Politologia (el)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 79
Współczesna historia jest pełna przykładów nadużywania przez Zachód jednostronnych środków przymusu jako broni ekonomicznej w atakach na narody broniące swojej suwerenności. Poza trwającą od dziesięcioleci ludobójczą agresją ekonomiczną przeciwko Korei Północnej i Kubie, a także przeciwko Iranowi i Wenezueli, te arbitralne i nielegalne, błędnie nazwane sankcje zostały zastosowane wobec dziesiątek innych krajów na całym świecie. Upadek prawowitego rządu Syrii w zeszłym roku był w dużej mierze wynikiem agresji handlowej i finansowej, która doprowadziła do załamania się systemu gospodarczego kraju.
Pod koniec lat 80. XX wieku, po dziesięciu latach wojny, Nikaragua pokonała agresję gospodarczą i militarną, bardzo podobną do tej przeciwko Syrii. Dowódca Daniel Ortega i rząd sandinistowski zdołali doprowadzić do zakończenia wojny terrorystycznej USA w drodze negocjacji poprzez wybory w 1990 roku. Ten rodzaj imperialistycznej agresji gospodarczej, popartej groźbą zmasowanego ataku militarnego, ma długą historię.
Jednym z najbardziej znanych przypadków jest Haiti, zmuszone do spłaty całkowicie bezpodstawnego długu na mocy porozumienia wynegocjowanego pod przymusem w 1825 roku z mocarstwem kolonialnym, Francją.
Francja wymusiła od Haiti łącznie 150 milionów franków pod pretekstem konieczności odszkodowania za utratę plantacji i niewolników w wyniku wojny o niepodległość. Haiti udało się spłacić ten bezwzględny haracz kosztem spirali zadłużenia i restrukturyzacji. Proces ten - bezlitosnego, sadystycznego wykrwawiania całego narodu i jego gospodarki narodowej przez wielką potęgę europejskiej antycywilizacyjnej - trwał 122 lata.
Zatem agresja ekonomiczna za pomocą zadłużenia, niszcząca perspektywy godnego rozwoju ludzkości dla większości narodów w świecie zdominowanym przez większość, nie jest zjawiskiem nowym. Haiti było pierwszym przykładem skolonizowanego kraju, który walczył i wywalczył niepodległość, by następnie popaść pod neokolonialną dominację wskutek finansowej potęgi drapieżnych zachodnich elit. Jest to schemat powtarzający się systematycznie od lat dekolonizacji w ubiegłym stuleciu.
Warto zwrócić uwagę na odwrotną sytuację Haiti, czyli na to, co się dzieje, gdy małe państwo zaatakowane przez jakąś wielką potęgę imperialistyczną zdoła odwrócić tę agresję na drodze międzynarodowego procesu prawnego.
W 1986 roku Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości potępił rząd USA za terrorystyczną agresję na Nikaraguę. Sąd nakazał rządowi USA wypłatę odszkodowania w wysokości 17 miliardów dolarów, czego rząd USA do tej pory nie wykonał. Mocarstwa stosują prawo międzynarodowe, aby zubożyć narody większości świata, i lekceważą je, gdy to na nich spoczywa obowiązek zapłaty.
Walka o suwerenność finansową
Istotnym motywem zbrojnej agresji państw NATO w 2011 roku, mającej na celu obalenie Muammara Kaddafiego w Libii i Laurenta Gbagbo w Wybrzeżu Kości Słoniowej, był projekt, w którym obaj opowiadali się za niezależną walutą afrykańską, opartą na złocie. Mieli nadzieję na uwolnienie krajów Afryki Zachodniej spod dominacji neokolonialnego systemu finansowego opartego na franku CFA, kontrolowanego przez Francję i powiązanego z europejską walutą euro. Przez kilka lat przed zamachem stanu, który obalił go w 2011 roku, prezydent Laurent Gbagbo proponował porzucenie systemu monetarnego opartego na franku CFA. W 2004 roku powiedział: „Bez suwerenności nasze państwa nigdy nie zaznają stabilności w Afryce. Musimy być stanowczy, aby zmusić tych, którzy nazywają siebie naszymi partnerami finansowymi, do poszanowania przywódców wybranych przez nasz naród”.
Zniszczenie Libii i neokolonialny, podsycany przez ONZ zamach stanu w Wybrzeżu Kości Słoniowej w 2011 roku nie mogły opóźnić głębokiego procesu emancypacji Afryki Zachodniej, który doprowadził do powstania niezależnych, antyimperialistycznych rządów w Burkina Faso, Mali, Nigrze i Senegalu. Jednak wszystkie te kraje stoją przed dylematem, jak uwolnić się od międzynarodowego systemu finansowego zdominowanego przez zachodnie elity.
Przestępcze rządy kolektywnego Zachodu obawiają się potęgi gospodarczej krajów BRICS+, ponieważ rozwój alternatywnego systemu finansowego dałby krajom wysoko zadłużonym możliwość wyrwania się spod kontroli instytucji takich jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy i system banków wielostronnych powiązanych z Bankiem Światowym.
Na przykład Argentyna mogłaby potępić bezprawność anomalii w umowach wynegocjowanych z MFW, odrzucić dług jako haniebny i odzyskać suwerenność bez obawy przed represjami ze strony zachodnich instytucji finansowych, które przez dekady wysysały z Argentyńczyków wszystkie soki.
Niedawne szczyty państw BRICS+ uwypukliły fundamentalne znaczenie posiadania alternatywy dla zachodniego systemu finansowego. W ostatnich latach ich rządy stopniowo gromadziły niezbędne elementy niezbędne do osiągnięcia tej niezbędnej suwerennej niezależności finansowej, aby promować prawdziwy rozwój ludzki swoich narodów.
Suwerenność finansowa i demokratyzacja
Wśród tych elementów niezbędne są stabilne instytucje finansowe, zdolne do zagwarantowania efektywnego rozwoju, zarządzania, inwestowania i wymiany kapitału w formie pieniądza lub różnych instrumentów finansowych, takich jak akcje, obligacje i instrumenty pochodne. System banków i innych pośredników finansowych jest niezbędny do usprawnienia płatności transgranicznych w walutach lokalnych, z solidnymi systemami ubezpieczeniowymi i innymi usługami finansowymi, takimi jak na przykład wiarygodne agencje ratingowe. Wszystkie te elementy powinny wspólnie promować solidne, dobrze uregulowane rynki finansowe. To ogromne wyzwanie.
Z perspektywy większości świata, nie chodzi o całkowite wyparcie zachodniego systemu finansowego, lecz o demokratyzację międzynarodowych stosunków handlowych i finansowych. Wszystkie deklaracje szczytów organizacji takich jak grupa BRICS+ czy Szanghajska Organizacja Współpracy podkreślają ten przekaz jako istotny element modernizacji stosunków międzynarodowych. W tym celu poczyniono znaczne postępy w rozwoju cyfrowych krajowych systemów płatności, takich jak indyjski Unified Payment Interface (UPI), oraz innych szybkich systemów płatności na całym świecie.
Konieczne jest jednak rozwijanie interoperacyjności tych systemów płatności dla transakcji transgranicznych z wykorzystaniem zautomatyzowanych izb rozliczeniowych i technologii rozproszonego rejestru. Najnowsze osiągnięcia w dziedzinie finansów cyfrowych pozwalają na rozwój coraz bardziej dostępnych, szybkich, bezpiecznych, tanich i niezawodnych systemów. Jednak na poziomie międzynarodowym wdrożenie obiecujących inicjatyw, takich jak BRICS Pay czy systemy mBridge, wymaga kompleksowej, kompleksowej harmonizacji wielu aspektów technicznych i regulacyjnych.
Imperatywem leżącym u podstaw skomplikowanych szczegółów regulacji i technologii tych systemów jest rosnąca pilna potrzeba uniezależnienia się od systemów kontrolowanych przez rządzące elity Zachodu. Doświadczenia krajów poddanych jednostronnym środkom przymusu jednoznacznie dowodzą, że zachodni system finansowy to nic innego jak neokolonialna odmiana wyrafinowanej przestępczości zorganizowanej. Najbardziej znanymi przykładami ostatnich lat są agresywne sekwestracje środków pieniężnych i aktywów materialnych należących do Iranu, Wenezueli i Rosji w celu wymuszenia ustępstw politycznych od ich rządów i zmuszenia ich do podporządkowania się żądaniom Zachodu.
Prawdziwy charakter tej agresji finansowej i gospodarczej uwidacznia fakt, że zawsze towarzyszą jej brutalne ataki terrorystyczne na ludność cywilną krajów docelowych. Rządy zachodnie wykorzystały wojnę na Ukrainie do przeprowadzenia licznych ataków na ludność cywilną w wielu miastach Rosji. Rząd USA aktywnie współpracował z rządem Izraela w celu zamordowania irańskich naukowców pracujących nad cywilnym programem nuklearnym tego kraju. Podobnie, rząd USA nadal wspiera najemników terrorystycznych w sabotażu wenezuelskiej infrastruktury energetycznej i naftowej.
