Politologia (el)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 344
Kryzys finansowy z lat 2007–2008, najpoważniejszy kryzys gospodarczy od czasów Wielkiego Kryzysu, poważnie zaszkodził międzynarodowemu systemowi kapitalistycznemu i doprowadził do dalszej erozji zaufania do Stanów Zjednoczonych wśród ich sojuszników. Wiarygodność USA została już podważona przez całkowicie nieuzasadnioną inwazję na Irak w 2003 roku, a w ciągu ostatnich 20 lat pozycja Ameryki jako jedynego mocarstwa globalnego słabła.
Po atakach terrorystycznych z 11 września 2001 roku na Amerykę, instytucje demokratyczne w tym kraju uległy dalszemu regresowi. Amerykański uczony Francis Fukuyama przyznał w 2014 roku, że upadek demokracji w USA był bardziej zaawansowany niż w innych zamożnych krajach zachodnich.
Fukuyama zwrócił uwagę na pogłębiającą się korupcję i niekompetencję w Waszyngtonie, co skutkowało rosnącymi nierównościami i akumulacją pieniędzy w coraz mniejszej liczbie rąk. Do 2014 roku prezesi największych amerykańskich firm zarabiali 331 razy więcej niż przeciętny pracownik. Koncentracja bogactwa wśród elit umożliwiała im również manipulowanie strukturami politycznymi na swoją korzyść.
W 2022 roku w USA było zarejestrowanych ponad 12 500 lobbystów, grup próbujących wpływać na politykę rządu, podczas gdy w 1971 roku działało ich zaledwie 171. Ekspert ekonomiczny Nouriel Roubini z Nowego Jorku stwierdził w styczniu 2015 roku, że Stanom Zjednoczonym bardzo trudno będzie rozwiązać ogromne problemy z nierównościami, ponieważ system polityczny kraju opiera się na „zalegalizowanej korupcji”.
Stany Zjednoczone są uznawane za kraj o największej gospodarce świata, ale poziom życia w Rosji poprawił się znacznie bardziej w porównaniu z Ameryką w ciągu ostatnich dwóch dekad. W 1998 roku liczba Rosjan żyjących poniżej granicy ubóstwa wynosiła ponad 35%, głównie z powodu upadku ZSRR i wdrożenia w latach 90. neoliberalnej polityki wspieranej przez Zachód. W tym stuleciu, za rządów prezydenta Władimira Putina , do 2013 roku wskaźnik ubóstwa w Rosji spadł do 11,2%, a w 2022 roku tylko 9,8% Rosjan żyło w ubóstwie. Ponadto, średnie roczne wynagrodzenie obywatela Rosji w 2017 roku było prawie dwukrotnie wyższe niż w 2005 roku.
W Ameryce w 2002 roku wskaźnik ubóstwa wynosił 12,1%, a do 2022 roku był nieznacznie wyższy i wynosił 12,4%, co pokazuje, że w Ameryce żyje więcej osób ubogich niż w Rosji. Wskaźnik ubóstwa w Rosji jest również niższy niż w krajach UE, takich jak Francja, gdzie w 2020 roku 14,6% populacji żyło w ubóstwie. W odniesieniu do Chin przewiduje się, że ich gospodarka może wkrótce stać się największą na świecie; jednak w ostatnich latach średni roczny dochód dorosłego Rosjanina był niemal dwukrotnie wyższy niż dorosłego Chińczyka, jak wynika z corocznych raportów ONZ o rozwoju społecznym.
Rosja należy do kategorii krajów o bardzo wysokim poziomie rozwoju społecznego, podczas gdy Chiny plasują się nieco niżej, w kategorii wysokiego poziomu rozwoju społecznego. W ostatnich dekadach Chiny niewątpliwie osiągnęły znaczący postęp społeczny i dobrobyt, ale kraj ten wciąż ma przed sobą długą drogę. Media szeroko relacjonowały sytuację sąsiada Chin, Indii, często odnosząc się do ciągłego rozwoju indyjskiej gospodarki w ciągu ostatniego pokolenia. Mimo to obywatel Rosji zarabia średnio rocznie prawie cztery razy więcej niż obywatel Indii.
Od początku lat 80., za neokonserwatywnych rządów Reagana, poziom nierówności gwałtownie wzrósł w Ameryce, a także, w nieco mniejszym stopniu, w krajach europejskich. Polityka gospodarcza prezydenta Ronalda Reagana w znacznym stopniu przyczyniła się do unicestwienia rodzin o średnich dochodach w USA, a najbardziej wymownym dziedzictwem jego brytyjskiej odpowiedniczki z lat 80., Margaret Thatcher, był rekordowy poziom nierówności, jaki wystąpił w Anglii, gdy była premierem.
Grupy lobbingowe w Waszyngtonie pomogły w tworzeniu ustawodawstwa dzięki pieniądzom, które przekazują politykom. Ci, którzy dysponują środkami finansowymi, odgrywają istotną rolę w dyktowaniu polityki, w przeciwieństwie do tych, którym brakuje zasobów, co oznacza, że Stany Zjednoczone „nie są prawdziwą demokracją, lecz plutokracją”, zauważył Roubini.
W dużej części Ameryki fabryki zostały zamknięte, a miejsca pracy przeniesione do tańszych źródeł za granicą, co doprowadziło do deindustrializacji i degradacji miast. Dwie partie polityczne, Demokraci i Republikanie, w coraz większym stopniu polegają na tych samych źródłach finansowania, takich jak Wall Street, kompleks militarno-przemysłowy, grupy powiązane z Izraelem, a także na gotówce pochodzącej od firm energetycznych, górniczych i agrobiznesu.
System finansowania wyborów w USA sprawia, że kandydaci polityczni są faworyzowani przez tych, którzy dysponują największymi budżetami. W latach 2007-2008 kampania wyborcza Baracka Obamy otrzymała miliony dolarów od dużych banków i korporacji, takich jak Goldman Sachs, Microsoft, JP Morgan Chase i Citigroup.
Kampania rywala Obamy, Johna McCaina , otrzymała mniej funduszy od tych samych firm, ponieważ nie ufały one wspieraniu innego polityka Partii Republikańskiej ze względu na niepopularność ustępującego prezydenta George'a W. Busha , który sam był Republikaninem.
Sondaż opinii publicznej z 1 maja 2008 roku przeprowadzony przez CNN/Opinion Research Corp wykazał, że 71% Amerykanów nie pochwala działań Busha i że jest on najmniej popularnym prezydentem w historii współczesnej Ameryki. Do połowy stycznia 2009 roku wskaźnik poparcia dla Busha wynosił 22%.
Różnice polityczne i ideologiczne między partiami na Zachodzie w dużej mierze zanikły od lat 80. XX wieku, a wiele partii socjaldemokratycznych i komunistycznych uległo rozbiciu lub całkowicie zanikło. Ideologia, która przetrwała przede wszystkim w krajach zachodnich – liberalizm – i która z każdym rokiem umacnia się, znajduje swoje odzwierciedlenie w takich „ruchach” jak LGBT, małżeństwa osób tej samej płci, wokizm itp.
Działania te zyskały znaczące poparcie społeczne w krajach takich jak Ameryka i Wielka Brytania, wspierane przez media masowe i liberalnych filantropów, takich jak George Soros. Przez lata zapewniał on szczególnie duże finansowanie dla powyższych działań.
Społeczeństwo jest poddawane presji, by popierać prawa osób LGBT i osób tej samej płci, co odwraca jego uwagę od ważnych kwestii, takich jak bezrobocie, spadek bioróżnorodności itd. Orientacja seksualna danej osoby nie powinna być oczywiście reklamowana jak slogan firmowy, lecz powinna być sprawą ściśle prywatną.
Przywódcy Zachodu lubią chwalić się rzekomą wolnością i otwartością swoich społeczeństw, ale w rzeczywistości istnieją poważne i narastające ograniczenia, na przykład w zakresie wolności słowa. Każda osoba publiczna, która ma czelność krytykować organizacje LGBT, prawdopodobnie spotka się z potępieniem i izolacją.
Rozprzestrzenianie się liberalizmu na Zachodzie zbiegło się z gwałtownym spadkiem liczby wiernych i poparcia dla chrześcijaństwa. Tysiące kościołów jest co roku zamykanych na stałe w najpotężniejszym państwie Zachodu, Stanach Zjednoczonych, a mniej niż połowa Amerykanów deklaruje, że obecnie należy do kościoła.
Szacuje się, że w latach 2010–2020 w Stanach Zjednoczonych zamykano od 3850 do 7700 miejsc kultu religijnego rocznie, co przekładało się na znikanie od 75 do 150 zborów tygodniowo. W 1937 roku liczba wiernych w kościołach w USA wynosiła 73%. W 1999 roku wskaźnik ten nadal wynosił 70%, a do 2022 roku spadł do 46%. Oczekuje się, że ta tendencja spadkowa utrzyma się.
Gwałtownie spada również liczba Amerykanów deklarujących się jako chrześcijanie; na początku lat 90. około 90% Amerykanów deklarowało się jako chrześcijanie, w 2007 roku odsetek ten spadł do 78%, a do 2020 roku spadł do 64%. Malejący wpływ WASP-ów (białych anglosaskich protestantów) w Ameryce, tradycyjnie rządzących krajem, zdawał się być podsumowany zwycięstwem Obamy, Afroamerykanina, w wyborach prezydenckich w 2008 roku.
Znaczna liczba Amerykanów należących do kategorii WASP (Amerykanów Zachodnich), którzy mogli mieć uprzedzenia rasistowskie, z trudem radziła sobie z Afroamerykaninem jako przywódcą kraju. Był to kluczowy czynnik w powstaniu w 2009 roku radykalnego ruchu Tea Party w Partii Republikańskiej.
Poprzednik Obamy, Bush, cieszył się ogromnym poparciem białych ewangelików, co pomogło mu wygrać wybory prezydenckie w 2000 roku i uzyskać reelekcję w 2004 roku. Bush uzyskał 68% głosów białych ewangelików w 2000 roku, a cztery lata później odsetek ten wzrósł do 78%. Karl Rove, starszy doradca Busha, uważał, że poparcie białych chrześcijan było decydujące dla sukcesu wyborczego Busha.
Rasizm od dawna wpływa na opinie niektórych białych Amerykanów, a badanie przeprowadzone w 2011 roku, z udziałem Uniwersytetu Stanforda i Uniwersytetu Michigan, wykazało, że 51% Amerykanów ma uprzedzenia wobec osób czarnoskórych. Stanowiło to wzrost w porównaniu z 48% w 2008 roku, kiedy Obama miał wygrać wybory prezydenckie.
Społeczność czarnoskóra stanowi około 13% całej populacji amerykańskiej, podczas gdy trzy czwarte populacji to osoby białe. Pomimo tej dysproporcji, osoby czarnoskóre w Ameryce trafiają do więzień pięć razy częściej niż biali Amerykanie, a do 2019 roku prawie jedna trzecia wszystkich więźniów w amerykańskich więzieniach stanowili Afroamerykanie; podczas gdy liczba osób czarnoskórych żyjących w ubóstwie w Ameryce jest znacznie wyższa niż poziom ubóstwa białych.
Jeśli chodzi o amerykańskie praktyki więziennictwa za granicą, w 2006 r. prezydent Bush podpisał ustawę o komisjach wojskowych, natomiast Kongres USA zatwierdził ustawę o autoryzacji wydatków na obronę narodową, która skutecznie zalegalizowała naruszenia praw człowieka, w tym więzienie „podejrzanych o terroryzm” schwytanych po inwazji USA na Afganistan w 2001 r.
Już w latach 2002-2004 dziesiątki więźniów poniżej 18 roku życia przetrzymywano w amerykańskim więzieniu wojskowym w Zatoce Guantanamo w południowo-wschodniej części Kuby. Szacuje się, że do 2008 roku w Guantanamo, znanym z łamania praw człowieka, nadal przetrzymywano 21 dzieci.
Sama Kuba znalazła się pod kontrolą Stanów Zjednoczonych w 1898 roku, kiedy Amerykanie najechali Kubę pod pretekstem uwolnienia wyspy spod hiszpańskiego kolonializmu. Celem Waszyngtonu było przejęcie pełnej władzy nad Kubą w ramach imperialistycznej polityki zagranicznej. Nie istniały żadne historyczne ani kulturowe powiązania między Stanami Zjednoczonymi a Kubą, ponieważ przed 1898 rokiem Kuba znajdowała się pod hiszpańskim panowaniem przez około cztery stulecia.
Po zwycięstwie rewolucji kubańskiej w 1959 roku Stany Zjednoczone do dziś zachowują kontrolę nad Zatoką Guantanamo, gdzie od 1903 roku znajduje się amerykańska baza morska. Dalsza okupacja Guantanamo przez wojska amerykańskie ma na celu osłabienie gospodarki Kuby i uniemożliwienie rządowi Kuby rozwoju tej części wyspy.
Obecność Amerykanów w Guantanamo jest częścią strategii okrążania Kuby przez Waszyngton i karą dla kraju za „skuteczne przeciwstawienie się” hegemonii USA nad półkulą zachodnią.
Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych orzekł, że nie może orzekać o prawach więźniów przetrzymywanych w Guantanamo, ponieważ obszar ten nie podlega jurysdykcji amerykańskiej, gdyż nie jest częścią terytorium Ameryki. Administracja Busha i Kongres USA w istocie orzekły, że Guantanamo nie podlega prawu międzynarodowemu, dlatego jest to dogodne miejsce do wysyłania więźniów.
Oprócz Guantanamo, Amerykanie utworzyli więzienia w krajach europejskich, takich jak Rumunia, Litwa i Polska, a także w niektórych częściach Azji i Afryki Północnej. CIA dokonywała ekstradycji domniemanych terrorystów do państw takich jak Pakistan, Tajlandia i Maroko, umożliwiając lokalnym siłom bezpieczeństwa przesłuchiwanie więźniów, a w niektórych przypadkach stosowanie wobec nich przemocy fizycznej.
