Naukowa agora (el)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2213
Z prof. Adamem Koseskim, rektorem Akademii Humanistycznej w Pułtusku rozmawia Anna Leszkowska
-
Panie profesorze, krytyka szkolnictwa wyższego osiągnęła chyba apogeum.
Dotyczy zarówno organizacji, jakości kształcenia i prowadzonych badań, jak i poziomu finansowania.
Krytykują też ten system wszystkie zainteresowane strony: nauczyciele akademiccy, studenci, decydenci.
Czy mamy do czynienia z zapaścią w systemie edukacji, wyczerpywaniem się ścieżki rozwoju imitacyjnego, czy może utowarowienia wszystkiego, także wiedzy?
- Jednoznaczna odpowiedź na to pytanie jest niesłychanie trudna. Myślę, że wszystkie rządy po 1989 roku zapracowały na tę sytuację, w jakiej znajduje się polskie szkolnictwo wyższe, bez względu na to, czy były reprezentowane przez lewicę, centrum czy prawicę. Z całą pewnością doszliśmy do takiego punktu, w którym szkolnictwo wyższe zostało niezwykle mocno urynkowione.
W istocie szkolnictwem rządzi pieniądz, o który trwa walka. I każdy stara się wyrwać tyle, ile może, korzystając z różnych sposobów, łącznie z tzw. układami.
Myślę, że kolejną przyczyną kryzysu – może nie aż tak głębokiego, bo przecież są segmenty szkolnictwa, które mogą pochwalić się sukcesami - jest próba jego reformowania w sposób nieustający. Każdy kolejny rząd zamiast uzupełnić istniejące prawo o pozytywne elementy, stara się zmienić wszystko i zaczyna od nowa.
Poza tym nie mamy w całym szkolnictwie – poczynając od szkoły podstawowej, poprzez gimnazjum, liceum, licencjat, magisterium i doktorat – ciągłości w reformowaniu. Każdy minister: zarówno edukacji, jak i szkolnictwa wyższego reformuje według własnego uznania.
Rezultat jest taki, że nastąpiło całkowite rozprzężenie tego wszystkiego, z czym mamy do czynienia w szkolnictwie wyższym.
W wielu przypadkach poza tym poszliśmy na ilość nie jakość, a jak wiadomo - jedno w drugie samo się nie przekształca.
Ale z drugiej strony, są przecież uczelnie – zarówno publiczne, jak i niepubliczne, które kształcą na dobrym poziomie i są takie obszary nauki i badań naukowych, które zasługują na uznanie.
Problem jest taki, czy należałoby tym uczelniom i tym badaniom przeszkadzać, tj. ordynować przez każdego nowego ministra sposób postępowania. W tym momencie doszliśmy do punktu, w którym mamy odnowić wszystko, co już było, czyli powrócić do starego.
W ostatnich dniach dyskusje o szkolnictwie wyższym ożywiła wypowiedź wicepremiera Glińskiego dotycząca rezygnacji
Polski z tzw. procesu bolońskiego oraz zaostrzenia warunków rekrutacyjnych na uczelnie. Z kolei minister nauki Gowin zapowiedział wybór flagowych uczelni i priorytetów w nauce oraz jej odbiurokratyzowanie. Jak pan ocenia te zapowiedzi?
System boloński, jak każdy system ma swoje zalety, ale i wady. Największą z jego zalet jest wolność wyboru uczelni na każdym etapie studiów i to niezależnie od państwa. W momencie jego wdrażania w Polsce, trochę przesadziliśmy z systemem 3+2, a w dodatku wprowadziliśmy trzeci stopień, doktoranturę. Oczywiście, ten system nadal jest potrzebny, ale w niektórych dyscyplinach czy specjalnościach czysto zawodowych można poprzestać na trzyletnim kształceniu.
Z tym się również wiąże problem państwowych wyższych szkół zawodowych, które zamiast kształcić zawodowo, domagają się uprawnień do kształcenia na poziomie magisterskim. Ale w takich specjalnościach jak prawo, medycyna, psychologia – trudno wykształcić specjalistę przez trzy lata. Wszędzie, wszędzie gdzie wprowadzano system boloński modyfikowano go z uwagi na racjonalność, ale i tradycję szkolnictwa w danym kraju. Można przecież wprowadzić system 3+1 lub 5-2. To, oczywiście, wymaga dyskusji, ale chyba warto spróbować. Moim zdaniem, system boloński powinien obowiązywać z uwzględnieniem polskich realiów.
Wicepremier Gliński uzasadniał swój pogląd tym, że studenci po licencjacie uczą się tego samego, czego już raz się uczyli, zatem jest to czas stracony...
Nie zgadzam się z taką optyką, gdyż każdy rok kształcenia to dodatkowa wiedza i jeśli do tej czysto zawodowej dodamy wiedzę z innego pułapu, o innej wartości, to wiedza zawodowa też będzie na innym, wyższym poziomie. To tak, jak kiedyś prowadzona dyskusja na temat osłabienia nauk humanistycznych na rzecz technicznych. Otóż nie ma techniki bez humanistyki i humanistyki bez techniki.
Absolwenci humanistyki mają trochę inne zdanie...
Wiem, ale jest zadziwiające, że uważa się, iż po naukach humanistycznych nie ma pracy. Tymczasem, patrząc na liderów politycznych prawie wszystkich partii, to są nimi historycy, politolodzy, prawnicy... Skąd więc ta niechęć decydentów do nauk humanistycznych – nie wiem.
Czy powrót do matur nie będących jedynie testami i egzaminów na studia – jak było dawniej - to dobry pomysł?
