Politologia (el)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 6278
22-24 sierpnia 2023 roku w Johannesburgu odbędzie się XV szczyt grupy BRICS, który może stać się symbolem radykalnej transformacji ładu międzynarodowego i spełnieniem jej aspiracji (1). Bifurkacja systemu międzynarodowego (I. Wallerstein) przechyla się bowiem w kierunku konstelacji Bandungu i osłabienia galaktyki Zachodu (D. Khudori); w reakcji oś anglosaskiego Heartlandu szuka nowych sposób na zachowanie dominacji (K. van Der Pijl) „porządku opartego na wartościach” przed naporem „Nowej ery”.
Upadają tym samym mniemania polskich badaczy widzących w BRICS efemeryczną „rzeczywistość wyobrażoną” (jakby przywódcy mocarstw nie mieli co robić!), anty-Zachód w rozsypce (jakby integracja europejska nie nabrała rozpędu po kilku dekadach), „nieprawdopodobną koalicję” zdominowaną gospodarczo przez Chiny (jakby USA nie dominowało na Zachodzie). Czas wreszcie opuścić, zapewniające bezpieczeństwo ontologiczne, ramiona europocentryzmu, by dostrzec obiektywną praktykę społeczną stosunków międzynarodowych.
Od idei do praktyki
Akronim BRIC odnoszący się do Brazylii, Rosji, Indii i Chin był ukuty przez Jima O'Neilla, analityka amerykańskiego banku Goldman Sachs w 2001 roku, aby zwrócić uwagę globalnych inwestorów na nowe przestrzenie do akumulacji i drenażu. Jednak w 2006 roku Rosja wsparta przez Brazylię wykorzystała akronim do kreacji klubu państw półperyferyjnych dążących do osłabiania „przemocy strukturalnej” generowanej przez instytucje kontrolowane przez Zachód.
Trzy lata później odbył się pierwszy szczyt z udziałem szefów państw, szczyt w Jekaterynburgu, a rok późnej przyjęto Republikę Południowej Afryki, zmieniając nazwę na BRICS. Odrzucenie prośby USA o status obserwatora potwierdzało, że zbliżenie przedstawicieli cywilizacji prawosławno-słowiańskiej, konfucjańskiej, latynoamerykańskiej, hinduskiej i afrykańskiej było nie przypadkowe. Rozpoczęto tworzenie „związku międzycywilizacyjnego państw dla „Nowej ery”.
Za największe osiągnięcia grupy można uznać pojawienie się w 2014 roku Nowego Banku Rozwoju (NDB) oraz Funduszu Rezerw Walutowych zaprojektowanego w celu wspierania krajów członkowskich borykających się z trudnościami płatniczymi. Inicjatywy te pokazywały, że kraje BRICS zamierzają tworzyć instytucje, które reprezentują interesy gospodarek wschodzących i stanowią alternatywę dla Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego.
Do perspektywicznej spółki lecą nowe jaskółki
Interwencja Rosji na Ukrainie 24.04.2022 r. jest kluczowym momentem obecnej rywalizacji geopolitycznej, niezależnie czy uznać, że była ona niczym niesprowokowana (prezydent Joe Biden a za nim 50 państw), czy jednak sprowokowana przez Zachód (papież Franciszek, Jeffrey Sachs, John Mearsheimer, Noam Chomsky, BRICS). W każdym razie nawet Fareed Zakaria uznał, że wojna rosyjsko-ukraińska „wyznacza początek ery postamerykańskiej” (2), a prezydent USA, że świat znajduje się w punkcie zwrotnym, i najbliższe pięć lat określi kształt świata przez następne dziesięciolecia.(3)
I oto w 2023 roku na świat zeszła lawina informacyjna, gdy przedstawiciel RPA Anil Sooklal ujawnił, że wśród około 30 państw dążących do wstąpienia do BRICS są: Algieria, Argentyna, Afganistan, Bangladesz, Bahrajn, Białoruś, Wenezuela, Egipt, Zimbabwe, Indonezja, Iran, Kazachstan, Meksyk, Nigeria, Nikaragua, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Pakistan, Arabia Saudyjska, Senegal, Syria, Sudan, Tajlandia, Tunezja, Turcja, Urugwaj (4). Dodajmy do tego aspiracje Etiopii, Jamajki, Kuby, a poniższa mapa jeszcze bardziej się zaczerwieni. Chociaż nie ma dotąd żadnych formalnych kryteriów przyjmowania nowych członków, na początek może to być pięć państw, chociaż przypuszczam, że mogą to być Indonezja, Iran i Argentyna tworząc ABRIIICS. 
Kluczowym impulsem dla dynamiki rozwoju BRICS stało się usunięcie przez Stany Zjednoczone i kraje zachodnie Rosji z globalnej architektury finansowej, w szczególności ze Stowarzyszenia na rzecz Światowej Międzybankowej Telekomunikacji Finansowej (SWIFT), konfiskata rosyjskiej własności publicznej i osobistej oraz zamrożenie 300 miliardowych rezerw walutowych tego kraju.
Środki te wykroczyły daleko poza typowe, pozbawione przemocy środki konfrontacji stosowane przez państwa narodowe, takie jak wojny handlowe, blokady technologiczne i embarga na ropę naftową, rażąco zaprzeczając głoszonemu „porządkowi opartego na wartościach”, że „długi muszą zostać spłacone" i „własność prywatna jest nienaruszalna". Członkowie i kandydaci do BRICS nie chcą już hegemonii dolara oznaczającej (1) konieczność gromadzenia dolarów w rezerwach walutowych, (2) płacenie prowizji, (3) poddanie się dyktatowi USA w obawie przed sankcjami, (4) utratę suwerenności i (5) dodatkowe tarcia w prowadzeniu interesów.
Czas dedolaryzacji
Już na pierwszym szczycie w 2009 za główny cel BRICS przyjęto dedolaryzację, ale dopiero w 2022 roku grupa tworzy największy blok gospodarczy pod względem parytetu siły nabywczej PKB (PPP) (31,5%) wyprzedzając G7 (30,7%) i reprezentując 41% światowej populacji (5).
Niczym manifest „Nowej ery” zabrzmiały słowa prezydenta Brazylii, Luli da Silvy, który 14 kwietnia w Szanghaju, przedstawiając Dilmę Rousseff na stanowisko prezesa NDB: zawołał: „Dlaczego każdy kraj ma być przywiązany do dolara w handlu? ... Kto zdecydował, że dolar będzie (światową) walutą?". Brazylia i Chiny ogłosiły podpisanie porozumienia w sprawie prowadzenia wszystkich przyszłych transakcji handlowych przy użyciu walut krajowych. Transakcje będą przechodzić przez CIPS - chińską wersję SWIFT, a więc mamy do czynienia z całkowitym odcięciem od finansowego porządku świata po II wojnie światowej.
Już 2/3 handlu z 180 miliardów dolarów między Rosją a Chinami odbywa się w juanach i rublach, a Rosja używa juana jako głównej waluty w rezerwach walutowych, rosyjskie firmy emitują obligacje RMB, rosyjskie banki pozwalają ludziom otwierać konta w juanach i - co istotne globalnie - Rosja będzie używać chińskiego juana do handlu z Azją, Afryką i Ameryką Łacińską. Powstaje już BRICS Pay, które można zainstalować na smartfonach w celu dokonywania zakupów w dowolnym z pięciu krajów, niezależnie od waluty (6).
Również sojusznicy i partnerzy USA, tacy jak Indie, Afryka, ASEAN, Ameryka Łacińska, a nawet niektóre kraje europejskie zmieniają swoją politykę. Moskwa w walutach narodowych rozlicza już także handel z Indiami, które zastąpiły UE jako odbiorcę ropy naftowej płacąc w dirhamach ZEA, rublach, a nawet juanach. New Delhi ma zresztą umowy z co najmniej 18 krajami, dotyczące rozliczania płatności w rupiach indyjskich.
Jednak siedmiomilowy strategiczny krok zapowiedział prezydent Federacji Rosyjskiej Władimir Putin podczas szczytu w lipcu 2022 r., mówiąc o planach kreacji „nowej globalnej waluty rezerwowej" (7), być może na wzór chińskiej waluty cyfrowej banku centralnego (CBDC). Jednak wiceprezes i dyrektor finansowy NDB Leslie Maasdorp twierdzi, że nie ma żadnych bezpośrednich planów stworzenia wspólnej waluty przez grupę - według niego, „rozwój czegokolwiek alternatywnego jest raczej ambicją średnio- i długoterminową” (8). Na odpowiedź musimy poczekać do sierpniowego szczytu. Warto dodać, że Bangladesz, Zjednoczone Emiraty Arabskie i Egipt dołączyły do NDB, a Urugwaj jest w trakcie.
Prawdziwym czarnym łabędziem zwiastującym koniec hegemonii dolara jest jednak nowa geopolityka Arabii Saudyjskiej, która nie tylko chce wejść do banku, ale stać się członkiem BRICS oraz Szanghajskiej Organizacji Współpracy po decyzji o przejściu na juana w rozliczeniach za ropę. Odejście USA od parytetu złota w 1971 roku oraz umowa z Saudyjczykami w 1973 o powstaniu petrodolara była przecież podstawą jego hegemonii. Gdy inne kraje OPEC pójdą w ślady Saudyjczyków, to może to doprowadzić do przeceny wartego 7 bilionów dolarów rynku ropy naftowej (9). Amerykański prezydent, który obiecał zrobić z Saudyjczyków pariasa nie chce więc zapewne pamiętać o tym strategicznym błędzie nie tylko z powodów fizjologicznych.
Coraz wyraźniejsze są także dążenia państw Ameryki Południowej do anulowania „Doktryny Monroe’a” idealnie w jej dwusetną rocznicę, co wyraził prezydent Salwadoru Nayib Bukele. Brazylia i Argentyna przechodzą na handel juanami z Chinami, a nawet planują wspólną walutę. Do BRICS chce również wejść Meksyk, a prezydent Andres Obrador podczas „Szczytu demokracji” powiedział patrząc w oczy Bidenowi, że państwo oligarchiczne nie ma prawa pouczać innych o demokracji. W reakcji pojawiają się propozycje republikanów w Kongresie dotyczące interwencji wojskowej w Meksyku, jakże wymowny przykład różnicy pomiędzy upadającym układem hegemonicznym i paradygmatem „nowej ery” win-win (10).
Wyobraźmy sobie zatem BRICS+ z trzema gigantami naftowymi: Rosją, Arabią Saudyjską i Iranem, a może nawet ZEA, Meksykiem, Wenezuelą i Nigerią, które mogą odpowiadać za 60% światowej produkcji ropy. Rosja i Iran to także nr 1 i 2, jeżeli chodzi o rezerwy gazu ziemnego na świecie. Łatwo przewidzieć, że do 2030 r. grupa osiągnie 50% globalnego PKB. Czy trudno będzie zatem stworzyć nową walutę opartą nie tylko o złoto, ale także inne towary, takie jak metale ziem rzadkich, srebro, surowce naturalne, ziemia i zboże? Pełna materializacja „Nowej ery” mogłaby nastąpić, gdyby waluta BRICS rozszerzyła się na kraje Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej i Szanghajskiego Organizacji Współpracy, a może nawet obejmującej 147 państw chińskiej inicjatywy Pasa i Szlaku. (11) Wprowadzenie równoległego międzynarodowego systemu płatności BRICS nie tylko uodporniało by na stosowanie sankcji, ale również stanowiło zabezpieczenie przed najgorszym scenariuszem: implozją globalnego systemu dolarowego obciążonego niezrównoważonym długiem w wysokości 300 bilionów dolarów. (12)
Co ciekawe twórca akronimu BRIC, Jim O'Neill popiera nową walutę, dodając że nie zagrozi pozycji dolara. Większy pesymizm ujawnia Christine Lagarde, prezes Europejskiego Banku Centralnego (EBC) która obawia się końca hegemonii dolara i euro (13). Również Joseph Sullivan, główny ekonomista Białego Domu za prezydentury Donalda Trumpa, wskazuje na erozję dominacji dolara i powstanie wielobiegunowego porządku monetarnego.(14)
Zbudować tamy na płynącej rzece
Kolektywny Zachód podejmuje wiele zabiegów, aby powstrzymywać obiektywny proces powstawania świata wielobiegunowego. G7 zaprosiło do udziału Indie i Brazylię na ostatnie szczyty. Zwodnicza okazała się pierwsza zagraniczna wizyta prezydenta Brazylii Luli Da Silvy do Waszyngtonu, gdy potem to właśnie on otwarcie uderzył w dolara. Z kolei Rosja została osłabiona przez wojnę przeciwko Ukrainie wspieraną przez aż 50 państw. Poddana reżimowi 14 tysięcy sankcji; przegrywając na polu wojny informacyjnej, nie tylko nie upadła, ale nawet wzmocniła gospodarkę.
Najbardziej perspektywicznym „słabym ogniwem” wydają się Indie, dlatego premier Naredra Modi został z honorami przyjęty w Białym Domu i Kongresie, ogłaszając złotą erę relacji amerykańsko-indyjskich (15). Ale jednak jeszcze w czasie lotu powrotnego hinduski przywódca wsparł prezydenta Putina przeciwko pełzającemu puczowi, a szef Rady Bezpieczeństwa Indii był w Moskwie i rozmawiał o rozwoju uprzywilejowanego partnerstwa strategicznego (16).
Wreszcie w Pekinie zawitał Sekretarz Stanu USA, Anthony Blinken, łaskawie przyjęty w ostatniej chwili przez Xi Jinpinga. Uznanie Tajwanu za część ChRL miało zakopać topór wojenny, a Chińczycy tłumaczyli spokojnie, że korzyści z 700 miliardowego obrotu handlowego wymagają od USA zrozumienia swojego miejsca w „Nowej erze”. O braku takiej możliwości przekonał prezydent Joe Biden już następnego dnia, określając chińskiego przywódcę mianem dyktatora. Pomimo tego, sekretarz skarbu USA Janet Yellen udało się dotrzeć w lipcu do Chin, aby zapobiec nadmiernej wyprzedaży dolarowych aktywów w sytuacji, gdy po zniesieniu kolejnego ograniczenia amerykański dług wzrósł o ponad 700 miliardów w ciągu jednego miesiąca.
Rzucono wreszcie najsilniejszy desant, gdy prezydent Francji Emmanuel Macron poprosił prezydenta RPA Cyrila Ramaphosę o możliwość wzięcia udziału w szczycie. Nie tylko przez otwarty sprzeciw Moskwy nie przyniesie to jednak pożądanego rezultatu. Co prawda, plotki o przeniesieniu szczytu do Chin okazały się błędne, ale RPA nie zdążyło wypowiedzieć przynależność do Międzynarodowego Trybunału Karnego, który wydał nakaz aresztowania rosyjskiego prezydenta i zamiast niego przyjedzie minister spraw zagranicznych, Siergiej Ławrow.
Nadchodząca „Nowa era” systemu międzynarodowego zapowiada więc rewizję nie tylko dotąd panujących instytucji ekonomicznych, ideologii i układu sił, ale również instytucji prawno-karnych, a nawet świata sportu i kultury. Oprócz odbywających się już festiwali filmowych zapowiedziano bowiem pierwsze Igrzyska BRICS w Kazaniu w czerwcu 2024, zaledwie miesiąc przed rozpoczęciem Igrzysk Olimpijskich w Paryżu.(17) Co więcej na miesiąc przed szczytem wspominany już Anil Sooklal, podniósł możliwą liczbę członków BRICS do… ponad 50 krajów (18) Czyżby chodziło o powstanie alter ONZ?
