Ewangelikanizm i amerykanizacja świata (2)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 83
W iberyjskim kręgu cywilizacyjno-kulturowym funkcjonuje pojęcie pikareski. To taki zwierzak, gryzoń, skunks, podłej konduity, wyżerający niewidomemu rodzynki z leżącego przed nim ciasta. Poruszono ten temat w tekście „Polska pikareska” (p. Sprawy Nauki nr 5/16). Tak działa m.in. system neoliberalnego kapitalizmu, pozbawiając ślepe społeczeństwa kolejnych zdobyczy cywilizacyjnych. Tak samo działa amerykanizacja, zarówno w przestrzeniach cywilizacyjno-kulturowych, jak i „duchowych” (w tym – religijnych).
Pierwszym warunkiem szczęścia jest rozsądek (Sokrates)
Kontynuując nasze rozważania nad związkami amerykanizacji kultury i rzeczywistości świata w przestrzeni eksportu specyficznego dla Ameryki sprawowania religijnego, ewangelikalnego kultu musimy stwierdzić, iż te denominacje w skali świata zyskują w ostatnich dekadach, oprócz islamu, najwięcej wyznawców i sympatyków. Widać to m.in. po Brazylii - jeszcze do niedawna kraju z prawie 85% udziałem katolików, a dziś ledwie przekraczającym 50%.
Z kolei wspomniane denominacje pentekostalne (ewangelikalne) zbliżają się do 30%, notując permanentny, stały wzrost. Za tym idą określone wpływy kulturowe owych kościołów, które przeważnie swe centra posiadają w USA, skąd płynie wsparcie logistyczne i finansowe. Przemyca się tym samym „biznesowy model religii” związany z tzw. megakościołami stanowiącymi nie tylko domy modlitwy, lecz i centra handlowe, sale konferencyjne i koncertowe, magazyny, studia nagraniowe dla muzyki pop, kręgielnie etc. Przy abdykacji władzy według podstawowej zasady neoliberalizmu – jak najmniej państwa i prywatyzacja wszystkiego co możliwe – właśnie te podmioty zastępują państwo w jego podstawowych obowiązkach.
Z fanatyzmu do analfabetyzmu
Radykalizm ewangelikanów w literalnym pojmowaniu zasad zawartych w Biblii, którą zgodnie z kanonami Lutra traktują jako słowo Boże, niczym nie odbiega od islamskich radykałów i interpretacji przez nich Koranu (w sensie dosłowności, bez uwzględnienia elementu czasu). Zresztą wzrost fanatyzmu w społeczeństwach m.in. w wyniku pogłębiających się różnic dochodowych i stratyfikacji społecznych w czasach kryzysu i zmian w globalnym rozkładzie sił, wpływa także na religie i ich wyznawców. (G. Cimek, „Tworzenie nowego świata” [w]: Sprawy Nauki nr 4/24).
Na tę prawidłowość zwraca też m.in. szwajcarski myśliciel Urs Altermatt (Katolicyzm a nowoczesny świat) mówiąc, iż fundamentalizm religijny „w ostatnich trzech dekadach XX wieku jako typowo amerykańskie zjawisko przerodziło się w ogólnoświatowy fenomen sięgający od islamu po judaizm”. Więc renesans ewangelikalny w Ameryce wraz z globalizacją i promowaną amerykanizacją musi dać określone efekty. To jasny przykład zasady sprzężenia zwrotnego.
Uwzględnić też trzeba rolę globalnych, korporacyjnych mediów w szerzeniu, często pośrednio, takich tendencji i trendów. Dotyczy to najszerzej pojmowanej duchowości czy kultury, a wraz ze spadkiem średniego poziomu intelektualnego owocuje pęcznieniem bazy dla idei skrajnych, łatwych w percepcji, bo tłumaczących w prosty sposób skomplikowaną naturę rzeczywistości, hierarchizujących ludzi wedle zasady: kto nie z nami to wróg itd.
A to jest typowe zarówno dla religijnych fanatyków jak i prostackiej wersji amerykanizmu, czyli:
Naród wybrany (i wszytko co za tym idzie), Ziemia Obiecana, Apokalipsa, która wygubi złych, a pozostawi jedynie wiernych i dobrych wyznawców, po czym zapanuje biblijny Eden. Nasz Eden.
Doskonale oddaje taki typowo amerykański i ewangelikalny sposób myślenia, uwaga amerykańskiego intelektualisty L.C. Thurowa, wyrażona w jednym z licznych wywiadów, iż wizualno-werbalne media cofają nas do czasów analfabetyzmu.
Ogromną popularność w Afryce, Ameryce Łacińskiej i Azji ta forma religijności zyskała m.in. dzięki nowym formom komunikacji interpersonalnych (rola sieci społecznościowych i nowych form komunikacji), a także działalności charytatywnej. Zwłaszcza tam, gdzie obecność państwa, jego struktur zawężono do zinstytucjonalizowanej przemocy i pozorów porządków demokratycznych (zgodnie z narracją neoliberałów oraz doktryną libertariańską). To te wspólnoty prowadzą ochronki, ośrodki zdrowia, nauczanie i edukację, w miarę (w zależności od założeń doktrynalnych) wprowadzają równouprawnienie kobiet. A co najważniejsze - swoje nauki i przekaz dostosowują do miejscowej tradycji, kultury, obyczajów i praktyk społecznych.
Mamy więc przykłady z jednej strony działań pozbawionych przymusu i siły (to przykład tzw. miękkiej siły amerykanizmu), a z drugiej – klasyczny przykład synkretyzmu religijnego, gdy wchodzące na dany teren wierzenie religijne włącza do swego przekazu maksymalną ilość treści z autochtonicznej kultury i tożsamości. Ewangelikańskie wspólnoty na Czarnym Lądzie zdobyły i zdobywają przewagę, zwłaszcza w Afryce Centralnej, gdzie konkurują z innymi denominacjami chrześcijańskimi i islamem. W pasie subsaharyjskim w tym wyścigu o rząd dusz prowadzi na razie islam.
Wracając do Brazylii, a w zasadzie Ameryki Łacińskiej. Tu sytuacja była inna niż w Afryce. Wspólnoty pentekostalne, które działają na zasadzie często lokalnych zborów skupionych wokół guru, przewodnika czy Mesjasza przejęły praktykę po istniejących, a zniszczonych doktrynalnie i strukturalnie przez prześladowania hierarchii watykańskiej (Jan Paweł II i ówczesny szef Dykasterii Nauki Wiary kard. Józef Ratzinger), tzw. wspólnotach podstawowych. Były to komórki organizowane na bazie teologii wyzwolenia, prowadzone przez miejscowych, lokalnych duchownych, bądź laików, którzy zamierzali właśnie na takiej zasadzie, antyhierarchicznej i ludowej, zorganizować na nowo katolicyzm. Był on oczywiście z racji miejscowych tradycji silnie antyamerykański. Ich porażka i uwiąd wytworzyły pustkę, w którą weszły z dużym sukcesem wspólnoty ewangelikanów. Stąd m.in. biorą się sukcesy wyborcze skrajnej prawicy latynoskiej, jawnie proamerykańskiej, wyraźnie kompradorskiej, w rodzaju Bolsonaro (Brazylia), Milleia (Argentyna) czy Kasta (Chile).
Wiara silniejsza niż prawo
Jak fanatycznie, purytańsko traktowana prywatnie wyznawana religia wpływa na mentalność, pozycję, praktykę życiową osób nawet na wysokich stanowiskach w instytucjach mających służyć jako wzorzec niezależności i obiektywizmu, kierujących się wyłącznie prawem stanowionym, niech posłuży przykład Julii Sebutinde. Julia Sebutinde to wiceprzewodnicząca Międzynarodowego Trybunału Karnego w Hadze od 2024 (członek Trybunału od 2013 r.). Urodzona 28.02.1954 w Ugandzie jest topowym jurystą o globalnym wymiarze, wszechstronnie wykształconą w prawie i jurysprudencji (studiowała i pogłębiała swą znajomość prawa na pierwszorzędnych uczelniach całego świata). Jest pierwszą Afrykanką zasiadającą w haskim MTK. Prywatnie jest członkiem zboru Watoto, jednego z kościołów zaliczanego do ewangelikalnej galaktyki wyznań, tak charakterystycznych dla Pasa Biblijnego. Idolem i duchowym wzorem dla Julii Sebutinde jest jeden z czołowych teleewangelistów amerykańskich, Jimmy Swaggard.
Dość oryginalne (delikatnie mówiąc), subiektywne poglądy pani sędzi, szacownej, uznanej i znaczącej (przynajmniej w wymiarze symbolicznym) struktury jaką jest haski trybunał, rzucają cień na tę instytucję. Jak wszystkie inne struktury świata, odchodzi ona w niebyt wraz z załamywaniem się dotychczasowego porządku. Wypowiedź Julii Sebutinde, będąca votum separatum do sentencji Trybunału w sprawie: rząd RPA vs Izrael (nie pierwsze w tej kwestii i nie po raz pierwszy tak uzasadnione), jest tego klasycznym przykładem, gdyż podważa istotę niezawisłości sędziowskiej i kierowania się przez sąd wyłącznie prawem stanowionym: „Pan mój liczy, ze stanę po stronie Izraela. Sytuacja w Gazie jest zapowiedzią czasów ostatecznych przepowiedzianych w Biblii. Pan rano, gdy się obudziłam, nakazał mi nie być tchórzem i bronić Izraela podczas wydawania przez Trybunał wyroku”.
W sporze jaki miał miejsce wewnątrz MTK w sprawie zgłoszenia przez rząd RPA wniosku o ludobójstwie popełnianym przez Izrael na Palestyńczykach z żądaniem oceny tego co się dzieje w Gazie, Ugandyjka zajęła jednoznaczne, proizraelskie stanowisko, niezgodne z etyczno-moralnym rozumieniem tego, co się tam dzieje dziś, a czego autorem jest rząd w Tel Awiwie i armia izraelska.
O prawnym wymiarze – szkoda mówić. Sebutinde stwierdziła, że wniosek RPA nie wykazuje, iż rzekomo popełnione przez Izrael czyny zostały „dokonane z niezbędnym zamiarem ludobójczym i że w związku z tym nie mogą one podlegać Konwencji w sprawie ludobójstwa”.
Gros ekspertów twierdzi, że Sebutinde nie dokonała dogłębnej oceny sytuacji. Z jej odrębnego zdania, publicznie ogłoszonego i pozostającego w opozycji do stanowiska całego Trybunału wynika, iż kierują nią nie tyle obiektywne, zracjonalizowane, jurydyczne zasady (zgodne z przyjętymi normami cywilizowanego prawa) a prywatne, indywidualne normy podyktowane subiektywnymi przekonaniami religijnymi. Rząd w Kampali odciął się jednoznacznie od jej stanowiska.
