Politologia (el)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 4771
Z prof. Uniwersytetu Warszawskiego, politologiem Jackiem Czaputowiczem, autorem książki Suwerenność, rozmawia Anna Leszkowska
- Panie profesorze, mówi się, że w XXI wieku będziemy mieć do czynienia z państwami posuwerennymi. Czy jesteśmy świadkami zaniku suwerenności i upadku państw narodowych?
- Tak nie można powiedzieć, bo suwerenność wydaje się być trwała. Na pewno suwerenność nie zanika, ale zmienia się i będzie się zmieniać jej treść. Na różnych etapach rozwoju ludzkości pojawiają się określone atrybuty suwerenności – jedne odchodzą, w to miejsce pojawiają się inne. Zmienia się też historycznie ulokowanie suwerenności, czyli władzy legalnej i akceptowanej, która kieruje społeczeństwami czy to w formie imperiów, czy państw narodowych.
Zainteresowanie suwerennością istotnie ostatnio wzrosło i to ze strony wielu dyscyplin naukowych. Ja zajmuję się suwerennością od strony stosunków międzynarodowych i nauk politycznych, ale suwerenność interesuje także historyków, ekonomistów, filozofów.
- Suwerenność wzbudza jednak wiele konytrowersji. Po wstąpieniu Polski do UE temat ten powraca w wielu dyskusjach, w których niepokój budzi fakt scedowania na UE przez Polskę 80% swoich kompetencji w sferze gospodarczej i 60% w sferze prawodawczej …
- Oczywiście, że ważne jest to, co się dzieje tu i teraz, ale przy badaniu suwerenności nie sposób pomijać na nią wpływu filozofii i historii, które są niezbędne przy interpretacji jej zmian – także w procesie integracji europejskiej. Przecież Unia Europejska miała analogie historyczne. W średniowieczu Europa też miała system władzy podzielonej, było odniesienie do władzy cesarza i papieża na poziomie europejskim, państwa narodowego na poziomie państwa, pana feudalnego na poziomie interioru. Dzisiejsze podziały władzy odpowiadają średniowiecznym. Niektórzy porównują Unię Europejską do systemu imperialnego, inni – do systemu federalnego.
A dlaczego jest to takie ważne i dyskutowane przez polityków? Bo dotyczy władzy, a polityk danego państwa nigdy nie powie, że państwo narodowe coś traci wskutek integracji. Raczej będzie interpretował, że jest to wspólne wykonywanie suwerenności w Europie, tworzenie większej puli, itd.
Moja teza jako politologa jest tu jednak inna. Jeżeli suwerenność zdefiniujemy jako władzę na danym terytorium, to państwo traci jej część na rzecz UE, nie może ingerować już w tych dziedzinach, które są scedowane na poziom unijny. Ale jeżeli suwerenność zdefiniujemy jako realizację interesu narodowego, to powiemy, że państwo zyskuje nowe możliwości realizacji interesu narodowego, bo ma więcej środków, wpływ na to co się dzieje w innych państwach na kontynencie, itd. Zatem spór dotyczy tu samej definicji suwerenności.
- W książce opisuje pan różne aspekty suwerenności, wydaje się jednak, że czasach globalizacji kluczowe znaczenie ma suwerenność ekonomiczna, której uszczuplenie bywa często wymuszane. Czy istotnie globalizacja jest zagrożeniem dla suwerenności?
- Tutaj znów dotykamy problemu definicji. Jesteśmy przyzwyczajeni do koncepcji suwerennej równości, która się ugruntowała w prawie międzynarodowym i stosunkach politycznych wraz z powstaniem ONZ, po II wojnie światowej. Jeszcze w okresie międzywojennym ta gradacja suwerenności była akceptowana: były kolonie, protektoraty, terytoria zależne, nie wszyscy byli równi. Natomiast wraz z procesem dekolonizacji zaczęto uważać, tak jak jest zapisane w karcie NZ, że każde państwo jest równe.
Jest to jednak pewna fikcja, bo wiemy, że państwa nie są względem siebie równe, że występuje wśród nich pewna hierarchia.
Z perspektywy ONZ, np. Somalia, Afganistan, czy Republika Środkowoafrykańska to państwa suwerenne. Jednak my widzimy, że są to państwa upadłe, które nie spełniają kryteriów państwowości empirycznej, nie kontrolują tego, co się dzieje na ich obszarze. Czyli kiedyś nie uznalibyśmy je za państwa, natomiast wg prawa międzynarodowego są one równe innym państwom.
W literaturze używa się takich określeń jak: państwo przednowoczesne, nowoczesne i ponowoczesne. Niektóre państwa afrykańskie są na poziomie takim, jak Europa w XIV i XV w., przednarodowe. System kolonialny ujął te państwa w granicach terytorialnych, ale narody się jeszcze nie wykształciły. Państwa muzułmańskie to poziom okresu wojen religijnych, gdzie religia jest czynnikiem dominującym, jak w średniowieczu chrześcijańskim. Państwa azjatyckie i Ameryki Łacińskiej to odpowiednik XIX-wiecznej Europy, gdzie państwa rywalizują zgodnie z zasadą siły, dominacji, wymuszania. Tylko część państw na świecie, jak europejskie, USA, Kanada, Australia, to świat ponowoczesny, gdzie ważne są idee równości i wolności, podbój jest niewyobrażalny, a bezpieczeństwo zapewnione. Mamy więc różne rodzaje współistniejących państwowości.
- Czyli wszyscy mają jednakowe prawa, ale niektórzy większe?
- Zgodnie z podejściem prawnym, najważniejszą cechą suwerenności jest uznanie państwa przez innych członków społeczności międzynarodowej. Ale jest też podejście politologiczne, które mówi, że najważniejszą cechą suwerenności jest władza, która w sposób legalny może stosować przymus. Jeżeli mówimy, że USA to hipermocarstwo, hegemon, państwo dominujące, czy neoimperium, to mamy do czynienia z suwerennością niczym nieograniczoną – państwo może robić co chce.
Pokazuję w książce rywalizację suwerenności rozumianej jako cecha państwa, tzn. prawa robienia tego, co się chce, i suwerenności jako instytucji społeczności międzynarodowej, tzn. zabezpieczenia państwa przed ingerencją w sprawy wewnętrzne ze strony innych państw. Między tymi rozumieniami suwerenności występuje sprzeczność.
- Ale to jest prawny punkt widzenia suwerenności. Gdyby potraktować ją od strony ekonomicznej – co dzisiaj ma ogromne znaczenie – trudno byłoby ocenić, czy jesteśmy suwerenni, czy nie jesteśmy...
- To jest koncept, który wymyka się definicji i inaczej wygląda z punktu widzenia różnych dyscyplin naukowych. Państwa, rywalizując ze sobą, uzależniają się wzajemnie. Inną sprawą jest, czym się kierują w tej rywalizacji. I tutaj pojawiają się poza państwami inni aktorzy stosunków międzynarodowych: korporacje transnarodowe, organizacje międzynarodowe, różne grupy społeczne, itd. Powstaje więc kolejny problem: mówi się, że państwa tracą kontrolę nad korporacjami transnarodowymi, które przenoszą ponad granicami inwestycje, dochody, zyski. Państwa nie są już w stanie sprawować kontroli nad przepływami przez granice, co było tradycyjnym atrybutem suwerenności.
- Suwerenność na ogół jest pojmowana jako poszanowanie terytorium. Tymczasem przykład Grecji pokazuje, że utrata suwerenności ekonomicznej może być początkiem utraty suwerenności terytorialnej, politycznej, itd. Czy to wynika z globalizacji?
- W UE suwerenność państw jest różna: Niemcy mają ją dużą, ale suwerenność Grecji jest mniejsza, państwo nie może realizować wypracowanej polityki.
Naukowcy do tej pory twierdzili, że w procesie integracji europejskiej państwa tracą suwerenność. Ja uważam, że jedne tracą, a inne zyskują. Np. suwerenność Niemiec rośnie kosztem suwerenności innych państw.
Suwerenność możemy porównać do kamienia lub koszyka. W pierwszym przypadku, suwerenność jest niezmienna jak kamień; w drugim - atrybuty suwerenności się zmieniają, wyjmujemy co niepotrzebne, a wkładamy nowe. W ujęciu historycznym oznacza to zmianę treści suwerenności. Gdy przywołamy klasyczne atrybuty suwerenności, np. granice, stanowienie prawa, rozstrzyganie sporów, bicie monety, to w UE w większości przypadków kompetencje są dzielone między państwa członkowskie a UE.
- Wydaje się, że UE jest dobrym przykładem związku państw, na ogół korzystnego dla większości z nich. Ale wymuszone przez globalizację uszczuplanie suwerenności to już zjawisko oceniane przez narody i społeczeństwa bardzo krytycznie. Czy można zatrzymać te złe konsekwencje dla suwerenności wskutek globalizacji?
- To pytanie dotyczy celu istnienia społeczności ludzkiej. Jeżeli jest to ochrona jakiegoś dobra wspólnego, to niekiedy najlepiej się to realizuje w warunkach państwa. Ale być może będzie inaczej. Są badacze, którzy uważają, że winniśmy dążyć do stworzenia jakiejś kosmopolitycznej wspólnoty światowej.
- …i rządu światowego
- Być może tak, ale to jest pytanie, czy forma organizacji, jaką jest państwo to dobry środek do realizacji celu, czy nie. Wielu badaczy postmodernistycznych uważa, że dobrze byłoby, żeby państwo obumarło. Inni twierdzą, że niosłoby to poważne zagrożenia.
Natomiast co robić, żeby zapobiegać pewnym negatywnym cechom globalizacji, jak możliwość eksploatacji danego państwa przez inne, czy przez firmy ponadnarodowe? Trzeba mieć dobry rząd, który realizuje cele społeczne i sprzyja rozwojowi państwa. Jeżeli państwo jest niewydolne i skorumpowane, to popada w zależność. Optymistyczne jest jednak, że los tego świata jest w naszych rękach – jeżeli stworzymy system efektywny, rządy demokratyczne, które będą nastawione na realizację dalekosiężnych celów, to wówczas mamy szansę rozwoju.
- Obecnie w hierarchii ważności suwerenność ustępuje miejsca prawom człowieka, które są traktowane jako prawo naturalne, podobnie jak wcześniej traktowano suwerenność. Czy suwerenność odejdzie do lamusa i z tego powodu?
- Jest tutaj spór między komunitaryzmem a kosmopolityzmem, w którym jednostka ludzka jest przede wszystkim człowiekiem i ma pewne prawa z faktu bycia nim. Komunitaryści z kolei uważają, że jednostka ludzka jest przede wszystkim obywatelem i ma pewne prawa wynikające z przynależności do danej wspólnoty narodowej. W związku z tym prawa Amerykanina, Polaka, czy Chińczyka się różnią, bo wynikają z praw danego narodu.
Prawa człowieka jako uniwersalne związane są z podejściem kosmopolitycznym, które głosi, że prawo do życia, rozwoju, demokracji, przynależą każdemu człowiekowi, niezależnie od narodowości. Jest to spór, z którego wynika też możliwość uznania interwencji w wewnętrzne sprawy innego państwa za legalną, bądź nie.
