Intelektualista to dziś obelga?

Utworzono: wtorek, 25 październik 2022 Anna Leszkowska Drukuj E-mail


Czarnecki do zajawkiWiadomo powszechnie jest kim był i za kogo uważano intelektualistę. Świat ich potrzebował choćby z tego względu, żeby byli współczesnymi mu Kasandrami. Aby mówili prawdy niepopularne, przykre, nie idące z tzw. prądem. Często absolutnie przeciwstawne modom, nawykom, przyzwyczajeniom, a przede wszystkim rutynie w interpretacji zjawisk dziejącego się świata.
Ci epigoni opacznie widzianej rzeczywistości (z punktu widzenia mainstreamu i idącej za nim „gawiedzi”), burzący dobre samopoczucie i pozorną jednomyślność, byli jeszcze do niedawna tolerowani niczym światło dalekich galaktyk we Wszechświecie, dostrzeganych z Ziemi jedynie przez dokładne teleskopy.
Od czasu do czasu te odlegle rozbłyski ich myśli – po latach czy nawet wiekach – docierały jednak do świadomości ziemskiej, tworząc nową jakość. I tym samym, powodując postęp myśli ludzkiej.

 

Czy możliwy jest prawicowy intelektualista?
Dario Fo

Katastrofa tego świata i tak jest nieunikniona.
Friedrich Dürrenmatt

 

Ich przesłanie zawsze niosło sobą rudymentarny egzystencjalnie dylemat: po co żyć? Stawianie pytań tak zakreślających zasadnicze problemy naszej egzystencji, formowanie tak zarysowanych zagadnień pozwala nie tylko wytyczać inne niźli komercyjne, utylitarne i „przyziemne” (ważne, acz nie najważniejsze i jedyne) cele. To droga ku temu jak twórczo egzystować w tym świecie, który w jakimś sensie każdy z nas kształtuje. Nawet nie zdając sobie najczęściej z tego sprawy. Tak postawione pytanie o sens bytu ma zachęcać, pobudzać do zastanowienia nad sobą, do aktywności, nie do bierności i trwania.

Ale w dzisiejszej cywilizacji o zmianę rzeczywistości już nie chodzi. Ten świat w jakim bytujemy – nawet jeśli jest on nam wrogi, nie akceptujemy go, jest toksyczny dla człowieczeństwa i humanizmu – jest po prostu jak nam wmówiono tym jednym i skończonym. Najlepszym ze światów. To jest materializacja i przekonanie, że historia się skończyła (mimo pokraczności niesionej tym przesłaniem), a system tym samym i wynikające stąd warunki, relacje, struktury itd. są niezmienne, gdyż osiągnęliśmy pułap rozwoju. I będziemy na zawsze weseli, szczęśliwi, beztroscy. Jak tylko się tym trendom poddamy.

I dlatego tak często współcześnie pada pytanie – jak żyć? A w nim chodzi o dostosowanie, o konformistyczne przetrwanie i wyzbycie się nadziei, marzeń, nawet myśli o czymś innym. Nie wiadomo czy lepszym, ale innym. Bo samo takie zastanowienie jest groźne. Podważa fundamenty systemu i tworzy iluzje inności. Nastawienie na ruch myśli – a za nim zawsze idzie zmiana rzeczywistości, bo to napędza postęp i rozwój – zostało wykastrowane. Ujęto go w określone ramy i wszelki nonkonformizm systemowy jest uznawany za herezję, groźne odstępstwo, niebezpieczne zagrożenie. Bo burzy – nawet teoretycznie – cmentarny spokój, pozorny dobrobyt, wizerunek świata, który ma się wiecznie bawić, śmiać, balować. I nie myśleć o przyszłości. Bo system jest cool, super (pomimo niedostatków), zaś każda utopia jako coś zdrożnego, niebezpiecznego, zagrażającego panowaniu jakichś niewidzialnych bóstw systemu i rzeczywistości - niepożądana.

Upadek myślenia

Postawienie w centrum uwagi dylematu jak żyć, jako zasadniczego egzystencjalnego zagadnienia dzisiejszego człowieka, to droga otwierająca przestrzeń publiczną dla różnego rodzaju szamaństwa, podejrzanego doradztwa, czyli irracjonalizacji życia. Oferenci takich usług, którzy odpowiedzą twierdząco na owe pytanie – różnej maści Kaszpirowscy, wróżki, stawiacze horoskopów przepowiadający przyszłość, wizjonerzy i jasnowidze etc. - żerują na naiwności zagubionych i bezradnych ludzi, często błędnie określających swą sytuację życiową. Wszechwładnie i bezapelacyjnie królujący we wszystkich obszarach RYNEK sam tworzy dobra i usługi, które przez odpowiednio medialnie prowadzoną manipulację sprzedaje jako coś niezbędnego, coś co pozwoli jednostce dać odpowiedź (i tym samym poczuć się „byczo”), właśnie jak żyć, by być szczęśliwym i akceptowanym społecznie. Wszystko – jak w znakomitym filmie Andrzeja Wajdy (z roku 1968) – jest przecież na sprzedaż. Trzeba tylko stworzyć płaszczyznę zainteresowań i potrzeb.

