Politologia (el)
- Autor: Stanisław Bieleń
- Odsłon: 3240
Polityka wschodnia - wiecznej urazy (2)
Polacy w większości pozostają w sferze mentalnej niewolnikami archaicznych, stereotypowych, często surrealistycznych i skrajnie uproszczonych wyobrażeń o Rosji.
Zastanawia to, że mało komu w Polsce zależy na odwróceniu tych negatywnych i szkodliwych dla międzynarodowego wizerunku Polski trendów.Niewiele czyni się dla niwelowania owych obsesji, lęków i fobii, które utrudniają spojrzenie na Rosję jak na normalne państwo, mające prawo do definiowania własnych interesów, nawet gdy kolidują one z interesami Polski.
Rosyjska interwencja na Krymie i jego inkorporacja w skład Federacji Rosyjskiej stały się okazją do formułowania histerycznych komentarzy, które przeciętnemu odbiorcy bynajmniej nie ułatwiały zrozumienia istoty zaistniałej sytuacji.
Przede wszystkim, zarówno media jak i politycy posługują się retoryką skrajnie emocjonalną i negatywnie wartościującą, będącą rezultatem syndromu myślenia grupowego, skupiającego uwagę na „agresji Moskwy”, w oderwaniu od kontekstu i wydarzeń poprzedzających. Syndrom taki, dobrze opisany w literaturze amerykańskiej (także jako syndrom „ogłupienia zbiorowego”), znany jest z czasów kryzysu rakietowego na Kubie 1962 r. Wtedy o mało co nie doprowadził do uruchomienia przez USA dźwigni atomowej. Obecnie pojawił się znowu w kontekście interwencji Rosji na Krymie. Do opinii społecznej z trudem przebija się racjonalna argumentacja, a zdrowy rozsądek i umiar w reagowaniu są na wagę złota.
Psychologia dostarcza informacji na temat zakłóceń w postrzeganiu wzajemnym stron w sytuacjach kryzysowych. Pod wpływem napięć percepcja rzeczywistości jest ograniczona. Racje schodzą na plan dalszy, a intelektem rządzą emocje. Upraszczanie rzeczywistości prowadzi do jej fałszowania. Przede wszystkim następuje przyspieszenie akcji i reakcji, co oznacza brak czasu na analizę informacji. Świat postrzegany jest w kategoriach czarno-białych.
Dostęp do informacji jest zresztą znacznie ograniczony, a dezinformacja, selektywność postrzegania oraz ślepota poznawcza są na porządku dziennym. Typowymi zjawiskami są: autogloryfikacja (samouwielbienie) i brak krytycyzmu, aksjologizacja konfliktu (nasycenie wartościami) i dehumanizacja (odczłowieczenie) oponenta. Zaangażowani w konflikt w miarę upływu czasu stają się coraz mniej zdolni zrozumieć położenie drugiej strony. Przestaje się rozumieć racje oponenta, bo on racji po prostu nie ma.
Druga strona z założenia jest pozbawiona wszelkiej moralności, jest żądna wygranej, nic więcej. Dlatego pozbawia się ją cech ludzkich. Nie jest to partner do rozmów, ale wróg, którego należy bezwzględnie zwalczać. Nie można z nim rozmawiać, dyskutować, zawierać porozumienia, nie ma po prostu z kim tego robić.
Koncentrowanie się wyłącznie na własnej interpretacji prowadzi do „dialogu głuchych”. Trwa medialna i polityczna akcja etykietowania, co łączy się z mechanizmem naznaczenia, związanym z dyskredytacją i stygmatyzacją, deprecjonowaniem poprzez przypinanie mu negatywnego znaku.
Etykieta przeciwnika oznacza antycypowanie zachowań wrogich, których należy się spodziewać i na które trzeba być przygotowanym. W tych procesach ujawnia się mechanizm „samospełniającego się proroctwa”. Powstaje błędne koło reakcji i kontrreakcji. Wrogość, która zrazu jest tylko wynikiem wyobraźni, może przerodzić się w otwarty konflikt. Towarzyszą temu uproszczenia poznawcze i zubożenie intelektualne w przekazie informacji i ich interpretacji, wzywanie do użycia przemocy i narastająca gotowość do poświęceń.
Zaangażowana emocjonalnie strona wyolbrzymia własną pozytywną, niemal misyjną rolę, przyjmując na siebie rolę obrońcy przed złem. W związku z tym demonstruje gotowość do ponoszenia ofiar. Nie przeraża przy tym wizja strat, a wręcz odwrotnie, odczuwa się satysfakcję z tego, że grożą cierpienia, że robi się coś, co jest bardzo niebezpieczne.
Ten krótki zarys symptomów myślenia grupowego w sytuacjach kryzysowych wskazuje wyraźnie, że Polska wpisuje się niemal modelowo w rolę gracza ogarniętego skrajnymi emocjami, ze szkodą dla realistycznej oceny przesłanek podejmowanych posunięć, jak i ich rezultatów.
Nieprzejednanie rodzi nieustępliwość, zacietrzewienie prowadzi do konfrontacji i eskalacji napięć. Polska opinia społeczna, reprezentowana w dużej mierze przez media, inspirowane politycznie, nie uświadamia sobie, że demonstrowanie arogancji i forsowanie jedynie słusznych racji przynosi krótkotrwałe korzyści.
Irracjonalne jest rozumienie swojej zawziętości i nieustępliwości, a także negatywnego stosunku do władz politycznych Rosji jako wyrazu siły i znaczącej pozycji Polski w Europie. Podobnie niedorzeczne jest uznawanie gotowości do rozmów i kompromisu jako wyrazu słabości i serwilizmu.
Jak wyjść z zaklętego kręgu nienawiści?
W obliczu kwitnącej w Polsce rusofobii potrzebny jest nowy impuls w stronę terapii pamięci, uwolnienia jej od szkodliwych obsesji i strachu przed Rosją. Pewną próbą paradyplomatycznego wsparcia dla pojednania polsko-rosyjskiego i szansą na normalizację było powołanie w 2002 r. Polsko -Rosyjskiej Grupy ds. Trudnych i jej reaktywowanie w 2008 r.
Artiom Malgin ze strony rosyjskiej za nadrzędną wartość pracy doradczej rosyjskich i polskich historyków uważa poszanowanie oraz wzajemne zrozumienie w interpretacji wydarzeń historycznych, przy jednoczesnym nieuleganiu naciskom politycznym. Jak dotąd, historykom obu stron nie udało się odwrócenie uwagi od przeszłości i skoncentrowanie się na przyszłości.
Tym bardziej, że „polityka historyczna” stała się dzięki IPN instytucjonalną ochroną pamięci zbiorowej, formą powszechnej indoktrynacji, propagowaniem idei ważnych dla patriotycznej kultury narodowej, źródłem rozliczeń i swoistych „rachunków” w stosunkach międzynarodowych. Jest niewątpliwie narzędziem manipulacji politycznej, którego najważniejszą cechą jest dobieranie argumentów historycznych dla uzasadniania bieżących potrzeb politycznych.
Dla zrozumienia Rosji niezwykle istotnym jest przybliżenie innym narodom obrazu świadomości historycznej Rosjan i wpisanie jej w całość europejskiej kultury pamięci. Jest to zadanie tym trudniejsze, im silniejszy jest opór oficjalnej polityki i historiografii rosyjskiej przed przyjęciem współodpowiedzialności za nieszczęścia XX w. (wybuch II wojny światowej i stalinowskie ludobójstwo).
Jest rzeczą oczywistą, że każdy naród, w tym naród państwowy, ma własną wizję swojej historii, głosy oburzenia ze strony innych państw, zwłaszcza sąsiadów, z reguły niewiele w tej kwestii zmieniają. Nie jest to bynajmniej specyfika relacji Polski z jej sąsiadami. Dlatego w polskim i europejskim interesie leży docenienie zmian, jakie nastąpiły od epoki Gorbaczowa na obszarze imperium radzieckiego, wskazanie na ofiary i cierpienia narodów ZSRR zarówno w konfrontacji z faszyzmem, jak i pod ludobójczym reżimem Stalina. Chodzi o to, aby analizować przeszłość nie dla antagonizowania państw i narodów, lecz dla uczenia mądrej koegzystencji.
Ciągłe ustawianie sąsiadów, mających za sobą przeszłość totalitarną w odmianie hitlerowskiej i stalinowskiej, w roli sprawców krzywd i nieszczęść historycznych, uniemożliwia wzajemne zrozumienie i rzeczywiste pojednanie. Jeszcze gorsze skutki przynosi utożsamianie Rosji współczesnej ze stalinowskim Związkiem Radzieckim i żądanie od niej zadośćuczynienia za popełnione wtedy krzywdy. Trzeba bowiem pamiętać, że „Rosja też ma swoje Katynie”.
Patrząc na minione dwie dekady, w stosunkach polsko-rosyjskich zabrakło refleksji nad wykorzystaniem szans normalizacji i pojednania obu państw i narodów. Nikt z polityków po polskiej stronie nie odważył się nazwać Rosji ważnym sąsiadem, z którym wiążą Polskę interesy strategiczne. Określeniem „partnerstwa strategicznego” szafowano za to w nadmiarze wobec Ukrainy, nie przyjmując do wiadomości ambiwalentnej postawy Ukraińców i patologii w procesie jej transformacji. Trudno też pojąć, co łączy Polskę z Gruzją czy Azerbejdżanem, oprócz niechęci do Rosji.
