodnika czy Mesjasza przejęły praktykę po istniejących, a zniszczonych doktrynalnie i strukturalnie przez prześladowania hierarchii watykańskiej (Jan Paweł II i ówczesny szef Dykasterii Nauki Wiary kard. Józef Ratzinger), tzw. wspólnotach podstawowych. Były to komórki organizowane na bazie teologii wyzwolenia, prowadzone przez miejscowych, lokalnych duchownych, bądź laików, którzy zamierzali właśnie na takiej zasadzie, antyhierarchicznej i ludowej, zorganizować na nowo katolicyzm. Był on oczywiście z racji miejscowych tradycji silnie antyamerykański. Ich porażka i uwiąd wytworzyły pustkę, w którą weszły z dużym sukcesem wspólnoty ewangelikanów. Stąd m.in. biorą się sukcesy wyborcze skrajnej prawicy latynoskiej, jawnie proamerykańskiej, wyraźnie kompradorskiej, w rodzaju Bolsonaro (Brazylia), Milleia (Argentyna) czy Kasta (Chile).
Wiara silniejsza niż prawo
Jak fanatycznie, purytańsko traktowana prywatnie wyznawana religia wpływa na mentalność, pozycję, praktykę życiową osób nawet na wysokich stanowiskach w instytucjach mających służyć jako wzorzec niezależności i obiektywizmu, kierujących się wyłącznie prawem stanowionym, niech posłuży przykład Julii Sebutinde. Julia Sebutinde to wiceprzewodnicząca Międzynarodowego Trybunału Karnego w Hadze od 2024 (członek Trybunału od 2013 r.). Urodzona 28.02.1954 w Ugandzie jest topowym jurystą o globalnym wymiarze, wszechstronnie wykształconą w prawie i jurysprudencji (studiowała i pogłębiała swą znajomość prawa na pierwszorzędnych uczelniach całego świata). Jest pierwszą Afrykanką zasiadającą w haskim MTK. Prywatnie jest członkiem zboru Watoto, jednego z kościołów zaliczanego do ewangelikalnej galaktyki wyznań, tak charakterystycznych dla Pasa Biblijnego. Idolem i duchowym wzorem dla Julii Sebutinde jest jeden z czołowych teleewangelistów amerykańskich, Jimmy Swaggard.
Dość oryginalne (delikatnie mówiąc), subiektywne poglądy pani sędzi, szacownej, uznanej i znaczącej (przynajmniej w wymiarze symbolicznym) struktury jaką jest haski trybunał, rzucają cień na tę instytucję. Jak wszystkie inne struktury świata, odchodzi ona w niebyt wraz z załamywaniem się dotychczasowego porządku. Wypowiedź Julii Sebutinde, będąca votum separatum do sentencji Trybunału w sprawie: rząd RPA vs Izrael (nie pierwsze w tej kwestii i nie po raz pierwszy tak uzasadnione), jest tego klasycznym przykładem, gdyż podważa istotę niezawisłości sędziowskiej i kierowania się przez sąd wyłącznie prawem stanowionym: „Pan mój liczy, ze stanę po stronie Izraela. Sytuacja w Gazie jest zapowiedzią czasów ostatecznych przepowiedzianych w Biblii. Pan rano, gdy się obudziłam, nakazał mi nie być tchórzem i bronić Izraela podczas wydawania przez Trybunał wyroku”.
W sporze jaki miał miejsce wewnątrz MTK w sprawie zgłoszenia przez rząd RPA wniosku o ludobójstwie popełnianym przez Izrael na Palestyńczykach z żądaniem oceny tego co się dzieje w Gazie, Ugandyjka zajęła jednoznaczne, proizraelskie stanowisko, niezgodne z etyczno-moralnym rozumieniem tego, co się tam dzieje dziś, a czego autorem jest rząd w Tel Awiwie i armia izraelska.
O prawnym wymiarze – szkoda mówić. Sebutinde stwierdziła, że wniosek RPA nie wykazuje, iż rzekomo popełnione przez Izrael czyny zostały „dokonane z niezbędnym zamiarem ludobójczym i że w związku z tym nie mogą one podlegać Konwencji w sprawie ludobójstwa”.
Gros ekspertów twierdzi, że Sebutinde nie dokonała dogłębnej oceny sytuacji. Z jej odrębnego zdania, publicznie ogłoszonego i pozostającego w opozycji do stanowiska całego Trybunału wynika, iż kierują nią nie tyle obiektywne, zracjonalizowane, jurydyczne zasady (zgodne z przyjętymi normami cywilizowanego prawa) a prywatne, indywidualne normy podyktowane subiektywnymi przekonaniami religijnymi. Rząd w Kampali odciął się jednoznacznie od jej stanowiska.