To jest jednak zagadnienie szersze, nie tylko dot. J. Sebutinde, choć jest ona niejako twarzą ważnej organizacji międzynarodowej, pretendującej do szacunku, planetarnego uznania, ponadustrojowej i ponadkulturowej admiracji. Trybunału mającego stanowić wzór (niczym metr z Sevres) wyższości prawa stworzonego w obrębie zachodniej cywilizacji. Jak to się ma do wizerunku bogini Temidy z zasłoniętymi oczami, trzymającej miecz i wagę które to symbole oznaczają iż tylko litera prawa stanowionego i zapisanego w dokumentach jest podstawą do wydawania wszelkich wyroków?
Przegrana rozumu
Popularność ewangelikanizmu, który w ostatnich dekadach znacznie poszerzył swój zakres oddziaływania i bazę społecznego poparcia jest związana z wieloma czynnikami, to proces doskonale opisany przed dwoma dekadami przez Johna Micklethwaita i Adriana Wooldridge’a w książce Powrót Boga, pokazujących szerzący się fundamentalizm (nie tylko religijny). Jest to także związane z postępującą indywidualizacją (prywatyzacją), kultem emocji i osobistego przeżywania wszystkiego, co niesie otaczający nas świat, a także z powszechną komercjalizacją (wierzeń religijnych także). To jest wpływ królującej we wszystkich dziedzinach życia doktryny neoliberalnej, przedkładającej indywidualny, utylitarny sposób życia zakreślony i oparty o zawężone pojęcie personalnej wolności.
Jak i dlaczego następuje od kilku dekad prywatyzacja religii i co z tym się wiąże, zaprezentował jeszcze w XX w. Thomas Luckmann w Niewidzialnej religii.
To jest również jeden z przykładów, jak przebiega, tu akurat w wymiarze specyficznego rozumienia religijności, amerykanizacja kultury światowej. To coś jak dżinsy, McDonald i KFC, Coca-Cola, westerny i Hollywood, amerykański styl życia, jankeski pęd do indywidualnego sukcesu (subiektywizacja spojrzenia na realia otaczającego świata) budujące ciągle mit Ameryki jako raju na Ziemi, jako oazy owej zawężonej do „gadżetów wolności. Wolności pozornej.
To także egzemplifikacja amerykańskiego utopizmu rosnącego zawsze w siłę, gdy umacnia się kult hegemonii amerykańskiej i poczucia jej mocy sprawczych. Od Reagana i upadku ZSRR (kult zwycięstwa nad Imperium Zła to typowy przykład apokaliptyki) Jankesi mówią językiem Apokalipsy, czyli Bóg jest z nami, jesteśmy narodem wybranym* a „ziemię dał nam Pan w posiadanie” (czyli panowanie nad nią). Od razu przypomina się sentencja Owidiusza, że video meliora proboque, deteriora sequor, czyli widzę rzeczy lepsze i pochwalam je, ale jednak idę za gorszymi (Przemiany).
Apokaliptyczny język i taka mentalność charakteryzują się zawsze poczuciem radykalnej antynomii dobra i zła, prozelityzmem, dogmatyzmem i moralizmem. To wszystko znajdujemy w ruchach pentekostalnych i kościołach tak charakterystycznych dla religijności amerykańskiej, eksportującej swe produkty na cały świat wraz z tym co kojarzymy z amerykanizmem. Tym jest też ruch MAGA, jaki wyniósł Trumpa do ponownej prezydentury.
Taka forma kultu religijnego i praktykowania wiary religijnej nigdy nie pozbędzie się przyrodzonej skłonności do degradowania wartości życia i kultury innej niż ich paradygmaty. Gdy wiara religijna wzbogacona zostaje o bezwarunkowe uznanie kultury, w jakiej powstała i z którą się utożsamia, za najsubtelniejszy i najznakomitszy wytwór człowieka dany mu od jego Boga, wtedy musi być elementem służącym do dominacji nad drugim człowiekiem. Obca takiej kulturze, takiej religii jest pokora, tolerancja, wolność i rozumienie równości, a więc te idee, które winne być immanencją chrześcijaństwa i kultury budowanej od 2000 lat na tej bazie w skali świata jako „uniwersum”. Amerykańskiej kultury od ponad 200 lat. I może warto w podsumowaniu wrócić do motta z I części tego tekstu gdzie Thomas Jefferson, trzeci prezydent USA mówi: „Doprawdy drżę o mój kraj, jeśli pomyślę, że Bóg jest sprawiedliwy”.
Radosław S. Czarnecki
*p. doktryna Boskiego Przeznaczenia - Boskie przeznaczenie oraz Manifest Destiny – w SN Nr 10/18 i SN Nr 11/18, oraz Zmitologizowane oblicze USA w SN Nr 5/22 (red.)
Od Redakcji: Jest to druga, ostatnia część eseju Radosława S. Czarneckiego „Ewangelikanizm i amerykanizacja świata”. Pierwszą zamieściliśmy w SN Nr 3/26 - Ewangelikanizm i amerykanizacja świata (1)
Ewangelikanizm i amerykanizacja świata (1)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 259
Ewangelikalizm (inaczej pentekostalizm) to nurt w łonie protestantyzmu, o charakterystycznej duchowości. Jest jednoznacznie konserwatywny, skłaniający się ku neoliberalizmowi w warstwie sukcesu i przedsiębiorczości, wywodzący się zarówno z tradycji purytańskiej jak i literalnego, autorytatywnego traktowania Biblii, w tym - Starego Testamentu.
Doprawdy drżę o mój kraj, jeśli pomyślę, że Bóg jest sprawiedliwy. (Thomas Jefferson)
W ostatnich dekadach widać wyraźne zacieśnianie sojuszu tej galaktyki wyznań pentekostalnych (ewangelikalnych) ze środowiskami ortodoksów judaistycznych, co przełożyło się na aktualny, ścisły sojusz z międzynarodowym syjonizmem.
Współczesny syjonizm, będący czystym nacjonalizmem o zachodnio-europejskich korzeniach, spleciony doktrynalnie z judaistycznym fundamentalizmem (chodzi o literalną interpretację Starego Testamentu oraz ideę Wielkiego Izraela tzw. Erec Israel) i tzw. przymierzem ludu Izraela z Jahwe (państwo Izrael materializuje je poprzez swe istnienie i politykę) jest tym samym naturalnym sprzymierzeńcem dla ewangelikanów podobnie traktujących Pismo Święte.
Wspólną dla wszystkich ewangelikanów jest wiara w personalną relację z Jezusem Chrystusem (analogia z żydowskim Przymierzem), materialne narodzenie Jezusa z Marii-Dziewicy, jego boskość, zastępczość ofiary Jezusa (tzn. że wziął on na siebie grzechy całej ludzkości) oraz jego fizyczne zmartwychwstanie i realność paruzji. Z racji silnego przywiązania do osobistego nawrócenia ewangelikanizm niesie sobą misję, kojarzoną jasno z chrześcijańską, purytańską wersją ewangelizacji, czyli przekonania słuchaczy do żalu za swoje grzechy oraz wiary w ich przebaczenie dzięki ofierze Jezusa na krzyżu. Aby dostąpić zbawienia, należy stać się członkiem środowisk ewangelicznych, gdyż w innym razie Sąd Ostateczny (który ma nastąpić docześnie, materialnie, tak jak to opisuje Pismo Święte) nie dopuści grzeszników do nieba.
Do rodziny chrześcijan ewangelikalnych zalicza się głównie takie oto nurty protestantyzmu: baptyzm, zielonoświątkowców, Kościoły Chrystusowe, braci plymuckich, ruch ewangelicznych chrześcijan, ruch uświęceniowy, anabaptyzm i Kościoły neocharyzmatyczne. Ruchy te wywodzą się głównie z USA (tzw. pas biblijny, mocno osadzony w lokalnych środowiskach i stanowiący esencję wiary religijnej wielu Amerykanów), gdzie gros tych kościołów oraz środowisk ma swój matecznik i gdzie mieszczą się centra promieniujące na cały świat zarówno materialnie (to najczęściej religijno-komercyjne korporacje z megazapleczem finansowym) jak i duchowo (wsparcie personalne przy pomocy kaznodziejstwa i tzw. teleewangelistyki).
Znawcy tematu definiują Pas Biblijny jako obszar na południu Stanów Zjednoczonych (choć ewangelikanizm ma tendencje wzrostowe w całej Ameryce od wielu dekad), którego mieszkańcy są uważani za bezkrytycznie wiernych dosłownej interpretacji Biblii. Jest to obszar charakteryzujący się żarliwym fundamentalizmem religijnym, zdefiniowanym jako ruch w XX-wiecznym protestantyzmie, który podkreśla dosłowność interpretowania Pisma Świętego jako fundamentalną dla chrześcijańskiego życia i nauczania oraz zastosowania tych zasad literalnie w życiu codziennym przez wyznawców. Według sondażu Pew Research Center, do stanów o największym udziale osób identyfikujących się z ewangelikalnym protestantyzmem należą: Tennessee (52%), Alabama (49%), Kentucky (49 %), Oklahoma (47 %), Arkansas (46 %) i Missisipi (41 %). Ciekawe, iż ewangelikanizm jest niezwykle popularny również w wielomilionowych aglomeracjach miejskich: Dallas (38%), Atlanta (33%) i Houston (30%).
Religia jak biznes
Z racji rozproszenia i liczby różnorodnych denominacji ewangelikalnych można mówić nie tyle o wyznaniu czy jednorodnym kościele. Raczej stosuje się termin mgławica, galaktyka ruchów pentekostalnych (zielonoświątkowych, choć akurat ten kościół jest tylko jej częścią). I jest to od 4-5 dekad najbardziej dynamiczny i ilościowo przyrastający nurt chrześcijaństwa na świecie. Ocenia się, (choć są to jedynie przybliżone szacunki, gdyż wspomniane rozproszenie, dynamika i ilość, uniemożliwiają takie oceny), iż na świecie może to być ok. 500-600 mln wyznawców.
Ruch powstał w USA (początki XX w) i Amerykę uważa się do tej pory za wiodący kraj w tej materii. Trzeba dodać, iż w USA każdy obywatel może sobie - po spełnieniu wymaganych prawem procedur - takie religijne przedsięwzięcie założyć i zarejestrować, niczym prywatny biznes. Często dlatego te kościoły tym są – dobrze prosperującym, dochodowym przedsięwzięciem, gdzie religijna wiara staje się dodatkiem i motorem dla pomnażania kapitału.
Do szerzenia tak rozumianej wiary religijnej przysłużyła się niewątpliwie telewizja (dziś to jest wirtualna przestrzeń). Kiedy w latach 60. stała się ona wszechobecną w domach amerykańskich, pojawili się tzw. teleewangeliści, kaznodzieje szerzący zasady wyznawanej religii za pomocą telewizyjnych show, ściągając wielomilionową publikę przed ekrany TV.
Kaznodziejstwo i religia stały się tym, czym pospolite klipy reklamowe, podawane tylko w specyficznym opakowaniu. Popularni teleewanageliści – Jim Bakker, Jimmy Swaggard, Oral Roberts, Benny Hinn, Jerry Falwell – dzięki tym przedsięwzięciom i oprócz gigantycznej popularności - stali się wpływowymi ludźmi w przestrzeni publicznej oraz niezwykle majętnymi osobami, promującymi tym samym neoliberalne wzorce pomnażania kapitału (p. R. S. Czarnecki „Przemysł religijny” Sprawy Nauki Nr 2/2019).