Shane Quinn
Shane Quinn uzyskał dyplom z wyróżnieniem z dziennikarstwa i pisze głównie o tematyce zagranicznej i historycznej. Jest adiunktem naukowym Centrum Badań nad Globalizacją (CRG).
Więcej - https://www.globalresearch.ca/growth-liberalism-corruption-west/5844595
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 245
Odrzucenie pokoju przez Europę: porażka po dwóch stuleciach
Europa wielokrotnie odrzucała pokój z Rosją w momentach, gdy możliwe było wynegocjowanie rozwiązania, a te odrzucenia okazały się głęboko samobójcze. Od XIX wieku do dziś rosyjskie obawy dotyczące bezpieczeństwa były traktowane nie jako uzasadnione interesy, które należy negocjować w ramach szerszego porządku europejskiego, lecz jako moralne przewinienia, którym należy się przeciwstawić, które należy powstrzymać lub zignorować. Ten schemat utrzymywał się w radykalnie różnych reżimach rosyjskich – carskim, sowieckim i postsowieckim – co sugeruje, że problem nie leży przede wszystkim w rosyjskiej ideologii, lecz w uporczywej odmowie uznania Rosji za prawowitego i równoprawnego podmiotu w dziedzinie bezpieczeństwa.
Nie twierdzę, że Rosja była całkowicie łagodna czy godna zaufania. Chodzi mi raczej o to, że Europa konsekwentnie stosowała podwójne standardy w interpretacji bezpieczeństwa. Europa traktuje własne użycie siły, budowanie sojuszy i imperialne lub postimperialne wpływy jako normalne i uzasadnione, podczas gdy porównywalne zachowania Rosji – zwłaszcza w pobliżu własnych granic – interpretuje jako z natury destabilizujące i nieważne. Ta asymetria zawęziła przestrzeń dyplomatyczną, podważyła legitymizację kompromisu i zwiększyła prawdopodobieństwo wojny. Podobnie, ten samodestrukcyjny cykl pozostaje cechą definiującą stosunki europejsko-rosyjskie w XXI wieku.
Powtarzającą się porażką w historii Europy była niezdolność – lub niechęć – do rozróżnienia rosyjskiej agresji od rosyjskich działań mających na celu zapewnienie bezpieczeństwa. W wielu okresach działania interpretowane w Europie jako dowód wrodzonego rosyjskiego ekspansjonizmu były, z perspektywy Moskwy, próbami zmniejszenia podatności na zagrożenia w otoczeniu postrzeganym jako coraz bardziej wrogie. Tymczasem Europa konsekwentnie interpretowała budowanie własnych sojuszy, rozmieszczanie wojsk i ekspansję instytucjonalną jako łagodne i defensywne, nawet gdy środki te bezpośrednio zmniejszały rosyjską głębię strategiczną. Ta asymetria leży u podstaw dylematu bezpieczeństwa, który wielokrotnie przeradzał się w konflikt: obrona jednej strony była traktowana jako uzasadniona, podczas gdy obawy drugiej strony były bagatelizowane jako paranoja lub zła wola.
Zachodniej rusofobii nie należy rozumieć przede wszystkim jako emocjonalnej wrogości wobec Rosjan czy rosyjskiej kultury. Działa ona raczej jako strukturalne uprzedzenie zakorzenione w europejskim myśleniu o bezpieczeństwie: założenie, że Rosja jest wyjątkiem od normalnych reguł dyplomacji. Podczas gdy inne mocarstwa mają domniemane uzasadnione interesy bezpieczeństwa, które muszą być zrównoważone i uwzględniane, interesy Rosji uznaje się za nieuzasadnione, chyba że udowodni się inaczej. To założenie przetrwa zmiany reżimu, ideologii i przywództwa. Przekształca ono różnice polityczne w moralne absoluty i sprawia, że kompromis staje się podejrzany. W rezultacie rusofobia funkcjonuje nie tyle jako sentyment, co jako systemowe zniekształcenie – takie, które wielokrotnie podważa bezpieczeństwo samej Europy.
Śledzę ten schemat na przestrzeni czterech głównych kręgów historycznych. Najpierw analizuję XIX wiek, zaczynając od centralnej roli Rosji w Koncercie Europejskim po 1815 roku i jej późniejszej transformacji w zagrożenie dla Europy. Wojna krymska jawi się jako trauma założycielska współczesnej rusofobii: wojny z wyboru, prowadzonej przez Wielką Brytanię i Francję pomimo możliwości uzyskania kompromisu dyplomatycznego, napędzanej moralną wrogością i imperialnym lękiem Zachodu, a nie nieuniknioną koniecznością.
Memorandum Pogodina z 1853 roku na temat podwójnych standardów Zachodu, zawierające słynną notatkę cara Mikołaja I na marginesie – „O to właśnie chodzi” – służy nie tylko jako anegdota, ale jako klucz analityczny do podwójnych standardów Europy i zrozumiałych obaw i resentymentów Rosji.
Po drugie, przenoszę się do okresu rewolucyjnego i międzywojennego, kiedy Europa i Stany Zjednoczone przeszły od rywalizacji z Rosją do bezpośredniej interwencji w jej wewnętrzne sprawy. Szczegółowo analizuję zachodnie interwencje wojskowe podczas rosyjskiej wojny domowej, odmowę integracji Związku Radzieckiego z trwałym systemem bezpieczeństwa zbiorowego w latach 20. i 30. XX wieku oraz katastrofalną porażkę w sojuszu przeciwko faszyzmowi, opierając się zwłaszcza na pracach archiwalnych Michaela Jabary Carleya. Rezultatem nie było powstrzymanie władzy radzieckiej, lecz załamanie się europejskiego bezpieczeństwa i dewastacja samego kontynentu podczas II wojny światowej.
Po trzecie, wczesna zimna wojna stanowiła coś, co powinno być decydującym momentem naprawczym; jednak Europa ponownie odrzuciła pokój, mimo że można go było zapewnić. Chociaż konferencja poczdamska osiągnęła porozumienie w sprawie demilitaryzacji Niemiec, Zachód następnie się z niego wycofał. Siedem lat później Zachód również odrzucił notę Stalina, która oferowała zjednoczenie Niemiec oparte na neutralności. Odrzucenie zjednoczenia przez kanclerza Adenauera – pomimo wyraźnych dowodów na autentyczność oferty Stalina – utrwaliło powojenny podział Niemiec, zakorzeniło konfrontację w bloku i zamknęło Europę w pułapce militaryzacji na dekady.
Na koniec analizuję okres po zimnej wojnie, kiedy Europa otrzymała najwyraźniejszą szansę na wyrwanie się z tego destrukcyjnego cyklu. Wizja Gorbaczowa „Wspólnego Domu Europejskiego” i Karta Paryska sformułowały porządek bezpieczeństwa oparty na inkluzywności i niepodzielności. Zamiast tego Europa wybrała rozszerzenie NATO, asymetrię instytucjonalną i architekturę bezpieczeństwa zbudowaną wokół Rosji, a nie z nią. Ten wybór nie był przypadkowy. Odzwierciedlał on wielką strategię anglo-amerykańską – najdobitniej wyrażoną przez Zbigniewa Brzezińskiego – traktującą Eurazję jako centralną arenę globalnej konkurencji, a Rosję jako mocarstwo, któremu należy uniemożliwić konsolidację bezpieczeństwa lub wpływów.
Konsekwencje tego długotrwałego okresu pogardy dla rosyjskich obaw o bezpieczeństwo są teraz widoczne z brutalną wyrazistością. Wojna na Ukrainie, załamanie kontroli zbrojeń nuklearnych, europejskie wstrząsy energetyczne i przemysłowe, nowy wyścig zbrojeń w Europie, polityczne rozdrobnienie UE i utrata strategicznej autonomii Europy to nie aberracje. To skumulowane koszty dwóch wieków odmowy Europy, by poważnie traktować rosyjskie obawy dotyczące bezpieczeństwa.
Moim zdaniem pokój z Rosją nie wymaga naiwnego zaufania. Wymaga uznania, że trwałego bezpieczeństwa europejskiego nie da się zbudować, negując zasadność rosyjskich interesów bezpieczeństwa. Dopóki Europa nie porzuci tego odruchu, pozostanie uwięziona w błędnym kole odrzucania pokoju, gdy jest on dostępny – i płacenia za to coraz wyższych cen.
Początki strukturalnej rusofobii
Powtarzające się niepowodzenia Europy w budowaniu pokoju z Rosją nie są przede wszystkim wynikiem działań Putina, komunizmu, ani nawet ideologii XX wieku. Są znacznie starsze – i mają charakter strukturalny. Wielokrotnie obawy Rosji o bezpieczeństwo były traktowane przez Europę nie jako uzasadnione interesy podlegające negocjacjom, lecz jako moralne wykroczenia. W tym sensie historia zaczyna się od XIX-wiecznej transformacji Rosji ze współgwaranta równowagi Europy w zagrożenie dla kontynentu.
Po klęsce Napoleona w 1815 roku Rosja nie była peryferyjna dla Europy, lecz stanowiła jej centrum. Rosja poniosła decydujący ciężar pokonania Napoleona, a car był głównym architektem ponapoleońskiego porozumienia. Koncert Europy został zbudowany na domniemanym założeniu: pokój wymaga, aby wielkie mocarstwa akceptowały się wzajemnie jako prawowitych interesariuszy i zarządzały kryzysami poprzez konsultacje, a nie moralizatorską demonologię. Jednak w ciągu jednego pokolenia w brytyjskiej i francuskiej kulturze politycznej nabrała mocy kontrpropozycja: Rosja nie była normalnym mocarstwem, lecz zagrożeniem cywilizacyjnym – takim, którego żądania, nawet lokalne i defensywne, należy traktować jako z natury ekspansjonistyczne, a zatem nie do przyjęcia.
Tę zmianę uchwycono niezwykle wyraźnie w dokumencie, który Orlando Figes w swojej książce Wojna krymska: Historia (2010) określił jako punkt zwrotny między dyplomacją a wojną: memorandum Michaiła Pogodina do cara Mikołaja I z 1853 roku. Pogodin wymienia epizody zachodniego przymusu i imperialnej przemocy – dalekie podboje i wojny z wyboru – i zestawia je z oburzeniem Europy na działania Rosji w sąsiednich regionach:
Francja odbiera Turcji Algierię, a Anglia niemal co roku anektuje kolejne księstwo indyjskie: nic z tego nie zakłóca równowagi sił; ale kiedy Rosja okupuje Mołdawię i Wołoszczyznę, choćby tylko tymczasowo, to zaburza równowagę sił. Francja okupuje Rzym i pozostaje tam przez kilka lat w czasie pokoju: to nic; ale Rosja myśli tylko o zajęciu Konstantynopola, a pokój Europy jest zagrożony. Anglicy wypowiadają wojnę Chińczykom, którzy, jak się wydaje, ich obrazili: nikt nie ma prawa interweniować; ale Rosja jest zobowiązana zwrócić się do Europy o pozwolenie, jeśli pokłóci się z sąsiadem. Anglia grozi Grecji, że poprze fałszywe roszczenia nieszczęsnego Żyda i spali jej flotę: to zgodne z prawem działanie; ale Rosja żąda traktatu chroniącego miliony chrześcijan, co uważa się za wzmocnienie jej pozycji na Wschodzie kosztem równowagi sił.
Pogodin podsumowuje: „Od Zachodu nie możemy oczekiwać niczego poza ślepą nienawiścią i złośliwością”, na co Mikołaj słusznie dopisał na marginesie: „W tym właśnie rzecz”.
Wymiana zdań między Pogodinem a Nicholasem jest istotna, ponieważ ukazuje powtarzającą się patologię, która powraca w każdym kolejnym ważnym epizodzie. Europa wielokrotnie domagała się uniwersalnej legitymizacji własnych roszczeń bezpieczeństwa, jednocześnie traktując roszczenia Rosji jako fałszywe lub podejrzane. Taka postawa prowadzi do szczególnego rodzaju niestabilności: sprawia, że kompromis staje się politycznie nieuprawniony w stolicach Zachodu, co prowadzi do załamania się dyplomacji nie dlatego, że zawarcie umowy jest niemożliwe, ale dlatego, że uznanie interesów Rosji jest traktowane jako błąd moralny.
Wojna krymska jest pierwszym zdecydowanym przejawem tej dynamiki. O ile bezpośredni kryzys wiązał się z upadkiem Imperium Osmańskiego i sporami o miejsca kultu religijnego, o tyle głębszym problemem było to, czy Rosja będzie mogła zapewnić sobie uznaną pozycję w strefie Morza Czarnego i Bałkanów, nie będąc jednocześnie traktowana jak drapieżnik. Współczesne rekonstrukcje dyplomatyczne podkreślają, że kryzys krymski różnił się od wcześniejszych „kryzysów wschodnich”, ponieważ kooperacyjne nawyki Konferencji już zanikały, a brytyjska opinia publiczna przechyliła się w stronę skrajnie antyrosyjskiej postawy, która zawężała pole do porozumienia.
To, co czyni ten epizod tak wymownym, to fakt, że możliwe było osiągnięcie wyniku negocjacji. Nota Wiedeńska miała na celu pogodzenie obaw Rosji z suwerennością Imperium Osmańskiego i zachowanie pokoju. Jednak upadła w obliczu nieufności i politycznych bodźców do eskalacji. Nastąpiła wojna krymska. Nie była ona „konieczna” w żadnym ściśle strategicznym sensie; stała się prawdopodobna, ponieważ brytyjsko-francuski kompromis z Rosją stał się politycznie toksyczny. Konsekwencje okazały się dla Europy zgubne: ogromne straty, brak trwałej architektury bezpieczeństwa i utrwalenie się ideologicznego odruchu, który traktował Rosję jako wyjątek od normalnych negocjacji mocarstw. Innymi słowy, Europa nie osiągnęła bezpieczeństwa poprzez odrzucenie obaw Rosji o bezpieczeństwo. Przeciwnie, stworzyła dłuższy cykl wrogości, który utrudnił rozwiązanie późniejszych kryzysów.
