Religioznawstwo (el)
- Autor: Radosław S. Czarnecki
- Odsłon: 4264
Czy sekularyzm przegrał batalię o duszę współczesnego człowieka?
Gdyby uznać racje amerykańskiego neokonserwatywnego publicysty Davida Brooksa – to tak. Twierdzi on bowiem, że „Zwolennicy sekularyzmu trwają w błogiej nieświadomości zachodzących wokół zmian. Niczego się o religii nie nauczyli, ani w kraju, ani za granicą. Gdy wokoło przewala się Niagara religijnego zapału, oni tkwią w swej suchej norze jak w zaścianku, bez pojęcia o czymkolwiek”.
David Brooks opracował sześć przyczynków do porzucenia ułudy sekularyzmu, jego nieuchronności i postępowości. Są to elementy typowe dla krucjaty, celem której byłoby sakralizowanie na nowo życia postmodernistycznych elit współczesnego świata.
1. Uzmysłowienie adherentom sekularyzmu, iż nie stanowią oni normy w zachowaniach społecznych. Są po prostu mniejszością, unikatem, który należy poddać badaniom naukowym z tytułu nie czucia przez nich obecności Boga w życiu codziennym, nie poświęcającym swego indywidualnego czasu na rytuały czy modły (będące kontaktem z Absolutem) i zaprzeczeniom kreatywnej roli bóstwa w życiu publicznym.
2. Spowodowanie, aby odrzucili oni tezę, iż triumf liberalnej demokracji w skali całego globu jest nieunikniony. Sytuacja w wielu krajach przypomina bowiem Średniowiecze: słabe rządy, bądź brak jakiejkolwiek władzy, powszechna anarchia i armie misjonarzy oraz wielopłaszczyznowe konflikty religijne.
3. Zwrócenie powszechnej uwagi na nieznanych liberalnym elitom mistyków i kaznodziei, takich jak Tim LaHaye czy Jerry B. Jenkins, których książki rozeszły się w USA w nakładzie 42 mln egzemplarzy. David Brooks zauważa, że najpopularniejsze (obecnie liberalne) media winny więcej mówić i pisać o religii, ale na zasadzie prozelickiej i misjonarskiej, a nie sensacyjnej i naukowo-sceptycznej.
4. Absolutne odrzucenie materialistyczno-przyczynowego wyjaśnienia zjawisk religijnych w kontekście społecznym. Brooks krytykowaną manierę badań socjologiczno-religioznawczych porównuje do skompromitowanych jego zdaniem teorii walki klas Karola Marksa, bądź maksymalizacji zysku neoliberalnej ekonomii spod znaku Miltona Friedmanna czy Fridricha von Hayeka. Ponieważ religie są wynikami impulsów, odczytywaniem idei, indywidualnych aktów wiary nie można przedkładać w tłumaczeniu motywacji religijnych rachunku zysków i strat.
5. Jego zdaniem, religia porządkuje właściwie świat wartości – zło nazywa złem, a dobro – dobrem. I jest to dla porządku boskiego, którego realne istnienie jest absolutną koniecznością społeczną, ostateczna egzemplifikacja. Brooks wypowiada się w tym punkcie za rozpadem dotychczasowego podziału na lewicę i prawicę, deprecjonując oczywiście dorobek tej pierwszej, obwiniając ją za sceptycyzm wobec wiary, sekularyzację i laicyzację codzienności oraz postmodernistyczne spojrzenie na rzeczywistość.
6. Eschatologizacja codzienności Ameryki za prezydentury Georga W. Busha jr. jest pozytywnym zjawiskiem, zaś ta część elit (jak by można je określić – postmodernistyczno-liberalna), które ową sytuację kontestują, są w zdecydowanej mniejszości i stanowią rezerwat oraz wdzięczne pole dla wspomnianych badań naukowych.
Skutki wyalienowania elit
Pluralizm, tolerancja, wolność jednostki, zrozumienie dla Innego, demokracja, liberalizm nie są więc obecnie w tym renesansie wierzeń religijnych trendy. Bo być nie mogą. Uznane zostały powszechnie, przez krytyków – i tak też są odbierane przez coraz większe odłamy coraz większej liczby społeczeństw (do tej pory uznawanych za demokratyczne, otwarte, wolne i pluralistyczne) - za hedonistyczne, bezbożne, permisywne i nienormalne.
Tak się dzieje, gdyż elity społeczne po bankructwie praktycznego projektu Ostatniej Wielkiej Idei wyalienowały się w swoim świecie Dobra - dla siebie i w sobie. Ten proces doprowadził, iż owe elity: kulturowe, ekonomiczne, polityczne, menadżersko-biznesowe, urzędnicze, dziennikarskie etc., przekształcają się powoli w elity instytucjonalno-dynastyczne. Nadają kierunek, wytyczają horyzonty, wygłaszają opinie – ale tej reszty kłębiącej się na dole nie widzą, nie mają z nią żadnego styku, żadnego kontaktu poza wirtualnym.
Jak uważa Zygmunt Bauman - są nie z tego świata. A głosili i głoszą, a najważniejsze - działają jak najbardziej w tym świecie doczesnym. Zazdrośnicy, zawistnicy, ci Inni – muszą tylko patrzeć na nich z podziwem, niczym ofiary grodzenia gruntów w Anglii u progu nowoczesności, kiedy bez pytania, odgrodzono ich od miejsc będących jeszcze wczoraj wspólnotą materialną i duchową.
Nie dano jednak nic w zamian. Idei już nie ma, jest twarda ekonomiczna rzeczywistość. Ponieważ materialna i „duchowa nędza naszych czasów stała się nie do zniesienia”, w to miejsce awansują różni szarlatani, duchowi kuglarze, szalbierze i zwykli integryści, fundamentaliści czy fanatycy, chcący cofnąć wehikuł historii.
Tu wychodzi na jaw dwoistość, antynomiczność i wewnętrzna sprzeczność - a przede wszystkim jej niekonsekwencja - liberalnej części elit kultury Zachodu (jak mówi m.in. brytyjski publicysta i historyk Timothy G. Ash - błękitni z obu stron Atlantyku powinni podać sobie dłonie ponad tą sadzawką w obronie idei Oświecenia), o których wspomina przywoływany wcześniej Bauman. Elity te, jako liberalne, wbrew zasadom, promowały w różny, najczęściej „krucjatowy”, sposób owe idee na całym świecie. Jest to z gruntu sprzeczne z multilateralizmem, wolnością wyboru czy lokalnymi doświadczeniami i historią innych kręgów cywilizacyjno-kulturowych.
