Humanistyka el
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2069
Na fali skandali obyczajowych w środowisku duchowieństwa pokazanych w filmie „Kler” oraz niebywale wysokich transferów finansowych z budżetu na konta Kościoła katolickiego w Polsce trwa debata nad komercjalizacją i dochodami tej instytucji. Zjawiska te są jednak tylko częścią powszechnego utowarowienia i promowania „zakupizmu” we współczesnym świecie.
Te z kolei wiążą się z medialną stroną przedsięwzięć biznesowych łączącą oglądalność (przyciągnięcie widza), aktywną obecność na portalach społecznościowych oraz reklamę – także treści religijnych. Wszystko w celu pomnażania kapitału i zysków.
Treści religijne są takim samym towarem jak pasta do zębów, samochody, piły łańcuchowe, kremy na porost włosów, medykamenty medyczne, wyposażenie mieszkań itd.
Kościoły amerykańskie dostarczają swoim klientom wszystkiego, począwszy od kinowych foteli, po kawiarnie i żłobki. Dzieci mogą żuć ciasteczka w kształcie opłatków lub jeść tort urodzinowy Jezusa w Boże Narodzenie.
John Micklethwait / Adrian Wooldridge
Im bardziej wolne rynki, tym mniej wolne są społeczeństwa. Ta prawda dotyczy też religii oraz instytucji je reprezentujących. Dziwić więc może w Polsce niedowierzanie odnośnie przepychu i luksusowego życia znacznej części polskiego duchowieństwa (zwłaszcza hierarchii), wykazującego także ciągoty do biznesowego traktowania posług religijnych. Modelowym przykładem takich tendencji jest imperium medialno-biznesowe redemptorysty z Torunia.
Instytucje religijne - zgodnie z doktryną neoliberalną panującą od 40 lat - muszą jednak zachowywać się niczym podmioty zorientowane na działalność rynkową. Na tym polega dostosowanie się do tego Zeitgeistu wiejącego przez świat niczym huragan. Religia i jej instytucje nie są bowiem odgrodzoną od życia społecznego twierdzą.
Dziś zdają się rozpadać tezy XIX-wiecznych myślicieli, europejskich gigantów refleksji dotykających religii, wierzeń, przyszłości idei Boga. Marks, Freud i Nietsche uznawani za pesymistycznych proroków w tej materii znaleźli w XX wieku kontynuatorów w Durkheimie, Weberze, Sartrze, Robinsonie, Coxie, czego zwieńczeniem stała się teoria śmierci Boga. Religia natomiast dominuje nawet w takich przestrzeniach sfery publicznej, gdzie wydawało się do niedawna, że jest z nich już skutecznie wyrugowana, wycofała się w prywatność.
Widać to we wszystkich religiach, a zwłaszcza w judaizmie, islamie i chrześcijaństwie. Zainteresowaniem mediów liberalnych, prodemokratycznych, chcących szerzyć idee wolności i postępu – choć ich działania są często antywzorcem głoszonych haseł – cieszą się charyzmatyczni przywódcy religijni, różnej maści guru, radykalni egzegeci świętych pism, apostołowie tradycji i współcześni mesjasze antymodernizmu. Osoby atakujące idee głoszone przez te media.
Bo oglądalność, bo zyski, bo reklamodawcy…
Tak realizuje się zapotrzebowanie na religijną wiarę, na kolejnych mesjaszów, charyzmatycznych guru i religijnych szamanów (tzw. teleewangelistów, teleimamów czy telerabinów).
Eksportowane na cały świat amerykańskie wartości, amerykańska wersja gospodarki wolnorynkowej, dolar jako światowa waluta, Hollywood i … siła militarna USA, przyczynia się do obłaskawienia religii i ich instytucji przez współczesną kulturę. Kreując zapotrzebowanie na wiarę religijną – jako dochodowy i przy tym modny sposób na zarabianie – koncerny i sam neoliberalizm po dwakroć ożywiły religię. Posiłkując się Marksem, możemy powiedzieć, iż pod neoliberalnym baldachimem ten system jest opium ludu, ale i stymuluje zapotrzebowanie na ten narkotyk.
Towar religijny
Religia jest zawsze odzwierciedleniem tego, z czym mamy do czynienia w świecie realnym, doczesnym. Magia, fetyszyzm, totemizm, animizm, później - antropomorfizacja bóstw, zawsze były emanacją rozwoju człowieka i stosunków produkcji oraz relacji społecznych. Jak wspomniał działacz katolicki z Ghany Peter Sarpong, „gdyby Jezus urodził się jako członek plemienia Fante, posługiwałby się winem palmowym i kenkey, nie zaś winem gronowym i chlebem. Tymi dwoma posłużył się dlatego, iż były one słuchaczom najbliższe”.
W neoliberalnym świecie instytucje religijne (i sama wiara religijna) muszą stosować mimikrę - przyjmować taką samą pozę, ulegać takim samym trendom, wpisywać się w takie same zasady działania. Potwierdzają to słowa znaczącego hierarchy Kościoła kat. z czasów Vaticanum II, kard. Franza Königa: „Kościół będzie egzystował w każdej formie społeczeństwa, nawet z każdą z tych form będzie do pewnego stopnia współpracował, ale tylko do pewnego stopnia, bo nie jest zadaniem Kościoła zmiana stosunków społecznych”.
Te dwa odwołania do wypowiedzi ludzi religii dotyczą co prawda katolicyzmu, jest to jednak uniwersalne i ponadczasowe spojrzenie na ten problem. Spojrzenie potwierdzające utylitaryzm, pragmatyzm i celowość działania tych instytucji, a nie – jak się zapewnia – wyłącznie etyczno-moralny, humanistyczny wymiar religii. Bo przecież – i to dotyczy wszystkich bez wyjątku wyznań - słowa Jezusa o wielbłądzie, uchu igielnym, Królestwie Bożym i posiadaczach są jednoznaczne. Nie można uczestniczyć czynnie w pomnażaniu kapitału (swego przede wszystkim) i być jednocześnie przeciwko tym procesom, być aktywnym uczestnikiem wolnego rynku i negatywnie go oceniać pod względem moralnym.
Towar religijny – to pojęcie autorstwa prof. Tadeusza Margula – czyli podmiot o wartości rynkowej służący kultowi (a więc religii) może być czysto handlowym artykułem spekulacji dla członka danej tradycji religijnej jak i człowieka niewierzącego i niepraktykującego. Rynek zglajchszaltuje wszystko, jeśli pozwoli się mu na niczym nieograniczone działanie. Do cywilizowanych, ludzkich, w miarę humanistycznych reakcji może go jedynie zawęzić nie moralność i etyka, a stanowione prawo.
Przykładów związków między rynkiem a religią w historii rozwoju ludzkości jest mnóstwo: równolegle z wszelkimi miejscami kultu religijnego, wokół wszystkich sanktuariów będących jednocześnie miejscami pielgrzymek, rozwijał się handel gadżetami kultu religijnego, przedmiotami ludowej sakralizacji, uwielbienia etc. I dotyczyło to i dotyczy wszystkich wyznań.
W chrześcijaństwie ostatecznie zwyciężyło ikonodulstwo, czyli kult obrazów, figurek świętych, amuletów-relikwii, dające nieograniczone możliwości producentom i handlarzom dewocjonaliów. Stało się to wbrew przypowieści biblijnej o Jezusie wypędzającym ze świątyni przekupniów i handlarzy.
De facto dotyczyło to właścicieli kantorów trudniących się wymianą pieniędzy przynoszonych do Jerozolimy przez pielgrzymów-wyznawców judaizmu z różnych stron świata antycznego (choćby dążących do Drugiej Świątyni tzw. Szlakiem Sandałowym z rejonu współczesnej Somalii i Etiopii przez Cieśninę Bab el-Mandeb, Arabię do Palestyny). Musieli kupić przecież jagnię na ofiarę Jahwe, zatem pieniądz służył towarowi religijnemu, a wpierw trzeba było go wymienić w ówczesnym kantorze na obowiązującą w ówczesnej Palestynie walutę.
Megasanktuaria chrześcijańskie już we wczesnym średniowieczu stały się miejscem handlowych transakcji. Generował te procesy niebywały kult i cześć dla różnego rodzaju relikwii. Rynek zareagował w sposób klasyczny. Pojawiło się mnóstwo tego typu produktów jak i miejsc (na szlakach pielgrzymek), gdzie je oferowano. Np. niezwykle popularny szlak pielgrzymkowy do Trzeciej Jerozolimy – Santiago de Compostela (miejscowy biskup wykopał przypadkowo szczątki apostoła Jakuba, ewangelizatora Kastylii) – zrodził kolosalny boom na owe gadżety.
W Tuluzie, ważnym mieście na szlaku przed przeprawą przez Pireneje, przy Bazylice Świętego Saturnina powstała olbrzymia giełda handlowa w celu wymiany relikwii i zaopatrywania pielgrzymów idących do Composteli w religijne bibeloty.