Podobnie jak w przypadku Nikaragui w latach 80. XX wieku oraz Kuby i Korei Demokratycznej od lat 50. XX wieku, zbrodnią Rosji, Iranu i Wenezueli jest ich odmowa podporządkowania się zbiorowym elitom rządzącym Zachodu. To właśnie w tym kontekście represyjnym należy rozpatrywać wykluczenie Iranu i Rosji z zachodniego systemu płatności transgranicznych SWIFT. Rządy wszystkich krajów w większości świata dostrzegają zagrożenie ze strony tego typu przestępczych wymuszeń ze strony zachodnich elit rządzących.
Nowe alternatywy
Dlatego Chiny, Rosja i Iran opracowały własne, suwerenne systemy płatności, rekompensat i anulowania, takie jak chiński system CIPS, rosyjski SPFS i irański SEPAM. W 2024 roku rząd USA i Unia Europejska zaczęły stosować środki karne wobec instytucji finansowych uczestniczących w rosyjskim systemie SPFS. Jednak połączenie SPFS z irańskim SEPAM w 2024 roku pokazuje, że zachodnie groźby nie są już tak skuteczne, jak w latach ubiegłych. Na razie ataki zachodnich elit rządzących na kraje grupy BRICS+ ograniczają się do wojowniczej retoryki prezydenta Trumpa i jego gróźb wysokich ceł.
Pozostaje pytanie, czy jednostronne środki przymusu zostaną zastosowane wobec Nowego Banku Rozwoju (NDB) krajów BRICS+, którego przewodniczącym rady dyrektorów jest obecnie rosyjski minister finansów Anton Siluanow. Najnowsze jednostronne środki przymusu zastosowane przez USA wobec Brazylii jeszcze bardziej nasilają potrzebę zacieśnienia współpracy finansowej między krajami BRICS+. NDB, wraz z kontrolowanym przez Chiny Azjatyckim Bankiem Inwestycji Infrastrukturalnych (ASIB) oraz podobnymi niezależnymi instytucjami, mogącymi odegrać istotną rolę w demokratyzacji międzynarodowego systemu finansowego.
Ten międzynarodowy kontekst podkreśla kluczowe znaczenie suwerenności finansowej. W Ameryce Łacińskiej agresja Stanów Zjednoczonych i Europy przeciwko wizji solidarności i suwerenności Boliwariańskiego Sojuszu Ameryk (ALBA) ma na celu zniszczenie niezależnych instrumentów wymiany i finansowania, takich jak Petrocaribe i Bank ALBA. Niedawna integracja państw członkowskich ALBA – Boliwii i Kuby – jako krajów partnerskich grupy BRICS+ otwiera nowe możliwości, wraz z intensyfikacją współpracy gospodarczej Rosji i Chin z Nikaraguą i Wenezuelą. Procesy te, w połączeniu z relacjami współpracy z innymi atakowanymi krajami, takimi jak Iran i Korea Południowa, oferują znaczące możliwości przełamania ekonomicznego uścisku kolektywnego Zachodu na rozwoju społecznym naszych narodów.
Stephen Sefton
Stephen Sefton, znany autor i analityk polityczny z północnej Nikaragui, aktywnie angażuje się w rozwój społeczności lokalnych, koncentrując się na edukacji i opiece zdrowotnej. Jest adiunktem naukowym w Centrum Badań nad Globalizacją (CRG).
Za: https://www.globalresearch.ca/financial-systems-sovereignty/5895841
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1208
Doktryna szokowego końca globalizacji i przyspieszenie „nowej ery” stosunków międzynarodowych
Prawidłowości kapitalizmu
W dążeniu do opanowania świata kapitalizm ujawnia określone prawidłowości. Przykładem jest powtarzalność cyklu: wolny handel - protekcjonizm – wojna – odbudowa zgodnego z zasadą konstruktywnego zniszczenia opisaną przez Josepha Schumpetera. Liberalizacja handlu z koloniami w połowie XIX w. przez Wielką Brytanię zapoczątkowała pierwszą globalizację kapitalistyczną. Przełomowe znaczenie miał Traktat Cobdena-Chevaliera, podpisany w roku 1860 między Francją i Wielką Brytanią, a następnie podobne traktaty z Belgią, Hiszpanią, Holandią, Szwajcarią, Szwecją.
Jednak już w 1873 rozpoczął się - ciągnący przez dwie dekady - wielki kryzys oznaczający bankructwa, spadek eksportu, bezrobocie, wzrost sprzeczności i konkurencyjności. Kapitał narodowy wywalczył w silnych państwach zasady protekcjonizmu inicjując imperializm jako proces zdobywania i eksploatacji kolonii. Dzieło tej fazy przemysłowego kapitalizmu zwieńczyła I wojna światowa, której przedłużeniem była druga. Wszak amerykański kryzys 1929 roku wynikał z wciąż ogromnej swobody działania kapitału.
Po 1945 roku nastąpiła odbudowa ze zniszczeń w warunkach rywalizacji bloków. Podważenie kapitalizmu przez blok wschodni umożliwiło wyrwanie się im ze statusu peryferii, a w zachodnim centrum nastanie złotego trzydziestolecia kapitalizmu. Uśpiwszy czujność pozostałych klas kapitał zdołał jednak powrócić do idei wolnego handlu rozwijając globalizację neoliberalną, po upadku wrogiego bloku radzieckiego nazwaną precyzyjnie turbokapitalizmem. Nastąpił powrót do liberalizacji, prywatyzacji, deregulacji prowadzący do drenażu neokolonialnego podsumowanego kryzysem 2007/8. Zadziałała wtedy kolejna kapitalistyczna zasada: prywatyzacji zysków i uspołeczniania kosztów, gdy z publicznych środków przekazano biliony dolarów na ratunek prywatnych korporacji i banków.
Podobnie jak w XIX wieku system nie zmienił swojej istoty. Tym razem uruchomiono inżynierię finansową na czele z luzowaniem ilościowym w formie dodruku dolara amerykańskiego i innych walut. Ale zmieniający się globalny układ sił spowodował, że te środki okazały się niewystarczające. Powrócił protekcjonizm jako podstawa wojny handlowej z Chinami (2017-2021). Przypomniano sobie też o kolejnym kroku: wojnie kinetycznej. Zderzenie z Rosją przyspieszało realizacje scenariusza III wojny światowej. Dla słabszych państw wystarczyła presja w formie kija i marchewki. Np. Polska, która chciała być „bramą do Europy” dla Chin jeszcze w 2016 roku już dwa lata później fortyfikowała mentalnie „fort Trump”.
Zawiodły również wymienione środki. Chiny nie przegrały wojny handlowej, a Rosja wojny militarnej z USA na terytorium Ukrainy, jeśli wierzyć Adamowi Entousowi, który w „The New York Times” opisał ją w artykule „The Partnership: The Secret History of the War in Ukraine". Nastąpiło „Globalne przebudzenie” Globalnego Południa, przed którym ostrzegał imperium jego czołowy geostrateg, Zbigniew Brzeziński. Nowe warunki rywalizacji wymagały więc radykalnych rozwiązań. Z arsenału możliwości wybrano doktrynę szoku, pierwszy raz opisaną zresztą przez Naomi Klein.
Szokowa doktryna globalnej wojny handlowej
Drugiego kwietnia prezydent USA rozpoczął globalną wojnę handlową obejmującą kilkadziesiąt państw, zarówno przeciwników, jak i tzw. sojuszników. Zgodnie z dekretem podpisanym przez Donalda Trumpa, od 5 kwietnia 2025 Stany Zjednoczone nałożyły podstawowe cło w wysokości 10% na wszystkie importowane towary. Ponadto od 9 kwietnia Waszyngton planowano indywidualne cła na kraje, z którymi istniejący bilans handlowy jest uważany za najbardziej niekorzystny dla amerykańskiej gospodarki.
Na czele listy państw znalazły się azjatyckie giganty: Chiny (34%) oraz Indie (26%), a także Wietnam (46%), Indonezja (32%), Kambodża (49%), Malezja (24%), Tajlandia (36%) i dotkniętą trzęsieniem ziemi Birmę (44%). Ukarano również sojuszników z Japonią (24%), Koreą Południową (25%) i Tajwanem (32%) na czele. Poza tym w Unię Europejską (20%), a nawet Izrael (17%).
Nowojorska giełda straciła rekordowe 6,4 biliona dolarów w ciągu dwóch dni, reagując także na cła odwetowe Chin wobec USA. To geoekonomiczne tsunami liberalna międzynarodówka medialna próbowała zakrzyczeć, a to personalnymi oskarżeniami Trumpa, a to zarzutem o brak Rosji na liście. Nie licząc bardziej dotkliwych sankcji, Biały Dom tłumaczył się trwającymi negocjacjami pokojowymi z Moskwą. Zastosowana doktryna szokowa jest jednak częścią racjonalnej strategii rekonfiguracji międzynarodowego ładu ekonomicznego, czyli próbą uskutecznienia „Konsensusu Waszyngtońskiego” 2.0.
Środkiem do celu stał się definitywny pogrzeb globalizacji neoliberalnej, a więc kapitalizmu opartego o światowy podział pracy i jednolity rynek bez ograniczeń wewnętrznych, który wchłonął wszystkie kraje. Jak stwierdził były minister finansów Grecji Yanis Varoufakis, decyzję USA można porównać z szokiem z 1971 roku, gdy jednostronnie odrzucono pokrycie dolara w złocie. Za pierwszym razem skończyło się zwycięstwem. Wszak wszystkie dotychczasowe imperia zachodnie kończyły swój żywot wraz z nagromadzonym deficytem handlowym, tymczasem USA z deficytu opartego na hegemonii petrodolara uczyniło podstawę hipermocarstwowości (Hubert Védrine). A jak będzie tym razem?
USA mają największy deficyt handlowy na świecie, ponad bilion dolarów. Połowa tego deficytu handlowego przypada na Chiny, duża część na Unię Europejską. Dlatego to te dwa podmioty jako najwięksi konkurenci stali się przedmiotem ataku. Pierwszy jako główny wróg, drugi jako obiekt drenażu. Wprowadzenie ceł może kosztować Niemcy 200 mld euro w ciągu najbliższych czterech lat, a łączne szkody dla UE szacuje się na 750 mld euro. Dlatego tak agresywna była reakcja przewodniczącej Komisji Europejskiej, Ursuli von der Leyen, która zapowiedziała odwet, a nawet groźby „zdecydowanej reakcji”.
Szybko okazało się, że atak jest wymierzony w Chiny. Pozostałym państwom odroczono wyrok przesuwając termin wejścia ceł o 90 dni i zmuszając w stylu rozbójniczym do negocjacji. Tylko Pekin się nie ugiął. W efekcie stawki USA wobec Chin wzrosły do 145%, a Chiny odpowiedziały cłem 125%, w tym zakazem eksportu metali ziem rzadkich, anulowaniem zamówień Boeinga i wpuszczeniem w infosferę możliwości wyprzedaży obligacji amerykańskich, których posiadają na sumę 760 miliardów dolarów.
Wobec groźby pogłębienia drenażu w ramach „wspólnoty wartości” ze strony USA transnarodowa klasa korporacyjna rozwija projekt militaryzacji Unii Europejskiej. Zapowiedziano zmobilizowanie 10 bilionów euro wykorzystując prywatne rachunki obywateli przy pomocy cyfrowego euro. Precedens i podstawy prawne stworzono już podczas kryzysu cypryjskiego. Ponadto planuje się koordynację wspólnych działań gospodarczych, w tym wprowadzenie wspólnego systemu podatkowego w UE. Jednak bez podważenia demokracji obecnej na poziomie państw członkowskich ten plan jest znacznie utrudniony. Dlatego sądy pracują nad delegalizacją polityków uparcie trzymających się interesów narodowych. Tak kończy się „stara” era. Wraz z globalizacją w stosunkach międzynarodowych umiera liberalna demokracja jako spójny z nią ustrój polityczny.
Rekonfiguracja mocarstwa i nowy sojusz klasowy
Doktryna szokowego końca globalizacji jest elementem strategii odrodzenia z popiołów globalnego imperium. USA ma być mocarstwem reprezentującym interesy narodowe oparte na sojuszu pomiędzy klasą robotniczą i techno-gigantami. Potwierdzeniem tego zwrotu są nowe symbole: czapeczka bejsbolowa na głowie Trumpa, hajlujący przypadkiem Elon Musk, wreszcie „ochrzczenie” dekretu o cłach mianem „Dnia Wyzwolenia Ameryki”.
Zastanówmy się jako to możliwe, że imperium rentierów FIRE (finansjeryzacja, ubezpieczenia, nieruchomości), które offshorowało swój przemysł wytwórczy i zostało pochłonięte przez strukturę nadmiernie lewarowanych funduszy hedgingowych, instrumentów pochodnych z Wall Street i totalitarnego nadzoru z Doliny Krzemowej, w końcu zdecydowało się uderzyć... w siebie (Pepe Escobar). Możliwej odpowiedzi dostarcza logo banku Xapo, instytucji, która ma służyć jako globalny pomost między bitcoinem, dolarem amerykańskim i stablecoinami. W czerwcu 2024 roku Trump, na konferencji „Bitcoin 2024” w Nashville, zapowiedział ich integrację w celu „rozszerzenia dominacji dolara amerykańskiego na nowe granice na całym świecie”.
Stablecoiny – w tym stosunkowo nowy stablecoin PayPal, PYUSD – mogą „stać się jednym z największych nabywców długu rządowego USA” i co ważne, „niezawodnym źródłem nowego popytu” na obligacje skarbowe. Trumpizm wierzy więc w rekonstrukcję kapitalizmu w celu zachowania jego istoty, czego konsekwencją będą straty jednych form kapitałowych i wzrost innych. Podobnie kapitał przemysłowy wyparł kiedyś kapitał kupiecki, a później finansowy wyparł przemysłowy.
Przodującą rolę korporacji big – tech ma uzupełnić symulakra wsparcia dla amerykańskiej siły roboczej i klasy średniej. Twórca PayPal, Peter Thiel nie przypadkowo promował karierę wiceprezydenta J.D. Vanca, który podczas „American Dynamism Summit” 18 marca 2025 ogłosił, że interesy świata pracy muszą być teraz brane pod uwagę. Zatem dekret z 2 kwietnia ma wspierać amerykańskich producentów, którzy będą zatrudniać amerykańska siłę roboczą, gdy rynek krajowy będzie kupował mniej droższych towarów zagranicznych, tworząc deficyt. Trump powiedział, że zamierza zrekompensować 100% budżetu państwa za tworzenie zakładów produkcyjnych w Stanach Zjednoczonych. W ten sposób próbuje zmniejszyć dług publiczny USA (36 bilionów dolarów).
Definitywnie pogrzebano Światową Organizację Handlu, a nowy solidaryzm techno - oligarchii i klas pracujących rozwija się teraz po trupie globalizacji, nie oglądając się na całkowity upadek amerykańskiej „wiarygodności” jako partnera handlowego. Z punktu widzenia przemian porządku międzynarodowego najistotniejsze jest jednak, że „sankcje i groźby to jedyne, co pozostało Stanom Zjednoczonym. Nie mogą już zaoferować innym krajom sytuacji, w której wszyscy wygrywają, a Trump powiedział, że Ameryka musi być zyskiem netto w każdej zawartej umowie międzynarodowej, niezależnie od tego, czy jest to umowa finansowa, czy handlowa. A jeśli Ameryka mówi: „w każdej umowie, którą zawieramy, ty przegrywasz, ja wygrywam”, to ten mafijny gambit nie do końca odzwierciedla sztukę zawierania umów” (Michel Hudson). Doktryna szokowa polega zatem na globalnym szantażu świata opartym na imperatywie zysk-strata.
Świt „nowej ery” stosunków międzynarodowych
W tych warunkach geo: politycznych-ekonomicznych-ideologicznych „nowa era” ma szansę na radykalne przyspieszenie. Chiny już zapowiedziały otwarcie rynku na wszystkie państwa osiągając wcześniej globalny prymat w wolumenie handlowym z większością z nich. Na dobry początek Japonia i Korea Południowa będą importować surowce półprzewodnikowe z Chin, podczas gdy Chiny będą kupować chipy z Japonii i Korei Południowej. Polityka handlowa USA wzmocni więc „współpracę w łańcuchu dostaw” między triadą dotąd wrogich państw.
Z kolei Wietnam nie powinien już zwlekać z akceptacją statusu partnera BRICS podążając za przykładem Indonezji, która stała się pełnoprawnym członkiem tego międzycywilizacyjnego stowarzyszenia państw dla „nowej ery”, za co zresztą jej waluta została zaatakowana. Jednak wisienką na torcie jest zapowiedź Narodowego Banku Chin o wprowadzeniu do handlu z dziesięcioma państwami ASEAN nowego systemu transakcji płatnicznych opartego na cyfrowym juanie. Wraz z zapowiedzią wprowadzenia takiego systemu przez BRICS, być może już podczas szczytu w Brazylii, straci na sile zmilitaryzowany system SWIFT przyspieszając proces dedolaryzacji.
W „nowej erze” jest także miejsce dla Stanów Zjednoczonych i o to toczą się - najprawdopodobniej - negocjacje z Rosją. Powrót amerykańskich firm na rosyjski rynek, współpraca w zakresie wydobycia surowców i metali ziem rzadkich, a nawet gotowość do współpracy kosmicznej Rosji z Elonem Muskiem to silne oznaki nowego konsensusu. Myliłby się jednak ktoś wierzący w mityczny wariant odwróconego Nixona wobec Chin. Jako, że był to właśnie jeden z celów rozpoczęcia kryzysu ukraińskiego (zgodnie z propozycjami raportu RAND z 2019: „Extending Russia. Competing from Advantageous Ground”) to wraz z przegraną Zachodu na Ukrainie nie może być zrealizowany. Dlatego Putin negocjuje z Waszyngtonem także w imieniu Pekinu, chociaż nie pod jego dyktando.
Kwietniowe spotkanie prezydenta Rosji i ministra spraw zagranicznych, Wang Yi stanowiło przygotowanie do oficjalnej wizyty Xi Jinpinga w maju, której efektem może się stać ustalenie trwałej architektury bezpieczeństwa w Eurazji. Nie jest wykluczone, że Trump otrzyma od Putina niepowtarzalną szansę, aby 9 maja w Moskwie spotkać obu przywódców eurazjatyckich podczas uroczystości zwycięstwa nad faszyzmem. Globalną politykę świata wielobiegunowego będą więc wyznaczały trzy mocarstwa, co zgodnie przyznali w wywiadzie dla Al Arabiya: prof. Mearsheimer i prof. Karaganow, a do tercetu starają się włączyć Indie. Próbując zaś spojrzeć na przyszłość cywilizacji ludzkiej - powyżej matrycy geopolitycznej - aktor najwyraźniej jest jeden.
Otóż kształt „nowej ery” stosunków międzynarodowych będzie oznaczał wypełnienie treścią wizji „wspólnego losu ludzkości” przez Chiny. ZSRR wyczerpało utopijny potencjał mobilizacji ludzkości w latach 50. XX w., na co wskazał choćby Emil Cioran. Z kolei Stany Zjednoczone straciły swoją szansę w latach 90. XX wieku, gdy ogromny potencjał poświęcono na ołtarzu dobra elit transnarodowych zamiast do budowy pokojowych relacji opartych na korzystnym handlu i dostępie do kapitału dla słabszych.
Dlatego w XXI w. to Chiny mają niepowtarzalną szansę, aby wprowadzić erę win-win. Wspólny dobrobyt, niwelacja luki technologicznej, szacunek dla specyfiki kulturowej i suwerenności każdego państwa stanowią niezbędne atrybuty „nowej ery”.
Sprawiedliwa globalizacja musi jednak oznaczać coś więcej: solidne opodatkowanie globalnego kapitału, zniesienie alienacji finansów oraz przerwanie spirali bogacenia się nielicznych, aby przyporządkować gospodarkę do interesów społecznych.
A przecież w światowym rankingu Forbesa w 2024 roku pojawiło się wielu miliarderów z wymienionych mocarstw, którzy będą bronić swojego stanu posiadania i wpływów. Na Stany Zjednoczone przypadły 103 osoby, Niemcy – 37, Chiny i Hongkong - 32, Indie – 17, a 15 nowych miliarderów jest z, pogrążonej w wojnie, Rosji. Powstrzymanie przez chiński rząd sprzedaży dwóch portów przy Kanale Panamskim firmie Black Rock świadczy natomiast, że do kategorii mitycznych należy zaliczyć twierdzenie o wyborze Chin jako nowego globalistycznego centrum po upadku hegemonii USA.
Ryzyko recesji lub nawet depresji globalnej wywołanej szokową doktryną końca globalizacji, przyspieszyło nadejście zmian „niewidzianych od stu lat”. W 1971 roku Chiny były przecież państwem Trzeciego Świata, podczas gdy w 2025 są mocarstwem przodującym gospodarczo i technologicznie. Aktorzy „nowej ery” mają obecnie wystarczająco wiele argumentów, aby zaproponować światu rozwiązania służące wielowymiarowemu rozwojowi społecznemu i zarazem anulować powtarzalność kapitalistycznego cyklu poprzez eliminację wojny światowej jako zbędnego momentu wielkiej transformacji.
Gracjan Cimek
15.04.25
Autor jest politologiem, profesorem Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni
- Autor: Adriana Łukaszewicz
- Odsłon: 3541
Koncepcja budowy tożsamości europejskiej ma legitymizować powstanie Unii Europejskiej.
Termin tożsamość narodowa związana jest z wyodrębnieniem pojęcia narodu. Pierwszym badaczem, który dokonał w początku XX w. rozróżnienia Kulturnation oraz Staatsnation był Friedrich Meinecke. Przez termin Staatsnation rozumiał on samookreślający się politycznie naród.
Smith rozumie naród jako wspólnotę ludzi, podlegających tym samym prawom i instytucjom, zamieszkującym dane terytorium. Jednak naród opisuje zarówno ideologia, polityka, jak i kultura. Ludzi tych łączą wspólne wartości, tradycja, kultura. Posiadają wspólne rozumienie pojęć, wspólne aspiracje, sentymenty i idee. Cechy te powinny obejmować albo wszystkich ludzi, albo przynajmniej ich dominującą większość.
Tożsamość narodowa to koncepcja wielowymiarowa, obejmująca język, sentymenty, symbolikę. Aby się wyodrębniła, muszą zostać spełnione następujące warunki: musi powstać społeczeństwo, świadome politycznie, funkcjonujące w ramach konkretnego terytorium, z którym się będzie ono identyfikowało i czuło do niego swoją przynależność. Muszą zostać zbudowane wspólne instytucje, przyjęte prawa i obowiązki.
Fundamentalne składowe tożsamości narodowej to: 1. historyczne terytorium, ojczyzna 2. wspólne mity i pamięć historyczna 3. wspólna kultura 4. wspólne prawa i obowiązki 5. wspólna gospodarka
Dwie koncepcje narodu
W modelu Zachodnim istnieją dwie koncepcje narodu. Pierwsza koncepcja dominuje w Europie Zachodniej. Zdaniem Bockenforde’a, naród można przedstawić „jako zbiorowość polityczną, której członków jednoczy wspólne przekonanie oraz wola, by żyć w ramach i w uległości wobec jednego porządku polityczno- państwowego”. Dla przykładu, bycie obywatelem francuskim oznacza wolę życia w ramach porządku, który proponuje państwo francuskie.
Społeczeństwo funkcjonujące w ramach takiej wizji narodu i wspólnoty jest otwarte i nie wykluczające ze względu na religię, rasę, czy kraj pochodzenia. Jest w stanie przyjąć i zintegrować miliony przybyszów ze wszystkich krajów, niezależnie od ich etnicznej przynależności i różnic językowych. Oczekuje ono w zamian gotowości życia w obowiązującym porządku oraz włączenia się w jego obręb, w charakterze lojalnego obywatela.
Można powiedzieć, że taka koncepcja narodu ma charakter włączający i umożliwiający integrację imigrantów. Zdaniem Smitha, ten model tożsamości narodowej oznacza wspólnotę kulturową ludzi zjednoczonych przez wspólną pamięć historyczną, mity, symbole i tradycję. Zwraca on uwagę na fakt, że w ramach takiego systemu każdy może samodzielnie decydować o swojej przynależności narodowej. Nie jest ona bowiem determinowana przez miejsce urodzenia.
Druga koncepcja narodu rozwinęła się na skutek specyficznych doświadczeń historycznych w Niemczech oraz w Europie Środkowo-Wschodniej, głównie w konsekwencji wieloletniego braku odrębnej państwowości tych państw. Kładzie ona nacisk na definiujące naród cechy etniczne i kulturowe. W świetle tych doświadczeń w tej części Europy powstawały państwa narodowe, tworzone w oparciu o kryteria miejsca urodzenia, wspólnego pochodzenia, wspólnego języka, historii czy kultury. W przypadku Polski bardzo ważną rolę w kształtowaniu poczucia tożsamości narodowej odegrała dodatkowo religia katolicka.
W ramach tej tożsamości olbrzymią rolę odgrywa poszukiwanie własnych korzeni, pamięć historyczna, badania języka, czy badania etnograficzne. Ich celem jest dowiedzenie ciągłości istnienia narodu. Społeczeństwa są swego rodzaju „super rodziną”.
Ponieważ tożsamość jest ściśle związana z miejscem urodzenia, nie ma możliwości swobodnego wyboru narodu przez jednostkę. Może ona znajdować się na emigracji, zawsze jednak posiadając pierwotną przynależność narodową i pierwotną tożsamość. Postrzeganie państwa przez pryzmat narodu połączonego wspólnotą historyczną sygnalizuje, że społeczeństwa je tworzące (oraz rządzący, jako ich reprezentanci) będą zamknięte, niechętne przyjmowaniu obcych, a może nawet- w sytuacji poczucia zagrożenia- ksenofobiczne.
Owe dwie wizje państwa wskazują na Unię Europejską, jako niesłychanie zróżnicowaną i skomplikowaną wspólnotę państw, w której każde z nich posiada inny bagaż doświadczeń historycznych, oraz uznaje odmienną siatkę wartości. Skutkiem tego na uniwersalną tożsamość Europy (jako kontynentu połączonego np. chrześcijańską przeszłością) należy nałożyć tożsamości lokalne, narodowe.
Czy istnieje tożsamość europejska?
Nie ma jednej idei tożsamości europejskiej. Co więcej, współcześnie mamy dwa paralelnie występujące terminy: tożsamość europejska, utożsamiana z Unią Europejską oraz tożsamość kontynentu europejskiego. W dodatku tożsamość europejska i integracja europejska nie są tożsame. Ludzie mogą się w pełni czuć Europejczykami i być przeciwko procesom integracyjnym. Europa przez wieki była kontynentem bardzo zróżnicowanym oraz rozbitym kulturowo. Poszczególne państwa charakteryzowało bardzo duże zróżnicowanie wewnętrzne, z odmiennymi tożsamościami poszczególnych grup społecznych. Podobne zróżnicowanie występowało pomiędzy poszczególnymi państwami.
Przez ostatnie tysiąclecie Europa nie tylko nie wytworzyła swej wspólnej, „kontynentalnej, cywilizacyjnej” tożsamości, co trawiona była licznymi wojnami, a główna energia Europejczyków skierowana była na zabijanie i wzajemne zwalczanie.
Wraz z pojawieniem się projektu europejskiej integracji po II wojnie światowej w elitach europejskich, pomnych na tragiczne doświadczenia dwóch wojen światowych, pojawiła się koncepcja budowy tożsamości europejskiej. Ma ona legitymizować powstanie Unii Europejskiej. Ramy deklarowanej przez polityków wspólnej tożsamości „cywilizacji” europejskiej tworzy wspólnota ekonomiczna i polityczna. Także doświadczenie historyczne, w postaci zainicjowania systemu kapitalistycznego i gospodarki rynkowej, czy wprowadzenie po raz pierwszy w nowożytnej historii nowoczesnych instytucji demokratycznych.
Bardzo istotnym elementem budowanej tożsamości europejskiej jest wspólnota pokoju, zjednoczenie się wobec zagrożenia wojną. Sama koncepcja tożsamości europejskiej jest jednak bardzo złożona. Wymaga badań interdyscyplinarnych z zakresu psychologii, socjologii, filozofii, polityki. Proponowana tożsamość europejska nie jest jednak traktowana jako jednorodna, zunifikowana; traktowana jest raczej jako swego rodzaju rama dla wyrażania swych odmienności, zróżnicowania ludzi i organizacji. Celem inicjatorów kształtowania tożsamości europejskiej jest zaproponowanie takiego modelu, który będzie zachęcał i chronił różnorodność państw i społeczeństw europejskich, a nie narzucał unifikację kulturową.
Projekt kształtowania tożsamości europejskiej w ramach zjednoczonej Europy jest projektem elit. Ma przez to swoje naturalne granice. W dodatku niezmiernie trudno jest określić, co to w ogóle jest europejska tożsamość: czyja? Elit? Ogółu? Według Karolewskiego, współcześnie 93% elit europejskich jest za integracją, podczas gdy w populacji ogółem cieszy się tylko 53% poparciem.
Tożsamość narodowa a migracje
Różne podejścia do idei państwa i narodu znajdują swoje przełożenie na ocenę i przyjętą politykę wobec obecnej fali migracyjnej do Europy. Znacznie trudniej jest znaleźć zrozumienie wobec napływu migracji w państwach opierających koncepcję narodu na wspólnocie kulturowo-historyczno-językowej. Bronią się one przed przyjęciem migrantów, słabo procedują rozwiązania, mające za zadanie zintegrowanie przybyszów ze społeczeństwami.
Inaczej jest w przypadku państw, które od lat są wielokulturowe. Łatwiej otwierają się na przybyszów, pod warunkiem, że ci akceptować będą ład panujący w ich państwach. Jak się wydaje, także z tego powodu są znacznie lepiej instytucjonalnie przygotowane do tej operacji. Warto zatrzymać się dłużej na szczególnym przypadku niemieckim. Niemcy są państwem, w którym na poziomie politycznym doszło po II wojnie światowej do zredefiniowania koncepcji narodu. Wojna, która doprowadziła do utraty dużej liczby rąk do pracy, zmusiła państwo do zapożyczania obcej siły roboczej. W kraju pojawiła się duża diaspora jugosłowiańska oraz turecka. Doprowadziło to do przewartościowania modelu państwa w tym kraju.
Niemcy, pierwotnie zbudowane w oparciu o wspólnotę języka, historii i kultury, akceptują obecnie w dużym stopniu włączanie w jej tkankę ludzi pochodzących z innych kręgów kulturowych, władających innym językiem i posiadających inną historię. Realizowany od lat projekt nowego państwa niemieckiego zbliża Niemcy do modelu multi-culti, realizowanego we Francji czy Niemczech.
Ostatnie wydarzenia w Niemczech, w postaci agresywnych zachowań migrantów wobec społeczeństwa niemieckiego (głównie kobiet) oraz skala napływu cudzoziemców spowodowały poczucie zagrożenia, a w efekcie doprowadziły do usztywnienia i pojawienia się niechęci wobec migrantów.
Budzi wątpliwości, czy dobrze funkcjonująca dotychczas polityka państwa, zmierzająca do redefinicji idei narodu oraz oparcia jej na modelu państwa wieloetnicznego i włączającego, będzie dalej akceptowana przez rdzenne społeczeństwo niemieckie. Jak można wnioskować ze wzrostu popularności partii nacjonalistycznych i prawicowych, Niemcy stają się państwem, w którym narracja polityczna zaczyna wchodzić w kolizję z narracją społeczną.
Adriana Łukaszewicz
Powyższy tekst jest fragmentem wystąpienia Autorki podczas konferencji Komitetu Prognoz PAN Polska 2000 plus (14-15.05.16) poświęconej tożsamości europejskiej i ukaże się drukiem w wydawnictwie KP w końcu 2016 roku.
Tytuł i wyróżnienia pochodzą od redakcji SN.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1591
Kryzys Zachodu i nowe potęgi
Problemem dla wspólnoty euroatlantyckiej stał się brak konsolidacji funkcjonalnej i odśrodkowe postawy USA, Turcji czy Francji. Sojuszem Północnoatlantyckim rządzą obecnie dwie geopolityki – egoizmów i strachu. Tę pierwszą uprawiają najsilniejsi uczestnicy, kierujący się ambicjami przywódczymi i dysponujący atutami samodzielności strategicznej. Drugą natomiast manifestują państwa przyjęte jako „sieroty” po bloku wschodnim w ramach strategii bandwagoning. Te ostatnie chcą narzucić własne ambicje i lęki całemu Zachodowi, zapominając, że znalazły się w koalicji na zasadzie „późno przychodzących” klientów i petentów. To w sposób naturalny wywołuje rozmaite perturbacje natury psychologicznej. Asymetria sił w sojuszu zawsze rodzi nieporozumienia i wymaga skrupulatnego przestrzegania zasad solidarności koalicyjnej.
Co dotyczy Polski, to jak stwierdza jeden z analityków, Łukasz Gadzała (Rzeczpospolita, 27.11.19) - „od dawna popycha (ona) NATO w kierunku rozwiązań militarnych, a to siłą rzeczy spotyka się z oporem największych europejskich sojuszników, którzy najchętniej rozwiązaliby konflikt na Ukrainie na drodze dyplomatycznej i z większym spokojem oceniają zagrożenie ze Wschodu (...). Ponadto w ostatnich latach Polskę zdają się interesować jedynie gwarancje zawarte w artykule 5., który mówi o kolektywnej obronie w przypadku ataku na jednego członka sojuszu.
Nie przywiązujemy jednak najmniejszej wagi do pierwszych artykułów Traktatu Północnoatlantyckiego, mówiących o konieczności przestrzegania reguł demokracji i praworządności i o rozstrzyganiu konfliktów lub sporów na drodze dyplomatycznej. Na Zachodzie jesteśmy więc postrzegani jako państwo, które powoli odchodzi od liberalnej demokracji, a w kontaktach z innymi jest roszczeniowe i konfliktowe”.
Coraz większym wyzwaniem i źródłem zagrożeń dla stabilności systemu międzynarodowego są Chiny. Okres pozimnowojenny był dla nich epoką „pokoju przez handel i wzrost gospodarczy”. Paralelne interesy z Rosją, zwłaszcza wobec państw Azji Środkowej i w ramach Szanghajskiej Organizacji Współpracy powodowały utrzymywanie w miarę stabilnej regionalnej równowagi sił.
Po drugiej stronie protekcja amerykańska odgrywała ważną rolę w pokojowym rozwoju Japonii, Korei Południowej, Tajwanu, a szerzej całej Azji Południowo-Wschodniej i Południowej. Amerykanie lubią powoływać się na swoją rolę hojnego protektora, zapominając jednak o swoich niechlubnych kartach zaangażowania w Azji, jak choćby podczas wojny wietnamskiej. Powstrzymywanie i odpychanie komunizmu – chińskiego i radzieckiego – miało swoją okrutną cenę, zapłaconą także przez samą Amerykę.
Po zakończeniu „zimnej wojny” Stany Zjednoczone przybrały pozę „łagodnego hegemona”, co znalazło akceptację pośród wszystkich azjatyckich graczy stawiających na bogacenie się dzięki procesom rosnącej współzależności, współpracy i integracji gospodarczej.
Chiny wpasowały się w te trendy, wykazując jednocześnie coraz większe aspiracje mocarstwowe, będące konsekwencją dynamicznego, by nie powiedzieć eksplozywnego wzrostu gospodarczego (w 2019 roku udział Chin w globalnej gospodarce mierzony wg PKB wyniósł już prawie 20%).
W efekcie nieustępliwość w obronie swoich wartości doprowadziła do podobnego efektu zakłóceń porządku azjatyckiego, jak stało się to ze względu na pretensje geopolityczne Rosji w Europie. Wraz z potęgą gospodarczą i wysoką pozycją w handlu międzynarodowym Chiny zaczęły wykazywać aspiracje w dziedzinie potęgi wojskowej, co naraża je na konfrontację z największym rywalem, jakim są Stany Zjednoczone. W literaturze ten fenomen opisano jako „pułapkę Tukidydesa”, pokazującą nieuchronność wojny spowodowanej obawami Sparty przed wzrostem potęgi Aten.
Niektórzy obserwatorzy przywołują w tym kontekście aspiracje mocarstwowe Niemiec w ostatnich dekadach XIX wieku, dlatego posługują się metaforą „wilhelmińskich” Chin doby współczesnej. W historii trudno wprawdzie o proste analogie, ale ostrzeżenia płynące ze strony mocarstwowych Chin są zbyt poważne, aby je lekceważyć.
Na razie można jedynie stwierdzić, że kolejna teoria Zachodu poniosła porażkę. Według niej wzrost gospodarczy sprzyja tendencjom demokratyzacyjnym, a w rezultacie budowie demokracji. Tymczasem Chiny nie zamierzają zmieniać swojego reżimu opartego na oligarchii komunistycznej, a ich polityka zagraniczna nie ma nic wspólnego z liberalnymi standardami demokracji. Pozostaje więc jedynie nadzieja, że Państwo Środka, kierując się swoim sinocentryzmem, nie postawi w przewidywalnej przyszłości na imperialne zawojowanie swoich sąsiadów, że skoncentruje się na dalszym bogaceniu i budowaniu „pokoju przez komercjalizację”, jak to ujmuje Bogdan Góralczyk w książce Wielki renesans. Chińska transformacja i jej konsekwencje.
W stosunkach międzynarodowych późnego „pozimnowojnia” następuje policentryzacja i pluralizacja systemowa. Nie ma obecnie jednego mocarstwa, jak w czasach „zimnej wojny”, które dążyłoby do zmiany istniejącego status quo. Można raczej wskazać na kilka potęg, takich jak Rosja, Chiny czy Iran, które w układach regionalnych próbują wpływać na zachodzące zmiany w pożądanym dla siebie kierunku.
Europa jest w stanie sprostać rywalizacji z największymi potęgami kształtującego się policentrycznego ładu międzynarodowego pod warunkiem maksymalnej konsolidacji sił. Wymagałoby to jednak ściślejszej integracji państw strefy euro, europejskiej armii i wspólnego przemysłu zbrojeniowego oraz strategicznego dialogu na partnerskich zasadach z Rosją, Chinami i USA.
W odróżnieniu od czasów zimnowojennych, żadne z wielkich mocarstw nie stawia obecnie na uniwersalną krucjatę ideologiczną, ani na samowystarczalność czy izolowanie się od reszty świata. Co najważniejsze, nie kieruje swojej gospodarki na przygotowania do wojny. Pragmatyczne podejście do realizacji interesów, opartych często na globalnych współzależnościach i grze zbiorowej daje nadzieję, że ryzyko wybuchu wielkiej wojny ulega oddaleniu. Nikt nie ma wyraźnych motywacji ani intencji, aby taką wojnę wzniecić. Im silniejsze powiązania ekonomiczne w skali globalnej, tym większe koszty globalnego konfliktu. Nie oznacza to jednak zaniku rywalizacji i walki o prymat, które są nieprzemijającą siłą napędową polityki międzynarodowej.
Ład kooperacyjny czy konfrontacyjny?
W wielu kręgach opiniotwórczych Zachodu panuje przekonanie, że cała wina za naruszenia ładu pokojowego we współczesnym świecie spoczywa na państwach autorytarnych, które skorzystały z „dywidendy pokoju” i zdołały odbudować lub nawet zwiększyć swoją potęgę, zagrażając w różnych częściach świata interesom państw zachodnich. Wskazuje się przede wszystkim na Rosję, Chiny i Iran.
Stanowią one rzeczywiste wyzwanie wobec Zachodu, stawiają bowiem na zdecydowaną obronę swoich wartości cywilizacyjnych, sprzeciwiając się ekspansji wartości i wpływów zachodnich. Sięgają przy tym do uzasadnień nacjonalistycznych i religijnych swoich racji, zabiegając o legitymizację niedemokratycznych reżimów politycznych w oczach obywateli, poprzez gwarantowanie wzrostu gospodarczego i poprawę kondycji materialnej swoich społeczeństw.
Na Zachodzie nie zawsze słusznie określa się te państwa rewizjonistycznymi, gdyż tak naprawdę bronią one uparcie swojego stanu posiadania. W przypadku Chin uderzająca jest ponadto dynamika ich wzrostu gospodarczego i udział w wyścigu technologicznym, co powoduje po stronie zachodniej, zwłaszcza w odczuciu hegemona amerykańskiego, groźbę zepchnięcia go do defensywy i utraty statusu światowego przywództwa.
Naiwnością jest oczekiwanie, że demokratyzacja Rosji, Chin czy Iranu na wzór zachodni jest możliwa i że państwa te po spełnieniu warunków demokracji liberalnej mogłyby stać się współudziałowcami liberalnego ładu międzynarodowego pod dyktando Stanów Zjednoczonych. Takie myślenie jest oderwane od realiów i ich uwarunkowań, ale jest także dowodem na daleko idącą ideologizację w duchu misjonizmu amerykańskiego.
Klęski poniesione przez Stany Zjednoczone w akcjach na rzecz promocji demokracji w okresie pozimnowojennym skłaniają nie tylko do większej powściągliwości, ale także do sceptycyzmu, czy uda się kiedykolwiek zbudować ład demokratyczny w stosunkach międzynarodowych. Wiele wskazuje raczej na to, że przewagę zdobędą mocarstwa autorytarne, które stworzą nową hierarchię międzynarodową (system zwierzchności i podporządkowania). Nie jest wykluczone, że takiej transformacji towarzyszyć będzie chaos i niska przewidywalność zjawisk w życiu międzynarodowym.
Jutrzejszy świat
Świat najbliższych dekad nie będzie miejscem ani szczęśliwszym niż obecnie, ani bezpieczniejszym. Poza państwami rewizjonistycznymi najważniejsze wyzwanie stanowi rosnąca grupa podmiotów niepaństwowych, które będą próbowały przy użyciu różnych środków podważyć istniejący, korzystny dla Zachodu, ład międzynarodowy.
Drugie największe wyzwanie to rosnąca liczba państw upadłych i słabych, które nie będą w stanie utrzymać porządku na własnym terytorium, mogą więc stać się rozsadnikami niestabilności i niepokojów w swoim otoczeniu. Aktualnym przykładem są takie kraje jak Somalia, Libia czy Sudan Południowy. W najbliższej przyszłości do tego grona mogą dołączyć kolejne państwa, zwłaszcza w Afryce i na Bliskim Wschodzie.
Co gorsza, chaos będzie sprzyjał niekontrolowanemu przepływowi broni masowego rażenia oraz wybuchom groźnych epidemii, które w obliczu upadku struktur państwowych trudniej będzie opanować.
Przyszły świat będzie coraz bardziej policentryczny, wielobiegunowy, pluralistyczny i pod względem ideowym bardziej polifoniczny. Rywalizacja będzie rozgrywać się na poziomach regionalnych i na globalnym. Stany Zjednoczone nie będą w stanie utrzymać swojej dominacji, dlatego muszą postawić na rozwiązania wielostronne. Same nie poradzą sobie z odpowiedzialnością za utrzymanie porządku światowego.
Wojny nie znikną ze stosunków międzynarodowych. Można będzie spodziewać się kolejnych „wojen zastępczych”, jak te, które toczą się obecnie między Arabią Saudyjską i Iranem w Jemenie czy w Syrii. Jest wysoce prawdopodobne, że kolejne państwa będą próbowały wejść w posiadanie broni jądrowej oraz środków jej przenoszenia.
Zaostrzy się też wyścig zbrojeń w kosmosie i cyberprzestrzeni. Eksperci przestrzegają przed wzrostem zagrożenia ze strony hybrydalnych aktorów niepaństwowych, jak tzw. Państwo Islamskie czy międzynarodowe organizacje przestępcze. Będzie im niewątpliwie sprzyjać rozwój nowych technologii, przez co terroryści i przestępcy wejdą w posiadanie relatywnie tanich, ale potencjalnie bardzo destrukcyjnych środków rażenia. Bioinżynieria, nanotechnologia, mikrosatelity, broń elektromagnetyczna i hipersoniczna, a także zastosowanie różnego rodzaju broni laserowej – wszystko to diametralnie zmieni oblicze pola walki.
W nadchodzących dekadach wyzwaniem stanie się utrzymanie bezpieczeństwa migracyjnego. Problem niekontrolowanego napływu mas migrantów – uchodźców, uciekinierów, banitów i wszelkich nieszczęśników pozbawionych swojej ojczyzny – będzie potęgowany wraz z rosnącą populacją obszarów biedy i wykluczenia w Afryce, na Bliskim Wschodzie i w Azji Południowo-Wschodniej.
Towarzyszyć temu będą kryzysy żywnościowe i trudności z dostępem do wody pitnej.
Pochwała kompromisu
Agresywne ideologie globalnej „świętej wojny” o podłożu fundamentalistycznym, wzrost nacjonalizmów i odżywanie rasizmu jedynie spotęgują skalę zagrożeń, i to także na obszarach starej cywilizacji europejskiej. Dlatego na tle tej pesymistycznej diagnozy wszyscy, którzy w swoich analizach sceny międzynarodowej kierują się racjonalnością stają przed koniecznością podjęcia synergicznego wysiłku na rzecz mądrego „zarządzania” globalnymi problemami bezpieczeństwa.
Istotą tego zarządzania są negocjacje międzynarodowe. Odwołanie do nich jest przejawem racjonalizacji, jeśli chodzi o rozstrzyganie spornych kwestii przy użyciu siły. W miejsce wspomnianej na początku wojowniczej starorzymskiej sentencji warto promować inną mądrość, iż pax melior est quam iustissimum bellum, co w wolnym tłumaczeniu może brzmieć, że każdy dzień nawet najbardziej parszywego pokoju jest lepszy od każdego dnia nawet najpiękniejszej wojny.
Wojna odwołuje się przede wszystkim do instynktów – żądzy władzy, dominacji, odwetu, natomiast negocjacje apelują do rozumu – kalkulacji zysków i strat, obopólnych korzyści, udowodniania swoich racji z respektem choćby dla części racji drugiej strony czy stron.
Negocjacje oznaczają sztukę budowania porozumienia opartego na gotowości brania pod uwagę odmiennych punktów widzenia. Istotą tej funkcji jest osiąganie kompromisu, który jest warunkiem każdego porozumienia. Kompromis polega na wzajemnych (obopólnych) ustępstwach, na zrzeczeniu się całości lub części własnych roszczeń oraz uznaniu roszczenia w całości lub części drugiej strony.
Zgodnie z teorią niemieckiego socjologa Georga Simmla, u podstaw kompromisu leży jeden z największych wynalazków ludzkości – fakt, że nagrodę, będącą przedmiotem konfliktu (na przykład władzę, terytorium, zasoby) można zrekompensować albo poprzez podział, albo na zasadzie odszkodowania. Zawieranie kompromisów wymaga zatem specjalnych umiejętności: polega – po pierwsze – na zdolności dostrzegania, że kompromisowe rozwiązanie jest w ogóle możliwe, a po drugie – na trudnej sztuce odpowiedniego dzielenia nagród lub ustalania stosownych odszkodowań w taki sposób, żeby nie stało się zarzewiem nowych konfliktów.
Kompromis uznaje się za zasadę wspólnego dochodzenia do prawdy, co oznacza, że żaden z partnerów negocjacji nie zmusza drugiego do bezwzględnego podporządkowania się swoim poglądom i przekonaniom, a wręcz przeciwnie, pozostawia mu niezależność jego decyzji. Istotą relacji jest wczuwanie się w punkt widzenia drugiej strony, aby przy dobrej woli przyznać jej choć trochę racji. W ten sposób strony wznoszą się jakby ponad siebie, dążąc ku wspólnocie jednego i tego samego punktu widzenia na sprawy i rzeczy, których negocjacje dotyczą. Partnerzy, podejmując dialog są tym samym gotowi prawdę drugiego partnera uczynić częścią swojej prawdy. To wszystko oznacza, że strony dzielą między sobą zarówno satysfakcję, jak i niezadowolenie z osiągniętego wyniku rozmów. Żadna z nich nie musi być całkowicie zadowolona, ale też nikt nie jest pozbawiony pewnych korzyści, jakie daje porozumienie.
Dwa etosy
Etos rycerski odrzuca przydatność kompromisu, podczas gdy etos kupiecki go akceptuje. Tradycja liberalna Zachodu nawiązuje do sztuki kompromisu w kontekście transakcji handlowych. Kompromis jest bowiem wzorem wypracowanym w trakcie dobijania targu. Najważniejszym motywem zachowań kompromisowych stała się optymalizacja zysku, a nie walka za wszelką cenę, odwoływanie się do celów praktycznych, a nie do dumy i godności. Stąd nastawienia kompromisowe uchodzą w niektórych kręgach kulturowych za nierycerskie czy niehonorowe.
Dzięki nastawieniom kompromisowym na świecie upowszechnia się uniwersalistyczna świadomość o wspólnocie wartości ogólnoludzkich i ich prymacie wobec wartości partykularnych. Poczucie wspólnej odpowiedzialności za losy świata zmusza coraz więcej uczestników życia międzynarodowego do poszukiwań rozwiązań polubownych, opartych na zmyśle pojednania, a nie nieprzejednania.
Niezależnie od wielu irracjonalnych motywów popychających ludzi do walki, to porozumienia i układy oparte na kompromisach, choćby nawet niedoskonałych, są niewątpliwie rezultatem coraz powszechniejszej rozumnej kalkulacji kosztów i korzyści. Podejście takie jest wzmacniane przez tzw. rozwiązania integratywne, które zakładają działania synergiczne, zespolone, na rzecz wspólnej wygranej, a więc takiego pomnażania dóbr, aby ich wystarczyło dla wszystkich, bądź spojrzenia na problem z szerszej perspektywy, uwzględniającej pluralizm punktów widzenia i myślenie w kategoriach celu nadrzędnego. Ogromną rolę w tych sprawach mogą odegrać organizacje międzynarodowe, i te rządowe, od „staruszki” ONZ począwszy, i te pozarządowe, których liczba rośnie w postępie geometrycznym.
Póki w debacie dominuje retoryka oparta na wrogości, obrażaniu drugiej strony, nie ma szans na kompromis i normalność. Widać to w szczególności w stosunkach między Zachodem a Rosją na tle kryzysu ukraińskiego. Od dawna wiadomo, że tam, gdzie nie ma negocjacji, trwają destrukcyjne kłótnie. Unia Europejska jest takim fenomenem kulturowo-cywilizacyjnym, który do perfekcji doprowadził wiązanie interesów państw członkowskich w drodze ciągłych negocjacji i poszukiwania kompromisów. Projekt oparty na założeniu: żadnych zwycięzców ani pokonanych, lecz wspólne korzyści dla państw prowadzących negocjacje - na naszych oczach ulega pewnej erozji, niemniej idea zjednoczonej Europy ma nadal swoich zwolenników i obrońców.
Integrująca się Europa może poszczycić się dorobkiem w dziedzinie wdrażania nowego rozumienia owej synergii, wyrażającej się w jedności politycznej. Jedność, jak wolność, występuje w dwóch postaciach. Istnieje bowiem „jedność narzucona lub wymuszona” oraz „jedność wynegocjowana lub wypracowana w procesie argumentacji” mająca na celu wzajemne porozumienie.
„Jedność narzuconego dogmatu” i „jedność wynegocjowanego kompromisu” różnią się pod względem sposobów ich osiągania, celów, którym mają służyć, oraz stabilności, jaką gwarantują. Jedność narzucona wydaje się trwała, ponieważ opiera się na sile. Występuje jednak wyjątkowo rzadko.
„Jedność negocjowana” może wydawać się niestabilna, z reguły jednak, jeżeli uda się ją osiągnąć, okazuje się o wiele trwalsza i stabilniejsza. Jest tak dlatego, gdyż „jedność narzuconego dogmatu” jest nie do zniesienia przez tych, którzy zostali do niej przymuszeni i prędzej czy później przeciwko niej się zbuntują. „Jedność wynegocjowanego kompromisu” jest szanowana i ceniona przez wszystkich, którzy angażują się w jej uzyskanie, jeżeli faktycznie im na niej zależy.
„Jedność narzuconego dogmatu” ma na celu podporządkowanie słabszych silniejszemu, „jedność negocjowanego kompromisu” – wielostronną współpracę opartą na warunkach zbliżonych do równości. Kto jedność narzuca, działa w przekonaniu, że świat jest możliwy bez antagonizmów. Dlatego dąży do ich likwidacji.
Dążenie do jedności drogą negocjacji wynika ze świadomości, że antagonizmów zlikwidować się nie da, a jeżeli tak, to tylko na chwilę. Częścią tej świadomości jest też to, że antagonizmy są nie tylko destruktywne, ale mogą być konstruktywne. „Jedność narzucona jest tyranią, jedność negocjowana – demokracją” - pisze Adam Chmielewski (Dwie koncepcje jedności: interwencje filozoficzno-polityczne).
Wysokie napięcia w stosunkach międzynarodowych i podsycanie klimatu przychylnego dla zbrojeń i rzemiosła wojennego zmniejszają szanse wykorzystania negocjacji jako instrumentu polityki. Nie przekreślają jednak szans i możliwości. Wszystko zależy od woli politycznej przywódców politycznych. Bez niej niemożliwe jest ani wszczęcie negocjacji, ani ich skuteczne zakończenie.
Nawet największe zaangażowanie profesjonalnych dyplomatów na rzecz zbliżenia między ludźmi kończy się fiaskiem przy braku dobrej woli rządzących. Na stan relacji między państwami i narodami wpływają zarówno czynniki polityczne, jak i kultura osobista, wzajemne sympatie i antypatie przywódców politycznych oraz uczestników rozmów. Gdy wybucha kryzys i leje się krew, jak w Syrii czy na wschodzie Ukrainy, warto pytać, gdzie podziała się polityka, gdzie są wagony pełne negocjatorów, gdzie ambasadorowie dobrej woli i emisariusze pokoju? (Jednym z przejawów kryzysu we współczesnym świecie jest brak charyzmatycznych liderów politycznych, którzy podjęliby ryzyko przeciwstawienia się negatywnym tendencjom czy nastrojom).
Bezkompromisowa Polska
Jesteśmy obecnie świadkami kreowania nowej równowagi międzynarodowej, przywracającej kolektywne i symetryczne – w miejsce monocentrycznych – reguły gry. W tym trudnym polu powracających starć i napięć musi znaleźć dla siebie miejsce Polska. Nie jest to zadanie łatwe w świetle przyjętej strategii subordynacji wobec amerykańskiego patrona i protektora.
Od czasu I Rzeczypospolitej, a w zasadzie od jej nieszczęśliwego końca w XVIII wieku panuje w dużej części polskich elit przekonanie, że postawy kompromisowe i koncyliacyjne są mniej skuteczne i opłacalne niż postawy bezkompromisowe. Wyrazy dobrej woli i wspaniałomyślności mogą być potraktowane przez każdą drugą stronę jako oznaka słabości, uległości czy podstępu. Powoduje to wzrost determinacji na rzecz obrony swoich, nawet mało przekonujących racji. Ponadto zamiast odwołania się do praktycznych celów (co jest typowe dla pragmatycznego etosu kupieckiego), Polacy odwołują się do dumy i godności (do „napuszonego” etosu rycerskiego). Stąd nastawienia kompromisowe uchodzą za „nierycerskie” i „niehonorowe”. Nawet gdy kompromis może być uznawany za efekt nadmiernej ustępliwości, jest jednak zawsze z pragmatycznego punktu widzenia lepszym rozwiązaniem niż klęska, choćby nawet najbardziej „rycerska” i „honorowa”.
Co więc pozostaje czynić, aby przywrócić Polsce i Polakom kulturę kompromisu? Być może będzie to przejaw naiwności i wybujałego idealizmu, jeśli sformułujemy następujący postulat: należy ze szczególną troską podejść do edukacji na rzecz dialogu i porozumienia, tak w stosunkach wewnętrznych, jak i z wszystkimi partnerami i sąsiadami na zewnątrz. Jedynie ludzie wykształceni i mający gruntowną wiedzę o świecie potrafią nie tylko rozmawiać, ale i zrozumieć argumenty drugiej strony, kimkolwiek ona jest – sojusznikiem czy przeciwnikiem. Nie muszą się z nim zgadzać, ale potrafią go wysłuchać. To przede wszystkim brak wiedzy, ignorancja i moralna arogancja, podatność na manipulacje i indoktrynację rodzą napięcia między ludźmi i tworzą grunt dla postaw ekstremistycznych.
W polskiej strategii międzynarodowej zarówno wobec Unii Europejskiej, której Polska jest pełnoprawnym członkiem, jak i wobec Rosji akcentuje się motyw rywalizacji, bez zastanawiania się, do jakich prowadzi on rezultatów. Sama walka nakręca polskich decydentów, daje im poczucie ważności. Prowadzi to jednak do katastrofy. Timothy Garton Ash z Oxfordu przestrzega w następujących słowach: „Jeśli utracimy ducha współpracy i wspólnoty, głęboki nawyk, że przede wszystkim rozmawiamy i negocjujemy, a nie walczymy, jeśli stracimy to, co jest najcenniejszą zdobyczą powojennej Europy, to czeka nas klęska”. (Gazeta Wyborcza, 27-28.02.16).
Przykład konfliktu ukraińskiego pokazuje, że zapomniano o głoszonych przez wiele lat hasłach o konieczności skorelowania działań dyplomatycznych i wojskowych. Idea bezpieczeństwa kooperacyjnego, o której było głośno w latach dziewięćdziesiątych ub. wieku, zakładająca współpracę z organizacjami i państwami, nawet z tymi o odmiennych punktach widzenia, legła w gruzach. Jesienią 2013 r. zawiodła dyplomacja prewencyjna, kiedy to postanowiono na Zachodzie wykorzystać sytuację i przyspieszyć afiliację Ukrainy z Unią Europejską, doprowadzając do „majdanowego przewrotu” na Ukrainie.
Polska miała niezłą reputację w okresie „zimnej wojny”, począwszy od planu Rapackiego, w kontekście inicjatyw koncyliacyjnych, „budowania mostów”, odprężenia i współpracy ponad podziałami. Stosunki ze Stanami Zjednoczonymi zawsze były na tyle dobre, że dawały nadzieję na uwzględnianie polskich interesów za oceanem jako godnych zauważenia.
Po zmianie systemowych uwarunkowań Polska znalazła się w takim położeniu geopolitycznym, że mogła samodzielnie zdefiniować swoje prozachodnie preferencje, ale bez konieczności eskalacji wrogości wobec Rosji.
Tragedią polskiej polityki w wydaniu wszystkich kolejnych rządów, niezależnie od proweniencji ideowej, było ograniczanie swojego pola manewru do minimum. Uznanie opcji atlantyckiej za bezalternatywną zwolniło polskich polityków, jak i intelektualistów z poszukiwania bardziej zniuansowanej polityki, gwarantującej Polsce bezpieczeństwo, ale i dobre stosunki sąsiedzkie na wszystkich kierunkach. Uwierzono w odzyskanie suwerenności, jakby była ona upoważnieniem do całkowitej dowolności w kreowaniu relacji sąsiedzkich.
Tymczasem okazuje się, że suwerenność państwa stanowi zawsze wypadkową realnego układu sił, a Polska ani w rachubach atlantyckich, ani wschodnioeuropejskich nie wypada najlepiej. Grozi jej przede wszystkim kolejny raz w historii instrumentalne i cyniczne traktowanie przez protektorów i adwersarzy.
Polskie elity polityczne i intelektualne nie nauczyły się wyciągać wniosków z tragicznej historii narodowej i nieszczęsnej geografii politycznej. Nawet postronny obserwator zdaje sobie doskonale sprawę z tego, że państwo średniej rangi, jakim jest Polska, położone na skrzyżowaniu szlaków komunikacyjnych w Europie, może więcej skorzystać na pośredniczeniu, łączeniu, katalizowaniu czy moderowaniu niż na skłócaniu i konfrontacji. Sukces państwa mierzy się jego pozytywnymi afiliacjami, przyjaznymi związkami z innymi, w których jest ono zdolne do zawierania pragmatycznych kompromisów, wypracowywanych w żmudnym dyplomatycznym znoju przez fachowców, bez zbędnej demonstracji wrogości i buńczucznych deklaracji ze strony polityków.
Stanisław Bieleń
Powyższy artykuł jest kontynuacją zagadnień poruszonych przez Autora w tekście Era debellizacji, jaki ukazał się w numerze 3/20 SN
Śródtytuły i wyróżnienia pochodzą od Redakcji.

