Naukowa agora (el)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 3887
- Autor: Andrzej P. Wierzbicki
- Odsłon: 5816
Przy szerokim rozumieniu pojęcia „kultura” jako całokształtu duchowego i materialnego dorobku społeczeństwa, slogan „triumf techniki nad kulturą” jest oczywistym oxymoronem. Technika jest częścią tego dorobku, a jak część może dominować nad całością? Świadczy to tylko o tym, że autorzy tego sloganu tak dalece nie rozumieją współczesnej techniki, że traktują ją jako coś odrębnego od kultury.
Jednakże użycie tak oczywistej sprzeczności wskazuje, że mamy tu do czynienia z narastającym problemem, zwłaszcza przy wąskim traktowaniu kultury, z pozycji nauk społeczno-humanistycznych.
Tyle tylko, że związana z tym problemem diagnoza pozostanie błędna, jeśli się nie zróżnicuje rozumienia pojęcia „technika” i będzie je stosować w ukrytym sensie społeczno-ekonomicznego systemu wykorzystania techniki. Bo to raczej ten system w swym współczesnym kształcie, a nie technika właściwa, triumfuje nad (wąsko rozumianą) kulturą. Jednakże błędna diagnoza nie pomaga w leczeniu choroby.
Prawidłowa diagnoza powinna raczej opierać się na analizie pytania: Jakie to cechy współczesnego społeczno-ekonomicznego systemu wykorzystania techniki mają negatywny wpływ na kulturowe aspekty rozwoju? Jest wiele takich cech, niektóre z nich nawet poprawnie opisane (N. Postman, 1995: Technoopol – Triumf techniki nad kulturą). Odrębną kwestią jest, co należy czynić, aby ten negatywny wpływ zniwelować.
Jednakże tutaj ograniczę zakres analizy, będąc przekonanym, że najsilniejszy wpływ na kulturowe zachowania ludzi ma dzisiaj telewizja. Zatem pytaniem zasadniczym jest, jak ograniczyć negatywne aspekty nowego społeczeństwa spektaklu, wynikającego z dodatniego sprzężenia zwrotnego pomiędzy techniką telewizyjną (wspomaganą techniką informacyjną, data mining oraz inżynierią wiedzy) a rynkiem reklam.
Reklamodawcy – przedsiębiorcy zlecający reklamy, pracownicy firm reklamowych opracowujący te reklamy, pracownicy telewizji wplatający reklamy w program – doskonale sobie zdają sprawę z potęgi i intuicyjnego oddziaływania przekazu multimedialnego, zatem wykorzystują go właśnie dla zwiększenia asymetrii informacyjnej.
Widzowie tylko podświadomie odczuwają, że są manipulowani; nie mają pełnej informacji o reklamowanych produktach, pamiętają tylko, że mówiono o tym pozytywnie w telewizji i nie rozumieją, dlaczego sami też traktują te produkty pozytywnie. Co gorsza, współczesna technika może być wykorzystana dla pogłębienia tej asymetrii.
Współczesne metody analizy danych i inżynierii wiedzy pozwalają na konstruowanie modeli zachowań użytkownika czy klienta na podstawie danych o jego dotychczasowych zachowaniach. Jeśli zatem wykorzystanie tej techniki będzie rozwijać się w dotychczasowym systemie, to może nastąpić realizacja następującego scenariusza telewizyjnego „Wielkiego Brata”.
W każdym telewizorze zainstalowana będzie kamera obserwująca użytkowników oraz mikroprocesor zbierający i przetwarzający dane o zachowaniu się użytkowników, ich mowie ciała, itp. Producenci telewizorów będą twierdzić, że ma to służyć poprawie interakcji użytkownika z telewizorem, np. automatycznemu wyłączeniu telewizora, jeśli użytkownik zaśnie.