Walka o monopol, czyli religijna ekonomia
Podobnie jak podmioty na rynku, tak i instytucje religijne dążą do monopolizacji swojej roli i miejsca w przestrzeni publicznej. Klasycznym tego przykładem jest Polska, gdzie Kościół katolicki w wyniku różnych czynników zmajoryzował prawie każdą sferę. Analogiczna sytuacja ma miejsce w krajach islamskich takich jak Arabia Saudyjska, czy Iran.
W przypadku Polski mamy do czynienia z korporacją globalną, ponadnarodową, o długim i sprawdzonym w różnych epokach systemie sprawowania władzy.
Zdolność monopolizacji przez firmę religijną przestrzeni publicznej zależy przede wszystkim od umiejętnego wykorzystywania siły przymusu państwa, powiązania struktur administracyjnych (lokalnych i państwowych, formalnych i nieformalnych) z agendami instytucji religijnej, medialnego show wokół religijnych świąt i kultu, itd.
Stąd się biorą jej wpływy w kontekście tzw. ekonomii religijnej na kształt prawodawstwa, retoryki obowiązującej w życiu publicznym, nadobecność tematyki religijnej w debacie publicznej. Jeśli jedna instytucja religijna osiąga monopol (lub prawie monopol), to dana społeczność ulega sama z siebie sakralizacji wraz ze wszystkimi swoimi aspektami życia, zwłaszcza politycznego.
Sfera publiczna staje się przesiąknięta z jednej strony religijną symboliką, rytuałami i kultem (co czyni tych Innych automatycznie wykluczonymi lub umocowanymi niżej w hierarchii wartości i społecznej akceptacji), a z drugiej – stwarza wrażenie jedności państwa i religijnej instytucji, czyli istnienia kościoła państwowego i państwowego wyznania wiary.
Rozproszony model, jaki reprezentują denominacje protestanckie, w jakimś sensie eliminuje taką skrajną sytuację: rynek proponujący różne towary religijne, pochodzące z wielu podmiotów (choć niosących sobą to samo de facto przesłanie).
„Disnejlandyzacji” i utowarowieniu religii (i wszystkiego, co się z nią wiąże) sprzyja niesłychanie neoliberalna narracja promowana w przestrzeni publicznej, kult indywidualizmu, subiektywnego doświadczenia szczęścia, samozadowolenia, czyli – skrajnie i personalnie rozumiany hedonizm połączony z egoizmem. Taki system stał się hegemonicznym światopoglądem.
Ten problem odnośnie kultury masowej, mechanizmów działających w show biznesie i typologii neoliberalizmu doskonale pokazał ponad 30 lat temu Neil Postman w książce Zabawić się na śmierć. W takim świecie wszystko jest show biznesem i musi przynosić dochód. Tam, gdzie paliwem jest chciwość, zachłanność i „wielkie żarcie”, a na dodatek taki model życia jest preferowany przez globalne media, wszystkie jego aspekty muszą się siłą rzeczy temu trendowi podporządkować. Bo system inaczej je wypluje.
Duch kultury, świadomość i mentalność humanistyczna, oświeceniowe spojrzenie na świat i ludzi zanikać mogą na dwa sposoby: poprzez sytuację jak z Orwella, czyli więzienie, lub jak u Huxleya – wszystko jest burleską, zabawą. A równolegle z tymi procesami idzie m.in. infantylizacja, banalizacja i karnawalizacja.
Teologia biznesu
Instytucja religijna – każda – tkwiąca niczym zanurzona łódź podwodna w społeczeństwie, procesach go kształtujących, podlega wszystkim skutkom takich trendów. Kaznodzieje, teleewangeliści, domorośli guru i wirtualno-radykalni (w przekazie społecznościowych mediów) alimowie, bądź rabini, wszyscy oni stają się cząstką emocjonalnego, dochodowego show biznesu, którego zasady dyktuje rynek religii i wymogi przekazu obrazkowego (telewizja, przestrzeń wirtualna, nowe metody komunikacji).
Nie na darmo uczelnie katolickie, protestanckie kolegia, judaistyczne jeszyboty czy muzułmańskie medresy, oprócz klasycznej teologii, egzegezy świętych ksiąg, od ponad dwóch dekad nauczają zasad tzw. teologii biznesu, profesjonalnego public relations.
Poprzez określone działania marketingowo-reklamowe instytucje religijne budują tzw. świadomość marki potrzebną na rynku religijnym w celu przyciągnięcia kolejnych wyznawców-klientów, albo utrzymania w przestrzeni swego oddziaływania zdeklarowanych już adherentów - kupców towarów religijnych.
Aby sprzedać skutecznie swoje produkty czy usługi, przekaz musi być spójny oraz skierowany do konkretnej grupy docelowej. Przekaz taki jest częścią procesu zwanego brandingiem. W przypadku instytucji religijnych (przemysł towarów religijnych jest ich częścią zasadniczą) bardzo ważnym aspektem jest tzw. personal branding, mający za zadanie nie tylko sprzedaż towarów i usług (tu – religijnych), ale budowanie pozytywnego wizerunku instytucji, będącego częścią jej sukcesu rynkowego.
Jezus w korporacjach
Wszystkie te uniwersalne i ponadczasowe kanony funkcjonowania rynku opisał i zdefiniował Edward Luis Bernays (1891 - 1995) - austriacko-amerykański teoretyk, „ojciec public relations”. Połączył on idee Gustave’a Le Bona i Wilfreda Trottera dotyczące psychologii tłumu z psychoanalizą autorstwa swego wuja, Zygmunta Freuda.
Manipulacja jest konieczna w społeczeństwie, które uważał za nieracjonalne i niebezpieczne bo stymuluje je „instynkt stadny” (Trotter). Ludzi można łatwo przekonać nie za pomocą racjonalnych argumentów, ale przez odwołanie się do ich emocji. To właśnie dlatego (zdaniem Bernaysa), iż ludzie są źli, głupi, nieracjonalni i rządzi nimi mentalność tłumu, można i trzeba ich kontrolować, a demokrację kształtować lub przynajmniej nią manipulować za pomocą emocji, afektów, uprzedzeń, fobii etc. Religie doskonale się do tego nadają, a instytucje religijne to od wieków wykorzystują.
Weźmy np. megaświątynie amerykańskich ewangelikanów, które jak grzyby po deszczu od przeszło 30 lat wyrastają na terenie USA. Eksport tych wyznań – głównie do Ameryki Łacińskiej – owocuje znacznym udziałem (w do tej pory tradycyjnie katolickich społeczeństwach) ewangelikalnych denominacji, niezwykle ekspresyjnych i afektywnych w sprawowaniu kultu, zamerykanizowanych, mocno prorynkowych i sekciarsko-autorytarnych. Za nimi idą określone zmiany społeczne i kulturowe, czego przykładem są ostatnie wybory prezydenckie w Brazylii.
Popatrzmy na Willow Creek Community Church w South Barrington (Illinois), Preston Baptiste Church w Plano (Teksas), Cathedral of Hope w Dallas (Teksas) czy Compaq Center w Houston (także w Teksasie), Calvary Temple Church w indyjskim Hajdarabadzie czy świątynię Deeper Christian Life Ministry (Lagos. Nigeria).
To nie świątynie, ale megacentra handlowo-rozrywkowe, gdzie modlitwa i kaznodziejskie popisy pastorów przeplatają się z wyprzedażami różnego rodzaju akcesoriów codziennego użytku, odwiedzinami na basenie, siłowni, korcie tenisowym, boisku baseballu, pójściem do multimedialnego kina, wypiciem kawy latte w restauracji, możliwością wypożyczenia samochodu czy roweru etc.
Np. Willow Creek posiada cztery studia montażowe filmów video, Fellowship Church (Grapevine, Teksas) - studio muzyczne i wytwórnię płytową. We wspomnianym Willow Creek na sali jest 7200 wygodnych tronów do siedzenia, nie ławek jak było do tej pory. Sale te służą nie tylko modlitwom czy spotkaniom wiernych, ale komercyjnym koncertom gwiazd estrady.
Jezus w takich korporacjach – bo tak można śmiało nazywać te przedsięwzięcia służące głównie generowaniu zysków – idzie pod rękę z lalką Barbie i Kenem, Batmanem, gwiazdą wrestlingu Hoolk Hoganem czy dawnym mistrzem koszykówki Michaelem Jordanem. Wszystko zgodnie z zasadami brandingu.
Reaganizm w koloratce
Konsumencka do szpiku kości mentalność zapanowała tak w życiu doczesnym, jak i duchowym. Wykorzystuje się instrumenty amerykańskiego społeczeństwa (ale ten trend rozszedł się na cały świat) do szerzenia religii i to w określonej wersji. Klasyczne korporacje chętnie współpracują z owymi megakościołami ze względu na liczbę potencjalnych klientów. Można powiedzieć śmiało o ofensywie teokonserwatyzmu na wszystkie dziedziny życia. Ofensywie popartej przez licznych, do tej pory religijnie obojętnych tradycjonalistów, neoliberałów czy republikanów. Katolicy amerykańscy nazwali ów ruch „reaganizmem w koloratce”.