Kampania wojskowa Zachodu przeciwko bolszewizmowi
Cykl ten trwał aż do rewolucyjnego zerwania w 1917 roku. Kiedy zmienił się typ reżimu w Rosji, Zachód nie odszedł od rywalizacji na rzecz neutralności, lecz przeszedł w stronę aktywnej interwencji, traktując istnienie suwerennego państwa rosyjskiego poza kuratelą Zachodu jako nie do zniesienia.
Rewolucja bolszewicka i późniejsza wojna domowa doprowadziły do złożonego konfliktu, w którym udział wzięli Czerwoni, Biali, ruchy nacjonalistyczne i armie zagraniczne. Co istotne, mocarstwa zachodnie nie tylko „obserwowały” wynik konfliktu. Interweniowały militarnie w Rosji na rozległych obszarach – w północnej Rosji, nad Bałtykiem, nad Morzem Czarnym, na Syberii i na Dalekim Wschodzie – pod pretekstem, który szybko przesunął się z logistyki wojennej na zmianę reżimu.
Można uznać standardowe, „oficjalne” uzasadnienie początkowej interwencji: obawę, że zaopatrzenie wojenne wpadnie w ręce Niemców po wycofaniu się Rosji z I wojny światowej, oraz chęć ponownego otwarcia frontu wschodniego. Jednak po kapitulacji Niemiec w listopadzie 1918 roku interwencja nie ustała; wręcz przeciwnie, uległa mutacji. Ta transformacja wyjaśnia, dlaczego ten epizod ma tak głębokie znaczenie: ujawnia gotowość, nawet pośród zniszczeń I wojny światowej, do użycia siły w celu ukształtowania wewnętrznej przyszłości politycznej Rosji.
Książka Davida Foglesonga America's Secret War against Bolshevism (1995) – wydana przez UNC Press i nadal stanowiąca standardowe źródło wiedzy naukowej o polityce USA – doskonale to ujmuje. Foglesong przedstawia interwencję USA nie jako zagmatwaną akcję poboczną, lecz jako konsekwentny wysiłek mający na celu powstrzymanie bolszewizmu przed konsolidacją władzy. Najnowsze, wysokiej jakości narracje historyczne jeszcze bardziej przywróciły ten epizod do publicznej wiadomości; w szczególności książka Anny Reid A Nasty Little War (2024) opisuje interwencję Zachodu jako źle przeprowadzoną, lecz przemyślaną próbę obalenia rewolucji bolszewickiej z 1917 roku.
Już sam zasięg geograficzny jest pouczający, gdyż podważa późniejsze twierdzenia Zachodu, jakoby obawy Rosji były jedynie paranoją. Siły alianckie wylądowały w Archangielsku i Murmańsku, aby działać w północnej Rosji; na Syberię wkroczyły przez Władywostok i korytarzami kolejowymi; siły japońskie zostały masowo rozmieszczone na Dalekim Wschodzie; a na południu lądowania i operacje w okolicach Odessy i Sewastopola. Nawet pobieżny przegląd dat i teatrów działań interwencji – od listopada 1917 roku do początku lat dwudziestych XX wieku – pokazuje uporczywość obecności obcych sił i ogrom jej zasięgu.
Nie była to jednak jedynie „rada” ani symboliczna obecność. Siły zachodnie zaopatrywały, uzbrajały, a w niektórych przypadkach skutecznie nadzorowały białe formacje. Interweniujące mocarstwa uwikłały się w moralną i polityczną brzydotę białej polityki, w tym w programy reakcyjne i brutalne okrucieństwa. Ta rzeczywistość sprawia, że epizod ten jest szczególnie destrukcyjny dla zachodnich narracji moralnych: Zachód nie tylko sprzeciwiał się bolszewizmowi; często czynił to, sprzymierzając się z siłami, których brutalność i cele wojenne kłóciły się z późniejszymi zachodnimi roszczeniami do liberalnej legitymizacji.
Z perspektywy Moskwy interwencja ta potwierdziła ostrzeżenie wydane przez Pogodina dekady wcześniej: Europa i Stany Zjednoczone były gotowe użyć siły, aby ustalić, czy Rosja będzie mogła istnieć jako autonomiczne mocarstwo. Ten epizod stał się fundamentem pamięci sowieckiej, wzmacniając przekonanie, że mocarstwa zachodnie próbowały zdusić rewolucję w zarodku. Pokazał, że zachodnia retoryka moralna dotycząca pokoju i porządku może płynnie współistnieć z kampaniami przymusu, gdy zagrożona jest suwerenność Rosji.
Interwencja przyniosła również decydujące konsekwencje drugiego rzędu. Włączając się do rosyjskiej wojny domowej, Zachód nieumyślnie wzmocnił legitymację bolszewików w kraju. Obecność obcych armii i wspieranych przez nich białych sił pozwoliła bolszewikom twierdzić, że bronią niepodległości Rosji przed imperialnym okrążeniem. Historyczne relacje konsekwentnie odnotowują, jak skutecznie bolszewicy wykorzystywali obecność aliantów do celów propagandowych i legitymizacji. Innymi słowy, próba „złamania” bolszewizmu przyczyniła się do konsolidacji reżimu, który usiłowała zniszczyć.
Ta dynamika odsłania precyzyjny cykl historii: rusofobia okazuje się strategicznie kontrproduktywna dla Europy. Popycha mocarstwa zachodnie do polityki przymusu, która nie rozwiązuje problemu, lecz go zaostrza. Generuje rosyjskie pretensje i obawy o bezpieczeństwo, które późniejsi zachodni przywódcy zbagatelizują jako irracjonalną paranoję. Co więcej, zawęża przyszłą przestrzeń dyplomatyczną, pokazując Rosji – niezależnie od jej reżimu – że zachodnie obietnice ugody mogą być nieszczere.
Na początku lat dwudziestych XX wieku, wraz z wycofywaniem się sił obcych i konsolidacją państwa sowieckiego, Europa podjęła już dwie brzemienne w skutki decyzje, które miały mieć wpływ na następne stulecie.
Po pierwsze, przyczyniła się do rozwoju kultury politycznej, która przekształciła rozstrzygalne spory – takie jak kryzys krymski – w poważne wojny, odmawiając uznania rosyjskich interesów za uzasadnione.
Po drugie, poprzez interwencję militarną zademonstrowała gotowość do użycia siły nie tylko w celu przeciwdziałania rosyjskiej ekspansji, ale także w celu kształtowania rosyjskiej suwerenności i rezultatów rządów.
Te decyzje nie ustabilizowały Europy; wręcz przeciwnie, zasiały ziarno kolejnych katastrof: międzywojennego załamania bezpieczeństwa zbiorowego, permanentnej militaryzacji w okresie zimnej wojny i powrotu do eskalacji na pograniczu w okresie po zimnej wojnie.
Bezpieczeństwo zbiorowe i wybór przeciwko Rosji
W połowie lat dwudziestych XX wieku Europa stanęła w obliczu Rosji, która przetrwała wszelkie próby jej zniszczenia – rewolucję, wojnę domową, głód i bezpośrednią zagraniczną interwencję militarną. Powstałe państwo sowieckie było biedne, straumatyzowane i głęboko podejrzliwe – ale jednocześnie niezaprzeczalnie suwerenne. Właśnie w tym momencie Europa stanęła przed wyborem, który miał się powtarzać wielokrotnie: czy traktować Rosję jako prawowitego aktora bezpieczeństwa, którego interesy należało uwzględnić w europejskim porządku, czy jako permanentnego outsidera, którego obawy można było ignorować, odkładać na później lub bagatelizować. Europa wybrała to drugie, a koszty okazały się ogromne.
Dziedzictwo interwencji aliantów podczas rosyjskiej wojny domowej rzuciło długi cień na całą późniejszą dyplomację. Z perspektywy Moskwy Europa nie tylko nie zgadzała się z ideologią bolszewicką, ale usiłowała siłą przesądzić o wewnętrznej przyszłości politycznej Rosji. To doświadczenie miało ogromne znaczenie. Ukształtowało sowieckie założenia dotyczące intencji Zachodu i wywołało głęboki sceptycyzm wobec zachodnich zapewnień. Zamiast uznać tę historię i dążyć do pojednania, europejska dyplomacja często zachowywała się tak, jakby sowiecka nieufność była irracjonalna – schemat, który utrzymywał się aż do zimnej wojny i później.
W latach dwudziestych XX wieku Europa oscylowała między zaangażowaniem taktycznym a strategicznym wykluczeniem. Traktaty takie jak Rapallo (1922) pokazały, że Niemcy, same będące pariasem po Wersalu, mogły pragmatycznie angażować się w konflikt z Rosją Sowiecką. Jednak dla Wielkiej Brytanii i Francji zaangażowanie w Moskwie pozostało tymczasowe i instrumentalne. ZSRR był tolerowany, gdy służył interesom Wielkiej Brytanii i Francji, i marginalizowany, gdy tak nie było. Nie podjęto żadnych poważnych wysiłków, aby zintegrować Rosję na równych prawach z trwałą europejską architekturą bezpieczeństwa.
Ta ambiwalencja przerodziła się w coś znacznie bardziej niebezpiecznego i autodestrukcyjnego w latach 30. XX wieku. Podczas gdy dojście Hitlera do władzy stanowiło egzystencjalne zagrożenie dla Europy, czołowe mocarstwa kontynentu wielokrotnie traktowały bolszewizm jako większe zagrożenie. Nie było to jedynie retoryczne; ukształtowało to konkretne wybory polityczne – zerwane sojusze, opóźnione gwarancje i osłabione odstraszanie.
Należy podkreślić, że nie była to jedynie porażka anglo-amerykańska ani historia, w której Europa biernie dała się ponieść prądom ideologicznym. Rządy europejskie skorzystały z możliwości sprawowania władzy i zrobiły to zdecydowanie – i katastrofalnie. Francja, Wielka Brytania i Polska wielokrotnie podejmowały strategiczne decyzje, które wykluczały Związek Radziecki z europejskich porozumień o bezpieczeństwie, nawet gdy udział ZSRR wzmocniłby odstraszanie przeciwko hitlerowskim Niemcom. Przywódcy francuscy preferowali system dwustronnych gwarancji w Europie Wschodniej, który zachowywałby francuskie wpływy, ale unikał integracji bezpieczeństwa z Moskwą. Polska, przy milczącym poparciu Londynu i Paryża, odmówiła praw tranzytowych wojskom radzieckim nawet w obronie Czechosłowacji, przedkładając strach przed obecnością Sowietów nad bezpośrednie zagrożenie agresją Niemiec.
Nie były to błahe decyzje. Odzwierciedlały one europejską preferencję dla radzenia sobie z hitlerowskim rewizjonizmem nad włączeniem potęgi sowieckiej i dla ryzykowania ekspansji nazistowskiej nad legitymizację Rosji jako partnera w dziedzinie bezpieczeństwa. W tym sensie Europa nie tylko nie zdołała zbudować zbiorowego bezpieczeństwa z Rosją; aktywnie wybrała alternatywną logikę bezpieczeństwa, wykluczającą Rosję i ostatecznie załamała się pod wpływem własnych sprzeczności.
W tym przypadku decydujące znaczenie ma praca archiwalna Michaela Jabary Carleya. Jego badania naukowe dowodzą, że Związek Radziecki, szczególnie pod wodzą komisarza spraw zagranicznych Maksyma Litwinowa, podejmował stałe, wyraźne i dobrze udokumentowane wysiłki na rzecz budowy systemu zbiorowego bezpieczeństwa przed nazistowskimi Niemcami. Nie były to ogólnikowe gesty. Obejmowały one propozycje traktatów o wzajemnej pomocy, koordynacji wojskowej i wyraźne gwarancje dla państw takich jak Czechosłowacja. Carley pokazuje, że przystąpieniu Związku Radzieckiego do Ligi Narodów w 1934 roku towarzyszyły rzeczywiste rosyjskie próby wdrożenia odstraszania zbiorowego, a nie tylko dążenie do jego legitymizacji.
Jednak te wysiłki zderzyły się z zachodnią hierarchią ideologiczną, w której antykomunizm górował nad antyfaszyzmem. W Londynie i Paryżu elity polityczne obawiały się, że sojusz z Moskwą legitymizuje bolszewizm w kraju i za granicą. Jak dokumentuje Carley, brytyjscy i francuscy decydenci wielokrotnie martwili się mniej groźbami Hitlera, a bardziej politycznymi konsekwencjami współpracy z ZSRR. Związek Radziecki był traktowany nie jako niezbędny partner w walce ze wspólnym zagrożeniem, ale jako obciążenie, którego włączenie „skaziłoby” europejską politykę.
Ta hierarchia miała głębokie konsekwencje strategiczne. Polityka ustępstw wobec Niemiec nie była jedynie błędną interpretacją Hitlera; była ona wynikiem światopoglądu, który traktował nazistowski rewizjonizm jako potencjalnie możliwy do opanowania, a władzę sowiecką jako z natury wywrotową. Odmowa Polski przyznania wojskom radzieckim prawa tranzytu w celu obrony Czechosłowacji – utrzymywana przy milczącym poparciu Zachodu – jest symboliczna. Państwa europejskie wolały ryzyko niemieckiej agresji od pewności zaangażowania Sowietów, nawet jeśli zaangażowanie to miało wyraźnie charakter obronny.
