Lustracja "po toruńsku"

Utworzono: środa, 11 październik 2006 Drukuj E-mail

Jedynie Uniwersytet Mikołaja Kopernika postawiony wobec konieczności ustosunkowania się do kilku ujawnionych coram publico spraw tajnych współpracowników, jako pierwsza wówczas uczelnia w Polsce, podjął próbę stworzenia mechanizmu ocen takich sytuacji.

Wyglądało to tak, że ówczesny rektor UMK prof. Jan Kopcewicz powołał zespół dorad-czy pod moim przewodnictwem. Przygotowaliśmy zalecenia sugerujące schemat postę-powania władz uczelni w tego typu sprawach. Obecny rektor UMK dr hab. Andrzej Jamiołkowski powołał dwa zespoły: historyków dla badań archiwalnych (kieruje nim znawca archiwów IPN prof. W.Polak) oraz zespół doradczo-konsultacyjny (pod moim kierownictwem), złożony z czterech cieszących się szczególnym autorytetem profesorów UMK. Mamy, zgodnie z intencją Rektora, przedstawić władzom uczelni m.in. sugestie personalne w oparciu o fakty ustalone przez historyków.

 Skromna inicjatywa toruńska nie spotkała się dotąd, wedle mojej wiedzy, z zainteresowaniem w środowisku pracowników nauki. Wynika to m.in. z faktu, że środowisko to (jak wiele innych z Kościołem Katolickim na czele) usiłuje nadal chować głowę w piasek. W opinii publicznej można zresztą - posługując się uproszczeniem - wyróżnić dwie skrajne postawy wobec problemu lustracji: postawę prawicoy wszelkiej maści, która głosi konieczność "totalnej lustracji" (bez rozważania praktycznych konsekwencji przygotowywanej ustawy o IPN) oraz postawę reprezentowaną przez "Gazetę Wyborczą" - odrzucającą w istocie możliwość badania prawdy o ponurych czasach rządów totalitarnych. Tymczasem zarówno powszechny dostęp do akt IPN jak i masowa lustracja 300-400 tysięcy osób, to absurd polityczny, moralny a przede wszystkim techniczny i finansowy, a zarazem i wbrew pozorom, najlepszy sposób na to, by straty ponieśli najmniej winni "krewni" przysłowiowego królika! Równie niebezpiecznym absurdem jest totalna amnezja.

Od początku głosiłem i nadal głoszę pogląd umiarkowany, nawoływałem i nawołuję do umiaru i realizmu, ponieważ... 

  •  Faktem jest, iż środowisko naukowe, podobnie jak literackie czy kościelne, było przedmiotem szczególnej penetracji organów SB w czasach Władysława Gomułki i jego następców. Rezygnując z metod prymitywnego terroru stosowanego w okresie stalinowskim, SB dążyła do swoistej "wszechwiedzy" o obywatelach potencjalnie -  jej zdaniem - niebezpiecznych.
  •  Informacje zdobywano różnymi metodami. Wartość "teczek" jest, oczywiście, także różnorodna. Rozgraniczać jednak trzeba autentyczność dokumentów SB od strony formalnej (rzadko je fałszowano) od problemu wiarygodności informacji zawartej w tych dokumentach. Generalnie istnieje zasadniczy problem selekcji różnych kategorii osób, które miały do czynienia z SB i wyciągnięcia z tej selekcji mądrych wniosków.
  •  Duży procent pracowników nauki miał takie czy inne kontakty z SB, które koń-czyły się czasem podpisywanymi zobowiązaniami. Dotyczyło to zwłaszcza wy-jeżdżających na długie stypendia zagraniczne (zwłaszcza do USA, Kanady, RFN). Z takich podróży czasem składano sprawozdania. Oczywiście sprawozda-nia, których adresatem były władze uczelni oraz sprawozdania, których adresa-tem była SB, to dwa różne dokumenty... Reasumując: wielorakich ale spora-dycznych kontaktów z SB, także osób oficjalnych (dziekani czy sekretarze KU PZPR) było sporo. Moim zdaniem, kontakty te były mało szkodliwe. Być może 90 proc. ogółu osób ze środowiska, które miały okazjonalne związki z SB, a które to SB uważała za tzw. osobowe źródła informacji, zaliczyć można do tej kategorii drugorzędnych.

Jak się do takich kontaktów, po 20-30 latach, ustosunkować? Moim zdaniem - choć incydenty te czasem wystawiają nienajlepsze świadectwo danej osobie - należy takie przypadki puścić całkowicie w niepamięć jako "śmieci" minionej epoki. Oczywiście, jeśli dokumentacja jest nieistotna, skąpa czy niejasna i brak podstaw do twierdzenia, iż dana osoba wyrządziła poważną szkodę uczelni i jej pracownikom. W końcu wiele przestępstw przedawnia się (poważne występki po 10 a zbrodnie po 20 latach)!

Pozostaje niewielka liczba spraw poważnych. Dotyczą one osób, które bezdyskusyjnie, w świetle zachowanej bogatej dokumentacji, przez wiele lat, zazwyczaj dla wymiernych takich czy innych korzyści, były tajnymi współpracownikami i nadużywając zaufania, uprawiały proceder moralnie niegodny. Osoby te, z reguły bezpartyjne, wchodziły w środowiska, którymi interesowała się SB (zwłaszcza w latach 1980-89) i ciesząc się ich zaufaniem, zaufania tego jaskrawo nadużywały. Istnieje trudny problem możliwości prawnej reakcji władz uczelni wobec takich przypadków. Moim zdaniem, jeżeli nie są to osoby, które przeszły już na emeryturę (tu sprawa przechodzi w kompetencje historyków nauki) lub, co do których można żądać, by skorzystały z przysługującego im prawa do wcześniejszej emerytury, to jedynie presja śro-dowiska może wymusić sankcję (mało dotkliwą) przejścia do innej uczelni, a jest ich w Polsce dostatek...

Dlaczego winniśmy (mówię o środowisku pracowników nauki) chociaż to zrobić? Moim zdaniem wymaga tego godność uniwersytetu i autorytet profesora uniwersytetu. Nie ma powodu rozdzierać szaty nad tuzinkowym donosicielem z ulicy. Ale od pracownika nauki trzeba wymagać, aby nie trudnił się przez długie lata niegodnym zajęciem w służbie państwa totalitarnego, aby, przynajmniej w najbliższym otoczeniu, zasługiwał na podanie ręki przez kolegów.

Stanisław Salmonowicz

Prof. Stanisław Salmonowicz, prawnik i historyk, członek Polskiej Akademii Umiejętności jest emerytowanym pracownikiem naukowym UMK i PAN. W roku 1970/71 aresztowany na cztery miesiące za działalność opozycyjną, w konsekwencji czego zwolniony z pracy na UMK, powrócił do pełnoetatowej pracy dydaktycznej i naukowej na uniwersytecie w 1982 roku.

Odsłony: 2633
DMC Firewall is a Joomla Security extension!