Nie mogą więc dziwić postępy takich też i teorii – zdawałoby się do wczoraj wziętych prosto z głębokiego Średniowiecza – jak kreacjonizm, dosłowność interpretacji Biblii w przedmiocie stworzenia świata, zasięg oddziaływania zwolenników płaskiej Ziemi czy propagandy antyszczepionkowej i antyprzeszczepowej (o fanatykach z tzw. ruchów pro life nawet nie warto wspominać). Dziwić więc nie powinien także zasięg i formy działania imperium redemptorysty o. Tadeusza Rydzyka z Torunia. To powielenie w prosty sposób mechanizmów rządzących masowo przemysłem religijnym w USA i odzwierciedlenie neoliberalnych porządków, jakie zapanowały powszechnie na świecie.
Radosław S. Czarnecki
- Autor: Stanisław Bieleń
- Odsłon: 3649
Przekazy Galla Anonima, Wincentego Kadłubka, Jana Długosza i Marcina Kromera o Polakach także zasługują w tym kontekście na uwagę.
Historyczne obserwacje uczą, że „wspólnota przekonań, wzorów zachowań, systemów wartości, nie uświadamiana w warunkach codziennego życia społeczności, w przypadku konfrontacji z przedstawicielami innych grup wrasta natychmiast do samoświadomości i staje się podstawą charakterystycznego dla każdego etnocentryzmu podziału na ‘swoich’ i ‘obcych’.
Wraz z rozwojem owej autoświadomości pojawiają się stereotypy, uprzedzenia, ksenofobia oraz fantastyczne często wyobrażenia o członkach innych społeczności, które odtąd stale będą towarzyszyć refleksji nad ‘zbiorową’ osobowością”- pisze Stefan Bednarek („Charakter narodowy w koncepcjach i badaniach współczesnej humanistyki”).
Nie ma jednak zgodności, że badanie narodowo uwarunkowanych „swoistości psychicznych czy mentalnych” sprzyja poznaniu prawdy. Być może służy jedynie mnożeniu kolejnych stereotypów i nieporozumień. Na tę sytuację w 1957 r. zwróciła uwagę Antonina Kłoskowska, uznając, iż nie można naukowo wykazać istnienia tego, co w sposób jednoznaczny pozwala identyfikować dany naród: „zarówno absolutna specyficzność, jak całkowity uniformizm typu narodowego są fikcją”.
Różnorodność postaw W XX w. badania problematyki związanej z charakterem narodowym przeszły bogatą ewolucję. Przekonano się, że nie sposób redukować go do zjawisk ściśle mentalnych, bądź wyłącznie społecznych, co jest typowe kolejno dla psychologii i socjologii. Okazało się, że żadna z dyscyplin społecznych nie może wyrokować o ontologii tego zjawiska, ale każda, łącznie z etnologią, antropologią, historią i politologią, może sporo wnieść do świadomości i wiedzy naukowej, pozostawiając poza tym zakresem przedmiotowym literaturę piękną, publicystykę czy potoczne stereotypy. Już dość dawno zauważono, że gdyby zestawić wszystkie badania charakterów narodowych, to ich rezultaty znosiłyby się wzajemnie. Morris Ginsberg w 1947 r. zarejestrował, że jedność czy jednolitość cech określonego narodu jest raczej wynikiem przekonania niż dostrzegania.
Pod pojęciem charakteru narodowego usiłowano zmieścić złożoną aktywność człowieka, obejmującą aspekty wolicjonalne, emocjonalne i intelektualne. W kontekście wielokulturowości i globalizacji współczesnego świata coraz trudniej jednak posługiwać się tą kategorią. W obrębie każdego narodu istnieje bowiem taka różnorodność postaw, temperamentów i typów osobowościowych, iż poszukiwanie jakichś specyficznych cech narodowych staje się zabiegiem niecelowym.
Przyjmuje się więc, że charakteru narodowego w sensie jednolitego typu psychicznego, obejmującego współczesną społeczność narodową nie sposób zidentyfikować. Pojęcie to – jak podaje Jan Szmyd („Charakter narodowy i duchowość wspólnoty”) - ma charakter nieostry, odnosi się do tego szczególnego rodzaju zjawisk społeczno-kulturowych, które są niezmiernie trudne do bliższego i jednoznacznego określenia, chociaż są intuicyjnie silnie wyczuwalne i jak gdyby namacalnie ujawniają swoją obecność. Dlatego – pisze Jan Jaroń („Rozważania etyczno-socjologiczne o charakterze narodowym Polaków”) - spotyka się rozmaite ujęcia definicyjne, odnoszące się do poszczególnych jego aspektów, rzadziej do całości zjawiska. Różne definicje
Jedną z prób syntetycznego ujęcia jest definicja Jana Szmyda. Według niej, „charakter narodowy to określony syndrom względnie trwałych i zarazem swoistych cech umysłowości i postępowania danej zbiorowości narodowej, wspólnych cech osobowych i postaw ukształtowanych we wspólnej historii narodowej i tradycji, w podobnych uwarunkowaniach zewnętrznych i wewnętrznych (geograficznych, społecznych, ekonomicznych, politycznych, kulturowych itp.) życia zbiorowego i jednostkowego”. Do takiego rozumienia nawiązywał Edmund Lewandowski, wskazując na: - zbiór specyficznych dla członków narodu cech psychicznych, poprzez które upodabniają się do siebie; - względnie wysoką częstość występowania określonych wzorów zachowań wśród dorosłych członków społeczeństwa („osobowość modalna”); - system postaw, wartości i przekonań, podzielanych przez całe społeczeństwo lub przez jego znaczne odłamy; - podstawową strukturę osobowości wspólną prawie wszystkim ludziom należącym do tej samej kultury, stworzoną w trakcie socjalizacji i wychowania; - psychologię społeczną, wyrażającą się w społecznie dziedziczonych i wyuczonych odruchach, nawykach, gestach, rytuałach, symbolach; - mentalność wyrażoną bądź sugerowaną w literaturze, sztuce, filozofii. Tadeusz Łepkowski („Historyczne kryteria polskości”) pisał o polskim charakterze narodowym ironicznie, wyrażając pewien sceptycyzm poznawczy, jeśli chodzi o zrozumienie sensu tej kategorii. Jego zdaniem, charakter narodowy to „jeść po polsku i polskie dania, upić się po polsku, bić się po polsku i za Polskę w ogóle, awanturować się po polsku, więc honornie, nie za bardzo pracować, bo po polsku, bałaganić się i brudasić po polsku, roztkliwiać się ojczyzną, a dość łatwo emigrować, nieufnym być wobec sąsiadów, gorliwie praktykować, a mało wierzyć”. Jak się okazuje, „sprawy pozornie najprostsze okazują się, przy bliższym oglądzie, szczególnie skomplikowane”. Dzisiejsza wiedza z zakresu nauk społecznych daje podstawy stwierdzeniu, że nie ma jednej prawdy o wszystkim, także o danym narodzie i jego „charakterze”. W każdej wspólnocie, także narodowej, występuje wiele ludzkich zachowań, przypadków czy paradoksów. Wydaje się, że można jedynie przybliżyć się do poznania pewnego przeciętnego typu, dominującego w danym społeczeństwie.
Niezależnie od słabości definicyjnych, jest sprawą dość oczywistą, że kategorię tę uznaje się za przydatną w określaniu swoistości psychologicznych przypisywanych przedstawicielom danego narodu. Charakter narodowy pozwala z jednej strony uchwycić odrębność i specyfikę kultury narodowej, a z drugiej strony stan świadomości narodowej, obejmującej wyobrażenia, wizerunki, sądy wartościujące, stereotypy, mity i uprzedzenia, charakterystyczne dla danej wspólnoty. Piętno historii - pułapki Patrząc z polskiej perspektywy, należy zauważyć, że szczególnie bogate są rozważania nad charakterem narodowym Polaków, co wynika ze specyfiki losów historycznych. Chodzi przede wszystkim o powrót do XIX-wiecznych sporów o przyczyny upadku państwowości tkwiące w mentalności zbiorowej.
Wydawało się wprawdzie, że następuje kres wpływu spuścizny romantycznej na polski charakter narodowy, ale kreowanie „mitu smoleńskiego” po katastrofie samolotu prezydenckiego z 10 kwietnia 2010 r. oznacza znowu powrót do przeszłości.
Można byłoby zastanowić się nad jego wpływem na procesy nowoczesnej identyfikacji narodowej, zwłaszcza na tle dekady, jaka upłynęła w 2014 r. od wejścia Polski do Unii Europejskiej.
Na ile polski charakter narodowy utrudnia wchodzenie Polaków w sferę kultury uniwersalnej, europejskiej i ogólnoświatowej, na ile zaś pobudza krytyczną refleksję nad koniecznością rozmaitych adaptacji i akomodacji w sferze mentalnej i behawioralnej?
W charakterze narodowym zawierają się rozmaite sprzeczności, paradoksy i niejasności, które dla potrzeb analizy nazwiemy pułapkami.