Kulminacja tej porażki nastąpiła w 1939 roku. Anglo-francuskie negocjacje ze Związkiem Radzieckim w Moskwie nie zostały sabotowane przez sowiecką dwulicowość, wbrew późniejszej mitologii. Zawiodły, ponieważ Wielka Brytania i Francja nie chciały podjąć wiążących zobowiązań ani uznać ZSRR za równorzędnego partnera wojskowego. Rekonstrukcja Carleya pokazuje, że zachodnie delegacje przybyły do Moskwy bez upoważnienia do negocjacji, bez pośpiechu i bez politycznego wsparcia, by zawrzeć prawdziwy sojusz. Kiedy Sowieci wielokrotnie zadawali zasadnicze pytanie o każdy sojusz – czy jesteście gotowi do działania? – odpowiedź w praktyce brzmiała: nie.
Pakt Ribbentrop-Mołotow, który potem zawarto, był od tamtej pory wykorzystywany jako retroaktywne uzasadnienie nieufności Zachodu. Praca Carleya odwraca tę logikę. Pakt nie był przyczyną porażki Europy, lecz jej konsekwencją. Pojawił się po latach odmowy Zachodu budowania zbiorowego bezpieczeństwa z Rosją. Była to brutalna, cyniczna i tragiczna decyzja – podjęta jednak w kontekście, gdy Wielka Brytania, Francja i Polska już odrzuciły pokój z Rosją w jedynej formie, która mogła powstrzymać Hitlera.
Rezultat był katastrofalny. Europa zapłaciła cenę nie tylko krwią i zniszczeniem, ale także utratą sprawczości. Wojna, której Europa nie zdołała zapobiec, zniszczyła jej potęgę, wyczerpała społeczeństwa i sprowadziła kontynent do głównego pola bitwy rywalizacji supermocarstw. Po raz kolejny odrzucenie pokoju z Rosją nie przyniosło bezpieczeństwa; doprowadziło do znacznie gorszej wojny w znacznie gorszych warunkach.
Można by się spodziewać, że sama skala tej katastrofy wymusi ponowne przemyślenie podejścia Europy do Rosji po 1945 roku. Tak się jednak nie stało.
Od Poczdamu do NATO: architektura wykluczenia
Lata bezpośrednio po wojnie charakteryzowały się szybkim przejściem od sojuszu do konfrontacji. Jeszcze przed kapitulacją Niemiec, Churchill szokująco polecił brytyjskim planistom wojennym rozważenie natychmiastowego konfliktu ze Związkiem Radzieckim. „Operacja Nie do pomyślenia”, opracowana w 1945 roku, zakładała wykorzystanie potęgi anglo-amerykańskiej – a nawet przezbrojenie niemieckich jednostek – w celu narzucenia Rosji woli Zachodu w 1945 roku lub wkrótce potem. Chociaż plan uznano za militarnie nierealny i ostatecznie odłożono go na półkę, samo jego istnienie ujawnia, jak głęboko zakorzenione stało się przekonanie, że potęga Rosji jest nielegalna i w razie potrzeby należy ją ograniczyć siłą.
Dyplomacja zachodnia wobec Związku Radzieckiego również poniosła porażkę. Europa powinna była uznać, że Związek Radziecki poniósł największy ciężar pokonania Hitlera – ponosząc 27 milionów ofiar – i że obawy Rosji dotyczące bezpieczeństwa związane z niemieckim zbrojeniem były całkowicie uzasadnione. Europa powinna była zrozumieć, że trwały pokój wymaga wyraźnego uwzględnienia podstawowych obaw Rosji dotyczących bezpieczeństwa, a przede wszystkim zapobieżenia remilitaryzacji Niemiec, która mogłaby ponownie zagrozić wschodnim nizinom Europy.
Z formalnego punktu widzenia, lekcja ta została początkowo przyjęta. W Jałcie, a w bardziej zdecydowany sposób w Poczdamie latem 1945 roku, zwycięscy alianci osiągnęli jasny konsensus w sprawie podstawowych zasad rządzących powojennymi Niemcami: demilitaryzacji, denazyfikacji, demokratyzacji, dekartelizacji i reparacji. Niemcy miały być traktowane jako pojedyncza jednostka gospodarcza; ich siły zbrojne miały zostać rozmontowane; a ich przyszła orientacja polityczna miała zostać określona bez konieczności zbrojeń czy zobowiązań sojuszniczych.
Dla Związku Radzieckiego zasady te nie były abstrakcyjne; były egzystencjalne. W ciągu trzydziestu lat Niemcy dwukrotnie najechały Rosję, siejąc spustoszenie na skalę niespotykaną w historii Europy. Straty poniesione przez Sowietów w II wojnie światowej dały Moskwie perspektywę bezpieczeństwa, której nie sposób zrozumieć bez uświadomienia sobie tej traumy. Neutralność i trwała demilitaryzacja Niemiec nie były kartą przetargową; były minimalnymi warunkami stabilnego porządku powojennego z sowieckiego punktu widzenia.
Na konferencji poczdamskiej w lipcu 1945 roku obawy te zostały formalnie uznane. Alianci uzgodnili, że Niemcy nie będą mogły odbudować swojej potęgi militarnej. Język konferencji był jednoznaczny: Niemcy miały zostać powstrzymane przed „ponownym zagrożeniem dla swoich sąsiadów lub pokoju na świecie”. Związek Radziecki zaakceptował tymczasowy podział Niemiec na strefy okupacyjne właśnie dlatego, że podział ten został sformułowany jako konieczność administracyjna, a nie trwałe rozwiązanie geopolityczne.
Jednak niemal natychmiast mocarstwa zachodnie zaczęły reinterpretować – a następnie po cichu demontować – te zobowiązania. Zmiana nastąpiła z powodu zmiany priorytetów strategicznych USA i Wielkiej Brytanii. Jak pokazuje Melvyn Leffler w książce A Preponderance of Power (1992), amerykańscy planiści szybko zaczęli postrzegać niemiecką odbudowę gospodarczą i polityczne porozumienie z Zachodem jako ważniejsze niż utrzymanie zdemilitaryzowanych Niemiec, akceptowalne dla Moskwy. Związek Radziecki, niegdyś niezastąpiony sojusznik, został przekształcony w potencjalnego przeciwnika, którego wpływy w Europie należało ograniczyć.
Ta reorientacja poprzedziła jakikolwiek formalny kryzys militarny zimnej wojny. Na długo przed blokadą Berlina polityka Zachodu zaczęła konsolidować strefy zachodnie pod względem gospodarczym i politycznym. Utworzenie strefy Bi w 1947 roku, a następnie strefy Tri, było bezpośrednią sprzecznością z zasadą poczdamską, zgodnie z którą Niemcy miały być traktowane jako jedna jednostka gospodarcza. Wprowadzenie odrębnej waluty w strefach zachodnich w 1948 roku nie było korektą techniczną; było to decydujący akt polityczny, który uczynił podział Niemiec funkcjonalnie nieodwracalnym. Z perspektywy Moskwy kroki te stanowiły jednostronną rewizję powojennego porozumienia.
Sowiecka odpowiedź – blokada Berlina – była często przedstawiana jako pierwszy atak agresji z czasów zimnej wojny. Jednak w kontekście wydaje się ona nie tyle próbą zdobycia Berlina Zachodniego, co raczej przymusem mającym na celu wymuszenie powrotu do rządów czterech mocarstw i zapobieżenie konsolidacji odrębnego państwa zachodnioniemieckiego. Niezależnie od tego, jak rozsądnie oceniać blokadę, jej logika wynikała z obawy, że ramy poczdamskie zostaną zerwane przez Zachód bez negocjacji. Choć most powietrzny rozwiązał bezpośredni kryzys, nie rozwiązał problemu leżącego u jego podstaw: porzucenia zjednoczonych, zdemilitaryzowanych Niemiec.
Przełom nastąpił wraz z wybuchem wojny koreańskiej w 1950 roku. Konflikt interpretowano w Waszyngtonie nie jako wojnę regionalną o konkretnych przyczynach, lecz jako dowód monolitycznej, globalnej ofensywy komunistycznej. Ta redukcjonistyczna interpretacja miała głębokie konsekwencje dla Europy. Stanowiła silne polityczne uzasadnienie dla zbrojeń Niemiec Zachodnich – czegoś, co zostało jednoznacznie wykluczone zaledwie kilka lat wcześniej. Logika ta została teraz sformułowana w jasnych słowach: bez niemieckiego udziału militarnego Europa Zachodnia nie mogłaby zostać obroniona.
Ten moment był przełomowy. Remilitaryzacja Niemiec Zachodnich nie została wymuszona przez działania Związku Radzieckiego w Europie; była to strategiczna decyzja podjęta przez Stany Zjednoczone i ich sojuszników w odpowiedzi na zglobalizowane ramy zimnej wojny, które USA zbudowały. Wielka Brytania i Francja, pomimo głębokich historycznych obaw o niemiecką potęgę, uległy amerykańskiej presji. Kiedy proponowana Europejska Wspólnota Obronna – narzędzie kontroli niemieckiego zbrojenia – upadła, przyjęte rozwiązanie okazało się jeszcze bardziej znaczące: przystąpienie Niemiec Zachodnich do NATO w 1955 roku.
Z sowieckiej perspektywy oznaczało to ostateczny upadek porozumienia poczdamskiego. Niemcy nie były już neutralne. Nie były już zdemilitaryzowane. Były teraz uwikłane w sojusz wojskowy wyraźnie skierowany przeciwko ZSRR. Właśnie temu rezultatowi przywódcy sowieccy starali się zapobiec od 1945 roku i któremu miała zapobiec umowa poczdamska.
Należy podkreślić tę sekwencję, ponieważ często jest ona źle rozumiana lub odwracana. Podział i remilitaryzacja Niemiec nie były wynikiem działań Rosji. Zanim Stalin w 1952 roku złożył ofertę zjednoczenia Niemiec w oparciu o neutralność, mocarstwa zachodnie skierowały już Niemcy na ścieżkę integracji sojuszniczej i remilitaryzacji. Nota Stalina nie była próbą wykolejenia neutralnych Niemiec; była poważną, udokumentowaną i ostatecznie odrzuconą próbą odwrócenia procesu, który już się rozpoczął.
W tym świetle, wczesne porozumienie z okresu zimnej wojny jawi się nie jako nieunikniona odpowiedź na sowiecką nieustępliwość, ale jako kolejny przykład, w którym Europa i Stany Zjednoczone postanowiły podporządkować rosyjskie kwestie bezpieczeństwa architekturze sojuszu NATO. Neutralność Niemiec nie została odrzucona ze względu na jej niepraktyczność; została odrzucona, ponieważ była sprzeczna z zachodnią wizją strategiczną, która stawiała spójność bloku i przywództwo USA ponad inkluzywnym europejskim porządkiem bezpieczeństwa.
Koszty tego wyboru były ogromne i długotrwałe. Podział Niemiec stał się centralną linią podziału zimnej wojny. Europa została trwale zmilitaryzowana, a broń jądrowa została rozmieszczona na całym kontynencie. Bezpieczeństwo europejskie zostało przeniesione na Waszyngton, co wiązało się z całą zależnością i utratą strategicznej autonomii. Co więcej, ponownie wzmocniło się przekonanie Związku Radzieckiego, że Zachód zreinterpretuje porozumienia, gdy będzie to dla niego dogodne.
Ten kontekst jest niezbędny dla zrozumienia noty Stalina z 1952 roku. Nie był to „grom z jasnego nieba” ani cyniczny manewr oderwany od dotychczasowej historii. Była to pilna odpowiedź na powojenne porozumienie, które już zostało zerwane – kolejna próba, jak wiele przedtem i potem, zapewnienia pokoju poprzez neutralność, która została odrzucona przez Zachód.
1952: Odrzucenie zjednoczenia Niemiec
Warto bliżej przyjrzeć się notatce Stalina. Wezwanie Stalina do zjednoczonych i neutralnych Niemiec nie było ani dwuznaczne, ani niepewne, ani nieszczere. Jak przekonująco wykazał Rolf Steininger w książce Kwestia niemiecka: nota Stalina z 1952 roku a problem zjednoczenia (1990), Stalin zaproponował zjednoczenie Niemiec pod warunkami trwałej neutralności, wolnych wyborów, wycofania wojsk okupacyjnych i traktatu pokojowego gwarantowanego przez wielkie mocarstwa. Nie był to gest propagandowy; była to oferta strategiczna, wynikająca z autentycznego strachu Sowietów przed zbrojeniami Niemiec i rozszerzeniem NATO.
Archiwalne badania Steiningera są druzgocące dla standardowej narracji Zachodu. Szczególnie decydujące jest tajne memorandum sir Ivone Kirkpatricka z 1955 roku, w którym donosi on o przyznaniu się niemieckiego ambasadora, że kanclerz Adenauer wiedział o autentyczności notatki Stalina. Adenauer mimo wszystko ją odrzucił. Obawiał się nie złej woli Sowietów, ale niemieckiej demokracji. Obawiał się, że przyszły rząd niemiecki może wybrać neutralność i pojednanie z Moskwą, podważając integrację Niemiec Zachodnich z blokiem zachodnim.
W istocie, pokój i zjednoczenie zostały odrzucone przez Zachód nie dlatego, że były niemożliwe, ale dlatego, że były politycznie niewygodne dla zachodniego systemu sojuszniczego. Ponieważ neutralność zagrażała rodzącej się architekturze NATO, należało ją odrzucić jako „pułapkę”.
Europejskie elity nie zostały jedynie zmuszone do sojuszu atlantyckiego; same go aktywnie przyjęły. Odrzucenie niemieckiej neutralności przez kanclerza Adenauera nie było odosobnionym aktem uległości wobec Waszyngtonu, lecz odzwierciedlało szerszy konsensus wśród elit zachodnioeuropejskich, które przedkładały amerykańską opiekę nad strategiczną autonomię i zjednoczoną Europę.