Te formy religijności i kultu są emanacją rozproszenia, jakie proponuje ludzkości współczesna rzeczywistość, na podobieństwo sieci i tego, co w niej znajdujemy. Chwilowość, płynność, ciągła zmienność, pluralizm podniesiony często do absurdu przy jednoczesnej manipulacji i propagandzie tworzą wrażenie absolutnej niestabilności, ulotności, przypadkowości. Nawet religia i formy kultu z nią związane - w takim ujęciu, które postrzegano jako formę fundamentu i stabilizacji - również podlegają tak pojętej (choć niewielu to rozumie) amerykanizacji.
Skutki amerykanizacji
Amerykanizacja to charakterystyczny, ogólnoświatowy, poczynając od II połowy XX w. proces transferu kulturowego, którego obiektem są instytucje, normy, wartości, zwyczaje, zachowania, techniki, symbole czy obrazy faktycznie lub symbolicznie kojarzone ze Stanami Zjednoczonymi. Wpływ kultury amerykańskiej na inne kultury łączony jest z hegemoniczną pozycją Stanów Zjednoczonych i traktowany jako zjawisko negatywne, gdyż glajchszaltuje kulturę ogólnoludzką. Jest ona procesem kulturowym, postępującym równolegle z podobnym działaniami w wielu przestrzeniach polityki władz amerykańskich na wielu polach i to od wielu dekad. M.in. klasycznym przykładem amerykanizacji jest niemal całkowita asymilacja rdzennych mieszkańców Ameryki Płn. Ten proces, unifikacja, jest immanentną częścią systemu kapitalistycznego, zwłaszcza w obecnych czasach, gdy doktryna neoliberalna święci triumfy od 3-4 dekad w USA. I to Ameryka stała się synonimem zastosowania w praktyce tej doktryny (globalizacja i komercjalizacja sprzyjają jak najbardziej tym procesom).
Amerykanizacja, rozpowszechniając wzorce kulturowe związane ze stylem życia, mentalnością i symboliką kojarzoną z USA, oprócz związków doktrynalnych panujących za Oceanem Atlantyckim jest również echem epoki kolonialnej. Stąd utożsamienie ze starotestamentowym „narodem wybranym” oraz przekonaniem o wyższości tego, co niesie cywilizacja zachodnia w połączeniu z protestancką, a dziś – ewangelikalną „żądzą bycia Dziewicą Orleańską” na tle reszty świata. Powodować to musi wyłącznie szkodliwe skutki (E. Wallerstein, Koniec świata, jaki znamy).
Wracając do ewangelikanizmu. Tego typu religijność, często fanatyczna, poddająca się totalnie irracjonalnym, autorytetom nawiedzonych guru, samorodnym Mesjaszom i radykalnemu, pozbawionemu realizmu, kaznodziejstwu prowadzić może do dramatów i tragedii. Wystarczy tylko wspomnieć, co wydarzyło się w Waco (Teksas) z udziałem sekty Gałąź Dawidowa stworzonej przez Dawida Koresha czy masakrę w Gujanie członków zboru Świątynia Ludu Uczniów Chrystusa Jima Jonesa. Były to najbardziej spektakularne przykłady sekciarstwa i religijnego obłędu.
Judaizm, syjonizm i ewangelikanie
Zarówno ortodoksyjny judaizm połączony politycznie z syjonizmem (tu należy wyłączyć haredich, czyli super ortodoksyjnych wyznawców judaizmu, gdyż oni negują doktrynalnie jakiekolwiek istnienie państwowości żydowskiej zrealizowanej poza boską kreacją), jak i ewangelikanie, opierają swe przesłanie na millenarystycznej, apokaliptycznej wizji świata oraz przyszłości.
Millenaryzm to pogląd wyznający bliskie nadejście tysiącletniego panowania Królestwa Bożego jako zwieńczenie epoki mesjańskiej. Zaś apokaliptyka to nurt w judaizmie i w chrześcijaństwie relacjonujący przesłanie w formie boskiego objawienia. W Starym Testamencie jest to Księga Daniela, w Nowym - Apokalipsa wg św. Jana.
Tendencje apokaliptyczne są szczególnie silne w protestantyzmie wspomnianego Pasa Biblijnego. W następujących po sobie etapach podziały protestantyzmu wyłaniały kolejne zbory, kościoły, bractwa będące suwerennymi, samymi w sobie i dla siebie strukturami. Ruch ewangelikański jest tu szczególnym, jeśli chodzi o makabryczne wizje czekające ludzkość w razie odrzucenia ich sposobu i form wiary.
Wiara w materializację apokalipsy zbliża ewangelikanów do wyznawców judaizmu, zaś realizacja polityki przez Izrael, utożsamianego z mitycznym Syjonem, tym samym skłania środowiska ewangelikalne w Ameryce do bezwzględnego (jak to u nich ma zawsze miejsce, gdy chodzi o ich przekonania religijne i realną rzeczywistość) poparcie Izraela, który zbliża swoim postępowaniem nadejście przepowiadanej Apokalipsy. Oni po prostu bardzo często w to realnie wierzą i tego pragną.
Należy tu wyjaśnić czym jest termin, którym często szermują zarówno syjoniści oraz wyznawcy judaizmu z jednej strony, jak i ewangelikanie z drugiej: chodzi o tzw. Syjon. To wieloznaczne, zmienne w historiografii, pojęcie. Pierwotnie było to jedynie część wzgórza jerozolimskiego, na którym stała forteca Jebuzydów zniszczona przez Izraelitów zajmujących siłą pod wodzą Jozuego Kanaan. Jeśli przekaz biblijny potraktujemy literalnie, jest to relacja z podboju i ludobójstwa dokonanego na autochtonach, którego Izraelici dokonali podczas „czynienia sobie tej Ziemi poddanej”.
Analogie z tworzeniem się państwa Izrael w latach 40. XX wieku nasuwają się tu same. I takie argumenty ze strony religijnych fundamentalistów często daje się słyszeć. Od czasów Salomona za Syjon zaczęto uważać całe wzgórze świątynne, na którym stanęła I Świątynia. Aktualnie terminem Syjonu określa się całą Ziemię Obiecaną, w której Bóg mieszka razem ze swoimi wyznawcami. Jest to nader pojemny termin, który można rozciągnąć albo na cały świat, albo jedynie na Palestynę - biblijny Kanaan. Można go również pojmować – jak ma to miejsce w przekazie syjonistycznym i ortodoksyjno-judaistycznym – jako Erec Israel (Wielki Izrael od Morza Śródziemnego i Nilu do Tygrysu i Eufratu). Ostatnio ten temat podnosił w wywiadzie dla mediów izraelskich premier Izraela „Bibi” Netanjahu.
Ofensywę ewangelikanizmu można wiązać, jak sądzi wielu religioznawców (psychologia, socjologia i filozofia religii), z rosnącymi napięciami we współczesnych społeczeństwach pomiędzy nadmiarem prowolnościowych oczekiwań, indywidualistycznego chciejstwa i nadziei, a malejącymi możliwościami zaspokajania potrzeb powszechnie proponowanych przez medialny przekaz. To z kolei wiąże się z upadkiem etosu wspólnoty, roli kolektywu, deprecjacji niekomercyjnych profesji dla dobra ogółu, na rzecz zbiorowości, w której się funkcjonuje.
Postępujący egoizm, subiektywizacja, a przy tym komercjalizacja, postępująca stygmatyzacja i wykluczenie tych, którym się nie udaje, którzy nie nadążają za modnymi i preferowanymi trendami, skłania ludzi do ucieczki w środowiska proponujące im namiastkę wspólnoty i stabilizacji (we wszystkich pojmowanych egzystencjalnie wymiarach).
To są efekty niepodzielnego królestwa doktryny neoliberalnej panującej od kilku dekad, rozszerzającego swe wpływy na kolejne sfery życia. Odrzuceni, stygmatyzowani, wykluczeni, nie dający rady wpisania się w te modne nurty skłaniają się właśnie w sekciarstwo i religijny fanatyzm. Tak było zawsze w dziejach ludzkości, przede wszystkim w kulturze śródziemnomorskiej a potem europejskiej. Gdy nastawał kryzys, pogarszały się drastycznie warunki życia, głód zaglądał w oczy ludziom, panowały epidemie, wybuchały wojny, świat dotychczasowy się walił, to wzrastała pobożność, dewocja, sekciarstwo kwitło, a irracjonalizm świecił triumfy. I w tym wielu upatruje popularność pentekostalizmu, który można rozpatrywać jako mgławicę sekt, wspólnot i zborów niosących namiastki kooperatywy, spółdzielni wartości, rodziny dających poczucie akceptacji, bezpieczeństwa i odgrodzenia od panującego w rzeczywistości chaosu, bezwzględnej konkurencji czy rywalizacji na śmierć i życie.
Radosław S. Czarnecki
Religijna twarz terroryzmu
- Autor: Radosław S. Czarnecki
- Odsłon: 3167
Uważa się, że rodowód wielu współczesnych organizacji zaliczanych do ugrupowań terrorystycznych sięga wierzeń religijnych. Nie bierze się pod uwagę innych proweniencji: nacjonalistycznych, antykolonialnych, marksistowskich, ani motywacji politycznych, które są podstawą ich działalności.
Światowy terroryzm to fałszywe pojęcie.
Funkcja dyskursu terroru polega na tym,
że stanowi pretekst dla metamorfozy
liberalnego kapitalizmu w kapitalizm autorytarny.
Ten zwrot post-demokratyczny łączący Waszyngton
z Moskwą i Pekinem będzie wielkim tematem
półwiecza, które mamy przed sobą.
Peter Sloterdijk
Obecnie media i elity polityczne przy okazji omawiania problematyki terrorystycznej podnoszą nad wyraz elementy religijne i ich rolę w podejmowaniu przez jednostki działalności terrorystycznej, jakby to one były główną „sprężyną” ich działania. Jest to ucieczka przed zgłębieniem politycznych i społecznych źródeł tego typu działań, gdyż analizując je, trzeba byłoby spojrzeć w lustro, zajrzeć w swoje dokonania i retorykę stosowaną od lat, a przeznaczoną dla tzw. ludu - karmienie go fantazmatami o szansach, możliwościach i perspektywach, jakie daje gospodarka rynkowa, a ściślej mówiąc - kapitalizm w wydaniu laissez faire. Retorykę ociekającą terminami: wolność, demokracja, swobody obywatelskie, postęp, humanizm, prawa człowieka, a kryjącą faryzeizm, obłudę, pospolity fałsz, utylitarne (często niskie) zamiary i najzwyklejsze kabotyństwo.
Ta retoryka i takowa narracja, poprzez stwarzanie różnorakich iluzji oraz mirażu równych szans, rodzi u ludzi nadmierne oczekiwania od polityków, mainstreamu i tego systemu. Kapitał, który rządzi, nie stwarza bowiem równych szans startu. W tym właśnie upatrywać należy zaprzeczenia wzniosłości idei Oświecenia, gdzie każdy obywatel, każdy człowiek miał być podmiotem, nie przedmiotem. I nie chodzi tu o obiecanki-cacanki, nigdy nie spełniane, czy złudzenia powszechnej szczęśliwości, lecz o traktowanie człowieka jako osoby ludzkiej, jego godność, o humanizm i człowieczeństwo.