Jednakże faktycznie dane o zachowaniu użytkowników będą zbierane centralnie przez Internet oraz wykorzystywane przez wielkie firmy*, np. dla poprawy jakości prognoz wyborczych, a nawet dla takiej modyfikacji reklam wyborczych, by najsilniej oddziaływały na wyborców. Także dla wzmocnienia skuteczności reklam produktów, ich dostosowania do indywidualnych modeli użytkowników, itp.
Wszystko to spowoduje dalszy wzrost asymetrii informacyjnej – ludzie nie będą sobie zdawali sprawy, jak dalece są manipulowani. Manipulacja taka będzie też wpływać negatywnie na wyższe wartości kulturowe: przekaz telewizyjny już obecnie kształtowany jest w celu maksymalizacji zysku reklamodawców, a nie rozpowszechniania wyższych wartości kulturowych. A to się jeszcze pogłębi.
Jak przeciwdziałać manipulacji?
Nie możemy zakazać działalności reklamowej (nie byłoby to rozsądne), ale trzeba ograniczyć swobodę działalności rynkowej w tym zakresie, bo takie wykorzystanie nowej techniki stwarza niebezpieczeństwo manipulowania ludźmi. Każde jednak ograniczenie działalności rynkowej, aby było rozsądne i skuteczne, musi opierać się na głębokiej wiedzy o przedmiocie ograniczenia.
Do takiego ograniczenia potrzebne jest nowe prawo, a prawo tworzą politycy i prawnicy, w większości kształceni bez głębszego zrozumienia nowej techniki.
Stąd wniosek: niemożliwe jest przeciwdziałanie niebezpieczeństwom tworzonym przez społeczno-ekonomiczny system wykorzystujący zaawansowaną technikę, jeśli kształcenie prawników i przedstawicieli wszelkich dziedzin społeczno-humanistycznych nie obejmie obowiązkowo przynajmniej trzech przedmiotów w zakresie nowej techniki.
Przedmioty te to robotyka - niezbędna dla właściwego rozumienia pojęcia sprzężenia zwrotnego, informatyka - nie tylko z elementami programowania komputerów, lecz także z elementami inżynierii wiedzy oraz inżynieria biomedyczna - niezbędna dzisiaj każdemu wykształconemu człowiekowi, m.in. w związku ze starzeniem się społeczeństw.
Inżynierowie już od kilkudziesięciu lat mają w swym wykształceniu przedmioty społeczno-humanistyczne - dlaczego w kształceniu społeczno-humanistycznym nie jest stosowana zasada wzajemności?
Technika – epokowy czynnik sprawczy
Technika właściwa jest oczywiście czynnikiem sprawczym, skoro narzędzia stosowane w określonej epoce cywilizacyjnej wpływają na sposób postrzegania świata i kreowania wiedzy, a także na stosunki społeczne. Jest wiele tego przykładów, np. wpływ komputeryzacji, robotyzacji oraz komunikacji internetowej na zmniejszający się popyt na pracę.
Jednakże nie jest to wpływ bezpośredni i bez sprzężeń zwrotnych. Twórcy narzędzi są także członkami społeczeństwa i kierują się własną wizją, jakie wynalazki czy nowe narzędzia mogą być dla społeczeństwa przydatne. Jest to zarówno niebezpieczne, gdyż wizje takie mogą być błędne, jak i nieuchronne, gdyż nowe narzędzia wykorzystywane są społecznie nie natychmiastowo, a ze znacznym opóźnieniem.
Tym niemniej, występuje tu wyraźne sprzężenie zwrotne pomiędzy antycypowanymi potrzebami społeczeństwa a kreowaniem nowych narzędzi.
Ponadto, dalszy rozwój już wstępnie rozwiniętych narzędzi zależy od ich akceptacji społeczno-ekonomicznej: występuje wyraźne, nie zawsze korzystne, sprzężenie zwrotne pomiędzy techniką a kapitalistycznym systemem rynkowym.