No właśnie, uważa się, że przed 89 rokiem było źle, po czym chce się wrócić do tego systemu... Okazuje się, że nie był to taki całkowicie zły system. Problem jednak w tym, czy chcemy wrócić do systemu sprzed II wojny światowej, czy do tego z PRL. Każdy system ma swoje plusy i minusy, ale sądzę, że powinniśmy trzymać się polskiej tradycji i wprowadzać do obowiązującego systemu elementy kreatywności, innowacyjności. O tym się mówi, ale nie stosuje.
Czyli gdyby wprowadzać reformę szkół wyższych, najpierw trzeba byłoby zacząć od szkól średnich...
Myślę, że całego szkolnictwa, od podstawowego poczynając, przez gimnazja, których byłem kiedyś przeciwnikiem, ale okazało się, że one nie są takie złe. Zdobyły one jedenaste miejsce w świecie i piąte w Europie, jeśli chodzi o nauczanie matematyki. Być może w tym systemie 6+3+3 są pewne elementy wychowawcze? Jeśli idzie o testy, jestem ich przeciwnikiem jako wyłącznej metodzie sprawdzania wiedzy. To może być przydatne w naukach ścisłych, ale nie humanistycznych. Samo testowanie jest o tyle złe, że teoretycznie można uzyskać bez żadnej wiedzy wynik 50+1. Trzeba tylko mieć trochę szczęścia. Jak w totolotku.
Ale totolotku wygrywa jeden, a tutaj – tysiące...
Puściliśmy na żywioł to, co nie powinno być puszczone, dlatego najwyższy czas zabrać się za jakość kształcenia.
Minister Gowin zapowiedział nową ustawę...
W tej chwili nie mamy jeszcze wiedzy dotyczącej reformowania szkolnictwa wyższego przez nowy rząd. Wydaje się, że przede wszystkim powinniśmy zerwać z koszmarnym zbiurokratyzowaniem nauki. Nie może być tak, że nauczyciel akademicki większość czasu spędza na wypełnianiu sylabusów i ich tworzeniu, a nie ma czasu na rozmowę ze studentem. Krajowe Ramy Kwalifikacyjne są naprawdę złym pomysłem. Nie mówię, że generalnie potępić trzeba wszystko, niemniej nie można wprowadzać standardu dla wszystkich dziedzin wiedzy. Inaczej bowiem trzeba podejść do nauk humanistycznych, artystycznych, a inaczej do sportowych, technicznych czy ścisłych.
Z czego wynikało takie rozwiązanie?
Uzasadnieniem – jak zwykle – było to, że tak będzie lepiej, że trzeba wprowadzić określone wskaźniki jakości i wprowadzono je dla wszystkich jednakowe.
Ale absurdem jest to, że nauczyciele akademiccy muszą opisywać każdą swoją czynność...
Jest to nadmierna kontrola, ale - choć przykro to mówić – spowodowana tym, że część nauczycieli akademickich w istocie przekraczała pewne bariery, których przekraczać nie powinna. Chodziło o ich zdyscyplinowanie. Ale wiele z tych zjawisk wynikało z kolei z przyspieszonej „produkcji” absolwentów. Skoro liczba studentów po ‘89 roku wzrosła pięciokrotnie, a nauczycieli akademickich tylko dwukrotnie, to trzeba było przyspieszyć proces nadawania stopni i tytułów naukowych. Ale popyt na studia już maleje...
A jaki jest pana pogląd na zapowiedź min. Gowina ustanowienia wiodących kierunków w nauce, wymagających lepszego finansowania, owych słynnych na przestrzeni dziejów priorytetów, z którymi żadna władza nie dała sobie dotąd rady?
Przesłanie jest, oczywiście, słuszne, tylko nie wiemy, jak ono będzie realizowane. Jeśli tak jak dotąd – to niewiele z tego będziemy mieli.
Ta zapowiedź ministra dotyczyła także wyboru najlepszych szkół wyższych spośród ok. 400 i nadania im priorytetowego znaczenia.
Głównym celem ataku będą zapewne szkoły niepubliczne. Trzeba jednak zwrócić uwagę, że istnieje cała grupa państwowych wyższych szkół zawodowych, niektórych na niezłym poziomie, stworzonych z powodów czysto politycznych, za rządów premiera Buzka. One winny pozostać szkołami zawodowymi, a nie kształcącymi na poziomie magisterskim.
Nie można zaprzepaścić tego wszystkiego, co było osiągnięciem szkolnictwa niepublicznego. Zapewne min. Gowin o tym dobrze wie, gdyż sam był przez 8 lat rektorem szkoły niepublicznej. Uważam, że potrzebna tu jest roztropność, rozwaga w podejmowaniu decyzji i nie działanie pochopne, nadmierne przyspieszenie. Bo pośpiech w nauce nie jest rzeczą dobrą.
Rozmawiamy tuż po zmianie rządu, więc mało znamy konkretów, ale z drugiej strony, w tym roku odbywa się wiele protestów – zwłaszcza humanistów, odnośnie do reformy szkolnictwa wyższego. Czy tego niezadowolenia nie należy łączyć także z utowarowieniem wiedzy i samego procesu studiowania? Dzisiejszy uniwersytet w niczym przecież nie przypomina Humboldtowskiego, gdzie toczy się nieskrępowane dyskusje, powstają idee...
Powinno się o tym mówić. Jeśli nie mamy wizji, ani spojrzenia na to, co przeszliśmy i na to, co się dzieje obecnie i co nas czeka, to idea uniwersytecka nie straciła na znaczeniu. Jest niezbędna w życiu publicznym, działa też na korzyść nauk technicznych, kraju, ludzi, wartości etycznych, moralnych - jeśli chcemy kształtować społeczeństwo wiedzy, pamiętające o swoich tradycjach.