Terroryzm współczesnych dekad nie jest cechą naszej epoki. Od wieków zdesperowani osobnicy sięgali po takie metody jak nóż, trucizna, miecz, potem – bomba, itd. Czyż zabójstwo Juliusza Cezara w święto Id marcowych w 44 r. p.n.e. nie miało znamion terrorystycznego zamachu? Spiskowcy mieli działać na rzecz przeciwdziałania tyranii, jaką ponoć niosły koncepcje polityczne Gajusza Juliusza Cezara. Jednak efekty ich czynu nie zaowocowały w żaden sposób (dziś byśmy powiedzieli, że była to arystokratyczna zmowa inteligencko-kanapowej opozycji).
Sykariusze i zeloci
Na przełomie dwóch er, w ogarniętej niepokojami Judei pod rządami Heroda Wielkiego i jego sukcesorów powstał ruch odwołujący się do działalności zorganizowanej, opartej o argumenty religijne oraz indywidualny terror. Ci fanatycy zwani sykariuszami (radykalny odłam zelotów), znani również z adnotacji nowotestamentowych, byli szczególnie aktywni w latach 50.-70. n.e. Do ich przywódców należeli Menachem i Eleazar ben Jairowie oraz Szymon bar Giora. To tak, jak Osama ibn Laden czy Abu Bakra al-Baghdadi w naszych czasach.
Żydowscy sykariusze z I w. n.e. byli zadeklarowanymi przeciwnikami władzy rzymskiej, zasadniczo obojętnymi wobec sporów religijnych (o czym piszą znawcy tematyki tak różni jak np. Karlheinz Deschner czy Bruce Hoffman), choć posługiwali się narracją klerykalną i rabinacką. Religia była dla nich tylko orężem w walce de facto narodowo-wyzwoleńczej. Ich sposobem walki były mordy w tłumie przy użyciu krótkich sztyletów o wąskiej, zakrzywionej klindze (łac. sica), które wbijali w plecy przyszłych ofiar (najczęściej miało to miejsce w Jerozolimie, gdy miasto opanowywały gromady pielgrzymów).
Ich działalność polegała na zabójstwach prawdziwych bądź rzekomych kolaborantów, bogatych reprezentantów arystokracji (sprzyjających Rzymianom), pojedynczych rzymskich żołnierzy lub funkcjonariuszy administracji. Dokonywali ich publicznie, na oczach jak największych tłumów (efekt propagandowy, dziś - medialny). Gdy ofiara padała martwa na ziemię, manifestowali swe oburzenie i wzywali pomocy (dokładne opisy ich aktywności i doktryny znaleźć można u Józefa Flawiusza, zromanizowanego Żyda z Aleksandrii, naocznego świadka i uczestnika tamtych wydarzeń, znanego aleksandryjskiego historyka i dziejopisarza). Ponadto trudnili się zatruwaniem studni na pustyniach Palestyny, wlewaniem trucizn do bukłaków i kadzi z płynami wystawianych na targach czy na zapleczu domów itd. Widać stąd, że ataki chemiczne terrorystów we współczesnym świecie nie są więc niczym nowym.
Zeloci mieli też poparcie części stronnictwa arcykapłańskiego, nastawionego nacjonalistycznie i ksenofobicznie wobec hellenizującej się społeczności Palestyny (mieszkali tu nie tylko wyznawcy judaizmu, Żydzi o innej niźli purytański jahwizm obediencji, ale i mnóstwo Greków – zwłaszcza w miastach nadmorskich – Fenicjan oraz potomków ludów zamieszkujących Kanaan przed przybyciem Żydów), m.in. Eleazara Ben Szymona, Zachariasza Ben Phaleki czy Jana z Gischali.
Podczas oblężenia przez Rzymian Jerozolimy zdecydowali oni o obsadzaniu stanowiska arcykapłana drogą losowania. To gwałciło w jawny sposób tradycję, gdyż arcykapłani jerozolimskiej świątyni Jahwe wywodzili się z jednego rodu (mitycznego Sadoka, arcykapłana z czasów Salomona) i ugrupowania polityczno-religijnego, stanowili arystokrację rządzącą ówczesnym Izraelem. Dzięki zabiegowi zastosowanemu przez stronnictwo zelotów, ostatnim arcykapłanem został Fanni, syn Samuela, kamieniarz nie pochodzący z rodu kapłańskiego. Po upadku Jerozolimy zeloci uciekli do Masady, gdzie walczyli aż do samobójstwa jej obrońców w 73 r. n.e. Na czele obrońców stał wtedy wspomniany Eleazar ben Jair.
Nizaryci
Kolejnym historycznie przykładem terroryzmu mogącego mieć ewentualnie podłoże religijne są nizaryci (inaczej – asasyni). Działali na początku II tysiąclecia (1090 – 1272) na obszarach dzisiejszej Syrii, płn. Iraku i Iranu. Nizaryzm to radykalna sekta czy wspólnota muzułmanów szyickiej proweniencji, pozostająca w zdecydowanej opozycji wobec dominującego w islamie nurtu sunnickiego.
Założycielem tej sekty na terenie ówczesnej Persji był charyzmatyczny szejk Al-Hasan ibn as-Sabbah znany bardziej w literaturze i przekazach jako Starzec z Gór (1056-1124). Ich ortodoksyjna i purytańska, religijno-polityczna doktryna oparta została na ismailizmie, jednym z głównych odłamów szyizmu.
Nauka nasycona była mistycyzmem, ezoteryzmem i tajemniczością, a sama działalność oparta na konspiracji oraz akcjach z ukrycia. Takie opinie na temat asasynów krążą po dziś dzień, a utrwalane są tym, iż wszystkiej dokumenty oraz archiwum zgromadzone w twierdzy Alamut (siedziba Starca z Gór) zostały zniszczone podczas zdobycia i doszczętnego splądrowania przez Mongołów pod wodzą Hulagu-chana (1256).
Nazwa asasyn wiąże się z narkotycznym odurzeniem, pod wpływem którego adept przygotowywany do udziału w akcji miał wizje raju i szczęśliwości tam zażywanych. To odurzenie powodowano haszyszem, czyniąc z członków wspólnoty osoby uzależnione, pospolitych narkomanów (arabskie wyrażenie haszszāszijjūna oznacza tyle, co „pod wpływem haszyszu", stąd miała się wziąć nazwa tego zakonu skrytobójców, choć równie dobrze może chodzić w niej o „synów Hasana").
Miano asasynów przylgnęło w okresie wypraw krzyżowych do sfanatyzowanych skrytobójców walczących podstępem z krzyżowcami najczęściej za pomocą sztyletów (potem także z osobami niewygodnymi politycznie czy religijnie, co uczyniło z nich płatnych zabójców wynajmowanych do załatwiania pospolitych porachunków). Działali pojedynczo lub w małych komandach. Wzbudzali tak powszechną grozę, że z czasem stali się synonimem bezlitosnych morderców. Podobno, jeśli chodzi o pewne kwestie organizacyjne, wzorowali się na nich templariusze.
Główna siedziba nizarytów/asasynów Alamut (współczesny Gazorkhan w płn. Iranie) mieściła się w niedostępnym miejscu, silnie ufortyfikowanym i otoczonym górami Elburs, skąd dokonywano terrorystycznych rajdów w komandach, albo pojedynczo. Analogia z dzisiejszą sytuacją, gdzie różne klony al-Kaidy prowadzą działalność terrorystyczną, nasuwa się sama.
W okresie swej największej prosperity (II połowa XII w.) asasyni opanowali szereg twierdz i fortów zlokalizowanych najczęściej w niedostępnych regionach Bliskiego Wschodu – zarówno na terenach podporządkowanych Abbasydom, jak i wchodzącym w skład imperium Seldżuków czy egipskich Fatymidów.
Thugowie
I wreszcie historia thugów. Angielskim słowem thug opisuje się bandytę, łotra, opryszka, zbója. Thugowie była to tajna organizacja w Indiach na kształt bractwa religijno-zawodowego, rodzaj specyficznego cechu skupiającego Hindusów rozmaitych wyznań (należeli do niej zarówno wyznawcy różnych denominacji hinduizmu, jak i miejscowi muzułmanie). Jej członkowie pod pozorem oddawania czci bogini Kali (bóstwo przemocy, śmierci, władzy nad demonami) mordowali niewinnych, najczęściej przypadkowych, podróżnych. Działalność thugów przypada na XIII – XIX wiek i w tym okresie cele tej morderczej sekty ulegały ewolucji.
Zasadniczą ideą działalności thugów były morderstwa rytualne wybranych osób (ale bez przelewania krwi), dokonywane przez uduszenie jedwabnym sznurem (hind. rumal). Taki sposób zabijania ofiar związany był z jednym z mitów dotyczących bogini Kali oraz wymogów rytualnych.
Zdobyte podczas działań sekty przedmioty dzielono wśród członków grupy, a część jako wota składano bogini Kali. Ewolucja i powszechność tego procederu doprowadziły z czasem do tego, że wiele grup przedstawiających się jako thugowie, de facto z owego procederu uczyniło intratne źródło dochodów, nie mających żadnych odniesień religijnych czy liturgiczno-rytualnych.
Organizacje thugów działały nielegalnie, często cieszyły się jednak cichym poparciem ze strony lokalnych radżów, którzy w zamian za ochronę zmuszali członków organizacji do wydania (niekiedy znacznej) części łupów. Pewny dochód w strukturze ówczesnych, feudalnych Indii miał swoje niebagatelne znaczenie z uwagi na powszechne ubóstwo i rozproszenie władzy.
Na co dzień członkowie sekty prowadzili normalne życie, nie wyróżniając się niczym z reszty społeczeństwa, ale mieli rozwiniętą doskonale sieć informatorów, zwłaszcza jeśli chodziło o karawanseraje. Niewątpliwie fory do prowadzenia takiej działalności dawała współpraca z lokalnymi władzami (radżami).
Liczbę ofiar owych zabójców czy terrorystów (jak dziś byśmy ich nazwali) trudno oszacować - waha się od 500 tysięcy do nawet 2 milionów. O masowej skali mordów może świadczyć fakt, iż przywódca jednej z takich grup, Behram z Bengalu (XIX w.), przyznał się do własnoręcznego uduszenia 125 osób i asysty przy 931 morderstwach. Anglicy rozprawili się z thugami, likwidując ich fizycznie po umocnieniu się brytyjskiego panowania w Indiach w 2. połowie XIX w.