Tak więc technika co najwyżej współokreśla rozwój społeczno-ekonomiczny i cywilizacyjny, niemniej jest ona istotnym czynnikiem sprawczym dla długich epok cywilizacyjnych. Nie ulega wątpliwości, że wynalazek narzędzi kamiennych, następnie wytopu metali, kolejno brązu oraz żelaza i stali, zmieniały uwarunkowania wczesnych cywilizacji. Fernand Braudel (1979, Civilisation matérielle, économie et capitalisme, XV-XVIII siècle) datował początki epoki kształtowania się kapitalizmu wynalazkiem Gutenberga (który był tylko usprawnieniem znanej wcześniej techniki drukarskiej poprzez skład literowy), zaś koniec - wynalazkiem Watta (który też był tylko znaczącym społecznie usprawnieniem znanej wcześniej maszyny parowej).
Początki rewolucji informacyjnej i nowej epoki cywilizacyjnej nią spowodowanej należy datować na lata 1977-83, gdy dojrzały już do społecznego upowszechnienia wcześniejsze wynalazki komputera cyfrowego (wynalazek Konrada Zuse, 1936, ale społeczne upowszechnienie od Apple 2 Steve Jobsa i Steve Wozniaka, 1977-78) oraz sieci komputerowych (początki Arpanetu ok. 1960, deklasyfikacja Internetu w 1983). Technika jest więc czynnikiem sprawczym dla długich epok cywilizacyjnych.
Nie można natomiast twierdzić, że technika właściwa w pełni determinuje stosunki społeczne w danej epoce. Pozwala tylko na rozmaite sposoby społeczno-ekonomicznego jej wykorzystania, także na modyfikacje starych systemów społeczno-ekonomicznych. Ale wybór tych sposobów oraz modyfikacji zależy od społeczeństwa.
Skutki nie natychmiastowe
Trzeba podkreślić, że społeczna akceptacja i rozpowszechnienie nowego narzędzia jest długotrwałym procesem, charakteryzującym się nie tylko powolną dynamiką, lecz także opóźnieniami w jego rozpowszechnieniu. W przypadku komputera cyfrowego opóźnienie wyniosło 42 lata, a dla sieci komputerowych tylko 23 lata (ale jeśli liczyć do sieci WWW wprowadzonej przez Timothy Berners-Lee w latach 1990-92, to opóźnienie to wzrasta do 30 lat).
Opóźnienie to było jeszcze dłuższe dla wynalazku telefonu komórkowego, głównie z powodu konieczności zmniejszenia jego wymiarów i wagi (wynalazek 1943, początek społeczno-ekonomicznego rozpowszechnienia wersji zminiaturyzowanej ok. 1991, zatem opóźnienie 48 lat).
Największe opóźnienie dotyczy wynalazku najszerzej stosowanego – telewizji – ok. 80 lat. Wynalazek wstępny bowiem to lata 1878-1880 (najpierw Julian Ochorowicz w Polsce, dwa lata później George R. Carey w Bostonie), pełna wersja techniczna kamery i odbiornika telewizyjnego - lata 1922-28 (Vladimir Zvorykin i Kalman Tihanyi w USA), początki rozpowszechnienia odbiorników telewizji czarno-białej - ok. 1950, kolorowej - ok. 1960. Do tego dochodzi jeszcze kilkadziesiąt lat powolnego procesu rozpowszechnienia społecznego użycia określonego narzędzia (zwykle 40-50 lat dla wzrostu upowszechnienia od 0% do blisko 100%). Dla telewizji kolorowej w USA było to ok. 50 lat. Rozpowszechnienie społeczne określonego narzędzia może już wpływać na procesy społeczne, ale rozpowszechnienie to musi być masowe, przekraczać 50%, co zwykle trwa ok. 25 lat.
Zatem technika, zwłaszcza technika właściwa, decydująca o wynalazkach, nie może wpływać na procesy społeczne natychmiastowo - oddziaływanie to ma kilkudziesięcioletnie opóźnienie.