Neutralność zagrażała nie tylko architekturze NATO, ale także powojennemu porządkowi politycznemu, w którym elity te zapewniały sobie bezpieczeństwo, legitymizację i odbudowę gospodarczą dzięki przywództwu USA. Neutralne Niemcy wymagałyby od państw europejskich bezpośrednich negocjacji z Moskwą na równych prawach, a nie działania w ramach struktur kierowanych przez USA, które izolowałyby je od takiego zaangażowania. W tym sensie odrzucenie neutralności przez Europę było również odrzuceniem odpowiedzialności: atlantyzm oferował bezpieczeństwo bez obciążeń dyplomatycznego współistnienia z Rosją, nawet za cenę trwałego podziału Europy i militaryzacji kontynentu.
W marcu 1954 roku Związek Radziecki złożył wniosek o członkostwo w NATO, argumentując, że NATO stanie się w ten sposób instytucją europejskiego bezpieczeństwa zbiorowego. Stany Zjednoczone i ich sojusznicy natychmiast odrzucili wniosek, argumentując, że osłabiłby on sojusz i uniemożliwiłby przystąpienie Niemiec do NATO. Stany Zjednoczone i ich sojusznicy, w tym same Niemcy Zachodnie, po raz kolejny odrzucili ideę neutralnych, zdemilitaryzowanych Niemiec i europejskiego systemu bezpieczeństwa opartego na bezpieczeństwie zbiorowym, a nie na blokach wojskowych.
Austriacki Traktat Państwowy z 1955 roku dodatkowo obnażył cynizm tej logiki. Austria zaakceptowała neutralność, wojska radzieckie się wycofały, a kraj stał się stabilny i zamożny. Przewidywane geopolityczne „kostki domina” nie upadły. Model austriacki pokazuje, że to, co osiągnięto tam, można było osiągnąć w Niemczech, potencjalnie kończąc zimną wojnę dekady wcześniej. Różnica między Austrią a Niemcami nie leżała w wykonalności, lecz w preferencjach strategicznych. Europa zaakceptowała neutralność w Austrii, gdzie nie zagrażała ona hegemonicznemu porządkowi pod przywództwem USA, ale odrzuciła ją w Niemczech, gdzie tak się stało.
Konsekwencje tych decyzji były ogromne i długotrwałe. Niemcy pozostawały podzielone przez prawie cztery dekady. Kontynent został zmilitaryzowany wzdłuż linii uskoku przebiegającej przez jego środek, a broń jądrowa została rozmieszczona na całym terytorium Europy. Bezpieczeństwo Europy uzależniło się od amerykańskiej potęgi i amerykańskich priorytetów strategicznych, co ponownie uczyniło kontynent główną areną konfrontacji między mocarstwami.
Do 1955 roku ten schemat był już mocno utrwalony. Europa akceptowała pokój z Rosją tylko wtedy, gdy ten idealnie wpisywał się w zachodnią architekturę strategiczną pod przewodnictwem USA. Kiedy pokój wymagał rzeczywistego uwzględnienia rosyjskich interesów bezpieczeństwa – niemieckiej neutralności, niezaangażowania, demilitaryzacji lub wspólnych gwarancji – był on systematycznie odrzucany. Konsekwencje tej odmowy ujawniły się w kolejnych dekadach.
30-letnia odmowa odpowiedzi na rosyjskie obawy dotyczące bezpieczeństwa.
Jeśli kiedykolwiek istniał moment, w którym Europa mogła definitywnie zerwać z długą tradycją odrzucania pokoju z Rosją, to był nim koniec zimnej wojny. W przeciwieństwie do lat 1815, 1919 czy 1945, nie był to moment narzucony wyłącznie przez klęskę militarną; był to moment ukształtowany przez wybór. Związek Radziecki nie upadł w gradzie ostrzału artyleryjskiego; wycofał się i jednostronnie rozbroił. Za Michaiła Gorbaczowa Związek Radziecki wyrzekł się siły jako zasady porządku europejskiego. Zarówno Związek Radziecki, jak i późniejsza Rosja pod rządami Borysa Jelcyna pogodziły się z utratą kontroli militarnej nad Europą Środkową i Wschodnią i zaproponowały nowe ramy bezpieczeństwa oparte na inkluzji, a nie na konkurujących blokach. To, co nastąpiło, nie było porażką rosyjskiej wyobraźni, ale porażką Europy i kierowanego przez USA systemu atlantyckiego, które nie potraktowały tej oferty poważnie.
Koncepcja „Wspólnego Domu Europejskiego” Michaiła Gorbaczowa nie była jedynie retorycznym ozdobnikiem. Była to strategiczna doktryna oparta na uznaniu, że broń jądrowa uczyniła tradycyjną politykę równowagi sił samobójczą. Gorbaczow wyobrażał sobie Europę, w której bezpieczeństwo jest niepodzielne, w której żadne państwo nie zwiększa swojego bezpieczeństwa kosztem innego, a struktury sojuszu z czasów zimnej wojny stopniowo ustępowałyby miejsca ramom paneuropejskim. Jego przemówienie w Radzie Europy w Strasburgu w 1989 roku jasno wyrażało tę wizję, kładąc nacisk na współpracę, wzajemne gwarancje bezpieczeństwa i odejście od siły jako instrumentu politycznego. Karta Paryska dla Nowej Europy, podpisana w listopadzie 1990 roku, skodyfikowała te zasady, zobowiązując Europę do demokracji, praw człowieka i nowej ery bezpieczeństwa opartego na współpracy.
W tym momencie Europa stanęła przed fundamentalnym wyborem. Mogła potraktować te zobowiązania poważnie i zbudować architekturę bezpieczeństwa skoncentrowaną wokół OBWE, w której Rosja byłaby równoprawnym uczestnikiem – gwarantem pokoju, a nie obiektem powstrzymywania. Alternatywnie, mogła zachować zimnowojenną hierarchię instytucjonalną, retorycznie przyjmując ideały pozimnowojenne. Europa wybrała to drugie.
NATO nie rozpadło się, nie przekształciło w forum polityczne ani nie podporządkowało się paneuropejskiej instytucji bezpieczeństwa. Wręcz przeciwnie, rozszerzyło się. Publicznie prezentowane uzasadnienie miało charakter defensywny: rozszerzenie NATO miało ustabilizować Europę Wschodnią, umocnić demokrację i zapobiec powstaniu próżni bezpieczeństwa. Jednak to wyjaśnienie pomijało kluczowy fakt, który Rosja wielokrotnie artykułowała i który zachodni decydenci prywatnie przyznawali: rozszerzenie NATO bezpośrednio implikowało podstawowe obawy Rosji dotyczące bezpieczeństwa – nie abstrakcyjne, ale geograficzne, historyczne i psychologiczne.
Kontrowersje wokół zapewnień złożonych przez USA i Niemcy podczas negocjacji w sprawie zjednoczenia Niemiec ilustrują głębszy problem. Przywódcy zachodni później twierdzili, że nie złożono żadnych prawnie wiążących obietnic dotyczących rozszerzenia NATO, ponieważ żadne porozumienie nie zostało skodyfikowane na piśmie. Jednak dyplomacja działa nie tylko poprzez podpisane traktaty, ale także poprzez oczekiwania, porozumienia i dobrą wolę.
Odtajnione dokumenty i relacje z tamtych czasów potwierdzają, że przywódcom radzieckim wielokrotnie powtarzano, że NATO nie posunie się dalej na wschód poza granice Niemiec. Zapewnienia te ukształtowały sowiecką zgodę na zjednoczenie Niemiec – ustępstwo o ogromnym znaczeniu strategicznym. Kiedy NATO rozszerzyło się mimo wszystko, początkowo na żądanie Ameryki, Rosja odebrała to nie jako techniczną korektę prawną, ale jako głęboką zdradę porozumienia, które ułatwiło zjednoczenie Niemiec.
Z biegiem czasu rządy europejskie coraz bardziej internalizowały rozszerzenie NATO jako projekt europejski, a nie jedynie amerykański. Zjednoczenie Niemiec w ramach NATO stało się raczej wzorem niż wyjątkiem. Rozszerzenie UE i rozszerzenie NATO postępowały równolegle, wzmacniając się wzajemnie i wypierając alternatywne rozwiązania w zakresie bezpieczeństwa, takie jak neutralność czy niezaangażowanie.
Nawet Niemcy, z tradycją Ostpolitik i pogłębiającymi się powiązaniami gospodarczymi z Rosją, stopniowo podporządkowywały swoją politykę sprzyjającą dostosowaniom logice sojuszu. Przywódcy europejscy postrzegali rozszerzenie jako imperatyw moralny, a nie wybór strategiczny, izolując się tym samym od kontroli i czyniąc rosyjskie zastrzeżenia bezzasadnymi. Czyniąc to, Europa w dużej mierze zrezygnowała ze swojej zdolności do działania jako niezależny podmiot bezpieczeństwa, wiążąc swój los coraz ściślej ze strategią atlantycką, która przedkładała ekspansję nad stabilność.
W tym miejscu porażka Europy staje się najbardziej rażąca. Zamiast przyznać, że rozszerzenie NATO przeczy logice niepodzielnego bezpieczeństwa wyrażonej w Karcie Paryskiej, europejscy przywódcy potraktowali sprzeciw Rosji jako bezzasadny – jako pozostałość imperialnej nostalgii, a nie wyraz rzeczywistego niepokoju o bezpieczeństwo. Rosję zaproszono do konsultacji, ale nie do podejmowania decyzji. Akt Założycielski NATO–Rosja z 1997 roku zinstytucjonalizował tę asymetrię: dialog bez rosyjskiego weta, partnerstwo bez parytetu rosyjskiego. Architektura bezpieczeństwa europejskiego budowana była wokół Rosji i wbrew Rosji, a nie z Rosją.
Ostrzeżenie George'a Kennana z 1997 roku, że rozszerzenie NATO będzie „fatalnym błędem”, uchwyciło to strategiczne ryzyko z niezwykłą jasnością. Kennan nie twierdził, że Rosja jest cnotliwa; argumentował, że upokorzenie i marginalizacja mocarstwa w chwili słabości wywoła resentyment, rewanżyzm i militaryzację. Jego ostrzeżenie zostało odrzucone jako przestarzały realizm, jednak późniejsza historia niemal punkt po punkcie potwierdziła słuszność jego logiki.
Ideologiczne podstawy tego odrzucenia można wyraźnie odnaleźć w pismach Zbigniewa Brzezińskiego. W Wielkiej szachownicy (1997) oraz w eseju „Geostrategia dla Eurazji” (1997) opublikowanym w „Foreign Affairs” Brzeziński przedstawił wizję amerykańskiego prymatu opartego na kontroli nad Eurazją. Argumentował, że Eurazja jest „superkontynentem osiowym”, a globalna dominacja USA zależy od zapobieżenia powstaniu jakiejkolwiek potęgi zdolnej do zdominowania jej. W tych ramach Ukraina nie była jedynie suwerennym państwem z własną trajektorią; była geopolitycznym punktem zwrotnym. „Bez Ukrainy” – słynnie napisał Brzeziński – „Rosja przestaje być imperium”.
Nie była to akademicka dygresja; to było programowe oświadczenie wielkiej imperialnej strategii USA. W takim światopoglądzie rosyjskie obawy dotyczące bezpieczeństwa nie są uzasadnionymi interesami, które należy uwzględniać w imię pokoju; są to przeszkody, które należy pokonać w imię prymatu USA. Europa, głęboko zakorzeniona w systemie atlantyckim i zależna od amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa, zinternalizowała tę logikę – często nie dostrzegając jej pełnych implikacji. W rezultacie powstała europejska polityka bezpieczeństwa, która konsekwentnie przedkładała rozszerzanie sojuszy nad stabilność i sygnalizowanie moralności nad trwałe rozwiązanie.
Konsekwencje stały się oczywiste w 2008 roku. Podczas szczytu NATO w Bukareszcie sojusz ogłosił, że Ukraina i Gruzja „staną się członkami NATO”. Oświadczeniu temu nie towarzyszył jasny harmonogram, ale jego polityczne znaczenie było jednoznaczne. Przekroczyło ono to, co rosyjscy urzędnicy ze wszystkich stron sceny politycznej od dawna określali mianem „czerwonej linii”. Nie ulega wątpliwości, że z góry to rozumiano. William Burns, ówczesny ambasador USA w Moskwie, doniósł w depeszy zatytułowanej „NYET MEANS NYET”, że członkostwo Ukrainy w NATO jest postrzegane w Rosji jako zagrożenie egzystencjalne, jednoczące zarówno liberałów, nacjonalistów, jak i radykałów. Ostrzeżenie było jednoznaczne. Zostało zignorowane.
Z perspektywy Rosji schemat ten był teraz niepodważalny. Europa i Stany Zjednoczone powoływały się na język zasad i suwerenności, gdy im to odpowiadało, ale odrzucały podstawowe obawy Rosji dotyczące bezpieczeństwa jako bezpodstawne. Lekcja, którą wyciągnęła Rosja, była tą samą lekcją, którą wyciągnęła po wojnie krymskiej, po interwencjach aliantów, po porażce bezpieczeństwa zbiorowego i po odrzuceniu noty Stalina: pokój zostanie zaoferowany tylko na warunkach, które zachowają strategiczną dominację Zachodu.
Kryzys, który wybuchł na Ukrainie w 2014 roku, nie był zatem aberracją, lecz kulminacją. Powstanie na Majdanie, upadek rządu Janukowycza, aneksja Krymu przez Rosję i wojna w Donbasie rozegrały się w ramach architektury bezpieczeństwa, która i tak była już napięta do granic możliwości. Stany Zjednoczone aktywnie wspierały zamach stanu, który obalił Janukowycza, a nawet w tle knuły spiski dotyczące składu nowego rządu. Kiedy Donbas ogarnął sprzeciw wobec zamachu stanu na Majdanie, Europa odpowiedziała sankcjami i dyplomatycznym potępieniem, przedstawiając konflikt jako prosty moralitet. Jednak nawet na tym etapie możliwe było wynegocjowanie rozwiązania.