Ukryte motywacje
Jak więc widać, religia może być motywem działalności terrorystycznej, ale zasadnicze źródła tego procederu są często zawoalowane szczelną zasłoną symboli, mitów czy klasowych, bądź politycznych uwarunkowań. To także tradycja, sprzeczności społeczne, nierówności ekonomiczne i wykluczenie (jednostkowe bądź grupowe). Gdy żydowski morderca premiera Izraela Icchaka Rabina, student prawa z uniwersytetu Bar Ilan, Jigal Amir wykrzykiwał na sali sądowej podczas rozprawy: „Nie żałuję. Działałem sam i z rozkazu Boga”, była to tylko manifestacja fałszywej pobożności i retoryka miła uszom ortodoksów, efekt określonej narracji czy środowiskowej presji, mającej być de facto politycznym manifestem. Zasadniczym powodem, który zmusił tego ultraprawicowego i ortodoksyjnego Żyda do zabójstwa, był politycznie uwarunkowany sprzeciw wobec ewentualnych porozumień na linii Izrael – Palestyńczycy.
Podobnie ma się rzecz ze wszystkimi terrorystami, odwołującymi się do uzasadnień religijno-teologicznych, tak obficie ujawniających się w dzisiejszym świecie. Dotyczy to zarówno Muhammada Aty as-Sajjida, Timothy McVeigha, Mohammeda Bouyeriego, Jarnaila Singh Bhindranwale’go, jak i Scotta P. Roedera.
Także niesławnej pamięci Eligiusz Niewiadomski swój czyn okrasił katolicką tożsamością, potwierdzoną wielokrotnie przez polską prawicę narodową (kojarzącą Polaka wyłącznie z katolicyzmem nadwiślańskiego rytu) i milczeniem Episkopatu. Podobnie ma się rzecz z Januszem Walusiem, innym nadwiślańskim terrorystą, góralem z pochodzenia, podkreślającym swą wiarę religijną i rasową przynależność, odsiadującym karę dożywotniego wiezienia za zabójstwo Chrisa Haniego, południowo-afrykańskiego działacza politycznego, przeciwnika apartheidu.
Waluś, osoba niezwykle religijna, postrzegająca otaczającą rzeczywistość wyłącznie w kategoriach dobra i zła, przekonana o swojej misji i łasce otrzymanej bezpośrednio od swojego Boga, sakralizuje swoją działalność, powołując się na boską legitymację. Terroryzm – według takiego pojmowania - winien więc nabrać charakteru sakralnego.
Reakcja duchowieństwa, podgrzewającego w kazaniach i naukach religijnych żar i potrzebę ofiary (jako czegoś mitycznego, wzniosłego, „miłego Bogu”), celebrującego i gloryfikującego cierpienie, jest tylko kurtyną kryjącą doczesne, utylitarne i przyziemne aspekty takich działań.
Radosław S. Czarnecki
Religijny wymiar dziewictwa
- Autor: Leszek Stundis
- Odsłon: 6311
Od czasu pojawiania się instytucji małżeństwa w większości kultur dziewictwo stało się usankcjonowanym dowodem czystości przedmałżeńskiej. W miarę rozwoju religii stopniowo stało się symbolem czystości sakralnej.
W chrześcijaństwie zostało podniesione do rangi świętości poprzez osobę Matki Bożej, Dziewicy Maryi i akt Niepokalanego Poczęcia.
Zanim pojawiły się dogmaty
Przedchrześcijańskie religie Wschodu miały bardzo ambiwalentny stosunek do dziewictwa. Obok powszechnie respektowanych zakazów dotyczących współżycia przedślubnego, na Bliskim Wschodzie i w Indiach istniały świątynie, w których odbywała się prostytucja sakralna. Dopiero religia judaistyczna, objawiona w słowach Starego Testamentu, zmieniła zasadniczo tę sytuację. W Księdze Powtórzonego Prawa wyraźnie jest sformułowany zakaz uprawiania prostytucji sakralnej przez „córki Izraela”.
Z kolei szóste przykazanie Dekalogu zakazuje cudzołóstwa, które obejmuje, obok zdrady małżeńskiej, także utratę dziewictwa przed ślubem. W Księdze Powtórzonego Prawa zawarte są bardzo szczegółowe nakazy dotyczące obowiązku zachowania czystości przedmałżeńskiej i kary przewidywane za ich złamanie.
W świecie greckim
W starożytnej Grecji dziewictwo po raz pierwszy nabrało cech świętości w znaczeniu religijnym za sprawą kultów niektórych bogiń. Dziewicą była Atena, której z tego tytułu przysługiwał przydomek Partenos. Podczas dorocznych świąt ku czci Ateny, panatenajów, najważniejszym punktem ich obchodów była procesja z udziałem bogato przystrojonego posągu bogini, której towarzyszył zastęp młodych dziewcząt. Dziewczęta te symbolizowały boską czystość bogini. Z kolei szatę bogini tkały cztery dziewice, wywodzące się z najznamienitszych domów ateńskich, co również podkreślało znaczenie czystości w sensie rytualnym.
Dziewictwo było także atrybutem bogini łowów i myśliwych Artemidy, która w tym aspekcie występowała jako opiekunka godów małżeńskich oraz boska patronka młodych dziewcząt i chłopców. Według najstarszych zapisów mitologii greckiej, dziewiczość Artemidy wynikała z faktu, że z własnej woli postanowiła pozostać w stanie panieńskim. Dowodzi to, że już w epoce archaicznej instytucja małżeństwa i dziewictwo zostały ze sobą genetycznie związane. Zwraca również uwagę fakt, że zarówno Atena, jak i Artemida uosabiały męstwo i siłę, tak więc dziewictwo symbolizujące czystość, było również symbolem boskiej mocy.
Do grona greckich dziewic zaliczana jest również Atalanta, choć jej mitologiczny rodowód nie jest tak jednoznaczny. Przede wszystkim nie była boginią. W obu najbardziej znanych wersjach mitu jej rodzicami byli ludzie, a nie bogowie. W wersji arkadyjskiej Jasos i Klimena, w wersji beockiej król Schojneus (eponim miasta Schojnos), oraz królowa Temisto. Jednak podobnie jak Artemida była czczona przez myśliwych. Często występowała również w orszaku Artemidy, ubrana tak jak i ona w krótką, męską tunikę. Ich losy również układały się podobnie, przynajmniej w odniesieniu do mężczyzn. Artemida zabiła Oriona, który według jednej z wersji mitu chciał ją uwieść. Atalanta postąpiła tak samo z usiłującymi pozbawić ją czci centaurami Rajakosem i Hylajosem. Jednak Atalanta w pewnym momencie została poddana próbie, której jako kobieta śmiertelna nie zdołała sprostać. Nie chcąc wychodzić za mąż zapowiedziała, że tylko ten może zostać jej mężem, kto zdoła ją dogonić. Dokonał tego Hippomenes, rzucając w trakcie wyścigu złote jabłka, po które schylała się Atalanta. O jej późniejszych małżeńskich losach niewiele wiadomo. Istnieje mit, który mówi, że Atalanta w czasie łowów kalidońskich związała się przelotnie z Meleagrem i za jego przyczyną powiła syna Partenopajosa. Imię dziecka, znaczące tyle co Syn Dziewicy wskazywało, że matka nawet po urodzeniu zachowała dziewictwo.
Rzymska cnota
W starożytnym Rzymie najważniejszą boginią-dziewicą była Westa, opiekunka domowego ogniska. Jej kult, wywodzący się zapewne z czasów przedrzymskich, nakładał na jej kapłanki bardzo surowy obowiązek przestrzegania ślubów czystości w czasie pełnienia służby w świątyni. Jedynie pierwsza znana z imienia mityczna westalka Rea Sylwia została matką w trakcie kapłaństwa, ale stało się tak za sprawą boga Marsa, a nie z jej złej woli. Z jej związku z Marsem przyszli zresztą na świat Romulus i Remus, którzy zapoczątkowali legendarne dzieje Rzymu. Dzięki takiemu pochodzeniu Romulusa, założyciela Wiecznego Miasta, Rzymianie mogli nawiązywać do wcześniejszej tradycji i przyjąć Westę do swego panteonu. Tradycja królewskiego Rzymu mówi zresztą, że kolegium westalek zostało ustanowione właśnie dzięki Rei Sylwii przez drugiego z kolei króla rzymskiego Numę Pompiliusza.
Rzeczywiste westalki były rekrutowane spośród dziewcząt w wieku od 6 do 10 lat, z najlepszych rodzin rzymskich. Do służby w świątyni powoływał je najwyższy kapłan (Pontifex Maximus). Do ich powinności należało przede wszystkim pilnowanie wiecznego ognia, który musiał stale płonąć w świątyni i składanie ofiar. Swoje obowiązki pełniły przez 30 lat. Po zakończonym kapłaństwie mogły opuszczać kolegium westalek i wychodzić za mąż, jednak wówczas traciły wszystkie swoje przywileje. Ogień w świątyni Westy uosabiał pomyślność domu i państwa. Jego wygaśnięcie było oznaką niepomyślnych wróżb dla kraju i za dopuszczenie do takiej sytuacji westalki były karane chłostą. Jeszcze surowiej karano je za złamanie ślubów czystości, gdyż wierzono, że taki czyn którejkolwiek z kapłanek Westy może przynieść państwu zgubę. Westalkę, której udowodniono cudzołóstwo, zamurowywano żywcem i skazywano na śmierć głodową.
Kult Matki Boskiej
Religia chrześcijańska wyrosła na gruncie Starego i Nowego Testamentu traktowała sprawę dziewictwa bardzo poważnie. Małżeństwo stało się w niej jednym z sakramentów, a więc obowiązek czystości przedślubnej miał wymiar boski, dziewictwo bowiem było darem danym od Boga. Po dziś dzień Kościół zaleca zachowywanie czystości przedmałżeńskiej, a biały welon podczas uroczystości ślubnej symbolizuje niewinność.
Maria, Matka Boska, została wybranką bożą, aby zrodzić Syna Bożego. Mówią o tym Ewangelie Św. Mateusza i Św. Łukasza w scenie Zwiastowania Maryi woli bożej przez anioła Gabriela. Obaj Ewangeliści jednoznacznie mówią o czystości Marii, bowiem w chwili Zwiastowania Maria była dopiero co poślubiona Józefowi. Anioł wyjaśnił Marii, że jej poczęcie będzie mieć charakter cudowny, bowiem stanie się za sprawą Ducha Świętego. Gdy Maria była brzemienna, Józef, widząc jej stan, „nie chciał narazić jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie” (Mt 1.19). Potraktował więc brzemienność Marii w sposób naturalny. Anioł pojawił się więc ponownie i tym razem boską prawdę objawił Józefowi. Jego słowa wykluczały wcześniejsze obcowanie fizyczne Matki Bożej przed poczęciem. Prawda o dziewictwie Marii przed zrodzeniem Jezusa Chrystusa została uznana przez synod laterański w roku 649 i zatwierdzona przez papieża Marcina II. Ostateczny wymiar dogmatu wiary z uroczystego ogłoszenia uzyskała w Konstytucji Dogmatycznej II Soboru Watykańskiego Lumen Gentium.