Z niedoceniania tego faktu wynika podstawowy błąd filozofii techniki, która od Heideggera (Die Technik und die Kehre, 1954) oraz Ellula (The Technological Society, 1964) zakłada, że wystarczy oceniać skutki rozwoju techniki całościowo, z perspektywy ogólno-społecznej, post fatum. Tymczasem ocena taka jest oczywiście spóźniona. Jeśli chciałoby się oddziaływać na rozwój techniki, trzeba to czynić w okresie, kiedy następuje udoskonalenie pierwotnego wynalazku tak, aby umożliwić i usprawnić jego szerokie wykorzystanie społeczne. Jeśli natomiast postępować według przyjętego paradygmatu filozofii techniki i patrzeć holistycznie z zewnątrz, post factum, to technika musi się wydawać autonomiczna, samookreślająca się, niesterowalna.
Potrzeba przewidywania
Z teorii sterowania procesów z opóźnieniem, w której sam się specjalizowałem wynika, że dla skutecznego sterowania nimi niezbędne jest przewidywanie przyszłego ich rozwoju na podstawie ich wnikliwej (nie tylko zewnętrznej) obserwacji co najmniej na etapie opóźnienia. Oznacza to konieczność prognozowania rozwoju techniki, a także społeczno-ekonomicznych tego skutków.
Postulat taki może wydawać się sprzeczny z modnym dzisiaj atakiem na wszelkie przewidywanie rozwoju datującym się od postulatów Karla Poppera (1962, Społeczeństwo otwarte i jego wrogowie) do neoliberalnej krytyki przewidywania (Taleb, 2007, The Black Swan: The Impact of the Highly Improbable): bo gdyby dobre przewidywanie było możliwe, to państwo mogłoby działać bardziej racjonalnie niż wolny rynek, który rzekomo przewidywanie zastępuje. Rzekomo, bo racjonalność rynkowa dotyczy przewidywania na najwyżej kilka-kilkanaście lat, a więc nie obejmuje tak długiego okresu, jaki występuje w rozwoju techniki.
Stąd też wbrew wszelkiej modzie, ocena przyszłego rozwoju techniki (technology assessment), która dokonywana jest przez każdą wielką korporację techniczną, staje się niezbędna. Tak więc niezbędne jest przewidywanie przyszłych zastosowań społecznych, ich zalet lub wad, wszelkich nowych technik, których początki są dzisiaj już widoczne, choć szerokie zastosowanie społeczne jeszcze nie nastąpiło, lub jest dopiero w stadium początkowym. Dotyczy to np. nowych elementów biotechniki, inżynierii biomedycznej, udziału robotów w życiu społecznym, itp.
Jest przy tym sprawą oczywistą, że dokładne przewidywanie czy prognozowanie przyszłości jest niemożliwe. Jednak jakieś przewidywanie jest konieczne. Człowiek nie zbudowałby cywilizacji, gdyby nie próbował przewidywać - z lepszymi lub gorszymi rezultatami. Budujemy dom, przewidując zimy i niepogody, powiększenie się rodziny itp. Ale powódź może nas zaskoczyć. Tworzymy sieci komunikacji lotniczej, a one nie mogłyby działać bez przewidywania – czasów przelotów, potrzeb zaopatrzenia w paliwo, itp. Ale np. większy wybuch wulkanu może zakłócić funkcjonowanie takich sieci.
Budujemy roboty, mając wizję, że zastąpią nas w ciężkich, a zwłaszcza niebezpiecznych pracach. Ale przy niezrównoważonym systemie społecznym, nastawionym tylko na krótkoterminowy zysk, może to prowadzić do nadmiernego bezrobocia, lub do użycia robotów przez nieodpowiedzialne czy nawet kryminalne siły społeczne. Trzeba więc przewidywać wpływ robotów na przeszłe ich zastosowania.