Patrząc na sprzeciw wobec tych praktyk (będących często opozycją wobec metody, nie samych idei) poza łacińsko-atlantyckim kręgiem cywilizacyjno-kulturowym (czyli poza judeochrześcijańską tradycją), elity te nie zauważyły, że w ramach naszej kultury odrodziła się potężna opozycja, analogicznego chowu. Wykorzystuje ona religię jako taran przeciwko postępowi, liberalizmowi i wolności.
A proweniencja tej opozycji jest analogiczna jak fundamentalistów islamskich, fanatyków hinduistycznych czy sikhijskich terrorystów.
Dochodzi w końcu do tego, że teolog zachodnioeuropejski XX wieku mógł z niepokojem stwierdzić, iż pluralizm i wielość rozwiązań cywilizacyjno-kulturowych są na świecie zagrożone właśnie w związku z ekspansywnością i opresyjnością kultury Zachodu, będącej formą krucjaty. Zarówno religijnej jak i ekonomicznej. Cywilizacyjnej jak i mentalnej. A przecież to właśnie kultura Zachodu głosi od przeszło 300 lat wolność, demokrację, równość i swobody w kultywowaniu Inności. Nie wspominając o braterstwie i miłości bliźniego, nierozerwalnie związanymi z chrześcijaństwem.
Wywołanie wilka z lasu
Zachowując się jak rycerze krzyżowi, nietolerancyjnie, wrogo wobec wolności i cynicznie traktując pojęcie demokracji, mimo woli wywołano wilka z lasu we własnym domu. Teraz dorobek Oświecenia jest atakowany z dwóch stron – od wewnątrz i z zewnątrz. Ta ofensywa wszelkiej konserwy jest o tyle niebezpieczna, że elity są wyalienowane ze społeczności lokalnych, narodów czy innych większych grup społecznych. Poczuwają się raczej do ponadnarodowych, ponadklasowych, ponadrasowych czy ponadkonfesyjnych więzi korporacyjno - klanowych. To, iż po swej stronie mają prasę i media, o niczym jeszcze nie świadczy i nic nie znaczy. Bo przeciwnik też okopał się na tych samych pozycjach. Dżihad, walcząc z McŚwiatem (żeby przywołać paralelę Benjamina Barbera), posługuje się skutecznymi metodami utożsamianymi do tej pory jednoznacznie z nowoczesnością. I dlatego to jest podwójnie niebezpieczne.
Krucjata jest jedną (i nieodłączną) z form prozelityzmu czy apostolstwa immanentnych chrześcijaństwu, islamowi czy hinduizmowi (zresztą w każdej religii tkwi pierwiastek eksportu wiary – w najmniejszym stopniu dotyczy to ortodoksyjnego judaizmu, gdzie wiara religijna jest związana bezpośrednio z pochodzeniem etnicznym). To połączenie walki i wiary religijnej: cnót rycerskich, męskich i sił witalnych z bogobojnością, idealizmem, potrzebą transcendencji i poddaństwem.
Rewitalizacja wierzeń religijnych, wzrost liczby ortodoksyjnych adherentów i fanatycznych wyznawców grozi – przy równoczesnym postponowaniu wszystkiego co nowoczesne, modernistyczne czy neutralne światopoglądowo) – powrotem dawnych czasów krucjat, ostracyzmu wobec Innego czy aktami przemocy w stosunku do niewiernych. O ateizmie i agnostycyzmie nie warto tu nawet wspominać. Zwłaszcza, gdy do tego dochodzi wszechobecny uwiąd racji rozumu i deprecjacja empirii w stosunku do mistyki, ezoteryki, okultyzmu, osjanizmu czy zwykłego transcendentalnego szaleństwa. Te tendencje uwalniają z kolei ludzi w nich pogrążonych od samych siebie, od wolności, od decydowania i odpowiedzialności, od samodzielnego i krytycznego myślenia, od autonomicznych i bezstronnych wniosków.
Nowy porządek świata - gotowy
Typowym przykładem takiej krucjaty jest wielonakładowa książka pt. Nowy porządek światowy Pata Robertsona, jednego z prominentnych reprezentantów Nowej Prawicy Chrześcijańskiej w USA (przy którym niedoszły komisarz UE Rocco Buttiglione jawi się jako skrajny libertyn), która zdominowała w ostatnich latach amerykański dyskurs publiczny w przedmiocie kontrowersji światopoglądowych i codziennej praktyki demokratycznego państwa. Książka ta, zajmująca w swoim czasie pierwsze miejsce na liście bestsellerów New York Timesa jest swoistym manifestem przeciwko spiskowi pijaków, narkomanów i handlarzy narkotykami, komunistów i socjalistów, dyktatorów różnej maści, chciwych handlarzy pieniędzmi i bankierów, rewolucyjnych skrytobójców i proaborcjonistów, jajogłowych, liberałów, zboczeńców, cudzołożników i ateistów.
W tej światowej konspiracji przeciwko Dobru znaleźli się zdaniem Robertsona także iluminiści postępu i wolności, ONZ i jego wszystkie agendy oraz światowa masoneria. Wszyscy oni „próbują zniszczyć wiarę chrześcijańską”, a przecież „jedyny sposób na porządek i pokój na świecie to przestrzeganie dziesięciorga przykazań”.
Tego typu postawy i poglądy zdobywają, niestety, coraz szerszy oddźwięk w opinii publicznej współczesnego świata. Wygląda na to, że nie chcemy mieć nic wspólnego z wartościami utożsamianymi z elitami. Odrzucamy to, co w jakikolwiek sposób kojarzone jest z wredną, samolubną oszukańczą i bezczelnie bogatą socjetą nadającą kierunek rozwoju i wizję dzisiejszej rzeczywistości.
Powtórka z historii staje się więc całkiem realna, gdyż zacietrzewienie, nienawiść i żarłoczna chęć naprawy (czyli powrotu do dawnych, dobrych czasów paternalizmu) po stronie czystych, nieskazitelnych oddziałów i coraz liczniejszych zastępów Osobistych Przyjaciół Pana Boga jest przerażająca.
Radosław S. Czarnecki
Red. Zapraszamy też do lektury poprzedniego artykułu Autora - Rewitalizacja wierzeń religijnych i co z tego może wyniknąć
- Autor: Radosław S. Czarnecki
- Odsłon: 3262
Świecka ideologia, mobilizująca ludzi do działania, jest w istocie nowoczesnym systemem wierzeń religijnych, tylko odwołującym się do poczucia racjonalności.