Ale nie o polityce historycznej mówię, a o pamięci historycznej, bo polityka historyczna z tradycji wybiera tylko te elementy, które służą realizacji celów konkretnej ekipy rządzącej. Natomiast pamięć historyczna – i temu służą uniwersytety, ale i szkoły techniczne, które przez wieki dbały o patriotyczne wychowanie, wysoki poziom języka polskiego – dotyczy całej naszej tradycji.
Zatem ta idea, idea uniwersytetu, nie jest martwa, choć czasami ją spychamy w kąt. Niezbędna jest zwłaszcza w czasach kryzysu, pomaga go przezwyciężyć. Weszliśmy w dziką fazę kapitalizmu - wydaje nam się, że jesteśmy w stanie nadgonić czas w odniesieniu do państw Europy Zachodniej. Nie jest to jednak możliwe, nie możemy jeszcze żyć na poziomie Niemiec, Francji czy Wielkiej Brytanii.
Ale jak te idee wprowadzić w życie, skoro młodzież musi pracować, żeby się utrzymać na studiach, czy robić doktoraty, nauczyciele akademiccy dorabiają i nie mają czasu na badania naukowe, z powodu dużej liczby studentów nie ma relacji mistrz-uczeń, itd., itp. Wiedzę zdobywa się tylko po to, żeby mieć dobrze płatną pracę.
Wiedza dla wiedzy jest rzeczą cenną samą w sobie, niemniej ta zdobywana wiedza powinna też być przydatna dla dobra publicznego. Przyznaję, że ciężko jest studiować i pracować, ale znane są przykłady z historii, że studenci ciężko pracowali i osiągali sukcesy naukowe.
Przed wojną na uniwersytetach studiowało więcej młodzieży z rodzin chłopskich niż obecnie. Świadczy to o pewnym zakłóceniu naboru na uczelnie i systemu kształcenia.
A jeśli idzie o brak wolnego czasu profesury – otóż bez względu na to, jak wysokie pobory by otrzymywała, to zawsze będą za niskie. To nie jest popularne, ale ciągle powtarzam: 180 czy 210 godzin dydaktycznych dla profesora to nie jest nadmierny wysiłek umysłowy. Przy czym od wielu profesorów czy nauczycieli akademickich nie można wydostać w ciągu roku nawet jednej recenzji. Ludzie nie piszą, nie mają osiągnięć, w dodatku cały system recenzowania i oceniania – był i jest – nieprawidłowy z uwagi na różnorakie powiązania, które dzisiaj bardzo się rozpowszechniły.
Nie chciałbym jednak uogólniać i mówić, że za sytuację w szkolnictwie wyższym odpowiedzialna jest jakaś jedna grupa – na to się nawarstwiają różne sprawy i czas. Nie eliminujemy drobnych błędów, po czym one się kumulują. Powstaje węzeł gordyjski, który trzeba przeciąć, a to jest bolesne.
Przecięcie węzła gordyjskiego to jednak działanie radykalne – czy w taki sposób winno się reformować szkolnictwo wyższe?
Nie można wywracać do góry nogami systemu, który działa. Raczej poprawiać, reformować drobnymi krokami.
Czyli nie nowa ustawa?
Nie nowa ustawa, lecz jej modyfikacja. Ostrożny byłbym z nowymi reformami, ważne są korekty – nawet dość dotkliwe, ale nie zmiany systemu. System można oceniać dopiero po okresie wdrażania.
Państwo musi wytyczać cele, bo ma określony plan rozwoju społeczno-gospodarczego, kulturalnego. Ingerencja rządu w kształcenie na poziomie wyższym jest zatem potrzebna, ale nie zanadto rygorystyczna i opresyjna. Powinna wskazywać cele i kierunki z uwzględnieniem realiów i zmieniającej się rzeczywistości.
Dziękuję za rozmowę.
- Autor: red.
- Odsłon: 5253
Uczelnie kościelne nadzorowane i finansowane całościowo lub częściowo z budżetu MNiSW
- Autor: red., MG
- Odsłon: 7386
W październiku rektorzy uczelni medycznych, wyrazili swoje negatywne stanowisko w sprawie projektu ustawy o działalności leczniczej, która stwarza zagrożenie finansowe dla uczelni medycznych, a zatem - i dla badań naukowych w tej dziedzinie.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1233
O kondycji kształcenia akademickiego
Z perspektywy półwiecza
Prawie pół wieku temu z Podkarpacia trafiłem na Uniwersytet Warszawski, gdzie po studiach politologicznych mój promotor zaproponował mi staż asystencki, a następnie zatrudnienie w charakterze nauczyciela akademickiego. Wiedziałem, że nie jest to zawód intratny, ale docierało do mnie, iż cieszy się społecznym szacunkiem i poważaniem. Nawet władze komunistyczne liczyły się ze środowiskiem akademickim, zdając sobie sprawę, że są w nim autorytety naukowe, o dużym uznaniu społecznym i niezależności myślenia. Część z nich miała za sobą wykształcenie i doświadczenia przedwojenne, byli więc jakby z innej epoki, spoza nadania „władzy ludowej”. Takich zresztą nauczycieli miałem także w sanockim liceum.
Patrząc na minione kilka dekad doświadczenia akademickiego chciałbym odnaleźć w nim same dobre strony. No bo przecież spełniłem się i w roli nauczyciela, i w roli badacza. Tym bardziej, że gdy wspomina się lata minione, lata młodości, to ma się naturalną tendencję do ich idealizowania, a nawet mitologizacji. Otóż swoją karierę akademicką wyraźnie dzielę na czas „realnego socjalizmu” i na lata „wolności”.