XV szczyt BRICS w Johannesburgu zapowiada się więc wyjątkowo: koncepcja akcesji nowych członków; propozycja nowej waluty, wreszcie wspólne zdjęcia przywódców reprezentujących ponad połowę ludzkości, gdyż prezydent RPA zaprosił do udziału wszystkich przywódców państw afrykańskich.
Inkluzywność „Nowej ery” oznacza, że BRICS nie opiera się na idei dominacji, ale podmiotowej partycypacji. Dlatego szeroko powtarzane są wezwania Xi Jinpinga, aby przeciwstawić się hegemonizmowi i polityce siły, odrzucić mentalność zimnowojenną i konfrontację blokową oraz współpracować na rzecz budowania globalnej wspólnoty bezpieczeństwa dla wszystkich.(19)
Jakże trafna jest także diagnoza hinduskiego ministra spraw zagranicznych Subrahmanyama Jaishankara, który wskazał, że „sednem problemów, przed którymi stoimy, jest koncentracja gospodarcza, która pozostawia zbyt wiele narodów na łasce zbyt niewielu".(20)
Systemy polityczne jej członków nie wywodzą się jednak z jednego źródła, różne fundamenty cywilizacyjne krajów BRICS bezpośrednio uniemożliwiają im stworzenie stowarzyszenia, którego wewnętrzna dyscyplina byłaby porównywalna z Zachodem. Członkowie tej grupy wciąż stoją przed koniecznością wypełnienia treścią alternatywnego paradygmatu relacji międzynarodowych, który stanie się pożądanym horyzontem dla aktywności państw w „Nowej erze”.
Gracjan Cimek
Przypisy
(1) Zob. G. Cimek, Globalne aspiracje grupy BRICS, „Przestrzeń Społeczna (Social Space) 3/1 (5), s. 128-158 2013
(2) F. Zakaria, Putin’s invasion of Ukraine marks the beginning of a post-American era, https://www.washingtonpost.com/opinions/2022/03/10/why-the-west-cant-let-putin-win-in-ukraine/
(3) Remarks by President Biden Ahead of the One-Year Anniversary of Russia’s Brutal and Unprovoked Invasion of Ukraine, 21.02.2023, https://www.whitehouse.gov/briefing-room/speeches-remarks/2023/02/21/remarks-by-president-biden-ahead-of-the-one-year-anniversary-of-russias-brutal-and-unprovoked-invasion-of-ukraine/
(4) More than 30 countries want to join the BRICS, May 24, 2023 https://moderndiplomacy.eu/2023/05/24/more-than-30-countries-want-to-join-the-brics/
(5) BRICS overtakes G7 nations in global GDP…Acorn Macro Consulting
https://nigerianobservernews.com/2023/04/brics-overtakes-g7-nations-in-global-gdp-acorn-macro-consulting/
(7) Путин заговорил о новой валюте, которая придет на смену доллару, ://www.mk.ru/economics/2022/06/22/putin-zagovoril-o-novoy-valyute-kotoraya-pridet-na-smenu-dollaru.html
(8) BRICS New Development Bank: No Common Currency Yet, Jul 06,2023https://www.silkroadbriefing.com/news/2023/07/06/brics-new-development-bank-no-common-currency-yet/
(9) Jan Krikke, The financial reset is near. The world is drowning in a sea of debt, by November 14, 2022, https://asiatimes.com/2022/11/the-financial-reset-is-near/
(10) How Mexico's Admission to BRICS Could Impact National security
https://strikesource.com/2023/04/08/how-mexicos-admission-to-brics-could-impact-national-security/?fbclid=IwAR2xCJTdFXSRya0wMkizrp_yep-aIG0mu9N0QDpzNRTu4ASwFOGpa5SiIVs
(11) Chris Devonshire-Ellis, The New Candidate Countries For BRICS Expansion
https://www.silkroadbriefing.com/news/2022/11/09/the-new-candidate-countries-for-brics-expansion/
(12) Jan Krikke, The financial reset is near. The world is drowning in a sea of debt, by November 14, 2022, https://asiatimes.com/2022/11/the-financial-reset-is-near/
(13) https://www.ecb.europa.eu/press/key/date/2023/html/ecb.sp230417~9f8d34fbd6.en.html
(14) J. Sullivan, A BRICS Currency Could Shake the Dollar’s Dominance, https://foreignpolicy.com/2023/04/24/brics-currency-end-dollar-dominance-united-states-russia-china/
(15) https://audycje.tokfm.pl/podcast/141980,Czym-premier-Indii-sobie-zasluzyl-by-witac-go-czerwonym-dywanem-w-USA?fbclid=IwAR0IBZg2xZEPNh5Mb8vtE63ldgaC28312h76j4kO7dq32cqQrryJdICaI7Q
(16) https://youtu.be/qQYRUwusy2Q
(17) https://sport.interia.pl/pilka-nozna/igrzyska-olimpijskie/news-to-sie-jednak-dzieje-beda-alternatywne-igrzyska-rosji-zapros,nId,6897813?fbclid=IwAR1xMhHY9N1-b9X84m3wVdo3TKn0v4pqSu_Ph2rJfZIqUT0LKBzShH094bM
(18) Anil Sooklal, More than 50 countries may join BRICS in the future https://tvbrics.com/en/news/anil-sooklal-more-than-50-countries-may-join-brics-in-the-future/
(19) Chiny zwróciły się wprost do czterech krajów. Mocne słowa Xi https://wiadomosci.wp.pl/xi-krytykuje-powinniscie-odrzucic-mentalnosc-zimnej-wojny-6770852584548864a
(20) Growth Of BRICS And Its Impact On Global Politics, https://crescent.icit-digital.org/articles/growth-of-brics-and-its-impact-on-global-politics czy to wystarczy?
- Autor: Stanisław Bieleń
- Odsłon: 12275
Warunkiem właściwego sformułowania interesu narodowego przez elity rządzące – zgodnie z założeniami konstruktywizmu – jest rzetelne rozpoznanie środowiska międzynarodowego, identyfikacja interesów partykularnych, kolektywnych i komplementarnych. Zadanie to zależy od jakości przywództwa politycznego, sprawności i kompetencji ludzi zatrudnionych w aparacie służby zagranicznej.
Kategoria interesu narodowego należy do centralnych w dziedzinie polityki zagranicznej i stosunków międzynarodowych. Jej analityczne i wyjaśniające walory są jednak przeceniane, co wynika z powszechności stosowania, często w znaczeniu intuicyjnym i zdroworozsądkowym.
Czym jest interes narodowy?
Interes narodowy w sensie przedmiotowym odnosi się do czynników motywacyjnych w polityce państwa, stanowiących odzwierciedlenie naturalnych tendencji do obrony posiadanych wartości i zdobywania wartości pożądanych. Jest instrumentem mobilizującym, integrującym i konsolidującym elity polityczne i obywateli danego państwa w sferze działań i oddziaływań międzynarodowych. Można go traktować dwojako – jako kategorię ideologiczną i idealizacyjną oraz jako wytyczną pragmatycznego działania w polityce zagranicznej.
W pierwszym przypadku interes narodowy wskazuje na rangę wartości nadrzędnych, lub uznawanych za takie w danej zbiorowości narodowej. W drugim – chodzi o stymulator aktywności, oparty na kalkulacji zysków i strat w osiąganiu celów, jakie przed państwem wyznacza strategia polityczna. W obu przypadkach interes narodowy wyraża się w retoryce politycznej, która sprzyja uzasadnianiu działań podejmowanych w jego realizacji.
W sensie podmiotowym najbardziej typowe jest ujmowanie go w odniesieniu do narodu w znaczeniu etnicznym, rozumianego jako grupa społeczna o homogenicznej kulturze, wspólnym języku, religii, tradycjach czy obyczajach. Na uwagę zasługują tu koncepcje nacjonalistyczne, odwołujące się do zmitologizowanej solidarności i tożsamości opartej na więzach krwi.
W nowoczesnym, zracjonalizowanym ujęciu interes narodowy odnosi się raczej do politycznej wspólnoty obywatelskiej, w której wszystkie jednostki łączy lojalność wobec państwa, takie same reguły równości i wolności niezależnie od pochodzenia etnicznego, wyznania czy języka.
Im większe zaangażowanie obywateli w artykułowanie interesu narodowego i im silniejsza demokratyczna kontrola nad państwem, tym mniejszy jest dystans między rozumieniem interesu przez społeczeństwo a polityką państwa. W państwach wielonarodowych interes narodowy stanowi wypadkową interesów części składowych i w przypadku kolizji z ich oczekiwaniami, zawsze przeważa interes całości, odpowiadający przede wszystkim interesowi narodu tytularnego.
Realizm polityczny a zadania państwa
Pod względem teoretycznym kategorię interesu narodowego najbardziej spopularyzował realizm polityczny. Wielu przedstawicieli tego nurtu, od Hansa Morgenthaua i Johna Hertza poczynając, wskazywało na główny motyw zachowań państw w anarchicznym środowisku międzynarodowym, jakim jest przetrwanie. Zadaniem każdego państwa jest ochrona jego fizycznej, politycznej i kulturowej tożsamości, całości i pewności. Miejsce zajmowane w systemie dystrybucji sił decyduje o możliwościach zagwarantowania tych wartości. Potęga i bogactwo stanowią niezbędne środki dla przetrwania państw i ich bezpieczeństwa. Dążenie do maksymalizacji potęgi (obejmujące ochronę własnego stanu posiadania, ale i ekspansję kosztem innych) leży więc u podstaw definiowania interesu narodowego w całej tradycji realistycznej, od czasów starożytnych do współczesności.
Krytycy realizmu wskazują z jednej strony na ograniczenia poznawcze redukujące życie międzynarodowe do rywalizacji i walki, będących konsekwencją deterministycznie pojmowanego stosunku sił, a z drugiej strony na zbyt enigmatyczną treść tej kategorii, która ignoruje rolę interpretacji różnych złożonych czynników występujących w stosunkach międzynarodowych.
Realizm polityczny przecenia obiektywne i materialne komponenty interesu narodowego, podczas gdy na konkretne zachowania decydentów państwowych wpływają subiektywne odczucia czy wyobrażenia.
Z powodu wyżej wskazanych słabości na kategorię interesu narodowego warto spojrzeć z perspektywy konstruktywistycznej. Zgodnie z interpretacją Alexandra Wendta, to nie anarchia międzynarodowa kreuje motywacje zachowań państw, lecz one same, definiując swoje interesy i tożsamości w pluralistycznym systemie międzynarodowym, tworzą środowisko przypominające anarchię.
Konstruktywistom przypisuje się także stwierdzenie, że artykulacja interesów państwa stanowi konkretyzację jego tożsamości w stosunkach międzynarodowych. To decydenci polityki zagranicznej mają najwięcej do powiedzenia, jeśli chodzi o interpretację interesu narodowego. Już dawno stwierdzono, że interesem narodowym jest niekoniecznie to, co obiektywnie najlepsze dla zbiorowości zamieszkującej państwo, lecz to, co rządzący za najlepsze uznają.
Interpretacja interesu narodowego
Interpretacja interesu narodowego zależy zawsze od rozumienia okoliczności warunkujących zachowania międzynarodowe państwa. To zaś jest funkcją ich wiedzy, doświadczenia i wrażliwości poznawczej, a także ideologii.
Politycy wykorzystują często kategorię interesu narodowego w sposób instrumentalny, w celu pobudzania poparcia społecznego dla swoich koncepcji i programów politycznych. Interes narodowy jest przedmiotem gier politycznych i walki o władzę między rywalami. Rozmaite frakcje polityczne ścierają się ze sobą o to, aby udowodnić przywiązanie do narodowych wartości i zdobyć trwałe miejsce na scenie politycznej. Spośród wszystkich instytucji publicznych to jednak rząd ma najwięcej środków, aby w zależności od diagnozy sytuacji formułować oceny tego, co jest optymalne w danych okolicznościach dla państwa i jego obywateli. Prowadzona przez rząd polityka zagraniczna jest platformą artykulacji, definiowania i realizacji interesu narodowego.
Pod szyldem interesu narodowego kryją się uświadamiane preferencje państw, które powstają jako rezultat wewnętrznych potrzeb materialnych i funkcjonalnych. Preferencje te powstają również pod wpływem czynników zewnętrznych, często jako wynik naśladownictwa oraz uczenia się na wzorach sprawdzonych lub przeżytym doświadczeniu innych uczestników stosunków międzynarodowych. Mogą wynikać ze zobowiązań sojuszniczych, lojalności czy podległości wobec silniejszego partnera, protektora bądź hegemona.
We współczesnym świecie ważnym uwarunkowaniem preferencji państw są też normy etyczne, polityczne i prawne, które określają, co jest dopuszczalne, a co nie w zachowaniach międzynarodowych. Naruszenie reguł akceptowanych przez uczestników „społeczności międzynarodowej” wywołuje restrykcje tak ze strony państw, ich ugrupowań, jak i instytucji międzynarodowych, np. ONZ. Preferencje państw są wreszcie pochodną ról i utrwalonych pozycji oraz statusów w środowisku międzynarodowym (siły moralnej, prestiżu, uznania, rangi, osiągnięć i sukcesów).
Interes narodowy jest kategorią zbiorczą, obejmującą rozmaite interesy cząstkowe czy sektorowe o charakterze: politycznym, gospodarczym, wojskowym, technologicznym, kulturalnym i społecznym. W każdej z tych dziedzin można wyodrębnić interesy: żywotne i drugorzędne, wieczyste i doraźne, kolektywne i indywidualne, egoistyczne i altruistyczne, aspiracyjne, operacyjne i polemiczne.
Najbardziej przekonująca klasyfikacja, zaproponowana w literaturze polskiej przez Józefa Kukułkę, do dzisiaj nie straciła swojej wartości analitycznej i poznawczej. Jego podział na trzy typy interesów wskazuje na znaczenie leżących u ich podstaw potrzeb egzystencjalnych, koegzystencjalnych i funkcjonalnych.
Interesy egzystencjalne obejmują zaspokojenie materialnych i świadomościowych potrzeb państwa w stopniu zapewniającym jego przetrwanie, bezpieczeństwo, całość, pewność, identyczność, przystosowanie i rozwój; interesy koegzystencjalne obejmują zaspokojenie materialnych i świadomościowych potrzeb państwa w zakresie: autonomii, suwerenności, uczestnictwa, przynależności, łączności, współżycia, współpracy, współzawodnictwa, korzyści, wzajemności, pozycji i roli; natomiast interesy funkcjonalne obejmują: zaspokojenie materialnych i świadomościowych potrzeb państwa w zakresie międzynarodowej informacji, percepcji, regulacji, skuteczności, sprawności i innowacji w procesach uczestnictwa międzynarodowego.
We współczesnym coraz bardziej zglobalizowanym i współzależnym systemie stosunków międzynarodowych interes narodowy poszczególnych państw splata się z interesami zespołowymi i zespolonymi (sojuszniczymi, integracyjnymi). Choć tendencje egoistyczne i partykularne nieraz biorą górę nad tendencjami altruistycznymi i uniwersalnymi, to jednak obserwuje się coraz więcej zrozumienia dla strategii kooperacyjnych i akomodacyjnych, kosztem strategii rywalizacyjnych. Jednakże państwa „rzadko zachowują się jak święci”; nawet gdy głoszą wzniosłe hasła i szlachetne intencje, często realizują własne, pojmowane egoistycznie interesy. Warto o tym pamiętać przy analizie interesu narodowego współczesnej Polski.