Jakob Leib Talmon
Znakomita znawczyni religii i wierzeń religijnych Karen Armstrong stwierdza (w książce „Imię Boga”), że „niektóre grupy społeczne nigdy nie będą w stanie pojąć ideologii, zostały bowiem zainfekowane uprzednio przez fałszywą świadomość. Ideologia jest zamkniętym systemem, który nie może sobie pozwolić na rzetelną konfrontację z innymi poglądami”. Jest to jakby uzupełnienie zacytowanej myśli Jacoba Leib-Talmona (1916-80), prof. Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie, historyka i politologa urodzonego w Polsce w rodzinie ortodoksyjnych wyznawców judaizmu.Talmon uważał wszelkie nowożytne ideologie za przedłużenie religijnych systemów panujących w cywilizacji Zachodu, poczynając od późnego antyku. Karen Armstrong - swym determinizmem - jak i Jacob Talmon - swoim zdystansowaniem do wszystkiego co związane z modernizmem i postępem (gdyż wszystko już było i jest echem dawnych idei), przyznają pośrednio rację Baruchowi Spinozie mówiącemu, iż każda determinacja jest negacją (Omnis determinatio negatio est). Im bardziej coś jest zdeterminowane, tym mocniej jest ograniczone i tym samym neguje otaczającą rzeczywistość. Źródło fałszywej świadomości
Mocno zakorzeniony od czasów Oświecenia jest pogląd, iż religia jest źródłem tzw. fałszywej świadomości, a instytucje religijne są ośrodkami dyrygującymi ludzką mentalnością na nutę konserwatyzmu, tradycjonalizmu, często – ortodoksji, purytanizmu czy nawet fundamentalizmu religijnego. Ludzie zacięcie walczyli o ideały Epoki Rozumu: wolność, równość, braterstwo, szczęście ludzkie, sprawiedliwość społeczną. Ta świecka ideologia mobilizująca masy ludzkie do działania – jak sądzi wspomniana Karen Armstrong – jest nowoczesnym systemem religijnych wierzeń, tyle iż odwołujących się do poczucia racjonalności.* Czy istnieją podstawy do takiego spojrzenia na to zagadnienie? Czy rzeczywiście racjonalizm jest kolejnym wcieleniem mitu towarzyszącego ludzkości od zarania jej dziejów?
Współczesny świat traktując naukę jako swoistą ideologię, odchodząc od uświadomienia sobie jej aktualnych – choć ciągle przesuwanych – granic, dał do ręki religijnym kontrrewolucjonistom, purytanom i ortodoksom różnej maści potężną broń. Broń w postaci strachu przed nowoczesnością, jak również to, o czym pisał w swym wiekopomnym dziele Erich Fromm - możliwość ucieczki od wolności, ale tym razem „do przeszłości”. Bo współczesności, której nie rozumieją, często się boją. Panuje – jak twierdzi Karen Armstrong - od dawna przekonanie, że część ludzkości (z różnych względów) nie będzie w stanie pojąć i zrozumieć przyśpieszonego modernizmu (wraz z jego relatywizmem i ewolucjonizmem) z charakterystyczną tzw. płynną nowoczesnością, hurra-optymizmem i nienasyconym kultem życia. Występując więc przeciwko temu co uważają za racjonalizm i jego dziedzictwo, uważają, że zwalczają idee niegdyś rewolucyjne, a dziś – autorytarnie promowane i uchodzące za prawdy oczywiste. We własnym mniemaniu są więc jedynymi obrońcami demokracji, wolności i swobody myślenia.
Fryderyk Nietzsche, jeden z gigantów zachodnioeuropejskiej myśli zauważył, że „Wiara obdarza niekiedy błogością; błogość z żadnej idee fixe nie czyni prawdziwej idei; wiara nie przenosi gór; z pewnością wznosi je tam, gdzie ich dotąd nie było”. I owa płaszczyzna jest dziś najważniejszą strefą konfrontacji modernizmu i religianctwa, racjonalizmu i transcendencji, realizmu i mistycyzmu. Modernizacja i strach Im szybciej postępuje modernizacja, zarówno w przestrzeni przynależnej cywilizacji, jak i kulturze, tym bardziej jest ona powierzchowna, fasadowa i pozorna, i tym szersze masy pozostawia poza swoim wpływem. Oczywiście, chodzi o wpływ zrozumiały, zanurzenie się w postępie w sposób świadomy. Nie tabloidalny, przelotny. Bo ludzie nie włączeni świadomie, mentalnie nie przygotowani i nie przyjmujący modernizacji jako czegoś naturalnego (wynikającego z ewolucji), nie pojmą nigdy jej istoty. I prędzej czy później ją odrzucą, przechodząc na pozycje proponowane im przez religijnych oszustów i fundamentalistycznych szalbierzy.
Strach jest przeważnie irracjonalny. Irracjonalny przez tworzone wyobrażenia przyszłości. Co później owocuje zazwyczaj wybuchami nienawiści, przemocy i agresji wobec Innego. Wyznawcy religii monoteistycznych, gdzie idea narodu wybranego przez Istotę Najwyższą jest szczególnie silna, gdzie prozelityzm jest niejako wpisany w ich doktrynę (a historia tych religii jest pełna masowych zbrodni, rzezi, masakr i linczów w imię miłości własnej wiary i swojego Boga), są niezwykle podatni na takie zachowania i taką mentalność. Naród wybrany jest zawsze w pojęciu wyznawców tych religii lepszy, bardziej moralny, posiada placet od Boga, ma szerzyć prawdziwą i zbawienną wiarę. Ma przywieść Innego (obojętnie jakimi metodami) do Prawdy.
Racjonaliści właśnie z tego tytułu, nigdy nie powinni traktować siebie jak naród wybrany. Bo to Sokrates ze swoim „Wiem, że nic nie wiem” (podstawą racjonalnego myślenia, popartego granicami poznania i możliwości człowieka) winien być dla nich alfą i omegą, a nie Paweł z Tarsu - właściwy twórca chrześcijaństwa i mentor Kościoła katolickiego.
Nowoczesny, racjonalny, progresywny, oświeceniowy sposób postrzegania świata to ziemska sakralizacja człowieka (jako „miary wszechrzeczy”), tak różna od dawnych mitów bogotwórczych. Ta apoteoza jednostki ludzkiej zrywa całkowicie z dotychczasową tradycją (zwłaszcza związaną z religiami monoteistycznymi, wywodzącymi się z Bliskiego Wschodu), przenosząc na Ziemię szczęście jednostki, zadowolenie, cel życia. W doczesność. Tu i teraz. Likwidując tym samym mityczne życie w zaświatach. I to też może budzić strach i przerażenie. Religia i mit Każda religia wiąże się bezpośrednio z mitem. Mit w sensie przedmiotowym to opowiadanie udramatyzowane, często symboliczne, wyrażające ludzkie doświadczenie świata jako rzeczywistości sakralnej. Objawia modele wszelkich obrzędów i ludzkiej działalności, w których doznaje się religijnego (lub quasi-religijnego) doświadczenia świata. W języku potocznym mit jest synonimem fikcji, tego co nieprawdziwe, nierealne, irracjonalne. Mit od XIX wieku (ewolucjonizm, scjentyzm, rozwój nauki i techniki) postrzegany jest jako coś przednaukowego, nienowoczesny sposób myślenia, niemodernistyczna i zacofana forma odbioru i opisu rzeczywistości.