Teza polskich polityków i generałów, odpowiedzialnych za strategię bezpieczeństwa, że „wróg stoi u bram” i trzeba szykować się do wojny nie wynika z analizy rzeczywistej sytuacji strategicznej, lecz z obsesji antyrosyjskiej i fatalnego w skutkach zaangażowania się w sprawy wewnętrzne Ukrainy.
Krakowski mędrzec nazwał obawy przed rosyjską agresją myśleniem w kategoriach psychologicznej patologii (B. Łagowski, „Polska chora na Rosję”). Nie uwzględnia się bowiem żadnych obiektywnych przesłanek, nie dba o myślenie logiczne i oparte na rzeczowych argumentach, nie analizuje się tego, co ma do powiedzenia sama Rosja.Uproszczone i jednostronne interpretacje brzmią jak kategoryczne osądy,z których przebija moralna arogancja i brak zrozumienia drugiej strony. Zdaniem wielu komentatorów, wystarczy nazwać politykę Rosji imperialną, by znaleźć wytłumaczenie wszystkich jej zachowań międzynarodowych i usprawiedliwienie dla swoich maniakalnych obsesji.
Ostatnie lata pokazują, że polska polityka wobec Rosji jest całkowicie uzależniona od polityki euroatlantyckiej. Jednocześnie histeria i emocjonalność polskiej dyplomacji w ocenie zjawisk zachodzących na Wschodzie pozbawiły Polskę wiarygodności jako potencjalnego mediatora w konflikcie ukraińsko-rosyjskim.
Najbardziej bolesne dla polskich polityków okazało się to, że także strona ukraińska nie widzi możliwości skorzystania z dobrych usług Polaków przy szukaniu rozwiązań pokojowych. Jest to lekcja pokory, z której należy wyciągnąć wnioski, a nie udawać, że nic się nie stało. Mimo wspomnianych obciążeń byłoby dobrze, gdyby polska dyplomacja nie przegapiła szansy, jaką daje możliwość otwarcia nowej karty dialogu z Rosją. Na Zachodzie pojawiają się już sygnały, że różne siły polityczne i gospodarcze starają się odwrócić ryzyko konfliktu, na którym tracą wszystkie strony.
Potrzebny reset
Jeśli Polska rzeczywiście chce odzyskać swoją wiarygodność w Europie Wschodniej, powinna powrócić do polityki zrównoważonych relacji z wszystkimi tamtejszymi sąsiadami. Nie ma bowiem żadnego historycznego determinizmu, iż polskie podejście wobec Rosji musi pozostać niezmienne i skrajnie zideologizowane. Problem w tym, że obecnie mało komu w Polsce zależy na obiektywnej ocenie Rosji. Politycy bezkrytycznie zawierzyli narracji zachodniej, zwłaszcza amerykańskiej, co świadczy o ich kompleksach i braku suwerenności intelektualnej. Przejawia się w tym syndrom głębokiej prowincji, mający swoje źródła w odległej przeszłości, sięgającej I Rzeczypospolitej.
Przywołując dawne rywalizacje z potęgami ościennymi i pretensje historyczne, mało kto pamięta, że zanim sąsiedzkie potęgi – Rosja, Prusy i Austria – stały się źródłem zagrożeń egzystencjalnych, sama Rzeczpospolita była wielkim imperium o charakterze ekspansywnym. Padła ofiarą obcych zapędów imperialnych w dużej mierze z winy własnej, ze względu na postępującą degradację i rozkład państwowości. Warto byłoby tu przywołać tezę o „bożym igrzysku”, którym wtedy stało się polskie państwo, na co zwrócił uwagę w tytule jednej ze swoich książek Norman Davies. W kategoriach współczesnych można to wyrazić poprzez grę obcych sił geopolitycznych, której funkcją była i pozostaje Polska.
Rosja jest zbyt istotnym uczestnikiem w grze międzynarodowej, aby ją można było pozostawić na boku, zmarginalizować czy zlekceważyć. Współpracy z Rosją nie można też w nieskończoność uzależniać od postępów procesów demokratyzacyjnych, bowiem nie zmieni się ona z dnia na dzień i nie zacznie natychmiast – jak tego chcą jej krytycy – stosować się do standardów zachodnich.
Powtarzam przy wielu okazjach, że nikt przy zdrowych zmysłach nie weźmie odpowiedzialności za wschód Europy bez uwzględnienia interesów rosyjskich. Bez udziału Rosji nie da się rozwiązać żadnego z problemów, które trapią państwa poradzieckie. Im szybciej politycy europejscy i amerykańscy zrozumieją te zależności, tym szybciej zostanie zażegnany konflikt ukraiński.
Najważniejszym wyzwaniem w stosunkach polsko-rosyjskich jest powrót do stabilnej normalności, która powinna opierać się na suwerennej diagnozie interesów i uspokojeniu psychologicznym. Skonfliktowane strony muszą – po pierwsze – zmienić swój stosunek do przedmiotu konfliktu, sposobu wyrażania pretensji oraz wzajemnego postrzegania.
Podstawowe pytanie dotyczy zatem woli politycznej każdej ze stron, ale także wpływu uwarunkowań zewnętrznych. Te ostatnie wiążą się z przypisywaniem Polsce przez Stany Zjednoczone roli „rygla” wobec Rosji, a nie katalizatora zbliżenia. Największy problem w stosunkach polsko-rosyjskich polega więc na kolizji interesów własnych z interesami definiowanymi przez amerykańskiego protektora i sojusznika.
Po drugie, ograniczenie dla normalizacji w stosunkach polsko-rosyjskich wynika z ukrainizacji polskiej polityki wschodniej. Nie brakuje diagnoz, że polityka Polski na odcinku ukraińskim jest tworzona przez wpływowe środowiska lobbujące na rzecz kijowskich oligarchów. Antyrosyjskie ostrze współpracy polsko-ukraińskiej ma usprawiedliwiać amnezję wobec zbrodni ukraińskich nacjonalistów, które próbuje się przykryć w pamięci historycznej zbrodniami sowieckimi. Tymczasem inne są oczekiwania polskiego społeczeństwa.
Wbrew pozorom, przeciętny Polak nie jest takim rusofobem, ani takim ukrainofilem, jak przedstawiają go media i politycy. Społeczeństwo jest już zmęczone prymitywną antyrosyjską propagandą, nakręcaniem psychozy wojennej i podejrzliwością o agenturalność, militaryzacją życia publicznego i rosnącymi kosztami sankcji gospodarczych.
W kontekście konfliktu na Ukrainie warto przemyśleć zasadność wojennej retoryki przeciw Rosji. Taka retoryka najłatwiej służy rusofobicznej propagandzie, ale nie prowadzi do żadnych pozytywnych skutków politycznych w dalszej perspektywie. Polskę stać, żeby oceniać sytuację spokojnie i powściągliwie.
Emocje antyrosyjskie są złym doradcą w uprawianiu skutecznej dyplomacji. Poza tym kryzys kiedyś się skończy, bo taka jest natura kryzysów, a Polska pozostanie nadal sąsiadem Rosji i musi myśleć o swoich z nią interesach, a nie tylko o cudzej sprawie, bo przecież taką jest dla nas – jakby nie patrzeć – sprawa ukraińska. Przydałoby się więcej realizmu, a mniej moralizmu. Nie pierwszy zresztą raz w historii.
Brak ludzi pokoju
W tym kontekście musi dziwić brak społecznej inicjatywy na rzecz budowania przesłanek zbliżenia i pojednania z Rosjanami. Opinia publiczna w tej materii jest wyjątkowo zewnątrzsterowna. W czasach PRL rodziły się na przykład oddolne inicjatywy na rzecz pojednania polsko-niemieckiego, które wyprzedzały działania władz. A przecież też było sporo powodów (na przykład w bońskich elitach ówczesnej RFN roiło się od ludzi powiązanych z reżimem hitlerowskim), aby niezabliźnione rany skutecznie blokowały otwarte myślenie.
Obecnie trudno na przykład zrozumieć, dlaczego tak bardzo pasywne są środowiska kultury, dlaczego brak jest rzeczników polsko rosyjskiego dialogu wśród dziennikarzy, pisarzy, a nawet rosjoznawców na uczelniach wyższych. Nie wiadomo, czy jest to wynik braku odwagi, czy negatywnych skutków powszechnej indoktrynacji i jakiegoś psychologicznego zastraszenia. A może wszystkiego po trosze. Być może przejawia się w tym także przedstawiony wyżej syndrom myślenia grupowego.
Jak na razie, mało kto zastanawia się, jak poprzez wzajemne zbliżenie zbudować podstawy pokojowego współżycia następnych pokoleń. Obstawanie każdej ze stron przy swojej wersji prawdy historycznej i dopominanie się satysfakcji moralnej (a także materialnej) blokuje postęp na drodze normalizacji i pojednania. Trzeba znać przede wszystkim cenę własnego interesu narodowego, a nie „wymachiwać szabelką” dla publicznego poklasku i osobistej satysfakcji polityków.
Dla zbudowania nowoczesnego społeczeństwa potrzeba odpowiedniego klimatu kulturowego. Umiejętność współpracy z innymi, zdolność do empatii i decentracji interpersonalnej, szacunek dla pluralizmu i różnorodności – to warunki dla innowacyjności i kreatywności. Nie przypadkiem państwa skandynawskie (nordyckie) znajdują się w czołówce najbardziej nowoczesnych i otwartych na świat, gotowych do świadczenia dobrych usług, aktywnych w procesach negocjacyjnych i mediacyjnych. Nie może być innowacyjnym społeczeństwo, które zamyka się na innych, demonstruje otwartą wrogość czy ulega etnofobii.