Technika to też zagrożenia
We współczesnym wariancie kapitalizmu ,czy ogólniej - w społeczno-ekonomicznym systemie wykorzystania techniki, można odnotować wiele zagrożeń. Są nimi: oligopolizacja przemysłów i usług wysokiej techniki, wirtualizacja gospodarki finansowej, asymetria informacyjna, prywatyzacja intelektualnego dziedzictwa ludzkości, itp. Jednakże zagrożeniem największym, które może decydować o tym, czy nie nastąpi kolejna, globalna rewolucja polityczno-społeczna, jest zagrożenie końca pracy, nadmiernego bezrobocia lub nietrwałości pracy.
Dotychczas w ekonomii dominowała teza, że postęp techniczny zwiększający wydajność pracy nie może powodować bezrobocia, gdyż powoduje wzrost ogólnego dobrobytu, zatem wzrost popytu, w tym także na pracę. Teza ta mogła być uzasadniona jeszcze 20 lat temu, gdy nie występowało w tym stopniu co obecnie neoliberalne osłabienie prawa pracy na korzyść przedsiębiorców oraz znaczne rozwarstwienie dochodowe, przekreślające wnioskowanie oparte na uśrednionym dobrobycie.
W wydaniu „The Economist” z 18-24.01.14 podano, że sytuacja w tym zakresie jest dzisiaj radykalnie odmienna: korzyści z automatyzacji, robotyzacji i komputeryzacji pracy są wykorzystywane głównie przez najbogatszych przedsiębiorców, a dobrobyt klasy średniej nie poprawia się, tylko pogarsza. Zatem w wyniku postępu technicznego popyt na pracę maleje.
Należy się więc obawiać, że wskutek automatyzacji, robotyzacji i komputeryzacji w przyszłości tylko niewielka grupa specjalistów będzie miała pracę. Pozostali będą o pracę konkurować, część znajdzie nietrwałe i niezgodne z ich wykształceniem zatrudnienie w rozmaitych usługach (tworząc prekariat), większa część faktycznie będzie bezrobotna. Taka sytuacja społeczna nie jest trwała, grozi rewolucją – a z wykorzystaniem Internetu rewolucja taka mogłaby mieć zasięg światowy.
Pohamowanie apetytów
Jako człowiek, który całe swe życie zajmował się automatyzacją i robotyzacją w wierze, że przyczyni się to do wzrostu intelektualnego dziedzictwa ludzkości oraz ogólnego dobrobytu, czuję się współodpowiedzialny za ten stan. Ale uważam, że to nie moje prace i wynalazki spowodowały taką sytuację, tylko społeczno-ekonomiczny system wykorzystania takich rozwiązań technicznych, nieskrępowany kapitalizm. Zatem należy narzucić kapitalizmowi odpowiednie ograniczenie.
Ruch robotniczy w społeczeństwie przemysłowym narzucił takie ograniczenie kapitalizmowi, postulując i osiągając 8‑godzinny dzień pracy. Dzisiaj ogół społeczeństwa może to właśnie ograniczenie zaostrzyć, postulując i stopniowo osiągając 4‑godzinny dzień pracy.
Wiadome jest, że w czasach przedhistorycznych ludzie mogli zapewnić wyżywienie sobie i swoim rodzinom, poświęcając na zbieractwo i łowiectwo 3-4 godziny dziennie. Dzisiaj mamy znacznie większe potrzeby, ale też dysponujemy znacznie lepszymi narzędziami, więc 4‑godzinny dzień pracy jest w pełni uzasadniony. Takie rozwiązanie oczywiście zwiększyłoby znacznie popyt na pracę i koszty pracy, tym samym zmniejszając dysproporcje dochodowe, zatem spotka się z pewnością ze znacznym oporem przedsiębiorców i polityków. Jednak 8‑godzinny dzień pracy też nie został wprowadzony bez oporów.
Andrzej P. Wierzbicki
* Dzieje się tak już obecnie w komputerach podłączonych do sieci. Np. automatyczna instalacja uzupełnień oprogramowania to doskonała okazja do zebrania danych o zachowaniach użytkownika komputera, zaś wielkie wyszukiwarki Internetowe konstruują model zachowań użytkownika, tłumacząc to dążeniem do lepszej usługi. W rzeczywistości dążą do lepszego dopasowania reklam do preferencji użytkownika.