Fenomen uniwersytetu w PRL, mimo urzędowej cenzury, polegał na obronie jak największej wolności akademickiej. Wielu akademików pamiętało przesłanie profesora Kazimierza Twardowskiego z 1932 roku, zawarte w wystąpieniu z okazji nadania mu doktoratu honorowego Uniwersytetu Poznańskiego, że celem najważniejszym uniwersytetu jest krzewienie wolności myślenia. Tym bardziej wtedy, kiedy tę wolność kneblowano.
Seminaria pod kierunkiem uznanych autorytetów naukowych cieszyły się dużą popularnością wśród słuchaczy. Może to brzmi paradoksalnie, a dla negatorów PRL wręcz niewiarygodnie, dawały one realną szansę dochodzenia do prawdy i okazję do otwartego wyrażania poglądów.
Potwierdzają to przedstawiciele nauk społecznych i humanistycznych w całym kraju, a zwłaszcza w największych ośrodkach akademickich. Z nich zresztą rekrutowała się w dużej mierze opozycja antysystemowa. To podczas seminariów objawiała się wielkość mistrzów jako przewodników i mentorów młodych ludzi. Uczyli nas warsztatu naukowego, klarownego formułowania myśli i logicznego wypowiadania się. Potrafili być także surowi w ocenach postępów przyswajania przez słuchaczy tajników wiedzy. Nie chodziło im o powtarzanie wyuczonych formułek, ale o krytykę poglądów z różnych punktów widzenia. Na dodatek z odniesieniem do światowej literatury, choć o dostęp do niej wcale nie było łatwo.
W mojej branży istniała jednak najlepsza do dziś w Polsce Biblioteka Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. Obficie korzystaliśmy także z wymiany międzybibliotecznej za pośrednictwem Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego. Sprowadzane z zagranicy „cymelia” były na wagę złota. Trzeba było nauczyć się z nich umiejętnie korzystać, aby niczego nie uronić w przewidzianym do lektury czasie. Nie było przecież ani kserografów, ani nie znano technik skanowania.
Niebagatelną rolę odgrywali sami profesorowie, dzieląc się dziełami z własnych bibliotek, które wzbogacali poprzez otrzymywane z zagranicy gratisy, albo podarunki od znajomych. Wbrew pozorom, nie brakowało rozmaitych przyjaźni naukowych z badaczami zachodnimi, mimo dzielącej nasze światy „żelaznej kurtyny”.
To na seminarium profesora Józefa Kukułki, znawcy polityki Francji, przyjąłem do swojej świadomości przestrogę, że zawsze jest zbyt wcześnie, by jednoznacznie ocenić wpływ wydarzeń historycznych na teraźniejszość. Zmienia się on bowiem wraz z rozwojem bieżącej sytuacji i mnożeniem się perspektyw, z jakich patrzymy na przeszłość. Wtedy też, dzięki uniwersyteckim seminariom, zrozumiałem, że indywidualny, osobny pogląd na jakąś sprawę może mieć większą wartość, niż chóralnie powtarzane frazesy. Samodzielne odkrywanie prawdy i umiejętność stawiania intelektualnego oporu okazały się mieć wartość ponadczasową. To przecież i w dzisiejszej rzeczywistości powraca postulat, aby szkoła uczyła stawiania i rozumienia skomplikowanych problemów, a nie podawała gotowe rozwiązania, aby kształcenie służyło rozwijaniu określonych kompetencji, a nie utrwalało dogmatycznie pojmowane aksjomaty.
W czasach „realnego socjalizmu” szkoły – niezależnie od mankamentów – zapewniały wszystkim jednakową możliwość edukacji. Oczywiście, nie każdy mógł dostać się na wyższą uczelnię, co nastąpiło dopiero w latach dziewięćdziesiątych w ramach tzw. polskiego cudu edukacyjnego. Były tego istotne zalety. Edukacja uniwersytecka miała charakter elitarny. Była też dowodem na to, że dzięki wiedzy może dojść do nobilitacji chłopskich córek i synów, którzy tak jak Jan Szczepański, wyrastali na luminarzy polskiej humanistyki.
Także mój mistrz był dzieckiem awansu społecznego i to mu ogromnie imponowało. Sam przy każdej okazji powtarzam, że dla osiągnięcia życiowego sukcesu potrzeba dwóch stron – wewnętrznych motywacji i osobistej determinacji oraz zewnętrznych sprzyjających okoliczności i życzliwych ludzi. Uważam, że w Polsce powojennej, z narzuconym gorsetem kontestowanego ustroju, mimo materialnych trudności, ludzie potrafili udowodnić, że te czynniki w budowaniu indywidualnych karier i awansów są najważniejsze.
Uczelnie, w odróżnieniu od dzisiejszego naboru, rekrutowały do pracy ludzi utalentowanych i krytycznie myślących, którzy nie mieli szans zrealizować swoich aspiracji w innych dziedzinach życia publicznego. Obecnie spotykam jakieś dziwne poczucie wstydu, albo wypieranie z pamięci faktu, że przodkowie mieli szanse awansu społecznego na miarę niespotykaną wcześniej w historii. Że zmiany cywilizacyjne miały - mimo wszystko - charakter modernizujący, przy całej świadomości ofiar i kosztów.
Dla każdego świadka historii, a przecież żyje jeszcze cała generacja wychowana i wykształcona w czasach PRL, nie do zniesienia jest to manipulowanie historią na rzecz jedynie negatywnego bilansu tamtego okresu. Niszczenie pamięci o minionej rzeczywistości okazuje się polską specjalnością. Budowanie osobliwych kultów pod kątem aktualnych potrzeb politycznych i kosztem prawdy historycznej zawsze prowadzi do wypaczenia sensu dziedzictwa kulturowego i okaleczania własnej tożsamości.