Przyjmuje się zatem, że obowiązkiem społeczności międzynarodowej jest zapewnienie podstawowych praw człowieka i zapobieganie np. ludobójstwu. Ale to wiąże się z ingerencją w sprawy innego państwa, pogwałceniem jego suwerenności. Inni sądzą, że interwencja jest niedopuszczalna, właśnie z uwagi na poszanowanie suwerenności i jej nadrzędności. We współczesnym świecie od lat 90. XX w. dominuje jednak prawo do interwencji humanitarnej, które pozwala naruszać suwerenność państw w przypadkach uzasadnionych. Takie interwencje nie są nadużywane, nawet uważa się, że powinno się tego środka używać częściej.
- Świat jest zbyt złożony, aby państwa mogły realizować swoje interesy autonomicznie? Komu jest potrzebna suwerenność?
- Uważam, że suwerenność terytorialna na poziomie państw jest rozwiązaniem korzystnym, dobrym, a pozbawienie państw suwerenności byłoby ryzykowne. Dziś państwa rywalizują ze sobą w ramach społeczności międzynarodowej, a gdyby ich nie było rywalizacja występowałaby między ludźmi i to w całej przestrzeni światowej. Niewykluczone, że w przypadku wyborów do parlamentu światowego zwyciężyłaby nie jakaś wielonarodowa partia, ale najbardziej liczna nacja. Ofiarą tego systemu padałyby mniejszości, których dzisiejsze państwo narodowe broni. Suwerenne państwo jest gwarancją bogactwa i pluralizmu życia politycznego na świecie.
- Wróży pan długą historię państwu narodowemu…
- Tak sądzę i uważam, że to jest dobre rozwiązanie: społeczność międzynarodowa, akceptacja dla różnorodności jest dobrem, a ujednolicenie przyniosłoby niepowetowane straty.
Dziękuję za rozmowę.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2685
Przedstawiamy wystąpienie prof. Stanisława Bielenia wygłoszone na konferencji w Instytucie Studiów Podatkowych 6 listopada 2018, podczas której dyskutowano o problemach poruszonych w najnowszej książce prof. Witolda Modzelewskiego pt. Polska-Rosja. Myśli o Rosji i bolszewizmie w 100-lecie niepodległości.
Książka Profesora Witolda Modzelewskiego pt. Polska-Rosja. Myśli o Rosji i bolszewizmie w 100-lecie niepodległości jest publikacją niezwykłego pasjonata w komentowaniu polskiej historii, odzieraniu jej z absurdów i mitów. Ale przede wszystkim ma walor refleksyjny i powiedziałbym - intelektualnie prowokacyjny. Uświadamia, jak trudno jest wyjść poza ramy myślenia obrzędowego, opartego na legendach i truizmach. Autorowi książki należy się przede wszystkim podziękowanie za świeżość interpretacji, za metodyczne zdejmowanie fałszywych masek i komiksowych kostiumów, w które ubierano historię Polski w minionym stuleciu. Jestem przekonany, że dzięki lekturze czytelnik zatrzyma się choć przez chwilę nad fałszywą świadomością historyczną Polaków.
Książka Profesora Modzelewskiego nikogo nie pozostawi obojętnym. Prowokuje do zadawania kolejnych pytań, na przykład o zakres i skutki kolaboracji Polaków z zaborcami i okupantami w różnych fazach podległości i niepodległości oraz relatywizację ocen tych czynów. O rolę Kościoła katolickiego w kultywowaniu martyrologiczno-straceńczej aury, „bogoojczyźnianej cepelii”, gloryfikacji obrazów męczeństwa i śmierci oraz uruchamianiu zbiorowych emocji. Nie bez znaczenia jest także grzech megalomanii narodowej, pozwalający zrzucać winy za własne niegodziwości na innych.
Na szerszą uwagę zasługują tkwiące immanentnie w polskim społeczeństwie ciągoty autorytarne, a także brak respektu dla merytokracji, pluralizmu i konkurencji w kreowaniu elit politycznych. Po lekturze nasuwa się refleksja, dlaczego Polacy nie chcieli, czy też nie potrafili, nauczyć się długofalowego myślenia o stosunkach z sąsiadami i ze światem, tak jak to na przykład zrobili Finowie. Dlaczego geopolityka stanowi fatum, a niemoc intelektualna i brak wewnątrzsterowności są klątwą, która dotyka kolejne pokolenia?
Po lekturze nie sposób nie zastanowić się choćby przez chwilę nad dwoma pojęciami, które w słowniku politycznym Polaków uległy absolutnemu zmitologizowaniu. To „niepodległość” i „suwerenność”.
Niepodległość a suwerenność
Niepodległość odnosi się bardziej do sfery uczuć niż faktów. Jest swoistym afektem, ekspresją emocji, stanem ducha. Odzyskanie niepodległości to był stopniowy, procesualny powrót (nie jednego dnia!) na mapę polityczną Europy, państwa kruchego i ułomnego, z płonącymi granicami i brakiem uznania. I wtedy, i obecnie zdajemy sobie sprawę z tego, że najważniejszym czynnikiem był nie patos tego aktu dziejowego, lecz realne zdobycie wyłączności suwerennego władztwa nad terytorium i ludnością.
Konstytutywną cechą państwa jest bowiem jego suwerenność, która – jak wiadomo nie tylko z teorii państwa i prawa międzynarodowego, ale i z praktyki – jest wartością niejednoznaczną i można by rzec – stopniowalną. Odnosi się do statusu prawnego państwa. Nikt nie ma jednak pełnej suwerenności, mówiąc słowami Ludwika Ehrlicha – pełnej samowładności i całowładności, czyli wyłącznej kompetencji podmiotowej i przedmiotowej. Dlatego też suwerenność relatywizuje pojęcie niepodległości.
W całym okresie międzywojennym suwerenność Polski miała charakter problematyczny, a późniejsze odsłony polskiej państwowości, tej podziemnej z czasów II wojny światowej i tej realnosocjalistycznej, charakteryzowała suwerenność formalna, ograniczona, albo wręcz symboliczna.
Zdaniem apologetów III RP dopiero po 1989 roku Polska odzyskała pełną suwerenność. Profesor Modzelewski wyprowadza nas jednak szybko z tego błędu i dobrego samopoczucia. O ile bowiem, jego zdaniem, okres 1989-2004 charakteryzowały rządy mające demokratyczną legitymizację, akceptujące ograniczoną suwerenność ekonomiczną i polityczną naszego państwa, o tyle lata 2004-2018 stanowią okres „zapoczątkowany legalnym przystąpieniem do Unii Europejskiej, czyli dobrowolnym zrzeczeniem się części suwerenności na rzecz niedemokratycznie wybranych »organów wspólnotowych«.
W tych ramach ustrojowych władze państwa posiadają legitymizację demokratyczną, istnieje legalna opozycja i nominalnie wolna prasa, w większości będąca własnością obcego kapitału. Członkostwo w Unii Europejskiej podporządkowało politycznie i gospodarczo władze polskie interesom niemieckim, realizującym po stu latach wizję Mitteleuropy, czyli niemieckiej przestrzeni gospodarczej i politycznej w tej części świata”. To mocna i jednoznaczna diagnoza dzisiejszej sytuacji.
Profesor Modzelewski odnosi się do najważniejszego wyzwania interpretacyjnego roku 1918 – czy odzyskanie niepodległości było rzeczywiście wysiłkiem narodu, czy tylko „szczęśliwym przypadkiem”, a jeśli tak, to z czyim udziałem i przy czyim wsparciu. Odsłanianie roli czynnika niemieckiego (tej obcej intrygi) i dziwacznego „sojuszu” Piłsudskiego z bolszewikami uważam za najciekawsze aspekty wywodów.
Nie sposób odmówić Autorowi przenikliwości w ocenie wyrachowanej gry politycznej, jaką prowadziły Niemcy wobec odtworzenia państwa polskiego. Rodzi się oczywiście pytanie, dlaczego polscy historycy nie są w stanie (nie potrafią, nie mogą, nie chcą?) pokazać krytycznie tej strony prawdy historycznej. Dlaczego w oficjalnej doktrynie politycznej ciągle sięgamy do legend, okłamując się na temat własnego położenia w ówczesnej grze geopolitycznej mocarstw?
Legenda „odrodzenia” państwa
Profesor Modzelewski ujmuje legendę „odrodzenia” przez pryzmat trzech zupełnie nieracjonalnych aspektów, które osłabiały i osłabiają rangę państwa. Legendę – warto dodać - obowiązującą we wszystkich okresach „odrodzonej” państwowości, w tym również okresu 1944-1989. Są to: rezurekcjonizm, mirakulizm i etnicyzm.
Pierwszy aspekt legendy, zwany rezurekcyjnym, stanowi, że Polska po 123 latach „niebytu” „zmartwychwstała”, wracając na mapę Europy. W ten sposób unieważnia się wszystko, co było jakąś formą czy surogatem polskości między 1795 a 1918 rokiem, łącznie z Księstwem Warszawskim czy Królestwem Kongresowym, nie mówiąc o rządach władz powstańczych 1831 roku, 1846 roku i 1861 roku. „Unieważnienie tych zdarzeń jest nadużyciem, wręcz zafałszowaniem przeszłości”.
Nawet, gdy Polacy byli traktowani przedmiotowo, to jednak rejestrowali swoje formy organizacyjnego bytu w świadomości ówczesnych społeczeństw i państw. Zerwanie z tą przeszłością było na rękę mocarstwom zachodnim, które nie musiały mieć wyrzutów sumienia, że nie popierały w XIX wieku (dotyczy to także USA) sprawy polskiej.
W swojej zasadniczej wymowie rezurekcjonizm był skierowany przeciw Rosji, aby nie uznać – zgodnie z romantyczną tradycją – jej pozytywnego wpływu na zachowanie form polskości, zwłaszcza w Królestwie Kongresowym do 1830 roku. Tradycja „wskrzeszenia” czy „zmartwychwstania” odbija się negatywnie także na pojmowaniu fazy Polski Ludowej w historii Niepodległej jako swoistej „czarnej dziury”, „komunistycznej uzurpacji”.
Aspekt „cudotwórczy” tej legendy odwołuje się do wyjątkowości, nadprzyrodzonego charakteru aktu odbudowy państwowości polskiej. Mirakulizm nakazuje widzieć w nim jedynie zwycięstwo dobra, sprawiedliwości, uświęcenia i łaski Opatrzności. „Cud nad Wisłą” dodatkowo wzmacnia tę legitymizację.
W przypadku potęg zachodnich polska egzotyka cudów budziła odruch politowania. Często zresztą zbywano ją milczeniem, gdyż nie mieściło się to w żadnych racjonalnych opisach rzeczywistości. Polacy sami pomniejszali w dziele odzyskania niepodległości rolę czynnika ludzkiego. Przelewali krew, także w armiach zaborców, a potem sukces złożyli w ręku sił nadprzyrodzonych.
Trzeci aspekt ma charakter etnicystyczny, kładący nacisk na rewaloryzację polskości, odrębność i rewindykację. Polska została odbudowana jako czyste „rasowo” państwo „dla Polaków”. Zrezygnowano z budowy narodu obywatelskiego (demosu) na rzecz narodu etnicznego (etnosu). Plemienna identyfikacja wzięła górę. Była bardziej atrakcyjna, zwłaszcza w czasie kolejnej próby, jaką była II wojna światowa. Dawała poczucie uczestnictwa w czymś ważnym i pięknym, niezależnie od politycznej orientacji. Wspólnota etniczna odzyskała w 1918 roku „swoje państwo”, w którym „obcy” – a było ich ok. 1/3 ludności - nie mogli czuć się jej „dziećmi”.