Teologowie dość długo rozważali kwestię dziewictwa Maryi podczas narodzin Jezusa oraz w późniejszym okresie jej życia. Prawdę o dziewictwie Marii w czasie cudownych narodzin jako pierwsi sformułowali św. Ambroży w IV wieku i św. Augustyn w V. Umocnił ją dekret Świętego Oficjum z roku 1961, choć oficjalnie nie został on ogłoszony. Niemniej wyraźnie mówią o niej również inne dokumenty Soboru Watykańskiego II, które zalecają takie przedstawianie czystości Maryi w katechezie. Tak więc prawda ta jest dogmatem z powszechnego nauczania. O dziewictwie Maryi po narodzeniu Chrystusa jako pierwsi mówili św. Hieronim i św. Augustyn wyraźnie dowodząc, że Maria, poświęcając się całkowicie Bogu, zachowała dziewictwo fizyczne i duchowe aż do śmierci.
Autorzy chrześcijańscy, a zwłaszcza Kościół katolicki, podkreślają, że akt narodzin Syna Bożego był jednocześnie naturalny i cudowny. Przeciwnicy tezy o zachowaniu przez Marię dziewictwie po cudownych narodzinach powołują się na tekst Ewangelii św. Marka, w którym wspomniani są ziemscy bracia i siostry Jezusa. Wynikałoby z tego, że Maria została normalną matką. Obrońcy jej natomiast dowodzą, że Ewangelista wspominał o jego kuzynach i dalszych krewnych nazywając ich braćmi i siostrami, aby podkreślić ich pokrewieństwo z rodem Jezusa. Nie wolno przecież zapominać, że Jezus pochodził z rodu Dawida, o czym wyraźnie mówi św. Mateusz na początku swojej Ewangelii (MT 1,1-17).
Kontrowersje na temat świętości Maryi w IV i V wieku rozstrzygnęli św. Ambroży i św. Augustyn, przedstawiając Maryję jako przeciwstawienie grzesznej Ewy, pramatki wszystkich ludzi. Na podobnym stanowisku stanął Sobór w Efezie w 431 roku. Dopiero w roku 1854 Pius IX stwierdził jednoznacznie w bulli Ineffabilis Deus, że Maryja jest Niepokalana i święta.
Należy jednak pamiętać, iż samo Niepokalane Poczęcie nie odnosi się bezpośrednio do dziewictwa Maryi, ale - jak głosi dokument - do faktu, że była jedyną kobietą, która „została zachowana jako nietknięta od zmazy grzechu pierworodnego”.
Leszek Stundis
Esencjalizm - wrota fundamentalizmu religijnego
- Autor: Radosław S. Czarnecki
- Odsłon: 3404
Wspólnotę (…) należy rozumieć
jako płaszczyznę dyskursu, a nie
empiryczny punkt odniesienia.
Chantal Mouffe
Esencjalizm aktualnej i modnej proweniencji, promowany zarówno ideowo przez postmodernistów jak i neokonserwatystów, zakłada „harmonijne pogodzenie religijności z wolnością, którego nie potrafił osiągnąć nowoczesny humanizm ograniczający zarówno religię ludzi jak i społeczeństw, jak i ich potencjał gospodarczy” (G. Corm – „Religia i polityka w XXI wieku”). System ów umożliwia człowiekowi (zdaniem zwolenników tej praktyki) skonsumowanie moralności i religii z polityką i zagadnieniami społecznymi. Ta amerykańska wersja konglomeratu idei niezupełnie do siebie przystających (przyjęta jako powszechnie obowiązująca political correctness) razi przede wszystkim naiwnością i zwyczajnym, wańkowiczowskim, „chciejstwem”. Mimo to, została spopularyzowana i rozpowszechniona – wedle postmodernistycznego sznytu – także w Europie. Dziś ten sposób opisu świata i procesów w nim zachodzących jest uznany za jedynie prawdziwy i wyłącznie możliwy do przyjęcia. Esencjalizm (pozostający w zdecydowanej opozycji wobec fenomenalizmu, ale też materializmu, dialektyki, historycyzmu czy ewolucjonizmu) to, ogólnie rzecz biorąc, pogląd twierdzący, iż pod powierzchnią danego zjawiska ukrywa się właściwa, esencjonalna rzeczywistość. To jest teza wyraźnie idealistyczna, platońskiej proweniencji (a tym samym leżąca u źródeł każdego monoteizmu), określająca esencję jako coś niezmiennego, wiecznego, ponadmaterialnego.
Zgodnie z tą koncepcją, istnieją elementy natury (także w człowieku), które nie podlegają najszerzej pojętej ewolucji, zmianom, tym samym – postępowi i rozwojowi. Tym samym esencjalizm wpisywać się musi w kolejny konflikt (nie tylko świeckość i laicyzm kontra religianctwo i upolitycznienie wierzeń religijnych), będąc w nim stroną: nacjonalizm jako tradycja Europy narodów i państw narodowych (czy inaczej: także religijna wspólnotowość) vs humanistyczny kosmopolityzm. Ów esencjalizm ma w swym zamyśle zastąpić wspomniany już kosmopolityzm, wypływający bezpośrednio z najszerzej pojmowanego humanizmu. Stąd na czele dyskursu toczonego w tej materii stawiana jest wolność (jako pooświeceniowa, ale jedyna i naczelna wartość), jednak wypreparowana z pozostałych dwóch segmentów triady oświeceniowej: liberte – fraternite – egalite.
Wolność, równość i braterstwo
Sama wolność (liberte) bez pozostałych ogniw tej triady jest po części kulawa, ślepa i głucha. Czyli ułomna. Tak pojmowaną wolność sprowadzono współcześnie do „wolności zakupów”, albo do ciągle poszerzanej dostępności nowotworzonych, coraz bardziej wyszukanych, dóbr konsumpcyjnych (reklamowanych przez totalne media).
Braterstwo i równość celowo się pomija lub sprowadza do retorycznych i pustych sloganów. Bo triada w swym pełnym zestawie ma moc rewolucyjną, burzącą (ale i tworzącą zarazem nową jakość). Nad wszystkim zaś króluje – próbując spacyfikować idee i nadzieje wynikające z braterstwa i równości, rzucając złowieszczy cień na mentalność ludzi, ich świadomość, reakcje i postawy - „niewidzialna ręka rynku” i związana z nią wszechwładna komercjalizacja.
Równość i braterstwo to oprócz wolności te elementy, które kulturę Zachodu czynią atrakcyjną dla przedstawicieli innych cywilizacji, w których o tak rozumianej jakości życia nigdy nie było mowy, a jednostka ludzka jest traktowana od zawsze nie jako indywiduum i podmiot, czy „miara wszechrzeczy” (za Protagorasem z Abdery), ale jako jeden z elementów składowych danej wspólnoty, jako trybik organizmu zwanego społeczeństwem. To ten trend, tak dziś powszechny, „przerabia” obywatela w konsumenta, człowieka dojrzałego i świadomego – czyli właśnie wolnego – w infantylne i kapryśne dziecko goniące jedynie za zaspokojeniem kolejnych, podsuniętych przez reklamę zachcianek. I w tym to kapryśne dziecko widzi swoją wolność. Bo tak został wdrukowany w świadomość współczesnego człowieka kod dzisiejszych czasów, taki jest (i taki ma być) proponowany paradygmat XXI wieku - ery wolności. I tak też – niestety – wolność jest kojarzona. Jest to jawnym zaprzeczeniem wolności wyobrażonej i prezentowanej przez czołowych koryfeuszy Oświecenia po obu stronach Atlantyku u zarania epoki zwanej nowoczesnością.
A wolność – jak zauważył Antonio Negri – to możliwość nie tyle nie chodzenia do pracy, ale przede wszystkim oddania się wynalazczości (materialnej, bądź duchowo-ideowej) w towarzystwie innych ludzi. Wolność, bez świadomości znaczenia tego pojęcia i tego stanu, jest kolejnym humorzastym bożkiem losu uczynionym sobie przez człowieka na swe własne udręczenie, nie dla poszerzenia swojej wolności. Bożkiem spychającym człowieka w otchłanie infantylizmu, niekontrolowanych afektów i irracjonalnych zachowań.
Klęska ideałów Oświecenia?
Efektem takiego podejścia do rudymentów Oświecenia jest to, iż laickość stała się przedmiotem ataków wszelkich religiantów, a z drugiej strony - odrzucenie wszystkiego, co łączy się z XX-wiecznymi przeżytkami. Tym samym wieszczymy klęskę idei sekularyzmu i zasad laïcité. Łączy się to (zdaniem wielu komentatorów) z upadkiem muru berlińskiego i implozją ZSRR.
Bankructwo tego systemu skompromitowało – zarówno według neokonserwatystów, neoliberałów, jak i postmodernistów – wszystko, co można wiązać z epoką Oświecenia, lewicowością i postępem. Taki sposób myślenia jest też zgodny z założeniami antymetanarracyjnymi postmodernizmu. Godząc się na taką interpretację historii, podcinamy – jako spadkobiercy Oświecenia - gałąź, na jakiej siedzą klasyczni liberałowie, lewica, zwolennicy postępu i autonomii osoby ludzkiej. Lewica, milcząc lub posypując głowę popiołem, tworząc bezideowe i puste politycznie koncepcje tzw. trzeciej drogi, odcinając się od swej odwiecznej bazy – ludzi pracy najemnej oraz rewolucyjności (niosącej przecież zawsze postęp w przeciwieństwie do restauracji), popełniła w zasadzie seppuku. Politycznie i intelektualnie. Widać to dziś po jej znaczeniu zarówno w poszczególnych krajach Europy, jak i Parlamencie Europejskim. To tylko cień tego, czym była lewica dwadzieścia, trzydzieści lat temu. Naruszając świat tradycyjnych od wieków wartości, Oświecenie (i wszystko co z nim się wiązało w późniejszych epokach) zburzyło sens minionego życia. Tak twierdzi m.in. lewica postmodernistyczna skupiona wokół koncepcji i kontynuująca dorobek Francoisa Fureta (dlatego moim zdaniem, należy ich uważać raczej za konserwę lub prawicę).
To, jej zdaniem, jest efektem negatywnie ocenianej tzw. świadomości rewolucyjnej panującej w Europie w XIX i XX wieku, przyporządkowanej zawsze postępowi i rozwojowi. Błąd takiego mniemania jest zasadniczy: rewolucje (i związane z nimi przemoc, agresja, dramatyczne zmiany społeczne i polityczne, a co za tym idzie – zmiany w aksjologii ocenie rzeczywistości) są efektem określonych warunków istniejących w danym społeczeństwie, generujących ową rewolucję. Agresja i przemoc (także przemoc symboliczna) są efektem ubocznym rewolucji, towarzyszącym owym przemianom, nie jej zasadniczym celem i jądrem - jak chcą różnej maści konserwatyści, tradycjonaliści, czy ogólnie rzecz biorąc – prawica, tak ujmująca postęp społeczny. Charakter każdej rewolucji powiela to, co zdarzyło się wczoraj, przedwczoraj, dawno i bardzo dawno. Dramat i tragizm Rewolucji Francuskiej tkwi w tym, że jest ona echem przede wszystkim wojen religijnych toczonych sto (i więcej) lat wcześniej w Europie. Zwłaszcza chodzi tu o wewnętrzne konflikty religijne we Francji (z ich wyjątkową brutalnością i bezwzględnością w niszczeniu Innego) oraz wojnę 30-letnią w Niemczech i Europie Środkowej. O tym religianci i konserwatyści raczą zapominać: postmoderniści czynią to z ignorancji, wspomnianego „chciejstwa”, bądź politycznej poprawności. W tym miejscu nie sposób pominąć również wielowiekowej tradycji inkwizycyjnej jako nosicielki wyjątkowej (bo uzasadnianej religijnymi kanonami) przemocy, nienawiści, perfidnej inwigilacji, wyrafinowanych tortur i symbolicznego przymusu na masową skalę. Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden fakt: otóż antynomiczne stanowiska ideowe postmodernistów i neokonserwatystów są przykładem idealistycznej i życzeniowej konwergencji tez i poglądów w tej kwestii.