Zapewne przyjdzie w końcu czas, że w stosunkach Polski z sąsiadami ważniejsze będą realne problemy współczesności i wyzwania, jakie przed nimi stoją niż coraz bardziej odległy w czasie „świat duchów i umarłych”. Jedynie „polityka historyczna” oparta na refleksji krytycznej może doprowadzić do odwrócenia negatywnych tendencji współczesności, „do wyjścia z korkociągu słusznych żalów i pretensji jednostek i społeczeństw dotkniętych traumą wzajemnych kontaktów w przeszłości”(K. Zamorski). Czy tak się stanie, zależy to nie tylko od wymiany generacji, ale także od nowej świadomości politycznej i obywatelskiej, którą mogą wnieść nowe pokolenia.
Stanisław Bieleń
Jest to druga część eseju Autora nt. stosunków polsko-rosyjskich, jaki ukazał się w książce „Pamięć i polityka historyczna w stosunkach polsko-rosyjskich” pod redakcją naukową prof. prof. Stanisława Bielenia i Andrzeja Skrzypka.
Część pierwszą - Polityka wschodnia - wiecznej urazy - zamieściliśmy w numerze 2/17 SN.
Wszystkie wyróżnienia pochodzą od Redakcji
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 12817
Fenomen syndromu „oblężonej twierdzy” w Rosji nie jest nowy. W dzisiejszych warunkach odżył ze zdwojoną siłą.
Pochodzenie tego terminu ma związek z odległymi czasami, kiedy podczas wojen oblegano miasta i warownie przeciwnika. Gdy wróg stał u bram i stosował strategię na przeczekanie, aż do wygłodzenia i poddania się załogi, wówczas pojawiała się wśród mieszkańców naturalna obawa przed śmiercią i groza z powodu odciętej drogi ucieczki.
We współczesnym rozumieniu bardziej chodzi o sytuację pewnego dyskomfortu psychicznego, polegającą na poczuciu zaszczucia, osaczenia i strachu przed znanym lub nieznanym przeciwnikiem. Syndrom ten ma zatem bardziej charakter metaforyczny, oznaczający pewne stany lękowe, które towarzyszą nie do końca rozpoznanym, albo celowo wyolbrzymianym zagrożeniom (Peter Sloterdijk, współczesny filozof i kulturoznawca niemiecki, nazywa to zjawisko mianem „kompleksu katastroficznego”).
Nie ulega wątpliwości, że syndrom oblężonej twierdzy ma związek z kreowaniem wizerunku wroga, wobec którego instynkt samozachowawczy i mobilizacja polityczna nakazują zewrzeć szeregi i postawić wszystko na jedną szalę, z gotowością do złożenia ofiary najwyższej.
Obecnie stosunki między Rosją a Zachodem, a zwłaszcza Stanami Zjednoczonymi, znajdują się w fazie głębokiego impasu. Tę sytuację wykorzystuje się po każdej ze stron do szerzenia rozmaitych fobii, w tym do działań dyfamacyjnych i do wojny psychologicznej. Rezultatem mobilizacji każdego protagonisty jest mitologizowanie zagrożeń, co można zauważyć zarówno po stronie amerykańskiej, jak i rosyjskiej.
Z tym, że Rosja czuje się w tej konfrontacji osamotniona i izolowana, dlatego właśnie w niej syndrom „stresu oblężniczego” przejawia się szczególnie jaskrawo.
Stan ten przebija się nie tylko w retoryce rządzących, ale przede wszystkim w mediach masowych oraz potocznych wyobrażeniach o świecie. Na dodatek Stany Zjednoczone bez większego rozgłosu faktycznie zwiększają zaangażowanie swoich wojsk w konfliktach w różnych częściach globu, co staje się pożywką dla potęgowania urazów i uprzedzeń po stronie rosyjskiej.
Można zauważyć, że największy udział w kreowaniu atmosfery strachu mają władze polityczne, które używają go jako narzędzia kontroli zachowań społecznych. Przede wszystkim kreślą świat w kategoriach czarno-białych, dzieląc go na „swoich” i „obcych”. Sięgają do manichejskiego podziału na siły „dobra” i „zła”, stawiając siebie zawsze po stronie dobra, co podnosi na duchu i dowartościowuje ulegających temu syndromowi. Takie postępowanie sprzyja rozmaitym urojeniom na temat jakiegoś szczególnego powołania czy wprost manii wielkości pośród innych państw i narodów.
Heroizacja własnej historii i sakralizacja geografii należą do najważniejszych czynników, które warunkują współczesne oblicze rosyjskiego syndromu oblężenia. Ich dopełnienie stanowi ciągłe stykanie się, bądź poszukiwanie wrogów (wewnętrznych i zewnętrznych) oraz ich demonizacja. Wróg zawsze usprawiedliwiał działania scentralizowanej władzy, która dominowała w różnych epokach nad społeczeństwem rosyjskim, tępiąc wszelkie odruchy sprzeciwu. Walce z wrogiem podporządkowywano wszystkie instrumenty politycznego działania. Ponieważ rosyjskie władze nie są w stanie zapewnić swoim obywatelom takiego dobrobytu, jak w przysłowiowej Ameryce, zatem wedle złośliwych komentarzy, uczucie zazdrości przeradza się w nienawiść, podsycając tym samym ideologię zewnętrznego wroga.
O krok do konfliktu
Eskalacja wrogości w stosunkach międzynarodowych ma niewątpliwie charakter konfliktogenny. Ostatecznie prowadzi nie tylko do zerwania wszelkich więzi między antagonistycznymi stronami, ale sprzyja także utrzymywaniu się wysokich napięć w dłuższej perspektywie. Okres zimnowojenny w stosunkach między Wschodem a Zachodem, między blokiem państw komunistycznych a USA i Europą Zachodnią dostarcza pod tym względem wielu pouczających przykładów.
Dla dzisiejszej mentalności Rosjan wciąż najważniejsze są reminiscencje konfrontacji zimnowojennej, kiedy to ścierały się ze sobą dwa supermocarstwa, a nuklearny wyścig zbrojeń groził katastrofą na skalę globalną. Wiele lat negatywnego nastawienia, wzajemnej rywalizacji, a także jawnych, bądź ukrytych ingerencji w sprawy wewnętrzne każdej ze stron wywarły trwały wpływ na mentalne postawy społeczeństwa rosyjskiego i światopogląd elit politycznych.
Powszechnym stało się przekonanie o występowaniu „piątej kolumny” w postaci spiskowania rozmaitych organizacji pozarządowych i tajnego wspierania opozycji z zewnątrz. Obce organizacje pozarządowe notabene nie są bez winy, podobnie jak popierające je bardziej lub mniej oficjalnie rządy państw zachodnich. Nie trzeba przecież być nadzwyczajnym znawcą problematyki, aby stwierdzić, że we współczesnym świecie działają nie tylko służby specjalne, ale rozkwita także pod rozmaitymi postaciami agentura wpływu.
Stany Zjednoczone świadomie zmierzają do izolowania Rosji na arenie międzynarodowej, a polityka zaostrzania sankcji jedynie potwierdza te intencje. W Waszyngtonie nikt już dzisiaj nie ukrywa, że odbudowa potęgi rosyjskiej stanowi zagrożenie dla interesów amerykańskich i ich hegemonicznej pozycji w stosunkach międzynarodowych. Dlatego USA czynią wszystko, aby przeszkodzić współpracy Rosji z Europą Zachodnią, zwłaszcza z tymi państwami Unii Europejskiej, które w kontraktach z Moskwą widzą źródło swoich korzyści i zysków. Chodzi zwłaszcza o Niemcy, Francję i Włochy.
Nie dziwi zatem zdecydowana reakcja władz rosyjskich, które w każdej opozycji wobec siebie dostrzegają wpływ czynników zewnętrznych i destrukcyjnych wobec samej Rosji. Neutralizacja protestów moskiewskich na Placu Bołotnym, ustawa o „zagranicznych agentach” skierowana przeciwko organizacjom pozarządowym korzystającym z dotacji zagranicznych, czy wreszcie retorsje w odpowiedzi na sankcje amerykańskie pokazują determinację Rosji w obronie swojego stanu posiadania i racji bytu.
Nauka z rewolucji
W stulecie rewolucji rosyjskich warto przypomnieć, jak przy pomocy wsparcia zewnętrznego garstka bolszewickich terrorystów na czele z Leninem doprowadziła do całkowitego paraliżu armii i państwa rosyjskiego. Fenomen klęski caratu nie polegał wyłącznie na słabości materialnej (należało ono przecież do największych potęg wojskowych owego czasu). Istotą było wytrącenie jego zdolności bojowej poprzez rozniecenie wewnętrznych niepokojów, które zachwiały reżimem.
Elisabeth Heresch w książce „Sprzedana rewolucja. Jak Niemcy finansowały Lenina” ukazała rolę Izraiła Łazarewicza Helphanda (Gelfanda) alias Aleksandra Parvusa, Rosjanina żydowskiego pochodzenia, wykształconego w Szwajcarii, genialnego finansisty i spekulanta wojennego. To on w końcu 1914 roku opracował plan „rewolucjonizowania Rosji” pod hasłem „bolszewikom władza, Rosji klęska”.
W początkach 1915 roku przedłożył go rządowi Rzeszy Niemieckiej, a w 1917 roku plan ten z udziałem niemieckich służb specjalnych urzeczywistniono.