„Źródłem wszystkich naszych problemów jest upadek myślenia. W gruncie rzeczy o to właśnie chodzi. Myślenia, które traktowało samo siebie nieprawdopodobnie poważnie. Skupić się, przeczytać cztery kolumny czegoś istotnego bez żarcików, przerywników, czegoś co nie zostało umajone atrakcyjnymi zdjęciami, filmikiem – to dziś wyczyn jak wyprawa na Marsa” - mówił w wywiadzie (Gazeta Wyborcza z dn. 08-09.02.2014) Marcin Król. Przyznał pośrednio w nim ze smutkiem, iż sam brał udział w demolowaniu i tak infantylnej organizacji nadwiślańskiej przestrzeni publicznej. Choć ten proces był i jest nadal immanentny całej euroatlantyckiej kulturze.

Świat obrazkowy zdeprecjonował ową indywidualność myślenia. A tym samym jego kreatywność. Sceptycyzm i krytycyzm są bowiem podstawową funkcją myślenia twórczego. Obrazy dane i na dodatek powtarzane setki, tysiące razy w różnych okolicznościach i sytuacjach - media elektroniczne są wszechogarniające i funkcjonujące totalnie, tak właśnie oddziałują na ludzką świadomość i podświadomość – spowodowały, iż mentalność społeczeństwa sprowadzono do kliszy, że „każdy nowy poranek ma być bardziej słoneczny i bogatszy w bardziej miłe niespodzianki od minionego” (Zygmunt Bauman, 44 listy ze świata płynnej nowoczesności). Ciemnych chmur kryzysu i powszechnego kolapsu gromadzących się nad horyzontem od przynajmniej 10 lat skutecznie nie dostrzegano. I wmawiano powszechnie, iż o tym mówią wyłącznie malkontenci.

Gdy coś jest raz na zawsze i a priori dane, to po co myśleć, zastanawiać się, głowić. Po co poszukiwać i mieć – o ich mnożeniu trzeba zapomnieć – wątpliwości. Proces takiego formatowania przez system i rzeczywistość dzisiejszego człowieka doskonale prezentują w tak różnych pozycjach np. Shoshana Zuboff (Kapitalizm inwigilacji) czy Neil Postman (Zabawić się na śmierć).

Strzępy Oświecenia

Ale ubogością percepcji byłoby obarczanie postępu technicznego tak postępującymi procesami degradacji człowieczeństwa i myślenia. On jest – że tak powiem – ślepy. Używać go można w różnych przestrzeniach, z różnym skutkiem. Wiara w postęp i rozwój ludzkości w wyniku procesów społecznych, kulturowych, na bazie idei postępowych w cywilizacji zachodniej, (gdzie tkwi geneza wszelkich wartości Oświecenia) się załamała. A to wiara w postęp i rozwój były zawsze immanentne oświeceniowym walorom. I one działały jako siły odczarowujące świat, rzeczywistość, przestrzenie działalności i myślenia człowieka.

Te wszystkie elementy, niosące sobą desakralizację, znaleźć można już w Renesansie lecz dopiero Oświecenie wkraczając na scenę historii je skonkretyzowało i opisało. Tymi elementami są m.in. wolność jednostki, godność osoby, humanizm, swoboda wypowiedzi, niekrępowanie myślenia (przede wszystkim krytycyzm wobec tzw. autorytetów i powszechnej, narzucanej przez elity i mainstream tzw. poprawności politycznej) itd.

Ów zachodnio-europejski model życia konstytuować poczęły specyficzne składniki - demokracja w systemie państwa prawa, kapitalizm jako fundament rozwoju społeczno-kulturowego i autonomia gospodarki – „wyrastające ze wspólnego korzenia, jaką jest specyficzna idea wolności, która wykształciła się w dobie Oświecenia”. Postępuje ona razem z procesami desakralizacji świata „urzeczywistniając się w toku poznania naukowego” i coraz bardziej racjonalnego patrzenia na rzeczywistość. Zostaje w wyniku tych zjawisk napełniona „politeizmem wartości” (Dominika Motak, Nowoczesność i fundamentalizm).