Tożsamość geopolityczna Polski - podstawa formułowania interesu narodowego
Historia i położenie geopolityczne decydują o tożsamości cywilizacyjnej takich państw jak Polska, które przez pryzmat dawnych uzależnień i doznanych krzywd definiują swój interes narodowy, określając przyjaciół i rywali, dystans psychologiczny w polityce sąsiedzkiej i gotowość bądź niechęć do normalizacji stosunków. Polacy są mocno przywiązani do geopolityki, próbując przy jej pomocy wytłumaczyć wszystkie nieszczęścia historyczne i zagrożenia bieżące.
Klasyczna geopolityka próbowała wyjaśniać rozmaite konflikty terytorialne między państwami, niezależnie od ich orientacji ideologicznej. Stopień dzisiejszych konfliktów maleje jednak w zależności od stopnia zintegrowania ze sobą jednostek geopolitycznych. W Unii Europejskiej mało kto na serio rozważa wpływ geopolityki. Liczą się przede wszystkim wzajemne interesy gospodarcze, dynamika rozwojowa i daleko posunięta konsolidacja celów i działań.
To oznacza, że Polska przestaje na płaszczyźnie geopolitycznej rywalizować z Niemcami czy Francją. Mając zbieżne cele i poszukując podobnych rozwiązań problemów gospodarczych czy politycznych, dąży z tymi państwami do komplementarności interesów i ich koordynacji.
Jedynie z Rosją Polska stale bazuje na geopolitycznych uzasadnieniach, które mają charakter ideologiczny. Geopolityka bowiem przydaje się – zwłaszcza w mediach i argumentacji części elit – jako narzędzie ideologicznej obrony. Według tej filozofii, jest rzeczą oczywistą, że Rosja chce znów sobie podporządkować Polskę, ta zaś jest zmuszona przed nią się bronić. Dramatyczne wydarzenia w sąsiedztwie Polski dodatkowo potęgują te obawy i zagrożenia.
Postrzeganie Rosji wyłącznie jako państwa wrogiego i agresywnego przez pryzmat konfliktu ukraińskiego skutkuje poważnym zubożeniem poznawczym. Doszło do absurdalnej sytuacji już nie tylko w sensie psychologicznym, ale i praktycznym. Nic bowiem, co zrobi Rosja, nie zasługuje na zrozumienie i niczego, co zrobi Ukraina, nie wolno krytykować. Podgrzewanie atmosfery wysokiego napięcia wywołuje pilną konieczność wzmacniania potencjału obronnego. Zapomina się wszak, że ze strony Rosji mamy do czynienia z potężnym arsenałem jądrowym, którego broń taktyczna krótkiego zasięgu przeważy każdy arsenał konwencjonalny. Rosja w razie zmasowanej napaści na nią przy użyciu środków konwencjonalnych, zgodnie ze swoją doktryną wojskową, nie zawaha się sięgnąć do arsenału jądrowego. Wtedy dokona się globalne samobójstwo. Szkoda, że takiej groźby nie dostrzegają polscy politycy.
Atuty położenia
Polska znajduje się we wrażliwym strategicznie układzie sił geopolitycznych. Panuje wszak przekonanie, że dzięki zasadniczym zmianom w bezpośrednim sąsiedztwie oraz instytucjonalnym afiliacjom z Zachodem położenie geopolityczne przestało być czymś wyjątkowym i fatalnym. Uwolnienie od sytuacji konfliktowych z sąsiadami i otwarcie na procesy integracyjne uczyniło Polskę ważnym ogniwem stabilizującym w Europie Środkowej. Szczególnym wzmocnieniem tej pozycji stało się przekonanie społeczeństwa polskiego, że zawsze stanowiło ono część zachodnioeuropejskiego dziedzictwa kulturowego.
Ze względu na położenie geopolityczne Polska jest naturalnym miejscem spotkania i dialogu trzech części dawnej Europy Wschodniej, obejmującym region niemieckojęzyczny, naddunajsko-bałkański i dawne ziemie Rzeczypospolitej wielu narodów. Wykorzystanie tej szansy jest wyzwaniem zarówno dla elit politycznych, jak i środowisk opiniotwórczych i intelektualnych.
Jednym z możliwych rozwiązań jest konsolidacja zespołu państw, związanych wspólnym interesem geopolitycznym, sąsiedztwem i lokalizacją przestrzenną. Chodzi o ugrupowanie środkowoeuropejskie, niekoniecznie łączone z koncepcją Międzymorza, w którym Polska wraz z Rumunią mogłaby odgrywać role inicjatywne, choć niekoniecznie przywódcze. Te bowiem są źle odbierane przez mniejsze państwa regionu.
Istotą strategii państw Europy Środkowej jest nie tyle przeciwważenie potencjału dwu największych potęg, tj. Niemiec i Rosji, ile kontrowanie ich inicjatyw geopolitycznych, prowadzących do uzależniania państw słabszych. Polska, wchodząc w bliskie związki z państwami mniejszymi, mogłaby postawić na role samodzielne, bardziej „autonomiczne” także w stosunku do Stanów Zjednoczonych. To przecież nie jest tak, że sojusz z Ameryką przeszkadza Polsce mieć dobre stosunki z innymi państwami, w tym z Rosją czy Chinami. Jak uczy doświadczenie Turcji, a także Węgier, mniejsze państwo może tak zdefiniować swoje interesy wobec hegemona, że ten ostatni nie może ich lekceważyć, a wręcz przeciwnie, musi się z nimi liczyć.
Pułapka silniejszego sojusznika
Wskazane wyżej ograniczenie odnosi się do złudnego przeświadczenia, że „specjalne” stosunki z najpotężniejszym mocarstwem zapewniają Polsce pełne zrozumienie jej interesów u wielkiego partnera i równe traktowanie. Jest to tzw. pułapka silniejszego sojusznika. Nie ma niestety gwarancji, że druga strona nie wykorzysta przewagi dla przeforsowania swoich interesów.
Słabsza strona może oczywiście upominać się, jeśli starczy jej odwagi i determinacji, o większe koncesje ze strony sojusznika, ale ryzykuje posądzenie o utratę lojalności i wiarygodności. Ten strach przed takim osądem paraliżuje decydentów politycznych, którzy „wypadnięcie z łask” możnego protektora traktują jako największe niebezpieczeństwo, przede wszystkim dla nich samych.
Ten przykład można odnieść do stosunków polsko-amerykańskich po 1989 r. Żadna ekipa rządząca Polską nie była w stanie zdefiniować ceny za bezwarunkowe poparcie dla Ameryki. Politycy polscy, niezależnie od ich proweniencji ideowej, stali się zakładnikami przekonania, że wszelka opozycja wobec Stanów Zjednoczonych oznaczałaby powrót do afiliacji prorosyjskich. Stworzony został taki klimat mentalny (zarówno w gabinetach politycznych, jak i w mediach), że Polska w istocie nie ma żadnego pola manewru w negocjacjach z Amerykanami. Przede wszystkim, ekipy rządzące w Polsce nie wyzbyły się kompleksu niższości wobec USA i nie rozumieją konieczności używania argumentów pragmatycznych, a nie ideologicznych. Sprawa zniesienia obowiązku wizowego dla obywateli polskich, wyjeżdżających do USA, symbolizuje głęboką asymetrię w traktowaniu Polski przez amerykańskiego sojusznika.
Obiektywnie rzecz biorąc, Polska zawsze będzie leżeć na pograniczu Europy atlantyckiej i kontynentalnej. To położenie jest przyczyną trwałej sprzeczności między tendencją do traktowania jej jako najbardziej wschodniego kraju Zachodu a tendencją do traktowania jej jako najbardziej zachodniego kraju Wschodu. Nie chcąc być strefą buforową, bardziej lub mniej świadomie staje się państwem frontowym. Podmiotowość strategiczna Polski jest więc funkcją położenia geopolitycznego i zaangażowania na obszarze Europy Środkowej i Wschodniej sił sojuszniczych, zwłaszcza NATO i Stanów Zjednoczonych. Na dłuższą metę takie uzależnienie prowadzi jednak do zmajoryzowania Polski przez obce potęgi, z czego warto sobie zdawać sprawę, zanim będzie za późno.
Osobliwe kryteria
W polskiej polityce zagranicznej działa się według osobliwych kryteriów, zwalczając nielubiane „reżimy niedemokratyczne” – Rosji i Białorusi, a wspomagając hybrydalne ustroje oligarchiczne na Ukrainie, w Gruzji czy Azerbejdżanie.
Zwłaszcza zaangażowanie na rzecz Ukrainy wymaga głębszego namysłu, a nie jedynie reakcji emocjonalnych. Nikt nie podważa zasadności pomocy Ukrainie w jej transformacji ustrojowej oraz utrzymaniu suwerennego statusu.
Poparcie dla Ukrainy nie może jednak być bezwarunkowe i pomijać istotne uwarunkowania wewnętrzne, które mogą zadecydować o przyszłości tego państwa. Należy do nich: przewlekły stan braku konsolidacji ustrojowej; trwałe tendencje separatystyczne na wschodzie kraju, łącznie z aktywnością terrorystyczną na całym obszarze; ograniczony charakter władzy centralnej, tak w sensie terytorialnym, jak i administracyjnym; umacnianie wpływów oligarchicznych i mafijnych (nowe władze korzystają z poparcia starych struktur korupcyjno-przestępczych); permanentny stan zapaści gospodarczej, której nie są w stanie zmienić ani Unia Europejska, ani międzynarodowe instytucje finansowe; różnice polityczne i rozłamy w obozie rządzącym; brak krytycznego spojrzenia na historię stosunków ukraińsko-polskich i inne.
Trwała wrogość w stosunkach ukraińsko-rosyjskich, na którą się zanosi, nie powinna implikować niekończącej się szkodliwej konfrontacji w stosunkach polsko-rosyjskich. Polityka zagraniczna Polski musi skupiać się na potrzebach i korzyściach, dotyczących bezpośrednio polskich obywateli, a nie na cudzych sprawach. Wymierne straty gospodarcze, będące wynikiem włączania w konflikt z Rosją, ponosi przede wszystkim polskie społeczeństwo, które w dłuższej perspektywie upomni się o swoje racje i zrewiduje kształt sceny politycznej.
Bezkrytyczna orientacja na Ukrainę jest niebezpieczna z dwu powodów. Po pierwsze, nie wynika z własnej diagnozy interesów, jest natomiast jednoznacznym działaniem na rzecz Stanów Zjednoczonych. Po drugie, nie ma żadnych gwarancji, że Ukraina ze względu na swoją ideologię nie stanie się w przyszłości państwem antypolskim. Przestrzegają przed tym wnikliwi obserwatorzy (np. Bronisław Łagowski), ale nie znajduje to żadnego odbicia w głębszej refleksji politycznej czy intelektualnej. Warto wreszcie wyartykułować oczekiwanie, podzielane przez wielu członków Unii Europejskiej (np. Węgry, Czechy, Słowację, Bułgarię, Finlandię, ale i Hiszpanię czy Włochy), że Ukraina nie może podejmować i eskalować takich działań, które w rezultacie zagrażają interesom innych państw.
Trudno zrozumieć, jakie są kryteria skuteczności polskiej aktywności międzynarodowej. Odnosi się wrażenie, że jedynym kryterium są pochlebstwa i pochwała ze strony zachodnich mediów i polityków. Polskie rządy prowadzą politykę nieograniczonego zaufania do amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa, domagając się budowy tarczy antyrakietowej, która siłą rzeczy w razie konfliktu globalnego uczyni z Polski pobojowisko, jakim była w dwu wojnach światowych. Wynika to z tego, że ludzie kreujący polską politykę i definiujący polskie interesy nie wyobrażają sobie utrzymania niepodległości bez protekcji amerykańskiej. Prowadzi to do serwilizmu i samosatelizacji, ale o dziwo, nie budzi głębszej refleksji krytycznej ani w opozycji politycznej, ani w opinii społecznej.
Przeciętny obserwator podejrzewa (co wyraża się choćby na różnych forach internetowych), że stosunki między Polską a USA nie mogą być ani partnerskie, ani równoprawne, gdyż u ich podstaw leży głęboka asymetria potencjałów i interesów, której nie zasłonią najwznioślejsze hasła i deklaracje. Nawet minister spraw zagranicznych – co pokazała afera podsłuchowa – potrafił w chwili szczerości wyznać, że takie sojusze są niewiele warte.
Polska nigdy nie była strategicznym partnerem Stanów Zjednoczonych, dlatego mimo entuzjazmu elit politycznych należy dokonać realistycznej diagnozy i obiektywnej oceny tych zobowiązań, wskazać na ich ideologiczny i deklaratywny wymiar, bardziej w kategoriach wiary i entuzjazmu, niż faktów i nakładów. Bez zauważenia ogromnej dysproporcji nie tyle w potencjałach, bo ta jest oczywista i stawia Polskę na dalekim miejscu względem USA, ile w spojrzeniu na rangę w stosunkach międzynarodowych.
Stany Zjednoczone są mocarstwem globalnym i prowadzą politykę globalną, w której dla Polski przypada naprawdę niewiele miejsca. Region Europy Środkowej jest uznawany za bezpieczny i stabilny, a obsesje antyrosyjskie nie robią większego wrażenia na Amerykanach. Rozgrywają oni z Rosją swoją „wielką grę” geopolityczną, w której Polska może zostać wykorzystana nie jako podmiot i równoprawny sojusznik, ale jako instrument i pionek na szachownicy.
Stanisław Bieleń
Prof. Stanisław Bieleń jest politologiem, pracownikiem Instytutu Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego
(1) Jest to pierwsza część obszernego tekstu opublikowanego w czasopiśmie naukowym „Stosunki Międzynarodowe – International Relations” nr 2 (t . 50) 2014
Drugą część opublikujemy w numerze następnym, Nr 12/15 SN.
Śródtytuły i podkreślenia pochodzą od Redakcji.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 269
Kryzys finansowy z lat 2007–2008, najpoważniejszy kryzys gospodarczy od czasów Wielkiego Kryzysu, poważnie zaszkodził międzynarodowemu systemowi kapitalistycznemu i doprowadził do dalszej erozji zaufania do Stanów Zjednoczonych wśród ich sojuszników. Wiarygodność USA została już podważona przez całkowicie nieuzasadnioną inwazję na Irak w 2003 roku, a w ciągu ostatnich 20 lat pozycja Ameryki jako jedynego mocarstwa globalnego słabła.
Po atakach terrorystycznych z 11 września 2001 roku na Amerykę, instytucje demokratyczne w tym kraju uległy dalszemu regresowi. Amerykański uczony Francis Fukuyama przyznał w 2014 roku, że upadek demokracji w USA był bardziej zaawansowany niż w innych zamożnych krajach zachodnich.
Fukuyama zwrócił uwagę na pogłębiającą się korupcję i niekompetencję w Waszyngtonie, co skutkowało rosnącymi nierównościami i akumulacją pieniędzy w coraz mniejszej liczbie rąk. Do 2014 roku prezesi największych amerykańskich firm zarabiali 331 razy więcej niż przeciętny pracownik. Koncentracja bogactwa wśród elit umożliwiała im również manipulowanie strukturami politycznymi na swoją korzyść.