Pierwsza pułapka charakteru narodowego polega na przypisywaniu mu „substancjalnych cech obiektywnego bytu”. Ma to związek z XIX-wiecznym utożsamianiem charakteru narodowego z „duchem narodu” czy „geniuszem narodu”, co było charakterystyczne dla romantycznej fazy narodotwórczej.
Rodowód XIX-wieczny ma też pojęcie „duszy zbiorowej”, odnoszącej się do kondycji psychicznej organizmu społecznego, traktowanego na wzór organizmów biologicznych, jak twierdzi Stanisław Ossowski („O osobliwościach nauk społecznych”). Z tym wiąże się druga pułapka, która tkwi w poszukiwaniu fizyczno-biologicznych uwarunkowań charakteru narodowego. Etnopsychologia czy psychologia narodów nie zyskała sobie uznania, prowadząc rozważania na manowce rasizmu i różnych odmian segregacji czy dyskryminacji na tle biologicznym. Stanowisko współczesnych nauk społecznych jest dość jednoznaczne w tym względzie. Sprowadza się do przekonania, że ludzkie zdolności są uwarunkowane nie przynależnością rasową, a środowiskiem społecznym i możliwościami kształcenia (Jack Conrad, „Człowiek, rasa, kultura”). Trzecia pułapka polega na wyjaśnianiu charakteru narodowego przy pomocy uwarunkowań środowiskowych. Jest to tzw. determinizm geograficzny (geografizm) i środowiskowy (enwironmentalizm), polegający na przekonaniu o decydującym wpływie klimatu i środowiska naturalnego na człowieka i jego kulturę.
Czwarta pułapka ma związek z utylitarnym czy też instrumentalnym przypisywaniem charakterowi narodowemu funkcji determinującej działania polityczne i zachowania społeczne.
Utarło się przekonanie, że przedstawiciele danego narodu w określonych sytuacjach zachowują się w podobny sposób. Nie chodzi oczywiście o zachowania identyczne, ale o taką ich charakterystykę, która składa się na pewien „typ idealny”, na wzorzec, do którego wszyscy członkowie danej zbiorowości są mniej lub bardziej podobni. Być może wiąże się to z „instynktem stadnym”, a być może z autostereotypem, silnie zakorzenionym w mentalności zbiorowej. Piątą pułapkę charakteru narodowego można wiązać z wpływem czynnika religijnego, a szerzej ideologicznego. Z tym wiąże się także przywiązanie do „teorii spiskowych”. Dusza zbiorowa XIX-wieczna świadomość narodowa odwoływała się do kategorii „ducha ludu”, „ducha plemiennego” czy „ducha narodu”, co miało związek z romantyczną idealizacją i poszukiwaniem odrębności metafizycznych (mesjanizm, posłannictwo dziejowe, cierpienie, heroizm, ofiara).
„Duch narodu” manifestował się poprzez język, sztukę, religię, obyczaje.
Gustave Le Bon, francuski autor „Psychologii tłumu” i „Psychologii rozwoju narodów” wskazywał na istnienie „duszy rasy”, stanowiącej „ogół znamion moralnych i intelektualnych” ludu, które decydują o jego rozwoju, losach i zbiorowej fizjonomii. Znamiona te ujawniają się w instytucjach, religii, zwyczajach i przemianach politycznych. „Każdy lud posiada pewną organizację umysłową, równie stałą, jak jego cechy anatomiczne, organizację objawiającą się w jego uczuciach, jego myślach, jego urządzeniach, wierzeniach i sztukach pięknych”.
Powyższe poglądy wskazują na istnienie pewnej fikcji „duszy zbiorowej”, która była odpowiednikiem „duszy indywidualnej”. Z tego wyciągano wnioski o bezwyjątkowym noszeniu przez każdego przedstawiciela narodu cech temu narodowi właściwych.
Morris Ginsberg w wydanej w 1921 r. pracy Psychology of Society uznał, że charakter narodowy odnosi się nie do stanów duchowych, lecz do faktów rzeczywistych. Jego zdaniem, psychologiczne cechy narodu, to „szeroko rozpowszechnione” w nim „formy odczuwania, myślenia i działania”, warunkowane splotem tradycji, sugestii, wymieszania ras i etnosów, a także wpływem środowiska. Uwalniają go one od piętna metafizyczności, mistycyzmu i dowolności interpretacyjnej.
W swoich kolejnych badaniach autor ten dowodził, że psychiczny kształt zbiorowości daje się uchwycić nie w pojedynczych zachowaniach i cechach członków poszczególnych społeczności narodowych, lecz w „manifestowaniu kolektywnego życia” poprzez instytucje społeczne i wartości.
Badacz zwracał ponadto uwagę na dynamikę i zmienność charakteru narodowego, iż „nie jest czymś danym raz na zawsze, ale czymś, co się nieskończenie staje, formuje i jest formowane przez okoliczności, w których naród się znalazł”. Wśród polskich socjologów podobny pogląd prezentował Jan Szczepański, pisząc w odniesieniu do polskiego charakteru narodowego, iż są to „historycznie ukształtowane, typowe dla Polaków postawy, wzory postępowania, uznawane wartości” („Rozważania o Rzeczypospolitej”). Z czasem okazało się, że te empirycznie weryfikowalne cechy nie mają jakichś nadzwyczajnych znaczeń, a ich interpretacja zależy często od orientacji ideologicznej badaczy. Wplątanie problematyki narodowych odrębności wraz z „teoriami” rasistowskimi do założeń ideologicznych nazizmu zaciążyło nad losami tej orientacji. Niemniej jednak pojęcie „ducha” narodu występuje pod postacią pewnego „splotu emocji” i „kolein intelektualnych”, które pozwalają zdaniem badaczy zrozumieć „zagadki-tajemnice” danego narodu.
W odniesieniu do narodu polskiego są to trwałe urazy i kompleksy historyczne, które nie pozwalają inaczej spojrzeć na Rosję, jak tylko z perspektywy „wiecznego wroga”. Podobnie jest ze spiskiem wielkich mocarstw, które kierują się wobec Polski motywem zdrady. Wszystkie tego rodzaju historyczne „skazy” czy „syndromy” są rezultatem skomplikowanych dziejów, związanych z utratą własnej państwowości.
Fenomen historyczny Polaków polegał na tym, że byli w dziejach nowożytnych jedynym wielkim narodem, który utracił niepodległość państwową. Traumatyczne doświadczenia związane z II wojną światową (kolejny rozbiór Polski i jej powojenne zniewolenie) z pewnością odłożyły się na „psychice” narodowej, przechodząc niczym „dziedziczna choroba genetyczna” z pokolenia na pokolenie. Dzieje się to w dużej mierze poprzez świadomy proces wychowawczy i w tym sensie charakter narodowy jest rzeczywiście wytworem aktywności społecznej.
Istota pułapki traktowania charakteru narodowego jako obiektywnego bytu polega na tym, że nawet ci, którzy zajmują takie stanowisko przyznają, iż łatwiej go określić intuicyjnie niż racjonalnie. Z tych powodów Władysław Markiewicz zalecał, aby dla uniknięcia mistyfikacji o istnieniu trwałych skłonności narodowych orzekać w formie sądów hipotetycznych („ Spraw polskich splątanie”),
Skażenie rasizmem Zachodnioeuropejska tradycja zainteresowań charakterem narodowym została skażona „teoriami” rasistowskimi, których największy rozkwit nastąpił w okresie III Rzeszy, gdy stały się podstawą doktryny hitlerowskiej. Rozprawy Josepha Arthura de Gobineau, Gustava Le Bona czy Houstona S. Chamberlaina służyły jako inspiracja do dowodzenia wyższości jednych ras nad innymi i do uzasadniania panowania ras.
W ten nurt wpisywały się także prace polskich badaczy, jak Ludwika Gumplowicza („System socjologii”) czy Ludwika Krzywickiego („ Systematyczny kurs antropologii: rasy psychiczne”) wskazujące na rolę uwarunkowań rasowych w procesach psychicznego różnicowania się narodów.
Wszystkich badaczy ras intrygował problem różnic funkcjonalnych, fizjologicznych i psychicznych, warunkowanych różnicami somatycznymi. Różnice w budowie anatomicznej ludzi miały powodować różnice w ich cechach umysłowych. Jednym z pierwszych, którzy występowali przeciwko takim interpretacjom był Karol Kautsky, wskazując, że nie sposób odróżnić dziedziczne cechy rasowe od cech nabytych w procesie historycznym i określonym środowisku.
Elementy rasizmu społecznego można znaleźć w sarmatyzmie, jako czysto polskiej, jednoznacznie szlacheckiej formacji kulturowej. Rasizm ten był próbą ochrony „przed zalewem przez morze chamstwa, przez prymitywny motłoch i złowrogą czerń”. Miało to związek z przekonaniem o odmiennym pochodzeniu etnicznym szlachetnych Sarmatów, czyli protoplastów szlachty-Polaków, od gorszej, poddańczo-niewolniczej, prymitywnej kulturowo proweniencji chłopów i mieszczan.
W okresie Polski międzywojennej odżyła sprawa rasizmu i ksenofobii. Jak stwierdził T. Łepkowski, „o ile dawny rasizm sarmacki nie był zbyt toksyczny pod względem duchowym, choć szkodliwy politycznie, o tyle groźny stał się rasizm endecki (wykluczający ze wspólnoty narodowej, z „polskości prawdziwej”, żywioły obce rasowo, głównie żydowskie)”. Istotą pułapki psychorasistowskiej jest poszukiwanie pochodzenia członków wspólnoty narodowej od dawnych wspólnych przodków. „Naród oznacza wspólnotę wielu pokoleń, wspólnotę żywych i umarłych, od których obecni żywi się wywodzą”.
Jeśli polskość wywodzono od szlachty polskiej, odmiennej rasowo od reszty narodu, to i charakter narodowy musiał kształtować się na bazie różnych „wspólnot krwi”, tym bardziej, że nacjonaliści o inklinacjach rasistowskich nie-Polaków, a zwłaszcza Żydów, za swoich przodków nie uważają. Jak wiadomo, podstawy takiego myślenia niewiele mają wspólnego z rzeczywistością, zważywszy na wymieszanie narodów pod względem etnicznym. Stanisław Bieleń
Jest to skrót tekstu, jaki ukazał się w tomie 2 Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego (2014) zatytułowanym: Pułapki kultury. Druga jego część ukaże się za miesiąc w numerze 6-7/16 SN Śródtytuły i wyróżnienia pochodzą od Redakcji.
- Autor: Stanisław Bieleń
- Odsłon: 2578
Pułapki charakteru narodowego (2)
Pułapki wynikające z geografiiWyjaśnianie psychokulturowej odrębności narodów za pomocą czynników geograficznych rozpoczęło się od starożytnych Greków – Herodota, Hipokratesa i Arystotelesa. Epoka wielkich odkryć geograficznych i spotykanie się Europejczyków z odmiennymi cywilizacjami od renesansu, przez oświecenie, po wiek XIX sprzyjały popularyzacji roli geografii w określaniu tożsamości narodów (Jean Bodin, Charles de Montesquieu, François-Marie Arouet Voltaire).
Nie bez znaczenia był także rozwój socjaldarwinizmu, co znajdywało wyraz w poszukiwaniu dowodów wpływu topografii na charakter, zdolności, postawy i zachowania ludzkie.
Johann Gottfried Herder, prekursor antropogeografii, ujmował istotę zależności między środowiskiem geograficznym a osobowością w następujący sposób: „Jedna okolica kształtowała narody myśliwskie, utrzymując je w stanie dzikości i czyniąc dzikość tę czymś koniecznym, inna, bardziej rozległa i łagodna, otwierała pole działania ludom pasterskim, dając im za towarzyszy spokojne zwierzęta, inna czyniła uprawę roli rzeczą łatwą, ale i konieczną, jeszcze inna popychała człowieka do żeglugi i rybołówstwa, a w końcu nawet zawiodła go do handlu – wszystko to przedstawiało sobą okresy i stany ludzkości, wynikłe nieuchronnie z naturalnych różnic i zmian w budowie naszej ziemi”.
W wieku XX odrzucono owe „impresjonistyczne” analizy „wpływów” środowiska przyrodniczego na człowieka (oparte na wyobrażeniach, intuicji, stereotypach czy mitach), stawiając na pierwszym planie odbiór czy odbicie środowiska geograficznego w kulturze różnych społeczności. Czynniki geograficzne mogą wspomagać badania nad osobowością etniczną, nie mogą wszak przesądzać ich wyników.
Na czynnik geograficzny warto wszak spojrzeć w kontekście jego związków z zachowaniami politycznymi. Usytuowanie przestrzenne danego państwa, a zatem i jego narodu może w istotny sposób modyfikować refleksję charakterologiczną. Nie jest bowiem żadnym odkryciem stwierdzenie, że stopień zewnętrznego zainteresowania danym narodem jest funkcją jego położenia, a ściślej pozycji międzynarodowej, jego dynamiki rozwojowej i wpływów na kształtowanie ładu międzynarodowego. Geopolityka zatem może decydować zarówno o odbiorze zewnętrznym danego narodu, jak i o jego autopercepcji.
Polska specyfika
Sięgając do przykładu położenia geopolitycznego Polski, należy wskazać na dwie istotne cechy, które kształtują charakter narodowy, a wynikają z geopolityki. Jest to terytoriocentryzm i wrażliwość na sąsiadów.
Pierwsza pułapka geopolityczna wynika z przywiązania do ziemi jako ojcowizny i jako matki żywicielki. Słowa pieśni: „Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród, nie damy pogrześć mowy”, oddają triadę definiującą polskość. W niej na pierwszym miejscu jest ziemia przed plemiennością i przed językiem.
To przywiązanie do ziemi jest wynikiem pewnego paradoksu. Polacy bowiem, jak mało który naród, stracił kiedyś swoją „ojcowiznę” ze względu na utratę państwa. Być może z tego względu „sakralizacja ziemi ojczystej” przesłania wszystkie inne wartości.
Spoglądając retrospektywnie, można także zauważać związek z dawną ekspansją magnacką na tzw. Kresy i przekonaniem, że Polska przynosiła zamieszkującym tam ludom wyższą kulturę. Tymczasem w świetle współczesnych badań, a największe zasługi ma w nich francuski historyk Daniel Beauvois, polski projekt kolonialny nie tylko był etycznie wątpliwy (nasilanie niewolniczej zależności), ale i niewydajny. Polska nie tylko straciła kontrolę nad tymi terenami na rzecz Rosji, ale i wzbudziła trwałą niechęć wśród Litwinów, Białorusinów i Ukraińców, czego nie chcą dostrzec współcześni polscy politycy, będący zwolennikami tzw. jagiellońskiej koncepcji polityki wschodniej.
Druga pułapka geopolityczna jest rezultatem przekonania, że sąsiedzi Polski są jej odwiecznymi wrogami. Wynika to przede wszystkim z niekorzystnego dla Polski stosunku sił (ich asymetrii i nierównowagi), determinującego relacje Polski z Rosją i Niemcami. Rosyjski neoimperializm i niemieckie ambicje wpływania na sprawy Europy Środkowej i Wschodniej prowadzą do ograniczonego znaczenia Polski jako samodzielnego uczestnika procesów międzynarodowych.
Okazuje się, że bez przyzwolenia Niemiec nie można prowadzić jakiejkolwiek sensownej polityki w ramach Unii Europejskiej, zaś bez uwzględnienia interesów Rosji trudno cokolwiek osiągnąć tak na Wschodzie, jak i na Zachodzie. To rodzi oczywiste frustracje, zwłaszcza wśród elit politycznych, a także potęguje strach przed sąsiadami. Zwłaszcza strach przed Rosją jest pochodną obsesji, polegającej na tym, że stosunkowo niewielkie zagrożenie (Polska od 300 lat nie była bardziej bezpieczna niż obecnie) jest postrzegane jako duże i wywołuje alarmistyczne tony w polskiej polityce. Taką sytuację wykorzystują Stany Zjednoczone, przypisując Polsce rolę „państwa frontowego” w swojej strategii podtrzymywania wrogości wobec Rosji.
Wszystkie te nastawienia i obsesje mają swoje źródła nie w trwałym i niezmiennym nieznoszeniu sąsiadów, ale wypływają z kompleksów i frustracji, nagromadzonych od XVII w., kiedy Polska zaczęła przegrywać rywalizację historyczną z Rosją. Jak zauważał T. Łepkowski, „w XIX w. Polacy żyli już w swoistym szaleństwie, może w rodzaju schizofrenii politycznej, spowodowanej nicością polityczno-państwową »narodu politycznego«, opętanego mitem wielkości i dławionego poczuciem krzywdy”.
Pułapki wynikające z podejścia utylitarnego
Kategoria charakteru narodowego od XIX wieku sprzyjała podkreślaniu wyjątkowości wybranych wspólnot. Tymczasem praktyczne podejścia, oparte przede wszystkim na racjonalnym poznawaniu rzeczywistości, wskazują na to, że każdy naród ma swoją specyfikę, którą można lepiej lub gorzej rozpoznać i wiedzę tę wykorzystać w konkretnych działaniach. Tak więc sytuacja narodu polskiego nie jest wynikiem jakichś mitycznych cech narodowych, ale konkretnych uwarunkowań, związanych z kondycją ekonomiczną i społeczną.
Przekonanie, że poznanie charakteru narodowego jest możliwe na podstawie doświadczenia legło u podstaw rozwoju dydaktyki i inżynierii społecznej, służących zwłaszcza celom wojskowym i ideologicznym. Na przykład, badania sowietologiczne, o wyraźnym zabarwieniu antykomunistycznym, służyły na Zachodzie kreowaniu „wizerunku wroga” i przypisywaniu Sowietom cech negatywnych (trzeba było pokazać, jak niecywilizowany i nieludzki jest wróg).
Nie jest już dziś żadną tajemnicą, że podejścia te służyły przede wszystkim propagandzie i indoktrynacji i nie wytrzymują próby z punktu widzenia kryteriów naukowych. Podobnie działo się po stronie komunistycznej, gdzie całe sztaby ludzi pracowały nad kreśleniem wizerunku imperialistów amerykańskich, wykorzystywanego w wojnie psychologicznej. W XVIII w. David Hume upatrywał podstaw istnienia charakteru narodowego w systemie politycznym, który jest potężną siłą homogenizującą. Upowszechnianie wartości i instytucji zachodnich z czasem prowadziło do uniformizacji postaw i wzorów zachowań. Dyfuzja kulturowa sprzyjała kształtowaniu się przekonania, zwłaszcza wśród Amerykanów, że wszyscy ludzie na Ziemi mają jednakową skłonność do socjalizacji, naśladownictwa i kontaktów między grupami. Zdaniem D. Hume’a, „tam, gdzie ustaliło się na wieki bardzo rozległe państwo, narodowy charakter ogarnia cały kraj i we wszystkich jego częściach zaprowadza podobne obyczaje”.
Na takiej podstawie w latach czterdziestych XX wieku w USA na zlecenie Biura Informacji Wojennej kreślono psychologiczne sylwetki narodów, zakładając – w dużym uproszczeniu – ich homogeniczność, specyfikę, odrębność. Trudno było w takich świadomie konstruowanych charakterystykach odróżnić prawdę od wyobrażeń, uprzedzeń i stereotypów, podzielanych zarówno przez badających, jak i ich informatorów (por. Harvard Project on the Soviet Social System). Trudno też było ocenić ich użyteczność czy bezużyteczność z punktu widzenia zamawiających.
Trzeba jednak przyznać, że zapoczątkowane wtedy badania socjologiczne i psychologiczne na zamówienie armii amerykańskiej, przygotowującej się do wkroczenia na tereny dotychczas jej nieznane, z czasem rozwinęły się w poważne studia interdyscyplinarne, dostarczające wiedzy na temat psychologicznych charakterystyk grup ludzkich, żyjących w różnych miejscach globu. To w ich rezultacie zaczęto doceniać wyniki badań międzykulturowych nad charakterem narodowym, dowodząc wpływu cech narodowych na style zarządzania i gospodarowania.
Okazuje się jednak, że wszelkie uproszczenia i generalizacje prowadzą na manowce. W chińskim charakterze narodowym można przecież znaleźć szereg różnic wynikających z przynależności regionalnej, językowej, religijnej czy zawodowej. Rosjanie, a następnie Amerykanie przekonali się jak trudno rozpoznać charakter narodowy Afgańczyków, zważywszy na wewnętrzne różnice kulturowe. Podobnie stało się w Iraku czy w Libii. Nawet w Europie narody takie jak Niemcy różnią się między sobą nie tylko ze względu na niedawny podział na RFN i NRD, ale także ze względu na dawny podział etnosu niemieckiego na wiele księstw, pryncypatów, miast i arcybiskupstw w obrębie Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego.
Z tych powodów utylitarne spojrzenie na charakter narodowy może pomijać nie tylko jego złożoność, ale i dynamiczną zmienność. Zauważono bowiem, że w ciągu stosunkowo krótkiego czasu, narody zmieniały swoje oblicza w wyniku dramatycznych wydarzeń.
Czesi, uważani za jeden z najbardziej walecznych narodów średniowiecznej Europy, po klęsce szlachty pod Białą Górą w 1618 r. zmienili się w jeden z najspokojniejszych narodów mieszczańskich. Francuzi, słynni z odwagi w wojnach napoleońskich i męstwa w okopach I wojny światowej, gromadnie poparli kapitulancką politykę marszałka Philippa Pétaina.
Przykładów takich przemian można byłoby przytoczyć więcej. Być może i współcześnie zachodzą tego rodzaju zmiany w polskim charakterze narodowym, co jest spowodowane otwieraniem się na procesy integracyjne i globalizacyjne.
Pułapki wynikające z religii
Charakter narodowy jest kategorią podatną na różne idealizacje i mitologizacje. Sprzyja nierzadko bezkrytycznemu przywoływaniu historii i apologetyzowaniu przodków, uzasadnianiu tendencji mesjanistycznych i bezrefleksyjnych. W przypadku wielu narodów ma związek z panującą ortodoksją, integryzmem religijnym czy fundamentalizmem. Praktycznie bardzo trudno jest oddzielić pod względem aksjologicznym charakter narodowy od religii. Zjawisko to występuje szczególnie w sytuacjach przerostu pierwiastka irracjonalnego i romantyczno-mitycznego nad myśleniem racjonalno-pozytywnym i działaniem „organicznym”.
W przypadku polskiego charakteru narodowego, na specyfikę i charakter polskiej religijności wpływały i wciąż wpływają takie czynniki, jak: przerost czynnika emocjonalnego i wolicjonalnego nad rozumowym i zdroworozsądkowym, fantazyjnego i utopijnego nad realistycznym, entuzjastycznego nad umiarkowanym, wiara w przychylność i pomoc sił nadprzyrodzonych, nieliczenie się z własnymi siłami i możliwościami, uleganie myśleniu życzeniowemu, łatwość improwizacji i tzw. bujanie w obłokach, ufność, że „jakoś to będzie”, wiara w misję dziejową i posłannictwo, powierzchowny tradycjonalizm, wybujały indywidualizm, nadmierna skłonność do celebracji zdarzeń (rocznic, świąt) i in.
W rezultacie dość popularnym stało się przekonanie, że Polacy ze względu na złożoną historię i położenie geopolityczne siłą rzeczy muszą pozostawać „idealistami”. Gdyby bowiem byli „realistami”, takimi jak choćby obywatele państw skandynawskich, musieliby skapitulować przed silniejszymi od siebie sąsiadami. W takim myśleniu zawiera się ów „determinizm idealistyczny”, którego źródeł należy upatrywać w odległych czasach kształtowania się polskiego mesjanizmu chrześcijańskiego i który ma swoje dzisiejsze apoteozy i apologetów.
Największym obciążeniem polskiego charakteru narodowego jest utożsamianie go z etosem katolickim. To ostatnie stanowisko jest zasługą Romana Dmowskiego, który usiłowanie oddzielenia katolicyzmu od polskości, oderwania narodu od religii uważał za niszczenie „samej istoty narodu”.
Splot „Polak-katolik” oparty na związku katolicyzmu i patriotyzmu/nacjonalizmu ukształtował się już w okresie zaborów, co miało ważne znaczenie identyfikacyjne i konsolidujące. Stefan Czarnowski zauważył, że im silniejszy był nacisk czynników obcych na polską społeczność katolicką, tym splot ten stawał się silniejszy. W kontekście stereotypu „Polaka-katolika” występowało zjawisko „polonizacji”, „sarmatyzacji” czy „nacjonalizacji” tej formacji religijnej, tzn. łączenia, a nawet utożsamiania treści doktrynalnych i teologicznych z wartościami i ideałami narodowymi.
Na przeciwne skutki „sojuszu” polskości i katolicyzmu wskazywał już w 1818 r. Adam Czarnocki (ps. Zorian Dołęga Chodakowski) w książce pt. „O Słowiańszczyźnie przed chrześcijaństwem”, oskarżając chrześcijaństwo o doprowadzenie narodu polskiego do upadku i utraty własnej tożsamości. Najdalej posunął się chyba Jan Stachniuk z kręgu „Zadrugi”, który uważał, iż „chrystianizacja Polski była zaszczepieniem w jej organizm raka wspakultury. On też stał się kręgosłupem polskiej świadomości narodowej”. Pod wpływem religii katolickiej, owej spółki „germańskiego miecza z papieskim krzyżem” polski charakter narodowy uległ odpolszczeniu.
Nie wnikając w spory ideowo-polityczne trzeba przyznać, że w określaniu tego, co polskie dużą przewagę do dziś mają orientacje zachowawcze, narodowo-patriotyczne i „bogoojczyźniane”.
Rezultatem tego zjawiska jest narzucanie społeczeństwu religijnych symboli i wzorców osobowych, a zacieranie znaczenia i pamięci wzorców świeckich, konfesyjnie niezależnych, agnostycznych, lewicowych i antyklerykalnych, krytycznych wobec stereotypu „Polaka-katolika”. Poszukiwanie nowocześnie pojętej dialektyki sacrum i profanum, syntezy wartości narodowych z uniwersalnymi staje się warunkiem budowania nowego, pluralistycznego i wielokulturowego etosu. Jest to także konieczność odpowiedzi na procesy sekularyzacyjne, do których tradycyjny Kościół w Polsce nie jest przygotowany.I religia, i sarmatyzm
Wpływ czynnika religijnego na charakter narodowy pokazuje, że ludzie cały czas żyją w świecie narzucanych im narracji ideowych i światopoglądowych. Rezultatem tego zjawiska jest uniformizacja i równanie do jakichś wyobrażonych i narzuconych z góry standardów, ram i wzorów zachowań. Charakter narodowy okazuje się być jakimś konglomeratem poglądów dziedziczonych z przeszłości, na kanwie czego wyrastają rozmaite „hybrydy” intelektualne i świadomościowe.
Dobrym przykładem jest polska świadomość narodowa, oparta na ideologii sarmatyzmu. Można oczywiście traktować ją jako przejaw polskiego „geniuszu historycznego”, ale nie da się zaprzeczyć, że stanowiła ona ideologiczny manifest wyboru drogi, która doprowadziła do największej katastrofy w historii polskiej państwowości. Zrodzony wtedy kompleks niższości wobec Zachodu był kompensowany kompleksem wyższości wobec Wschodu. W sumie obydwa kompleksy dowodziły głębokiej peryferyjności i braku wewnątrzsterowności Polaków.
Obciążenie charakteru narodowego religijnością prowadzi do pomieszania wielu zjawisk. Z jednej strony, do uwikłania religii w sprawy narodowe, polityczne, obyczajowe czy folklorystyczne (traci ona pewne cechy swojej uniwersalności na rzecz tzw. ludowości), a z drugiej - do jej deformacji i spłycenia, petryfikacji i zamknięcia w dogmatach. Adaptowana i przekształcana przez naród religia utwierdza w nim tradycyjne stereotypy i zachowania, stanowiąc w efekcie bariery czy utrudnienia w procesie modernizacji cywilizacyjnej.
W społeczeństwach wielowyznaniowych, w których nie ma dominacji jednej konfesji religijnej, a występuje pluralizm wierzeń i znaczeń religijnych – tak jak w społeczeństwach północnoamerykańskim, kanadyjskim, australijskim, ale także zachodnioeuropejskich – religia nie jest sprawą publiczną czy narodową, ale sprawą prywatną, osobistą, indywidualną. Nie odgrywa ona istotnej roli w identyfikacji narodowej czy państwowej. Spoiwem wspólnoty narodowej jest etos świecki, oparty na nowoczesnych i obywatelskich więziach, opartych na wspólnej kulturze duchowej, upodobnionym obyczaju, zwyczaju i stylu życia, a także formach partycypacji w życiu publicznym. Charakter narodowy kształtuje się wtedy poprzez identyfikację z określonymi elementami wspólnie doświadczanej teraźniejszości i nastawieniami na przyszłość, a nie z treściami przeszłości i tradycji. Nie ma też problemu z otwartością i tolerancją wobec innych, odmiennych, obcych. W rozważaniach na temat relacji między charakterem narodowym i religią wskazuje się nie tylko na integracyjne funkcje wierzeń, ale także na ich potencjał dezintegracyjny i konfliktogenny. W historii można wskazać na wiele inspiracji religijnych, kierujących zachowania wspólnot ludzkich w stronę wojen i walk bratobójczych, zbrodni, nietolerancji, prozelityzmu, ksenofobii, fanatycznego misjonizmu, urazów i uprzedzeń.
W przypadku współczesnej Polski religia nie jest już narzędziem „wypraw krzyżowych”, ale można się zastanowić, czy gorliwość w zaangażowaniu na rzecz krzewienia zachodnich wartości we wschodniej Europie nie jest przypadkiem przebrzmiałym echem doktryny „przedmurza” i walk o „świętą wolność ludów”. Religijna pułapka polskiego charakteru narodowego sprawia, że w badaniach historycznych unika się łączenia katolicyzmu z tym wszystkim, czym w historii Polski trudno się pochwalić. Przyjdzie zapewne czas, gdy na wiele spraw będzie można spojrzeć bez ideologicznego zacietrzewienia. Ideologizacja charakteru narodowego prowadziła w XX w. do tworzenia sztucznych kategorii narodów i poszukiwań ich osobliwości niezależnie od pochodzenia etnicznego. Nikita Chruszczow wprowadził do obiegu politycznego w 1961 r. pojęcie „narodu radzieckiego” (советский народ), co dało podstawę do poszukiwania rozmaitych wspólnych cech „ludzi radzieckich”. Podobnie zaistnienie „narodów ideologicznych” próbowano uzasadniać w Jugosławii czy NRD. Analiza krytyczna zjawiska legła u podstaw wprowadzenia pojęcia homo sovieticus (Michaił Heller, Aleksandr Zinowiew, Józef Tischner), przydatnego w opisie postępującego procesu demoralizacji społeczeństwa komunistycznego.
Kultura głęboko antyintelektualna
Największe pułapki charakteru narodowego tkwią w jego ambiwalentnej naturze. Sprowadza się ona do postrzegania go jako czegoś, co istnieje obiektywnie, gdy tymczasem mamy do czynienia ze zjawiskiem ewidentnie subiektywnym. Charakter narodowy jako zjawisko psychokulturowe jest warunkowany przez wiele czynników. Trudno jednak przyznać im rolę determinującą. Uwarunkowania geograficzne i środowiskowe z pewnością nie przesądzają o „psychice narodowej” ani o „charakterze kulturowym” narodu.
Charakter narodowy pozostaje w złożonych relacjach z innymi rodzajami świadomości społecznej, w tym także z wyznawaną religią czy religiami, wyciskając na nich swoje piętno, ale i ulegając oddziaływaniom z ich strony. Wszystko to tworzy pewne syndromy kulturowe, które są trudne do rozwikłania.
Także utylitarne czy instrumentalne podejście do charakteru narodowego nie przyniosło oczekiwanych rezultatów. Okazało się, że rzekome rozpoznanie trwałych „kwalifikacji” różnych narodów wcale nie pomaga w stworzeniu skutecznych form zarządzania. Pokazują to doświadczenia amerykańskiej pomocy w odbudowie po konfliktach państwowości irackiej czy afgańskiej. Nikt nie jest w stanie poradzić sobie z syndromami etnicznymi i religijnymi, ukształtowanymi w konkretnych warunkach historycznych i niepoddającymi się modyfikacjom ze strony zewnętrznych interwentów.
Dzisiejsza wiedza z zakresu nauk społecznych pozwala jednoznacznie stwierdzić, że nie da się objaśnić wielu zachowań społecznych przez pryzmat charakteru narodowego. Gdyby tak było, popełniano by błąd redukcjonizmu, polegający na sprowadzaniu przyczyn rozmaitych zjawisk do jakiegoś jednego kodu wartości czy zestawu cech, które wcale nie muszą w zmiennych okolicznościach czasowo-przestrzennych prowadzić do tych samych, czy nawet podobnych zachowań.
Z tego względu różne aspekty tradycyjnie pojmowanej tożsamości mogą być groźne dla jej nosicieli. Zamykają bowiem myślenie zbiorowe w jakiejś pętli zachowań i wyobrażeń, uchodzących rzekomo za typowe dla danej nacji. Ograniczają też zdolność przedstawicieli danego narodu do realistycznego postrzegania otaczającej ich rzeczywistości, a tym samym takiego jej urządzania, aby dostarczała coraz więcej impulsów rozwojowych, a nie zamykała się w koleinach stagnacji i zacofania.
Przedstawione pułapki charakteru narodowego mogą być źródłem złudzeń i zafałszowań świadomości przedstawicieli danego narodu na temat jego pozycji i ról międzynarodowych. Dotyczy to m. in. Polaków, przekonanych o swojej krzywdzie, a także mających skłonność do uprawiania swoistej „psychologii literackiej”, stosowanej w odbiorze i ocenie innych narodów. Jak podaje Stefan Bednarek („Charakter narodowy w koncepcjach i badaniach współczesnej humanistyki”) - „Skierowanie uwagi nie na cechy charakteru, temperamentu i postawy członków narodu, lecz na ich wyobrażenia, przeświadczenia i opinie o sobie i innych narodach prowadzi do takich ujęć, w których pytanie o to, jaki jest naprawdę charakter danego narodu, ustępuje pytaniu o sposób jego istnienia w świadomości społecznej”.
Przekonanie o istnieniu jednego charakteru narodowego niesie zgubne skutki dla kultury dyskursu publicznego. Naród polski, podobnie jak inne narody, jest wewnętrznie zróżnicowany, dlatego nie sposób zamknąć go w jakiejś wyimaginowanej jednomyślności. Doświadczenie historyczne uczy, że narzucenie jednej narracji historycznej, jednej religii czy jednego stylu życia jest praktycznie niemożliwe.
Polacy nauczyli się artykułować odmienne interesy i antagonizmy w przestrzeni publicznej, chociaż jeszcze zbyt często dzieje się to na poziomie symbolicznym i ideologicznym, a nie na poziomie pragmatycznym i intelektualnym. W dyskursie publicznym więcej jest mitów i wierzeń, w tym „teorii spiskowych”, niż wiedzy, namysłu i racjonalności. W sumie mamy do czynienia z kulturą głęboko antyintelektualną. Ludzi krytycznie, bądź inaczej myślących łatwo kwalifikuje się jako narodowych „nihilistów”, „neostańczyków”, „pożytecznych idiotów” czy wręcz „zaprzańców”. Krytykowana przez Norwida nieumiejętność „różnienia się pięknie” to jedna z wad narodowych, utrudniających budowanie kompromisu. Do tego dochodzą czynniki zewnętrzne, uzależnienia od obcych koncepcji i wizji, które powodują, że naród polski w swojej złożoności ciągle ma problemy z autoświadomością i identyfikacją.