Okres „wolności” zaczął się z końcem lat osiemdziesiątych ub. wieku, gdy wyjechałem na roczne stypendium do Stanów Zjednoczonych. Trafiłem tam do grona znakomitych znawców problematyki międzynarodowej, dzięki którym po powrocie byłem nieźle przygotowany na zachodzące w Polsce i na świecie zmiany. Mogę nawet nieskromnie przyznać, że wyprzedzałem swoim myśleniem zastaną po powrocie rzeczywistość, co jednak mój profesor uszczypliwie nazywał „amerykanizacją”.
Sam po kilku latach przyznawał, że świat oparty na podziałach ideologicznych był światem anormalnym. Anormalność w przypadku zawodu nauczycielskiego wyrażała się w rozmaitych ograniczeniach poznawczych i naciskach ideologicznych.
Kultura konformizmu, a niekiedy wręcz serwilizmu politycznego zawsze pozostawała w sprzeczności z tradycyjną rolą uniwersytetu jako źródła krytycyzmu. Z perspektywy czasu łatwo obwiniać o te grzechy PRL-owską rzeczywistość. Ale przecież paradoksem dzisiejszych czasów jest powrót do podobnych postaw i zachowań. Wynikają one z braku oporu przeciw ograniczeniom związanym z ideologizacją treści nauczania i narzucaną odgórnie narracją historyczną. Może nie odczuwa się tego tak wyraźnie na uczelniach, ale szkołami zawładnęła przecież „bogoojczyźniana” celebra i nachalne poprawianie historii.
Zerwanie ciągłości
W okresie III Rzeczypospolitej postawiono na dopasowanie szkolnictwa i oświaty do zmian, jakie przyniosła transformacja ustrojowa. Procesom tym towarzyszyło dość brawurowe zerwanie ciągłości historycznej. Nie wiadomo, czy w imię nowej ideologii, czy z powodu rozmaitych kompleksów nowej władzy, podważono dotychczasowy dorobek uniwersytetów. Piętnując przeszłość, zaczęto obsesyjnie gloryfikować „naukę światową”, zwłaszcza amerykańską. Doceniany w poprzednim ustroju system kształcenia stał się powodem niezadowolenia rządzących i podlega ciągłym reformom, z marnym, niestety, skutkiem.
Do tego dochodzi „kompleks prowincji” i przeświadczenie, że polskie uczelnie są „zapóźnione” w stosunku do świata Zachodu. Strategicznym celem rozwojowym jest więc doganianie innych i likwidacja opóźnień. Mało kogo obchodzi, że mizeria finansowa polskiej nauki stanowi zasadniczą przeszkodę w pokonywaniu dystansów cywilizacyjnych.
Oczywiście, zdawaliśmy sobie sprawę, że z nadejściem nowej epoki zmiany programowe i organizacyjne w systemie polskiej edukacji są konieczne. Dotychczasowy model nie przystawał bowiem ani do myślenia prospektywnego, ani do rozwiązywania problemów doraźnych. Nauczyciel ciągle był posiadaczem wiedzy, a wychowankowie byli traktowani jako jej bierni odbiorcy.
Pod wpływem rewolucji informatycznej, wraz z pojawieniem się nowych nośników informacji i powszechnego do niej dostępu poprzez Internet, podstawą kompetencji tak ucznia, jak i nauczyciela stało się jej nabywanie, wartościowanie, selekcjonowanie i przetwarzanie. Zadaniem nauczyciela nie jest już proste przekazywanie gotowej wiedzy, lecz inspirowanie do własnych poszukiwań, wspieranie wysiłku intelektualnego i aktywności poznawczej, polegającej na samodzielnym stawianiu pytań i poszukiwaniu na nie odpowiedzi.
Szkoła na każdym poziomie edukacji ma wyposażać słuchacza w kulturowe narzędzia myślenia i uczenia się. Indywidualne poznawanie świata i adaptacja do wyzwań dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości – to podstawa nabywanych przez młodzież umiejętności, przydatnych w późniejszym życiu zawodowym.
Mimo rewolucyjnych przemian cywilizacyjnych, nie straciła na znaczeniu mądrość sformułowana przez Wilhelma von Humboldta w słynnym tekście O organizacji instytucji naukowych, o wzajemnych związkach między szkołą a uniwersytetem. „Podstawowym obowiązkiem państwa jest takie zorganizowanie szkół, aby pomagały one odpowiednio wyższym instytucjom naukowym. Polega to zwłaszcza na właściwym zrozumieniu ich stosunku do tamtych i na przekonaniu, iż są one powołane nie jako szkoły mające już antycypować w nauce uniwersyteckiej, ani też uniwersytety nie są ich zwykłym, jednostronnym uzupełnieniem, jedynie wyższą klasą, lecz że przejście ze szkoły do uniwersytetu jest pewnym etapem w młodzieńczym życiu, kiedy szkoła w przypadku sukcesu przekazuje wychowanka przygotowanego na tyle, iż może on być fizycznie, obyczajowo i intelektualnie wolny i samodzielny oraz wyzwolony od przymusu, nie będzie skłaniał się do próżnowania lub utylitarnego stylu życia, lecz będzie odczuwał potrzebę wznoszenia się ku nauce”.