W przestrzeni publicznej tak skonstruowanej, tytułowi intelektualiści pełnić poczęli rolę nie tyle demiurgów co interpretatorów i podpowiadaczy, często celem wydobycia z kłębiącej się politeistycznej masy idei, sądów i tez tych, które są niepopularne, nonkonformistyczne, często wywrotowe. Tych, co denerwują, może i obrażają, ale zmuszają jednocześnie do zastanowienia, do chwili refleksji, do próby odpowiedzi na dylemat czy rzeczywistość na prawdę jest taka „cool”, „trendy” i najlepsza z najlepszych.

Kultura konsumentów


Ale coś się kilka dekad temu zacięło. Nadeszła postmoderna, a po niej neoliberalizm. Z Oświecenia i jego uniwersalnych kanonów zostały jedynie strzępy, a samo pojecie – piękną i wzniosłą fasadą, za którą jednak jawi się pustynia, nicość, ocean bezmiaru hipokryzji i fałszu. Tym to trudniejsze do akceptacji, gdyż dot. to rudymentów humanizmu, uniwersalnych wartości esencjonalnie proczłowieczych. Pisałem o tym w Sprawach Nauki kilkakrotnie*, pokazując mechanizmy tych trendów i procesów.

I stało się tak jak zauważa Slavoy Żiżek, iż najlepszym sposobem, aby uchwycić sedno współczesnej epoki jest skupienie się nie na jawnych celach społecznych i ideologicznej budowli, nie na uniwersalnych ideach i na istocie człowieczeństwa, „ale na nawiedzających ją nieuznawanych oficjalnie duchach. Błąkają się one po tajemniczym obszarze bytów nieistniejących, które jednak utrzymują się i nadal wywierają swój wpływ” (Slavoy Żiżek, Kruchy absolut). Bo mętność i dymy zaciemniające horyzont myśli, unieruchamiające racjonalne, krytyczne spojrzenie na otaczający świat pozwalają owym bytom i siłom – znanym: najogólniej określanych jako kapitał – sprawować władzę (nie tylko jak to miało do tej pory miejsce) nad doczesną rzeczywistością naszego gatunku, lecz rozpocząć panowanie nad naszymi myślami, świadomością, reakcjami wypływającymi z podświadomości.

Taki paradygmat kultury – zwanej celnie kulturą powszechnej gratyfikacji i natychmiastowego dostępu (Zygmunt Bauman, Ponowoczesność jako źródło cierpień oraz Życie na przemiał) - prowadzi do patrzenia na rzeczywistość jako formy poszatkowanej, gigantycznej szafy pełnej absolutnie niekompatybilnych ze sobą szuflad i skrytek, które przechadzający się po niej człowiek - intelektualny skrzat, przypadkowo (z tytułu jakiejś chwilowej zachcianki, czy wezbranej namiętności) otwiera, wyciąga, zagląda do niej.

Taka rzeczywistość tworzy kulturę „zgodną z charakterem społeczeństwa konsumentów, składającą się z ofert, a nie z norm (….) żyjących uwodzeniem, a nie normatywną regulacją, reklamą, a nie dyscyplinowaniem, wytwarzaniem nowych potrzeb, pragnień zachcianek i kaprysów, a nie wywieraniem przymusu” (Zygmunt Bauman, 44 listy ze świata płynnej nowoczesności). Wszyscy są szczęśliwi, zadowoleni, uśmiechnięci, pełni zapału do otwierania kolejnych szuflad i zaglądania za następne drzwiczki tej megaszafy. Mają wierzyć, że są „happy”, że jest powszechnie „cool” i aby tak było zawsze, muszą być „trendy”. Królować ma absolutna wolność. Wolność także od krytycznego i zdystansowanego myślenia.

W korespondencji pomiędzy Aldousem Huxleyem a George’em Orwellem (list z października 1949 r.) autor Nowego wspaniałego świata po lekturze Roku 1984 pisze: „Filozofią rządzącej mniejszości w >1984< jest sadyzm, który został doprowadzony do swojego logicznego zakończenia, wykraczając poza seks i odrzucając go. Jednakże wątpliwym wydaje się, by polityka trzymania pod kamaszem mogła trwać w nieskończoność. W moim własnym przekonaniu, oligarchia u władzy znajdzie mniej rozrzutne i wymagające mniejszych nakładów pracy sposoby rządzenia ludźmi oraz zaspokajania swojej żądzy siły. Sposoby te będą przypominać to, co opisałem w moim >Nowym wspaniałym świecie<”. To jest puenta refleksji Huxleya widzącego realność opisaną przez Orwella jako etap przejściowy, jako kolejny stopień ewolucji totalitarnej technokracji w organizacji faszystowskiego de facto korporacjonizmu i absolutnej władzy kapitału (list opublikowano w Letters of Note).