Na przykład, jedna z tzw. cnót narodowych, tj. sprzeciw wobec różnych form uzależnienia, kierowany jest wyłącznie pod adresem Rosji, gdy faktycznie uzależnienie pod nowymi postaciami przychodzi z wielu innych stron, także ze strony sojuszników i ugrupowań integracyjnych.
W dyskursie publicznym pojawiają się półprawdy i zafałszowania, odwoływanie się do emocji i stereotypów, które nie pomagają w zrozumieniu, a zatem i zaradzeniu rozmaitym problemom, związanym choćby z procesami desuwerenizacji.
Ma rację Jerzy Robert Nowak, że niewiele się zmieniło w poczuciu własnej wartości, co wyraża „skrajna łatwowierność w życiu politycznym, zbytnia a kosztowna ufność w porady cudzoziemców, naiwna wiara w zbawczą obcą pomoc, głównie z Zachodu”.
Stanisław Bieleń
Jest to skrót tekstu, jaki ukazał się w tomie 2 Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego (2014) zatytułowanym: Pułapki kultury.
Pierwsza jego część ukazała się w numerze 5/16 SN - Pułapki charakteru narodowego (1)
Śródtytuły i wyróżnienia pochodzą od Redakcji.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1054
„Zły śpi spokojnie bo jest pewny siebie” – rzekł w jednej z dyskusji o filmie i swojej twórczości japoński reżyser, mag kina XX wieku Akira Kurosawa. Do tej sentencji można tylko dodać wypowiedź brytyjskiego filozofa Bertranda Russella o istocie mądrości i głupoty. I nie jest moim zdaniem ta myśl spersonalizowana.
To smutne, że głupcy są tak pewni siebie,
a ludzie mądrzy tak pełni wątpliwości.
Bertrand Russell
Akira Kurosawa jest jednym z najważniejszych reżyserów kina światowego. Czarno-białe, surowe w swym wyrazie obrazy nasycone uniwersalnym humanizmem przyniosły mu międzynarodową sławę i zasłużone zaszczyty. Chyba najważniejszym w plejadzie jego twórczości jest film Rashomon. Mimo upływu lat od jego nakręcenia (1950), prostej fabuły, nie mówiąc już o warsztacie reżyserskim (gdy porównujemy go do współczesnych produkcji), niesie ponadczasowe, wiecznie żywe i zasadne dylematy będące esencją człowieczeństwa. Dylematy, które jak widzimy dziś są nadal aktualne, a może tym bardziej istotne w czasach technologicznej rewolucji w sposobie komunikacji interpersonalnych, medialnych megamanipulacji oraz zalewu informacji, co pozbawia człowieka samodzielnego i krytycznego myślenia.
Akcja filmu dzieje się w średniowiecznej Japonii. W opuszczonej świątyni Rashomon grupa podróżnych chroni się przed deszczem. Czasy są niepewne, bo kraj wyniszczają krwawe wojny toczone przez feudałów i pozostających w ich służbie samurajów. Królują wszechogarniający chaos i poczucie braku bezpieczeństwa. Jeden z podróżnych zaczyna swą opowieść: Niedawno w lesie znalazł ciało zabitego samuraja. Zabójca został pojmany. Wersja zabójcy brzmi, iż zabił samuraja w pojedynku po tym, jak ten zgwałcił jego żonę. Z kolei jego żona przedstawia inną wersję – to ona zabiła samuraja, nie mogąc znieść pogardy męża wobec gwałtu dokonanego na niej.
Pojawiający się duch zabitego samuraja opowiada, że on popełnił samobójstwo. Z kolei według narracji podróżnego chroniącego się w świątyni przed deszczem, który rozpoczyna opowieść o tym wydarzeniu to kobieta sprowokowała mężczyzn do walki. Obaj walczący jego zdaniem zachowali się jak tchórze.
W zależności od wersji wszystko wygląda różnie. Raz samuraj jest ofiarą, a raz katem. Jego żona jest widzem, albo podstępną prowokatorką, zaś podróżny inicjujący tę opowieść: przypadkowym przechodniem, beznamiętnym obserwatorem, albo mordercą.
Każdy z bohaterów opowiadających historię napadu przedstawia ją zupełnie inaczej, starając się reprezentować siebie w możliwie pozytywnym świetle, jednocześnie demonizując postępowanie pozostałych uczestników zdarzenia.
Nie wiadomo, która z relacji jest prawdziwa, który z narratorów jest wiarygodny, a kto kłamie. W zderzeniu kilku przeciwstawnych wersji, przy braku możliwości racjonalnej oceny, gdyż główną rolę grają zaangażowanie i emocje, nikt nie może być postrzegany jako świadek i recenzent godny całkowitego zaufania. To jest iście szekspirowskie, uniwersalne, wieczne pytanie o naturę prawdy i istotę człowieka: o to, czy możliwe jest obiektywne poznanie i czy istnieje jedna, absolutna prawda. Nawet w obliczu tak wydawałoby się jasnego wydarzenia jakim jest morderstwo człowieka przez drugiego człowieka.
Więc kto kłamie, a kto mówi prawdę? Kto jest ofiarą a kto sprawcą zbrodni? A jeśli to kłamstwo jest w przekonaniu mówiącego najczystszą prawdą?
Kurosawa każe widzowi wątpić w siebie, bo człowiek jest omylny, zawsze ma w sobie nagromadzone życiowe doświadczenia i wizję świata oraz ludzi, wedle których sądzi i opiniuje, a jego wiedza zawsze pozostaje ograniczoną (gdyż jest subiektywna i selektywna). Zwłaszcza w chwilach takich jak współcześnie, kiedy media są wszechogarniające, pozostają w służbie określonych ośrodków mających wywierać wpływ w określonych celach na ludzką świadomość i bombardują nas miliardami informacji. Często sprzecznymi, nie pozwalającymi zachować balansu, zdystansowania i dokonać racjonalnej refleksji i analizy. Raz - z nadmiaru tych informacji, dwa – z tytułu ich wzajemnego wykluczenia.
Więc czasem może warto popatrzeć na dziejące się wokół nas wydarzenia – te małe, wielkie i globalne – przez pryzmat czasu, który ciągle mija i miejsca w jakim się znajdujemy. I faktu, iż nie zawsze ofiara jest aniołem, a napastnik demonem.
Ta opowieść o ułudzie absolutu – bo chcemy aby nasza prawda była czymś niepodzielnym i powszechnie przyjmowanym aksjomatem – jest tym bardziej we współczesnym świecie istotna, gdyż owe wolne, demokratyczne i obiektywne ponoć media, posiadające niebywałą władzę, formatują naszą świadomość wedle zapotrzebowania swoich kuratorów: czyli megakapitału wiejącego przez nasz świat niczym Duch Święty wedle św. Augustyna, czyli „kędy on chce” i mającego jednoznaczny, utylitarny, wieczny interes. Zysk, wielowymiarowo rozumiany.
Marc Bloch, twórca w okresie międzywojennym znakomitej szkoły historycznej we Francji (tzw. Annales) zauważył, iż wszelkich dziejących się wokół nas wydarzeń – politycznych, kulturowych, ekonomicznych itd. – nie wolno oceniać i opisywać wyłącznie ze współczesnej nam perspektywy. Istnieje bowiem zasada przyczynowości i skutkowości. Z tej racji wszystko ma swe źródła w czasie minionym – tym bliskim, dalszym, a czasami w odległej o wieki przeszłości. To przykład na tzw. „długiego trwania”, jak z kolei konkludował kolejny reprezentant tej szkoły historycznej, Ferdynand Braudel.
Nie jest to pochwała – choć to jest ludzkie, czyli realne – relatywizmu (wzmacnianego przy okazji przez medialnych mentorów terminem „moralny”). Nie jest to także nawoływanie do pasywności. Jest to jedynie zwrócenie uwagi na to, iż o winie, karze czy odpowiedzialności decydować winne powołane do tego specjalistyczne, profesjonalne, opierające się o kodeksy (oczywiście po dogłębnym i zgodnym z procedurami procesie) organy. Zbyt często owi nowi władcy naszej świadomości, umiejscowieni w mediach i mainstreamie, podając nam informacje w formie jedynej i absolutnej prawdy – bo to ich prawda i ich wersja - mają w tym konkretny interes. Taki, aby owa prawda i wersja tak właśnie była odbierana i przez to jednocześnie kreowała wyroki zgodne z ich intencjami. Chcą być prokuratorem, sędzią i katem.
Warto więc choćby dla psychicznej higieny wyrwać się z bańki jednoznacznych i dogmatycznych definicji serwowanych nam przez media, odłączyć sieć i przejść do informacji, źródeł, tekstów czy obrazów (takich jak np. wspomniany Rashomon Kurosawy) pozwalających spojrzeć na świat, procesy w nim zachodzące i na nas samych bez emocji, uprzedzeń, fobii i dogmatycznie poszufladkowanych klasyfikacji.
Radosław S. Czarnecki