W 2022 roku w USA było zarejestrowanych ponad 12 500 lobbystów, grup próbujących wpływać na politykę rządu, podczas gdy w 1971 roku działało ich zaledwie 171. Ekspert ekonomiczny Nouriel Roubini z Nowego Jorku stwierdził w styczniu 2015 roku, że Stanom Zjednoczonym bardzo trudno będzie rozwiązać ogromne problemy z nierównościami, ponieważ system polityczny kraju opiera się na „zalegalizowanej korupcji”.
Stany Zjednoczone są uznawane za kraj o największej gospodarce świata, ale poziom życia w Rosji poprawił się znacznie bardziej w porównaniu z Ameryką w ciągu ostatnich dwóch dekad. W 1998 roku liczba Rosjan żyjących poniżej granicy ubóstwa wynosiła ponad 35%, głównie z powodu upadku ZSRR i wdrożenia w latach 90. neoliberalnej polityki wspieranej przez Zachód. W tym stuleciu, za rządów prezydenta Władimira Putina , do 2013 roku wskaźnik ubóstwa w Rosji spadł do 11,2%, a w 2022 roku tylko 9,8% Rosjan żyło w ubóstwie. Ponadto, średnie roczne wynagrodzenie obywatela Rosji w 2017 roku było prawie dwukrotnie wyższe niż w 2005 roku.
W Ameryce w 2002 roku wskaźnik ubóstwa wynosił 12,1%, a do 2022 roku był nieznacznie wyższy i wynosił 12,4%, co pokazuje, że w Ameryce żyje więcej osób ubogich niż w Rosji. Wskaźnik ubóstwa w Rosji jest również niższy niż w krajach UE, takich jak Francja, gdzie w 2020 roku 14,6% populacji żyło w ubóstwie. W odniesieniu do Chin przewiduje się, że ich gospodarka może wkrótce stać się największą na świecie; jednak w ostatnich latach średni roczny dochód dorosłego Rosjanina był niemal dwukrotnie wyższy niż dorosłego Chińczyka, jak wynika z corocznych raportów ONZ o rozwoju społecznym.
Rosja należy do kategorii krajów o bardzo wysokim poziomie rozwoju społecznego, podczas gdy Chiny plasują się nieco niżej, w kategorii wysokiego poziomu rozwoju społecznego. W ostatnich dekadach Chiny niewątpliwie osiągnęły znaczący postęp społeczny i dobrobyt, ale kraj ten wciąż ma przed sobą długą drogę. Media szeroko relacjonowały sytuację sąsiada Chin, Indii, często odnosząc się do ciągłego rozwoju indyjskiej gospodarki w ciągu ostatniego pokolenia. Mimo to obywatel Rosji zarabia średnio rocznie prawie cztery razy więcej niż obywatel Indii.
Od początku lat 80., za neokonserwatywnych rządów Reagana, poziom nierówności gwałtownie wzrósł w Ameryce, a także, w nieco mniejszym stopniu, w krajach europejskich. Polityka gospodarcza prezydenta Ronalda Reagana w znacznym stopniu przyczyniła się do unicestwienia rodzin o średnich dochodach w USA, a najbardziej wymownym dziedzictwem jego brytyjskiej odpowiedniczki z lat 80., Margaret Thatcher, był rekordowy poziom nierówności, jaki wystąpił w Anglii, gdy była premierem.
Grupy lobbingowe w Waszyngtonie pomogły w tworzeniu ustawodawstwa dzięki pieniądzom, które przekazują politykom. Ci, którzy dysponują środkami finansowymi, odgrywają istotną rolę w dyktowaniu polityki, w przeciwieństwie do tych, którym brakuje zasobów, co oznacza, że Stany Zjednoczone „nie są prawdziwą demokracją, lecz plutokracją”, zauważył Roubini.
W dużej części Ameryki fabryki zostały zamknięte, a miejsca pracy przeniesione do tańszych źródeł za granicą, co doprowadziło do deindustrializacji i degradacji miast. Dwie partie polityczne, Demokraci i Republikanie, w coraz większym stopniu polegają na tych samych źródłach finansowania, takich jak Wall Street, kompleks militarno-przemysłowy, grupy powiązane z Izraelem, a także na gotówce pochodzącej od firm energetycznych, górniczych i agrobiznesu.
System finansowania wyborów w USA sprawia, że kandydaci polityczni są faworyzowani przez tych, którzy dysponują największymi budżetami. W latach 2007-2008 kampania wyborcza Baracka Obamy otrzymała miliony dolarów od dużych banków i korporacji, takich jak Goldman Sachs, Microsoft, JP Morgan Chase i Citigroup.
Kampania rywala Obamy, Johna McCaina , otrzymała mniej funduszy od tych samych firm, ponieważ nie ufały one wspieraniu innego polityka Partii Republikańskiej ze względu na niepopularność ustępującego prezydenta George'a W. Busha , który sam był Republikaninem.
Sondaż opinii publicznej z 1 maja 2008 roku przeprowadzony przez CNN/Opinion Research Corp wykazał, że 71% Amerykanów nie pochwala działań Busha i że jest on najmniej popularnym prezydentem w historii współczesnej Ameryki. Do połowy stycznia 2009 roku wskaźnik poparcia dla Busha wynosił 22%.
Różnice polityczne i ideologiczne między partiami na Zachodzie w dużej mierze zanikły od lat 80. XX wieku, a wiele partii socjaldemokratycznych i komunistycznych uległo rozbiciu lub całkowicie zanikło. Ideologia, która przetrwała przede wszystkim w krajach zachodnich – liberalizm – i która z każdym rokiem umacnia się, znajduje swoje odzwierciedlenie w takich „ruchach” jak LGBT, małżeństwa osób tej samej płci, wokizm itp.
Działania te zyskały znaczące poparcie społeczne w krajach takich jak Ameryka i Wielka Brytania, wspierane przez media masowe i liberalnych filantropów, takich jak George Soros. Przez lata zapewniał on szczególnie duże finansowanie dla powyższych działań.
Społeczeństwo jest poddawane presji, by popierać prawa osób LGBT i osób tej samej płci, co odwraca jego uwagę od ważnych kwestii, takich jak bezrobocie, spadek bioróżnorodności itd. Orientacja seksualna danej osoby nie powinna być oczywiście reklamowana jak slogan firmowy, lecz powinna być sprawą ściśle prywatną.
Przywódcy Zachodu lubią chwalić się rzekomą wolnością i otwartością swoich społeczeństw, ale w rzeczywistości istnieją poważne i narastające ograniczenia, na przykład w zakresie wolności słowa. Każda osoba publiczna, która ma czelność krytykować organizacje LGBT, prawdopodobnie spotka się z potępieniem i izolacją.
Rozprzestrzenianie się liberalizmu na Zachodzie zbiegło się z gwałtownym spadkiem liczby wiernych i poparcia dla chrześcijaństwa. Tysiące kościołów jest co roku zamykanych na stałe w najpotężniejszym państwie Zachodu, Stanach Zjednoczonych, a mniej niż połowa Amerykanów deklaruje, że obecnie należy do kościoła.
Szacuje się, że w latach 2010–2020 w Stanach Zjednoczonych zamykano od 3850 do 7700 miejsc kultu religijnego rocznie, co przekładało się na znikanie od 75 do 150 zborów tygodniowo. W 1937 roku liczba wiernych w kościołach w USA wynosiła 73%. W 1999 roku wskaźnik ten nadal wynosił 70%, a do 2022 roku spadł do 46%. Oczekuje się, że ta tendencja spadkowa utrzyma się.
Gwałtownie spada również liczba Amerykanów deklarujących się jako chrześcijanie; na początku lat 90. około 90% Amerykanów deklarowało się jako chrześcijanie, w 2007 roku odsetek ten spadł do 78%, a do 2020 roku spadł do 64%. Malejący wpływ WASP-ów (białych anglosaskich protestantów) w Ameryce, tradycyjnie rządzących krajem, zdawał się być podsumowany zwycięstwem Obamy, Afroamerykanina, w wyborach prezydenckich w 2008 roku.
Znaczna liczba Amerykanów należących do kategorii WASP (Amerykanów Zachodnich), którzy mogli mieć uprzedzenia rasistowskie, z trudem radziła sobie z Afroamerykaninem jako przywódcą kraju. Był to kluczowy czynnik w powstaniu w 2009 roku radykalnego ruchu Tea Party w Partii Republikańskiej.
Poprzednik Obamy, Bush, cieszył się ogromnym poparciem białych ewangelików, co pomogło mu wygrać wybory prezydenckie w 2000 roku i uzyskać reelekcję w 2004 roku. Bush uzyskał 68% głosów białych ewangelików w 2000 roku, a cztery lata później odsetek ten wzrósł do 78%. Karl Rove, starszy doradca Busha, uważał, że poparcie białych chrześcijan było decydujące dla sukcesu wyborczego Busha.
Rasizm od dawna wpływa na opinie niektórych białych Amerykanów, a badanie przeprowadzone w 2011 roku, z udziałem Uniwersytetu Stanforda i Uniwersytetu Michigan, wykazało, że 51% Amerykanów ma uprzedzenia wobec osób czarnoskórych. Stanowiło to wzrost w porównaniu z 48% w 2008 roku, kiedy Obama miał wygrać wybory prezydenckie.
Społeczność czarnoskóra stanowi około 13% całej populacji amerykańskiej, podczas gdy trzy czwarte populacji to osoby białe. Pomimo tej dysproporcji, osoby czarnoskóre w Ameryce trafiają do więzień pięć razy częściej niż biali Amerykanie, a do 2019 roku prawie jedna trzecia wszystkich więźniów w amerykańskich więzieniach stanowili Afroamerykanie; podczas gdy liczba osób czarnoskórych żyjących w ubóstwie w Ameryce jest znacznie wyższa niż poziom ubóstwa białych.
Jeśli chodzi o amerykańskie praktyki więziennictwa za granicą, w 2006 r. prezydent Bush podpisał ustawę o komisjach wojskowych, natomiast Kongres USA zatwierdził ustawę o autoryzacji wydatków na obronę narodową, która skutecznie zalegalizowała naruszenia praw człowieka, w tym więzienie „podejrzanych o terroryzm” schwytanych po inwazji USA na Afganistan w 2001 r.
Już w latach 2002-2004 dziesiątki więźniów poniżej 18 roku życia przetrzymywano w amerykańskim więzieniu wojskowym w Zatoce Guantanamo w południowo-wschodniej części Kuby. Szacuje się, że do 2008 roku w Guantanamo, znanym z łamania praw człowieka, nadal przetrzymywano 21 dzieci.
Sama Kuba znalazła się pod kontrolą Stanów Zjednoczonych w 1898 roku, kiedy Amerykanie najechali Kubę pod pretekstem uwolnienia wyspy spod hiszpańskiego kolonializmu. Celem Waszyngtonu było przejęcie pełnej władzy nad Kubą w ramach imperialistycznej polityki zagranicznej. Nie istniały żadne historyczne ani kulturowe powiązania między Stanami Zjednoczonymi a Kubą, ponieważ przed 1898 rokiem Kuba znajdowała się pod hiszpańskim panowaniem przez około cztery stulecia.
Po zwycięstwie rewolucji kubańskiej w 1959 roku Stany Zjednoczone do dziś zachowują kontrolę nad Zatoką Guantanamo, gdzie od 1903 roku znajduje się amerykańska baza morska. Dalsza okupacja Guantanamo przez wojska amerykańskie ma na celu osłabienie gospodarki Kuby i uniemożliwienie rządowi Kuby rozwoju tej części wyspy.
Obecność Amerykanów w Guantanamo jest częścią strategii okrążania Kuby przez Waszyngton i karą dla kraju za „skuteczne przeciwstawienie się” hegemonii USA nad półkulą zachodnią.
Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych orzekł, że nie może orzekać o prawach więźniów przetrzymywanych w Guantanamo, ponieważ obszar ten nie podlega jurysdykcji amerykańskiej, gdyż nie jest częścią terytorium Ameryki. Administracja Busha i Kongres USA w istocie orzekły, że Guantanamo nie podlega prawu międzynarodowemu, dlatego jest to dogodne miejsce do wysyłania więźniów.
Oprócz Guantanamo, Amerykanie utworzyli więzienia w krajach europejskich, takich jak Rumunia, Litwa i Polska, a także w niektórych częściach Azji i Afryki Północnej. CIA dokonywała ekstradycji domniemanych terrorystów do państw takich jak Pakistan, Tajlandia i Maroko, umożliwiając lokalnym siłom bezpieczeństwa przesłuchiwanie więźniów, a w niektórych przypadkach stosowanie wobec nich przemocy fizycznej.
Shane Quinn
Shane Quinn uzyskał dyplom z wyróżnieniem z dziennikarstwa i pisze głównie o tematyce zagranicznej i historycznej. Jest adiunktem naukowym Centrum Badań nad Globalizacją (CRG).
Więcej - https://www.globalresearch.ca/growth-liberalism-corruption-west/5844595
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 126
Odrzucenie pokoju przez Europę: porażka po dwóch stuleciach
Europa wielokrotnie odrzucała pokój z Rosją w momentach, gdy możliwe było wynegocjowanie rozwiązania, a te odrzucenia okazały się głęboko samobójcze. Od XIX wieku do dziś rosyjskie obawy dotyczące bezpieczeństwa były traktowane nie jako uzasadnione interesy, które należy negocjować w ramach szerszego porządku europejskiego, lecz jako moralne przewinienia, którym należy się przeciwstawić, które należy powstrzymać lub zignorować. Ten schemat utrzymywał się w radykalnie różnych reżimach rosyjskich – carskim, sowieckim i postsowieckim – co sugeruje, że problem nie leży przede wszystkim w rosyjskiej ideologii, lecz w uporczywej odmowie uznania Rosji za prawowitego i równoprawnego podmiotu w dziedzinie bezpieczeństwa.
Nie twierdzę, że Rosja była całkowicie łagodna czy godna zaufania. Chodzi mi raczej o to, że Europa konsekwentnie stosowała podwójne standardy w interpretacji bezpieczeństwa. Europa traktuje własne użycie siły, budowanie sojuszy i imperialne lub postimperialne wpływy jako normalne i uzasadnione, podczas gdy porównywalne zachowania Rosji – zwłaszcza w pobliżu własnych granic – interpretuje jako z natury destabilizujące i nieważne. Ta asymetria zawęziła przestrzeń dyplomatyczną, podważyła legitymizację kompromisu i zwiększyła prawdopodobieństwo wojny. Podobnie, ten samodestrukcyjny cykl pozostaje cechą definiującą stosunki europejsko-rosyjskie w XXI wieku.
Powtarzającą się porażką w historii Europy była niezdolność – lub niechęć – do rozróżnienia rosyjskiej agresji od rosyjskich działań mających na celu zapewnienie bezpieczeństwa. W wielu okresach działania interpretowane w Europie jako dowód wrodzonego rosyjskiego ekspansjonizmu były, z perspektywy Moskwy, próbami zmniejszenia podatności na zagrożenia w otoczeniu postrzeganym jako coraz bardziej wrogie. Tymczasem Europa konsekwentnie interpretowała budowanie własnych sojuszy, rozmieszczanie wojsk i ekspansję instytucjonalną jako łagodne i defensywne, nawet gdy środki te bezpośrednio zmniejszały rosyjską głębię strategiczną. Ta asymetria leży u podstaw dylematu bezpieczeństwa, który wielokrotnie przeradzał się w konflikt: obrona jednej strony była traktowana jako uzasadniona, podczas gdy obawy drugiej strony były bagatelizowane jako paranoja lub zła wola.