Wiemy przecież, że każdy monoteizm dąży do monopolu (choćby z racji koncepcji i sposobu pojmowania Prawdy). Czyli tym samym musi być immanentnie przeciwny (by nie rzec – wrogi) wolności jednostki, demokracji, pluralizmowi poglądów czy indywidualizmowi.
Przez owe specyficzne i swoiste pojmowanie Prawdy, każdy monoteizm musi dążyć (i tak też czyni) do podporządkowania wolności indywidualnej i zbiorowej swemu religijnemu oglądowi świata. Wiązać się to musi zawsze z eliminacją Innego (za pomocą różnych, zależnych od epoki środków i metod). Antyeschatologizm, dekonstrukcja wszystkiego, opozycja wobec metanarracji, antyautorytaryzm postmodernizmu, winny wykluczać absolutnie jakąkolwiek religijność (jakaś nowa, postmodernistyczna religia to klasyczny oksymoron). Jednak, jak widać, koalicja – nieformalna, dziwna i irracjonalna – jest możliwa, choć zapewne oczekiwania i zamiary obu stron owego aliansu są diametralnie rozbieżne. Poza tym odrzucenie laickości i sekularyzmu (w imię fałszywej tezy: „kochajmy się bracia”, bo miłość wszystko zwycięży) opartych o tradycję oświeceniową musi skutkować umacnianiem się propagandy religianckiej, obskurantyzmu, dewocji i bigoterii co w efekcie sprzyjać będzie (i sprzyja) fundamentalizmowi religijnemu.
Wiara w absolut
Bo czym jest fundamentalizm? To pogląd na świat – nie tylko religijnego chowu – zakładający pewien „rodzaj wiary, która może być łatwo doprowadzona do skrajności. Jest to wiara w doskonałość, absolut, w to, że każdy problem musi być dziś rozwiązany. Zakłada on istnienie autorytetu wyposażonego w wiedzę doskonałą, nawet jeśli ta wiedza nie jest dostępna dla zwykłych śmiertelników”. (G. Soros, „Kryzys światowego kapitalizmu”).
Wiąże się to zawsze ze znaczeniem terminu - pojemnym i dlatego utylitarnie zawsze użytecznym (a takie podejście jest przeciwne postępowi i ewolucjonizmu) – autorytetu. Rządzący mainstream, mimo zapewnień o admiracji wobec takich wartości jak wolności obywatelskie, demokracja, swoboda myśli i wypowiedzi, liberalizm wobec różnych postaw i sposobów interpretacji dziejącego się wokoło nas świata, sobie przypisuje wyłącznie prawo do oceny prawdziwości, słuszności czy wiarygodności krążących w przestrzeni publicznej sądów i tez. To swego rodzaju bałwochwalstwo i sakralizacja swoich poglądów. To uznanie siebie za ostateczny autorytet.
Zdaniem Georga Sorosa, główną cechą mentalności fundamentalistycznej jest dokonywanie wyborów na zasadzie: albo – albo.
Takie przekonania leżą również u podłoża tez zwanych esencjalizmem. Zakładając modelowość, idealność rzeczywistości i jedynie takiej akceptowanej przez nas, ograniczamy się do wyborów klasyfikowanych według kanonów: dobro vs zło, światło vs ciemność, raj vs piekło. Ci interlokutorzy, którzy nie akceptują naszego poglądu na świat i procesy w nim zachodzące, nie mają racji istnienia. Tu w wiekach średnich wkraczała inkwizycja, co utrwaliło po dziś dzień obecną w kulturze Europy instytucjonalną uzasadnioną symbolicznie i religijnie zorganizowaną przemoc.
Dziś jest tym celowe przemilczenie (jak coś jest nieobecne w mainstreamowych mediach, to nie istnieje), ironia i kpina, szyderstwo, stygmat totalitaryzmu, Sodomy i Gomory, etc. Nie dialog, nie dyskusja, nie szermierka na argumenty.
Wirtualna przestrzeń i jej zasięg nie sprzyjają pogłębianiu wspólnotowości – raczej dzielimy się i utwierdzamy w swej predylekcji do klanowości, bytowania i myślenia w kategoriach plemiennych, ku swojskiej przaśności, gdyż poszczególne wspólnoty w wirtualnej przestrzeni preferują kontakty swoich ze swoimi. Inny jest banowany, hejtowany, wykluczany z przestrzeni naszego portalu społecznościowego.
Furtka dla religii W sferze geopolityki i zagadnień o globalnym i uniwersalnym charakterze wspomniana deprecjacja Oświecenia oraz jego priorytetów zawartych w przywoływanej triadzie, sprowadzanie ich ponownie (jak to miało miejsce w XIX czy XX wieku) do narcystycznego zachwytu nad „europejskością” i naszymi wartościami - ponoć jedynymi godnymi uwagi, a łączonymi z chrześcijańskiej proweniencji misyjnością - są głównymi powodami dla rozwoju z jednej strony - różnego rodzaju radykalizmów (wrogich tym ideom), a z drugiej - furtką dla religii powracających w glorii jedynych wartości, na których zbudowano współczesną kulturę Zachodu.
Tak pojęta esencja pozwoliła na to, że znów przywołane być musiały do powszechnej narracji takie pojęcia jak naród, rasa, religia, cywilizacja chrześcijańska. A wraz z nimi – mentalność krucjatowa (i wszystko co z nią się wiąże).
Tak musiało się stać, bo u podstaw wojującej cywilizacji legła religia, (gdy neguje się Oświecenie, tym samym przyznaje się znaczenie Średniowieczu).
Judeochrześcijańskie wartości Zachodu związane zawsze były z misją „na zewnątrz”. Odwołania do religii, jej triumfalny powrót do sfery publicznej i gremialne zastosowanie argumentacji religijnej dla możliwie najszerszych uzasadnień - to wszystko jest sprzeczne z nowożytną koncepcją cywilizacji tworzonej na starym kontynencie od Renesansu, a de facto od Oświecenia, przez francuskich myślicieli (Diderota, Woltera, Condorceta czy d’Alamberta), potem: Hegla, Marksa i Feuerbacha po Nietzschego, Heideggera czy Russella. Ten właśnie okres przyczynił się (pozytywnie) do zburzenia w sposób sukcesywny kultury i tradycji głęboko przesiąkniętej na wskroś religią, mitami, mistyką i eschatologią, trwającej w zasadzie do czasów Renesansu.
Oświecenie było jedynie potwierdzeniem tez renesansowych i jednocześnie przyśpieszeniem tego procesu. Religia i naznaczony nią religijny mesjanizm Europejczyków niosły ze sobą (i często nadal niosą) zwiększenie ładunku emocji (najczęściej złych) w życiu publicznym i w interpersonalnych relacjach.
Nadużywanie koncepcji, (zwłaszcza w retoryce), o judeochrześcijańskich korzeniach kultury Zachodu wyparło, jak twierdzi Georges Corm, przekonanie o helleńsko-rzymskich tradycjach naszej cywilizacji. Na pewno tak pojęty i proponowany esencjalizm wywiera szkodliwe i negatywne skutki w całej kulturze określanej mianem Zachodu. Radosław S. Czarnecki
Racjonalizm vs fundamentalizm
- Autor: Radosław S. Czarnecki
- Odsłon: 3340
Świecka ideologia, mobilizująca ludzi do działania, jest w istocie nowoczesnym systemem wierzeń religijnych, tylko odwołującym się do poczucia racjonalności.
Jakob Leib Talmon
Znakomita znawczyni religii i wierzeń religijnych Karen Armstrong stwierdza (w książce „Imię Boga”), że „niektóre grupy społeczne nigdy nie będą w stanie pojąć ideologii, zostały bowiem zainfekowane uprzednio przez fałszywą świadomość. Ideologia jest zamkniętym systemem, który nie może sobie pozwolić na rzetelną konfrontację z innymi poglądami”. Jest to jakby uzupełnienie zacytowanej myśli Jacoba Leib-Talmona (1916-80), prof. Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie, historyka i politologa urodzonego w Polsce w rodzinie ortodoksyjnych wyznawców judaizmu.Talmon uważał wszelkie nowożytne ideologie za przedłużenie religijnych systemów panujących w cywilizacji Zachodu, poczynając od późnego antyku. Karen Armstrong - swym determinizmem - jak i Jacob Talmon - swoim zdystansowaniem do wszystkiego co związane z modernizmem i postępem (gdyż wszystko już było i jest echem dawnych idei), przyznają pośrednio rację Baruchowi Spinozie mówiącemu, iż każda determinacja jest negacją (Omnis determinatio negatio est). Im bardziej coś jest zdeterminowane, tym mocniej jest ograniczone i tym samym neguje otaczającą rzeczywistość. Źródło fałszywej świadomości
Mocno zakorzeniony od czasów Oświecenia jest pogląd, iż religia jest źródłem tzw. fałszywej świadomości, a instytucje religijne są ośrodkami dyrygującymi ludzką mentalnością na nutę konserwatyzmu, tradycjonalizmu, często – ortodoksji, purytanizmu czy nawet fundamentalizmu religijnego. Ludzie zacięcie walczyli o ideały Epoki Rozumu: wolność, równość, braterstwo, szczęście ludzkie, sprawiedliwość społeczną. Ta świecka ideologia mobilizująca masy ludzkie do działania – jak sądzi wspomniana Karen Armstrong – jest nowoczesnym systemem religijnych wierzeń, tyle iż odwołujących się do poczucia racjonalności.* Czy istnieją podstawy do takiego spojrzenia na to zagadnienie? Czy rzeczywiście racjonalizm jest kolejnym wcieleniem mitu towarzyszącego ludzkości od zarania jej dziejów?
Współczesny świat traktując naukę jako swoistą ideologię, odchodząc od uświadomienia sobie jej aktualnych – choć ciągle przesuwanych – granic, dał do ręki religijnym kontrrewolucjonistom, purytanom i ortodoksom różnej maści potężną broń. Broń w postaci strachu przed nowoczesnością, jak również to, o czym pisał w swym wiekopomnym dziele Erich Fromm - możliwość ucieczki od wolności, ale tym razem „do przeszłości”. Bo współczesności, której nie rozumieją, często się boją. Panuje – jak twierdzi Karen Armstrong - od dawna przekonanie, że część ludzkości (z różnych względów) nie będzie w stanie pojąć i zrozumieć przyśpieszonego modernizmu (wraz z jego relatywizmem i ewolucjonizmem) z charakterystyczną tzw. płynną nowoczesnością, hurra-optymizmem i nienasyconym kultem życia. Występując więc przeciwko temu co uważają za racjonalizm i jego dziedzictwo, uważają, że zwalczają idee niegdyś rewolucyjne, a dziś – autorytarnie promowane i uchodzące za prawdy oczywiste. We własnym mniemaniu są więc jedynymi obrońcami demokracji, wolności i swobody myślenia.