Paradoksalnie, koncepcję państwa jednego narodu zrealizowali dopiero dwaj najwięksi kaci Polaków - Hitler i Stalin, doprowadzając do eksterminacji ludności żydowskiej, wchłaniając ziemie wschodnie Rzeczypospolitej, wysiedlając Niemców i przesuwając granice Polski na zachód.
Chichot historii sprawił, że najlepszy kształt granic etnicznych, jakie Polska miała w dziejach, zawdzięcza ona tyranowi ze Wschodu. Reminiscencje „Polski dla Polaków” powracają obecnie w sprzeciwie wobec napływu obcych, migrantów czy uchodźców. Zamiast dyskusji o możliwościach mądrej odpowiedzi na wyzwania związane z wielkimi przemieszczeniami ludności, Polacy – mimo swojej masowej emigracji do innych krajów – tkwią w obawach i stereotypach. Paradoks polega zresztą na tym, że polskie władze głośno sprzeciwiają się napływowi uchodźców, ale ochoczo przyjmują migrantów zarobkowych, bynajmniej nie tylko z Ukrainy, ale także z państw islamskich. Dzieje się to bez głębszej refleksji co do skutków tych procesów.
Rosja „biała” czy „czerwona”?
Wracając do zasadniczego wątku mojego wystąpienia, najbardziej kontrowersyjnym wątkiem w książce Profesora Modzelewskiego jest stwierdzenie w odniesieniu do Rosji, że „przez większość minionego stulecia (w l. 1918-1991) Polska nie miała żadnych stosunków z tym państwem, ze względu na jego brak w sensie prawnym i faktycznym. „Nasze relacje z jej największym wrogiem – państwem bolszewickim, a potem sowieckim – były bardzo skomplikowane, bo najpierw po cichu wspieraliśmy je w walce z Rosją, potem nasi podopieczni skoczyli dwa razy do gardła i za drugim razem ze skutkiem śmiertelnym dla naszego państwa, a następnie wyzwolili nas spod okupacji niemieckiej i utworzyli swoją wersję państwa polskiego. Bezsporne jest to – pisze Profesor – że wrzucenie do jednego worka naszych stosunków z Rosją i Związkiem Radzieckim jest nie tylko błędem metodologicznym, lecz również prowadzi do fałszowania naszej przeszłości (w imię obowiązującej poprawności historycznej)” .
Biorąc pod uwagę praktykę stosunków międzynarodowych w XX wieku, niezależnie od różnych niuansów prawnych, muszę stwierdzić, że teza ta, aczkolwiek oryginalna i śmiała, trudno broni się w zderzeniu z realiami. W stosunkach międzynarodowych bowiem górę bierze geopolityka, tj. funkcjonowanie określonych sił państwowych w czasie i przestrzeni, nie zaś ich wewnętrzna forma ustrojowa. Zachód ostatecznie uznał państwo radzieckie (USA nawiązały z Moskwą stosunki dyplomatyczne w 1933 roku). Ze Stalinem paktowano, a w czasie II wojny światowej utworzono z nim wielką koalicję antyfaszystowską. Także w okresie powojennym, a zwłaszcza w okresie tzw. odprężenia stosunki z radziecką Moskwą były całkiem oficjalne i prawomocne. Po rozpadzie ZSRR nowa Rosja nie odżegnała się od przeszłości radzieckiej i nigdy nie ogłosiła swojej niepodległości, stojąc na gruncie kontynuacji formalno-prawnej (sukcesja stałego miejsca w RB ONZ, sukcesja jądrowa, członkostwo w organizacjach międzynarodowych).
Na miejscu Rosji carskiej powstały kolejne jej wcielenia ustrojowe, które przetrwały do lat dziewięćdziesiątych ub. stulecia na zasadzie faktów dokonanych. Przyjmując stanowisko Profesora Modzelewskiego, wpadamy w pułapkę fikcji prawnej. Na rzecz ciągłości państwowej przemawia także ten argument, że Rosjanie, poszukując swojej nowej tożsamości, nie odżegnują się od żadnej z poprzednich formacji ustrojowych – ani carskiej, ani komunistycznej. W jednym można przyznać Panu Profesorowi rację, że odnoszenie się do geopolitycznych układów sił ma poważną wadę metodologiczną, gdyż nie uwzględnia zmieniających się uwarunkowań ustrojowo-politycznych.
Konrad vs Wokulski
Nie spierając się wszak o istotę państwa rosyjskiego, na stosunki polsko-rosyjskie można spojrzeć z perspektywy rozmaitych determinizmów. Mam świadomość, że takie ujmowanie zagadnień grozi uproszczeniami, ale gdy złoży się w całość wszystkie determinizmy jako czynniki warunkujące, to będziemy mieć pełniejszy obraz sytuacji. Zastrzegam oczywiście, że w krótkim wykładzie nie sposób wyeksponować całej złożoności tematu.
Począwszy od skomplikowanej historii stosunków wzajemnych (darujmy sobie przywoływanie bogatej faktografii), determinuje je także geografia, geopolityka, kultura, religia (by nie powiedzieć cywilizacja), psychologia, czy wreszcie aksjologia i różne racje polityczne.
Wszystkie z tych uwarunkowań odwołują się do dwu ukształtowanych historycznie wizji - odwiecznej wrogości (to wizja romantyczna, mickiewiczowska, oparta na narracji insurekcyjnej i martyrologicznej) i strategicznego egzystencjalnego zagrożenia (wizja pseudorealistyczna, imitująca nieudolnie cudze diagnozy). W historii polskiej myśli politycznej realizm zawsze przegrywał z idealizmem, tak jak etos kupiecki (kompromisu) przegrywał z etosem rycerskim (walki). To Konrad z III części Dziadów, a nie Stanisław Wokulski determinuje polskie imaginarium na temat Rosji.
Między cywilizacjami
W kontekście gry geopolitycznej, jaka od wieków toczy się między romańskim, germańskim i anglosaskim Zachodem a peryferyjnym wobec nich Wschodem, a ściślej Rosją, w odniesieniu do Polski powraca nieustannie pytanie o jej graniczny, przechodni i pomostowy charakter. W dyskursie politycznym przewijają się takie cechy, jak: tranzytowość, przepustowość, korytarz dla wędrówek i przemarszów (inaczej korytarz strategiczny), buforowość, frontowość, poligon doświadczalny i pole bitewne. Kulturoznawcy dowodzą z kolei jej transkulturacji, przenikania się kultur, ich kontaminacji, hybrydyczności i niejednoznaczności.
Istotą owego „przechodniego” charakteru Polski nie jest jednak geografia, lecz międzycywilizacyjne ulokowanie między Zachodem a Rosją, czyli wedle dość anachronicznej dziś kalki - światem „cywilizowanym” i „niecywilizowanym”. W XXI wieku Zachód kojarzy się jednoznacznie ze zdobyczami demokracji i wysokiej kultury. Na Wschodzie natomiast nieustannie panują tyranie, despocje i autokracje.
Postrzeganie pozycji Polski kieruje więc uwagę nie w stronę granicy między krajami w sensie geograficzno-kulturowym, czy między państwami w sensie polityczno-administracyjnym, lecz między odrębnymi światami, między różnymi cywilizacjami. Wiąże się z tym piętno pogranicza (geograficznego, kulturowego, mentalnego), międzykulturowości, strażnika zachodniej cywilizacji, a także rola przedmurza i kordonu.
Warto zauważyć, że u wielu obserwatorów z tych wszystkich cech wypływa wizja wyjątkowości (stąd rozmaite mesjanizmy, misjonizmy i prometeizmy) oraz obsesja na tle zagrożeń, strach przed wrogiem. Z tego względu proponowano już dość dawno, jak kiedyś Eugeniusz Romer, przyjęcie dla Polski Odrodzonej misji państwa integrującego inne organizmy geopolityczne, co oznaczało pretendowanie do roli spoiwa między cywilizacjami Wschodu i Zachodu.
Inni geografowie okresu międzywojennego jak Michał Janiszewski czy Stanisław Pawłowski wyprowadzali z tego położenia „dialogiczny” charakter, odwołując się do historii świetności I Rzeczypospolitej wielu narodów, która mogła istnieć przez kilka stuleci dzięki moralnej i społecznej solidarności. Ta cecha była jednocześnie źródłem jej słabości. Prowadziła do synkretyzowania kultur i obyczajów, co doprowadziło do jej zagłady.
Być może takie rozpoznanie skłoniło Feliksa Konecznego* do przyjęcia tezy o „binarnej” opozycyjności Wschodu i Zachodu. Pisał Koneczny: „Upadła Polska dlatego, że poszukując niby syntezy Zachodu ze Wschodem, zrobiła z siebie karykaturę cywilizacyjną – i upadnie znowu, jeżeli nie przestanie na nowo tej karykatury urządzać”.
Współcześnie do owego wewnętrznego pęknięcia cywilizacyjnego Polski nawiązuje Aleksandr Dugin, który przypisuje Polsce „dualistyczne” położenie między cywilizacjami. Dostrzega on w polskiej „heterodoksyjnej” tożsamości (słowiańsko - łacińskiej) dramatyczne rozdarcie. Polska bowiem nie może zjednoczyć się ze światem wschodnim pod względem religijnym, ale do Zachodu nie pasuje pod względem kulturowo-etnicznym. „W geopolityce Polska pozostaje częścią kordonu sanitarnego, rozdzielającego kontynent euroazjatycki na dwie części (...). Polska nie może w pełni zrealizować swojej eurazjatycko-słowiańskiej istoty, gdyż przeszkadza jej w tym katolicyzm, ani swojej zachodnioeuropejskiej tożsamości, gdyż przeszkadza jej własna słowiańskość, tzn. język, zwyczaje, archetypy, klimat miejsc itd. Na skutek tej dwoistości, tej graniczności sytuacji Polska zawsze pada ofiarą trzeciej siły, tak jak dziś atlantyzmu”.
Może nie warto cytować Dugina, niezbyt przyjaźnie usposobionego w swoich poglądach wobec Polski. Ale przecież podobne czy paralelne wizje snuli także myśliciele zachodni. Brytyjski filozof historii Arnold Toynbee zwracał na przykład uwagę na to, że „cywilizacja środkowoeuropejska” jest zbyt słaba, aby wytrzymać napięcie między Wschodem a Zachodem. Prędzej czy później ulega wpływom którejś ze stron. Zgodnie z tą prawidłowością upieranie się Polski przy swojej specyfice i środkowoeuropejskiej tożsamości nastawi do niej wrogo i Wschód, i Zachód, co skończy się tym, że po raz kolejny w historii stanie się strefą konfliktu.
Zdaniem polskiego badacza Jana Sowy (Fantomowe ciało króla. Peryferyjne zmagania z nowoczesną formą), państwa Europy Środkowej i Wschodniej są zbyt silne, aby ktokolwiek mógł narzucić im własny system wartości i sposób postrzegania świata. Są jednocześnie zbyt słabe, aby mogły stanowić o sobie. Dochodzi więc do zastanawiającego socjologicznie zjawiska – samokolonizacji – poszukiwania obcych wzorców kulturowych i wcielania ich w życie bez wyraźnego zewnętrznego przymusu, niejako na własne życzenie.
Rezultatem takiego postępowania są trudności w budowaniu własnej tożsamości – zarówno wewnętrznej, jak i międzynarodowej. Przez to Polska staje się przedmiotem gry geopolitycznej Zachodu i Wschodu, swoistym „Bożym Igrzyskiem”, co oznacza ścieranie się na jej obszarze obcych interesów i wpływów, zabieganie o trwałą dominację i kontrolę potęg kontynentalno-atlantyckich (głównie Niemiec i USA) oraz eurazjatyckich (głównie Rosji).