Koszty i bolączki transformacji
Wspomniany wyżej „polski cud edukacyjny” był wynikiem ogromnej egalitaryzacji dostępu do szkół wyższych poprzez zniesienie barier egzaminacyjnych. Radykalny wzrost liczby studentów, zwłaszcza na kierunkach społecznych (z niespełna 400 tys. w roku akad. 1990/1991 do blisko 2 mln w roku akad. 2005/20064) obnażył słabość polskiego systemu szkolnictwa wyższego. Brak właściwego nadzoru nad szkolnictwem niepublicznym doprowadził do patologizacji kształcenia. Masowo zatrudniano osoby o niepełnych kwalifikacjach i niskim statusie akademickim. Minimalizując koszty kształcenia (jakość kadry, słabe zaplecze dydaktyczne, przeludnienie sal, anonimowość relacji i in.), dążono jednocześnie do jak najwyższej rentowności.
Szkoły wyższe stały się zyskownymi przedsiębiorstwami dla ich założycieli i właścicieli, bez kontroli rzeczywistej jakości kształcenia. W tym czasie publiczne uniwersytety obroniły swoją markę, ale wszędzie stało się to kosztem jakości kształcenia. Malejąca liczba kandydatów na studia (co ma związek z niżem demograficznym i innymi czynnikami, np. wyjazdy na uczelnie zagraniczne), niższe wpływy z budżetu, redukcja etatów i zamykanie najmniej popularnych kierunków studiów – wszystko to potęguje zjawiska kryzysowe. W ich usuwaniu miała pomóc reforma systemu szkolnictwa wyższego, ale – niestety - przynosi ona więcej rozczarowań niż nadziei.
Największym zagrożeniem dla funkcjonowania szkół wyższych jest ich ekonomizacja. Polega ona na przekształceniu funkcji naukowej i kulturotwórczej w funkcję usługodawczą i produkcyjną. Poszczególne resorty rządowe, korporacje i zawodowe gildie tworzą zamówienia na określone „produkty”. W ten sposób uczelnie wyższe stają się „fabrykami dyplomów”, nie świadczących o faktycznych umiejętnościach absolwenta, lecz będących „dobrem konsumpcyjnym” na rynku.
Edukacja akademicka stała się funkcją gospodarki rynkowej i zmierza w kierunku przekształcenia uniwersytetu w szkołę zawodową. Sprzyjają temu nie tylko uwarunkowania ekonomiczne (konieczność zarabiania dodatkowych pieniędzy, bo tych z budżetu nie starcza nawet na pensje pracowników), ale także presja rządzących na unifikację efektów uniwersyteckiej edukacji (według słynnych KRK, czyli Krajowych Ram Kwalifikacji).
Planowanie efektów pod najsłabszego studenta jest zaprzeczeniem tego, co szkoły wyższe powinny osiągać. Przecież nie chodzi o „równanie w dół”, lecz promowanie najzdolniejszych i prowokowanie takiego wyścigu zdolności i kompetencji, aby ton w procesie nauczania nadawali najwybitniejsi studenci i profesorowie. Wychodzenie ponad przeciętność powinno być naturalną tendencją każdej szkoły, tym bardziej uniwersytetu. Tylko wtedy polskie uczelnie powrócą na mapę europejskiej nauki, bez zbędnej parametryzacji.
Wraz z awansami naukowymi zrozumiałem, że bycie nauczycielem akademickim oznacza przede wszystkim bycie twórcą. Oczywiście, rola dydaktyczna jest także ważna i nie wolno jej deprecjonować. Zwłaszcza w okresie transformacji ustrojowej, gdy rodziły się szkoły niepubliczne, zapotrzebowanie na pracę dydaktyczną nauczycieli akademickich było ogromne. Mam w tej dziedzinie doświadczenia z kilku szkół wyższych. Faktem było jednak – o czym wspomniałem wyżej - obniżenie standardów nauczania. Ponadto nauczanie – często motywowane potrzebą zarobienia dodatkowych do pensji pieniędzy – odbywało się kosztem badań.
Praca naukowa wymaga bowiem czasu i wolności. Także od innych obciążeń, nawet tych dydaktycznych. Dlatego w wielu ośrodkach naukowych na świecie kładzie się nacisk na pracę badawczą. Bez własnego systematycznego rozwoju intelektualnego, bez inwencji i pracy twórczej zawód nauczyciela akademickiego nie ma bowiem większego sensu. Sprowadzałby się do prostej reprodukcji wiedzy, bez jej krytycznego rozwijania i wartościowania.
Paradoksem tego zawodu jest to, że pracowników akademickich rozlicza się z wyników naukowych i z dydaktyki, ale płaci się tylko za dydaktykę (wykonanie pensum). System gratyfikacji poprzez granty jest zorientowany na wąskie grono ich beneficjentów. Większość badaczy stara się osiągać jak najlepsze wyniki, nie odczuwając jednak z tego powodu żadnej satysfakcji materialnej. Sfera motywacyjna badań naukowych w Polsce jest ciągle nieracjonalna. Mimo przeprowadzanych reform, zawód naukowca jest niedoinwestowany, a człowiek ze swoimi umiejętnościami w całej machinie badań akademickich ceniony jest najmniej. Nawet w ramach grantów wynagrodzenia czy honoraria dla badaczy są postrzegane przez przyznające je instytucje jako konieczne zło.
Pomimo całego systemu „gorączki publikacyjnej” i przeliczania „produktów” na punkty, jakość utworów naukowych w Polsce przedstawia wiele do życzenia. Wiele z nich ma charakter przyczynkarski, choć dzisiaj słowo „przyczynek” nie niesie praktycznie żadnych pejoratywnych skojarzeń. Życie naukowe zostało sparametryzowane i skwantyfikowane (to tzw. współczesny fordyzm akademicki). Liczą się nie te publikacje, które wnoszą oryginalne treści do obiegu naukowego, które mają charakter nowatorski i odkrywczy, ale takie, które opublikowano w wysoko punktowanych czasopismach, najlepiej w języku angielskim.