Jest to druga część rozważań prof. Andrzeja Wierzbickiego na temat techniki. Pierwszą zamieściliśmy w numerze 4/2014 SN – Czym jest technika?
Tytuł i wytłuszczenia pochodzą od Redakcji.
- Autor: red.
- Odsłon: 4205
- Autor: ANNA LESZKOWSKA
- Odsłon: 4898
Wypowiedź prof. Elżbiety Mączyńskiej, prezesa Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego na temat reformy szkolnictwa wyższego.
Redakcja: Od chwili podpisania w 1999 roku Deklaracji bolońskiej trwa dyskusja na temat roli uniwersytetów i kierunku ich rozwoju. Wady Deklaracji Bolońskiej są znane, niemniej czy w Polsce nie traktujemy jej zapisów tak, jak to się dzieje z funduszami unijnymi? Czy nie tworzymy więcej biurokracji niż to wymyślono i niż potrzeba?
Prof. Elżbieta Mączyńska: System edukacyjny, jaki wdrażamy wiąże się z ogromną ilością pytań, wyliczanek, sprawozdań, co jest dla nauczycieli akademickich bardzo uciążliwe. A przecież już Albert Einstein konstatował, że to co się liczy, nie da się policzyć, a to, co da się policzyć, się nie liczy.
Patrzę na system boloński dość krytycznie, choć rozumiem, że w zglobalizowanym świecie edukacja musi być w jakimś stopniu ujednolicona, choćby po to, żeby była możliwa wymiana studentów. Cenne jest wprowadzenie ujednoliconych ram programowych, ale nie można sprowadzać systemu edukacyjnego do zbierania punktów i testów. Standaryzacja w tym obszarze idzie w Polsce za daleko, do nauczania podchodzi się schematycznie i w związku z tym - traci się na poziomie nauczania. Absolwenci uczelni, którzy skończyli studia według nowego systemu nie są mądrzejsi od tych, którzy kończyli studia wcześniej. Poprzez proces boloński zmierzamy do niesłychanego zbiurokratyzowania systemu pracy uczelni, studentów i pracowników dydaktycznych. Jeśli dodamy do tego możliwości komputerów, które mogą studenta egzaminować, uczyć, to nauczyciel akademicki może okazać się niepotrzebny.
Odejście od idei uniwersytetu humboldtowskiego i przyjęcie deklaracji bolońskiej określam jako makdonaldyzację nauczania. Absolwent uniwersytetu staje się bowiem produktem iluś testów, maleje liczba kontaktów studentów z wykładowcami, zmienia się relacja nauczyciel-student na niekorzyść obu stron. Sama się buntuję przeciwko temu i zamiast stosować testy egzaminuję osobiście – dokąd jeszcze mam do tego prawo.
Zawsze było tak, że szkoła wyższa miała wyższe cele – miała przygotowywać człowieka do lepszego rozumienia świata, uczyć samodzielnego myślenia, rozumienia procesów społecznych, podwyższenia poziomu debaty publicznej, itd. Ze szkoły wyższej miała wychodzić inteligencja nie tyle z określonymi umiejętnościami, ile z szeroką wiedzą ogólną, dużym potencjałem intelektualnym. Ciągle też chcielibyśmy, aby w nauce była duża swoboda badań, aby badania nie były poddawane presji czasu.
Obecnie jednak mamy problem z pogodzeniem tej humboldtowskiej idei uniwersytetu z coraz powszechniejszym modelem biznesowym uczelni. Coś powinniśmy więc w tej sprawie robić, trzeba znaleźć złoty środek. Nie można pozwolić, aby uczelnie stały się fabrykami biznesu, bo będzie to zabójcze dla rozwoju nauki, dla kadry naukowej, i dla studentów. Zwłaszcza, że u nas nie ma takiej tradycji jak w USA, gdzie uczelnie bazują na relacjach biznesowych.