Wchłonięcie dawnych satelitów Moskwy przez Unię Europejską i NATO zmodyfikowało strefy bezpośredniej kontroli, ale nie zapobiegło ich instrumentalnemu traktowaniu. Na dodatek Polska sama skomplikowała swoje położenie w ramach Zachodu. Tuż po rozpadzie bloku wschodniego polskie elity polityczne podkreślały oczywistość „powrotu do Europy”, przez co rozumiano przywrócenie naturalnych afiliacji z całym Zachodem. Tymczasem politycy schyłku drugiej dekady XXI wieku postawili na „suwerenizację” względem Europy i nawiązanie ścisłych więzi z USA. Polityka dzisiejszej administracji amerykańskiej jest w dużej mierze antyunijna, co czyni z Polski zakładnika interesów Waszyngtonu i konfliktuje z Unią Europejską, której Polska jest przecież pełnoprawnym członkiem.
Pułapka „dwóch wrogów”
Polskie rządy po 1989 roku nie były w stanie rozwiązać „kwadratury Niemiec i Rosji” (to określenie jednego z prawicowych publicystów Rafała Ziemkiewicza), mimo normalizacji stosunków z Berlinem i prób zbudowania „dobrego sąsiedztwa” z Moskwą. Największy dyskomfort wynika stąd, że Polska nie potrafi stworzyć w żadnej konstelacji (ani z Niemcami, ani z Rosją), takiej koalicji, która dawałaby na długi czas gwarancje bezpiecznego i niezależnego rozwoju. Jednocześnie polskie elity prześladuje świadomość, że potencjalne połączenie potęgi niemieckiej gospodarki z olbrzymimi zasobami naturalnymi Rosji daje taką synergię i przewagę, że są one w stanie zdominować cały kontynent. Dla Polski oznacza to śmiertelne niebezpieczeństwo.
Mamy zatem powrót do sytuacji „dwóch wrogów”, czyli przy negatywnym nastawieniu do Rosji podejmowane są próby wyzwolenia się rządu Prawa i Sprawiedliwości z zależności od Berlina. Wolta od europejskiego kontynentalizmu w kierunku atlantyzmu prowadzi jednak ewidentnie do kolejnej pułapki.
Podniesienie sprawy reparacji wojennych i obawa przed powrotem „na białym koniu” do polskiej polityki byłego szefa rządu na wiele lat określa perspektywę stosunków polsko-niemieckich. Przede wszystkim temat reparacji wojennych może wprowadzić na nowo do dyplomacji kwestię statusu tzw. Ziem Odzyskanych. Zdaniem Profesora Modzelewskiego, „polskie żądania reparacyjne przyspieszą jednak prorosyjskie działania Berlina”. Polska skonfliktowana z Rosją nie będzie natomiast mogła liczyć na jej wsparcie.
Z tych obserwacji wynika dość niepokojąca konstatacja. W stosunkach Polski z Niemcami i z Rosją występuje obecnie potężna dysproporcja, jeśli chodzi o poziom zbliżenia i normalności. Paradoksalnie jednak, większe zagrożenia dla suwerenności Polski płyną ze strony sojuszniczych Niemiec, a nie izolowanej i skonfliktowanej Rosji.
Zdaniem Autora książki, ze stuletniej historii polskiej niepodległości należałoby wyciągnąć jeden najważniejszy wniosek, że ze względu na położenie geograficzne Zachód – wszystko jedno, czy to Niemcy, Francja i Wielka Brytania, czy wreszcie Stany Zjednoczone – wspiera wyłącznie antyrosyjską wersję państwa polskiego. Wszystkie mocarstwa, a Niemcy w szczególności, począwszy od sławetnej koncepcji Mitteleuropy, popierają „polskie aspiracje”, jeśli ich istotą i celem jest skonfliktowanie z Rosją.
Również zjednoczonej Europie Polska jest potrzebna wyłącznie w wersji antyrosyjskiej. „Poważnych państw nie stać – pisze Witold Modzelewski – na bezsensowny, antymoskiewski jazgot – przynosi on straty gospodarcze, a na to nie mogą sobie pozwolić. Oczywiście, Polaków stać na to, bo dla nich najważniejszy jest »honor«, a on nie pozwala na jakikolwiek dialog z Rosją (to jest przecież »zdrada«). Przydzielono nam rolę hałaśliwego, ale niezbyt groźnego pieska, który ma szarpać nogawki Putinowskim dygnitarzom. Gdy w Rosji zwyciężą prozachodni (czyli proniemieccy) politycy, zostaniemy uciszeni jednym słowem, bo już nikt nas nie będzie potrzebować, gdyż nie będzie już antyrosyjskiego frontu”.
Polityka rusofobii
Mimo uporczywej propagandy, można zaryzykować twierdzenie, że w obecnej sytuacji geopolitycznej nie ma państwa w pobliżu polskich granic, któremu wprost zależałoby na destabilizacji Polski. Straszenie Rosją jest wyłącznie skutkiem aberracji w jej postrzeganiu. O ile Rosja odcina się od jakichkolwiek agresywnych zamiarów wobec Polski, o tyle polscy politycy i media masowe kreują z jej strony największe zagrożenie. Mimo zawziętej walki politycznej między PiS i PO, istnieje ponadpartyjny konsensus w sprawie negatywnej polityki wobec Rosji. Jedynie ojciec premiera próbuje mieć na ten temat odmienne zdanie, co jednak jest raczej elementem folkloru, a nie realnej polityki.
Intensywne nasilanie rusofobii na długie lata eliminuje Polskę z gry na Wschodzie Europy, ale co grosza, pozbawia ją także udziału w wielu projektach odbudowy relacji Zachodu z Rosją.
Dystansowanie się wobec Rosji wcale nie umniejsza wagi problemu rosyjskiego w polskiej polityce. Rosja stale bowiem pozostaje dla Polski jednym z najważniejszych strategicznych punktów odniesienia. Bez niej Polacy nie są w stanie siebie zdefiniować, ani określić swojego miejsca w Europie.
Wszystkie nieudolności rządzących i nieszczęścia w życiu społecznym są łatwo objaśniane przy pomocy rosyjskiej ingerencji. Paradoks polega także na tym, że im bardziej Polska odcina się od Rosji, tym mocniej uzależnia się od protekcji amerykańskiej. Afektywny stosunek do Rosji, przedstawianej w czarnych barwach, służy konstruowaniu polskiej tożsamości jako państwa zwasalizowanego wobec Ameryki. Z enuncjacji polskich polityków odwiedzających Stany Zjednoczone można wywnioskować, że najważniejszym celem polskiej dyplomacji jest oparcie gwarancji amerykańskich dla bezpieczeństwa Polski na sojuszu antyrosyjskim.
Problem z oceną polskiej polityki wobec Rosji nie dotyczy przedmiotu badań, lecz osobliwości podmiotów odpowiedzialnych za tę politykę. Otóż istnieje jakaś metafizyczna niemoc pośród polskich elit politycznych, uznających, że w sprawach stosunków z Rosją Polska nie może wykazać się żadną samodzielną inicjatywą, która mogłaby przynieść jakieś pozytywne rezultaty. Z tych powodów poddają się całkowicie obcym oczekiwaniom, przyjmując fałszywe założenie, że interesy sojuszników są identyczne z własnymi interesami narodowymi. Nasuwają się tu na myśl różne skojarzenia na temat tych postaw - od marionetkowych i klientelistycznych po kompradorskie. Przekonanie przywódców politycznych o swojej moralnej wyjątkowości i pełen pretensji stosunek do świata świadczą o ich zadufaniu i prowincjonalizmie.
Zastanawia też upieranie się przy swoich stanowiskach, podczas gdy stanowiska sojuszników ulegają przewartościowaniom i relatywizacji, zgodnie z regułami i dynamiką gry międzynarodowej. U podstaw polskiej nieustępliwości, jakiegoś irracjonalnego przywiązania do pryncypiów czy też niczym nieuzasadnionych prócz ideologicznego zacietrzewienia aksjomatów leżą subiektywne, emocjonalnie zabarwione i często błędne oceny sytuacji i własnych możliwości.
Wiele niepowodzeń praktycznych, a także błędów natury poznawczej jest usprawiedliwianych rosyjską agenturą wpływu. Jest to wygodne wytłumaczenie, ale i samoośmieszanie się służb odpowiedzialnych za eliminowanie takich zagrożeń.
Nieudolność w rozpoznawaniu uwarunkowań współczesnej gry geopolitycznej z udziałem nowych potęg, brak kompetencji pośród analityków i odwagi pośród doradców prowadzi do błędnego koła.
Zamiast katalizatora – rygiel
Ignorancja w sprawach międzynarodowych i brak myślenia alternatywnego pozbawiają Polskę możliwości „wygrywania” na wielu kierunkach aktywności. Stawianie na jedno „centrum” za oceanem eliminuje różnicowanie ryzyka i możliwości, nie pozwala wykorzystywać wszystkich szans rozwojowych także w ramach wspólnoty euroatlantyckiej. Sprowadza Polskę na manowce opozycyjności między Zachodem a Wschodem, przyczyniając się do naiwnej „angelizacji” tego pierwszego, a do histerycznej „satanizacji” drugiego. W takiej optyce górę bierze irracjonalność, oznaczająca działanie na własną szkodę.
Najważniejszym wyzwaniem w stosunkach polsko-rosyjskich jest powrót do stabilnej normalności, która powinna opierać się na suwerennej diagnozie interesów i uspokojeniu psychologicznym. Skonfliktowane strony muszą – po pierwsze - zmienić swój stosunek do przedmiotu konfliktu, sposobu wyrażania pretensji oraz wzajemnego postrzegania. Podstawowe pytanie dotyczy zatem woli politycznej każdej ze stron, ale także wpływu uwarunkowań zewnętrznych. Te ostatnie wiążą się z przypisywaniem Polsce przez Stany Zjednoczone roli „rygla” wobec Rosji, a nie katalizatora zbliżenia. Największy problem w stosunkach polsko-rosyjskich polega więc na kolizji interesów własnych z interesami definiowanymi przez amerykańskiego protektora.
Po drugie, ograniczenie dla normalizacji w stosunkach polsko-rosyjskich wynika z ukrainizacji polskiej polityki wschodniej. Nie brakuje diagnoz, że polityka Polski na odcinku ukraińskim jest tworzona przez wpływowe środowiska lobbujące na rzecz kijowskich oligarchów. Antyrosyjskie ostrze współpracy polsko-ukraińskiej ma usprawiedliwiać amnezję wobec zbrodni ukraińskich nacjonalistów, które próbuje się przykryć w pamięci historycznej zbrodniami sowieckimi.
Tymczasem inne są oczekiwania polskiego społeczeństwa. Wbrew pozorom, przeciętny Polak nie jest ani takim rusofobem, ani takim ukrainofilem, jak przedstawiają go media i politycy. Społeczeństwo jest zmęczone prymitywną antyrosyjską propagandą, nakręcaniem psychozy wojennej i podejrzliwością o agenturalność, militaryzacją życia publicznego i kosztami sankcji gospodarczych.