Porozumienia mińskie, a zwłaszcza Mińsk II z 2015 roku, stworzyły ramy dla deeskalacji konfliktu, autonomii Donbasu i reintegracji Ukrainy i Rosji w ramach rozszerzonego europejskiego porządku gospodarczego.
Mińsk II stanowił – choć niechętne – uznanie, że pokój wymaga kompromisu, a stabilność Ukrainy zależy od rozwiązania zarówno wewnętrznych podziałów, jak i zewnętrznych problemów bezpieczeństwa. Ostatecznie Mińsk II został zniszczony przez opór Zachodu. Kiedy później zachodni przywódcy zasugerowali, że Mińsk II służył przede wszystkim „kupieniu czasu” Ukrainie na wzmocnienie militarne, straty strategiczne były poważne. Z perspektywy Moskwy potwierdziło to podejrzenia, że dyplomacja zachodnia była cyniczna i instrumentalna, a nie szczera – że porozumienia nie miały być wdrażane, a jedynie wpływać na wizerunek.
Do 2021 roku europejska architektura bezpieczeństwa stała się nie do utrzymania. Rosja przedstawiła projekty propozycji wzywających do negocjacji w sprawie rozszerzenia NATO, rozmieszczenia rakiet i ćwiczeń wojskowych – dokładnie tych kwestii, przed którymi ostrzegała od dziesięcioleci. Propozycje te zostały odrzucone przez USA i NATO. Rozszerzenie NATO uznano za niepodlegające negocjacjom. Po raz kolejny Europa i Stany Zjednoczone odmówiły zaangażowania się w podstawowe kwestie bezpieczeństwa Rosji jako legalny przedmiot negocjacji. Nastąpiła wojna.
Kiedy wojska rosyjskie wkroczyły na Ukrainę w lutym 2022 roku, Europa określiła inwazję jako „niesprowokowaną”. Choć ten absurdalny opis może służyć propagandzie, całkowicie zaciemnia historię. Działania Rosji nie pojawiły się w próżni. Wynikały z nakazu bezpieczeństwa, który systematycznie odmawiał uwzględnienia obaw Rosji, oraz z procesu dyplomatycznego, który wykluczał negocjacje w kwestiach, które były dla niej najważniejsze.
Nawet wtedy pokój nie był niemożliwy. W marcu i kwietniu 2022 roku Rosja i Ukraina prowadziły negocjacje w Stambule, w wyniku których powstał szczegółowy projekt ram. Ukraina zaproponowała trwałą neutralność z międzynarodowymi gwarancjami bezpieczeństwa; Rosja zaakceptowała tę zasadę. Ramy obejmowały ograniczenia sił, gwarancje i dłuższy proces w kwestiach terytorialnych. Nie były to dokumenty fikcyjne. Były to poważne projekty, odzwierciedlające realia pola bitwy i strukturalne ograniczenia geograficzne.
Jednak rozmowy w Stambule załamały się, gdy Stany Zjednoczone i Wielka Brytania wkroczyły i nakazały Ukrainie niepodpisywanie traktatu. Jak później wyjaśnił Boris Johnson, stawką była wyłącznie hegemonia Zachodu. Załamanie się Procesu Stambulskiego dowodzi w sposób konkretny, że pokój na Ukrainie był możliwy wkrótce po rozpoczęciu specjalnej operacji wojskowej Rosji. Porozumienie zostało sporządzone i niemalże zawarte, ale zostało porzucone na żądanie Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii.
Do 2025 roku ponura ironia stała się oczywista. Te same ramy ze Stambułu ponownie wypłynęły na powierzchnię jako punkt odniesienia dla wznowionych wysiłków dyplomatycznych. Po ogromnym rozlewie krwi dyplomacja powróciła do prawdopodobnego kompromisu. To znany schemat w wojnach kształtowanych przez dylematy bezpieczeństwa: wczesne porozumienia, odrzucone jako przedwczesne, później okazują się tragiczną koniecznością. Jednak nawet teraz Europa opiera się negocjacjom pokojowym.
Dla Europy koszty tej długotrwałej niechęci do poważnego traktowania rosyjskich obaw o bezpieczeństwo są obecnie nieuniknione i ogromne. Europa poniosła dotkliwe straty gospodarcze w wyniku zakłóceń w dostawach energii i presji deindustrializacji. Zdecydowała się na długoterminową remilitaryzację, która pociąga za sobą poważne konsekwencje fiskalne, społeczne i polityczne. Spójność polityczna społeczeństw europejskich jest poważnie nadszarpnięta pod presją inflacji, presji migracyjnej, zmęczenia wojną i rozbieżnych poglądów rządów europejskich. Strategiczna autonomia Europy uległa zmniejszeniu, ponieważ Europa ponownie stała się głównym teatrem konfrontacji między mocarstwami, a nie niezależnym biegunem.
Co być może najgroźniejsze, ryzyko nuklearne ponownie znalazło się w centrum europejskich kalkulacji bezpieczeństwa. Po raz pierwszy od czasów zimnej wojny europejska opinia publiczna ponownie żyje w cieniu potencjalnej eskalacji konfliktu między mocarstwami posiadającymi broń jądrową. Nie jest to jedynie wynik porażki moralnej. Jest to wynik strukturalnej odmowy Zachodu, sięgającej czasów Pogodina, uznania, że pokoju w Europie nie da się zbudować, negując rosyjskie obawy dotyczące bezpieczeństwa. Pokój można zbudować jedynie poprzez negocjacje.
Tragedią negowania przez Europę rosyjskich obaw dotyczących bezpieczeństwa jest to, że stają się one samonapędzające. Gdy rosyjskie obawy dotyczące bezpieczeństwa są odrzucane jako bezpodstawne, rosyjscy przywódcy mają mniejszą motywację do działań dyplomatycznych, a większą do zmiany faktów. Europejscy decydenci interpretują te działania jako potwierdzenie swoich pierwotnych podejrzeń, a nie jako całkowicie przewidywalny wynik dylematu bezpieczeństwa, który sami stworzyli, a następnie zaprzeczyli. Z czasem ta dynamika zawęża przestrzeń dyplomatyczną, aż wojna dla wielu staje się nie wyborem, lecz nieuchronnością. Jednak ta nieuchronność jest sztucznie kreowana. Wynika ona nie z niezmiennej wrogości, lecz z uporczywej europejskiej odmowy uznania, że trwały pokój wymaga uznania obaw drugiej strony za realne, nawet jeśli są one niewygodne.
Tragedią jest to, że Europa wielokrotnie słono płaciła za tę odmowę. Zapłaciła w wojnie krymskiej i jej następstwach, w katastrofach pierwszej połowy XX wieku oraz w dekadach podziałów zimnej wojny. I płaci ponownie teraz. Rusofobia nie uczyniła Europy bezpieczniejszą. Sprawiła, że Europa stała się biedniejsza, bardziej podzielona, bardziej zmilitaryzowana i bardziej zależna od zewnętrznych potęg.
Dodatkową ironią jest to, że choć ta strukturalna rusofobia nie osłabiła Rosji w dłuższej perspektywie, wielokrotnie osłabiała Europę. Odmawiając traktowania Rosji jak normalnego podmiotu w sferze bezpieczeństwa, Europa przyczyniła się do powstania niestabilności, której się obawia, ponosząc jednocześnie rosnące koszty w postaci krwi, finansów, autonomii i spójności. Każdy cykl kończy się tak samo: spóźnionym uznaniem, że pokój wymaga negocjacji po tym, jak ogromne szkody zostały już wyrządzone. Lekcja, której Europa jeszcze nie przyswoiła, brzmi: uznanie obaw Rosji o bezpieczeństwo nie jest ustępstwem na rzecz władzy, lecz warunkiem koniecznym do zapobieżenia jej destrukcyjnym działaniom.
Lekcja, zapisana krwią przez dwa stulecia, nie polega na tym, że Rosji ani żadnemu innemu państwu należy ufać pod każdym względem. Chodzi o to, że Rosję i jej interesy bezpieczeństwa należy traktować poważnie. Europa wielokrotnie odrzucała pokój z Rosją, nie dlatego, że był on nieosiągalny, ale dlatego, że uznanie rosyjskich obaw o bezpieczeństwo było niesłusznie traktowane jako bezpodstawne. Dopóki Europa nie porzuci tego odruchu, pozostanie uwięziona w cyklu samodestrukcyjnej konfrontacji – odrzucając pokój, gdy jest to możliwe, i ponosząc koszty długo potem.
Jeffrey D. Sachs
Jeffrey D. Sachs jest profesorem uniwersyteckim i dyrektorem Centrum Zrównoważonego Rozwoju na Uniwersytecie Columbia, gdzie w latach 2002–2016 kierował Instytutem Ziemi. Jest również prezesem Sieci Rozwiązań na rzecz Zrównoważonego Rozwoju ONZ i komisarzem Komisji Szerokopasmowej ONZ ds. Rozwoju.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2414
Z profesorem Uniwersytetu Warszawskiego, sinologiem i politologiem, Bogdanem Góralczykiem rozmawia Anna Leszkowska.
- Panie Profesorze, przyzwyczailiśmy się do postrzegania Chin jako państwa o gospodarce odtwórczej, mało innowacyjnej. Tymczasem osiągnięcia tego państwa w takich branżach jak IT czy kosmiczna pokazują, że Chiny umiały przestawić się na gospodarkę innowacyjną, co np. nam się ciągle nie udaje. W czym tkwi sekret chińskiej zmiany?
- Po pierwsze, trzeba podkreślić, że nawet w latach rewolucji kulturalnej – największego zamieszania w Chinach – program kosmiczny wyłączono całkowicie spod wpływów Czerwonej Gwardii czyli hunwejbinów. Pokazuje to, że Chińczycy potrafią zgodzić się na wyłączenie spod jakiejkolwiek ideologii dziedzin o nadrzędnym znaczeniu dla państwa.
Po drugie, chińskie elity mają świadomość, że ich cywilizacja była kiedyś kwitnąca i innowacyjna i przyniosła tak epokowe wynalazki jak np. proch, papier, kompas, porcelanę czy jedwab. Widać z tego, że Chińczycy mają wolę polityczną oraz poczucie tożsamości i historii.
Jednak chiński system kształcenia – także i obecny – nie sprzyja innowacyjności, polega bowiem na pamięciowym przyswajaniu formuł. Ale Chiny od grudnia 1978 roku rozpoczęły bezprecedensowy proces transformacji – głównie ekonomicznej, a później i innych dziedzin.
Ten proces miał różne fazy, ale pod koniec XX wieku stało się jasne, że Chiny odradzają się jako mocarstwo, że stały się drugą gospodarką świata.
W latach 2012-2013 doszła do władzy obecna, tzw. piąta generacja z prezydentem Xi Jinpingiem, która zmienia azymuty i już nie buduje jak poprzednie elity chińskiego mocarstwa po cichu, ale wychodzi z bardzo śmiałymi wizjami tego, co Chiny chcą i do czego zmierzają.
Przybrało to nazwę dwóch nowych celów: na stulecie Komunistycznej Partii Chin (1.07.2021) i stulecie Chińskiej Republiki Ludowej (1.10.2049).
Pierwszy cel polega na wprowadzeniu nowego modelu rozwojowego opartego nie na eksporcie, ale na kwitnącym rynku wewnętrznym i klasie średniej, którą trzeba zbudować, a tym samym przejść najtrudniejszy egzamin, jaki się przechodzi w okresie zmian, czyli od ilości do jakości. Już nie można się opierać na podróbkach, trzeba tworzyć własne rozwiązania. Drugi cel - na stulecie ChRL – to wielki renesans Chin, które zamierzają być najbardziej kwitnącą cywilizacją na globie. A tego nie da się osiągnąć bez pokojowego zjednoczenia z Tajwanem.
Te cele sformułował Xi Jinping pod koniec 2014 roku, natomiast na ostatnim XIX Zjeździe KPCh, w październiku 2017 roku, dodał jeszcze jedną datę – 2035 rok, kiedy to Chiny mają się stać społeczeństwem innowacyjnym. Ale żeby tak się stało, Chiny w 2015 roku przyjęły 10-letni program Made in China 2015-2025, wzorowany na niemieckim programie Industrie 4.0. Chodzi więc o to, żeby już nie kraść, nie podrabiać, nie importować, ale tworzyć coś nowego.
W tym kontekście trzeba dodać jeszcze jeden ważny element: kiedy Chiny pod koniec 1978 roku ruszały do reform, to ówczesny wizjoner Deng Xiaoping, który cały ten program wymyślił i uruchomił, zaproponował, aby wysyłać studentów i doktorantów na najlepsze uczelnie świata, do USA, Wielkiej Brytanii, Japonii, Niemiec. Początkowo wysyłano najzdolniejszych, ale po 2-3 latach program stypendialny zmodyfikowano tak, aby wykształcić elity na potrzeby modernizacji państwa, czyli głównie w naukach ścisłych, inżynieryjnych, biotechnologii. Dzięki temu przez ostatnie 40 lat wykształcono na Zachodzie ponad 3,5 miliona Chińczyków władających biegle obcymi językami. Wyniki tego już widać w najwyżej punktowanych czasopismach naukowych, w których Chińczycy publikują swoje prace.
Czyli mamy tu program świadomego kształtowania elit i program kształtowania polityki przemysłowej i modernizacji państwa (program Chiny 2015-2025). Ponadto Chiny już obecnie wydają na B+R ok. 2% PKB (u nas jest to od lat poniżej 0,5%PKB), a chcą dogonić tych, którzy wydają najwięcej – Koreę Południową i Japonię, które wydają powyżej 3,5% PKB. To jest program rządowy, w którym zapisano stały wzrost nakładów na B+R, a równocześnie położono nacisk na własną wynalazczość.