Zachodniej rusofobii nie należy rozumieć przede wszystkim jako emocjonalnej wrogości wobec Rosjan czy rosyjskiej kultury. Działa ona raczej jako strukturalne uprzedzenie zakorzenione w europejskim myśleniu o bezpieczeństwie: założenie, że Rosja jest wyjątkiem od normalnych reguł dyplomacji. Podczas gdy inne mocarstwa mają domniemane uzasadnione interesy bezpieczeństwa, które muszą być zrównoważone i uwzględniane, interesy Rosji uznaje się za nieuzasadnione, chyba że udowodni się inaczej. To założenie przetrwa zmiany reżimu, ideologii i przywództwa. Przekształca ono różnice polityczne w moralne absoluty i sprawia, że kompromis staje się podejrzany. W rezultacie rusofobia funkcjonuje nie tyle jako sentyment, co jako systemowe zniekształcenie – takie, które wielokrotnie podważa bezpieczeństwo samej Europy.
Śledzę ten schemat na przestrzeni czterech głównych kręgów historycznych. Najpierw analizuję XIX wiek, zaczynając od centralnej roli Rosji w Koncercie Europejskim po 1815 roku i jej późniejszej transformacji w zagrożenie dla Europy. Wojna krymska jawi się jako trauma założycielska współczesnej rusofobii: wojny z wyboru, prowadzonej przez Wielką Brytanię i Francję pomimo możliwości uzyskania kompromisu dyplomatycznego, napędzanej moralną wrogością i imperialnym lękiem Zachodu, a nie nieuniknioną koniecznością.
Memorandum Pogodina z 1853 roku na temat podwójnych standardów Zachodu, zawierające słynną notatkę cara Mikołaja I na marginesie – „O to właśnie chodzi” – służy nie tylko jako anegdota, ale jako klucz analityczny do podwójnych standardów Europy i zrozumiałych obaw i resentymentów Rosji.
Po drugie, przenoszę się do okresu rewolucyjnego i międzywojennego, kiedy Europa i Stany Zjednoczone przeszły od rywalizacji z Rosją do bezpośredniej interwencji w jej wewnętrzne sprawy. Szczegółowo analizuję zachodnie interwencje wojskowe podczas rosyjskiej wojny domowej, odmowę integracji Związku Radzieckiego z trwałym systemem bezpieczeństwa zbiorowego w latach 20. i 30. XX wieku oraz katastrofalną porażkę w sojuszu przeciwko faszyzmowi, opierając się zwłaszcza na pracach archiwalnych Michaela Jabary Carleya. Rezultatem nie było powstrzymanie władzy radzieckiej, lecz załamanie się europejskiego bezpieczeństwa i dewastacja samego kontynentu podczas II wojny światowej.
Po trzecie, wczesna zimna wojna stanowiła coś, co powinno być decydującym momentem naprawczym; jednak Europa ponownie odrzuciła pokój, mimo że można go było zapewnić. Chociaż konferencja poczdamska osiągnęła porozumienie w sprawie demilitaryzacji Niemiec, Zachód następnie się z niego wycofał. Siedem lat później Zachód również odrzucił notę Stalina, która oferowała zjednoczenie Niemiec oparte na neutralności. Odrzucenie zjednoczenia przez kanclerza Adenauera – pomimo wyraźnych dowodów na autentyczność oferty Stalina – utrwaliło powojenny podział Niemiec, zakorzeniło konfrontację w bloku i zamknęło Europę w pułapce militaryzacji na dekady.
Na koniec analizuję okres po zimnej wojnie, kiedy Europa otrzymała najwyraźniejszą szansę na wyrwanie się z tego destrukcyjnego cyklu. Wizja Gorbaczowa „Wspólnego Domu Europejskiego” i Karta Paryska sformułowały porządek bezpieczeństwa oparty na inkluzywności i niepodzielności. Zamiast tego Europa wybrała rozszerzenie NATO, asymetrię instytucjonalną i architekturę bezpieczeństwa zbudowaną wokół Rosji, a nie z nią. Ten wybór nie był przypadkowy. Odzwierciedlał on wielką strategię anglo-amerykańską – najdobitniej wyrażoną przez Zbigniewa Brzezińskiego – traktującą Eurazję jako centralną arenę globalnej konkurencji, a Rosję jako mocarstwo, któremu należy uniemożliwić konsolidację bezpieczeństwa lub wpływów.
Konsekwencje tego długotrwałego okresu pogardy dla rosyjskich obaw o bezpieczeństwo są teraz widoczne z brutalną wyrazistością. Wojna na Ukrainie, załamanie kontroli zbrojeń nuklearnych, europejskie wstrząsy energetyczne i przemysłowe, nowy wyścig zbrojeń w Europie, polityczne rozdrobnienie UE i utrata strategicznej autonomii Europy to nie aberracje. To skumulowane koszty dwóch wieków odmowy Europy, by poważnie traktować rosyjskie obawy dotyczące bezpieczeństwa.
Moim zdaniem pokój z Rosją nie wymaga naiwnego zaufania. Wymaga uznania, że trwałego bezpieczeństwa europejskiego nie da się zbudować, negując zasadność rosyjskich interesów bezpieczeństwa. Dopóki Europa nie porzuci tego odruchu, pozostanie uwięziona w błędnym kole odrzucania pokoju, gdy jest on dostępny – i płacenia za to coraz wyższych cen.
Początki strukturalnej rusofobii
Powtarzające się niepowodzenia Europy w budowaniu pokoju z Rosją nie są przede wszystkim wynikiem działań Putina, komunizmu, ani nawet ideologii XX wieku. Są znacznie starsze – i mają charakter strukturalny. Wielokrotnie obawy Rosji o bezpieczeństwo były traktowane przez Europę nie jako uzasadnione interesy podlegające negocjacjom, lecz jako moralne wykroczenia. W tym sensie historia zaczyna się od XIX-wiecznej transformacji Rosji ze współgwaranta równowagi Europy w zagrożenie dla kontynentu.
Po klęsce Napoleona w 1815 roku Rosja nie była peryferyjna dla Europy, lecz stanowiła jej centrum. Rosja poniosła decydujący ciężar pokonania Napoleona, a car był głównym architektem ponapoleońskiego porozumienia. Koncert Europy został zbudowany na domniemanym założeniu: pokój wymaga, aby wielkie mocarstwa akceptowały się wzajemnie jako prawowitych interesariuszy i zarządzały kryzysami poprzez konsultacje, a nie moralizatorską demonologię. Jednak w ciągu jednego pokolenia w brytyjskiej i francuskiej kulturze politycznej nabrała mocy kontrpropozycja: Rosja nie była normalnym mocarstwem, lecz zagrożeniem cywilizacyjnym – takim, którego żądania, nawet lokalne i defensywne, należy traktować jako z natury ekspansjonistyczne, a zatem nie do przyjęcia.
Tę zmianę uchwycono niezwykle wyraźnie w dokumencie, który Orlando Figes w swojej książce Wojna krymska: Historia (2010) określił jako punkt zwrotny między dyplomacją a wojną: memorandum Michaiła Pogodina do cara Mikołaja I z 1853 roku. Pogodin wymienia epizody zachodniego przymusu i imperialnej przemocy – dalekie podboje i wojny z wyboru – i zestawia je z oburzeniem Europy na działania Rosji w sąsiednich regionach:
Francja odbiera Turcji Algierię, a Anglia niemal co roku anektuje kolejne księstwo indyjskie: nic z tego nie zakłóca równowagi sił; ale kiedy Rosja okupuje Mołdawię i Wołoszczyznę, choćby tylko tymczasowo, to zaburza równowagę sił. Francja okupuje Rzym i pozostaje tam przez kilka lat w czasie pokoju: to nic; ale Rosja myśli tylko o zajęciu Konstantynopola, a pokój Europy jest zagrożony. Anglicy wypowiadają wojnę Chińczykom, którzy, jak się wydaje, ich obrazili: nikt nie ma prawa interweniować; ale Rosja jest zobowiązana zwrócić się do Europy o pozwolenie, jeśli pokłóci się z sąsiadem. Anglia grozi Grecji, że poprze fałszywe roszczenia nieszczęsnego Żyda i spali jej flotę: to zgodne z prawem działanie; ale Rosja żąda traktatu chroniącego miliony chrześcijan, co uważa się za wzmocnienie jej pozycji na Wschodzie kosztem równowagi sił.
Pogodin podsumowuje: „Od Zachodu nie możemy oczekiwać niczego poza ślepą nienawiścią i złośliwością”, na co Mikołaj słusznie dopisał na marginesie: „W tym właśnie rzecz”.
Wymiana zdań między Pogodinem a Nicholasem jest istotna, ponieważ ukazuje powtarzającą się patologię, która powraca w każdym kolejnym ważnym epizodzie. Europa wielokrotnie domagała się uniwersalnej legitymizacji własnych roszczeń bezpieczeństwa, jednocześnie traktując roszczenia Rosji jako fałszywe lub podejrzane. Taka postawa prowadzi do szczególnego rodzaju niestabilności: sprawia, że kompromis staje się politycznie nieuprawniony w stolicach Zachodu, co prowadzi do załamania się dyplomacji nie dlatego, że zawarcie umowy jest niemożliwe, ale dlatego, że uznanie interesów Rosji jest traktowane jako błąd moralny.
Wojna krymska jest pierwszym zdecydowanym przejawem tej dynamiki. O ile bezpośredni kryzys wiązał się z upadkiem Imperium Osmańskiego i sporami o miejsca kultu religijnego, o tyle głębszym problemem było to, czy Rosja będzie mogła zapewnić sobie uznaną pozycję w strefie Morza Czarnego i Bałkanów, nie będąc jednocześnie traktowana jak drapieżnik. Współczesne rekonstrukcje dyplomatyczne podkreślają, że kryzys krymski różnił się od wcześniejszych „kryzysów wschodnich”, ponieważ kooperacyjne nawyki Konferencji już zanikały, a brytyjska opinia publiczna przechyliła się w stronę skrajnie antyrosyjskiej postawy, która zawężała pole do porozumienia.
To, co czyni ten epizod tak wymownym, to fakt, że możliwe było osiągnięcie wyniku negocjacji. Nota Wiedeńska miała na celu pogodzenie obaw Rosji z suwerennością Imperium Osmańskiego i zachowanie pokoju. Jednak upadła w obliczu nieufności i politycznych bodźców do eskalacji. Nastąpiła wojna krymska. Nie była ona „konieczna” w żadnym ściśle strategicznym sensie; stała się prawdopodobna, ponieważ brytyjsko-francuski kompromis z Rosją stał się politycznie toksyczny. Konsekwencje okazały się dla Europy zgubne: ogromne straty, brak trwałej architektury bezpieczeństwa i utrwalenie się ideologicznego odruchu, który traktował Rosję jako wyjątek od normalnych negocjacji mocarstw. Innymi słowy, Europa nie osiągnęła bezpieczeństwa poprzez odrzucenie obaw Rosji o bezpieczeństwo. Przeciwnie, stworzyła dłuższy cykl wrogości, który utrudnił rozwiązanie późniejszych kryzysów.
Kampania wojskowa Zachodu przeciwko bolszewizmowi
Cykl ten trwał aż do rewolucyjnego zerwania w 1917 roku. Kiedy zmienił się typ reżimu w Rosji, Zachód nie odszedł od rywalizacji na rzecz neutralności, lecz przeszedł w stronę aktywnej interwencji, traktując istnienie suwerennego państwa rosyjskiego poza kuratelą Zachodu jako nie do zniesienia.
Rewolucja bolszewicka i późniejsza wojna domowa doprowadziły do złożonego konfliktu, w którym udział wzięli Czerwoni, Biali, ruchy nacjonalistyczne i armie zagraniczne. Co istotne, mocarstwa zachodnie nie tylko „obserwowały” wynik konfliktu. Interweniowały militarnie w Rosji na rozległych obszarach – w północnej Rosji, nad Bałtykiem, nad Morzem Czarnym, na Syberii i na Dalekim Wschodzie – pod pretekstem, który szybko przesunął się z logistyki wojennej na zmianę reżimu.
Można uznać standardowe, „oficjalne” uzasadnienie początkowej interwencji: obawę, że zaopatrzenie wojenne wpadnie w ręce Niemców po wycofaniu się Rosji z I wojny światowej, oraz chęć ponownego otwarcia frontu wschodniego. Jednak po kapitulacji Niemiec w listopadzie 1918 roku interwencja nie ustała; wręcz przeciwnie, uległa mutacji. Ta transformacja wyjaśnia, dlaczego ten epizod ma tak głębokie znaczenie: ujawnia gotowość, nawet pośród zniszczeń I wojny światowej, do użycia siły w celu ukształtowania wewnętrznej przyszłości politycznej Rosji.
Książka Davida Foglesonga America's Secret War against Bolshevism (1995) – wydana przez UNC Press i nadal stanowiąca standardowe źródło wiedzy naukowej o polityce USA – doskonale to ujmuje. Foglesong przedstawia interwencję USA nie jako zagmatwaną akcję poboczną, lecz jako konsekwentny wysiłek mający na celu powstrzymanie bolszewizmu przed konsolidacją władzy. Najnowsze, wysokiej jakości narracje historyczne jeszcze bardziej przywróciły ten epizod do publicznej wiadomości; w szczególności książka Anny Reid A Nasty Little War (2024) opisuje interwencję Zachodu jako źle przeprowadzoną, lecz przemyślaną próbę obalenia rewolucji bolszewickiej z 1917 roku.
Już sam zasięg geograficzny jest pouczający, gdyż podważa późniejsze twierdzenia Zachodu, jakoby obawy Rosji były jedynie paranoją. Siły alianckie wylądowały w Archangielsku i Murmańsku, aby działać w północnej Rosji; na Syberię wkroczyły przez Władywostok i korytarzami kolejowymi; siły japońskie zostały masowo rozmieszczone na Dalekim Wschodzie; a na południu lądowania i operacje w okolicach Odessy i Sewastopola. Nawet pobieżny przegląd dat i teatrów działań interwencji – od listopada 1917 roku do początku lat dwudziestych XX wieku – pokazuje uporczywość obecności obcych sił i ogrom jej zasięgu.
Nie była to jednak jedynie „rada” ani symboliczna obecność. Siły zachodnie zaopatrywały, uzbrajały, a w niektórych przypadkach skutecznie nadzorowały białe formacje. Interweniujące mocarstwa uwikłały się w moralną i polityczną brzydotę białej polityki, w tym w programy reakcyjne i brutalne okrucieństwa. Ta rzeczywistość sprawia, że epizod ten jest szczególnie destrukcyjny dla zachodnich narracji moralnych: Zachód nie tylko sprzeciwiał się bolszewizmowi; często czynił to, sprzymierzając się z siłami, których brutalność i cele wojenne kłóciły się z późniejszymi zachodnimi roszczeniami do liberalnej legitymizacji.