Mit posiada jeszcze jedną, niezwykle charakterystyczną cechę. Sam z siebie, co prawda, nie wymaga czci oraz nie generuje przemocy czy agresji. Jednak kiedy przedmiotem mitu, i przy tym ubóstwienia, staje się konkretny człowiek lub instytucja religijna (np. Kościół katolicki, rabinat, imamat, czy współczesne formy kalifatu), wyznawcy samoczynnie zamieniają się w niewolników. Stają się najemnikami szerzenia Prawdy. Tych można dowoli omamiać, sterować nimi, manipulować ich świadomością, obiecywać lepsze życie w zaświatach. Jak pisze Stefan Bratkowski („Kto na to pozwolił?”) - „przymus i w następstwie terror są jedynie konsekwencją prawa rządzących do podporządkowywania sobie tych poddanych”. I tak dzieje się zawsze – zarówno, gdy obiektem deifikacji staje się państwo, instytucja religijna, charyzmatyczny przywódca, nawiedzony guru, czy mistycznie pojęta wspólnota.
We współczesnym religioznawstwie dominuje nurt rewaloryzacji mitu. Przyczyniły się do tego zapewne w dużej mierze badania Karla Junga i jego szkoły, wykazujące na jego zakorzenienie w najgłębszych pokładach psychiki ludzkiej. Także postęp w naukach antropologicznych pozwolił na zmianę stosunku i opisywania mitu jako określonej kategorii. Jak zauważa jeden z największych teologów katolickich XX wieku Karl Rahner, pojęcie mitu nierozerwalnie jest związane z językiem religijnym i z rozumieniem egzystencji człowieka. Każde pojęcie opowiadające o rzeczywistości metafizycznej, bądź religijnej (jako leżącej poza sferą bezpośredniego doświadczenia), musi się posługiwać wyobrażeniami, które nie są pierwotnymi wyrazami tej rzeczywistości, ale które pochodzą z innego źródła. Jeżeli przyjmujemy następnie, że to wyobrażenie nie jest statycznym obrazem, ale ma charakter wyobrażenia dramatycznego, wydarzeniowego, to będziemy mogli skonkludować, że każda wypowiedź metafizyczna, albo religijna, ma charakter mityczny lub podlega interpretacji w kategoriach mitu.
Mit jako rzeczywistość żywa i przeżywana podlega - podobnie jak zjawisko religii - deformującym procesom historycznym, społecznym, kulturowym, itd. W ich wyniku zdegradowany on zostaje do rzędu pewnego rodzaju literatury, opowiadania, nie branego całkiem serio. Wzrastająca rola mediów we współczesnym świecie poszerza to pole dla mitologii i mitomaństwa. Zdaniem niektórych religioznawców, ostatnim stadium degradacji mitu stanowią opowiadania folklorystyczne, klechdy i baśnie ludowe. Do tej kategorii można zakwalifikować też newsy tabloidalne.
Współczesny homo religio sus
Bez względu więc na zajmowaną pozycję religii, na podstawie współcześnie zachodzących procesów, nie da się w przewidywanym okresie wyeliminować jej z przestrzeni publicznej. I mówienie o tym w sposób aprioryczny, kategoryczny, dogmatyczny (jako przekonanie immanentne racjonalizmowi) jest nierealistyczne, życzeniowe i tym samym – irracjonalne. Ba, potwierdzałoby się w takim wypadku skłonności ideologiczne i fundamentalistyczno-aprioryczne tego prądu mentalno-praktycznego, tego sposobu opisu świata i procesów w nim zachodzących (jest to bez wątpienia system holistyczny), będącego próbą wyzwolenia człowieka właśnie z mitologii, aprioryzmu, dogmatyzmu i antyewolucjonizmu.
Niektórzy religioznawcy, socjologowie, antropolodzy, ukuli nawet pojęcie homo religiosus – człowiek, istota religijna, osoba ukierunkowana ze swej istoty na transcendencję. Czy tak jest na pewno? Religia i doświadczenie sacrum towarzyszą człowiekowi od zarania jego dziejów, nie oznacza to jednak, że tak musi być zawsze. Religie żyją, ewoluują, zmieniają się mieszając wzajemnie (tzw. synkretyzm religijny - bo nie są to byty statyczne, nadane z góry przez Absolut), co świadczy o ich ziemskiej, społecznej, kulturowo-cywilizacyjnej proweniencji. Wulgarny racjonalizm, prostacko i prymitywnie utożsamiający człowieka i jego byt wyłącznie z materialną stroną doczesności przynosi więcej szkód idei Oświecenia – która jest tu podstawą i początkiem procesów modernizacyjnych w dzisiejszym wymiarze – niż religijność oparta o standardowe pojęcia trwania, przyzwyczajenia, tradycjonalizmu.
Postmodernistyczny zachłanny konsumeryzm, tzw. zakupizm, czy niczym nieograniczony hedonizm - preferowane kosztem nauki, racjonalnie pojętej duchowości (czyli życia wewnętrznego), otwarcia na sztukę, literaturę, różnorodne idee czy światopoglądy, etc. - zubożają człowieka, irracjonalizując jego jestestwo, czyniąc podatnym na różne szamanizmy (nawet nie transcendentno-mistycznego pochodzenia).
To stąd bierze się taka popularność tarotów, kabał, horoskopów, przeróżnych przepowiadaczy przyszłości, wróżek i wróżbitów.
To za tym idą tabuny teleewangelistów, nawiedzonych mesjaszów, religijnych magów i pospolitych oszustów węszących w tym religijnym tyglu swój utylitarny interes.
To stąd bierze się m.in. powrót do praktyk egzorcyzmów, wypędzania szatana i publicznego odczyniania złego – tu niechlubna rola Polski w tym średniowiecznym nawrocie kołtuństwa i filisterstwa jest znamienna.
To tu tkwi wzrastająca obecność i popularność polityków (oraz ugrupowań politycznych) szermujących argumentacją religijno-teologiczną, nadużywających uzasadnień – dla swego istnienia – kwestiami sakralno-transcendentalnymi.
Wspominany już Erich Fromm napisał w „Ucieczce od wolności”, że „Nowoczesny człowiek żyje w iluzji, że wie, czego pragnie – gdy tymczasem, pragnie dokładnie tego, czego się od niego oczekuje, że będzie pragnął”. Sens tego powiedzenia jest współcześnie, przy takim znaczeniu mediów i ich tabloidyzacji, wzrastającej ciągle roli religijnych fundamentalizmów i nachalnym prozelityzmie religijnym, niesłychanie adekwatny do tematu dysputy nad rolą religii w dzisiejszym świecie. I do zadań stawianych przez modernizm racjonalistom i humanistom.