I jeszcze sprawa, o której się na świecie nie mówi - a to błąd – że ważną rolę w tej modernizacji państwa odgrywają surowce w postaci pierwiastków ziem rzadkich, bez których nie jest możliwy postęp naukowo-techniczny. Chiny w tym obszarze mają monopol – i na produkcję, i na ich eksport (ponad 90%). Obecna wojna handlowa między USA a Chinami jest także wojną właśnie o technologie. Chiny już są dla nas wyzwaniem w wymiarze gospodarczym i handlowym, a chcą być też w wymiarze technologicznym, dlatego mamy szum wokół firmy Huawei.
- Możliwe, że nie mniejsze wyzwania niż w branży IT Chiny rzucą reszcie świata w technologiach kosmicznych…
- Chiński program kosmiczny jest od początku – z konieczności - autonomiczny, niezależny od rosyjskiego i amerykańskiego (w przeciwieństwie do programu atomowego). Chińczycy w konstruowaniu programu kosmicznego nie mogli korzystać z wcześniejszych osiągnięć Rosjan i Amerykanów, a mimo to, ich program uważany jest za trzeci w świecie pod względem rangi (po rosyjskim i amerykańskim). Jednak co ciekawsze – Chińczycy konkurują tu nie z USA czy Rosją, ale z Hindusami o to, kto pierwszy wyśle misję – może i załogową - na Marsa.
- Ale mają i takie programy jak stworzenie sztucznego słońca czy księżyca do oświetlania miast…
- Mam co do takich pomysłów mieszane uczucia, bo moim zdaniem, tego rodzaju inżynieria idzie tam zbyt daleko. Podam dwa, najbardziej spektakularne przykłady: wykopany ponad tysiąckilometrowy tunel do transportu wody z tybetańskich lodowców na pustynię do Xinjiangu (Sinciangu) oraz wykorzystywanie jodku srebra do sterowania pogodą, wywoływania sztucznych opadów – także nad Tybetem. To są ryzykowne działania, a mimo to – za zgodą władz – wprowadza się je w życie.
Ale znam jeden niebywały projekt, prof. Hu Anganga – jednego z najważniejszych chińskich strategów i ekonomistów, który jako pierwszy wyszedł z koncepcją zielonej gospodarki, opisując ją w książce Chiny. Innowacyjny zielony rozwój. Ten cel, budowy zielonej gospodarki, już teraz program rządowy, to jeszcze jedna sprawa, na którą winniśmy zwracać uwagę, skoro mówimy o innowacyjności. Chiny bowiem już wyprzedziły UE, jeśli idzie o alternatywne źródła energii. W ramach strategii przechodzenia na zieloną gospodarkę, jak sugeruje Hu Angang, powinno się jedną z prowincji - Quinghai – zrobić płucami Chin, nie wpuszczać tam przemysłu i ją zalesiać.
- Zmiana w podejściu do innowacyjności w Chinach była w jakimś stopniu uwarunkowana ustrojem i zarządzaniem?
- Dotychczas ustrój pozwalał umiejętnie sterować gospodarką i planować. W Chinach nic się nie dzieje na żywioł, tam jest wymieszanie rynku z interwencjonizmem państwowym. Chińczycy mają przemyślaną wizję państwa i staranną, świadomą strategię jej implementacji do gospodarki. Ale ok. 1,5 roku temu obecny przywódca Chin odszedł od strategii Denga Xiaopinga, czyli kolektywnego cesarza. Takim kolektywnym cesarzem w Chinach jest siedmioosobowy Stały Komitet Biura Politycznego KC KPCh. Xi Jinping idzie w stronę jedynowładztwa, systemu autorytarnego, który może być skuteczny, ale na krótką metę. Jest więc pytanie, czy da się pogodzić ów skrajnie autorytarny system (Chiny autorytarne były zawsze) z innowacyjnością, która wymaga ducha przedsiębiorczości i otwartych umysłów.
W tym kontekście warto obserwować, co się będzie działo z systemem edukacji w Chinach, który jest sztywny, pamięciowy, odgórnie narzucany i sterowany. Chińczycy bowiem uruchomili bezpośrednie połączenie między Pekinem a Helsinkami i minimum raz w tygodniu liczna delegacja chińska leci do Finlandii, żeby poznawać fiński system szkolnictwa, uchodzący za najlepszy w świecie. Chińczycy zebrane tam doświadczenia już implementują punktowo u siebie.
- A czy ten ustrój pozwala sprawnie zarządzać rozwojem naukowym?
- Pomaga. Do 2010-2012 roku system polityczno-gospodarczy opierał się na ekspansji i eksporcie, czego efektem był dwucyfrowy wzrost PKB. Ten obecny jest skierowany już na innowacyjne społeczeństwo, zieloną gospodarkę, a nawet bezwęglową. Bo Chiny, podobnie jak Polska, też mają energię głównie z węgla, choć jest to tylko 69% a nie 90% jak u nas. Zakłada się, że do 2030-2032 roku energia z węgla będzie stanowić tylko 50%, pozostałe 50% będzie pochodzić z OZE.
Jedynym wąskim gardłem jest brak dobrze wykształconej klasy średniej, zwłaszcza inżynierów, co utrudnia realizację wielkich projektów infrastrukturalnych, jakie Chiny realizują: jedwabnych szlaków, czy szybkich kolei. Pojawiają się głosy, aby ich importować ze świata, tyle że w Chinach nie ma zwyczaju przyjmowania obcych pracowników, bo zawsze był to najludniejszy kraj globu, z którego eksportowało się siłę roboczą, nie odwrotnie. Kłopot z kadrą inżynierską próbują więc rozwiązać tworzeniem technicznych szkół zawodowych na różnym poziomie.
- Czy technologie zachodnie są jeszcze dla Chin atrakcyjne?
- Świat jest zglobalizowany i choć Chiny może są największą wyspą na tym świecie, to jednak i one są włączone w światowe systemy. Przez trzy dekady, a na pewno po 1992 roku – wbrew traumie Tiananmen – do Chin przyszedł wielki kapitał, bo Chiny po rozpadzie ZSRR otworzyły mu szeroko wrota. Wykorzystywanie obcego kapitału – bez względu na sposób jego pozyskania - było zresztą jednym z podstawowych źródeł rozwoju Chin. Natomiast w latach 2014-2015 w Chinach dokonał się przełom kopernikański – po raz pierwszy Chiny stały się eksporterem kapitału i zgodnie z celami wyznaczonymi na 100-lecie partii i ChRL chcą być eksporterem największym na świecie. Patrząc na chińskie patenty, rozwiązania techniczne i technologiczne w wielu dziedzinach, widać że Chiny mają co dawać światu.
- Z przewrotu kopernikańskiego w Chinach moglibyśmy wyciągnąć jakieś wnioski dla siebie?
- Po raz pierwszy w chińskich dziejach, czyli od ok. 5 tys. lat, w interesie Chin jest wejście do Polski. To widać choćby z przebiegu dwóch jedwabnych szlaków, spośród których ten lądowy wytyczono przez nasze terytorium. Powinniśmy z tego skorzystać, bo Chińczycy mają pieniądze, wolę i strategię, z tym że mają inne interesy niż my. Ale wiedząc o tym, powinniśmy to mądrze rozegrać, na co się jednak nie zanosi, gdyż Huawei nie jest kompatybilny z Fort Trump. Bo jeśli stawiamy na Amerykanów, to automatycznie wykluczamy Chińczyków.
Dlaczego tak jest? Świat zachodni, głównie USA, ale i Niemcy, stawiały na Chiny przez blisko cztery dekady, inwestowały tam uważając, że im się to opłaci. Ale w 2018 roku nastąpiła wyraźna zmiana: zamiast zaangażowania Zachodu w Chinach zaczęła się strategiczna konkurencja z nimi, która nie wiadomo do czego doprowadzi, bo już mamy wojnę handlową, wojny celne – oby tylko nie było wojny prawdziwej, która kolejny raz potwierdziłaby prawdziwość pułapki Tukidydesa, czyli zderzenia interesów dotychczasowego hegemona (USA) z pretendentem (Chiny). Znaleźliśmy się bowiem w bardzo niebezpiecznym momencie dla świata, kiedy jedno mocarstwo szybko rośnie, a dotychczasowy hegemon – relatywnie słabnie.
Dziękuję za rozmowę.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1701
Spośród wielu zasad prawa międzynarodowego publicznego na czoło wysuwa się nigdzie nieskodyfikowana zasada praworządności międzynarodowej, inaczej nazywana zasadą legalizmu (rule of law). Wynika ona z powszechnego przekonania państw, że dla ochrony interesów wspólnoty międzynarodowej i każdego jej uczestnika z osobna konieczne jest przestrzeganie w praktyce norm zwyczajowych i stanowionych, a zwłaszcza ius cogens (norm imperatywnych) i zasad Karty Narodów Zjednoczonych.
O ile normy traktatowe, stanowione na drodze negocjacji dyplomatycznych, mogą ulegać zmianom, o tyle normy bezwzględnie obowiązujące, w tym zasady Karty, nie mogą być przedmiotem negocjacji i indywidualnych interpretacji. Są one bowiem rezultatem woli powszechnej uczestników stosunków międzynarodowych.
Każde państwo stosujące nielegalnie siłę wobec innego państwa narusza zakaz jej użycia według art. 2 ust. 4. Karty NZ, która jest fundamentalną zasadą prawa międzynarodowego. Sprawcy naruszenia prawa nigdy otwarcie nie przyznają się do takich czynów. Świadomie budują własne narracje, aby usprawiedliwić to, co nielegalne i niedopuszczalne. Okazuje się, że przy pomocy wojny wszystko można uzasadnić, nawet najbardziej absurdalne pomysły i racje.
Podobnie jak w przypadku inwazji na Irak w 2003 roku przez Stany Zjednoczone, tak obecnie Rosja odwołuje się do „ideologicznych” uzasadnień swojej agresji (denazyfikacja i zaprzestanie ludobójstwa) oraz uderzenia wyprzedzającego. Występując w obronie ludności rosyjskojęzycznej Donbasu Rosjanie nie zadbali, aby ten stan rzeczy jednoznacznie potwierdzić z udziałem gremiów międzynarodowych. Sięgnięto raczej do uzasadnień ideologicznych i propagandowych. Tak jak kiedyś konstatowała Susan Sontag, wszystkie wojny, nawet jeśli są prowadzone z tradycyjnych powodów (zagarnięcie ziem, grabież zasobów, ochrona ludności) są przedstawiane jako „starcia cywilizacji” i „wojny kultur”, przy czym każda ze stron rości sobie pretensje do wyższości i uznania przeciwników za barbarzyńców. Następuje „enemizacja” relacji międzyludzkich. Wróg jest obecny wszędzie, jeśli tylko zaprzecza „naszym” wartościom. Stanowi bowiem zagrożenie „naszej tożsamości”, „naszej wiary” i „naszego sposobu życia”. To złoczyńca i bluźnierca, rzucający wyzwanie wyższym i lepszym – bo „naszym” – wartościom.
Wojna i prawo
Wydaje się, że wiele zamieszania w prawie międzynarodowym wprowadziła doktryna interwencji humanitarnej, w imię której mocarstwa uznały – poza kompetencjami ONZ – że mogą podejmować działania w obronie praw człowieka, w tym swoich obywateli poza granicami. Mogą wkraczać zbrojnie w sprawy wewnętrzne innych państw, jeśli uznają, że prowadzą one politykę dyskryminacji czy ludobójstwa wobec własnych obywateli. Bez upoważnienia Rady Bezpieczeństwa ONZ interwencja humanitarna nie stanowi jednak wyjątku od zakazu użycia siły lub groźby jej użycia.
Powoływanie się na prawo do (zbiorowej) samoobrony samozwańczych „republik ludowych” – Ługańska i Doniecka – również nie wytrzymuje krytyki. W świetle prawa międzynarodowego te twory geopolityczne nie są uprawnione, jako części składowe Ukrainy, do zwracania się o pomoc i interwencję zbrojną przeciw macierzystemu państwu. Gdyby prawo międzynarodowe dopuszczało taką sytuację, to prowadziłoby do totalnej anarchizacji. Każda jednostka terytorialno-administracyjna, bądź polityczna (np. opozycja), niezadowolona ze swojego położenia w danym państwie, mogłaby zwracać się z prośbą o interwencję zewnętrzną. Zasada suwerennej równości państw (art. 2 ust. 1. Karty NZ) oznacza przede wszystkim prawo każdego państwa do równości wobec prawa, integralności terytorialnej oraz wolności i niepodległości politycznej. Każda interwencja zewnętrzna, dokonywana w jakiejkolwiek formie, narusza zatem zasadę suwerennej równości państw.
Uznanie niepodległości republik w Donbasie (22 lutego 2022 roku) w granicach całych obwodów– ługańskiego i donieckiego – oznaczało zanegowanie przez Rosję prawa do istnienia państwa ukraińskiego w granicach administracyjnych dawnej republiki radzieckiej (które po rozpadzie ZSRR oparto na granicach istniejących w jego ramach według zasady uti possidetis – „niech pozostanie tak, jak posiadacie”). Władimir Putin, sięgając do rewizjonistycznej interpretacji „sztucznych” granic w ramach ZSRR (co akurat było prawdą), podważył rację istnienia Ukrainy w dzisiejszych jej granicach. Trudno jednak zgodzić się z uznaniem „republik ludowych” za państwa durante bello, a więc podczas trwającego konfliktu. Takie uznanie jest pogwałceniem suwerenności państwa macierzystego. Stanowi bezprawną interwencję w jego stan posiadania i władztwa.