Z perspektywy Moskwy interwencja ta potwierdziła ostrzeżenie wydane przez Pogodina dekady wcześniej: Europa i Stany Zjednoczone były gotowe użyć siły, aby ustalić, czy Rosja będzie mogła istnieć jako autonomiczne mocarstwo. Ten epizod stał się fundamentem pamięci sowieckiej, wzmacniając przekonanie, że mocarstwa zachodnie próbowały zdusić rewolucję w zarodku. Pokazał, że zachodnia retoryka moralna dotycząca pokoju i porządku może płynnie współistnieć z kampaniami przymusu, gdy zagrożona jest suwerenność Rosji.
Interwencja przyniosła również decydujące konsekwencje drugiego rzędu. Włączając się do rosyjskiej wojny domowej, Zachód nieumyślnie wzmocnił legitymację bolszewików w kraju. Obecność obcych armii i wspieranych przez nich białych sił pozwoliła bolszewikom twierdzić, że bronią niepodległości Rosji przed imperialnym okrążeniem. Historyczne relacje konsekwentnie odnotowują, jak skutecznie bolszewicy wykorzystywali obecność aliantów do celów propagandowych i legitymizacji. Innymi słowy, próba „złamania” bolszewizmu przyczyniła się do konsolidacji reżimu, który usiłowała zniszczyć.
Ta dynamika odsłania precyzyjny cykl historii: rusofobia okazuje się strategicznie kontrproduktywna dla Europy. Popycha mocarstwa zachodnie do polityki przymusu, która nie rozwiązuje problemu, lecz go zaostrza. Generuje rosyjskie pretensje i obawy o bezpieczeństwo, które późniejsi zachodni przywódcy zbagatelizują jako irracjonalną paranoję. Co więcej, zawęża przyszłą przestrzeń dyplomatyczną, pokazując Rosji – niezależnie od jej reżimu – że zachodnie obietnice ugody mogą być nieszczere.
Na początku lat dwudziestych XX wieku, wraz z wycofywaniem się sił obcych i konsolidacją państwa sowieckiego, Europa podjęła już dwie brzemienne w skutki decyzje, które miały mieć wpływ na następne stulecie.
Po pierwsze, przyczyniła się do rozwoju kultury politycznej, która przekształciła rozstrzygalne spory – takie jak kryzys krymski – w poważne wojny, odmawiając uznania rosyjskich interesów za uzasadnione.
Po drugie, poprzez interwencję militarną zademonstrowała gotowość do użycia siły nie tylko w celu przeciwdziałania rosyjskiej ekspansji, ale także w celu kształtowania rosyjskiej suwerenności i rezultatów rządów.
Te decyzje nie ustabilizowały Europy; wręcz przeciwnie, zasiały ziarno kolejnych katastrof: międzywojennego załamania bezpieczeństwa zbiorowego, permanentnej militaryzacji w okresie zimnej wojny i powrotu do eskalacji na pograniczu w okresie po zimnej wojnie.
Bezpieczeństwo zbiorowe i wybór przeciwko Rosji
W połowie lat dwudziestych XX wieku Europa stanęła w obliczu Rosji, która przetrwała wszelkie próby jej zniszczenia – rewolucję, wojnę domową, głód i bezpośrednią zagraniczną interwencję militarną. Powstałe państwo sowieckie było biedne, straumatyzowane i głęboko podejrzliwe – ale jednocześnie niezaprzeczalnie suwerenne. Właśnie w tym momencie Europa stanęła przed wyborem, który miał się powtarzać wielokrotnie: czy traktować Rosję jako prawowitego aktora bezpieczeństwa, którego interesy należało uwzględnić w europejskim porządku, czy jako permanentnego outsidera, którego obawy można było ignorować, odkładać na później lub bagatelizować. Europa wybrała to drugie, a koszty okazały się ogromne.
Dziedzictwo interwencji aliantów podczas rosyjskiej wojny domowej rzuciło długi cień na całą późniejszą dyplomację. Z perspektywy Moskwy Europa nie tylko nie zgadzała się z ideologią bolszewicką, ale usiłowała siłą przesądzić o wewnętrznej przyszłości politycznej Rosji. To doświadczenie miało ogromne znaczenie. Ukształtowało sowieckie założenia dotyczące intencji Zachodu i wywołało głęboki sceptycyzm wobec zachodnich zapewnień. Zamiast uznać tę historię i dążyć do pojednania, europejska dyplomacja często zachowywała się tak, jakby sowiecka nieufność była irracjonalna – schemat, który utrzymywał się aż do zimnej wojny i później.
W latach dwudziestych XX wieku Europa oscylowała między zaangażowaniem taktycznym a strategicznym wykluczeniem. Traktaty takie jak Rapallo (1922) pokazały, że Niemcy, same będące pariasem po Wersalu, mogły pragmatycznie angażować się w konflikt z Rosją Sowiecką. Jednak dla Wielkiej Brytanii i Francji zaangażowanie w Moskwie pozostało tymczasowe i instrumentalne. ZSRR był tolerowany, gdy służył interesom Wielkiej Brytanii i Francji, i marginalizowany, gdy tak nie było. Nie podjęto żadnych poważnych wysiłków, aby zintegrować Rosję na równych prawach z trwałą europejską architekturą bezpieczeństwa.
Ta ambiwalencja przerodziła się w coś znacznie bardziej niebezpiecznego i autodestrukcyjnego w latach 30. XX wieku. Podczas gdy dojście Hitlera do władzy stanowiło egzystencjalne zagrożenie dla Europy, czołowe mocarstwa kontynentu wielokrotnie traktowały bolszewizm jako większe zagrożenie. Nie było to jedynie retoryczne; ukształtowało to konkretne wybory polityczne – zerwane sojusze, opóźnione gwarancje i osłabione odstraszanie.
Należy podkreślić, że nie była to jedynie porażka anglo-amerykańska ani historia, w której Europa biernie dała się ponieść prądom ideologicznym. Rządy europejskie skorzystały z możliwości sprawowania władzy i zrobiły to zdecydowanie – i katastrofalnie. Francja, Wielka Brytania i Polska wielokrotnie podejmowały strategiczne decyzje, które wykluczały Związek Radziecki z europejskich porozumień o bezpieczeństwie, nawet gdy udział ZSRR wzmocniłby odstraszanie przeciwko hitlerowskim Niemcom. Przywódcy francuscy preferowali system dwustronnych gwarancji w Europie Wschodniej, który zachowywałby francuskie wpływy, ale unikał integracji bezpieczeństwa z Moskwą. Polska, przy milczącym poparciu Londynu i Paryża, odmówiła praw tranzytowych wojskom radzieckim nawet w obronie Czechosłowacji, przedkładając strach przed obecnością Sowietów nad bezpośrednie zagrożenie agresją Niemiec.
Nie były to błahe decyzje. Odzwierciedlały one europejską preferencję dla radzenia sobie z hitlerowskim rewizjonizmem nad włączeniem potęgi sowieckiej i dla ryzykowania ekspansji nazistowskiej nad legitymizację Rosji jako partnera w dziedzinie bezpieczeństwa. W tym sensie Europa nie tylko nie zdołała zbudować zbiorowego bezpieczeństwa z Rosją; aktywnie wybrała alternatywną logikę bezpieczeństwa, wykluczającą Rosję i ostatecznie załamała się pod wpływem własnych sprzeczności.
W tym przypadku decydujące znaczenie ma praca archiwalna Michaela Jabary Carleya. Jego badania naukowe dowodzą, że Związek Radziecki, szczególnie pod wodzą komisarza spraw zagranicznych Maksyma Litwinowa, podejmował stałe, wyraźne i dobrze udokumentowane wysiłki na rzecz budowy systemu zbiorowego bezpieczeństwa przed nazistowskimi Niemcami. Nie były to ogólnikowe gesty. Obejmowały one propozycje traktatów o wzajemnej pomocy, koordynacji wojskowej i wyraźne gwarancje dla państw takich jak Czechosłowacja. Carley pokazuje, że przystąpieniu Związku Radzieckiego do Ligi Narodów w 1934 roku towarzyszyły rzeczywiste rosyjskie próby wdrożenia odstraszania zbiorowego, a nie tylko dążenie do jego legitymizacji.
Jednak te wysiłki zderzyły się z zachodnią hierarchią ideologiczną, w której antykomunizm górował nad antyfaszyzmem. W Londynie i Paryżu elity polityczne obawiały się, że sojusz z Moskwą legitymizuje bolszewizm w kraju i za granicą. Jak dokumentuje Carley, brytyjscy i francuscy decydenci wielokrotnie martwili się mniej groźbami Hitlera, a bardziej politycznymi konsekwencjami współpracy z ZSRR. Związek Radziecki był traktowany nie jako niezbędny partner w walce ze wspólnym zagrożeniem, ale jako obciążenie, którego włączenie „skaziłoby” europejską politykę.
Ta hierarchia miała głębokie konsekwencje strategiczne. Polityka ustępstw wobec Niemiec nie była jedynie błędną interpretacją Hitlera; była ona wynikiem światopoglądu, który traktował nazistowski rewizjonizm jako potencjalnie możliwy do opanowania, a władzę sowiecką jako z natury wywrotową. Odmowa Polski przyznania wojskom radzieckim prawa tranzytu w celu obrony Czechosłowacji – utrzymywana przy milczącym poparciu Zachodu – jest symboliczna. Państwa europejskie wolały ryzyko niemieckiej agresji od pewności zaangażowania Sowietów, nawet jeśli zaangażowanie to miało wyraźnie charakter obronny.
Kulminacja tej porażki nastąpiła w 1939 roku. Anglo-francuskie negocjacje ze Związkiem Radzieckim w Moskwie nie zostały sabotowane przez sowiecką dwulicowość, wbrew późniejszej mitologii. Zawiodły, ponieważ Wielka Brytania i Francja nie chciały podjąć wiążących zobowiązań ani uznać ZSRR za równorzędnego partnera wojskowego. Rekonstrukcja Carleya pokazuje, że zachodnie delegacje przybyły do Moskwy bez upoważnienia do negocjacji, bez pośpiechu i bez politycznego wsparcia, by zawrzeć prawdziwy sojusz. Kiedy Sowieci wielokrotnie zadawali zasadnicze pytanie o każdy sojusz – czy jesteście gotowi do działania? – odpowiedź w praktyce brzmiała: nie.
Pakt Ribbentrop-Mołotow, który potem zawarto, był od tamtej pory wykorzystywany jako retroaktywne uzasadnienie nieufności Zachodu. Praca Carleya odwraca tę logikę. Pakt nie był przyczyną porażki Europy, lecz jej konsekwencją. Pojawił się po latach odmowy Zachodu budowania zbiorowego bezpieczeństwa z Rosją. Była to brutalna, cyniczna i tragiczna decyzja – podjęta jednak w kontekście, gdy Wielka Brytania, Francja i Polska już odrzuciły pokój z Rosją w jedynej formie, która mogła powstrzymać Hitlera.
Rezultat był katastrofalny. Europa zapłaciła cenę nie tylko krwią i zniszczeniem, ale także utratą sprawczości. Wojna, której Europa nie zdołała zapobiec, zniszczyła jej potęgę, wyczerpała społeczeństwa i sprowadziła kontynent do głównego pola bitwy rywalizacji supermocarstw. Po raz kolejny odrzucenie pokoju z Rosją nie przyniosło bezpieczeństwa; doprowadziło do znacznie gorszej wojny w znacznie gorszych warunkach.
Można by się spodziewać, że sama skala tej katastrofy wymusi ponowne przemyślenie podejścia Europy do Rosji po 1945 roku. Tak się jednak nie stało.
Od Poczdamu do NATO: architektura wykluczenia
Lata bezpośrednio po wojnie charakteryzowały się szybkim przejściem od sojuszu do konfrontacji. Jeszcze przed kapitulacją Niemiec, Churchill szokująco polecił brytyjskim planistom wojennym rozważenie natychmiastowego konfliktu ze Związkiem Radzieckim. „Operacja Nie do pomyślenia”, opracowana w 1945 roku, zakładała wykorzystanie potęgi anglo-amerykańskiej – a nawet przezbrojenie niemieckich jednostek – w celu narzucenia Rosji woli Zachodu w 1945 roku lub wkrótce potem. Chociaż plan uznano za militarnie nierealny i ostatecznie odłożono go na półkę, samo jego istnienie ujawnia, jak głęboko zakorzenione stało się przekonanie, że potęga Rosji jest nielegalna i w razie potrzeby należy ją ograniczyć siłą.
Dyplomacja zachodnia wobec Związku Radzieckiego również poniosła porażkę. Europa powinna była uznać, że Związek Radziecki poniósł największy ciężar pokonania Hitlera – ponosząc 27 milionów ofiar – i że obawy Rosji dotyczące bezpieczeństwa związane z niemieckim zbrojeniem były całkowicie uzasadnione. Europa powinna była zrozumieć, że trwały pokój wymaga wyraźnego uwzględnienia podstawowych obaw Rosji dotyczących bezpieczeństwa, a przede wszystkim zapobieżenia remilitaryzacji Niemiec, która mogłaby ponownie zagrozić wschodnim nizinom Europy.
Z formalnego punktu widzenia, lekcja ta została początkowo przyjęta. W Jałcie, a w bardziej zdecydowany sposób w Poczdamie latem 1945 roku, zwycięscy alianci osiągnęli jasny konsensus w sprawie podstawowych zasad rządzących powojennymi Niemcami: demilitaryzacji, denazyfikacji, demokratyzacji, dekartelizacji i reparacji. Niemcy miały być traktowane jako pojedyncza jednostka gospodarcza; ich siły zbrojne miały zostać rozmontowane; a ich przyszła orientacja polityczna miała zostać określona bez konieczności zbrojeń czy zobowiązań sojuszniczych.
Dla Związku Radzieckiego zasady te nie były abstrakcyjne; były egzystencjalne. W ciągu trzydziestu lat Niemcy dwukrotnie najechały Rosję, siejąc spustoszenie na skalę niespotykaną w historii Europy. Straty poniesione przez Sowietów w II wojnie światowej dały Moskwie perspektywę bezpieczeństwa, której nie sposób zrozumieć bez uświadomienia sobie tej traumy. Neutralność i trwała demilitaryzacja Niemiec nie były kartą przetargową; były minimalnymi warunkami stabilnego porządku powojennego z sowieckiego punktu widzenia.
Na konferencji poczdamskiej w lipcu 1945 roku obawy te zostały formalnie uznane. Alianci uzgodnili, że Niemcy nie będą mogły odbudować swojej potęgi militarnej. Język konferencji był jednoznaczny: Niemcy miały zostać powstrzymane przed „ponownym zagrożeniem dla swoich sąsiadów lub pokoju na świecie”. Związek Radziecki zaakceptował tymczasowy podział Niemiec na strefy okupacyjne właśnie dlatego, że podział ten został sformułowany jako konieczność administracyjna, a nie trwałe rozwiązanie geopolityczne.
Jednak niemal natychmiast mocarstwa zachodnie zaczęły reinterpretować – a następnie po cichu demontować – te zobowiązania. Zmiana nastąpiła z powodu zmiany priorytetów strategicznych USA i Wielkiej Brytanii. Jak pokazuje Melvyn Leffler w książce A Preponderance of Power (1992), amerykańscy planiści szybko zaczęli postrzegać niemiecką odbudowę gospodarczą i polityczne porozumienie z Zachodem jako ważniejsze niż utrzymanie zdemilitaryzowanych Niemiec, akceptowalne dla Moskwy. Związek Radziecki, niegdyś niezastąpiony sojusznik, został przekształcony w potencjalnego przeciwnika, którego wpływy w Europie należało ograniczyć.