Radosław S. Czarnecki *O związkach religii z nauką pisał prof. Wiesław Sztumski w SN nr 4/09 - Nauka i religia - osobno czy razem?
- Autor: Radosław S. Czarnecki
- Odsłon: 3056
Uważa się, że rodowód wielu współczesnych organizacji zaliczanych do ugrupowań terrorystycznych sięga wierzeń religijnych. Nie bierze się pod uwagę innych proweniencji: nacjonalistycznych, antykolonialnych, marksistowskich, ani motywacji politycznych, które są podstawą ich działalności.
Światowy terroryzm to fałszywe pojęcie.
Funkcja dyskursu terroru polega na tym,
że stanowi pretekst dla metamorfozy
liberalnego kapitalizmu w kapitalizm autorytarny.
Ten zwrot post-demokratyczny łączący Waszyngton
z Moskwą i Pekinem będzie wielkim tematem
półwiecza, które mamy przed sobą.
Peter Sloterdijk
Obecnie media i elity polityczne przy okazji omawiania problematyki terrorystycznej podnoszą nad wyraz elementy religijne i ich rolę w podejmowaniu przez jednostki działalności terrorystycznej, jakby to one były główną „sprężyną” ich działania. Jest to ucieczka przed zgłębieniem politycznych i społecznych źródeł tego typu działań, gdyż analizując je, trzeba byłoby spojrzeć w lustro, zajrzeć w swoje dokonania i retorykę stosowaną od lat, a przeznaczoną dla tzw. ludu - karmienie go fantazmatami o szansach, możliwościach i perspektywach, jakie daje gospodarka rynkowa, a ściślej mówiąc - kapitalizm w wydaniu laissez faire. Retorykę ociekającą terminami: wolność, demokracja, swobody obywatelskie, postęp, humanizm, prawa człowieka, a kryjącą faryzeizm, obłudę, pospolity fałsz, utylitarne (często niskie) zamiary i najzwyklejsze kabotyństwo.
Ta retoryka i takowa narracja, poprzez stwarzanie różnorakich iluzji oraz mirażu równych szans, rodzi u ludzi nadmierne oczekiwania od polityków, mainstreamu i tego systemu. Kapitał, który rządzi, nie stwarza bowiem równych szans startu. W tym właśnie upatrywać należy zaprzeczenia wzniosłości idei Oświecenia, gdzie każdy obywatel, każdy człowiek miał być podmiotem, nie przedmiotem. I nie chodzi tu o obiecanki-cacanki, nigdy nie spełniane, czy złudzenia powszechnej szczęśliwości, lecz o traktowanie człowieka jako osoby ludzkiej, jego godność, o humanizm i człowieczeństwo.
Terroryzm współczesnych dekad nie jest cechą naszej epoki. Od wieków zdesperowani osobnicy sięgali po takie metody jak nóż, trucizna, miecz, potem – bomba, itd. Czyż zabójstwo Juliusza Cezara w święto Id marcowych w 44 r. p.n.e. nie miało znamion terrorystycznego zamachu? Spiskowcy mieli działać na rzecz przeciwdziałania tyranii, jaką ponoć niosły koncepcje polityczne Gajusza Juliusza Cezara. Jednak efekty ich czynu nie zaowocowały w żaden sposób (dziś byśmy powiedzieli, że była to arystokratyczna zmowa inteligencko-kanapowej opozycji).
Sykariusze i zeloci
Na przełomie dwóch er, w ogarniętej niepokojami Judei pod rządami Heroda Wielkiego i jego sukcesorów powstał ruch odwołujący się do działalności zorganizowanej, opartej o argumenty religijne oraz indywidualny terror. Ci fanatycy zwani sykariuszami (radykalny odłam zelotów), znani również z adnotacji nowotestamentowych, byli szczególnie aktywni w latach 50.-70. n.e. Do ich przywódców należeli Menachem i Eleazar ben Jairowie oraz Szymon bar Giora. To tak, jak Osama ibn Laden czy Abu Bakra al-Baghdadi w naszych czasach.
Żydowscy sykariusze z I w. n.e. byli zadeklarowanymi przeciwnikami władzy rzymskiej, zasadniczo obojętnymi wobec sporów religijnych (o czym piszą znawcy tematyki tak różni jak np. Karlheinz Deschner czy Bruce Hoffman), choć posługiwali się narracją klerykalną i rabinacką. Religia była dla nich tylko orężem w walce de facto narodowo-wyzwoleńczej. Ich sposobem walki były mordy w tłumie przy użyciu krótkich sztyletów o wąskiej, zakrzywionej klindze (łac. sica), które wbijali w plecy przyszłych ofiar (najczęściej miało to miejsce w Jerozolimie, gdy miasto opanowywały gromady pielgrzymów).
Ich działalność polegała na zabójstwach prawdziwych bądź rzekomych kolaborantów, bogatych reprezentantów arystokracji (sprzyjających Rzymianom), pojedynczych rzymskich żołnierzy lub funkcjonariuszy administracji. Dokonywali ich publicznie, na oczach jak największych tłumów (efekt propagandowy, dziś - medialny). Gdy ofiara padała martwa na ziemię, manifestowali swe oburzenie i wzywali pomocy (dokładne opisy ich aktywności i doktryny znaleźć można u Józefa Flawiusza, zromanizowanego Żyda z Aleksandrii, naocznego świadka i uczestnika tamtych wydarzeń, znanego aleksandryjskiego historyka i dziejopisarza). Ponadto trudnili się zatruwaniem studni na pustyniach Palestyny, wlewaniem trucizn do bukłaków i kadzi z płynami wystawianych na targach czy na zapleczu domów itd. Widać stąd, że ataki chemiczne terrorystów we współczesnym świecie nie są więc niczym nowym.
Zeloci mieli też poparcie części stronnictwa arcykapłańskiego, nastawionego nacjonalistycznie i ksenofobicznie wobec hellenizującej się społeczności Palestyny (mieszkali tu nie tylko wyznawcy judaizmu, Żydzi o innej niźli purytański jahwizm obediencji, ale i mnóstwo Greków – zwłaszcza w miastach nadmorskich – Fenicjan oraz potomków ludów zamieszkujących Kanaan przed przybyciem Żydów), m.in. Eleazara Ben Szymona, Zachariasza Ben Phaleki czy Jana z Gischali.
Podczas oblężenia przez Rzymian Jerozolimy zdecydowali oni o obsadzaniu stanowiska arcykapłana drogą losowania. To gwałciło w jawny sposób tradycję, gdyż arcykapłani jerozolimskiej świątyni Jahwe wywodzili się z jednego rodu (mitycznego Sadoka, arcykapłana z czasów Salomona) i ugrupowania polityczno-religijnego, stanowili arystokrację rządzącą ówczesnym Izraelem. Dzięki zabiegowi zastosowanemu przez stronnictwo zelotów, ostatnim arcykapłanem został Fanni, syn Samuela, kamieniarz nie pochodzący z rodu kapłańskiego. Po upadku Jerozolimy zeloci uciekli do Masady, gdzie walczyli aż do samobójstwa jej obrońców w 73 r. n.e. Na czele obrońców stał wtedy wspomniany Eleazar ben Jair.
Nizaryci
Kolejnym historycznie przykładem terroryzmu mogącego mieć ewentualnie podłoże religijne są nizaryci (inaczej – asasyni). Działali na początku II tysiąclecia (1090 – 1272) na obszarach dzisiejszej Syrii, płn. Iraku i Iranu. Nizaryzm to radykalna sekta czy wspólnota muzułmanów szyickiej proweniencji, pozostająca w zdecydowanej opozycji wobec dominującego w islamie nurtu sunnickiego.
Założycielem tej sekty na terenie ówczesnej Persji był charyzmatyczny szejk Al-Hasan ibn as-Sabbah znany bardziej w literaturze i przekazach jako Starzec z Gór (1056-1124). Ich ortodoksyjna i purytańska, religijno-polityczna doktryna oparta została na ismailizmie, jednym z głównych odłamów szyizmu.
Nauka nasycona była mistycyzmem, ezoteryzmem i tajemniczością, a sama działalność oparta na konspiracji oraz akcjach z ukrycia. Takie opinie na temat asasynów krążą po dziś dzień, a utrwalane są tym, iż wszystkiej dokumenty oraz archiwum zgromadzone w twierdzy Alamut (siedziba Starca z Gór) zostały zniszczone podczas zdobycia i doszczętnego splądrowania przez Mongołów pod wodzą Hulagu-chana (1256).
Nazwa asasyn wiąże się z narkotycznym odurzeniem, pod wpływem którego adept przygotowywany do udziału w akcji miał wizje raju i szczęśliwości tam zażywanych. To odurzenie powodowano haszyszem, czyniąc z członków wspólnoty osoby uzależnione, pospolitych narkomanów (arabskie wyrażenie haszszāszijjūna oznacza tyle, co „pod wpływem haszyszu", stąd miała się wziąć nazwa tego zakonu skrytobójców, choć równie dobrze może chodzić w niej o „synów Hasana").
Miano asasynów przylgnęło w okresie wypraw krzyżowych do sfanatyzowanych skrytobójców walczących podstępem z krzyżowcami najczęściej za pomocą sztyletów (potem także z osobami niewygodnymi politycznie czy religijnie, co uczyniło z nich płatnych zabójców wynajmowanych do załatwiania pospolitych porachunków). Działali pojedynczo lub w małych komandach. Wzbudzali tak powszechną grozę, że z czasem stali się synonimem bezlitosnych morderców. Podobno, jeśli chodzi o pewne kwestie organizacyjne, wzorowali się na nich templariusze.
Główna siedziba nizarytów/asasynów Alamut (współczesny Gazorkhan w płn. Iranie) mieściła się w niedostępnym miejscu, silnie ufortyfikowanym i otoczonym górami Elburs, skąd dokonywano terrorystycznych rajdów w komandach, albo pojedynczo. Analogia z dzisiejszą sytuacją, gdzie różne klony al-Kaidy prowadzą działalność terrorystyczną, nasuwa się sama.
W okresie swej największej prosperity (II połowa XII w.) asasyni opanowali szereg twierdz i fortów zlokalizowanych najczęściej w niedostępnych regionach Bliskiego Wschodu – zarówno na terenach podporządkowanych Abbasydom, jak i wchodzącym w skład imperium Seldżuków czy egipskich Fatymidów.
Thugowie
I wreszcie historia thugów. Angielskim słowem thug opisuje się bandytę, łotra, opryszka, zbója. Thugowie była to tajna organizacja w Indiach na kształt bractwa religijno-zawodowego, rodzaj specyficznego cechu skupiającego Hindusów rozmaitych wyznań (należeli do niej zarówno wyznawcy różnych denominacji hinduizmu, jak i miejscowi muzułmanie). Jej członkowie pod pozorem oddawania czci bogini Kali (bóstwo przemocy, śmierci, władzy nad demonami) mordowali niewinnych, najczęściej przypadkowych, podróżnych. Działalność thugów przypada na XIII – XIX wiek i w tym okresie cele tej morderczej sekty ulegały ewolucji.
Zasadniczą ideą działalności thugów były morderstwa rytualne wybranych osób (ale bez przelewania krwi), dokonywane przez uduszenie jedwabnym sznurem (hind. rumal). Taki sposób zabijania ofiar związany był z jednym z mitów dotyczących bogini Kali oraz wymogów rytualnych.
Zdobyte podczas działań sekty przedmioty dzielono wśród członków grupy, a część jako wota składano bogini Kali. Ewolucja i powszechność tego procederu doprowadziły z czasem do tego, że wiele grup przedstawiających się jako thugowie, de facto z owego procederu uczyniło intratne źródło dochodów, nie mających żadnych odniesień religijnych czy liturgiczno-rytualnych.
Organizacje thugów działały nielegalnie, często cieszyły się jednak cichym poparciem ze strony lokalnych radżów, którzy w zamian za ochronę zmuszali członków organizacji do wydania (niekiedy znacznej) części łupów. Pewny dochód w strukturze ówczesnych, feudalnych Indii miał swoje niebagatelne znaczenie z uwagi na powszechne ubóstwo i rozproszenie władzy.
Na co dzień członkowie sekty prowadzili normalne życie, nie wyróżniając się niczym z reszty społeczeństwa, ale mieli rozwiniętą doskonale sieć informatorów, zwłaszcza jeśli chodziło o karawanseraje. Niewątpliwie fory do prowadzenia takiej działalności dawała współpraca z lokalnymi władzami (radżami).
Liczbę ofiar owych zabójców czy terrorystów (jak dziś byśmy ich nazwali) trudno oszacować - waha się od 500 tysięcy do nawet 2 milionów. O masowej skali mordów może świadczyć fakt, iż przywódca jednej z takich grup, Behram z Bengalu (XIX w.), przyznał się do własnoręcznego uduszenia 125 osób i asysty przy 931 morderstwach. Anglicy rozprawili się z thugami, likwidując ich fizycznie po umocnieniu się brytyjskiego panowania w Indiach w 2. połowie XIX w.