„Operację Lenin” można było przeprowadzić dzięki przejazdowi lidera bolszewików z grupą rewolucjonistów ze Szwajcarii przez Niemcy, Szwecję, Finlandię do Petersburga. To Parvus zainicjował współpracę Niemców z Leninem i bolszewikami, zapewnił im hojne niemieckie subwencje oceniane na miliard marek.
Nie bez znaczenia było też wsparcie ze strony austriackiej socjaldemokracji. Stary Victor Adler bez trudu załatwiał pozwolenia na pobyt dla rosyjskich towarzyszy wydalonych z Niemiec. W ten sposób udzielono pomocy Trockiemu, ale także Leninowi, który cenił sobie życie w Wiedniu oraz w Galicji, gdzie później zamieszkał. Elisabeth Heresch twierdzi, że ostatecznie nigdzie nie otrzymał takiego politycznego i finansowego wsparcia dla swoich rewolucyjnych pism, jak w Austrii.
Skutki tego dzieła wycisnęły piętno na jego losach aż po XXI wiek. Nastąpiło nie tylko zniszczenie carskiego imperium i przejęcie w Rosji władzy przez komunistów, ale zapoczątkowano ich zwycięski pochód, w wyniku którego pod wpływem tej obłąkanej ideologii znalazła się trzecia część ludności świata. Przestrogi, jakie płyną z doświadczeń rosyjskich sprowadzają się do jednej konstatacji: wojna w połączeniu z rewolucją, przy udziale wsparcia zewnętrznego, prowadzi nie tylko do rozpadu wielkiego mocarstwa, ale do nieobliczalnych następstw, których potem nikt nie był w stanie kontrolować.
Wspieranie ruchów odśrodkowych w państwach wrogich było znaną taktyką polityczną, na którą Niemcy i Austro-Węgry nie żałowały środków. Bismarck już w 1869 r. wymyślił tzw. gadzinowy fundusz (Reptilienfond), czyli tajny fundusz rządu Rzeszy dla korumpowania prasy i szerzenia insynuacji o politycznych wrogach, zwanych przez niego „złośliwymi gadami”, w brytyjskich koloniach.
Wydaje się, że systematyczne „rewolucjonizowanie” państw od wewnątrz stało się jedną z najważniejszych metod polityki międzynarodowej w XX wieku, i to po każdej ze stron ideologicznych konfliktów. Zarówno Stalin (nie licząc Trockiego i jego koncepcji „eksportu rewolucji”), jak i Hitler wykorzystywali rozmaite środki dla wspierania wewnętrznych sił wywrotowych w innych państwach, bądź reżimów o proweniencji komunistycznej czy faszystowskiej.
Dzisiejsze rewolucje, czyli ulica i zagranica
Nie jest trudno te historyczne skojarzenia połączyć ze współczesnymi formami wspomagania przez Stany Zjednoczone różnych „kolorowych rewolucji”, „rewolucji kwiatów”, „arabskich wiosen”, ale także dzieła polskiej „Solidarności” w walce z komunistycznym reżimem. Powszechna w obiegu medialnym informacja o 5 mld dolarów, jako kwocie amerykańskiego wsparcia dla ukraińskiego Majdanu jest najbardziej nagłośnionym w ostatnich latach epizodem.
Ze sprawą wsparcia ukraińskiej „rewolucji godności”, a w istocie zamachu stanu w lutym 2014 roku wiąże się zresztą osobliwe poczucie moralności europejskich i amerykańskich elit politycznych oraz maistreamowych mediów masowych. Został tam bowiem zastosowany wariant jaskrawej interwencji „ulicy i zagranicy”, w której brali także udział politycy obecnego obozu rządzącego w Polsce. Wobec narastającej krytyki społecznej i aktywności opozycji politycznej piętnują oni obecnie u siebie ingerowanie „ulicy i zagranicy”, dając tym samym dowód hipokryzji i stosowania podwójnych standardów ocennych.
Rosjanie skwapliwie wykorzystują w swojej propagandzie te fakty, umacniając się w przekonaniu – na podstawie doświadczeń dawnych i całkiem współczesnych - że istnieje stałe zagrożenie dla egzystencji państwa rosyjskiego i należy zachowywać niezwykłą czujność, aby nie powtórzyły się dawne tragedie geopolityczne. Ten syndrom myślowy prowadzi do potępiania każdego, kto sądzi inaczej niż nakazuje oficjalna wykładnia. Dzięki wskazywaniu na zagrożenia wewnętrzne i zewnętrzne władze Rosji mogą obarczać obcych i swoich krytyków winą za wszystkie niepowodzenia i narodowe nieszczęścia. W tym zawiera się paradoks związany z oczekiwaniem na demokratyzację Rosji. Im Zachód bardziej naciska na Rosję w tej sprawie, tym bardziej oddala ją od przemian demokratycznych.
Myśl geopolityczna Rosji
Umacnianiu się syndromu oblężenia sprzyja współczesna myśl geopolityczna Rosji, nawiązująca do euroazjanizmu i izolacjonizmu. Oba nurty mają stare rodowody XIX-wieczne, ale odżyły w ostatnich dekadach ze zdwojoną siłą.
Pierwotne źródła idei euroazjanizmu/eurazjatyzmu sięgają schyłku imperium carskiego, kiedy modne były hasła ekspansji na Wschód (wostoczniki, azijcy). Jednym z ich propagatorów był Władimir Sołowiow, który dostrzegał płynące ze Wschodu „światło i siły”. Świętą misją cara było zjednoczenie Rosji z Chinami.
Innym wybitnym przedstawicielem azijstwa był wydawca i poeta książę Esper Uchtomskij, który miał duży wpływ na Mikołaja II w pierwszych latach jego panowania.
Koncepcja eurazjatycka zrodziła się zaś pośród emigracji rosyjskiej z lat dwudziestych XX wieku, która próbowała znaleźć kompromis ze stalinowską wersją socjalizmu (Mikołaj Trubieckoj, Georgij Fłorowskij, Piotr Sawicki, Piotr Suwczinski i Mikołaj Aleksiejew). Podkreślano w nich wyjątkowość Rosji i cywilizacyjną odrębność od reszty Europy. Stąd wynikał postulat wyboru przez Rosję tzw. trzeciej drogi, pomiędzy Wschodem a Zachodem, dzięki której mogłaby ona spełniać rolę pomostu między tymi cywilizacjami.
W swej łagodnej formie eurazjatyzm kładzie nacisk na unikalność Rosji i sprzeciwia się jej modernizacji na modłę zachodnią. W radykalnej postaci natomiast opowiada się za całkowitym wyeliminowaniem wpływów zachodnich z Eurazji. Wspólna obu formom eurazjatyzmu była eurofobia. Gieorgij Wiernadskij był jednym z prominentnych wyrazicieli takiego myślenia. Jego zdaniem, przykładem idealnego władcy był Aleksander Newski, który sprzymierzył się z Mongołami, aby obronić naród przed Szwedami i Zakonem Krzyżackim. Uświadamiał sobie bowiem, że ze strony Zachodu grozi Rusi większe nieszczęście niż ze strony azjatyckich koczowników. „Монгольство несло рабство телу, но не душе, Латинство грозило исказить саму душу”. W eurazjatyzmie znajdują odbicie zarówno imperialne nadzieje, jak i idee mesjanistyczne. Można nawet stwierdzić, że nurt ten stał się przykrywką dla wszelkich radykalizmów trapiących polityczne myślenie poradzieckiej Rosji.
Eurazjatycka Atlantyda
Izolacjonizm w myśli geopolitycznej wiąże się z koncepcją „Rosji-Wyspy”, zaprezentowaną i propagowaną w latach dziewięćdziesiątych ub. wieku przez Wadima Cymburskiego. Zakłada ograniczenie relacji Rosji ze światem zewnętrznym. Stawia na jej samowystarczalność i obronę interesów związanych przede wszystkim z koniecznością zachowania osobnej „platformy-niszy etnocywilizacyjnej” (nawiązanie do koncepcji etnosów Lwa Gumilowa).
Drogi rozwoju cywilizacyjnego Rosji i Europy kształtowały się odmiennie, a nawet w opozycji względem siebie, dlatego jakiekolwiek lansowanie „powrotu Rosji do Europy”, czy do afiliacji z Zachodem, jest bezzasadne.
Obrona odrębności rosyjskiej przestrzeni kulturowej odwołuje się do najstarszych archetypów tożsamości narodu i państwa rosyjskiego. Hasło „eurazjatyckiej Atlantydy” ma podkreślać autonomiczność i unikatowość rosyjskiej podmiotowości geopolitycznej i geokulturowej.
Źródeł takiego myślenia upatruje się w średniowiecznych wyobrażeniach Rusi Kijowskiej, obszaru otoczonego gęstą siecią jezior i bagien, tworzącą swego rodzaju „kontynentalną wyspę”.
Rosyjskie koncepcje geopolityczne, a także obronę Rusofonii i ruskiego miru można traktować z perspektywy zachodniej jako wyraz tradycyjnych obsesji i niespełnionych ambicji mocarstwowych. Można jednak na nie spojrzeć z perspektywy ekwidystansu. I wtedy nasuwa się nieuchronnie konstatacja, że to jednak Zachód rości sobie większe pretensje do wtrącania się w sferę tradycyjnych oddziaływań Rosji, a nie odwrotnie.