Fryderyk Nietzsche, jeden z gigantów zachodnioeuropejskiej myśli zauważył, że „Wiara obdarza niekiedy błogością; błogość z żadnej idee fixe nie czyni prawdziwej idei; wiara nie przenosi gór; z pewnością wznosi je tam, gdzie ich dotąd nie było”. I owa płaszczyzna jest dziś najważniejszą strefą konfrontacji modernizmu i religianctwa, racjonalizmu i transcendencji, realizmu i mistycyzmu. Modernizacja i strach Im szybciej postępuje modernizacja, zarówno w przestrzeni przynależnej cywilizacji, jak i kulturze, tym bardziej jest ona powierzchowna, fasadowa i pozorna, i tym szersze masy pozostawia poza swoim wpływem. Oczywiście, chodzi o wpływ zrozumiały, zanurzenie się w postępie w sposób świadomy. Nie tabloidalny, przelotny. Bo ludzie nie włączeni świadomie, mentalnie nie przygotowani i nie przyjmujący modernizacji jako czegoś naturalnego (wynikającego z ewolucji), nie pojmą nigdy jej istoty. I prędzej czy później ją odrzucą, przechodząc na pozycje proponowane im przez religijnych oszustów i fundamentalistycznych szalbierzy.
Strach jest przeważnie irracjonalny. Irracjonalny przez tworzone wyobrażenia przyszłości. Co później owocuje zazwyczaj wybuchami nienawiści, przemocy i agresji wobec Innego. Wyznawcy religii monoteistycznych, gdzie idea narodu wybranego przez Istotę Najwyższą jest szczególnie silna, gdzie prozelityzm jest niejako wpisany w ich doktrynę (a historia tych religii jest pełna masowych zbrodni, rzezi, masakr i linczów w imię miłości własnej wiary i swojego Boga), są niezwykle podatni na takie zachowania i taką mentalność. Naród wybrany jest zawsze w pojęciu wyznawców tych religii lepszy, bardziej moralny, posiada placet od Boga, ma szerzyć prawdziwą i zbawienną wiarę. Ma przywieść Innego (obojętnie jakimi metodami) do Prawdy.
Racjonaliści właśnie z tego tytułu, nigdy nie powinni traktować siebie jak naród wybrany. Bo to Sokrates ze swoim „Wiem, że nic nie wiem” (podstawą racjonalnego myślenia, popartego granicami poznania i możliwości człowieka) winien być dla nich alfą i omegą, a nie Paweł z Tarsu - właściwy twórca chrześcijaństwa i mentor Kościoła katolickiego.
Nowoczesny, racjonalny, progresywny, oświeceniowy sposób postrzegania świata to ziemska sakralizacja człowieka (jako „miary wszechrzeczy”), tak różna od dawnych mitów bogotwórczych. Ta apoteoza jednostki ludzkiej zrywa całkowicie z dotychczasową tradycją (zwłaszcza związaną z religiami monoteistycznymi, wywodzącymi się z Bliskiego Wschodu), przenosząc na Ziemię szczęście jednostki, zadowolenie, cel życia. W doczesność. Tu i teraz. Likwidując tym samym mityczne życie w zaświatach. I to też może budzić strach i przerażenie. Religia i mit Każda religia wiąże się bezpośrednio z mitem. Mit w sensie przedmiotowym to opowiadanie udramatyzowane, często symboliczne, wyrażające ludzkie doświadczenie świata jako rzeczywistości sakralnej. Objawia modele wszelkich obrzędów i ludzkiej działalności, w których doznaje się religijnego (lub quasi-religijnego) doświadczenia świata. W języku potocznym mit jest synonimem fikcji, tego co nieprawdziwe, nierealne, irracjonalne. Mit od XIX wieku (ewolucjonizm, scjentyzm, rozwój nauki i techniki) postrzegany jest jako coś przednaukowego, nienowoczesny sposób myślenia, niemodernistyczna i zacofana forma odbioru i opisu rzeczywistości.
Mit posiada jeszcze jedną, niezwykle charakterystyczną cechę. Sam z siebie, co prawda, nie wymaga czci oraz nie generuje przemocy czy agresji. Jednak kiedy przedmiotem mitu, i przy tym ubóstwienia, staje się konkretny człowiek lub instytucja religijna (np. Kościół katolicki, rabinat, imamat, czy współczesne formy kalifatu), wyznawcy samoczynnie zamieniają się w niewolników. Stają się najemnikami szerzenia Prawdy. Tych można dowoli omamiać, sterować nimi, manipulować ich świadomością, obiecywać lepsze życie w zaświatach. Jak pisze Stefan Bratkowski („Kto na to pozwolił?”) - „przymus i w następstwie terror są jedynie konsekwencją prawa rządzących do podporządkowywania sobie tych poddanych”. I tak dzieje się zawsze – zarówno, gdy obiektem deifikacji staje się państwo, instytucja religijna, charyzmatyczny przywódca, nawiedzony guru, czy mistycznie pojęta wspólnota.
We współczesnym religioznawstwie dominuje nurt rewaloryzacji mitu. Przyczyniły się do tego zapewne w dużej mierze badania Karla Junga i jego szkoły, wykazujące na jego zakorzenienie w najgłębszych pokładach psychiki ludzkiej. Także postęp w naukach antropologicznych pozwolił na zmianę stosunku i opisywania mitu jako określonej kategorii. Jak zauważa jeden z największych teologów katolickich XX wieku Karl Rahner, pojęcie mitu nierozerwalnie jest związane z językiem religijnym i z rozumieniem egzystencji człowieka. Każde pojęcie opowiadające o rzeczywistości metafizycznej, bądź religijnej (jako leżącej poza sferą bezpośredniego doświadczenia), musi się posługiwać wyobrażeniami, które nie są pierwotnymi wyrazami tej rzeczywistości, ale które pochodzą z innego źródła. Jeżeli przyjmujemy następnie, że to wyobrażenie nie jest statycznym obrazem, ale ma charakter wyobrażenia dramatycznego, wydarzeniowego, to będziemy mogli skonkludować, że każda wypowiedź metafizyczna, albo religijna, ma charakter mityczny lub podlega interpretacji w kategoriach mitu.
Mit jako rzeczywistość żywa i przeżywana podlega - podobnie jak zjawisko religii - deformującym procesom historycznym, społecznym, kulturowym, itd. W ich wyniku zdegradowany on zostaje do rzędu pewnego rodzaju literatury, opowiadania, nie branego całkiem serio. Wzrastająca rola mediów we współczesnym świecie poszerza to pole dla mitologii i mitomaństwa. Zdaniem niektórych religioznawców, ostatnim stadium degradacji mitu stanowią opowiadania folklorystyczne, klechdy i baśnie ludowe. Do tej kategorii można zakwalifikować też newsy tabloidalne.
Współczesny homo religio sus
Bez względu więc na zajmowaną pozycję religii, na podstawie współcześnie zachodzących procesów, nie da się w przewidywanym okresie wyeliminować jej z przestrzeni publicznej. I mówienie o tym w sposób aprioryczny, kategoryczny, dogmatyczny (jako przekonanie immanentne racjonalizmowi) jest nierealistyczne, życzeniowe i tym samym – irracjonalne. Ba, potwierdzałoby się w takim wypadku skłonności ideologiczne i fundamentalistyczno-aprioryczne tego prądu mentalno-praktycznego, tego sposobu opisu świata i procesów w nim zachodzących (jest to bez wątpienia system holistyczny), będącego próbą wyzwolenia człowieka właśnie z mitologii, aprioryzmu, dogmatyzmu i antyewolucjonizmu.
Niektórzy religioznawcy, socjologowie, antropolodzy, ukuli nawet pojęcie homo religiosus – człowiek, istota religijna, osoba ukierunkowana ze swej istoty na transcendencję. Czy tak jest na pewno? Religia i doświadczenie sacrum towarzyszą człowiekowi od zarania jego dziejów, nie oznacza to jednak, że tak musi być zawsze. Religie żyją, ewoluują, zmieniają się mieszając wzajemnie (tzw. synkretyzm religijny - bo nie są to byty statyczne, nadane z góry przez Absolut), co świadczy o ich ziemskiej, społecznej, kulturowo-cywilizacyjnej proweniencji. Wulgarny racjonalizm, prostacko i prymitywnie utożsamiający człowieka i jego byt wyłącznie z materialną stroną doczesności przynosi więcej szkód idei Oświecenia – która jest tu podstawą i początkiem procesów modernizacyjnych w dzisiejszym wymiarze – niż religijność oparta o standardowe pojęcia trwania, przyzwyczajenia, tradycjonalizmu.
Postmodernistyczny zachłanny konsumeryzm, tzw. zakupizm, czy niczym nieograniczony hedonizm - preferowane kosztem nauki, racjonalnie pojętej duchowości (czyli życia wewnętrznego), otwarcia na sztukę, literaturę, różnorodne idee czy światopoglądy, etc. - zubożają człowieka, irracjonalizując jego jestestwo, czyniąc podatnym na różne szamanizmy (nawet nie transcendentno-mistycznego pochodzenia).
To stąd bierze się taka popularność tarotów, kabał, horoskopów, przeróżnych przepowiadaczy przyszłości, wróżek i wróżbitów.
To za tym idą tabuny teleewangelistów, nawiedzonych mesjaszów, religijnych magów i pospolitych oszustów węszących w tym religijnym tyglu swój utylitarny interes.
To stąd bierze się m.in. powrót do praktyk egzorcyzmów, wypędzania szatana i publicznego odczyniania złego – tu niechlubna rola Polski w tym średniowiecznym nawrocie kołtuństwa i filisterstwa jest znamienna.
To tu tkwi wzrastająca obecność i popularność polityków (oraz ugrupowań politycznych) szermujących argumentacją religijno-teologiczną, nadużywających uzasadnień – dla swego istnienia – kwestiami sakralno-transcendentalnymi.
Wspominany już Erich Fromm napisał w „Ucieczce od wolności”, że „Nowoczesny człowiek żyje w iluzji, że wie, czego pragnie – gdy tymczasem, pragnie dokładnie tego, czego się od niego oczekuje, że będzie pragnął”. Sens tego powiedzenia jest współcześnie, przy takim znaczeniu mediów i ich tabloidyzacji, wzrastającej ciągle roli religijnych fundamentalizmów i nachalnym prozelityzmie religijnym, niesłychanie adekwatny do tematu dysputy nad rolą religii w dzisiejszym świecie. I do zadań stawianych przez modernizm racjonalistom i humanistom.
Radosław S. Czarnecki *O związkach religii z nauką pisał prof. Wiesław Sztumski w SN nr 4/09 - Nauka i religia - osobno czy razem?