Ukryte motywacje
Jak więc widać, religia może być motywem działalności terrorystycznej, ale zasadnicze źródła tego procederu są często zawoalowane szczelną zasłoną symboli, mitów czy klasowych, bądź politycznych uwarunkowań. To także tradycja, sprzeczności społeczne, nierówności ekonomiczne i wykluczenie (jednostkowe bądź grupowe). Gdy żydowski morderca premiera Izraela Icchaka Rabina, student prawa z uniwersytetu Bar Ilan, Jigal Amir wykrzykiwał na sali sądowej podczas rozprawy: „Nie żałuję. Działałem sam i z rozkazu Boga”, była to tylko manifestacja fałszywej pobożności i retoryka miła uszom ortodoksów, efekt określonej narracji czy środowiskowej presji, mającej być de facto politycznym manifestem. Zasadniczym powodem, który zmusił tego ultraprawicowego i ortodoksyjnego Żyda do zabójstwa, był politycznie uwarunkowany sprzeciw wobec ewentualnych porozumień na linii Izrael – Palestyńczycy.
Podobnie ma się rzecz ze wszystkimi terrorystami, odwołującymi się do uzasadnień religijno-teologicznych, tak obficie ujawniających się w dzisiejszym świecie. Dotyczy to zarówno Muhammada Aty as-Sajjida, Timothy McVeigha, Mohammeda Bouyeriego, Jarnaila Singh Bhindranwale’go, jak i Scotta P. Roedera.
Także niesławnej pamięci Eligiusz Niewiadomski swój czyn okrasił katolicką tożsamością, potwierdzoną wielokrotnie przez polską prawicę narodową (kojarzącą Polaka wyłącznie z katolicyzmem nadwiślańskiego rytu) i milczeniem Episkopatu. Podobnie ma się rzecz z Januszem Walusiem, innym nadwiślańskim terrorystą, góralem z pochodzenia, podkreślającym swą wiarę religijną i rasową przynależność, odsiadującym karę dożywotniego wiezienia za zabójstwo Chrisa Haniego, południowo-afrykańskiego działacza politycznego, przeciwnika apartheidu.
Waluś, osoba niezwykle religijna, postrzegająca otaczającą rzeczywistość wyłącznie w kategoriach dobra i zła, przekonana o swojej misji i łasce otrzymanej bezpośrednio od swojego Boga, sakralizuje swoją działalność, powołując się na boską legitymację. Terroryzm – według takiego pojmowania - winien więc nabrać charakteru sakralnego.
Reakcja duchowieństwa, podgrzewającego w kazaniach i naukach religijnych żar i potrzebę ofiary (jako czegoś mitycznego, wzniosłego, „miłego Bogu”), celebrującego i gloryfikującego cierpienie, jest tylko kurtyną kryjącą doczesne, utylitarne i przyziemne aspekty takich działań.
Radosław S. Czarnecki
- Autor: Leszek Stundis
- Odsłon: 6216
Od czasu pojawiania się instytucji małżeństwa w większości kultur dziewictwo stało się usankcjonowanym dowodem czystości przedmałżeńskiej. W miarę rozwoju religii stopniowo stało się symbolem czystości sakralnej.
W chrześcijaństwie zostało podniesione do rangi świętości poprzez osobę Matki Bożej, Dziewicy Maryi i akt Niepokalanego Poczęcia.
Zanim pojawiły się dogmaty
Przedchrześcijańskie religie Wschodu miały bardzo ambiwalentny stosunek do dziewictwa. Obok powszechnie respektowanych zakazów dotyczących współżycia przedślubnego, na Bliskim Wschodzie i w Indiach istniały świątynie, w których odbywała się prostytucja sakralna. Dopiero religia judaistyczna, objawiona w słowach Starego Testamentu, zmieniła zasadniczo tę sytuację. W Księdze Powtórzonego Prawa wyraźnie jest sformułowany zakaz uprawiania prostytucji sakralnej przez „córki Izraela”.
Z kolei szóste przykazanie Dekalogu zakazuje cudzołóstwa, które obejmuje, obok zdrady małżeńskiej, także utratę dziewictwa przed ślubem. W Księdze Powtórzonego Prawa zawarte są bardzo szczegółowe nakazy dotyczące obowiązku zachowania czystości przedmałżeńskiej i kary przewidywane za ich złamanie.
W świecie greckim
W starożytnej Grecji dziewictwo po raz pierwszy nabrało cech świętości w znaczeniu religijnym za sprawą kultów niektórych bogiń. Dziewicą była Atena, której z tego tytułu przysługiwał przydomek Partenos. Podczas dorocznych świąt ku czci Ateny, panatenajów, najważniejszym punktem ich obchodów była procesja z udziałem bogato przystrojonego posągu bogini, której towarzyszył zastęp młodych dziewcząt. Dziewczęta te symbolizowały boską czystość bogini. Z kolei szatę bogini tkały cztery dziewice, wywodzące się z najznamienitszych domów ateńskich, co również podkreślało znaczenie czystości w sensie rytualnym.
Dziewictwo było także atrybutem bogini łowów i myśliwych Artemidy, która w tym aspekcie występowała jako opiekunka godów małżeńskich oraz boska patronka młodych dziewcząt i chłopców. Według najstarszych zapisów mitologii greckiej, dziewiczość Artemidy wynikała z faktu, że z własnej woli postanowiła pozostać w stanie panieńskim. Dowodzi to, że już w epoce archaicznej instytucja małżeństwa i dziewictwo zostały ze sobą genetycznie związane. Zwraca również uwagę fakt, że zarówno Atena, jak i Artemida uosabiały męstwo i siłę, tak więc dziewictwo symbolizujące czystość, było również symbolem boskiej mocy.
Do grona greckich dziewic zaliczana jest również Atalanta, choć jej mitologiczny rodowód nie jest tak jednoznaczny. Przede wszystkim nie była boginią. W obu najbardziej znanych wersjach mitu jej rodzicami byli ludzie, a nie bogowie. W wersji arkadyjskiej Jasos i Klimena, w wersji beockiej król Schojneus (eponim miasta Schojnos), oraz królowa Temisto. Jednak podobnie jak Artemida była czczona przez myśliwych. Często występowała również w orszaku Artemidy, ubrana tak jak i ona w krótką, męską tunikę. Ich losy również układały się podobnie, przynajmniej w odniesieniu do mężczyzn. Artemida zabiła Oriona, który według jednej z wersji mitu chciał ją uwieść. Atalanta postąpiła tak samo z usiłującymi pozbawić ją czci centaurami Rajakosem i Hylajosem. Jednak Atalanta w pewnym momencie została poddana próbie, której jako kobieta śmiertelna nie zdołała sprostać. Nie chcąc wychodzić za mąż zapowiedziała, że tylko ten może zostać jej mężem, kto zdoła ją dogonić. Dokonał tego Hippomenes, rzucając w trakcie wyścigu złote jabłka, po które schylała się Atalanta. O jej późniejszych małżeńskich losach niewiele wiadomo. Istnieje mit, który mówi, że Atalanta w czasie łowów kalidońskich związała się przelotnie z Meleagrem i za jego przyczyną powiła syna Partenopajosa. Imię dziecka, znaczące tyle co Syn Dziewicy wskazywało, że matka nawet po urodzeniu zachowała dziewictwo.