Ta reorientacja poprzedziła jakikolwiek formalny kryzys militarny zimnej wojny. Na długo przed blokadą Berlina polityka Zachodu zaczęła konsolidować strefy zachodnie pod względem gospodarczym i politycznym. Utworzenie strefy Bi w 1947 roku, a następnie strefy Tri, było bezpośrednią sprzecznością z zasadą poczdamską, zgodnie z którą Niemcy miały być traktowane jako jedna jednostka gospodarcza. Wprowadzenie odrębnej waluty w strefach zachodnich w 1948 roku nie było korektą techniczną; było to decydujący akt polityczny, który uczynił podział Niemiec funkcjonalnie nieodwracalnym. Z perspektywy Moskwy kroki te stanowiły jednostronną rewizję powojennego porozumienia.
Sowiecka odpowiedź – blokada Berlina – była często przedstawiana jako pierwszy atak agresji z czasów zimnej wojny. Jednak w kontekście wydaje się ona nie tyle próbą zdobycia Berlina Zachodniego, co raczej przymusem mającym na celu wymuszenie powrotu do rządów czterech mocarstw i zapobieżenie konsolidacji odrębnego państwa zachodnioniemieckiego. Niezależnie od tego, jak rozsądnie oceniać blokadę, jej logika wynikała z obawy, że ramy poczdamskie zostaną zerwane przez Zachód bez negocjacji. Choć most powietrzny rozwiązał bezpośredni kryzys, nie rozwiązał problemu leżącego u jego podstaw: porzucenia zjednoczonych, zdemilitaryzowanych Niemiec.
Przełom nastąpił wraz z wybuchem wojny koreańskiej w 1950 roku. Konflikt interpretowano w Waszyngtonie nie jako wojnę regionalną o konkretnych przyczynach, lecz jako dowód monolitycznej, globalnej ofensywy komunistycznej. Ta redukcjonistyczna interpretacja miała głębokie konsekwencje dla Europy. Stanowiła silne polityczne uzasadnienie dla zbrojeń Niemiec Zachodnich – czegoś, co zostało jednoznacznie wykluczone zaledwie kilka lat wcześniej. Logika ta została teraz sformułowana w jasnych słowach: bez niemieckiego udziału militarnego Europa Zachodnia nie mogłaby zostać obroniona.
Ten moment był przełomowy. Remilitaryzacja Niemiec Zachodnich nie została wymuszona przez działania Związku Radzieckiego w Europie; była to strategiczna decyzja podjęta przez Stany Zjednoczone i ich sojuszników w odpowiedzi na zglobalizowane ramy zimnej wojny, które USA zbudowały. Wielka Brytania i Francja, pomimo głębokich historycznych obaw o niemiecką potęgę, uległy amerykańskiej presji. Kiedy proponowana Europejska Wspólnota Obronna – narzędzie kontroli niemieckiego zbrojenia – upadła, przyjęte rozwiązanie okazało się jeszcze bardziej znaczące: przystąpienie Niemiec Zachodnich do NATO w 1955 roku.
Z sowieckiej perspektywy oznaczało to ostateczny upadek porozumienia poczdamskiego. Niemcy nie były już neutralne. Nie były już zdemilitaryzowane. Były teraz uwikłane w sojusz wojskowy wyraźnie skierowany przeciwko ZSRR. Właśnie temu rezultatowi przywódcy sowieccy starali się zapobiec od 1945 roku i któremu miała zapobiec umowa poczdamska.
Należy podkreślić tę sekwencję, ponieważ często jest ona źle rozumiana lub odwracana. Podział i remilitaryzacja Niemiec nie były wynikiem działań Rosji. Zanim Stalin w 1952 roku złożył ofertę zjednoczenia Niemiec w oparciu o neutralność, mocarstwa zachodnie skierowały już Niemcy na ścieżkę integracji sojuszniczej i remilitaryzacji. Nota Stalina nie była próbą wykolejenia neutralnych Niemiec; była poważną, udokumentowaną i ostatecznie odrzuconą próbą odwrócenia procesu, który już się rozpoczął.
W tym świetle, wczesne porozumienie z okresu zimnej wojny jawi się nie jako nieunikniona odpowiedź na sowiecką nieustępliwość, ale jako kolejny przykład, w którym Europa i Stany Zjednoczone postanowiły podporządkować rosyjskie kwestie bezpieczeństwa architekturze sojuszu NATO. Neutralność Niemiec nie została odrzucona ze względu na jej niepraktyczność; została odrzucona, ponieważ była sprzeczna z zachodnią wizją strategiczną, która stawiała spójność bloku i przywództwo USA ponad inkluzywnym europejskim porządkiem bezpieczeństwa.
Koszty tego wyboru były ogromne i długotrwałe. Podział Niemiec stał się centralną linią podziału zimnej wojny. Europa została trwale zmilitaryzowana, a broń jądrowa została rozmieszczona na całym kontynencie. Bezpieczeństwo europejskie zostało przeniesione na Waszyngton, co wiązało się z całą zależnością i utratą strategicznej autonomii. Co więcej, ponownie wzmocniło się przekonanie Związku Radzieckiego, że Zachód zreinterpretuje porozumienia, gdy będzie to dla niego dogodne.
Ten kontekst jest niezbędny dla zrozumienia noty Stalina z 1952 roku. Nie był to „grom z jasnego nieba” ani cyniczny manewr oderwany od dotychczasowej historii. Była to pilna odpowiedź na powojenne porozumienie, które już zostało zerwane – kolejna próba, jak wiele przedtem i potem, zapewnienia pokoju poprzez neutralność, która została odrzucona przez Zachód.
1952: Odrzucenie zjednoczenia Niemiec
Warto bliżej przyjrzeć się notatce Stalina. Wezwanie Stalina do zjednoczonych i neutralnych Niemiec nie było ani dwuznaczne, ani niepewne, ani nieszczere. Jak przekonująco wykazał Rolf Steininger w książce Kwestia niemiecka: nota Stalina z 1952 roku a problem zjednoczenia (1990), Stalin zaproponował zjednoczenie Niemiec pod warunkami trwałej neutralności, wolnych wyborów, wycofania wojsk okupacyjnych i traktatu pokojowego gwarantowanego przez wielkie mocarstwa. Nie był to gest propagandowy; była to oferta strategiczna, wynikająca z autentycznego strachu Sowietów przed zbrojeniami Niemiec i rozszerzeniem NATO.
Archiwalne badania Steiningera są druzgocące dla standardowej narracji Zachodu. Szczególnie decydujące jest tajne memorandum sir Ivone Kirkpatricka z 1955 roku, w którym donosi on o przyznaniu się niemieckiego ambasadora, że kanclerz Adenauer wiedział o autentyczności notatki Stalina. Adenauer mimo wszystko ją odrzucił. Obawiał się nie złej woli Sowietów, ale niemieckiej demokracji. Obawiał się, że przyszły rząd niemiecki może wybrać neutralność i pojednanie z Moskwą, podważając integrację Niemiec Zachodnich z blokiem zachodnim.
W istocie, pokój i zjednoczenie zostały odrzucone przez Zachód nie dlatego, że były niemożliwe, ale dlatego, że były politycznie niewygodne dla zachodniego systemu sojuszniczego. Ponieważ neutralność zagrażała rodzącej się architekturze NATO, należało ją odrzucić jako „pułapkę”.
Europejskie elity nie zostały jedynie zmuszone do sojuszu atlantyckiego; same go aktywnie przyjęły. Odrzucenie niemieckiej neutralności przez kanclerza Adenauera nie było odosobnionym aktem uległości wobec Waszyngtonu, lecz odzwierciedlało szerszy konsensus wśród elit zachodnioeuropejskich, które przedkładały amerykańską opiekę nad strategiczną autonomię i zjednoczoną Europę.
Neutralność zagrażała nie tylko architekturze NATO, ale także powojennemu porządkowi politycznemu, w którym elity te zapewniały sobie bezpieczeństwo, legitymizację i odbudowę gospodarczą dzięki przywództwu USA. Neutralne Niemcy wymagałyby od państw europejskich bezpośrednich negocjacji z Moskwą na równych prawach, a nie działania w ramach struktur kierowanych przez USA, które izolowałyby je od takiego zaangażowania. W tym sensie odrzucenie neutralności przez Europę było również odrzuceniem odpowiedzialności: atlantyzm oferował bezpieczeństwo bez obciążeń dyplomatycznego współistnienia z Rosją, nawet za cenę trwałego podziału Europy i militaryzacji kontynentu.
W marcu 1954 roku Związek Radziecki złożył wniosek o członkostwo w NATO, argumentując, że NATO stanie się w ten sposób instytucją europejskiego bezpieczeństwa zbiorowego. Stany Zjednoczone i ich sojusznicy natychmiast odrzucili wniosek, argumentując, że osłabiłby on sojusz i uniemożliwiłby przystąpienie Niemiec do NATO. Stany Zjednoczone i ich sojusznicy, w tym same Niemcy Zachodnie, po raz kolejny odrzucili ideę neutralnych, zdemilitaryzowanych Niemiec i europejskiego systemu bezpieczeństwa opartego na bezpieczeństwie zbiorowym, a nie na blokach wojskowych.
Austriacki Traktat Państwowy z 1955 roku dodatkowo obnażył cynizm tej logiki. Austria zaakceptowała neutralność, wojska radzieckie się wycofały, a kraj stał się stabilny i zamożny. Przewidywane geopolityczne „kostki domina” nie upadły. Model austriacki pokazuje, że to, co osiągnięto tam, można było osiągnąć w Niemczech, potencjalnie kończąc zimną wojnę dekady wcześniej. Różnica między Austrią a Niemcami nie leżała w wykonalności, lecz w preferencjach strategicznych. Europa zaakceptowała neutralność w Austrii, gdzie nie zagrażała ona hegemonicznemu porządkowi pod przywództwem USA, ale odrzuciła ją w Niemczech, gdzie tak się stało.
Konsekwencje tych decyzji były ogromne i długotrwałe. Niemcy pozostawały podzielone przez prawie cztery dekady. Kontynent został zmilitaryzowany wzdłuż linii uskoku przebiegającej przez jego środek, a broń jądrowa została rozmieszczona na całym terytorium Europy. Bezpieczeństwo Europy uzależniło się od amerykańskiej potęgi i amerykańskich priorytetów strategicznych, co ponownie uczyniło kontynent główną areną konfrontacji między mocarstwami.
Do 1955 roku ten schemat był już mocno utrwalony. Europa akceptowała pokój z Rosją tylko wtedy, gdy ten idealnie wpisywał się w zachodnią architekturę strategiczną pod przewodnictwem USA. Kiedy pokój wymagał rzeczywistego uwzględnienia rosyjskich interesów bezpieczeństwa – niemieckiej neutralności, niezaangażowania, demilitaryzacji lub wspólnych gwarancji – był on systematycznie odrzucany. Konsekwencje tej odmowy ujawniły się w kolejnych dekadach.
30-letnia odmowa odpowiedzi na rosyjskie obawy dotyczące bezpieczeństwa.
Jeśli kiedykolwiek istniał moment, w którym Europa mogła definitywnie zerwać z długą tradycją odrzucania pokoju z Rosją, to był nim koniec zimnej wojny. W przeciwieństwie do lat 1815, 1919 czy 1945, nie był to moment narzucony wyłącznie przez klęskę militarną; był to moment ukształtowany przez wybór. Związek Radziecki nie upadł w gradzie ostrzału artyleryjskiego; wycofał się i jednostronnie rozbroił. Za Michaiła Gorbaczowa Związek Radziecki wyrzekł się siły jako zasady porządku europejskiego. Zarówno Związek Radziecki, jak i późniejsza Rosja pod rządami Borysa Jelcyna pogodziły się z utratą kontroli militarnej nad Europą Środkową i Wschodnią i zaproponowały nowe ramy bezpieczeństwa oparte na inkluzji, a nie na konkurujących blokach. To, co nastąpiło, nie było porażką rosyjskiej wyobraźni, ale porażką Europy i kierowanego przez USA systemu atlantyckiego, które nie potraktowały tej oferty poważnie.
Koncepcja „Wspólnego Domu Europejskiego” Michaiła Gorbaczowa nie była jedynie retorycznym ozdobnikiem. Była to strategiczna doktryna oparta na uznaniu, że broń jądrowa uczyniła tradycyjną politykę równowagi sił samobójczą. Gorbaczow wyobrażał sobie Europę, w której bezpieczeństwo jest niepodzielne, w której żadne państwo nie zwiększa swojego bezpieczeństwa kosztem innego, a struktury sojuszu z czasów zimnej wojny stopniowo ustępowałyby miejsca ramom paneuropejskim. Jego przemówienie w Radzie Europy w Strasburgu w 1989 roku jasno wyrażało tę wizję, kładąc nacisk na współpracę, wzajemne gwarancje bezpieczeństwa i odejście od siły jako instrumentu politycznego. Karta Paryska dla Nowej Europy, podpisana w listopadzie 1990 roku, skodyfikowała te zasady, zobowiązując Europę do demokracji, praw człowieka i nowej ery bezpieczeństwa opartego na współpracy.
W tym momencie Europa stanęła przed fundamentalnym wyborem. Mogła potraktować te zobowiązania poważnie i zbudować architekturę bezpieczeństwa skoncentrowaną wokół OBWE, w której Rosja byłaby równoprawnym uczestnikiem – gwarantem pokoju, a nie obiektem powstrzymywania. Alternatywnie, mogła zachować zimnowojenną hierarchię instytucjonalną, retorycznie przyjmując ideały pozimnowojenne. Europa wybrała to drugie.
NATO nie rozpadło się, nie przekształciło w forum polityczne ani nie podporządkowało się paneuropejskiej instytucji bezpieczeństwa. Wręcz przeciwnie, rozszerzyło się. Publicznie prezentowane uzasadnienie miało charakter defensywny: rozszerzenie NATO miało ustabilizować Europę Wschodnią, umocnić demokrację i zapobiec powstaniu próżni bezpieczeństwa. Jednak to wyjaśnienie pomijało kluczowy fakt, który Rosja wielokrotnie artykułowała i który zachodni decydenci prywatnie przyznawali: rozszerzenie NATO bezpośrednio implikowało podstawowe obawy Rosji dotyczące bezpieczeństwa – nie abstrakcyjne, ale geograficzne, historyczne i psychologiczne.
Kontrowersje wokół zapewnień złożonych przez USA i Niemcy podczas negocjacji w sprawie zjednoczenia Niemiec ilustrują głębszy problem. Przywódcy zachodni później twierdzili, że nie złożono żadnych prawnie wiążących obietnic dotyczących rozszerzenia NATO, ponieważ żadne porozumienie nie zostało skodyfikowane na piśmie. Jednak dyplomacja działa nie tylko poprzez podpisane traktaty, ale także poprzez oczekiwania, porozumienia i dobrą wolę.
Odtajnione dokumenty i relacje z tamtych czasów potwierdzają, że przywódcom radzieckim wielokrotnie powtarzano, że NATO nie posunie się dalej na wschód poza granice Niemiec. Zapewnienia te ukształtowały sowiecką zgodę na zjednoczenie Niemiec – ustępstwo o ogromnym znaczeniu strategicznym. Kiedy NATO rozszerzyło się mimo wszystko, początkowo na żądanie Ameryki, Rosja odebrała to nie jako techniczną korektę prawną, ale jako głęboką zdradę porozumienia, które ułatwiło zjednoczenie Niemiec.