Poza tym nie jestem pewna, czy są to dobre wzorce. Wzięliśmy bowiem z zachodnich rozwiązań to, co jest tam teraz podważane i negowane, z czego się wycofują. Należy do tego też tendencja ujmowania wszystkiego w liczby, bo wiadomo, że kierunek ilościowy jest mało efektywny.
Joel Bakan, profesor prawa z Kanady, w książce Korporacja, czyli patologiczna pogoń za zyskiem i władzą, przestrzega przed całkowitym sprywatyzowaniem procesu nauczania i jego ubiznesowieniu. Uważa, że to może być groźne i dla nauczania, i nauki, gdyż korporacje będą narzucać swoje kierunki badań i decydować o sposobie upowszechniania ich wyników. Udowodnieniem tej tezy jest pokazanie przez Johna C. Bogle'a, autora książki Dość, że na uczelniach amerykańskich inwestowało się głównie w kształcenie ekonomiczne dla potrzeb sektora finansowego – nikt nie chciał studiować ambitniejszych kierunków, nawet historii gospodarczej. Na podejście biznesowe w polskich uniwersytetach wskazuje wprowadzenie umów ze studentami. Mnie to szokuje.
Uniwersytet to Universum – to jak najszersze poznawanie świata, swoboda dla rozwoju wyobraźni. A w jaki sposób biznes może wyznaczać kierunki rozwoju dla uniwersytetu? Biznes często sam nie ma strategii, w biznesie jest short termin, coraz bardziej rządzi tam dzwon na giełdzie. Jeśli podejdziemy do uniwersytetów jak do uczelni czysto biznesowych, to może się okazać, że nie będą one kształcić np. humanistów, bo kształcenie w tym kierunku biznesowi nie będzie się opłacać.
Uważam, że w przypadku kształtu i roli uniwersytetów – tak jak we wszystkim – należy wybrać złoty środek, choć podejście biznesowe jest moim zdaniem nadmiernym sprymityzoaniem. We wszystkich krajach od lat jest problem nieprzystosowania nauki do praktyki. Czy uniwersytet powinien się dopasować do gospodarki, czy gospodarka do uniwersytetu? – moim zdaniem winno być jedno i drugie, bo każda skrajność jest niedobra. Praktyka, gospodarka nie może wiązać rąk uczelniom, one muszą mieć margines swobody.
Sprawa finansowania uczelni i studentów nie jest jednak łatwa, bo nigdy wcześniej nauka, badania naukowe, nie były tak kosztowne jak obecnie. Państwo nie jest w stanie w pełni finansować i studiów, i rozwoju uczelni, toteż szukają one pomocy w biznesie, tracąc niezależność uniwersytetu humboldtowskiego. Ale przecież sponsorem uczelni może być sam student - już obecnie studia zaoczne i podyplomowe są przecież płatne.
Odpłatność za studia to decyzja polityczna i żaden polityk pewnie się za tym nie opowie, mając na względzie wybory. Niemniej, na problemie, który teraz mamy, że jedni studenci płacą za studia, a drudzy nie, połamie sobie pewnie zęby niejeden z nich.
Ale odpłatność za studia jest zależna od modelu rozwoju państwa i przyjętego systemu. Jeśli system jest czysto wolnorynkowy – a takiego chyba nigdzie nie ma – to można sobie wyobrazić studia całkowicie płatne. Taki proces w gruncie rzeczy już się zaczął wskutek globalizacji i powstania prywatnych uczelni.
Trzeba liczyć się z faktem, że szkolnictwo w formie, jaką znamy przestanie istnieć.
Zwracał na to uwagę już kilka dekad temu, m. in. „papież zarządzania” Peter Drucker, prognozując, że w bieżącym stuleciu pod wpływem „twórczej destrukcji” mogą w ogóle zniknąć wyższe uczelnie. Otwarte pozostaje zatem pytanie co je zastąpi.