Rzymska cnota
W starożytnym Rzymie najważniejszą boginią-dziewicą była Westa, opiekunka domowego ogniska. Jej kult, wywodzący się zapewne z czasów przedrzymskich, nakładał na jej kapłanki bardzo surowy obowiązek przestrzegania ślubów czystości w czasie pełnienia służby w świątyni. Jedynie pierwsza znana z imienia mityczna westalka Rea Sylwia została matką w trakcie kapłaństwa, ale stało się tak za sprawą boga Marsa, a nie z jej złej woli. Z jej związku z Marsem przyszli zresztą na świat Romulus i Remus, którzy zapoczątkowali legendarne dzieje Rzymu. Dzięki takiemu pochodzeniu Romulusa, założyciela Wiecznego Miasta, Rzymianie mogli nawiązywać do wcześniejszej tradycji i przyjąć Westę do swego panteonu. Tradycja królewskiego Rzymu mówi zresztą, że kolegium westalek zostało ustanowione właśnie dzięki Rei Sylwii przez drugiego z kolei króla rzymskiego Numę Pompiliusza.
Rzeczywiste westalki były rekrutowane spośród dziewcząt w wieku od 6 do 10 lat, z najlepszych rodzin rzymskich. Do służby w świątyni powoływał je najwyższy kapłan (Pontifex Maximus). Do ich powinności należało przede wszystkim pilnowanie wiecznego ognia, który musiał stale płonąć w świątyni i składanie ofiar. Swoje obowiązki pełniły przez 30 lat. Po zakończonym kapłaństwie mogły opuszczać kolegium westalek i wychodzić za mąż, jednak wówczas traciły wszystkie swoje przywileje. Ogień w świątyni Westy uosabiał pomyślność domu i państwa. Jego wygaśnięcie było oznaką niepomyślnych wróżb dla kraju i za dopuszczenie do takiej sytuacji westalki były karane chłostą. Jeszcze surowiej karano je za złamanie ślubów czystości, gdyż wierzono, że taki czyn którejkolwiek z kapłanek Westy może przynieść państwu zgubę. Westalkę, której udowodniono cudzołóstwo, zamurowywano żywcem i skazywano na śmierć głodową.
Kult Matki Boskiej
Religia chrześcijańska wyrosła na gruncie Starego i Nowego Testamentu traktowała sprawę dziewictwa bardzo poważnie. Małżeństwo stało się w niej jednym z sakramentów, a więc obowiązek czystości przedślubnej miał wymiar boski, dziewictwo bowiem było darem danym od Boga. Po dziś dzień Kościół zaleca zachowywanie czystości przedmałżeńskiej, a biały welon podczas uroczystości ślubnej symbolizuje niewinność.
Maria, Matka Boska, została wybranką bożą, aby zrodzić Syna Bożego. Mówią o tym Ewangelie Św. Mateusza i Św. Łukasza w scenie Zwiastowania Maryi woli bożej przez anioła Gabriela. Obaj Ewangeliści jednoznacznie mówią o czystości Marii, bowiem w chwili Zwiastowania Maria była dopiero co poślubiona Józefowi. Anioł wyjaśnił Marii, że jej poczęcie będzie mieć charakter cudowny, bowiem stanie się za sprawą Ducha Świętego. Gdy Maria była brzemienna, Józef, widząc jej stan, „nie chciał narazić jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie” (Mt 1.19). Potraktował więc brzemienność Marii w sposób naturalny. Anioł pojawił się więc ponownie i tym razem boską prawdę objawił Józefowi. Jego słowa wykluczały wcześniejsze obcowanie fizyczne Matki Bożej przed poczęciem. Prawda o dziewictwie Marii przed zrodzeniem Jezusa Chrystusa została uznana przez synod laterański w roku 649 i zatwierdzona przez papieża Marcina II. Ostateczny wymiar dogmatu wiary z uroczystego ogłoszenia uzyskała w Konstytucji Dogmatycznej II Soboru Watykańskiego Lumen Gentium.
Teologowie dość długo rozważali kwestię dziewictwa Maryi podczas narodzin Jezusa oraz w późniejszym okresie jej życia. Prawdę o dziewictwie Marii w czasie cudownych narodzin jako pierwsi sformułowali św. Ambroży w IV wieku i św. Augustyn w V. Umocnił ją dekret Świętego Oficjum z roku 1961, choć oficjalnie nie został on ogłoszony. Niemniej wyraźnie mówią o niej również inne dokumenty Soboru Watykańskiego II, które zalecają takie przedstawianie czystości Maryi w katechezie. Tak więc prawda ta jest dogmatem z powszechnego nauczania. O dziewictwie Maryi po narodzeniu Chrystusa jako pierwsi mówili św. Hieronim i św. Augustyn wyraźnie dowodząc, że Maria, poświęcając się całkowicie Bogu, zachowała dziewictwo fizyczne i duchowe aż do śmierci.
Autorzy chrześcijańscy, a zwłaszcza Kościół katolicki, podkreślają, że akt narodzin Syna Bożego był jednocześnie naturalny i cudowny. Przeciwnicy tezy o zachowaniu przez Marię dziewictwie po cudownych narodzinach powołują się na tekst Ewangelii św. Marka, w którym wspomniani są ziemscy bracia i siostry Jezusa. Wynikałoby z tego, że Maria została normalną matką. Obrońcy jej natomiast dowodzą, że Ewangelista wspominał o jego kuzynach i dalszych krewnych nazywając ich braćmi i siostrami, aby podkreślić ich pokrewieństwo z rodem Jezusa. Nie wolno przecież zapominać, że Jezus pochodził z rodu Dawida, o czym wyraźnie mówi św. Mateusz na początku swojej Ewangelii (MT 1,1-17).
Kontrowersje na temat świętości Maryi w IV i V wieku rozstrzygnęli św. Ambroży i św. Augustyn, przedstawiając Maryję jako przeciwstawienie grzesznej Ewy, pramatki wszystkich ludzi. Na podobnym stanowisku stanął Sobór w Efezie w 431 roku. Dopiero w roku 1854 Pius IX stwierdził jednoznacznie w bulli Ineffabilis Deus, że Maryja jest Niepokalana i święta.
Należy jednak pamiętać, iż samo Niepokalane Poczęcie nie odnosi się bezpośrednio do dziewictwa Maryi, ale - jak głosi dokument - do faktu, że była jedyną kobietą, która „została zachowana jako nietknięta od zmazy grzechu pierworodnego”.
Leszek Stundis