Zapanowała osobliwa obsesja „widzialności”. Nieważna jest jakość czy wartość tworzonych dzieł, ważne, żebyśmy byli widoczni w świecie. Na marginesie, zawsze zastanawia mnie jako wieloletniego redaktora uznanego czasopisma naukowego, jak autor piszący słabe teksty w języku ojczystym może tworzyć wartościowe utwory w językach obcych. Martwi mnie przy tej okazji bezkrytyczne poddawanie się „samokolonizacji”, która kryje się pod szyldem tzw. umiędzynarodowienia polskiej nauki.
W naukach społecznych i humanistycznych językiem wypowiedzi powinien być bezwzględnie język rodzimy. Tworzymy i myślimy w kulturze własnej i to przede wszystkim do odbiorców pochodzących z tej kultury adresujemy treści swojego przekazu. W ten sposób wzbogacamy kulturę narodową, zaszczepiając jej wytwory wielu odbiorcom, a nie jakimś bliżej nieokreślonym pojedynczym adresatom na świecie. Oczywiście, język angielski jest językiem światowym nauki i wytwory własnej myśli naukowej należy upowszechniać poprzez tłumaczenia w skali międzynarodowej, ale z tych publikacji nie należy czynić fetyszu. Powinien się liczyć faktyczny odbiór publikacji i w kraju, i za granicą (recenzje, repliki, polemiki, debaty, konferencje itd.), a nie wyliczona statystycznie liczba cytowań i odnośników. Te nie świadczą o rzeczywistym osiągnięciu i wkładzie do nauki. Ważna jest przecież pomysłowość, odwaga w stawianiu hipotez, kreowanie dalekosiężnych wizji, prowokowanie do dyskusji, budowanie nowych teorii i odkrywanie nowych pól badawczych.
Żaden grant nie zastąpi codziennych żmudnych poszukiwań badawczych. Ich nie da się zaprogramować i zaprojektować według kosztorysów i biurokratycznych schematów. Seryjne wnioski grantowe nie są żadnym dowodem na rozwój nauki. Sprawozdania z ich wykonania, choćby spełniały wszystkie formalne wymagania, nie oznaczają rzeczywistych odkryć i sukcesów. Żaden biurokratycznie wymyślony algorytm nie zastąpi autentycznego osiągnięcia naukowego. Obecnie największym problemem jest to, że środowiska uczelni wyższych zdają sobie sprawę ze szkodliwości punktomanii, ale nie są w stanie wyartykułować swojego sprzeciwu, albo nawet gdy to czynią, jest on ignorowany przez władze. Doszło do odwrócenia ról naukowych i administracyjnych. Aparat usługowy przejął funkcje władcze i zarządzające, a środowisko nauki przejmuje zadania o charakterze administracyjnym.
Obecnie prace naukowe pisze się wedle standardów ustalanych dla zdobycia punktów, najczęściej „pod recenzentów”. Ideałem naukowości jest powielanie bezpiecznych tez, aby nie narazić się powszechnie obowiązującej politycznej poprawności. Piszę tu przede wszystkim o naukach społecznych i humanistycznych, ale przecież i w naukach ścisłych badacz operuje określonym światopoglądem badawczym, mającym znaczenie dla jego dociekań i wnioskowania. Schematyczność myślenia, wypowiadanie myśli płaskich, ale bezpiecznych, nudnych, ale przynoszących punkty i gratyfikacje – to ideał dzisiejszej pracy twórczej. Do tego dochodzi niestety powszechne zjawisko kopiowania i kompilowania tekstów autorów zachodnich, zwłaszcza amerykańskich.
Uniwersytety się obronią
Zmieniają się epoki i ludzie. Trwa nieustanny postęp cywilizacyjny. Na jego tle ciągle aktualne są pytania o rolę szkoły i nauczycieli. Tych pytań przybywa szczególnie w okresie głębokich transformacji społecznych, gdy wyczerpują się stare wzory zachowań i trwa dyskusja wokół nowych, gdy następują gwałtowne zmiany kulturowe i technologiczne, wobec których stajemy bezradni, a nawet wystraszeni. Pojawia się także odruch niezadowolenia, że szkoły – od podstawowych po wyższe – nie spełniają społecznych oczekiwań wobec dynamiki zmieniającego się świata.
Mamy więc do czynienia z problemem, przed którym nieraz stawali nasi poprzednicy – redefinicji tego, co współcześnie jest sednem i wartością edukacji. Wizja jednej, uniwersalnej i zaspokajającej potrzeby wszystkich szkół jest niemożliwa do osiągnięcia. Trzeba będzie pogodzić się i docenić współistnienie różnych form edukacji, w tym także poza systemem mającym oficjalne imprimatur państwa.
Najważniejsze jest to, aby szkołom i nauczycielom wszystkich szczebli zapewnić godne warunki realizacji potrzeb edukacyjnych, aby mogli oni korzystać z gwarantowanej konstytucyjnie autonomii, także w sprawach światopoglądowych. Nie ma bowiem ważniejszego ogniwa w edukacji szkolnej od nauczyciela. To jeden z takich zawodów, którego ani obecnie, ani w przyszłości nie zastąpią żadne roboty. To jego wiedza, umiejętności uczenia i sposób wartościowania świata mają dla uczniów najważniejsze znaczenie. Wpływ rodziców powinien być ograniczony właśnie przez ową autonomię szkoły, która w sensie programowym i pedagogicznym musi odpowiadać zbiorowym oczekiwaniom, a nie indywidualnym gustom, roszczeniom i pretensjom.