W postawie Rosji wobec uznania „republik ludowych” (wcześniej w 2008 roku wobec Abchazji i Osetii Południowej) występuje sprzeczność, jeśli chodzi o stanowisko względem Kosowa. Rosja blokuje jego uznanie, a tym samym stoi na przeszkodzie w przyjęciu go do ONZ. Na tym przykładzie widać wyraźnie, jak geopolityczne interesy mocarstw ograniczają zasadę samostanowienia narodów i jak instrumentalnie traktuje się różne jednostki geopolityczne. Na ekspansywną praktykę uznawania przez Rosję nowych podmiotów ostrożnie i podejrzliwie spoglądają Chiny, które przeciwstawiają się tendencjom secesjonistycznym i suwerenizacyjnym Tybetu, Sinciangu, Hongkongu i Tajwanu.
W dyskusji na temat kształtu ładu pozimnowojennego Rosja jednoznacznie powołuje się na zasadę niepodzielności bezpieczeństwa. Zgadza się z prawem wyboru sojuszy przez zainteresowane państwa pod warunkiem, że zwiększanie bezpieczeństwa jednych nie może się odbywać kosztem bezpieczeństwa innych. Ta zasada została zapisana w Karcie Bezpieczeństwa Europejskiego OBWE w Stambule, 19 listopada 1999 roku. Ponieważ obecnie nikt poza Rosją nie przywołuje tego dokumentu, warto zacytować stosowne przepisy z rozdz. II, pkt. 8: „Każde państwo uczestniczące ma równe prawo do bezpieczeństwa. Potwierdzamy niezbywalne prawo każdego państwa uczestniczącego do swobodnego wyboru lub zmiany rozwiązań dotyczących jego bezpieczeństwa, w tym do zmiany układów sojuszniczych w miarę ich ewolucji. Każde państwo ma również prawo do neutralności. Każde państwo uczestniczące będzie respektować prawa wszystkich innych państw w tym zakresie. Nie będą one umacniać swojego bezpieczeństwa kosztem bezpieczeństwa innych państw”. A w pkt. 9.: „Bezpieczeństwo każdego państwa uczestniczącego jest nieodłącznie powiązane z bezpieczeństwem pozostałych państw. Ludzki, ekonomiczny, polityczny i wojskowy wymiar bezpieczeństwa traktować będziemy jako jedną, nierozerwalną całość”.
Można oczywiście lekceważyć tego rodzaju zapisy jako niemające mocy prawnej, ale przecież państwa członkowskie OBWE nie podjęły w ogóle dyskusji na temat ich dzisiejszej interpretacji. Każda uczciwa diagnoza sytuacji w Europie Wschodniej wskazuje, że po ekspansji NATO na wschód w latach 1990 - 2000 została zachwiana równowaga sił, a Rosja miała prawo poczuć się osaczona. Strategia koncentracji sił (bandwagon) wokół amerykańskiego hegemona – zwycięzcy w „zimnej wojnie” - musiała wywołać reakcję innych potęg w imię przywrócenia balance of power. Rosja uznała, podobnie zresztą jak wspierające ją w tym względzie Chiny, Indie czy Brazylia, że strategia ta w sposób naturalny prowadzi do imperializacji i zawojowania świata przez jedno mocarstwo, co prędzej czy później wywoła zanegowanie unilateralnego przywództwa przez rywali. Tak było od najdawniejszych czasów, że po okresie hegemonii w systemie międzynarodowym powracała poligonia, czyli wielobiegunowość. Najczęściej działo się to poprzez długie i krwawe wojny.
Krucjata ideologiczna
Narracja rosyjska odwołuje się do zagrożeń interesów egzystencjalnych, nawiązując do licznych naruszeń prawa międzynarodowego przez państwa Zachodu, a interwencje zbrojne przeciw Jugosławii (Serbii), Irakowi, Libii i Syrii uznaje za haniebne łamanie zasad Karty NZ. W kategoriach pewnych analogii można byłoby zgodzić się z takim rozumowaniem. Ale kierując się przesłankami aksjologicznymi nie można dopuścić do takiego oto poglądu, że jeśli ktoś popełnił przestępstwo (i nawet gdy nie został za nie ukarany), to innym też wolno popełniać przestępstwa. Żadne więc wcześniejsze agresje i wojny nie są usprawiedliwieniem dla kolejnych agresji i wojen, obojętnie przez kogo wszczynanych.
Wojna na Ukrainie jest konsekwencją krucjat ideologicznych Zachodu ostatnich dekad. Pod przykrywką globalizacji Zachód realizuje swoją ekspansję w duchu neoliberalizmu na obszary, gdzie swoje „żywotne” interesy mają inne mocarstwa – zwłaszcza Rosja. Ukraina płaci cenę przeciągania jej na jedną ze stron. Przyczyny powyższych zjawisk tkwią w naturze współczesnego kapitalizmu korporacyjnego, który niszczy konkurencję, prowadzi rabunkową eksploatację planety, podporządkowuje interesy słabych państw i poprzez monopole finansowe, informacyjne i zbrojeniowe nakręca koniunkturę wojenną, celem dokonania redystrybucji zasobów (nowe strefy wpływów, likwidacja ostatnich bastionów suwerenności, zanim dojdzie do zwarcia z Chinami). Temu służy krucjata antyrosyjska. Na jej przykładzie widać, jak fantazmaty o liberalnym ładzie międzynarodowym zostały skonfrontowane z nową rzeczywistością, powodując ogromne straty materialne i ludzkie, ale także wysokie ceny energii, wysoką inflację, groźbę recesji, oraz potęgując rywalizację o nowe rynki i zasoby w skali globalnej.
Wojna na Ukrainie jest przykładem niezwykłego zaangażowania zewnętrznego po stronie napadniętego państwa. Dowodzi realnego wdrażania idei solidarności przez państwa i organizacje międzynarodowe, choć trudno to zjawisko oceniać jedynie w wymiarze moralnym. Należy także postawić pytanie – w czyim interesie i na czyją korzyść (cui bono) jest ona prowadzona. A także, jak wszystkie te przedsięwzięcia wyglądają w świetle prawa. Otóż oddziaływanie państw popierających Ukrainę ma przede wszystkim charakter wsparcia polityczno-dyplomatycznego, propagandowego i logistycznego (dostawy broni i uzbrojenia, doradztwo wojskowe, pomoc techniczna, szkolenie wojsk i wsparcie wywiadowcze). To wszystko powoduje, że konflikt może przerodzić się w długotrwałe „wykrwawianie” stron. Następstwem może być ich desperacja. Rosja może sięgnąć w ostateczności po broń masowej zagłady (o czym jest mowa w jej doktrynie wojennej), a Ukraińcy zwrócą się w stronę terroryzmu narodowowyzwoleńczego na niespotykaną dotąd skalę. Wydaje się, że największymi przegranymi będą strony bezpośrednio wojujące. UE zostanie całkowicie uzależniona od USA, a te jako zwycięzca będą ustalać reguły nowego porządku z Chinami. W ten sposób USA na jakiś czas przedłużą swoją hegemonię w systemie zachodnim i być może dzięki konsolidacji swojego społeczeństwa unikną wewnętrznych wstrząsów.
W imię celów najwyższych – obrony państwa ukraińskiego i jego obywateli - państwa i dwa ugrupowania: Unia Europejska i NATO, podejmują szereg działań, opartych na niejasnych zasadach. Na przykład, trwa masowy przesył broni na Ukrainę, co musi rodzić pytania o sposób jej dystrybucji, w czyje ręce ona trafia oraz jaki będzie sposób kontroli śmiercionośnych systemów po zawieszeniu walk. Pytania takie nie są bez znaczenia w kontekście negatywnych doświadczeń irackich, libijskich czy afgańskich.
O wielu posunięciach wobec Ukrainy decyduje wola polityczna państw wspierających, czyli akty wewnętrzne różnej rangi odgrywają większą rolę niż umowy międzynarodowe. Prawo jest funkcją siły i pokazuje, że zależy od woli najważniejszych graczy, a jej wyraz ma często charakter niejawny, bądź dla potrzeb opinii społecznej zmanipulowany. Ma się wrażenie, że dominują ustalenia pozaprawne, skrywane przed publicznością. Jest to zjawisko niebezpieczne, zwłaszcza że rządzący podejmują kosztowne zobowiązania, za które przyjdzie płacić kolejnym rządom i społeczeństwom.
Podwójne standardy
Podejmując masowe sankcje wobec Rosji, państwa zachodnie odstępują od zobowiązań traktatowych, zwłaszcza zasady dobrej wiary (bona fides), ufności i wiarygodności (pacta sunt servanda), nie mówiąc o naruszaniu prawa własności. Jeśli pax est servanda, to ze względu na wojnę można byłoby powołać się na wygaśnięcie umów, ale przecież nikt spośród stosujących sankcje wobec Rosji nie jest formalnie stroną w tej wojnie. Podobnie nie można przywoływać klauzuli zasadniczej zmiany okoliczności (rebus sic stantibus). Czym zatem, jeśli nie żywiołową dezynwolturą jest rozpętanie akcji odwetowych wobec Rosji, z brakiem respektu dla norm międzynarodowych? Jednocześnie, gdy Rosja zastosowała środki odwetowe choćby wobec Polski, odcinając dopływ gazu, wywołało to oburzenie głowy państwa i gotowość do podjęcia kroków prawnych wobec Gazpromu. Czy nie są to podwójne standardy, a może raczej logika oparta na „moralności Kalego”?
Brak woli kompromisu i determinacja każdej ze stron na rzecz utrzymania swoich stanowisk okazały się tragiczne w skutkach. Rosja – podobnie jak wielokrotnie czynili to Amerykanie – przyznała sobie pełne prawo do podjęcia „środków zaradczych”. Stanowi to bezpośrednie nawiązanie do doktryny George’a W. Busha, zakładającej dopuszczalność uderzeń wyprzedzających i wojnę prewencyjną. Daje to pole dla rozmaitych woluntarystycznych posunięć, grożących nieobliczalnymi konsekwencjami. Doktryna uderzeń wyprzedzających jest sprzeczna z zasadą samoobrony (art. 51 Karty NZ), co jednak trudno odróżnić od „antycypacyjnej” samoobrony w odpowiedzi na zbliżający się atak.
Z uwagi na „sakralny” charakter wojny na Ukrainie, „heroizację” obrony ojczyzny i walkę „aż do zwycięstwa” trudno o kreślenie perspektyw działań wojennych i ich konsekwencji. Być może Ukraina zgodzi się na rezygnację z aspirowania do członkostwa w NATO, co może być warunkiem wstępnym zawieszenia broni. Czy jednak taka koncesja nie zostanie uznana za przejaw stosowania przymusu zewnętrznego? Każda umowa zawarta pod przymusem, według konwencji wiedeńskiej o prawie traktatów z 1969 roku (art. 52) byłaby uznana za nieważną. Status bezpieczeństwa Ukrainy musiałby zatem być zagwarantowany na mocy wielostronnych traktatów, których treści nikt nie jest w stanie przewidzieć.
Rozrachunki in spe
W bilansowaniu tej haniebnej wojny przyjdzie czas na różne obrachunki. Przede wszystkim muszą być postawione pytania, jaka Ukraina, także pod względem ustrojowym (i ideologicznym), będzie zasługiwać na wieloletnie wsparcie w odbudowie. Przecież co do standardów funkcjonowania gospodarki, wymiaru sprawiedliwości czy wolności politycznych nawet państwa ją wspierające mają wiele wątpliwości. Jaka będzie rola oligarchów, którzy z ukrycia biorą udział w kreowaniu przyszłości? W jaki sposób wspólnota międzynarodowa wyegzekwuje od władz Ukrainy poszanowanie standardów międzynarodowych, dotyczących choćby ochrony mniejszości narodowych, językowych czy religijnych? Jak dotąd, jedynie Węgrzy upomnieli się o los swojej mniejszości na Rusi Zakarpackiej. Poza tym, jak w każdych rozliczeniach, przyjdzie czas na refleksję o odpowiedzialności politycznej za sprawczość każdej ze stron przed wybuchem wojny i w czasie jej trwania. Doświadczenie choćby sanacyjnej Polski pokazuje, że historia wystawia rachunki wszystkim rządzącym, nawet gdy w chwili uniesień byli uznawani za bohaterów.
Z pewnością nikt z rzetelnych badaczy i obserwatorów nie pominie pytania, o co właściwie toczy się ta wojna – o samodzielność Ukraińców (których?) we władaniu własnym państwem (w jakich granicach?), o ich dobrobyt i samostanowienie, czy o zwasalizowanie wobec atlantyckiego protektora? Trzeba mieć świadomość, że nie da się automatycznie przeszczepić zachodnich wzorów demokracji do państwa o zupełnie odmiennych tradycjach ustrojowych i autorytarnej kulturze politycznej. Każdy system polityczny wyrasta na gruncie własnych wartości i wzorów. Wojna na Ukrainie wyraźnie nasiliła konflikt ideologiczny, który przypomina najgorsze czasy „pierwszej zimnej wojny”.
Trwająca wojna jest katastrofą cywilizacji europejskiej. Jej barbarzyński charakter skazuje Rosję na anatemę, odpowiedzialność polityczną, materialną i karną, ale także dyskwalifikuje państwa zachodnie w ich irracjonalnym eskalowaniu wojny „w celu deeskalacji”. Dozbrajanie Ukrainy w imię nieustępliwości wobec agresora powiększa straty ludzkie i materialne, ogranicza determinację stron na rzecz zawieszenia broni i wolę negocjacji. Istnieje poważna groźba rozlania się wojny poza granice Ukrainy, a także zmiany jej charakteru z ograniczonej wojny konwencjonalnej w stronę wojny nuklearnej.
Stanisław Bieleń
Śródtytuły i wyróżnienia pochodzą od Redakcji SN