Zachód nie przyznaje się do tego, choć przecież nie trzeba jakiegoś nadzwyczajnego wysiłku, aby wykazać, że pod przykrywką liberalnych haseł o wolności i demokracji Stany Zjednoczone, a wraz z nimi państwa Europy Zachodniej uprawiają swój demokratyczny imperializm. Rosyjskie władze niejako w sposób naturalny reagują konsolidacją wewnętrzną, działaniami defensywnymi i prewencyjnymi, co znajduje usprawiedliwienie i zrozumienie w społeczeństwie, ale także u części obserwatorów zagranicznych.
Teoria kierowanego chaosu…
W rosyjskich analizach wskazuje się na lekcje płynące z konfliktu ukraińskiego, potwierdzające działania oparte na „teorii kierowanego chaosu”. Jej wykładnię dotyczącą mechanizmów zmiany władzy za pomocą inicjowanych ruchów protestacyjnych przedstawiono w analizach ośrodka analitycznego Stratfor pt. Examining Central and Eastern European Protest Groups (Lili Bayer, 2015). Takie prace obnażają rzeczywiste intencje rządów zachodnich, którym bynajmniej nie zależy na respektowaniu demokratycznych reguł gry w państwach pokomunistycznych, lecz na instrumentalnym i egoistycznym wykorzystaniu swoich przewag, aby kraje tego obszaru wciągnąć w swoją strefę wpływów.
Patrząc przez pryzmat publikacji George’a Friedmana czy Edwarda Lucasa z ostatnich lat trudno Rosjanom odmówić prawa do obaw przed ekspansją Zachodu na obszar eurazjatycki.
… i sposoby obrony
Warto pamiętać, że Rosjanie wielokrotnie w swojej historii udowadniali, iż potrafią mobilizować wszystkie zasoby, aby w sytuacjach ekstremalnych dać zdecydowany odpór egzystencjalnym zagrożeniom. Nie ma powodów przywoływać szerzej przypadków Napoleona i Hitlera, gdyż uległy już one swoistej mitologizacji. Warto natomiast podkreślić trwającą determinację na rzecz odbudowy pozycji mocarstwowej Rosji.
W toczącej się wojnie informacyjnej na Zachodzie pokazuje się przede wszystkim negatywne oblicze tego państwa. Z pola widzenia znikają rzeczywiste osiągnięcia epoki Putina, polegające na wzroście gospodarczym, rozkwicie kultury i odrodzeniu się dumy narodu rosyjskiego. Akcentowanie autorytaryzmu Putina nie powinno przesłaniać tej podstawowej prawdy, że Rosjanie nigdy nie czuli się tak swobodnie i nie spoglądali na kraj z takim optymizmem, jak w dzisiejszej epoce. Postawy te potwierdzają zresztą wyniki badań socjologicznych, choćby Centrum Lewady.
Obywatelom Rosji – także młodszych generacji – mniej zależy na szybkim wprowadzeniu demokracji na wzór zachodni. Bardziej obchodzi ich stabilność ekonomiczna i perspektywy własnego rozwoju. Są przyzwyczajeni do życia w państwie wielonarodowym, dlatego nie są krytyczni wobec imperialnej formy państwa.
Imperium oznacza często nostalgię za utraconą potęgą czasów carskich, ale także formę organizacji politycznej wielkiego państwa, w którym zgodnie zamieszkują różne narody. Wieloetniczność i wielokulturowość jest uznawana za ogromny atut Rosji, dowód jej wspaniałej misji cywilizacyjnej.
Rosjanie uważają, że nie mają powodów, aby wstydzić się swojej przeszłości imperialnej bardziej niż Francuzi czy Brytyjczycy. Zwłaszcza, że zachodni kolonizatorzy często doprowadzali do eksterminacji całych ludów w swoich koloniach, podczas gdy Rosja dawała szanse na przyłączenie się i pokojowe współżycie takich narodów, jak Adygejczycy, Baszkirzy, Buriaci, Gruzini i inni.
Nawet gdy w tym myśleniu jest sporo mitologizacji, to nie zmienia to wcale poczucia dumy narodowej oraz naturalnych tendencji do idealizowania wizerunku Rosji w historii. Istnieje zresztą intensywna „polityka historyczna”, (ale gdzie jej nie ma!), aby przywracać dzisiejszym obywatelom Rosji wspaniałą przeszłość i na jej bazie kreować „wizje lepszego jutra”.
Pośród współczesnych Rosjan nie dostrzega się masowego buntu przeciw „jedynowładztwu” czy „kultowi” Putina. Być może są oni przyzwyczajeni do petryfikacji systemu politycznego, a może po prostu nie wierzą, że jakikolwiek bunt czy sprzeciw może doprowadzić do pożądanych zmian. Od starszych pokoleń przyjmuje się pamięć o nieudanych jelcynowskich reformach lat dziewięćdziesiątych ub. wieku, kiedy to wiele rodzin znalazło się na granicy egzystencji materialnej. Nawet gdy występują – zwłaszcza w mediach elektronicznych - objawy krytyki czy zmęczenia oligarchicznymi elitami władzy, to niezadowolenie czy pogarda nie przekładają się na żaden trwały ruch społeczny, bądź formułowanie wywrotowych idei.
Po euforii związanej z „powrotem Krymu” do ojczyzny odczuwa się raczej oczekiwanie, aby władze (w domyśle Putin) były stanowcze i konsekwentne w obronie rosyjskiej ludności w Noworosji czy Donbasie. Ma miejsce poczucie autentycznej solidarności z rodakami, którzy znaleźli się w niebezpieczeństwie. Rosjanie, niezależnie od przynależności generacyjnej, konsolidują się w obliczu zagrożeń. Budzi się poczucie wspólnoty kulturowej i cywilizacyjnej ludów rosyjskojęzycznych. To jest fenomen, którego Zachód nie chce przyjąć do wiadomości.
Rusofonia jest przestrzenią cywilizacyjną, której granice nie pokrywają się z granicami państwa rosyjskiego. Można obawiać się, że w przyszłości dojdzie jeszcze nie raz do wielu różnych kolizji na tle niezgodności owych granic. Trudno spodziewać się, aby Rosjanie, także młodszej generacji, pozostawali obojętni wobec tych zjawisk. Będą raczej popierać swoje władze w realizacji tej „opieki” niż protestować przeciwko niej.
Tym wszystkim zjawiskom sprzyja znany od stuleci, a umocniony w okresie komunizmu kolektywizm społeczeństwa rosyjskiego. I słowianofilska utopia wspólnotowości, i putinowska idea narodowości rosyjskiej sprzyjają urzeczywistnianiu patriotycznych haseł o Matce-Rosji i o solidarności narodu („My – Naród Rosyjski”). Hasła te są powszechne w edukacji szkolnej, w literaturze, pieśni i kinematografii, a także w mediach masowych i retoryce politycznej.
W imię zachowania swojej tożsamości Rosjanie są gotowi do poświęceń i wyrzeczeń, na co nie ma wpływu żaden argument o potrzebie demokratyzacji czy modernizacji. Wydaje się, że w trudnych dla Rosjan czasach najważniejszym hasłem i wartością pozostaje mobilizacja. Władze polityczne doskonale rozgrywają nastroje społeczne i manipulują społecznym rozdarciem między tym, co „ruskie” i tym, co obce. Odpędzając strach przed Zachodem, stwarzają nadzieję, że hybryda „rosyjskiej twierdzy” zostanie ocalona.
Stanisław Bieleń
Śródtytuły i wyróżnienia pochodzą od Redakcji.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 153
Współczesna historia jest pełna przykładów nadużywania przez Zachód jednostronnych środków przymusu jako broni ekonomicznej w atakach na narody broniące swojej suwerenności. Poza trwającą od dziesięcioleci ludobójczą agresją ekonomiczną przeciwko Korei Północnej i Kubie, a także przeciwko Iranowi i Wenezueli, te arbitralne i nielegalne, błędnie nazwane sankcje zostały zastosowane wobec dziesiątek innych krajów na całym świecie. Upadek prawowitego rządu Syrii w zeszłym roku był w dużej mierze wynikiem agresji handlowej i finansowej, która doprowadziła do załamania się systemu gospodarczego kraju.
Pod koniec lat 80. XX wieku, po dziesięciu latach wojny, Nikaragua pokonała agresję gospodarczą i militarną, bardzo podobną do tej przeciwko Syrii. Dowódca Daniel Ortega i rząd sandinistowski zdołali doprowadzić do zakończenia wojny terrorystycznej USA w drodze negocjacji poprzez wybory w 1990 roku. Ten rodzaj imperialistycznej agresji gospodarczej, popartej groźbą zmasowanego ataku militarnego, ma długą historię.
Jednym z najbardziej znanych przypadków jest Haiti, zmuszone do spłaty całkowicie bezpodstawnego długu na mocy porozumienia wynegocjowanego pod przymusem w 1825 roku z mocarstwem kolonialnym, Francją.
Francja wymusiła od Haiti łącznie 150 milionów franków pod pretekstem konieczności odszkodowania za utratę plantacji i niewolników w wyniku wojny o niepodległość. Haiti udało się spłacić ten bezwzględny haracz kosztem spirali zadłużenia i restrukturyzacji. Proces ten - bezlitosnego, sadystycznego wykrwawiania całego narodu i jego gospodarki narodowej przez wielką potęgę europejskiej antycywilizacyjnej - trwał 122 lata.