W tym kontekście musi jednak dziwić brak społecznej inicjatywy na rzecz budowania przesłanek zbliżenia i pojednania z Rosjanami. Opinia publiczna w tej materii jest wyjątkowo zewnątrzsterowna. W czasach PRL rodziły się na przykład oddolne inicjatywy na rzecz pojednania polsko-niemieckiego, które wyprzedzały działania władz. A przecież też było sporo powodów, aby niezabliźnione rany skutecznie blokowały otwarte myślenie (na przykład w bońskich elitach ówczesnej RFN roiło się od ludzi powiązanych z reżimem hitlerowskim).
Obecnie trudno na przykład zrozumieć, dlaczego tak bardzo pasywne są środowiska kultury, dlaczego brak jest rzeczników polsko-rosyjskiego dialogu wśród dziennikarzy, pisarzy, a nawet rosjoznawców na uczelniach wyższych. Nie wiadomo, czy jest to wynik braku odwagi, czy negatywnych skutków powszechnej indoktrynacji i jakiegoś psychologicznego zastraszenia. A może wszystkiego po trosze. Być może przejawia się w tym także syndrom ogłupienia zbiorowego. Jak na razie, mało kto zastanawia się, jak poprzez wzajemne zbliżenie zbudować podstawy pokojowego współżycia następnych pokoleń. Obstawanie każdej ze stron przy swojej wersji prawdy historycznej i dopominanie się satysfakcji moralnej (a także materialnej) blokuje postęp na drodze normalizacji i pojednania.
Brak dyskusji, brak badań
Profesor Modzelewski nawołuje, aby przy okazji Wielkiego Jubileuszu podejść do minionego stulecia refleksyjnie, a nawet krytycznie. Jest to kapitalna okazja, aby spojrzeć po nowemu na polską tożsamość narodową i państwową, ewolucję położenia geopolitycznego i trafność opartego na nim rozumowania. W pełni podzielam ten apel.
Katalog problemów, które nigdy nie uzyskały rzetelnej diagnozy obejmuje kilka ważnych zagadnień, od których zależy wiele współczesnych wyborów politycznych, a nawet strategicznych. Chodzi na przykład o dziedzictwo epoki jagiellońskiej (Dominium Jagiellonum) i jego wpływ na stosunki Polski z dzisiejszą Litwą, Białorusią, Ukrainą, Mołdawią, a nawet z Gruzją.
Warto byłoby pochylić się nad niezdolnością do opanowania przez polskie elity polityczne podstawowych reguł Realpolitik, tak jak to zrobili przywoływani już przeze mnie Finowie. Ciekawe byłoby przy tym zastanowienie się, jakie lekcje płyną z radzieckiej hegemonii dla dzisiejszych relacji z hegemonem amerykańskim.
Oprócz tego, na myśl każdego obserwatora przychodzi rola Stanów Zjednoczonych Ameryki w procesach kreowania i obrony polskiej niepodległości. Czynnik anglosaski w polityce polskiej nigdy nie został dogłębnie zbadany, gdyż oficjalnie zadekretowana poprawność polityczna oraz polskie kompleksy nakazują omijać tę problematykę, bądź traktować ją pobłażliwie.
Aż dziw bierze, że mimo rozwiniętych studiów amerykanistycznych w Polsce nie znajduje się ani jednej naukowej publikacji, która w sposób krytyczny traktowałaby o polityce Stanów Zjednoczonych wobec Polski Odrodzonej.
Powtarzane są utarte slogany o szczególnej roli Wilsona i jego przyjaźni z Paderewskim. Tymczasem rzetelna analiza mogłaby wykazać to, że Polskę tak w okresie międzywojennym, jak i obecnie traktuje się jako „komiwojażera” interesów amerykańskich, a nawet jako „dywersanta” na Wschodzie, w interesie Anglosasów.
Jaki to czynnik psychologiczny blokuje trzeźwą ocenę, że mimo tylu doznanych historycznych zawodów Polska nie potrafi nabrać chłodnego dystansu i racjonalnie zdefiniować swoich interesów sojuszniczych na zasadach poszanowania suwerennej godności, a nie samosatelizacji? Istnieje doprawdy subtelna różnica między rolą eksponenta wartości świata zachodniego a rolą gorliwego stronnika interesów mocarstwa hegemonicznego.
Jeśli zostanie utrzymane nieprzejednane stanowisko wobec Rosji, to zdolność Polski do efektywnego działania w skomplikowanym świecie współzależności będzie niemożliwa. Choćby w kontekście wykorzystania nowych tras transportowych i komunikacyjnych między Europą i Azją, w szczególności z Chinami.
Zabiegi Polski o konsolidację ugrupowania państw w strefie tzw. Trójmorza narażają je na przyjęcie funkcji limitrofów, okrążających Rosję i wrogo do niej usposobionych. Wprawdzie interesy i stanowiska tych państw wobec współpracy z Rosją są bardzo zróżnicowane, ale samo podnoszenie takich haseł musi wywoływać zwieranie szeregów po przeciwnej stronie.
Wiele małych i średnich państw na tym obszarze już dawno przekonało się, że demonstrowanie swoich racji w duchu zacietrzewienia i nieprzejednania nie jest wyrazem siły, ale słabości (por. Finlandia, Czechy, Słowacja, Węgry, Austria, Włochy, państwa bałkańskie). Dlatego część sąsiadów z Północy i Południa wybiera raczej politykę pragmatyzmu i kupieckiej zaradności, przynoszących wymierne korzyści. Wobec takich realiów koncepcja Trójmorza wydaje się jedynie jakimś niedookreślonym projektem geopolitycznym rozgrywanym przez Stany Zjednoczone, który bez ich udziału staje się zwykłą fantasmagorią.
Antyrosyjskie obsesje przeszkadzają w zrozumieniu podstawowego imperatywu, że Rosja dominuje pod wieloma względami w przestrzeni poradzieckiej i z tej dominacji ani sama nie zamierza rezygnować, ani nikt nie ma skutecznego sposobu – co pokazały wydarzenia na Ukrainie – wyrugowania jej stamtąd. Jedynym rozwiązaniem pozostaje zbudowanie jakiegoś modus vivendi, a ten jest możliwy tylko przy zrozumieniu i poszanowaniu wzajemnych interesów.
Stanisław Bieleń
Tytuł, śródtytuły i wyróżnienia pochodzą od Redakcji SN.
* Feliks Koneczny, zapomniany nieco historiozof polski (1862-1949) odrzucał ideę Polski jako obszaru syntetyzującego elementy kultur różnocywilizacyjnych. „W dążeniu do syntezy cywilizacyjnej zachodnio-wschodniej kryje się dla Polski nicość kulturalna i polityczna”. Polska między Wschodem a Zachodem, Odczyt wygłoszony w 1927 roku na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 424
Ten tekst jest filozoficzną refleksją na temat ataku na Wenezuelę i operacji zmiany reżimu w Iranie – pisze w Ria.ru (4.01.26) rosyjski filozof, geopolityk i historyk religii, prof. Aleksander Dugin.
Jestem pewien, że teraz, patrząc na to, co dzieje się w polityce globalnej, wszyscy w końcu zdali sobie sprawę, że prawo międzynarodowe już nie istnieje. Ono już nie istnieje.
Prawo międzynarodowe to traktat między mocarstwami, który umożliwia obronę ich suwerenności w praktyce. To one określają zasady – dla siebie i dla wszystkich innych – dotyczące tego, co jest, a co nie jest dozwolone. I ich przestrzegają. Takie prawo funkcjonuje taktownie, o ile zachowana jest równowaga między mocarstwami.
System westfalski
System westfalski, uznający suwerenność państw narodowych, zrodził się z impasu między katolikami a protestantami (do których dołączyła antyimperialna Francja). Gdyby katolicy zwyciężyli, Stolica Apostolska i Święte Cesarstwo Rzymskie stworzyłyby zupełnie inną architekturę europejską. A raczej zachowałyby starą, średniowieczną.
W pewnym sensie to protestanci z Europy Północnej odnieśli korzyści z pokoju westfalskiego z 1648 roku, ponieważ początkowo walczyli o monarchie narodowe przeciwko papieżowi i cesarzowi. Choć nie odnieśli bezpośredniego zwycięstwa, to i tak osiągnęli swój cel.
Formalnie system westfalski przetrwał do dziś, ponieważ opieramy prawo międzynarodowe na zasadzie państw narodowych, na której protestanci nalegali podczas wojny trzydziestoletniej. W istocie jednak, nawet w XVII wieku, dotyczyło to jedynie państw europejskich i ich kolonii, a później nie każde państwo narodowe posiadało prawdziwą suwerenność. Wszystkie narody są równe, ale narody europejskie (wielkie mocarstwa) były „równiejsze od innych”.
Realizm polityczny
Uznanie suwerenności narodowej państw słabych wiązało się z pewną dozą hipokryzji, ale zostało to w pełni zniwelowane przez teorię realizmu. Teoria ta ukształtowała się dopiero w XX wieku, ale odzwierciedlała ugruntowany obraz stosunków międzynarodowych. W tym przypadku nierówność państw jest równoważona możliwością tworzenia koalicji i szachownicowym układem sojuszy – państwa słabe zawierają porozumienia z państwami silniejszymi, aby przeciwdziałać potencjalnej agresji ze strony innych, silniejszych państw. Tak działo się i nadal dzieje się w praktyce.
Liga Narodów dążyła do nadania prawu międzynarodowemu, opartemu na systemie westfalskim, bardziej zdecydowanego charakteru, próbując częściowo ograniczyć suwerenność i ustanowić, na gruncie zachodniego liberalizmu, pacyfizmu i pierwotnej wersji globalizmu, uniwersalne zasady, których wszystkie kraje – duże i małe – były zobowiązane przestrzegać. W istocie Liga Narodów została pomyślana jako pierwsze przybliżenie do rządu światowego. To właśnie wtedy ostatecznie ukształtowała się liberalna szkoła stosunków międzynarodowych, rozpoczynając długą debatę z realistami. Liberałowie wierzyli, że prawo międzynarodowe prędzej czy później zastąpi zasadę całkowitej suwerenności państw narodowych i doprowadzi do stworzenia jednolitego systemu międzynarodowego. Realiści w stosunkach międzynarodowych nadal obstawali przy swoim, broniąc zasady absolutnej suwerenności państw narodowych – bezpośredniego dziedzictwa pokoju westfalskiego.
II wojna światowa i trzy ideologie suwerenności
Jednak w latach 30. XX wieku stało się jasne, że ani liberalizm Ligi Narodów, ani nawet sam system westfalski nie odpowiadały równowadze sił w Europie i na świecie. Dojście nazistów do władzy w Niemczech w 1933 roku, inwazja faszystowskich Włoch na Etiopię w 1937 roku oraz wojna ZSRR z Finlandią w 1939 roku skutecznie ją zniszczyły, nawet formalnie. Chociaż oficjalnie została rozwiązana dopiero w 1946 roku, pierwsza próba ustanowienia prawa międzynarodowego jako systemu powszechnie obowiązującego spaliła na panewce już w latach 30. XX wieku.
W istocie, w latach 30. XX wieku wyłoniły się trzy bieguny suwerenności – tym razem oparte wyłącznie na cechach ideologicznych. Teraz liczyła się nie formalna suwerenność, lecz rzeczywisty potencjał każdego bloku ideologicznego. II wojna światowa była właśnie sprawdzianem żywotności wszystkich trzech obozów.