To jest jednak zagadnienie szersze, nie tylko dot. J. Sebutinde, choć jest ona niejako twarzą ważnej organizacji międzynarodowej, pretendującej do szacunku, planetarnego uznania, ponadustrojowej i ponadkulturowej admiracji. Trybunału mającego stanowić wzór (niczym metr z Sevres) wyższości prawa stworzonego w obrębie zachodniej cywilizacji. Jak to się ma do wizerunku bogini Temidy z zasłoniętymi oczami, trzymającej miecz i wagę które to symbole oznaczają iż tylko litera prawa stanowionego i zapisanego w dokumentach jest podstawą do wydawania wszelkich wyroków?
Przegrana rozumu
Popularność ewangelikanizmu, który w ostatnich dekadach znacznie poszerzył swój zakres oddziaływania i bazę społecznego poparcia jest związana z wieloma czynnikami, to proces doskonale opisany przed dwoma dekadami przez Johna Micklethwaita i Adriana Wooldridge’a w książce Powrót Boga, pokazujących szerzący się fundamentalizm (nie tylko religijny). Jest to także związane z postępującą indywidualizacją (prywatyzacją), kultem emocji i osobistego przeżywania wszystkiego, co niesie otaczający nas świat, a także z powszechną komercjalizacją (wierzeń religijnych także). To jest wpływ królującej we wszystkich dziedzinach życia doktryny neoliberalnej, przedkładającej indywidualny, utylitarny sposób życia zakreślony i oparty o zawężone pojęcie personalnej wolności.
Jak i dlaczego następuje od kilku dekad prywatyzacja religii i co z tym się wiąże, zaprezentował jeszcze w XX w. Thomas Luckmann w Niewidzialnej religii.
To jest również jeden z przykładów, jak przebiega, tu akurat w wymiarze specyficznego rozumienia religijności, amerykanizacja kultury światowej. To coś jak dżinsy, McDonald i KFC, Coca-Cola, westerny i Hollywood, amerykański styl życia, jankeski pęd do indywidualnego sukcesu (subiektywizacja spojrzenia na realia otaczającego świata) budujące ciągle mit Ameryki jako raju na Ziemi, jako oazy owej zawężonej do „gadżetów wolności. Wolności pozornej.
To także egzemplifikacja amerykańskiego utopizmu rosnącego zawsze w siłę, gdy umacnia się kult hegemonii amerykańskiej i poczucia jej mocy sprawczych. Od Reagana i upadku ZSRR (kult zwycięstwa nad Imperium Zła to typowy przykład apokaliptyki) Jankesi mówią językiem Apokalipsy, czyli Bóg jest z nami, jesteśmy narodem wybranym* a „ziemię dał nam Pan w posiadanie” (czyli panowanie nad nią). Od razu przypomina się sentencja Owidiusza, że video meliora proboque, deteriora sequor, czyli widzę rzeczy lepsze i pochwalam je, ale jednak idę za gorszymi (Przemiany).
Apokaliptyczny język i taka mentalność charakteryzują się zawsze poczuciem radykalnej antynomii dobra i zła, prozelityzmem, dogmatyzmem i moralizmem. To wszystko znajdujemy w ruchach pentekostalnych i kościołach tak charakterystycznych dla religijności amerykańskiej, eksportującej swe produkty na cały świat wraz z tym co kojarzymy z amerykanizmem. Tym jest też ruch MAGA, jaki wyniósł Trumpa do ponownej prezydentury.
Taka forma kultu religijnego i praktykowania wiary religijnej nigdy nie pozbędzie się przyrodzonej skłonności do degradowania wartości życia i kultury innej niż ich paradygmaty. Gdy wiara religijna wzbogacona zostaje o bezwarunkowe uznanie kultury, w jakiej powstała i z którą się utożsamia, za najsubtelniejszy i najznakomitszy wytwór człowieka dany mu od jego Boga, wtedy musi być elementem służącym do dominacji nad drugim człowiekiem. Obca takiej kulturze, takiej religii jest pokora, tolerancja, wolność i rozumienie równości, a więc te idee, które winne być immanencją chrześcijaństwa i kultury budowanej od 2000 lat na tej bazie w skali świata jako „uniwersum”. Amerykańskiej kultury od ponad 200 lat. I może warto w podsumowaniu wrócić do motta z I części tego tekstu gdzie Thomas Jefferson, trzeci prezydent USA mówi: „Doprawdy drżę o mój kraj, jeśli pomyślę, że Bóg jest sprawiedliwy”.
Radosław S. Czarnecki
*p. doktryna Boskiego Przeznaczenia - Boskie przeznaczenie oraz Manifest Destiny – w SN Nr 10/18 i SN Nr 11/18, oraz Zmitologizowane oblicze USA w SN Nr 5/22 (red.)
Od Redakcji: Jest to druga, ostatnia część eseju Radosława S. Czarneckiego „Ewangelikanizm i amerykanizacja świata”. Pierwszą zamieściliśmy w SN Nr 3/26 - Ewangelikanizm i amerykanizacja świata (1)