Zatem agresja ekonomiczna za pomocą zadłużenia, niszcząca perspektywy godnego rozwoju ludzkości dla większości narodów w świecie zdominowanym przez większość, nie jest zjawiskiem nowym. Haiti było pierwszym przykładem skolonizowanego kraju, który walczył i wywalczył niepodległość, by następnie popaść pod neokolonialną dominację wskutek finansowej potęgi drapieżnych zachodnich elit. Jest to schemat powtarzający się systematycznie od lat dekolonizacji w ubiegłym stuleciu.
Warto zwrócić uwagę na odwrotną sytuację Haiti, czyli na to, co się dzieje, gdy małe państwo zaatakowane przez jakąś wielką potęgę imperialistyczną zdoła odwrócić tę agresję na drodze międzynarodowego procesu prawnego.
W 1986 roku Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości potępił rząd USA za terrorystyczną agresję na Nikaraguę. Sąd nakazał rządowi USA wypłatę odszkodowania w wysokości 17 miliardów dolarów, czego rząd USA do tej pory nie wykonał. Mocarstwa stosują prawo międzynarodowe, aby zubożyć narody większości świata, i lekceważą je, gdy to na nich spoczywa obowiązek zapłaty.
Walka o suwerenność finansową
Istotnym motywem zbrojnej agresji państw NATO w 2011 roku, mającej na celu obalenie Muammara Kaddafiego w Libii i Laurenta Gbagbo w Wybrzeżu Kości Słoniowej, był projekt, w którym obaj opowiadali się za niezależną walutą afrykańską, opartą na złocie. Mieli nadzieję na uwolnienie krajów Afryki Zachodniej spod dominacji neokolonialnego systemu finansowego opartego na franku CFA, kontrolowanego przez Francję i powiązanego z europejską walutą euro. Przez kilka lat przed zamachem stanu, który obalił go w 2011 roku, prezydent Laurent Gbagbo proponował porzucenie systemu monetarnego opartego na franku CFA. W 2004 roku powiedział: „Bez suwerenności nasze państwa nigdy nie zaznają stabilności w Afryce. Musimy być stanowczy, aby zmusić tych, którzy nazywają siebie naszymi partnerami finansowymi, do poszanowania przywódców wybranych przez nasz naród”.
Zniszczenie Libii i neokolonialny, podsycany przez ONZ zamach stanu w Wybrzeżu Kości Słoniowej w 2011 roku nie mogły opóźnić głębokiego procesu emancypacji Afryki Zachodniej, który doprowadził do powstania niezależnych, antyimperialistycznych rządów w Burkina Faso, Mali, Nigrze i Senegalu. Jednak wszystkie te kraje stoją przed dylematem, jak uwolnić się od międzynarodowego systemu finansowego zdominowanego przez zachodnie elity.
Przestępcze rządy kolektywnego Zachodu obawiają się potęgi gospodarczej krajów BRICS+, ponieważ rozwój alternatywnego systemu finansowego dałby krajom wysoko zadłużonym możliwość wyrwania się spod kontroli instytucji takich jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy i system banków wielostronnych powiązanych z Bankiem Światowym.
Na przykład Argentyna mogłaby potępić bezprawność anomalii w umowach wynegocjowanych z MFW, odrzucić dług jako haniebny i odzyskać suwerenność bez obawy przed represjami ze strony zachodnich instytucji finansowych, które przez dekady wysysały z Argentyńczyków wszystkie soki.
Niedawne szczyty państw BRICS+ uwypukliły fundamentalne znaczenie posiadania alternatywy dla zachodniego systemu finansowego. W ostatnich latach ich rządy stopniowo gromadziły niezbędne elementy niezbędne do osiągnięcia tej niezbędnej suwerennej niezależności finansowej, aby promować prawdziwy rozwój ludzki swoich narodów.
Suwerenność finansowa i demokratyzacja
Wśród tych elementów niezbędne są stabilne instytucje finansowe, zdolne do zagwarantowania efektywnego rozwoju, zarządzania, inwestowania i wymiany kapitału w formie pieniądza lub różnych instrumentów finansowych, takich jak akcje, obligacje i instrumenty pochodne. System banków i innych pośredników finansowych jest niezbędny do usprawnienia płatności transgranicznych w walutach lokalnych, z solidnymi systemami ubezpieczeniowymi i innymi usługami finansowymi, takimi jak na przykład wiarygodne agencje ratingowe. Wszystkie te elementy powinny wspólnie promować solidne, dobrze uregulowane rynki finansowe. To ogromne wyzwanie.
Z perspektywy większości świata, nie chodzi o całkowite wyparcie zachodniego systemu finansowego, lecz o demokratyzację międzynarodowych stosunków handlowych i finansowych. Wszystkie deklaracje szczytów organizacji takich jak grupa BRICS+ czy Szanghajska Organizacja Współpracy podkreślają ten przekaz jako istotny element modernizacji stosunków międzynarodowych. W tym celu poczyniono znaczne postępy w rozwoju cyfrowych krajowych systemów płatności, takich jak indyjski Unified Payment Interface (UPI), oraz innych szybkich systemów płatności na całym świecie.
Konieczne jest jednak rozwijanie interoperacyjności tych systemów płatności dla transakcji transgranicznych z wykorzystaniem zautomatyzowanych izb rozliczeniowych i technologii rozproszonego rejestru. Najnowsze osiągnięcia w dziedzinie finansów cyfrowych pozwalają na rozwój coraz bardziej dostępnych, szybkich, bezpiecznych, tanich i niezawodnych systemów. Jednak na poziomie międzynarodowym wdrożenie obiecujących inicjatyw, takich jak BRICS Pay czy systemy mBridge, wymaga kompleksowej, kompleksowej harmonizacji wielu aspektów technicznych i regulacyjnych.
Imperatywem leżącym u podstaw skomplikowanych szczegółów regulacji i technologii tych systemów jest rosnąca pilna potrzeba uniezależnienia się od systemów kontrolowanych przez rządzące elity Zachodu. Doświadczenia krajów poddanych jednostronnym środkom przymusu jednoznacznie dowodzą, że zachodni system finansowy to nic innego jak neokolonialna odmiana wyrafinowanej przestępczości zorganizowanej. Najbardziej znanymi przykładami ostatnich lat są agresywne sekwestracje środków pieniężnych i aktywów materialnych należących do Iranu, Wenezueli i Rosji w celu wymuszenia ustępstw politycznych od ich rządów i zmuszenia ich do podporządkowania się żądaniom Zachodu.
Prawdziwy charakter tej agresji finansowej i gospodarczej uwidacznia fakt, że zawsze towarzyszą jej brutalne ataki terrorystyczne na ludność cywilną krajów docelowych. Rządy zachodnie wykorzystały wojnę na Ukrainie do przeprowadzenia licznych ataków na ludność cywilną w wielu miastach Rosji. Rząd USA aktywnie współpracował z rządem Izraela w celu zamordowania irańskich naukowców pracujących nad cywilnym programem nuklearnym tego kraju. Podobnie, rząd USA nadal wspiera najemników terrorystycznych w sabotażu wenezuelskiej infrastruktury energetycznej i naftowej.
Podobnie jak w przypadku Nikaragui w latach 80. XX wieku oraz Kuby i Korei Demokratycznej od lat 50. XX wieku, zbrodnią Rosji, Iranu i Wenezueli jest ich odmowa podporządkowania się zbiorowym elitom rządzącym Zachodu. To właśnie w tym kontekście represyjnym należy rozpatrywać wykluczenie Iranu i Rosji z zachodniego systemu płatności transgranicznych SWIFT. Rządy wszystkich krajów w większości świata dostrzegają zagrożenie ze strony tego typu przestępczych wymuszeń ze strony zachodnich elit rządzących.
Nowe alternatywy
Dlatego Chiny, Rosja i Iran opracowały własne, suwerenne systemy płatności, rekompensat i anulowania, takie jak chiński system CIPS, rosyjski SPFS i irański SEPAM. W 2024 roku rząd USA i Unia Europejska zaczęły stosować środki karne wobec instytucji finansowych uczestniczących w rosyjskim systemie SPFS. Jednak połączenie SPFS z irańskim SEPAM w 2024 roku pokazuje, że zachodnie groźby nie są już tak skuteczne, jak w latach ubiegłych. Na razie ataki zachodnich elit rządzących na kraje grupy BRICS+ ograniczają się do wojowniczej retoryki prezydenta Trumpa i jego gróźb wysokich ceł.
Pozostaje pytanie, czy jednostronne środki przymusu zostaną zastosowane wobec Nowego Banku Rozwoju (NDB) krajów BRICS+, którego przewodniczącym rady dyrektorów jest obecnie rosyjski minister finansów Anton Siluanow. Najnowsze jednostronne środki przymusu zastosowane przez USA wobec Brazylii jeszcze bardziej nasilają potrzebę zacieśnienia współpracy finansowej między krajami BRICS+. NDB, wraz z kontrolowanym przez Chiny Azjatyckim Bankiem Inwestycji Infrastrukturalnych (ASIB) oraz podobnymi niezależnymi instytucjami, mogącymi odegrać istotną rolę w demokratyzacji międzynarodowego systemu finansowego.
Ten międzynarodowy kontekst podkreśla kluczowe znaczenie suwerenności finansowej. W Ameryce Łacińskiej agresja Stanów Zjednoczonych i Europy przeciwko wizji solidarności i suwerenności Boliwariańskiego Sojuszu Ameryk (ALBA) ma na celu zniszczenie niezależnych instrumentów wymiany i finansowania, takich jak Petrocaribe i Bank ALBA. Niedawna integracja państw członkowskich ALBA – Boliwii i Kuby – jako krajów partnerskich grupy BRICS+ otwiera nowe możliwości, wraz z intensyfikacją współpracy gospodarczej Rosji i Chin z Nikaraguą i Wenezuelą. Procesy te, w połączeniu z relacjami współpracy z innymi atakowanymi krajami, takimi jak Iran i Korea Południowa, oferują znaczące możliwości przełamania ekonomicznego uścisku kolektywnego Zachodu na rozwoju społecznym naszych narodów.