Jeden obóz jednoczył kraje burżuazyjno-kapitalistyczne – przede wszystkim Anglię, Francję i Stany Zjednoczone. Był to obóz liberalny, lecz nieuchronnie pozbawiony wymiaru internacjonalistycznego. Liberałowie byli zmuszeni bronić swojej ideologii w obliczu dwóch potężnych przeciwników – faszyzmu i komunizmu. Jednak ogólnie – z wyjątkiem słabego ogniwa, Francji, która szybko skapitulowała zaraz po wybuchu II wojny światowej – blok burżuazyjno-kapitalistyczny wykazał się wystarczającym poziomem suwerenności: Anglia nie padła ofiarą nazistowskich Niemiec, a Stany Zjednoczone dość skutecznie walczyły z Japonią na Pacyfiku.
Drugim obozem był europejski faszyzm, który zyskał na sile szczególnie podczas hitlerowskiego podboju Europy Zachodniej. Niemal wszystkie kraje europejskie zjednoczyły się pod sztandarem narodowego socjalizmu. W tej sytuacji suwerenność – nawet dla reżimów sprzyjających Hitlerowi (takich jak faszystowskie Włochy czy Hiszpania Franco) – nie wchodziła w grę. Niektóre kraje (Portugalia Salazara, Szwajcaria itd.) mogły osiągnąć jedynie warunkową neutralność. Suwerenność posiadały jedynie Niemcy, a dokładniej hitleryzm jako ideologia.
Trzeci obóz reprezentował ZSRR i choć był to tylko jeden kraj, opierał się na ideologii – marksizmie-leninizmie. Ponownie, chodziło tu nie tyle o narodowość, co o formację ideologiczną.
W latach 30. XX wieku prawo międzynarodowe, którego najnowszą wersją był Traktat Wersalski i Liga Narodów, upadło. Teraz o wszystkim decydowała ideologia i siła.
Co więcej, każda z ideologii miała własną wizję przyszłego kształtu świata i w związku z tym działała w oparciu o własną wersję prawa międzynarodowego.
ZSRR wierzył w rewolucję światową i zniesienie państw (jako zjawiska burżuazyjnego), co stanowiło marksistowską wersję globalizacji i proletariackiego internacjonalizmu.
Hitler proklamował „tysiącletnią Rzeszę” z globalną dominacją Niemiec i „rasy aryjskiej”. Nie przewidywano żadnej suwerenności dla nikogo poza globalnym narodowym socjalizmem.
Jedynie burżuazyjno-kapitalistyczny – w istocie czysto anglosaski – Zachód podtrzymywał swoje przywiązanie do systemu westfalskiego, mając nadzieję na przejście do liberalnego internacjonalizmu, a ostatecznie do rządu światowego. W rzeczywistości Liga Narodów, formalnie zachowana, lecz nieistniejąca, była wówczas pozostałością dawnego globalizmu i prototypem tego, co miało nadejść.
W każdym razie prawo międzynarodowe zostało „zawieszone” – w zasadzie zniesione. Rozpoczął się okres przejściowy, w którym jedynym decydującym czynnikiem było połączenie ideologii i siły, co należało udowodnić na polu bitwy.
W ten sposób dotarliśmy do II wojny światowej jako kulminacji tego starcia sił – ideologii. Prawo międzynarodowe przestało istnieć.
Konkretny rezultat brutalnej i ideologicznej konfrontacji między liberalizmem, faszyzmem i komunizmem doprowadził do obalenia jednego z jego biegunów – europejskiego narodowego socjalizmu. Burżuazyjny Zachód i antyburżuazyjny, socjalistyczny Wschód utworzyły koalicję antyhitlerowską i wspólnie (przy znaczącej roli ZSRR) zniszczyły faszyzm w Europie.
Świat powojenny i system bipolarny
W 1945 roku powołano do życia Organizację Narodów Zjednoczonych, która stała się fundamentem nowego systemu prawa międzynarodowego. Było to po części odrodzenie Ligi Narodów, ale jednocześnie gwałtowny wzrost potęgi ZSRR, który ustanowił pełną kontrolę ideologiczną i polityczną nad Europą Wschodnią (i Prusami Zachodnimi – NRD), wprowadził do systemu suwerenności narodowej element wyraźnie ideologiczny. Prawdziwym nosicielem suwerenności był obóz socjalistyczny, którego państwa zjednoczyły się militarnie w Układzie Warszawskim, a gospodarczo w Radzie Wzajemnej Pomocy Gospodarczej (RWPG). Nikt w tym obozie nie był suwerenny poza Moskwą, a co za tym idzie – KPZR.
Na biegunie burżuazyjno-kapitalistycznym zachodził proces zasadniczo symetryczny. Stany Zjednoczone stały się teraz rdzeniem suwerennego liberalnego Zachodu. W świecie anglosaskim centrum i peryferie zamieniły się miejscami – przywództwo przeszło teraz z Wielkiej Brytanii w ręce Waszyngtonu. Kraje Europy Zachodniej, a szerzej – obóz kapitalistyczny, znalazły się w pozycji amerykańskich wasali. Zostało to ugruntowane przez utworzenie NATO i przekształcenie dolara w globalną walutę rezerwową.
ONZ ustanowiła system prawa międzynarodowego formalnie oparty na uznaniu suwerenności, ale w rzeczywistości na równowadze sił między zwycięzcami II wojny światowej. Tylko Waszyngton i Moskwa były prawdziwie suwerenne. W ten sposób model powojenny zachował związek z ideologią, obalając narodowy socjalizm, ale znacząco wzmacniając obóz socjalistyczny.
To był świat bipolarny, rzutujący swoje wpływy na resztę planety. Wszystkie państwa, w tym niedawno wyzwolone kolonie Globalnego Południa, stanęły przed wyborem: który z dwóch modeli ideologicznych przyjąć. Jeśli wybrały kapitalizm, oddawały suwerenność Waszyngtonowi i NATO. Jeśli wybrały socjalizm, oddawały ją Moskwie.
Ruch Państw Niezaangażowanych próbował utworzyć trzeci biegun, ale brakowało mu zarówno zasobów ideologicznych, jak i sił, aby tego dokonać.
Okres powojenny ustanowił system prawa międzynarodowego oparty na faktycznej równowadze sił między dwoma obozami ideologicznymi. Suwerenność narodowa została formalnie uznana, ale nie w praktyce. Zasada westfalska została nominalnie zachowana. W rzeczywistości o wszystkim decydowała równowaga sił między ZSRR a Stanami Zjednoczonymi i ich satelitami.
System unipolarny
W 1989 roku, w okresie upadku ZSRR, spowodowanego destrukcyjnymi reformami Gorbaczowa, blok wschodni zaczął się rozpadać, a w 1991 roku ZSRR się rozpadł. Byłe kraje socjalistyczne przejęły ideologię swoich zimnowojennych przeciwników. Narodził się świat jednobiegunowy.
Oznaczało to, że prawo międzynarodowe również przeszło jakościową zmianę. Teraz pozostał tylko jeden suwerenny autorytet, który stał się globalny: Stany Zjednoczone, czyli kolektywny Zachód. Jedna ideologia, jedno mocarstwo: kapitalizm, liberalizm, NATO. Zasada suwerenności państwa narodowego i sama ONZ stały się reliktami przeszłości, tak jak niegdyś Liga Narodów. Prawo międzynarodowe było teraz ustanawiane przez tylko jeden biegun – zwycięzców zimnej wojny. Pokonani (dawny obóz socjalistyczny, a przede wszystkim ZSRR) przyjęli ideologię zwycięzców, w istocie uznając swoją wasalizację wobec kolektywnego Zachodu.
W tej sytuacji liberalny Zachód dostrzegł historyczną szansę połączenia międzynarodowego porządku liberalnego z zasadą hegemonii przymusu. Wymagało to dostosowania prawa międzynarodowego do realnego stanu rzeczy. W ten sposób w latach 90. XX wieku rozpoczęła się nowa fala globalizacji. Oznaczało to bezpośrednie podporządkowanie państw narodowych organowi ponadnarodowemu (rządowi światowemu) i ustanowienie nad nimi bezpośredniej kontroli przez Waszyngton, który stał się stolicą świata.
Unia Europejska została stworzona właśnie jako model takiego ponadnarodowego systemu dla całej ludzkości. Migranci zostali sprowadzeni masowo właśnie w tym celu – aby pokazać, jak powinna wyglądać globalna, międzynarodowa ludzkość przyszłości.
W tej sytuacji ONZ straciła swój sens. Po pierwsze, opierała się na zasadzie suwerenności narodowej (która już niczemu nie odpowiadała). Po drugie, szczególna pozycja ZSRR i Chin oraz ich miejsca w Radzie Bezpieczeństwa ONZ były reliktem ery bipolarnej.
Dlatego Waszyngton zaczął mówić o stworzeniu nowego – otwarcie jednobiegunowego – systemu stosunków międzynarodowych, nazwanego „Ligą Demokracji” lub „Forum Demokracji”.
W tym samym czasie w samych Stanach Zjednoczonych globalizm podzielił się na dwa nurty:
- liberalizm ideologiczny, czysty internacjonalizm (Soros ze swoim „Społeczeństwem Otwartym”, USAID, agenda „woke” itd.);
- bezpośrednia hegemonia amerykańska przy wsparciu NATO (neokonserwatystów).
W istocie oba podejścia były bardzo zbliżone, lecz zgodnie z pierwszym priorytetem głównym jest globalizacja i pogłębianie liberalnej demokracji we wszystkich krajach świata, drugie zaś ma na celu zapewnienie Stanom Zjednoczonym bezpośredniej kontroli nad całym terytorium świata na szczeblu militarno-politycznym i gospodarczym.
Wzrost wielobiegunowości
Jednakże przejście od modelu bipolarnego do unipolarnego nigdy w pełni nie nastąpiło, pomimo zaniku jednego z biegunów ideologicznych/władzy. Zostało to utrudnione przez równoczesny wzrost Chin i Rosji pod rządami Putina, kiedy to zarysy zupełnie innej architektury globalnej – multipolarności – zaczęły się wyraźnie wyłaniać. Nowa siła wyłoniła się spośród globalistów (zarówno lewicy – czystych liberalnych internacjonalistów – jak i prawicy – neokonserwatystów). Choć nie została jeszcze jasno zdefiniowana ideologicznie, odrzuciła ona jednak ideologiczny wzorzec liberalno-globalistycznego Zachodu. Ta początkowo niejasna siła zaczęła bronić ONZ i sprzeciwiać się ostatecznemu ukształtowaniu się unipolarności, czyli przekształceniu władzy i ideologicznego status quo (rzeczywistej dominacji kolektywnego Zachodu) w odpowiadający jej system prawny.
Znaleźliśmy się więc w sytuacji przypominającej chaos. Okazało się, że obecnie na świecie działa jednocześnie pięć systemów operacyjnych dla stosunków międzynarodowych, tak niekompatybilnych, jak oprogramowanie różnych producentów.
Z powodu bezwładności ONZ prawo międzynarodowe uznaje suwerenność państw narodowych, która w rzeczywistości utraciła swoją ważność około sto lat temu i funkcjonuje jako urojona kończyna. Jednak suwerenność jest nadal uznawana i niekiedy staje się przedmiotem sporu w polityce międzynarodowej.
Ponadto, z powodu bezwładności, niektóre instytucje zachowują pozostałości dawno zanikłego systemu bipolarnego. Nie ma to nic wspólnego z rzeczywistością, ale od czasu do czasu daje o sobie znać – na przykład w kwestii parytetu nuklearnego między Rosją a Stanami Zjednoczonymi.