Z wieloletniej praktyki akademickiej wiem, że pod tym względem szkoły wyższe są rzeczywiście wolne od nacisków środowisk rodzinnych studentów. W wyjątkowych sytuacjach dochodzi do kontaktu nauczyciela akademickiego z przedstawicielami rodzin (na przykład ze względu na opiekę nad osobami niepełnosprawnymi), ale nigdy nie ma to charakteru ingerencji w proces nauczania czy wychowania. W przypadku szkół podstawowych i średnich nauczyciele słusznie oczekują wsparcia ze strony rodziców. Relacje wzajemne rodzice-szkoła powinny być oparte na zaufaniu i szacunku. Także na respekcie wobec kompetencji merytorycznych nauczyciela i jego odpowiedzialności.
Dzisiejsi nauczyciele są współtwórcami zmian w systemie edukacyjnym. To oni najlepiej znają specyfikę środowiska, a dzięki stale podnoszonym kwalifikacjom, stają się atrakcyjnymi przewodnikami i opiekunami w rozwoju intelektualnym swoich uczniów i studentów.
W odróżnieniu od wymagań stawianych wobec nauczycieli w szkołach podstawowych i średnich, zawód nauczyciela akademickiego nie wymaga zdobycia odpowiednich certyfikatów pedagogicznych. Nauczyciele szkolni kończą studia pedagogiczne, wybierają specjalizacje, dokształcają się na studiach podyplomowych i specjalnych kursach. Dydaktyk uniwersytecki jest zdany na siebie. Dopiero w trakcie zatrudnienia postępuje profesjonalizacja, wyrażająca się w doskonaleniu warsztatu dydaktycznego.
Niebagatelną rolę odgrywają w tym procesie predyspozycje psychologiczne, osobiste talenty i pasje. Te w połączeniu z nabytymi umiejętnościami organizowania interakcji edukacyjnych, skupionych na studiowaniu i odkrywaniu, przynoszą nieraz doskonałe efekty w postaci otwartości na odmienności ludzkie, sprzeciwu wobec dogmatów i „prawd objawionych”, odkrywania nowych pól obserwacji. Wielu młodych nauczycieli akademickich powiela jednak swoje nienajlepsze doświadczenia studenckie, wpadając w rutynę „transmisji wiedzy” w jedną stronę, odpytywania według podręcznika, nudnych prezentacji i schematycznych zaliczeń testowych.
Przez lata towarzyszyło mi przekonanie, że szkoły wyższe różnią się od szkół średnich nie tylko pod względem wymogów i sposobu nauczania, ale także stopnia samodzielności słuchaczy. Otóż muszę niestety przyznać, że szkoły wyższe często powielają schemat nauczania w szkołach średnich. Za mały nacisk kładzie się na samodzielność studentów w procesie uczenia się. Uniwersytety zamieniają się w przysłowiowe szkółki, jeśli studenci mają zbyt dużo obowiązkowych przedmiotów i zajęć. Za mało czasu pozostaje na samodzielne studiowanie, na otwarte formy kształcenia. Zaliczenia mają charakter testowy, są sprawdzianami nikomu niepotrzebnej wiedzy, zamiast okazją do dyskusji i refleksji poznawczej.
Zanikła praktycznie pisemna forma zaliczania przedmiotów. Od Chin po Amerykę na uczelniach rozwiązuje się dzisiaj zadania poprzez formułowanie i konceptualizację tematów, prezentację zamiarów badawczych, dobór środków i metod, dyskusję w grupie, a następnie samodzielną realizację w postaci gotowego eseju, raportu czy projektu. Takie zadania wymagają samodzielnego poszukiwania najlepszych rozwiązań. Studenci muszą poznawać najnowszą literaturę, a nie powtarzać podręcznikowe formułki.
Niezależnie od wszystkich trosk i niepokojów, którym dałem wyraz w tekście, należy z optymizmem podkreślić, że w zawodzie nauczyciela akademickiego, mimo odpływu najzdolniejszych absolwentów do wysokopłatnych zawodów, ciągle realizują się ludzie z pasją i zaangażowaniem, których można – mimo wielu negatywnych przewartościowań tego określenia – nazwać intelektualistami. To do nich należy przywilej recenzowania otaczającej nas rzeczywistości. Wypowiadając się na tematy życia publicznego dają demokracji „system wczesnego ostrzegania”.
W okresie „realnego socjalizmu” akademicy byli „głosem sumienia” i ten głos jest ciągle potrzebny. Mają oni bowiem pewne „nieheroiczne” cnoty, takie jak wrażliwość na naruszanie zasad praworządności i państwa prawa, zdolność do myślenia alternatywnego, a zatem świadomość tego, że wiele spraw można rozwiązać inaczej, odwagę sprzeciwu i prowokowania dyskusji. Nawet, gdy władze polityczne w każdej epoce zarzucają elicie akademickiej jałowe krytykanctwo, warto pamiętać, że nie są one dane raz na zawsze. Politycy przychodzą i odchodzą, a uniwersytety trwają.
Jestem przekonany, że wbrew rozmaitym bolączkom i przeciwnościom obronią szlachetną tradycję akademickiej autonomii, przywiązanie i do wolności w sensie obywatelskim, i do wolności badań naukowych. Mam też nadzieję, że nauczyciele akademiccy będą odporni na wulgarne uzawodowienie studiów, a universitas et humanitas – te kamienie węgielne Akademii od czasu założenia w Bolonii pierwszego uniwersytetu blisko tysiąc lat temu - przetrwają wszystkie „kreatywne innowacyjności”, które przyniosła zauroczona kultem neoliberalizmu transformacja „wolnej Rzeczypospolitej”.
Stanisław Bieleń
Wyróżnienia pochodzą od Redakcji.