Stephen Sefton
Stephen Sefton, znany autor i analityk polityczny z północnej Nikaragui, aktywnie angażuje się w rozwój społeczności lokalnych, koncentrując się na edukacji i opiece zdrowotnej. Jest adiunktem naukowym w Centrum Badań nad Globalizacją (CRG).
Za: https://www.globalresearch.ca/financial-systems-sovereignty/5895841
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1274
Doktryna szokowego końca globalizacji i przyspieszenie „nowej ery” stosunków międzynarodowych
Prawidłowości kapitalizmu
W dążeniu do opanowania świata kapitalizm ujawnia określone prawidłowości. Przykładem jest powtarzalność cyklu: wolny handel - protekcjonizm – wojna – odbudowa zgodnego z zasadą konstruktywnego zniszczenia opisaną przez Josepha Schumpetera. Liberalizacja handlu z koloniami w połowie XIX w. przez Wielką Brytanię zapoczątkowała pierwszą globalizację kapitalistyczną. Przełomowe znaczenie miał Traktat Cobdena-Chevaliera, podpisany w roku 1860 między Francją i Wielką Brytanią, a następnie podobne traktaty z Belgią, Hiszpanią, Holandią, Szwajcarią, Szwecją.
Jednak już w 1873 rozpoczął się - ciągnący przez dwie dekady - wielki kryzys oznaczający bankructwa, spadek eksportu, bezrobocie, wzrost sprzeczności i konkurencyjności. Kapitał narodowy wywalczył w silnych państwach zasady protekcjonizmu inicjując imperializm jako proces zdobywania i eksploatacji kolonii. Dzieło tej fazy przemysłowego kapitalizmu zwieńczyła I wojna światowa, której przedłużeniem była druga. Wszak amerykański kryzys 1929 roku wynikał z wciąż ogromnej swobody działania kapitału.
Po 1945 roku nastąpiła odbudowa ze zniszczeń w warunkach rywalizacji bloków. Podważenie kapitalizmu przez blok wschodni umożliwiło wyrwanie się im ze statusu peryferii, a w zachodnim centrum nastanie złotego trzydziestolecia kapitalizmu. Uśpiwszy czujność pozostałych klas kapitał zdołał jednak powrócić do idei wolnego handlu rozwijając globalizację neoliberalną, po upadku wrogiego bloku radzieckiego nazwaną precyzyjnie turbokapitalizmem. Nastąpił powrót do liberalizacji, prywatyzacji, deregulacji prowadzący do drenażu neokolonialnego podsumowanego kryzysem 2007/8. Zadziałała wtedy kolejna kapitalistyczna zasada: prywatyzacji zysków i uspołeczniania kosztów, gdy z publicznych środków przekazano biliony dolarów na ratunek prywatnych korporacji i banków.
Podobnie jak w XIX wieku system nie zmienił swojej istoty. Tym razem uruchomiono inżynierię finansową na czele z luzowaniem ilościowym w formie dodruku dolara amerykańskiego i innych walut. Ale zmieniający się globalny układ sił spowodował, że te środki okazały się niewystarczające. Powrócił protekcjonizm jako podstawa wojny handlowej z Chinami (2017-2021). Przypomniano sobie też o kolejnym kroku: wojnie kinetycznej. Zderzenie z Rosją przyspieszało realizacje scenariusza III wojny światowej. Dla słabszych państw wystarczyła presja w formie kija i marchewki. Np. Polska, która chciała być „bramą do Europy” dla Chin jeszcze w 2016 roku już dwa lata później fortyfikowała mentalnie „fort Trump”.
Zawiodły również wymienione środki. Chiny nie przegrały wojny handlowej, a Rosja wojny militarnej z USA na terytorium Ukrainy, jeśli wierzyć Adamowi Entousowi, który w „The New York Times” opisał ją w artykule „The Partnership: The Secret History of the War in Ukraine". Nastąpiło „Globalne przebudzenie” Globalnego Południa, przed którym ostrzegał imperium jego czołowy geostrateg, Zbigniew Brzeziński. Nowe warunki rywalizacji wymagały więc radykalnych rozwiązań. Z arsenału możliwości wybrano doktrynę szoku, pierwszy raz opisaną zresztą przez Naomi Klein.
Szokowa doktryna globalnej wojny handlowej
Drugiego kwietnia prezydent USA rozpoczął globalną wojnę handlową obejmującą kilkadziesiąt państw, zarówno przeciwników, jak i tzw. sojuszników. Zgodnie z dekretem podpisanym przez Donalda Trumpa, od 5 kwietnia 2025 Stany Zjednoczone nałożyły podstawowe cło w wysokości 10% na wszystkie importowane towary. Ponadto od 9 kwietnia Waszyngton planowano indywidualne cła na kraje, z którymi istniejący bilans handlowy jest uważany za najbardziej niekorzystny dla amerykańskiej gospodarki.
Na czele listy państw znalazły się azjatyckie giganty: Chiny (34%) oraz Indie (26%), a także Wietnam (46%), Indonezja (32%), Kambodża (49%), Malezja (24%), Tajlandia (36%) i dotkniętą trzęsieniem ziemi Birmę (44%). Ukarano również sojuszników z Japonią (24%), Koreą Południową (25%) i Tajwanem (32%) na czele. Poza tym w Unię Europejską (20%), a nawet Izrael (17%).
Nowojorska giełda straciła rekordowe 6,4 biliona dolarów w ciągu dwóch dni, reagując także na cła odwetowe Chin wobec USA. To geoekonomiczne tsunami liberalna międzynarodówka medialna próbowała zakrzyczeć, a to personalnymi oskarżeniami Trumpa, a to zarzutem o brak Rosji na liście. Nie licząc bardziej dotkliwych sankcji, Biały Dom tłumaczył się trwającymi negocjacjami pokojowymi z Moskwą. Zastosowana doktryna szokowa jest jednak częścią racjonalnej strategii rekonfiguracji międzynarodowego ładu ekonomicznego, czyli próbą uskutecznienia „Konsensusu Waszyngtońskiego” 2.0.
Środkiem do celu stał się definitywny pogrzeb globalizacji neoliberalnej, a więc kapitalizmu opartego o światowy podział pracy i jednolity rynek bez ograniczeń wewnętrznych, który wchłonął wszystkie kraje. Jak stwierdził były minister finansów Grecji Yanis Varoufakis, decyzję USA można porównać z szokiem z 1971 roku, gdy jednostronnie odrzucono pokrycie dolara w złocie. Za pierwszym razem skończyło się zwycięstwem. Wszak wszystkie dotychczasowe imperia zachodnie kończyły swój żywot wraz z nagromadzonym deficytem handlowym, tymczasem USA z deficytu opartego na hegemonii petrodolara uczyniło podstawę hipermocarstwowości (Hubert Védrine). A jak będzie tym razem?
USA mają największy deficyt handlowy na świecie, ponad bilion dolarów. Połowa tego deficytu handlowego przypada na Chiny, duża część na Unię Europejską. Dlatego to te dwa podmioty jako najwięksi konkurenci stali się przedmiotem ataku. Pierwszy jako główny wróg, drugi jako obiekt drenażu. Wprowadzenie ceł może kosztować Niemcy 200 mld euro w ciągu najbliższych czterech lat, a łączne szkody dla UE szacuje się na 750 mld euro. Dlatego tak agresywna była reakcja przewodniczącej Komisji Europejskiej, Ursuli von der Leyen, która zapowiedziała odwet, a nawet groźby „zdecydowanej reakcji”.
Szybko okazało się, że atak jest wymierzony w Chiny. Pozostałym państwom odroczono wyrok przesuwając termin wejścia ceł o 90 dni i zmuszając w stylu rozbójniczym do negocjacji. Tylko Pekin się nie ugiął. W efekcie stawki USA wobec Chin wzrosły do 145%, a Chiny odpowiedziały cłem 125%, w tym zakazem eksportu metali ziem rzadkich, anulowaniem zamówień Boeinga i wpuszczeniem w infosferę możliwości wyprzedaży obligacji amerykańskich, których posiadają na sumę 760 miliardów dolarów.
Wobec groźby pogłębienia drenażu w ramach „wspólnoty wartości” ze strony USA transnarodowa klasa korporacyjna rozwija projekt militaryzacji Unii Europejskiej. Zapowiedziano zmobilizowanie 10 bilionów euro wykorzystując prywatne rachunki obywateli przy pomocy cyfrowego euro. Precedens i podstawy prawne stworzono już podczas kryzysu cypryjskiego. Ponadto planuje się koordynację wspólnych działań gospodarczych, w tym wprowadzenie wspólnego systemu podatkowego w UE. Jednak bez podważenia demokracji obecnej na poziomie państw członkowskich ten plan jest znacznie utrudniony. Dlatego sądy pracują nad delegalizacją polityków uparcie trzymających się interesów narodowych. Tak kończy się „stara” era. Wraz z globalizacją w stosunkach międzynarodowych umiera liberalna demokracja jako spójny z nią ustrój polityczny.