Zachód w kolektywny sposób nadal dąży do globalizacji i do rządu światowego. Oznacza to, że wszystkie państwa narodowe są proszone o oddanie swojej suwerenności instytucjom ponadnarodowym, takim jak Międzynarodowy Trybunał Praw Człowieka czy Trybunał Haski. Unia Europejska domaga się, by być wzorem dla całego świata w zakresie wymazywania wszelkich tożsamości zbiorowych i pożegnania się z państwowością narodową.
Stany Zjednoczone – zwłaszcza pod rządami Trumpa – pod wpływem neokonserwatystów, działają jako jedyny hegemon, uznając wszystko, co leży w interesie Ameryki, za „słuszne”. To mesjanistyczne podejście jest częściowo sprzeczne z globalizmem, ignorując Europę i internacjonalizm, ale jednocześnie nalega na deuberyzowanie wszystkich państw – po prostu na mocy prawa siły.
Wreszcie, kontury świata wielobiegunowego stają się coraz wyraźniejsze, gdzie suwerenność sprawuje państwo cywilizacyjne, takie jak współczesne Chiny, Rosja czy Indie. Wymaga to innego systemu prawa międzynarodowego. BRICS lub inne regionalne platformy integracyjne mogłyby służyć jako prototyp takiego modelu – bez udziału Zachodu (który wnosi własne, bardziej wyraziste i sztywne modele).
Wszystkie pięć systemów działa jednocześnie i, naturalnie, koliduje ze sobą, powodując ciągłe zakłócenia, konflikty i sprzeczności. Następuje naturalne zwarcie sieci, co stwarza wrażenie chaosu lub po prostu braku jakiegokolwiek prawa międzynarodowego. Jeśli istnieje pięć wzajemnie wykluczających się systemów prawa międzynarodowego działających jednocześnie, to w istocie nie ma żadnego.
Na skraju przepaści
Wniosek z tej analizy jest dość alarmujący. Takie sprzeczności na poziomie globalnym, tak głęboki konflikt interpretacji, prawie nigdy w historii (szczerze mówiąc, nigdy) nie zostały rozwiązane pokojowo. Ci, którzy odmawiają walki o własny porządek świata, ponoszą natychmiastową porażkę. I będą musieli walczyć o czyjś porządek świata, ale jako wasale.
Dlatego III wojna światowa jest bardziej niż prawdopodobna. I bardziej prawdopodobna w 2026 roku niż w 2025 roku lub wcześniej. To nie znaczy, że jesteśmy skazani na zagładę; to po prostu oznacza, że znajdujemy się w bardzo trudnej sytuacji.
Z definicji wojna światowa dotyczy wszystkich lub prawie wszystkich – dlatego jest wojną światową. Ale każda wojna światowa ma swoich głównych uczestników.
Dziś są oni kolektywnym Zachodem w obu jego odsłonach (liberalno-globalistycznej i hegemonicznej), a także wschodzącymi biegunami świata wielobiegunowego: Rosją, Chinami i Indiami.
Cała reszta to na razie tylko narzędzia.
Zachód ma ideologię, podczas gdy świat wielobiegunowy jej nie ma. Sama wielobiegunowość już się powszechnie ujawniła, ale ideologicznie wciąż nie została sformalizowana.
Jeśli nie ma prawa międzynarodowego, a obrona Traktatu Pokojowego z Jałty, dawnej ONZ i bezwładności dwubiegunowości jest z natury niemożliwa, musimy opracować własny, nowy system prawa międzynarodowego. Chiny podejmują pewne wysiłki w tym kierunku (Wspólnota Wspólnego Przeznaczenia), Rosja w mniejszym stopniu (wyjątki obejmują teorię świata wielobiegunowego i Czwartą Teorię Polityczną). Ale to ewidentnie nie wystarcza.
Być może w tym roku będziemy musieli uczestniczyć w globalnej walce wszystkich ze wszystkimi, w trakcie której ustalona zostanie przyszłość, odpowiadający jej porządek świata i system prawa międzynarodowego. Obecnie ich nie ma. Ale musi istnieć prawo międzynarodowe, które pozwoli nam być tym, czym mamy być – państwem-cywilizacją, światem rosyjskim. To właśnie musimy zrozumieć jak najszybciej.
Aleksander Dugin
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 690
Zajęci wewnętrznymi sporami, walką z kataklizmem powodzi i gorliwym zaangażowaniem w wojnę na Ukrainie rządzący w Polsce tracą z pola widzenia głębokie zmiany w światowej gospodarce i geopolityce. Okazją do głębszej refleksji była wizyta w Polsce premiera Indii Narendry Modiego, ale poza deklaracjami na temat ożywienia stosunków dwustronnych nie poszerzyła ona perspektywy globalnej polskich decydentów.
Tymczasem właśnie Indie pokazują, jak na naszych oczach kończy się epoka eksploatacji i wyzysku państw najsłabszych; jak wiele z państw tzw. Południa wydostaje się z biedy i niedostatku, budując podstawy konkurencji technologicznej z najbardziej rozwiniętymi potęgami Zachodu. Te ostatnie muszą się liczyć z nowymi regułami gry. Zamiast ciągłej rywalizacji i walki czy to o zasoby surowcowe, czy zyski w handlu międzynarodowym, państwa zachodnie są zmuszone zbudować nowy, postliberalny ład oparty na zasadach koegzystencji. Wyzwaniem staje się przebudowa modelu koncentracji bogactwa społecznego w ręku nielicznych dysponentów, obojętnych na zagrożenia planety i niepewne losy ludzkości.
Już od ponad dwu dekad narasta sprzeciw wobec „liberalnego internacjonalizmu”, jaki stał się synonimem zglobalizowanego porządku międzynarodowego pod egidą Stanów Zjednoczonych. Jego wyróżnikiem jest preferowanie gospodarki wolnorynkowej i swobodnego handlu w skali globu, promowanie wzorów demokracji przedstawicielskiej, umacnianie wspólnego bezpieczeństwa i obrona praw człowieka, pojmowanych według koncepcji indywidualistycznej. Nie trzeba dowodzić, że te reguły i wartości najbardziej odpowiadają kilkudziesięciu państwom wysoko rozwiniętego kapitalizmu, a to Stanom Zjednoczonym, ich akolitom i klientom – od Kanady, Australii, przez Europę Zachodnią, po Japonię i Azję Południowo-Wschodnią oraz Amerykę Łacińską.
Porządek ten od początku miał charakter amerykanocentryczny i był wynikiem osławionej „unipolarnej chwili” (Charles Krauthammer), którą wywołało zniknięcie ZSRR i bloku wschodniego. W globalnym zarządzaniu liczyły się przede wszystkim instytucje zdominowane przez Zachód (Bank Światowy, Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Światowa Organizacja Handlu, ONZ i jej agendy, G-7/8, G-20). Część państw pokomunistycznych, a nawet komunistyczne Chiny zaakceptowały znaczenie tych instytucji w gospodarce światowej, choć nie wszystkie godziły się na zmiany ustroju politycznego.
Walka o suwerenność
Rosja po nieudanych eksperymentach z demokracją i gospodarką wolnorynkową w latach dziewięćdziesiątych ub. wieku stoczyła się na skraj upadku. Objęcie władzy przez Władimira Putina i dobra koniunktura na rynku ropy naftowej i gazu ziemnego pozwoliły jej skonsolidować gospodarkę i wejść na ścieżkę dynamicznego wzrostu. Umocnienie pozycji międzynarodowej ośmieliło Putina do przeciwstawienia się ekspansji Zachodu i postawienia na obronę suwerenności. Zbiegło się to z pogarszaniem stosunków rosyjsko-amerykańskich.
ChRL wybrała własną drogę reformowania swojego ustroju. Nie ustępując w sprawach ideologicznych, Chiny szeroko rozwijały handel z państwami zachodnimi (ideologiczna sztywność i elastyczny pragmatyzm). W USA zapanował idealistyczny pogląd, że włączanie chińskiej gospodarki w procesy współzależności globalnych spowoduje wewnętrzną liberalizację systemu politycznego. Powstanie klasy średniej miało stanowić dźwignię stopniowego otwierania się Chin na świat. Nie przewidziano, że nowa chińska burżuazja nie tylko nie zaakceptuje demokracji przedstawicielskiej na wzór społeczeństw zachodnich, ale stanie się obrońcą ideologii nacjonalistycznej, umocnienia władzy partii komunistycznej oraz modernizacji potęgi militarnej. W rezultacie Chiny wyrosły na największego oponenta Ameryki.
Wyłanianie się nowych ośrodków siły sprzyjało podważeniu monocentryzmu w globalnym zarządzaniu oraz tamowaniu pretensji władczych USA. Wyraziło się to przede wszystkim w krytyce tzw. konsensusu waszyngtońskiego, mechanizmu, który oznaczał konieczność dostosowania się do reguł dyktowanych przez Bank Światowy, Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Światową Organizację Handlu i Ministerstwo Skarbu USA. Nakazywały one obniżanie barier taryfowych, deregulację rynków, swobodny przepływ kapitału, likwidację przeszkód dla inwestycji bezpośrednich, prywatyzację przedsiębiorstw państwowych i in.
Okazało się, że korzyści z tego programu wyniosły przede wszystkim bogate państwa Zachodu, na co wskazywał noblista w dziedzinie ekonomii Joseph E. Stiglitz. Wiele państw przystępujących do „konsensusu” nie było przygotowanych do liberalizacji, narzucanej odgórnie, stąd zrodził się oczywisty sprzeciw. Jego wyrazem był – per analogiam - tzw. konsensus pekiński, który bronił kapitalizmu państwowego i podkreślał rolę państwa w stanowieniu warunków dla wzrostu gospodarczego. Lokalny kapitał nie jest w stanie konkurować z wielkimi korporacjami bez wsparcia ze strony państwa. Dlatego potrzebna jest kontrola nad przepływami kapitału i działaniami inwestorów zagranicznych. Efektem przyjęcia selektywnych reguł gry wolnorynkowej stało się opowiedzenie Chin, a także Rosji za pozostawieniem pod kontrolą państwa strategicznych sektorów gospodarki, bez rezygnacji z prywatyzacji pozostałych.
Z liberalnej demokracji do liberalnego totalizmu
Nie ulega wątpliwości, że duża część państw tzw. Południa stała się beneficjentami liberalizacji gospodarczej. Przepływy kapitału, włączanie w globalne łańcuchy dostaw, upowszechnianie standardów jakości produkcji, czy dostęp do nowoczesnych licencji i technologii stanowiły wartość dodaną internacjonalizacji.
Gorzej było z przejmowaniem wzorów ustrojowych liberalnej demokracji, które traciły na wiarygodności ze względu na kryzys instytucji ustrojowych w państwach samego Zachodu. Okazuje się, że demokracja liberalna nie potrafi obronić się przed falami populizmu i ciągot autorytarnych swoich liderów. Przypadek Donalda Trumpa w USA jest obecnie najczęściej przywoływany jako przestroga, a degradacja rozmaitych instytucji praworządności i reprezentacji w różnych państwach, w tym w Polsce, prowokuje do przypominania zakurzonych haseł o „demokracji walczącej” (Donald Tusk).