Z biegiem czasu rządy europejskie coraz bardziej internalizowały rozszerzenie NATO jako projekt europejski, a nie jedynie amerykański. Zjednoczenie Niemiec w ramach NATO stało się raczej wzorem niż wyjątkiem. Rozszerzenie UE i rozszerzenie NATO postępowały równolegle, wzmacniając się wzajemnie i wypierając alternatywne rozwiązania w zakresie bezpieczeństwa, takie jak neutralność czy niezaangażowanie.
Nawet Niemcy, z tradycją Ostpolitik i pogłębiającymi się powiązaniami gospodarczymi z Rosją, stopniowo podporządkowywały swoją politykę sprzyjającą dostosowaniom logice sojuszu. Przywódcy europejscy postrzegali rozszerzenie jako imperatyw moralny, a nie wybór strategiczny, izolując się tym samym od kontroli i czyniąc rosyjskie zastrzeżenia bezzasadnymi. Czyniąc to, Europa w dużej mierze zrezygnowała ze swojej zdolności do działania jako niezależny podmiot bezpieczeństwa, wiążąc swój los coraz ściślej ze strategią atlantycką, która przedkładała ekspansję nad stabilność.
W tym miejscu porażka Europy staje się najbardziej rażąca. Zamiast przyznać, że rozszerzenie NATO przeczy logice niepodzielnego bezpieczeństwa wyrażonej w Karcie Paryskiej, europejscy przywódcy potraktowali sprzeciw Rosji jako bezzasadny – jako pozostałość imperialnej nostalgii, a nie wyraz rzeczywistego niepokoju o bezpieczeństwo. Rosję zaproszono do konsultacji, ale nie do podejmowania decyzji. Akt Założycielski NATO–Rosja z 1997 roku zinstytucjonalizował tę asymetrię: dialog bez rosyjskiego weta, partnerstwo bez parytetu rosyjskiego. Architektura bezpieczeństwa europejskiego budowana była wokół Rosji i wbrew Rosji, a nie z Rosją.
Ostrzeżenie George'a Kennana z 1997 roku, że rozszerzenie NATO będzie „fatalnym błędem”, uchwyciło to strategiczne ryzyko z niezwykłą jasnością. Kennan nie twierdził, że Rosja jest cnotliwa; argumentował, że upokorzenie i marginalizacja mocarstwa w chwili słabości wywoła resentyment, rewanżyzm i militaryzację. Jego ostrzeżenie zostało odrzucone jako przestarzały realizm, jednak późniejsza historia niemal punkt po punkcie potwierdziła słuszność jego logiki.
Ideologiczne podstawy tego odrzucenia można wyraźnie odnaleźć w pismach Zbigniewa Brzezińskiego. W Wielkiej szachownicy (1997) oraz w eseju „Geostrategia dla Eurazji” (1997) opublikowanym w „Foreign Affairs” Brzeziński przedstawił wizję amerykańskiego prymatu opartego na kontroli nad Eurazją. Argumentował, że Eurazja jest „superkontynentem osiowym”, a globalna dominacja USA zależy od zapobieżenia powstaniu jakiejkolwiek potęgi zdolnej do zdominowania jej. W tych ramach Ukraina nie była jedynie suwerennym państwem z własną trajektorią; była geopolitycznym punktem zwrotnym. „Bez Ukrainy” – słynnie napisał Brzeziński – „Rosja przestaje być imperium”.
Nie była to akademicka dygresja; to było programowe oświadczenie wielkiej imperialnej strategii USA. W takim światopoglądzie rosyjskie obawy dotyczące bezpieczeństwa nie są uzasadnionymi interesami, które należy uwzględniać w imię pokoju; są to przeszkody, które należy pokonać w imię prymatu USA. Europa, głęboko zakorzeniona w systemie atlantyckim i zależna od amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa, zinternalizowała tę logikę – często nie dostrzegając jej pełnych implikacji. W rezultacie powstała europejska polityka bezpieczeństwa, która konsekwentnie przedkładała rozszerzanie sojuszy nad stabilność i sygnalizowanie moralności nad trwałe rozwiązanie.
Konsekwencje stały się oczywiste w 2008 roku. Podczas szczytu NATO w Bukareszcie sojusz ogłosił, że Ukraina i Gruzja „staną się członkami NATO”. Oświadczeniu temu nie towarzyszył jasny harmonogram, ale jego polityczne znaczenie było jednoznaczne. Przekroczyło ono to, co rosyjscy urzędnicy ze wszystkich stron sceny politycznej od dawna określali mianem „czerwonej linii”. Nie ulega wątpliwości, że z góry to rozumiano. William Burns, ówczesny ambasador USA w Moskwie, doniósł w depeszy zatytułowanej „NYET MEANS NYET”, że członkostwo Ukrainy w NATO jest postrzegane w Rosji jako zagrożenie egzystencjalne, jednoczące zarówno liberałów, nacjonalistów, jak i radykałów. Ostrzeżenie było jednoznaczne. Zostało zignorowane.
Z perspektywy Rosji schemat ten był teraz niepodważalny. Europa i Stany Zjednoczone powoływały się na język zasad i suwerenności, gdy im to odpowiadało, ale odrzucały podstawowe obawy Rosji dotyczące bezpieczeństwa jako bezpodstawne. Lekcja, którą wyciągnęła Rosja, była tą samą lekcją, którą wyciągnęła po wojnie krymskiej, po interwencjach aliantów, po porażce bezpieczeństwa zbiorowego i po odrzuceniu noty Stalina: pokój zostanie zaoferowany tylko na warunkach, które zachowają strategiczną dominację Zachodu.
Kryzys, który wybuchł na Ukrainie w 2014 roku, nie był zatem aberracją, lecz kulminacją. Powstanie na Majdanie, upadek rządu Janukowycza, aneksja Krymu przez Rosję i wojna w Donbasie rozegrały się w ramach architektury bezpieczeństwa, która i tak była już napięta do granic możliwości. Stany Zjednoczone aktywnie wspierały zamach stanu, który obalił Janukowycza, a nawet w tle knuły spiski dotyczące składu nowego rządu. Kiedy Donbas ogarnął sprzeciw wobec zamachu stanu na Majdanie, Europa odpowiedziała sankcjami i dyplomatycznym potępieniem, przedstawiając konflikt jako prosty moralitet. Jednak nawet na tym etapie możliwe było wynegocjowanie rozwiązania.
Porozumienia mińskie, a zwłaszcza Mińsk II z 2015 roku, stworzyły ramy dla deeskalacji konfliktu, autonomii Donbasu i reintegracji Ukrainy i Rosji w ramach rozszerzonego europejskiego porządku gospodarczego.
Mińsk II stanowił – choć niechętne – uznanie, że pokój wymaga kompromisu, a stabilność Ukrainy zależy od rozwiązania zarówno wewnętrznych podziałów, jak i zewnętrznych problemów bezpieczeństwa. Ostatecznie Mińsk II został zniszczony przez opór Zachodu. Kiedy później zachodni przywódcy zasugerowali, że Mińsk II służył przede wszystkim „kupieniu czasu” Ukrainie na wzmocnienie militarne, straty strategiczne były poważne. Z perspektywy Moskwy potwierdziło to podejrzenia, że dyplomacja zachodnia była cyniczna i instrumentalna, a nie szczera – że porozumienia nie miały być wdrażane, a jedynie wpływać na wizerunek.
Do 2021 roku europejska architektura bezpieczeństwa stała się nie do utrzymania. Rosja przedstawiła projekty propozycji wzywających do negocjacji w sprawie rozszerzenia NATO, rozmieszczenia rakiet i ćwiczeń wojskowych – dokładnie tych kwestii, przed którymi ostrzegała od dziesięcioleci. Propozycje te zostały odrzucone przez USA i NATO. Rozszerzenie NATO uznano za niepodlegające negocjacjom. Po raz kolejny Europa i Stany Zjednoczone odmówiły zaangażowania się w podstawowe kwestie bezpieczeństwa Rosji jako legalny przedmiot negocjacji. Nastąpiła wojna.
Kiedy wojska rosyjskie wkroczyły na Ukrainę w lutym 2022 roku, Europa określiła inwazję jako „niesprowokowaną”. Choć ten absurdalny opis może służyć propagandzie, całkowicie zaciemnia historię. Działania Rosji nie pojawiły się w próżni. Wynikały z nakazu bezpieczeństwa, który systematycznie odmawiał uwzględnienia obaw Rosji, oraz z procesu dyplomatycznego, który wykluczał negocjacje w kwestiach, które były dla niej najważniejsze.
Nawet wtedy pokój nie był niemożliwy. W marcu i kwietniu 2022 roku Rosja i Ukraina prowadziły negocjacje w Stambule, w wyniku których powstał szczegółowy projekt ram. Ukraina zaproponowała trwałą neutralność z międzynarodowymi gwarancjami bezpieczeństwa; Rosja zaakceptowała tę zasadę. Ramy obejmowały ograniczenia sił, gwarancje i dłuższy proces w kwestiach terytorialnych. Nie były to dokumenty fikcyjne. Były to poważne projekty, odzwierciedlające realia pola bitwy i strukturalne ograniczenia geograficzne.
Jednak rozmowy w Stambule załamały się, gdy Stany Zjednoczone i Wielka Brytania wkroczyły i nakazały Ukrainie niepodpisywanie traktatu. Jak później wyjaśnił Boris Johnson, stawką była wyłącznie hegemonia Zachodu. Załamanie się Procesu Stambulskiego dowodzi w sposób konkretny, że pokój na Ukrainie był możliwy wkrótce po rozpoczęciu specjalnej operacji wojskowej Rosji. Porozumienie zostało sporządzone i niemalże zawarte, ale zostało porzucone na żądanie Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii.
Do 2025 roku ponura ironia stała się oczywista. Te same ramy ze Stambułu ponownie wypłynęły na powierzchnię jako punkt odniesienia dla wznowionych wysiłków dyplomatycznych. Po ogromnym rozlewie krwi dyplomacja powróciła do prawdopodobnego kompromisu. To znany schemat w wojnach kształtowanych przez dylematy bezpieczeństwa: wczesne porozumienia, odrzucone jako przedwczesne, później okazują się tragiczną koniecznością. Jednak nawet teraz Europa opiera się negocjacjom pokojowym.
Dla Europy koszty tej długotrwałej niechęci do poważnego traktowania rosyjskich obaw o bezpieczeństwo są obecnie nieuniknione i ogromne. Europa poniosła dotkliwe straty gospodarcze w wyniku zakłóceń w dostawach energii i presji deindustrializacji. Zdecydowała się na długoterminową remilitaryzację, która pociąga za sobą poważne konsekwencje fiskalne, społeczne i polityczne. Spójność polityczna społeczeństw europejskich jest poważnie nadszarpnięta pod presją inflacji, presji migracyjnej, zmęczenia wojną i rozbieżnych poglądów rządów europejskich. Strategiczna autonomia Europy uległa zmniejszeniu, ponieważ Europa ponownie stała się głównym teatrem konfrontacji między mocarstwami, a nie niezależnym biegunem.
Co być może najgroźniejsze, ryzyko nuklearne ponownie znalazło się w centrum europejskich kalkulacji bezpieczeństwa. Po raz pierwszy od czasów zimnej wojny europejska opinia publiczna ponownie żyje w cieniu potencjalnej eskalacji konfliktu między mocarstwami posiadającymi broń jądrową. Nie jest to jedynie wynik porażki moralnej. Jest to wynik strukturalnej odmowy Zachodu, sięgającej czasów Pogodina, uznania, że pokoju w Europie nie da się zbudować, negując rosyjskie obawy dotyczące bezpieczeństwa. Pokój można zbudować jedynie poprzez negocjacje.
Tragedią negowania przez Europę rosyjskich obaw dotyczących bezpieczeństwa jest to, że stają się one samonapędzające. Gdy rosyjskie obawy dotyczące bezpieczeństwa są odrzucane jako bezpodstawne, rosyjscy przywódcy mają mniejszą motywację do działań dyplomatycznych, a większą do zmiany faktów. Europejscy decydenci interpretują te działania jako potwierdzenie swoich pierwotnych podejrzeń, a nie jako całkowicie przewidywalny wynik dylematu bezpieczeństwa, który sami stworzyli, a następnie zaprzeczyli. Z czasem ta dynamika zawęża przestrzeń dyplomatyczną, aż wojna dla wielu staje się nie wyborem, lecz nieuchronnością. Jednak ta nieuchronność jest sztucznie kreowana. Wynika ona nie z niezmiennej wrogości, lecz z uporczywej europejskiej odmowy uznania, że trwały pokój wymaga uznania obaw drugiej strony za realne, nawet jeśli są one niewygodne.
Tragedią jest to, że Europa wielokrotnie słono płaciła za tę odmowę. Zapłaciła w wojnie krymskiej i jej następstwach, w katastrofach pierwszej połowy XX wieku oraz w dekadach podziałów zimnej wojny. I płaci ponownie teraz. Rusofobia nie uczyniła Europy bezpieczniejszą. Sprawiła, że Europa stała się biedniejsza, bardziej podzielona, bardziej zmilitaryzowana i bardziej zależna od zewnętrznych potęg.
Dodatkową ironią jest to, że choć ta strukturalna rusofobia nie osłabiła Rosji w dłuższej perspektywie, wielokrotnie osłabiała Europę. Odmawiając traktowania Rosji jak normalnego podmiotu w sferze bezpieczeństwa, Europa przyczyniła się do powstania niestabilności, której się obawia, ponosząc jednocześnie rosnące koszty w postaci krwi, finansów, autonomii i spójności. Każdy cykl kończy się tak samo: spóźnionym uznaniem, że pokój wymaga negocjacji po tym, jak ogromne szkody zostały już wyrządzone. Lekcja, której Europa jeszcze nie przyswoiła, brzmi: uznanie obaw Rosji o bezpieczeństwo nie jest ustępstwem na rzecz władzy, lecz warunkiem koniecznym do zapobieżenia jej destrukcyjnym działaniom.
Lekcja, zapisana krwią przez dwa stulecia, nie polega na tym, że Rosji ani żadnemu innemu państwu należy ufać pod każdym względem. Chodzi o to, że Rosję i jej interesy bezpieczeństwa należy traktować poważnie. Europa wielokrotnie odrzucała pokój z Rosją, nie dlatego, że był on nieosiągalny, ale dlatego, że uznanie rosyjskich obaw o bezpieczeństwo było niesłusznie traktowane jako bezpodstawne. Dopóki Europa nie porzuci tego odruchu, pozostanie uwięziona w cyklu samodestrukcyjnej konfrontacji – odrzucając pokój, gdy jest to możliwe, i ponosząc koszty długo potem.
Jeffrey D. Sachs
Jeffrey D. Sachs jest profesorem uniwersyteckim i dyrektorem Centrum Zrównoważonego Rozwoju na Uniwersytecie Columbia, gdzie w latach 2002–2016 kierował Instytutem Ziemi. Jest również prezesem Sieci Rozwiązań na rzecz Zrównoważonego Rozwoju ONZ i komisarzem Komisji Szerokopasmowej ONZ ds. Rozwoju.