Nasz Panoptikon


Panopticon według koncepcji praliberała Jeremy Benthama został więc zmaterializowany na naszych oczach. I to z nadwyżką. W imię i na bazie demokracji, wolności i swobód obywatelskich. Ludzie mają zająć się sobą, swoimi namiętnościami i zachciankami, konsumpcją na chwałę – i dla zysków – kapitału. Być niczym ten intelektualny skrzat przechadzający się we wspomnianej szafie. A szafa jest zamknięta od zewnątrz i jej otwarcie nie jest absolutnie pożądane.

Drugim niezwykle ważnym elementem owego nowego Panopticonu, karczującego myślenie o przyszłości, refleksję krytyczną i racjonalne myślenie w formie wspólnoty ludzkiej - nie plemiennej - jest podniesiona do rozmiarów gigantycznych tzw. polityka tożsamości. To ważny aspekt, mający na stałe uprawomocnić wszelką inność, do tej pory wstydliwie ukrywaną i tłamszoną. Z różnych zresztą przyczyn. Każda osoba ludzka zasługuje na szacunek, tolerancję i równe traktowanie (godność). Ale fetysz swojej tożsamości połączony z narcystyczną pychą (cień współczesnego indywidualizmu) „manifestowanej bardzo ostro, może pewną część ludzi zrażać, odpychać, obrażać. I niepotrzebnie rozjątrzać namiętności” (Andrzej Walicki, Przegląd z dn. 23.03.2008).

Kłania się sentencja ucznia Sokratesa, Antystenesa (ok. 444 – ok. 358 p.n.e.), który chyba jako pierwszy w historii podniósł publicznie aspekt równości wszystkich ludzi, ich ogólnoludzkiej wspólnoty, kwestionując tym samym podziały religijne, narodowe, społeczne, tożsamościowe, własnościowe itd. Był też zajadłym krytykiem bezrozumnej jego zdaniem „pogoni za zbytkiem i niczym nieograniczonymi, nie tylko zmysłowymi, przyjemnościami” ([za]: Diogenes Laertios, Żywoty i poglądy słynnych filozofów).

Czy dzisiejszy świat i królująca kultura natychmiastowej i powszechnej gratyfikacji potrzebują takich postaw, jakie prezentowali dawni intelektualiści? Czy hegemonia uważająca siebie za „metr z Sèvres” w dotychczasowym rozwoju człowieka potrzebuje w ogóle zwierciadła? Czy fundamentaliście, który posiadł prawdę wieczną i niezmienną – otrzymaną bezpośrednio od swego Boga (obojętnie jak nazwanego i czczonego) – który już wie wszystko najlepiej i uważa siebie za alfę i omegę, musi wysłuchiwać jakichś przestróg, tez i sądów burzących jego przyjemny, acz nierzeczywisty, obraz świata?
Bo jeśli wiemy, jesteśmy przez tego naszego Boga wybrani i od niego otrzymaliśmy tę absolutną wiedzę będącą prawdą, a ktoś ma inne zdanie, nie zgadza się z nami, przedkłada antynomiczny, absolutnie inny punkt widzenia, to definiuje się go a priori publicznie jako kłamcę, oszusta, manipulatora i propagandzistę „złej sprawy”. Osobnika który przeszedł „na ciemną stronę mocy”. Skazuje się go niczym Sokratesa, (który taką postawą zapisał się właśnie w historii) na wypicie cykuty. Dziś to symboliczna cykuta. Przemoc tak zadawana – z którą się to współcześnie wiąże (tzw. przemoc symboliczna [za]: Pierre Bourdieu) – jest często bardziej bolesna niźli fizyczne znęcanie się nad człowiekiem.

Bo w świecie który jest zalewany powodzią nieistotnych, błahych – często infantylnych i bałamutnych - danych, przejrzystość informacji, racjonalizm myślenia i krytycyzm wobec powszechnie panującej rzeczywistości to niebywała potęga i odwaga ([za]: Yuval Harari, 21 lekcji na XXI wiek). Trzeba więc ją uciszać, deprecjonować, karczować wszystkimi możliwymi metodami z obecności w publicznej przestrzeni.
Radosław S. Czarnecki


*
SN nr 6-7/191/2014 - Esencja dehumanizacji czyli człowiek jako kapitał ludzki
SN nr 1 i 2 /206 i 207/2016 - Porażki Oświecenia [1] – rozum w niełasce” i „Porażki Oświecenia [2] – zwycięstwo dogmatyzmu”
SN nr 8-9/212/2016 - Kryzys polskiej inteligencji
SN nr 12/235/2018 - Uderzenie w Oświecenie

Odsłony: 209
DMC Firewall is developed by Dean Marshall Consultancy Ltd