Rekonfiguracja mocarstwa i nowy sojusz klasowy
Doktryna szokowego końca globalizacji jest elementem strategii odrodzenia z popiołów globalnego imperium. USA ma być mocarstwem reprezentującym interesy narodowe oparte na sojuszu pomiędzy klasą robotniczą i techno-gigantami. Potwierdzeniem tego zwrotu są nowe symbole: czapeczka bejsbolowa na głowie Trumpa, hajlujący przypadkiem Elon Musk, wreszcie „ochrzczenie” dekretu o cłach mianem „Dnia Wyzwolenia Ameryki”.
Zastanówmy się jako to możliwe, że imperium rentierów FIRE (finansjeryzacja, ubezpieczenia, nieruchomości), które offshorowało swój przemysł wytwórczy i zostało pochłonięte przez strukturę nadmiernie lewarowanych funduszy hedgingowych, instrumentów pochodnych z Wall Street i totalitarnego nadzoru z Doliny Krzemowej, w końcu zdecydowało się uderzyć... w siebie (Pepe Escobar). Możliwej odpowiedzi dostarcza logo banku Xapo, instytucji, która ma służyć jako globalny pomost między bitcoinem, dolarem amerykańskim i stablecoinami. W czerwcu 2024 roku Trump, na konferencji „Bitcoin 2024” w Nashville, zapowiedział ich integrację w celu „rozszerzenia dominacji dolara amerykańskiego na nowe granice na całym świecie”.
Stablecoiny – w tym stosunkowo nowy stablecoin PayPal, PYUSD – mogą „stać się jednym z największych nabywców długu rządowego USA” i co ważne, „niezawodnym źródłem nowego popytu” na obligacje skarbowe. Trumpizm wierzy więc w rekonstrukcję kapitalizmu w celu zachowania jego istoty, czego konsekwencją będą straty jednych form kapitałowych i wzrost innych. Podobnie kapitał przemysłowy wyparł kiedyś kapitał kupiecki, a później finansowy wyparł przemysłowy.
Przodującą rolę korporacji big – tech ma uzupełnić symulakra wsparcia dla amerykańskiej siły roboczej i klasy średniej. Twórca PayPal, Peter Thiel nie przypadkowo promował karierę wiceprezydenta J.D. Vanca, który podczas „American Dynamism Summit” 18 marca 2025 ogłosił, że interesy świata pracy muszą być teraz brane pod uwagę. Zatem dekret z 2 kwietnia ma wspierać amerykańskich producentów, którzy będą zatrudniać amerykańska siłę roboczą, gdy rynek krajowy będzie kupował mniej droższych towarów zagranicznych, tworząc deficyt. Trump powiedział, że zamierza zrekompensować 100% budżetu państwa za tworzenie zakładów produkcyjnych w Stanach Zjednoczonych. W ten sposób próbuje zmniejszyć dług publiczny USA (36 bilionów dolarów).
Definitywnie pogrzebano Światową Organizację Handlu, a nowy solidaryzm techno - oligarchii i klas pracujących rozwija się teraz po trupie globalizacji, nie oglądając się na całkowity upadek amerykańskiej „wiarygodności” jako partnera handlowego. Z punktu widzenia przemian porządku międzynarodowego najistotniejsze jest jednak, że „sankcje i groźby to jedyne, co pozostało Stanom Zjednoczonym. Nie mogą już zaoferować innym krajom sytuacji, w której wszyscy wygrywają, a Trump powiedział, że Ameryka musi być zyskiem netto w każdej zawartej umowie międzynarodowej, niezależnie od tego, czy jest to umowa finansowa, czy handlowa. A jeśli Ameryka mówi: „w każdej umowie, którą zawieramy, ty przegrywasz, ja wygrywam”, to ten mafijny gambit nie do końca odzwierciedla sztukę zawierania umów” (Michel Hudson). Doktryna szokowa polega zatem na globalnym szantażu świata opartym na imperatywie zysk-strata.
Świt „nowej ery” stosunków międzynarodowych
W tych warunkach geo: politycznych-ekonomicznych-ideologicznych „nowa era” ma szansę na radykalne przyspieszenie. Chiny już zapowiedziały otwarcie rynku na wszystkie państwa osiągając wcześniej globalny prymat w wolumenie handlowym z większością z nich. Na dobry początek Japonia i Korea Południowa będą importować surowce półprzewodnikowe z Chin, podczas gdy Chiny będą kupować chipy z Japonii i Korei Południowej. Polityka handlowa USA wzmocni więc „współpracę w łańcuchu dostaw” między triadą dotąd wrogich państw.
Z kolei Wietnam nie powinien już zwlekać z akceptacją statusu partnera BRICS podążając za przykładem Indonezji, która stała się pełnoprawnym członkiem tego międzycywilizacyjnego stowarzyszenia państw dla „nowej ery”, za co zresztą jej waluta została zaatakowana. Jednak wisienką na torcie jest zapowiedź Narodowego Banku Chin o wprowadzeniu do handlu z dziesięcioma państwami ASEAN nowego systemu transakcji płatnicznych opartego na cyfrowym juanie. Wraz z zapowiedzią wprowadzenia takiego systemu przez BRICS, być może już podczas szczytu w Brazylii, straci na sile zmilitaryzowany system SWIFT przyspieszając proces dedolaryzacji.
W „nowej erze” jest także miejsce dla Stanów Zjednoczonych i o to toczą się - najprawdopodobniej - negocjacje z Rosją. Powrót amerykańskich firm na rosyjski rynek, współpraca w zakresie wydobycia surowców i metali ziem rzadkich, a nawet gotowość do współpracy kosmicznej Rosji z Elonem Muskiem to silne oznaki nowego konsensusu. Myliłby się jednak ktoś wierzący w mityczny wariant odwróconego Nixona wobec Chin. Jako, że był to właśnie jeden z celów rozpoczęcia kryzysu ukraińskiego (zgodnie z propozycjami raportu RAND z 2019: „Extending Russia. Competing from Advantageous Ground”) to wraz z przegraną Zachodu na Ukrainie nie może być zrealizowany. Dlatego Putin negocjuje z Waszyngtonem także w imieniu Pekinu, chociaż nie pod jego dyktando.
Kwietniowe spotkanie prezydenta Rosji i ministra spraw zagranicznych, Wang Yi stanowiło przygotowanie do oficjalnej wizyty Xi Jinpinga w maju, której efektem może się stać ustalenie trwałej architektury bezpieczeństwa w Eurazji. Nie jest wykluczone, że Trump otrzyma od Putina niepowtarzalną szansę, aby 9 maja w Moskwie spotkać obu przywódców eurazjatyckich podczas uroczystości zwycięstwa nad faszyzmem. Globalną politykę świata wielobiegunowego będą więc wyznaczały trzy mocarstwa, co zgodnie przyznali w wywiadzie dla Al Arabiya: prof. Mearsheimer i prof. Karaganow, a do tercetu starają się włączyć Indie. Próbując zaś spojrzeć na przyszłość cywilizacji ludzkiej - powyżej matrycy geopolitycznej - aktor najwyraźniej jest jeden.
Otóż kształt „nowej ery” stosunków międzynarodowych będzie oznaczał wypełnienie treścią wizji „wspólnego losu ludzkości” przez Chiny. ZSRR wyczerpało utopijny potencjał mobilizacji ludzkości w latach 50. XX w., na co wskazał choćby Emil Cioran. Z kolei Stany Zjednoczone straciły swoją szansę w latach 90. XX wieku, gdy ogromny potencjał poświęcono na ołtarzu dobra elit transnarodowych zamiast do budowy pokojowych relacji opartych na korzystnym handlu i dostępie do kapitału dla słabszych.
Dlatego w XXI w. to Chiny mają niepowtarzalną szansę, aby wprowadzić erę win-win. Wspólny dobrobyt, niwelacja luki technologicznej, szacunek dla specyfiki kulturowej i suwerenności każdego państwa stanowią niezbędne atrybuty „nowej ery”.
Sprawiedliwa globalizacja musi jednak oznaczać coś więcej: solidne opodatkowanie globalnego kapitału, zniesienie alienacji finansów oraz przerwanie spirali bogacenia się nielicznych, aby przyporządkować gospodarkę do interesów społecznych.
A przecież w światowym rankingu Forbesa w 2024 roku pojawiło się wielu miliarderów z wymienionych mocarstw, którzy będą bronić swojego stanu posiadania i wpływów. Na Stany Zjednoczone przypadły 103 osoby, Niemcy – 37, Chiny i Hongkong - 32, Indie – 17, a 15 nowych miliarderów jest z, pogrążonej w wojnie, Rosji. Powstrzymanie przez chiński rząd sprzedaży dwóch portów przy Kanale Panamskim firmie Black Rock świadczy natomiast, że do kategorii mitycznych należy zaliczyć twierdzenie o wyborze Chin jako nowego globalistycznego centrum po upadku hegemonii USA.
Ryzyko recesji lub nawet depresji globalnej wywołanej szokową doktryną końca globalizacji, przyspieszyło nadejście zmian „niewidzianych od stu lat”. W 1971 roku Chiny były przecież państwem Trzeciego Świata, podczas gdy w 2025 są mocarstwem przodującym gospodarczo i technologicznie. Aktorzy „nowej ery” mają obecnie wystarczająco wiele argumentów, aby zaproponować światu rozwiązania służące wielowymiarowemu rozwojowi społecznemu i zarazem anulować powtarzalność kapitalistycznego cyklu poprzez eliminację wojny światowej jako zbędnego momentu wielkiej transformacji.
Gracjan Cimek
15.04.25
Autor jest politologiem, profesorem Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni

