Naukowa agora (el)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 3513
Z prof. Andrzejem H. Jasińskim z Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego rozmawia Anna Leszkowska
- Minister nauki Barbara Kudrycka na tegorocznym kongresie gospodarczym w Katowicach stwierdziła, że w 2010 roku Polska osiągnęła niemal średnią unijną w zakresie wydatków ze środków publicznych na b+r. Według minister, w UE na ten cel przeznacza się 0,27% PKB, a w Polsce – 0,26% PKB. W roku 2011 średnia unijna może nawet została przekroczona. Tę samą informację powtórzyła wiceminister Daria Nałęcz podczas majowego Zgromadzenia Ogólnego PAN, zatem nie ma tu chyba mowy o pomyłce. Czy istotnie polska nauka jest tak hojnie finansowana, tylko że o tym nie wiemy?
- Wydaje mi się, że powstało jakieś przekłamanie, bo nawet jeśli te liczby są prawidłowe, to dotyczą czegoś innego. Otóż w 2010 r. udział całkowitych nakładów na b+r, tzw. GERD wynosił 0,74% PKB. W tym czasie, dla porównania, w UE średni udział nakładów na b+r wynosił 1,9% PKB, z uwzględnieniem takich krajów jak Polska, Rumunia, Bułgaria. Natomiast jeśli chodzi o kraje wysoko uprzemysłowione – tam GERD wynosi ok. 3% i więcej - jak w Finlandii, Szwecji czy Danii. Być może ten współczynnik 0,26% dotyczył udziału sektora biznesu w nakładach na b+r , dlatego że od dłuższego już czasu udział sektora przedsiębiorstw w nakładach na b+r wynosił ok. 1/3 wszystkich nakładów.
- Czyli nie tak źle...
- Raczej tragicznie. Dlatego, że w UE jest proporcja odwrotna: ok. 1/3 nakładów jest z budżetu państwa, a 2/3 - z przedsiębiorstw. A trzeba przypomnieć o strategii lizbońskiej, która choć nie jest realizowana, to jej priorytety nadal są ważne. Czyli dąży się do tego, aby nakłady na naukę z budżetu państwa wynosiły ok. 3%, co w przypadku Polski długo, długo nie zostanie spełnione. A jest i drugi warunek -aby udział przedsiębiorstw wynosił ok. 2%, czyli właśnie 2/3 nakładów całkowitych.
-W Polsce nakłady z budżetu jednak spadają, a czy spadają także z biznesu?
- Do roku 2005 był zdecydowany, wyraźny spadek współczynnika GERD/ PKB. W ciągu pięciu lat ustabilizował się na poziomie ok. 0,5 - 0,6 i ta relacja zaczęła się poprawiać dopiero z chwilą nadejścia do Polski funduszy strukturalnych.
- Z danych sejmowych wynika, że nakłady z budżetu na naukę od 2008 roku oscylują w granicach 0,38 - 0,42% PKB. Czy są dokładne dane dotyczące środków dopływających do nauki z gospodarki?
- Polska jest bardzo uboga, jeśli chodzi o statystykę dotyczącą b+r. Kiedy potrzebowałem ostatnio danych na ten temat, musiałem sięgnąć do bazy OECD, w której są one bardziej aktualne i szczegółowe. Jak wspomniałem, nakłady z budżetu państwa i przedsiębiorstw przez 5 lat były na bardzo niskim poziomie, dopiero nieduży wzrost – do 0,74% PKB - nastąpił w 2010 roku. Jeśli chodzi o nakłady z przedsiębiorstw w 2010 roku – nie dysponuję dokładnymi danymi, ale one są mniej więcej w tej samej proporcji jak 1/3 do 2/3.
- Czyli generalnie proporcje się nie zmieniają, choć nakłady z budżetu minimalnie rosną?
- Tak, i to jest wielce niepokojące, bo przecież w latach 2009 - 2011 napłynęły do kraju niemałe środki z funduszy strukturalnych. Oceniam, że Polska straciła olbrzymią szansę na przełom w finansowaniu nauki i w tej chwili jest to nie do odrobienia. Po raz pierwszy bowiem napłynęły – i to skokowo - do kraju tak duże pieniądze, z których spora część została przeznaczona na prace badawczo-rozwojowe. I gdyby polski rząd w tym samym czasie też skokowo zwiększył nakłady na b+r, to dokonalibyśmy przełomu. Bo trzeba wiedzieć, że publiczne pieniądze na b+r odgrywają rolę tzw. holownika, tzn. 1 złoty wydany z budżetu na b+r, często pociąga za sobą wydatek 2-2,5 zł od przedsiębiorcy.