W ujęciu niemieckiego filozofa i prawnika Karla Loewensteina (1891-1973), po doświadczeniach z legalnym dojściem Hitlera do władzy, koncepcja demokracji walczącej ma uruchamiać środki prewencyjne i antycypacyjne (represje, cenzura, delegalizacja, ograniczenia praw i wolności) wobec wszystkich, którzy zagrażają demokracji liberalnej. Arbitralność władz w określaniu, kto jest wrogiem demokracji, prowadzi do „liberalnego totalizmu” i oznacza faktycznie jej koniec.
Na przykładzie ewolucji ustrojowej państw zachodnich, która wskazuje wyraźnie na erozję „starych wzorów”, ukształtowanych w okresie ostatnich trzech stuleci, widać wyraźnie, że system międzynarodowy państw ulega głębokiej dyferencjacji. Choć Stany Zjednoczone postawiły sobie za cel zwalczanie dyktatur autorytarnych i totalitarnych, to jednak same nie są w stanie zapobiec degradacji własnych instytucji demokratycznych. Zachód traci swoją wiarygodność i atrakcyjność ustrojową. Wykorzystują to nie tylko członkowie BRICS. Wśród państw kontestujących wartości liberalizmu politycznego jest coraz więcej państw w różnych częściach globu. Rosja, Chiny, a nawet Indie są tylko najbardziej znaczącymi pośród nich.
Zamiast globalizacji - regionalizacja
Można śmiało stwierdzić, że wejście na scenę mocarstw regionalnych rozpoczęło erę odwrotu od globalizacji na warunkach zachodnich. Oznaczało z jednej strony możliwość przywrócenia równoważenia sił w strategii Rosji i Chin wobec Zachodu, a z drugiej zdolność konsolidacji wysiłków organizacyjnych na rzecz rozwiązywania problemów ważnych dla poszczególnych regionów. Efektem był rozwój „kontestowanego” multilateralizmu, czyli koordynacji stosunków wzajemnych w gronie trzech i więcej państw. Jego istotną cechą stało się uzgadnianie polityk na podstawie wspólnie przyjętych założeń, co oznacza tworzenie alternatywnych „reżimów międzynarodowych”.
Na tym tle pojawiały się rozmaite pomysły tworzenia związków trójstronnych. Była to inicjatywa „trójkąta” Rosja-Indie-Chiny (RIC), zgłoszona przez premiera Rosji Jewgienija Primakowa, podczas jego wizyty w Indiach w 1998 r., zmaterializowana podczas spotkania ministrów spraw zagranicznych tych trzech państw w Nowym Jorku, przy okazji posiedzenia Zgromadzenia Ogólnego ONZ w 2001 r., czy „trójkąt” Indie-Brazylia-RPA (IBSA), państw poszukujących w latach dziewięćdziesiątych ub. wieku sposobów na ustabilizowanie swojego wzrostu gospodarczego.
Ważnym spoiwem dla łączenia się tych państw w swoiste „kluby wsparcia” były ich negatywne doświadczenia, związane z zachodnimi imperializmami, od epoki kolonializmu począwszy. Nie dziwi więc, że głęboko tkwiące urazy oraz wspólna niechęć do mechanizmów globalnego zarządzania, zdominowanych przez mocarstwa zachodnie, skłoniła je do podjęcia unikalnej formy współpracy.
Paradoksalnie, pewnym katalizatorem tworzenia odrębnego ugrupowania było zaproszenie przez francuskiego prezydenta Jacquesa Chiraca na szczyt G-8 w Evian w 2003 r. przedstawicieli Indii i Brazylii. W rezultacie wyłoniła się grupa pięciu państw - Outreach Five (O-5), zapraszanych na kolejne konsultacje z G8. Na początku w składzie „piątki” był także Meksyk. Jego miejsce zajęła później RPA. Bogate państwa Zachodu zdawały sobie sprawę, że bez konsultacji w szerszym gronie z przedstawicielami Globalnego Południa nie da się utrzymać stabilnego wzrostu. W konsolidacji przyszłego ugrupowania pomógł także kryzys finansowy lat 2007/2008.
Ideowym zwiastunem powstanianowej formacji był raport Goldman Sachs, amerykańskiej firmy bankowo-inwestycyjnej, pt.„Building Better Global Economic BRIC” w 2001 r., w którym ekonomista Jim O’Neill wyraził pogląd, że takie państwa jak Brazylia, Rosja, Indie i Chiny (stąd akronim BRIC) swoją dynamiką rozwoju i wzrostu gospodarczego rzucą wyzwanie gospodarkom Zachodu w przewidywalnej przyszłości. Od początku zatem, a tym bardziej po dołączeniu Republiki Południowej Afryki w 2011 r. (South Africa), zaczęto to ugrupowanie kojarzyć z reprezentacją Globalnego Południa. Nie zastąpiło ono bynajmniej ruchu państw niezaangażowanych, podobnie jak nie przyjęło formy organizacji wyspecjalizowanej, na przykład na wzór OPEC (Organizacji Krajów Eksportujących Ropę Naftową).
BRICS - nadzieja na lepszy świat
Fenomen BRICS polega na tym, że mimo różnic ustrojowych i kulturowych, a nawet cywilizacyjnych oraz wbrew dystansom geograficznym, udało się powołać taką platformę konsultacyjną państw, które są w stanie zmobilizować swoje ogromne potencjały i rzucić wyzwanie dotychczasowym regułom gry. Wielu niedowiarków podkreśla, że największą przeszkodą w funkcjonowaniu tego gremium jest jego fasadowość, niespójność wewnętrzna i heterogeniczność uczestników. Rzekomym ograniczeniem jest też skupianie się przede wszystkim na wzroście gospodarczym, a ten w różnych państwach wyhamowuje lub jest niestabilny.
Zakres przedmiotowy oddziaływań jest jednak tak szeroki – od zmian klimatycznych i zwalczania terroryzmu, po reformy publicznej służby zdrowia – że nie sposób nie zauważyć rosnącej siły perswazyjnej i alternatywnej oferty wobec reguł narzucanych przez Zachód.
Przede wszystkim państwom tworzącym ugrupowanie udało się w stosunkowo krótkim czasie zademonstrować wolę współpracy, opartej na zdolności wypracowywania kompromisów i dążeniu do utrwalania (rutynizacji) wzorów zachowań, czyli instytucjonalizacji. Wbrew wątpliwościom co do skuteczności tej inicjatywy, okazało się, że jest ona w stanie rzucić wyzwanie nie tylko finansowej dominacji Zachodu, ale zakwestionować dyktowane przez niego warunki w różnych dziedzinach obrotu międzynarodowego.
BRICS stało się wygodną formą konsultacji i wymiany informacji, sprzyja artykułowaniu i reprezentowaniu zbieżnych interesów oraz definiowaniu i łagodzeniu rozbieżności. Warto odnotować, że żadne z państw członkowskich nie potępiło Rosji za jej zaangażowanie w zbrojną konfrontację na Ukrainie. Indie i Chiny nawołują wprawdzie do pokojowego rozwiązania konfliktu, oferując nawet „dobre usługi”, ale w rzeczywistości poprzez intensywną współpracę gospodarczą wzmacniają potencjał rosyjski.
BRICS stanowi więc formę budowania antyhegemonicznej solidarności, a także sposób na umacnianie kolektywnej pozycji w stosunkach międzynarodowych. Należące do tej platformy państwa starają się wzajemnie wspierać pod względem prestiżowym i wizerunkowym oraz umacniać konsensus w odniesieniu do podzielanych norm i idei. Na zasadzie synergii wzmacniają swój status silnych graczy międzynarodowych oraz cieszą się ze zbiorowej reputacji z powodu niezwykłej dynamiki wzrostu potęgi.
Państwa BRICS reprezentują 42% światowej populacji, wytwarzają ok. 23% produktu globalnego, zajmują 30% terytoriów Ziemi oraz uczestniczą w 18% w handlu międzynarodowym. Na tle globalnego wzrostu PKB w latach 2008-2017, wynoszącego ok. 1%, wzrost w państwach BRICS wynosił ok. 8%.
Członkom ugrupowania nie chodzi bynajmniej o rewolucyjne posunięcia wobec istniejących instytucji, ale inicjowanie ich reform i zmian (np. w odniesieniu do Rady Bezpieczeństwa ONZ czy MFW z powodu ich niereprezentatywności) lub tworzenie rozwiązań komplementarnych, a nawet alternatywnych, na przykład w systemie rozliczeń walutowych (sojusz antydolarowy). Takie postanowienia zawierała deklaracja pierwszego szczytu BRICS w Jekaterinburgu w 2009 r. Chiny i Rosja są najbardziej krytyczne wobec liberalizmu politycznego, ale nie odrzucają wolnego handlu i liberalizacji gospodarczej. Sprzeciwiają się praktykom zachodniego protekcjonizmu (deklaracja z New Delhi 2021 r.).Są gotowe do ożywienia i odnowienia instytucji wielostronnych, występują też z pomysłami nowych form globalnego zarządzania.
Największą zaletą BRICS jest elastyczność ugrupowania oraz oferta alternatywnych opcji afiliacyjnych dla państw poszukujących dla siebie nie tylko wielowektorowości oddziaływań, ale także większej swobody decyzyjnej. Rozczarowanie obcesowością USA w regulacji rozmaitych problemów regionalnych skłoniło kilka następnych państw, także o orientacji proamerykańskiej, do przystąpienia do ugrupowania. W 2023 r. na szczycie w RPA ogłoszono akcesję od następnego roku Argentyny, Egiptu, Etiopii, Arabii Saudyjskiej, Iranu i Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Argentyna i Arabia Saudyjska ostatecznie wstrzymały się z decyzją przystąpienia.
Pewnym zaskoczeniem było ogłoszenie chęci przyłączenia do BRICS+ we wrześniu 2024 r. Turcji. Ten ostatni przypadek wyraźnie wskazuje, że dotychczasowe struktury Zachodu – zwłaszcza NATO i Unia Europejska – niekoniecznie zaspokajają oczekiwania takich państw, które ze względu na swoją pozycję geopolityczną i preferencje ustrojowe nie podzielają liberalnych wartości Zachodu.
Potwierdza się zatem przypuszczenie, że BRICS+ zmierza w stronę przeciwważenia Zachodu. Staje się też barierą dla żywiołowej ekspansji globalnego kapitału, który pod szyldem korporacji transnarodowych próbuje spenetrować system międzynarodowy, a w rezultacie uzależnić wiele państw i społeczeństw od centralnego sterowania.
W dziedzinie prawa międzynarodowego państwa BRICS stoją na gruncie poszanowania suwerenności w kontekście nieingerencji w sprawy wewnętrzne państw. Odrzucają koncepcję interwencji humanitarnych mocarstw zachodnich, które stały się przykrywką dla zmian reżimów politycznych. Rosja w dwu przypadkach pokazała zdecydowany sprzeciw (Gruzja, Ukraina), a wraz z Chinami i Indiami protestuje przeciw wtrącaniu się Zachodu w sprawy wewnętrzne Iraku, Syrii, Libii, Afganistanu, czy wreszcie Ukrainy. Są także sceptyczne wobec celów zachodnich interwencji w imię „odpowiedzialności za ochronę”.
Niezależnie od wszystkich niepewności i ryzyk związanych z policentryzacją systemu międzynarodowego, przed polskimi politykami leży poważne wyzwanie, aby w strategii międzynarodowej państwa dostrzegli ogromne szanse wynikające z przetasowania sił w stosunkach międzynarodowych. Tej percepcji nie powinna zakłócać atawistyczna wrogość wobec Rosji.
Stanisław Bieleń
Wyróżnienia i śródtytuły pochodzą od Redakcji.