- Prof. Rybiński z kolei uważa, że środki unijne, zwłaszcza z PO IG, były dla gospodarki nieszczęściem, gdyż były to pieniądze za łatwe, nie skierowane na rozwój. Czy w nauce nie było podobnie? Odnosi się wrażenie, że sfinansowano nimi inwestycje – głównie szkół wyższych, natomiast nie stworzono dzięki nim ważnych programów badawczych.
- Nie zgadzam się z tak krytyczną oceną prof. Rybińskiego, choć też uważam, że łatwych pieniędzy ludzie nie doceniają. Jednak jeśli chodzi o dystrybucję tych środków, nie mam tutaj większych zastrzeżeń. Z drugiej strony, powinniśmy się z tych pieniędzy cieszyć, bo dzięki tym środkom wielu przedsiębiorców dokonało innowacji, podjęto badania kończące się innowacjami. Źle się jednak stało, że te pieniądze pozwoliły na pewien oddech ze strony budżetu państwa. Bo gdzie w tym czasie był rodzimy wysiłek finansowy?
- Ale on jest związany ewidentnie z polityką państwa. Od lat 90. nie stworzono żadnego mechanizmu proinnowacyjnego. Nie wprowadzono żadnych mechanizmów finansowych, ani innych, które by zbliżyły naukę do gospodarki, zwiększyły dopływ środków z gospodarki do nauki.
- Jest jednak kilka elementów wspierających innowacyjność, np. znowelizowana dwa lata temu ustawa o niektórych formach wspierania działalności innowacyjnej – choć prawdę mówiąc, mało skuteczna. Na polityce państwa odcisnęło się piętno ochrony sektora b+r , utrzymania status quo za wszelką cenę, co było uzasadnione w początkach lat 90., kiedy rząd o nim zapomniał podczas sprzedawania dużych zakładów przemysłowych zagranicznym inwestorom. Ale minęło już tyle lat, a my ciągle jesteśmy pod wpływem tego dziedzictwa przeszłości.
Polega to, po pierwsze, na bardzo złej strukturze potencjału rozwojowego, jeśli chodzi o lokalizację. Mianowicie, mniej niż 10% potencjału b+r, liczonego np. liczbą pracowników naukowych, tkwi w przedsiębiorstwach. Czyli tam, gdzie pojawiają się innowacje. W związku z tym struktura – jeśli chodzi o potencjał – jest zwichrowana, gdyż pozostałe 90% jest w placówkach badawczych (dawnych jbr-ach), szkołach wyższych i placówkach PAN. Zatem potencjał ten jest zlokalizowany daleko od rynku. Po drugie – istnieje zła struktura nakładów na b+r pod względem charakteru prac. Otóż mamy bardzo duży udział nakładów na badania podstawowe i mniej więcej taki sam na badania rozwojowe, a stanowczo za mały na badania stosowane. W krajach wysoko uprzemysłowionych wygląda to tak, że najmniejsze nakłady są na badania podstawowe, większe na badania stosowane, a największe na prace rozwojowe, co jest czymś naturalnym, bo większość potencjału b+r tkwi w przedsiębiorstwach, konsorcjach, koncernach i innych podmiotach gospodarczych.
- U nas te proporcje się zmieniały, zależnie od siły określonego środowiska i miejsca, skąd przychodził minister nauki – raz większe nakłady udało się wywalczyć tym od nauk podstawowych, raz – tym od stosowanych, raz – tym z uczelni...
- To prawda, ale takie są racjonalne, prawidłowe proporcje w krajach, do których poziomu rozwoju aspirujemy. Trzecim aspektem tego dziedzictwa przeszłości są owe proporcje między nakładami na naukę, jeśli chodzi o źródła finansowania – 2/3 z budżetu i 1/3 z gospodarki. Nie oznacza to jednak, że aby je zmienić, należałoby zmniejszać nakłady z budżetu! One powinny rosnąć, ale nakłady sektora biznesu winny rosnąć jeszcze szybciej. Jeśli strategia państwa polegała na utrzymaniu sektora badawczo-rozwojowego, należało krańcowo przestawić sposób myślenia. To jest trudne, bo w ramach polityki innowacyjnej to przedsiębiorca winien być oczkiem w głowie rządu, natomiast naukowcy, sektor b+r, powinien pełnić rolę służebną, być na usługach przedsiębiorców, stanowić otoczenie przedsiębiorstw. Tymczasem w Polsce zawsze uważano, że to naukowcy są najważniejsi, bo tworzą nowe teorie, idee, wynalazki, odkrycia, które potem powinny być wdrażane do gospodarki. Tymczasem dzisiaj motorem postępu technicznego nie jest naukowiec, zespół czy placówka naukowa, tylko przedsiębiorca, który chce i musi wprowadzać innowacje. Dopiero rozwiązanie, które opracowali naukowcy i wdrożone do produkcji daje postęp techniczny. I to od przedsiębiorcy zależy, czy on chce modernizować swoje przedsiębiorstwo, jak szybko i czy chce korzystać z osiągnięć naukowych.
- Ale przecież są placówki naukowe, które zawsze pracowały na potrzeby rozdrobnionych podmiotów gospodarczych i to różnych sektorów. Trudno im zarzucić, że są daleko od przedsiębiorcy, skoro pracują na jego zlecenie.
- Ciągle mamy jednak do czynienia z tym grzechem pierworodnym: gdzie indziej następuje wdrażanie wyników badań, które gdzie indziej powstają. Przedsiębiorstwa w Polsce i nauka to były i nadal są dwa odrębne światy a jeśli mamy odwrócić te złe proporcje w nakładach na badania, to trzeba wprowadzić działania promujące współpracę tych sektorów oraz wspierać potencjał b+r wewnątrz przedsiębiorstw. Niewiele jest instrumentów, które stymulują nakłady na b+r w przedsiębiorstwach, natomiast można zrobić tak, jak w innych krajach, np. całość nakładów, jakie przedsiębiorstwo przeznaczyło w danym roku na badania rozwojowe potraktować jako koszty, zwolnić z podatku, czy zastosować inne rozwiązania zdecydowanie premiujące przedsiębiorstwa inwestujące w b+r. Bo nie jest przypadkiem, że w UE największy udział nakładów na b+r w dochodzie narodowym ma Finlandia, że Finlandia zajmuje też I miejsce pod względem poziomu innowacyjności (jest taki współczynnik, przyjmujący wartości poniżej zera), że Szwecja ma drugie miejsce pod względem nakładów na b+r w PKB i zajmuje drugie miejsce od względem poziomu innowacyjności. Nie jest też przypadkiem, że Polska jest na trzecim-czwartym miejscu w UE - ale od końca - pod względem nakładów na b+r i na tym samym miejscu pod względem innowacyjności. Oczywiście, nie można powiedzieć, że więcej nakładów na b+r przekłada się na więcej innowacji. Tak nie zawsze jest, ale bez wzrostu na b+r nie będzie postępu cywilizacyjnego, rozwoju nauki, pomysłów wdrażanych do gospodarki, ten sektor nie będzie się rozwijać. Co prawda, to przedsiębiorca ostatecznie decyduje o wdrożeniu innowacji, ale on musi mieć z czego wybierać.
- Przedsiębiorcy często nie chcą współpracować z naukowcami z uwagi m.in. na długie terminy badań, brak wyczucia presji rynku.
- To są nadal dwa światy: świat biznesu mówi innym językiem, a świat nauki – innym. Świat biznesu ma inne oczekiwania, preferencje, a świat nauki inaczej jest oceniany. Oczywiście, należy robić wszystko, aby zintensyfikować współpracę między nimi poprzez np. instytucje pomostowe czy narzędzia polityki o takim charakterze. I w tym obszarze wiele dobrego ostatnio nastąpiło. Ale mam takie wrażenie, że ciągle nie możemy przełamać dziedzictwa przeszłości, polegającego na tym, że kiedyś wycena prac badawczych następowała według pracochłonności. I w dużym stopniu taka mentalność nadal funkcjonuje. Tymczasem biznes jest niecierpliwy – chce mieć wyniki szybko, niekiedy bez względu na koszty. Nieraz to jest możliwe do zrobienia, ale nieraz nie. Trudno jednak jest przestawić się z długofalowego planowania prac badawczych na planowanie krótkoterminowe, ad hoc.
- Niekiedy nie ma pieniędzy na prace długofalowe...
- To jest też związane z kryteriami oceny pracowników naukowych i placówek. Bo motywem do pracy naukowca w przedsiębiorstwie jest jak najszybsze rozwiązanie, wdrożenie i sprzedanie. Z kolei pracownik naukowy w instytucie, czy uczelni myśli innymi kategoriami; on musi mieć publikacje, cytowania, osiągnięcia naukowe, to, co robi musi mieć wielką wagę naukową, być doceniane przez środowisko naukowe, itd. Czyli pracownik naukowy w zależności od tego, gdzie pracuje ma zupełnie inną optykę, inną motywację do pracy.
- Wygląda na to, że to sprzeczności trwałe i nauki z biznesem pogodzić się nie da...
- Jest to możliwe, ale odpowiem pytaniem: dlaczego tak mało polskich profesorów pracuje jednocześnie w nauce i w biznesie? To powinno być powszechne – tymczasem kadra naukowa, jeśli pracuje na dwóch etatach, to często są to etaty akademickie.
- Dziękuję za rozmowę.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 4901
Z prof. Andrzejem Szczepańskim członkiem Rady Nauki rozmawia Anna Leszkowska
- Autor: red.
- Odsłon: 6090
Jak podawaliśmy 8.09.09 (http://www.sprawynauki.edu.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=1397&Itemid=44), Prezydium Senatu Politechniki Wrocławskiej nie rekomendowało Rektorowi głosowania za uchwałą walnego zgromadzenia wspólników Spółki EIT+
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2550
Od Redakcji: W grudniowym numerze SN zamieściliśmy wypowiedzi członków Polskiej Akademii Nauk na temat potrzeby zmian w Akademii (PAN - potrzebne zmiany). Obecnie na ten temat wypowiada się prof. Janusz Lipkowski - Przewodniczący Rady Kuratorów Wydziału III Nauk Ścisłych i Nauk o Ziemi PAN.
- Panie Profesorze, od 1990 r. nieustająco zmienia się w Polsce organizację nauki, w tym – Polskiej Akademii Nauk. Nie wszystkie zmiany uznawane są przez samo środowisko naukowe za trafne, niektóre są wręcz chybione. Czy pana zdaniem Akademia wymaga reform, a jeżeli tak – to jakich i dlaczego?
- To jest pytanie rzeczywiście zasadnicze, ale chciałbym zacząć od nakreślenia tła i przypomnienia reform prowadzonych w minionych latach. Tutaj nieodparcie się przypomina powiedzenie Stefana Kisielewskiego, iż od samego mieszania herbata nie staje się słodsza.
Kiedy minister Kudrycka powołała zespół do tworzenia założeń reformy nauki, (które nb. zostały zrealizowane inaczej niż zespół sugerował) – powtarzaliśmy na każdym posiedzeniu, że aby przeprowadzić racjonalne reformy, trzeba dodać nauce sensownych funduszy.
Nauka była i jest biedna i jeśli miałoby się część z jej obecnego budżetu przeznaczać na nową jej organizację, niczego by nie osiągnięto. Życie to potwierdziło.
W szczególności jednym z haseł reformatorów było, żeby jak największą część funduszy kierować na granty, a nie na działalność statutową placówek badawczych. Jednak z uwagi na ograniczone środki, cały ten proces właściwie się skompromitował. Bo jeśli szansa sukcesu w uzyskaniu grantu Narodowego Centrum Nauki wynosi obecnie ok. 10%, to takie rozwiązanie nie ma żadnego sensu.
Tutaj trochę poprawiają sytuację fundusze europejskie, ale ogólnie jest źle. Jak zwykle w takich sytuacjach, mamy kontredans – bo są tacy, którzy odnoszą chwilowe sukcesy, są głośni i uważają, że jest wspaniale, a reszta uchodzi za malkontentów, którzy nie potrafią zrobić nic konkretnego.
Z takim rozwiązaniem zupełnie się nie zgadzam, uważam, że naukę trzeba po prostu dofinansować.
Podcięte korzenie
PAN podcięto właściwie korzenie wówczas, kiedy przerwano jej bezpośrednie związki z instytutami w 1991 r. i od tego czasu sytuacja się nie poprawia. W ramach tej reformy ustanowiono dla każdego wydziału rady kuratorów. Niepotrzebne, gdyż funkcję organu nadzorującego (a zatem i kontrolną) pełnią przecież wydziały PAN. Decyzja o utworzeniu rad kuratorów miała na celu wyeliminowanie z procedur oceny placówek naukowych osób powyżej 70. roku życia (na jej mocy kuratorzy kończący 70 lat też muszą odejść).
Takie podejście, że do 70. roku życia ma się jeszcze trochę rozumu w głowie, a potem już nie, jest oczywistym nonsensem. I można na to podać mnóstwo przykładów z grona polskich uczonych, poczynając od prof. Bielańskiego, który ciągle pracuje, mimo że ukończył 102 lata, a w wieku 90 lat prowadził – i to bardzo kompetentnie - granty.
Nie należy w ramach działalności naukowej hołdować takim durnym schematom, gdyż można spowodować –i już się tak dzieje - że w niektórych dziedzinach zabraknie wybitnych fachowców.
Wracając do samej Akademii myślę, że problem polega na tym, że władze rządowe uważają, iż mają jakiś problem z PAN, kojarząc go z jakimiś politycznymi hasłami, moim zdaniem, dawno przebrzmiałymi, zatem nie mającymi obecnie żadnego sensu.
Niemniej władza nie ma żadnego pomysłu na to, co z PAN zrobić – zlikwidować jej nie wypada, a co zrobić – nie wiadomo.
Absurdalne ingerencje
Członkowie mojej rady kuratorów zastanawiali się np., w jakim celu powołana nową ustawą o PAN rada ma przeprowadzać ocenę placówek, skoro są one oceniane przez ministerstwo i na tej podstawie podejmuje ono decyzje finansowe. Odpowiedziałem wówczas, że będziemy się starać o to, żeby nasze oceny i opinie były brane pod uwagę przez organy zewnętrzne – jednak wątpię, aby coś z nich rzeczywiście zostało uwzględnione.
Ustaliliśmy, że będziemy robić te oceny przed ogłoszeniem konkursu na stanowisko dyrektora placówki, jednak patrząc na to trzeźwo – nie ma lepszego grona do oceny tych placówek niż członkowie wydziału. Większość z nich pochodzi z uczelni, nie z placówek PAN i jest krytyczna wobec ocenianych podmiotów. Tego władza zupełnie nie docenia.
Jak popatrzeć na historię tego, co się działo z Akademią na przestrzeni ostatnich lat, to widzimy mnóstwo absurdalnych ingerencji. Np. w dawnej ustawie o PAN zapisano, że jeśli członek PAN powyżej 75 r. ż nie czuł się na siłach, żeby przyjechać na Zgromadzenie Ogólne PAN i zawiadomił o tym, to nie był brany pod uwagę przy liczeniu kworum.
To rozwiązanie nie spodobało się w kancelarii premiera i zostało usunięte z zapisów. A na uwagę, że mogą być problemy z kworum, urzędnicy wymyślili rozwiązanie, że do przyjęcia uchwały nie potrzeba połowy głosów obecnych na Zgromadzeniu – wystarczy 1/3. Dlaczego? Nie wiadomo. Matematycy natychmiast to wyśmiali, że hipotetycznie może dojść do sytuacji, kiedy jedna trzecia podejmie uchwałę A, a druga jedna trzecia – uchwałę B. Która będzie ważniejsza?
Doprowadzono też do radykalnej zmiany zasad wyboru do komitetów naukowych.
Do tej pory było tak, że rady naukowe lub wydziału danej uczelni, które miały uprawnienia do nadawania stopnia naukowego doktora, miały prawo wyboru jednego przedstawiciela do komitetu. To nie musiała być osoba pracująca w tej placówce.
Chemia jest bardzo szeroką dziedziną nauki i licznie reprezentowaną, bo chemików jest dużo. Wskutek tego, Komitet Chemii PAN liczył ok. 40 osób, bo zapraszano do niego także kilku przedstawicieli przemysłu i gospodarki. To było ciało reprezentatywne dla całej polskiej chemii, nie tylko nauki chemicznej.
Nowy pomysł pod hasłem demokratyzacji polega na tym, że każdy, kto ma stopień naukowy doktora ma prawo zagłoszenia 10 kandydatów do komitetu.
W chemii pracują tysiące doktorów, zatem kandydatów do komitetu (i członków) będą dziesiątki tysięcy. Próbowaliśmy z tym walczyć, ale bez rezultatów - wytłumaczono nam, iż obecna procedura jest niedemokratyczna. Jest to kompletne pomieszanie pojęć.
W dodatku tak wyłonione komitety nie będą reprezentatywne dla dziedziny. W PAN jest ponad 100 komitetów naukowych skupionych przy wydziałach. Jeśli grono specjalistów jest nieliczne, to nie ma niebezpieczeństwa niereprezentatywności, ale są komitety, w których takie ryzyko jest b. duże. Kiedy zwróciłem na to uwagę, usłyszałem, że rząd to sprawdzi, ale reprezentacja nie musi być reprezentatywna. Powtórzono to kilkakrotnie.
Wyważanie otwartych drzwi
Moim zdaniem, podstawowy kłopot metodyczny reformowania nauki polega na tym, że my koniecznie musimy mieć nasze własne, oryginalne pomysły na organizację badań. Przecież na świecie jest wiele dobrych wzorów, z których można skorzystać, niekoniecznie je kopiując, ale przystosowując do naszych potrzeb.
W Niemczech są np. instytuty Maxa Plancka i moim zdaniem, gdyby nasza Akademia przyjęła ten wzór – byłoby świetnie. Zwłaszcza, że pewne jego elementy już wprowadzono – np. odpowiedzialność każdego z wiceprezesów za określoną część nauki – powiedzmy za wydział. Zatem pewne elementy dobrych rozwiązań zagranicznych jakoś się do nas przedostają. Tyle, że jeśli przejmuje się jakiś wzór, winno się to zrobić w całości, nie w kawałku.
Towarzystwo Maxa Plancka ma poważny budżet, pozwalający finansować ich placówki. Ma też dynamiczną strukturę, pozwalającą na restrukturyzację instytutów, dopasowywanie ich do nowych kierunków w nauce. O takiej strukturze nasza Akademia może tylko marzyć. Żeby takie marzenia się spełniły, ktoś musi jednak na to postawić. Sama PAN tego nie jest w stanie przeprowadzić, bo nie ma na to choćby środków, nie mówiąc o zgodzie rządu.
Praprzyczyna problemów – model kariery
Problemem - i to podstawowym - właściwie całej polskiej nauki jest rozdrobnienie tematyczne. Za tę sytuację odpowiadają koncepcje reformatorskie zmierzające do tego, żeby każdy, kto zaczyna karierę naukową, kończył ją z tytułem profesora. Przecież to jest nonsens. Ale taki przyjęto model kariery. Bo asystentem można być tylko kilka lat, adiunktem – też kilka lat, potem trzeba zrobić habilitację, a jak już się ją zrobi, automatycznie staje się samodzielnym pracownikiem naukowym, który musi mieć jakiś zespół, temat, i po kilku-kilkunastu latach nie ma innego wyjścia – musi zostać profesorem.
Zasada, że każdy doktor habilitowany czy profesor ma prawo do uprawiania samodzielnej tematyki, prowadzi do rozdrobnienia badań. Kiedy kończyłem przed laty Wydział Chemii na Uniwersytecie Warszawskim, było tam tylko 7 profesorów, dzisiaj jest ich ok. stu. I każdy musi zajmować się odrębną tematyką. W rezultacie niezbyt duży wydział prowadzi badania w ok. 100 tematach.
Mówi się dużo o potrzebie integracji, tworzeniu centrów, ale przy takim modelu kariery naukowej nic się nie zmieni.
Notowała: Anna Leszkowska
O reformie nauki prof. Janusz Lipkowski wypowiadał się w następujących publikacjach: