Filozofia (el)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 4893
W 40. rocznicę śmierci profesora Tadeusza Czeżowskiego
The man who regards his own life and that of his fellow creatures as meaningless is not merely unhappy but hardly fit for life* (Albert Einstein)
Tytułem wstępu
Profesora Czeżowskiego poznałem na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku. W tym czasie był kierownikiem Katedry Logiki na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Byłem fizykiem-teoretykiem zainteresowanym filozofią.
Z jego podręcznika Logika. Podręcznik dla studentów nauk filozoficznych uczyłem się do egzaminu z logiki u prof. Tadeusza Kotarbińskiego. Jako fizycy, znaleźliśmy wspólny język i łatwo nawiązaliśmy kontakt ze sobą. Zaprosił mnie na seminarium, na którym wygłosiłem referat o przyczynowości w mechanice kwantowej.
Przysyłał mi wiele najnowszych książek z tzw. Zachodu z zakresu filozofii nauk przyrodniczych i metodologii, które otrzymywał od Fundacji Kościuszkowskiej w Nowym Jorku, prosząc o napisanie recenzji dla „Ruchu Filozoficznego”, którego był redaktorem. W tamtych latach książki te były niedostępne w Polsce, a większość z nich podlegała cenzurze politycznej. Były dla mnie nieocenionym źródłem najnowszej wiedzy.
Później, prof. Czeżowski zgodził się (wraz z prof. Romanem S. Ingardenem (jun.) - fizykiem-teoretykiem z UMK i doc. Marią Kempisty - cybernetyczką z Instytutu Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego) zrecenzować moją rozprawę doktorską „Zależność czasowa przyczyny i skutku” napisaną pod kierunkiem prof. Władysława Krajewskiego w Instytucie Filozofii UW.
Kontaktowałem się z nim często prawie do końca jego życia. Głównie jemu zawdzięczam dalszy rozwój swoich zainteresowań problemami współczesnej filozofii i karierę zawodową filozofa.
Po wielu latach, kiedy zostałem ekofilozofem, przeczytałem po raz drugi jego artykuł o sensie życia (1949) i stwierdziłem, że jego koncepcja sensu życia wyrasta nie tylko ze sposobu myślenia właściwego logikom i etykom, ale również ekologom i filozofom środowiska. Tę koncepcję zaprezentował logicznie precyzyjnie i niezwykle klarownie, zwłaszcza dla osób przyzwyczajonych do ścisłego myślenia - matematyków, logików i przyrodoznawców. Istotę sensu życia przedstawił z pozycji logiki w sposób zrozumiały dla przeciętnego człowieka z wykształceniem średnim w nie za pomocą terminologii żargonu naukowego i symboli zrozumiałych tylko dla specjalistów.
W jego definicji sensu życia dostrzegłem także elementy prakseologii i ogólnej teorii systemów. Nie były one znane mu dobrze w czasach, gdy pisał swój artykuł. Świadczy to o jego intuicji, o tendencji dalszej ewolucji nauki i o odwadze sformułowania nowatorskiej koncepcji, w której sens życia związał z szeroko rozumianą relacją „człowiek-środowisko". Stwierdził bowiem, że ludzie, którzy chcą nadać sens swojemu życiu, muszą uwzględniać dobro środowiska. Dzięki temu wyprzedził myśli późniejszych ekologów i ekofilozofów, którzy sądzą, że troska o środowisko przyczynia się do przezwyciężania kryzysów ekologicznych i wzrostu szansy na przedłużenie egzystencji naszego gatunku.
Krótka notka biograficzna
Profesor Tadeusz Czeżowski urodził się w 1889 r. w Wiedniu, gdzie jego ojciec pochodzący z Podola galicyjskiego przebywał na krótkim stażu w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Następnie wrócił do Galicji i był starostą w Gorlicach i Żółkwi. Ostatecznie zamieszkał we Lwowie. Czeżowski ukończył we Lwowie czteroletnią szkołę ludową, gimnazjum i uniwersytet z matematyki (u Wacława Sierpińskiego), fizyki (u Ignacego Zakrzewskiego i Mariana Smoluchowskiego) oraz filozofii (u Kazimierza Twardowskiego, Władysława Witwickiego i Jana Łukasiewicza). Podczas studiów poznał Tadeusza Kotarbińskiego. Dopiero w 1918 r. opuścił Galicję, udając się do Warszawy, a następnie do Wilna, gdzie objął stanowisko profesora na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie.
Od 1945 roku był profesorem na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. W 1948 r. został redaktorem kwartalnika „Ruch Filozoficzny” wydawanego przed II wojną światową we Lwowie. Już w liceum interesowała go kwestia etyczna: Jak należy postępować, żeby postępować dobrze? Później bardziej niż etyką zajmował się logiką i metodologią nauki.
Profesor Czeżowski otrzymał Krzyż Walecznych za udział w wojnie polsko-bolszewickiej w 1920 r. W czasie II wojny światowej wraz z żoną i córką z narażeniem życia ukrywał kilku żydowskich przyjaciół z Wilna, w tym matematyka Abrahama Fessela. Za to w kwietniu 1963 r. Instytut Yad Vashem w Jerozolimie odznaczył go najwyższym izraelskim odznaczeniem cywilnym - medalem "Sprawiedliwi wśród Narodów Świata”. A 22 sierpnia 2012 roku Tadeusz i Antonina Czeżowscy wraz z córką Teresą otrzymali pośmiertnie Honorowe Obywatelstwo Izraela za ratowanie Żydów w czasie II wojny światowej.
Logiczny wymiar sensu życia
Czeżowski rozpoczął rozważania od dwóch założeń. Po pierwsze, wyrażenie „sens życia" ze względu na słowo „sens" należy do języka logiki. Dlatego definicja sensu życia powinna uwzględniać definicję sensu, obowiązującą w logice: coś ma sens tylko wtedy, gdy tworzy logiczną całość z kontekstem wypowiedzi. Innymi słowy, to ma sens, co jest logicznie połączone z czymś innym za pomocą relacji wnioskowania. To kryterium odnosi się również do życia ludzkiego.
Po drugie, nie ma sensu spekulatywne wyrażenie „życie w ogóle" („życie w sobie”), ponieważ tylko człowiek czyni je sensownym w miarę tego, jak zachowuje się i postępuje i dzięki temu przekształca ogólnikowe „życie w sobie” w konkretne „życie dla siebie”.
Czeżowski napisał: „Mówimy, że jakieś zestawienie słów ma sens, gdy tworzy składną - dorzeczną całość, (…) powiadamy: „czyjeś życie ma sens”, to znaczy „życie tego człowieka tworzy spójną, racjonalną całość”. Życie ludzkie tworzy taką całość, gdy składa się z działań, które mają różne cele. Cele te są ułożone w taki sposób, że bliższe cele są środkiem do osiągnięcia dalszych celów" (T. Czeżowski, Odczyty filozoficzne, TNT Toruń 1958).
Życie ma sens, gdy każdy jego etap jest zakończeniem wcześniejszego i przesłanką dla późniejszego. Te etapy mają wiązać się ze sobą za pomocą relacji spójności: konkluzja nie może przeczyć swojej przesłance. Oznacza to, że działania podejmowane na jednym etapie nie mogą być skierowane na przekór działaniom w następnym etapie. Życie w pełni sensowne charakteryzuje się ciągłością oraz koherencją działań człowieka. Jednak życie bez momentów nieciągłości i bifurkacji jest skrajną idealizacją dopuszczalną na gruncie rozważań abstrakcyjnych w ramach logiki formalnej.
Układanie życia w całość wymaga podporządkowania go jakiemuś góry ustalonemu celowi lub zadaniu oraz zorganizowania go tak, by krok po kroku można było realizować ten cel. Zorganizowanie sobie życia jest warunkiem koniecznym, ale niewystarczającym do tego, by czynić je sensownym. Kto wytycza sobie cel pełny i końcowy, wytycza cele cząstkowe i pośrednie od razu, albo po zamknięciu kolejnych etapów swojego życia. W ten sposób tworzy „mapę drogową” dla osiągnięcia finalnego celu życia. A zatem, koncepcja sensu życia, podana przez Czeżowskiego, ma charakter logocentryczny.
Społeczny wymiar sensu życia
Czeżowski zakładał, że życie swe można czynić sensownym w społeczeństwie uporządkowanym i silnie zdeterminowanym, przede wszystkim teleologicznie, a więc w homogenicznym i monokulturowym. Siedemdziesiąt lat temu funkcjonowały one w państwach rządzonych przez dyktatorów. Wtedy łatwo można było dyktować cele wspólne definiowane przez autokratów i jedyne partie rządzące. Inaczej jest w szybko globalizowanym świecie współczesnym.
W konsekwencji postępu demokracji i liberalizmu społeczeństwa przekształcają się w coraz bardziej polikulturowe i heteronomiczne, a jednostki są relatywnie bardziej wolne. W takich społeczeństwach ma się do czynienia z determinizmem słabym i chaosem. Zaś cele jednostek coraz bardziej rozmijają się z celem ogółu. W związku z tym można by przypuszczać, że coraz trudniej będzie czynić życie sensownym.
Tak jednak nie jest, ponieważ jednostki poddawane są presji paradygmatów i stereotypów ukształtowanych przez kulturę, ideologię, politykę, wyznania itp. Dlatego przeważająca liczba jednostek ma cele podobne, które przynajmniej częściowo pokrywają się z celami ogółu. Z tego względu współtworzą one i współrealizują cele zbiorowe nieintencjonalnie i nieświadomie, nawet, gdy są przekonane o tym, że działają wyłącznie we własnym interesie.
Teoretycznie możliwych jest tyle celów finalnych w jakiejś grupie, ile osób się w niej znajduje. Ale w praktyce tak nie jest. Życie zbiorowe, socjalizacja i inkulturacja powodują, że w danej społeczności i w ustalonych warunkach jednostki mają cele zbieżne lub podobne, zgodnie z rozkładem statystycznym. Oprócz tego, nie wszyscy w danej społeczności muszą i chcą wieść sensowne życie; to zależy przede wszystkim od ich wolnej i dobrej woli.
Chociaż życie w grupie wymaga adaptacji, która wymusza respekt dla wspólnych norm, wartości etycznych, przekonań itp., to nie likwiduje ona postaw indywidualistycznych, ani internalizacji celów wspólnych. Dlatego są ludzie, którzy z pobudek egoistycznych skupiają się głównie na własnych celach. Jednak większość przyczynia się intencjonalnie do osiągania zbiorowego celu i często mimowolnie działa na rzecz realizacji dobra wspólnego.
Tak więc sens życia jednostki związany jest z osiąganiem celów grupy, społeczeństwa i - w granicznym przypadku - populacji świata. A zatem życie ma sens, gdy przyczynia się do osiągania celów ludzkości. Okazało się więc, że Czeżowskiego koncepcja sensu życia ma charakter socjocentryczny.
Tu pojawia się problem: czy można racjonalnie i konkretnie mówić o jakimś ostatecznym celu ludzkości (teilhadowskim punkcie „Omega" w ewolucji gatunku lidzkiego), kiedy nie ma jeszcze uniwersalnego systemu wartości aprobowanego przez wszystkich ludzi na świecie? Odpowiedzi dostarczają dwa przeciwstawne stanowiska - naturalistyczne i religijne. W pierwszym przypadku cel ten wynika z ewolucji Wszechświata - przyrody i społeczeństwa. W drugim - został wytyczony przez Boga w momencie tworzenia świata. W obu przypadkach zakłada się po cichu, że w przyrodzie i społeczeństwie obowiązuje determinizm teleologiczny.
Aksjologiczny wymiar sensu życia
Sens życia należy rozpatrywać nie tylko z punktu widzenia logiki, ale też etyki. Bo, jak pisał Czeżowski: „(…) nie ma sensu życie, na które składają się działania kierowane okazjonalnymi impulsami, niezwiązane z żadną jednoczącą myślą, czasem ze sobą niekompatybilne - żyjące z dnia na dzień pod wpływem natychmiastowych reakcji na okoliczności zewnętrzne. Nie ma sensu życie dziwaka, który wszystkie swoje wysiłki kieruje na zaspokojenie manii zbierania bezwartościowych rzeczy lub życia wypełnionego działaniem w kierunku niegodnych celów. Życie ma sens, jeśli zostało zaaranżowane w taki sposób, że tworzy całość, która racjonalnie dąży do osiągnięcia najlepszych celów z tych, jakie jesteśmy w stanie osiągnąć w danych warunkach. Aby nadać życiu sens w powyższym sensie, trzeba najpierw umieć odróżnić to, co jest naprawdę dobre, od tego, co tylko pozornie dobre, a co lepsze i gorsze, a po drugie - czynić wysiłek, aby wytrwale realizować wybrane cele." (tamże)
Z punktu widzenia logiki formalnej nie jest ważne, do jakiego celu zmierza życie, ponieważ każdy cel może uporządkować ludzkie życie. Jednak w praktyce, sens życia rozpatruje się na ogół na płaszczyźnie aksjologicznej, a życie sensowne utożsamia się z wartościowym. Wówczas o tym, czy życie ma sens, decyduje system wartości (hierarchia wartości etycznych) przyjęty przez daną społeczność. Dlatego zwykle w powszechnym odczuciu życie pełne sensu ocenia się jako lepsze od bezsensownego. Jeśli tak, to cel, który powinien organizować czyjeś życie, aby miało ono sens w aspekcie etycznym, musi być dobry ze względu na kryterium dobra uznawane przez społeczność, której elementem jest dana osoba.
Cel ten powinien być wartościowy, odpowiedni, korzystny i godny. Wymóg ten dotyczy nie tylko tzw. celu finalnego i całościowego, ale także celów pośrednich i cząstkowych, których osiąganie kończy kolejne etapy życia człowieka, wiodące do celu końcowego. Stąd wynika, że takie cele mogą stawiać sobie tylko osoby moralne i że tylko one mogą czynić swoje życie sensownym. Ale z wielu powodów nie każdy człowiek moralny chce nadać sens swojemu życiu.
Ekologiczny wymiar sensu życia
Wspólny cel można zasugerować każdemu niezależnie od jego poglądów, przynależności partyjnej, wyznania, wykształcenia itd. Wystarczy odwołać się do biologicznej natury człowieka i instynktu samozachowawczego. Celem takim jest troska o przetrwanie i tworzenie warunków koniecznych do tego.
Jest on ważniejszy od celów dyktowanych przez kulturę - światopogląd, ideologię, politykę, religię, interes własny, chęć bogacenia się itp. Nie akceptują go tylko nieliczni dewianci, którzy celowo dążą do samozniszczenia. Ich zachowanie wynika nie tylko z wrodzonych lub nabywanych skłonności patologicznych, ale także z deformacji świadomości przez „cywilizację śmierci” i różne sekty wywodzące się z ideologii nihilizmu i fundamentalizmu religijnego. Między innymi dlatego trzeba „cywilizację śmierci" wraz z wszystkimi jej negatywnymi konsekwencjami wyrzucić na śmietnik historii ludzkości.
Sukces działań podejmowanych dla osiągnięcia biologicznego celu zależy od wsparcia ze strony kultury. Chęć przetrwania powinna stać się istotnym celem działalności kulturowej i być eksponowana przez twórców i propagatorów kultury. Trzeba jak najszybciej doprowadzić do harmonii między biologiczną i kulturową naturą człowieka oraz między społeczno-kulturowym i przyrodniczym środowiskiem życia.
Kultura nie ma przeciwstawiać się przyrodzie, a tym bardziej niszczyć jej, jak do tej pory, lecz synergicznie współistnieć z nią. Zadaniem kultury jest implementacja „cywilizacji życia", propagowana przez enwironmentalizm filozoficzny, ekologizm i inne rodzaje ekofilozofii oraz przez etykę środowiskową (bioetykę).
Punktem odniesienia jest w ogóle relacja „człowiek-środowisko”, a konkretnie - postawa człowieka wobec środowiska i jego działanie w środowisku. Chodzi tutaj o szeroko rozumiane środowisko jako siedlisko przyrodnicze, społeczno-kulturowe oraz duchowe, mentalne lub wirtualne. Relacja ta pełni rolę kryterium oceny stosunku człowieka do środowiska. Za dobre uznaje się to, co nie przyczynia się do nadmiernej degradacji środowiska lub co zapobiega niszczeniu go i tym samym przyczynia się do ochrony życia ludzi i innych istot żywych na Ziemi.
Uniwersalny i ponadhistoryczny charakter może uzyskać sens życia tych, których cele podporządkowane są fundamentalnemu interesowi ludzkości, tj. zapewnieniu warunków koniecznych do maksymalnego przedłużenia istnienia gatunku ludzkiego. Wymaga to krzewienia świadomości i wrażliwości ekologicznej oraz podejmowania działań na rzecz ochrony środowiska. A to jest zadaniem dla wszystkich osób odpowiedzialnych za wychowanie przyszłych pokoleń - rodziców, nauczycieli, księży, dziennikarzy, polityków, twórców kultury itp. W ich rękach spoczywa los ludzkości.
Zdaniem Czeżowskiego, życie ma tym więcej sensu, im lepiej jest zorganizowane. Jednak lepiej, nie znaczy najbardziej, lecz tak, by optymalnie wykorzystywać swoją energię życiową i środki, jakimi się dysponuje dla osiągania celów. Dzięki dobrej organizacji nie trwoni się swego życia na osiąganie celów niezwiązanych z celem głównym (końcowym) oraz na realizację celów przypadkowych i niegodziwych, na to, co nie służy interesowi gatunkowemu - maksymalnemu wydłużeniu czasu życia ludzi na Ziemi.
Czeżowski rozważał sens życia na poziomie indywidualnym, społecznym i światowym. Połączył sens życia jednostki z sensem grup społecznych i społeczeństwa światowego wtedy, gdy nie zwracano jeszcze uwagi na inicjowane już procesy globalizacyjne. Twierdził, że życie jednostki staje się tym bardziej sensowne, im bardziej wiąże ona swoje cele z celami wspólnymi dla społeczeństwa światowego oraz im bardziej wiąże cele swojej aktywności na rzecz lokalnego środowiska społecznego z celami ważnymi dla globalnego środowiska społecznego.
Podobnie jest w przypadku środowiska przyrodniczego. Życie jednostki staje się coraz bardziej sensowne w miarę wiązania jego celu z celem Wszechświata. Najlepiej byłoby, gdyby człowiek podporządkowywał swoje cele życiowe celom coraz liczniejszych grup społecznych i coraz rozleglejszych obszarów przyrody, gdyby dało się jego cele życiowe wydedukować z ostatecznych celów, do których zmierza społeczeństwo światowe oraz uniwersum. To oczywiście poważnie ograniczałoby wolną wolę, a nawet czyniłoby ją iluzoryczną. Za wzmocnienie sensu życia płaci się rosnącym zniewoleniem.
To stanowisko Czeżowskiego jest zbieżne z tym, co głosi ekofilozofia - ważne jest, by jednostka czuła się i faktycznie była zintegrowana ze swoim środowiskiem tak dalece, by współtworzyła z nim organiczną całość i jedność. (Ale jakby na przekór temu w artykule „Trzy postawy wobec świata” napisał: „Człowiek i świat stanowią przeciwieństwo, które w refleksji nad sobą narzuca się w różnych formach".)
Dlatego stosunku człowieka do środowiska przyrodniczego i społecznego nie należy budować na relacji „ja-i-świat”, wyrażającej obcość w stosunku do środowiska, ale na relacji „ja-w-świecie” (ja ze światem), wyrażającej wspólnotę z nim. Zapobiegnie to odnoszeniu się do środowiska, jak do czegoś wrogiego, co powinno się niszczyć, i traktowanie go jak coś, czego jest się nieodłączną częścią i o co trzeba dbać jak o siebie samego.
Czeżowski wyobrażał sobie, że świat (uniwersum) ma z góry określony cel ostateczny narzucony przez prawa natury lub Boga i że człowiek musi podporządkować mu swoje życie, aby uczynić je sensownym. Jednak kłopot w tym, że nikt nie zna i chyba nie pozna tego celu. Wyjątkiem są osoby religijne, dla których celem ostatecznym jest Bóg - istota zagadkowa i niepoznawalna. Ale cel ostateczny ustanowiony przez niego jest równie niewyobrażalny i zagadkowy, jak on sam.
Sformułowanie warunków niezbędnych do tego, by życie miało sens - uzgadnianie celów jednostki z ostatecznym celem wszechświata w drodze kompromisu między własną wolą a obiektywnymi koniecznościami, immanentnymi rzeczywistości zmysłowej oraz świadome pogodzenie się jednostki z porządkiem świata w wyniku tolerancji - dowodzi, że Czeżowski zbudował swoją koncepcję sensu życia na nieznanym mu „ekologicznym stylu myślenia” i nieznanej mu idei rozwoju zrównoważonego. Świadczy też o tym, że jego koncepcja sensu życia ma także charakter ekocentryczny.
Uwaga końcowa
Przedstawiona tu idea sensu życia może mieć różne ograniczenia i może być krytykowana z wielu powodów: że opiera się na przesadnej idealizacji świata, że przenosi w nieuzasadniony sposób właściwości społeczeństwa i człowieka na przyrodę, że u jej podstaw leży założenie, jakoby zasady logiki rządziły przyrodą, społeczeństwem i wszechświatem, że wnioskuje się ze zbiorów policzalnych na niepoliczalne, itp. Nie umniejsza to jednak znaczenia tej idei, choćby dlatego, że pokazuje, jak nadać życiu sens poprzez kształtowanie postawy proekologicznej.
Koncepcja sensu życia ludzkiego zaprezentowana przez Czeżowskiego była niewątpliwie nowatorska w połowie ubiegłego wieku, ponieważ po pierwsze, zbudowana została na elementach myślenia ekologicznego, teorii systemów i prakseologii, i po drugie - związała sens życia bezpośrednio z środowiskiem przyrodniczym i społecznym.
Wiesław Sztumski
*„Człowiek, który uznaje swoje życie i życie innych ludzi za pozbawione sensu, jest nie tylko nieszczęśliwy, ale z trudem nadaje się do życia”. (A. Einstein, The World As I See It, General Press, Natrona Heights, Pa,2018)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2036
Duchy karczemnej tworem gawiedzi,
W głupstwa wywarzone kuźni.
Dziewczyna duby smalone bredzi,
A gmin rozumowi bluźni.
Dziewczyna czuje, - odpowiadam skromnie -
A gawiedź wierzy głęboko;
Czucie i wiara silniej mówi do mnie
Niż mędrca szkiełko i oko.
Martwe znasz prawdy, nieznane dla ludu,
Widzisz świat w proszku, w każdej gwiazd iskierce.
Nie znasz prawd żywych, nie obaczysz cudu!
Miej serce i patrzaj w serce!
Adam Mickiewicz (Romantyczność)
W tej balladzie Mickiewicza zawiera się wiele myśli i prawd dotyczących świata i ludzi oraz dylematów „wiecznie żywych”, bo chyba niedających się nigdy rozstrzygnąć jednoznacznie na podstawie poznania teoretycznego (naukowego i pozanaukowego) ani praktycznego (zdrowego rozsądku, eksperymentu i doświadczenia życiowego). Chodzi o dylematy, z jakimi borykają się ludzie w życiu codziennym. Stale stają oni przed wyborem, czym powinni kierować się: wiarą czy rozumem lub sztuczną inteligencją, racjonalnością czy intuicją, wiedzą naukową czy pozanaukową, logiką czy przeświadczeniami, stereotypami lub zabobonami, rozsądkiem czy emocjami, metafizycznością czy użytecznością.
Decyzje nie są łatwe, ponieważ zależą od wielu czynników oraz kryteriów subiektywnych i obiektywnych. Do pierwszych należy charakter człowieka, jego natura, wiedza, wrażliwość na bodźce, bogactwo doświadczeń życiowych, poglądy, przekonania, nastrój w momencie podejmowania decyzji itp. a także cel, jakiemu ma służyć dany wybór. Do drugich należy presja ze strony aktualnej epoki, kultury, wyznania, ideologii, polityki, mody, propagandy, manipulacji itp.
W obu przypadkach większość tych czynników działa spontanicznie lub „instynktownie”, a nie w sposób przemyślany lub intencjonalnie. Jedni ludzie ulegają łatwo naciskom ze strony otoczenia i swej natury, inni są bardziej „immunologiczni”. U jednych przeważa uczuciowość, u drugich racjonalność. Jedni mają większą zdolność do teoretyzowania, drudzy do eksperymentowania, jedni żyją bardziej w świecie pomyślanym lub urojonym i bujają w obłokach, drudzy żyją w świecie sensorycznym i trzymają się ziemi.
W związku z tym, z grubsza da się podzielić ludzi na „romantyków” i „pozytywistów” w szerokim rozumieniu tych słów. Ten podział istnieje od dawna. Nie jest on ostry, lecz hybrydowy, ponieważ każdy człowiek ma w sobie coś z „romantyka” i „pozytywisty” w rożnych proporcjach, niezależnie od wykształcenia, profesji, pochodzenia i dziedziczenia. Prawdopodobnie, zależy to od wychowania, socjalizacji i inkulturacji. Nie wiadomo, jaki procent jest „romantyków” i „pozytywistów” w danym społeczeństwie, ani jak ta proporcja zmienia się w czasie. Od tej proporcji zależy rozwój cywilizacyjny, przede wszystkim postęp naukowy, gospodarczy i techniczny.
Wybór między romantyzmem a pozytywizmem, czyli duchowością a pragmatyzmem odgrywa ważną rolę w funkcjonowaniu jednostek, społeczeństwa i państwa. Dlatego uznaję go za fundamentalny w naszych czasach i wart uwagi z różnych względów.
W aspekcie politycznym chodzi o to, czy łatwiej i skuteczniej można uzyskiwać poparcie „romantyków”, czy „pozytywistów” i zjednywać ich sobie w wyborach parlamentarnych. Kto chce zwyciężyć, musi dostosować program wyborczy do większości elektoratu i odpowiednio urobić sobie wyborców. Do tego potrzebne są specjalistyczne badania i obserwacje dotyczące zachowań ludzkich, by wiedzieć na kogo można z pewnością liczyć, a kogo da się łatwo przekonać lub oszukać.
Zakłada się, że łatwiej zjednać sobie „romantyków” niż „pozytywistów”, co zresztą potwierdza praktyka. „Romantycy”, zwłaszcza zdecydowani, są przeważnie słabo wyedukowani, albo uznający się za wykluczonych społecznie, albo niespełnionych życiowo. Zazwyczaj kierują się emocjami i bardziej dają się nabierać na złudne obietnice werbalizowane za pomocą imponderabiliów aniżeli „pozytywiści”, którzy w głównej mierze kierują się rozumem. (W. S. Potęga imponderabiliów, SN Nr 8-9, 2022) Wobec tego, lepiej stawiać na zdecydowanych „romantyków” oraz niezdecydowanych „pozytywistów” i do nich adresować program wyborczy a także stosować wobec nich odpowiednie techniki manipulacji społecznej, inne dla „romantyków”, inne dla „pozytywistów”.
Społeczeństwo ogłupiają również wiodący politycy i członkowie rządu za pomocą narzucania mu za pomocą reżymowych mass mediów kontrolowanych przez kościół katolicki chrześcijańskiego systemu wartości etycznych oraz imperatywów postępowania wynikającego z „klauzuli sumienia” oraz „praw naturalnych”, tj. „naturalnie” stanowionych przez kościół, a nie przez Boga lub przyrodę.
Jak to wygląda w praktyce?
Wiedzą bowiem, że kłamstwo powtarzane wielokrotnie i z dużą mocą, szczególnie przez wysoko postawione osoby (czołowych polityków, premierów i prezydentów), o których wieść gminna głosi, że są notorycznymi kłamcami, odbierane jest tak, jakby było prawdą. Tak więc, oni „duby smalone bredzą, a gmin rozumowi bluźni”, i to właśnie im „gawiedź wierzy głęboko”.
Poza tym, liczy się pierwsze odczucie na odebraną informację, a nie na ewentualne późniejsze sprostowania jej. W ten sposób przekazywane kłamstwa ogłupiają elektorat skutecznie. I oto właśnie chodzi, ponieważ głupi wierzący bezkrytycznie, „na wiarę”, po wypowiedzi polityków będą z pewnością głosować na nich. A ich decyzji nie zmieni żadna siła racjonalnych i prawdziwych argumentów ani autorytetów, ponieważ, po prostu, nie są oni w stanie ich zrozumieć, albo z góry odrzucają je z różnych przyczyn, głównie irracjonalnych.
O wiele trudniej za pomocą mass mediów jest zjednywać „pozytywistów”, zwłaszcza zdecydowanych, ponieważ oni z natury odnoszą się sceptycznie i krytycznie do polityków i komunikatów preparowanych przez speców od manipulacji.
Sojusz tronu z ołtarzem
Ogłupia się społeczeństwo również poprzez narzucanie przez wiodących polityków i członków rządu za pomocą reżymowych mass mediów kontrolowanych przez kościół katolicki chrześcijańskiego systemu wartości etycznych oraz imperatywów postępowania wynikającego z „klauzuli sumienia” oraz „praw naturalnych”, tj. „naturalnie” stanowionych przez kościół, a nie przez Boga lub przyrodę.
Świadczy o tym wiele publicznie demonstrowanych scen uległości wobec hierarchów kościelnych, a w szczególności niedawna wypowiedź ministra edukacji i nauki Przemysława Czarnka podczas dziesiątej diecezjalnej pielgrzymki mężczyzn do sanktuarium Pierwszych Męczenników Polski w Międzyrzeczu: „Polska albo będzie chrześcijańska, albo jej nie będzie”.
Ta alternatywa jest fałszywa, bo zapewne tak się nie stanie.
Polska nadal będzie istnieć i rozwijać się w sposób demokratyczny, ale raczej dzięki temu, że przestanie być nie tyle chrześcijańską, co katolicką i będzie państwem świeckim. Ale czymś trzeba społeczeństwo postraszyć, żeby było uległe.
Takie sposoby ogłupiania mas udają się tam, gdzie coraz bardziej liczą się fanatycy religijni - nie tylko u nas, lecz w wielu innych krajach świata (nawet w Federacji Rosyjskiej i USA) oraz tam, gdzie wzrasta religijność z różnych powodów politycznych, ekonomicznych, społecznych i osobistych.
Romantyzm górą
Żeby skutecznie przeciwstawiać się postępującemu procesowi laicyzacji, który towarzyszy jeszcze rozwojowi cywilizacji zachodniej, trzeba odwoływać się do sfery duchowości, upowszechniać ją i umacniać. Dlatego próbuje się restytuować niemodny w Polsce od ponad stu pięćdziesięciu lat romantyzm, a nie, broń Boże, rozwijać i upowszechniać idee Oświecenia, pozytywizmu lub pragmatyzmu. Chodzi o to, aby naukę i rozum podporządkować wierze, by „czucie i wiara” silniej przemawiały do ludzi niż „mędrca szkiełko i oko”, a także, by uwierzyli oni w cudowne spełnienie zwodniczych obietnic przedwyborczych i innych. W tym celu czyta się w telewizji publicznej (de facto reżymowej), oglądanej przez miliony odbiorców, utwór naszego znakomitego wieszcza, Adama Mickiewicza, chwalący romantyzm. Rzekomo, by zachęcić naród, głównie młodzież, do czytania literatury pięknej i poezji. Byłoby to godne pochwały, gdyby nie było instrumentem manipulacji i ogłupiania.
Powrót do romantyzmu ma na celu osiąganie korzyści partykularnych i doraźnych, utrzymanie władzy autorytarnej i przekształcenie państw świeckich w wyznaniowe, jak w krajach islamskich, w wyniku ogłupiania mas. Nieważne, jakim kosztem miałoby się to dokonać, ani jakie negatywne skutki ekonomiczne i społeczne miałoby to pociągnąć za sobą. Dla propagatorów wskrzeszenia romantyzmu liczy się o wiele więcej ich dobro, a nie wspólne.
Na szczęście, jest mało prawdopodobne, by ich cel ziścił się, ponieważ w dziejach ludzkości, jak w przyrodzie, nie ma procesów w pełni odwracalnych ani dokładnych powtórzeń. Chociaż, z drugiej strony, nie zaszkodziłaby odrobina romantyzmu w naszych czasach, w epoce robotyzacji, digitalizacji i sztucznej inteligencji, w której człowiek zmienia się w istotę robotopodobną. (W. S., Zagadkowy człowiek cyfrowy, SN Nr 1. 2018) Przydałoby się więcej emocjonalności, współczucia, wczuwania się i wrażliwości. Niestety, wersja romantyzmu, oferowana przez naszych konserwatywnych i ortodoksyjno-religijnych polityków i hierarchów kościelnych, jest nie do przyjęcia, ponieważ stwarza o wiele więcej zagrożeń i przysparza więcej szkód niż pożytków.
Zagrożenia biorą się z tworzenia lub umacniania ustrojów autorytarnych i państw wyznaniowych, zaprzepaszczenia osiągnięć cywilizacji i kultury Zachodu, wiodącej w teraźniejszym świecie, spowolnienia tempa postępu nauki i techniki, sprzyjania szerzeniu się różnych form neoniewolnictwa, odwracania uwagi od spraw ziemskich, odchodzenia od ekologicznego stylu myślenia oraz koncentracji uwagi bardziej na przeszłości, aniżeli na to, co czeka ludzkość w najbliższej przyszłości.
W sumie, zagraża poważnie ludzkości regres cywilizacji i rozwoju społecznego w wielu dziedzinach, na co nie ma przyzwolenia ze strony tych, dla których ważniejsze jest „mędrca szkiełko”. Romantyzm może też grozić zacofaniem gospodarczym, jeśli ekonomiści musieliby kierować się bardziej uczuciami i wiarą, aniżeli rozumem i racjonalnością. A przecież gospodarka jest najważniejsza. Kto, oprócz ascetów, abnegatów i hermetycznych społeczności niektórych wyznań lub sekt, zrezygnuje z dobrodziejstw cywilizacji Zachodu i osiągnięć postępu nauki i techniki, z komfortu życiowego, dobrobytu i kierowania się rozumem? Nawet plemiona „dzikie”, żyjące gdzieniegdzie na wolności lub w rezerwatach, odcinające się od wpływu współczesnej cywilizacji, surowo przestrzegające tradycyjnych wartości i obyczajów, coraz bardziej korzystają z artefaktów nowoczesnej techniki, żeby ułatwić lub uprzyjemnić sobie życie.
Podsumowując, nie warto wracać do romantyzmu mimo pewnych jego zalet, ponieważ nie ma obecnie do tego odpowiednich warunków, specjalnej potrzeby ani zgody powszechnej. A „czucie i wiara” nie zdołają zastąpić „mędrca szkiełka i oka” w dziele tworzenia postępu cywilizacyjnego.
Wiesław Sztumski
14.9.2022
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1888
Kilka słów o filozofii
Od wieków, zgodnie z źródłosłowem słowa "filozofia", którym po raz pierwszy posłużył się Pitagoras, zwykło się przez filozofię rozumieć umiłowanie mądrości lub wiedzy, albo dążenie do nich. Wówczas takie jej rozumienie było w pełni adekwatne do tego, czym zajmowali się filozofowie. Jednak z czasem to nie wystarczyło, by być filozofem.
Oprócz pogłębiania mądrości trzeba było interesować się innymi ważnymi sprawami. Pociągało to za sobą inne pojmowanie filozofii. Zmieniało się ono w zależności od tego, jak pojmowali ją twórcy systemów, kierunków i szkół filozoficznych. W konsekwencji powstało tyle definicji filozofii - szacuje się je już na ponad sto - ilu było wybitnych jej przedstawicieli. Nadal nie ma jednej powszechnie obowiązującej definicji filozofii, która byłaby stale aktualna.
Na podstawie wielu sposobów pojmowania filozofii definiuje się ją jako dziedzinę wiedzy zbudowanej z przemyśleń problemów dotyczących istoty świata i człowieka oraz tego wszystkiego, co wpływa na życie i funkcjonowanie ludzi. Szeroko rozumiana filozofia jest jedyną nauką, która na swój sposób bada i interpretuje procesy poznawcze oraz ogólne metody poznawania świata, kwestie wartościowania, miejsce i rolę człowieka w świecie, prawidłowości występujące w przyrodzie, społeczeństwie i myśleniu, jak i naturę oraz sens tego, co istnieje.
W zasadzie, obiektem dociekań filozoficznych może być wszystko – każdy składnik świata zmysłowego i pomyślanego, przyrody, społeczeństwa i kultury, a także świat ujmowany całościowo.
Jednak wskutek powiększania się wiedzy naukowej coraz trudniej zajmować się filozofom wszystkimi sprawami, czyli „filozofią w ogóle". Zmuszeni zostali do uprawiania tylko jakiejś wybranej (jednej lub kilku) kategorii problemów wchodzącej w skład filozofii szczegółowych - filozofii przyrody, filozofii techniki, filozofii człowieka, filozofii nauki, filozofii sportu, filozofii kultury, filozofii środowiska itd. A coraz bardziej skomplikowane życie ludzi i nowe odkrycia naukowe (np. w obszarze nano- i pikoświata, świata wirtualnego i sztucznej inteligencji) dostarczają wciąż nowych problemów, które podejmują filozofowie.
Potocznie filozofię rozumie się jako pewien styl życia i myślenia oderwany od realiów świata (bujanie w obłokach), pewien rodzaj sprytu życiowego („chłopski filozof") i wyjątkowo dociekliwe myślenie. Filozofują nie tyko profesjonaliści odpowiednio wykształceni i przygotowani do tego, ale filozofowie amatorzy - kto chce i jak potrafi. Jest jednak coś, co łączy zawodowe i amatorskie uprawianie filozofii - próba zaspokajania potrzeb poznawczych.
Filozofia wyrasta ze zdziwienia i zadawania pytań – „Co to jest?" i „Dlaczego tak jest?" Człowiek zaczyna filozofować wtedy, gdy poszukuje sam, albo u innych, odpowiedzi na nie. Już kilkuletnie dzieci zamęczają nimi rodziców. Włoski filozof Antonio Gramsci (1891-1937) stwierdził, że każdy człowiek jest w jakimś sensie i stopniu filozofem (chociaż nie uświadamia sobie tego), ponieważ zadaje sobie pytania natury filozoficznej - o istotę świata i ład panujący w nim, o pierwsze przyczyny i ostateczne cele, o sens swego życia i istnienia itp. (Podobnie każdy człowiek jest matematykiem, jak twierdził mój wykładowca analizy matematycznej, prof. Tadeusz Ważewski, ponieważ już w okresie raczkowania całkuje drogę po czasie.)
Pytania: „Co" i „Dlaczego" wydają się proste, ale szalenie trudno jest odpowiedzieć na nie. W pierwszym chodzi o dociekanie istoty rzeczy, a w drugim o przyczyny. Jednego i drugiego nie sposób do końca określić. (Uczestniczyłem kilkanaście lat temu w pokazowej lekcji z przedmiotu „filozofia dla dzieci" na konferencji w Akademii Pedagogicznej w Krakowie. Nauczyciel dał jednej grupie uczniów orzechy włoskie, a drugiej - cebule. Mieli odpowiedzieć na pytanie, co jest w samym środku, czyli co jest istotą orzecha i cebuli. W przypadku orzecha było stosunkowo łatwo, bo wystarczyło go rozłupać, by stwierdzić, że w środku jest ziarno. Ale z cebulą był kłopot, bo za każdym razem po zdjęciu jednej warstwy, pokazywała się kolejna i nie wiadomo było, co w końcu znajduje się w jej środku).
Nie da się dociec, co w końcu jest istotą czegoś. Im więcej o czymś wiemy, tym dalej odsuwa się od nas jego istota. Dlatego wciąż aktualna jest sentencja Sokratesa: „Wiem, że nic nie wiem". Podobnie trudno jest wskazać na ostateczną przyczynę w łańcuchu przyczynowo-skutkowym, w którym każda kolejna przyczyna jest skutkiem poprzedniej aż ad infinitum. Do istoty rzeczy można dojść na drodze poznania zmysłowego jak w przypadku orzecha, albo poznania myślowego, czyli spekulatywnego, jak w przypadku cebuli. Wprawdzie wnosi ono coś nowego do poznania, ale nie do wiedzy, dzięki której można dokonywać odkryć naukowych i wynalazków technicznych. Dlatego kwestię filozofii spekulatywnej pomijam w rozważaniach o przydatności filozofii. Ograniczam się do filozofii kształtowanej na gruncie wiedzy sensorycznej.
Kryterium opłacalności w nauce
W czasach przesadnego pragmatyzmu, komercjalizmu, dążenia do komodyfikacji i monetaryzacji, o pożytku z czegoś decyduje cena, za jaką można coś sprzedać i zarobić na tym, czyli kryterium opłacalności. Stosuje się je powszechnie nie tylko w przypadku dyscyplin naukowych, gdzie efekty pracy badaczy - odkrycia lub wynalazki - mają bezpośrednie zastosowanie przede wszystkim w technice, praktyce inżynierskiej lub produkcji. Tu efekt pracy naukowca przekłada się wprost na opłacalność lub zysk rozumiany wąsko ekonomicznie, czyli monetarystycznie. Najłatwiej mierzyć pożytek za pomocą wyceny - adekwatnej lub umownej - w odpowiednich jednostkach płatniczych. O wiele trudniej - za pomocą innych kryteriów, zwłaszcza jakościowych (społecznych, ekologicznych itp.).
Toteż najwięcej inwestuje się w nauki stosowane, podstawowe, przyrodnicze, techniczne, medyczne i eksperymentalne za pomocą grantów i projektów badawczych. Nieporównywalnie mniej - w nauki nie całkiem słusznie uznawane za nieaplikacyjne (humanistyczne, społeczne, filozoficzne i teoretyczne). Chętnie w ogóle zrezygnowałoby się z finansowania ich z budżetu państwa. Zapanowała moda na stosowanie monetarystycznego kryterium opłacalności również do nauk, które nie przynoszą profitów wymiernych ani natychmiastowych, nie zważając na to, że nie wiadomo kiedy mogą raptem okazać się opłacalnymi. (Tak dzieje się m. in. w matematyce, gdzie nagle po wielu latach pewne odkrycia znalazły zastosowania praktyczne, jak np. teoria liczb urojonych.) Dlatego wiele z nich próbuje się na siłę uczynić pragmatycznymi lub stworzyć pozory ich pragmatyzmu, nawet wbrew zdrowemu rozsądkowi.
Tej modzie uległa też filozofia. Niektóre uczelnie wprowadziły kierunek nauczania „filozofia stosowana", m. in. po to, by zwerbować kandydatów na studia filozofii. To taki chwyt marketingowy. Jednak w opisie celów nauczania chodzi o przygotowanie studentów do nauczania filozofii w szkołach i do tego ma służyć studiowanie tego kierunku. A przecież wystarczyłoby nazwać ten kierunek „filozofią nauczycielską", albo jeszcze prościej poinformować, że w ramach studiów filozofii można uzyskać uprawnienia do nauczanie jej. Funkcja aplikacyjna filozofii nie sprowadza się jednak tylko do nauczycielskiej.
Pragmatyczny aspekt filozofii
Filozofia przyczynia się do rozwoju wiedzy. Różni się od wiedzy dostarczanej przez nauki szczegółowe przede wszystkim stopniami uogólnienia i abstrakcji. Wiedza filozoficzna - w przeciwieństwie do naukowej - nie powinna zawierać zbyt wiele konkretów i szczegółów, ponieważ przeszkadzają one tworzeniu ogólnych obrazów myślowych obiektów badań. Chcąc uzyskać taki obraz, trzeba dystansować się od obiektu badań i to tym bardziej, im ogólniejszy i bardziej abstrakcyjny obraz chce się stworzyć. A on musi być jak najbardziej syntetyczny (krótki, prosty, treściwy) i najogólniejszy (wieloaspektowy), by mógł znaleźć zastosowanie praktyczne. W takim przypadku filozofowanie wymaga badania z takiej odległości, żeby nie dało się postrzegać konkretów; wymaga też syntetyzowania wiedzy specjalistycznej z różnych dziedzin nauki. (Filozofowanie = abstrahowanie + syntetyzowanie.)
Filozofia dostarcza konceptualnych obrazów różnych kategorii przedmiotów, procesów i zjawisk, będących jej przedmiotem badań. Z nich tworzy się ogólne obrazy świata oraz światopoglądy. A światopogląd w dużym stopniu decyduje o zachowaniu się i postępowaniu ludzi, co odzwierciedla się w ich działalności praktycznej; tym samym realizuje on funkcję pragmatyczną.
Naukowiec-specjalista nie jest w stanie odpowiedzieć na pytanie o istotę obiektu, który bada, a filozof nie potrafi odpowiedzieć na pytanie o jego szczegółowe parametry. Różnica między naukowcem, specjalistą z jakiejś dziedziny wiedzy, a filozofem polega na tym, że specjalista ma dogłębną wiedzę o bardzo małym przedmiocie badań. Im mniejszymi przedmiotami zajmuje się, tym więcej o nich wie. W granicznym przypadku wie „nieskończenie wiele" o czymś „nieskończenie małym". Natomiast filozof posiada niewielką wiedzę o rozległym przedmiocie badań, ale płytką lub powierzchowną. Krótko mówiąc, naukowiec „wie wszystko o niczym”, jak pisał Planck, a filozof na odwrót - o wszystkim wie, lecz tylko niewiele, prawie nic.
Nie jest zadaniem, a tym bardziej obowiązkiem, filozofii udzielanie odpowiedzi na pytanie: „Jak zrobić?". Dlatego filozofowie nie dostarczają przepisów, ani gotowych rozwiązań technologicznych. Od tego są praktycy, głównie inżynierowie. Wobec tego filozofia nie znajduje bezpośrednich zastosowań w technice i działaniach praktycznych. A mimo to, niekiedy inspiruje naukowców do dokonywania odkryć, a techników - do wynalazków.
Między filozofią i nauką występuje sprzężenie zwrotne. Wiedza naukowa jest inspiracją dla filozofii, a filozofia przyczynia się do postępu nauki. Naukowcy dokonywali epokowych odkryć, sugerując się ideami filozoficznymi. Np. John Dalton i Niels Bohr stworzyli fizykę atomową nawiązawszy do idei atomów Demokryta, a twórca mechaniki kwantowej Werner Heisenberg na podstawie teorii idei Platona twierdził, że cząstki elementarne nie są klasycznymi cząstkami (materialnymi) jak atomy, lecz przedmiotami idealnymi (formami matematycznymi).
Odkrycie naukowe dzieli tylko krok od wynalazku technicznego. A zatem koncepcje filozoficzne leżące bezpośrednio u podstaw odkryć, a pośrednio - wynalazków, kryją w sobie jakiś potencjał pragmatyczny. Przydatność filozofii przejawia się również w pozaprodukcyjnych sferach życia - w polityce, ekonomii, etyce, estetyce, edukacji, sztuce i innych obszarach aktywności praktycznej. Ambitni powieściopisarze, pedagodzy, dramaturdzy, poeci, scenarzyści, reżyserzy filmowi, kompozytorzy, architekci, ideolodzy i politycy zawsze prezentowali w swych dziełach i działaniach jakąś myśl filozoficzną w celu propagacji jej lub implementacji.
Filozofowie nie ograniczają się tylko opisywania i interpretacji świata. Niektórzy angażują się np. w działalność polityczną (Libelt, Marks, Heidegger) i próbują zmienić świat na lepszy, zgodnie ze swoimi wizjami i przekonaniami. Inni realizują ten cel za pomocą opiniotwórców i osób cieszących się dużym autorytetem i mających znaczny wpływ na kształtowanie świadomości mas, zwłaszcza liderów, celebrytów, idoli i ludzi władzy.
Jaki stąd wniosek?
Trudno nie poddać się trendowi dalszej komercjalizacji nauki, ani nie respektować kryterium opłacalności w uprawianiu i nauczaniu filozofii. Wyraźnie rośnie przewaga ocen dokonywanych na podstawie parametrów ekonometrycznych nad innymi kryteriami. W świecie rządzonym przez bożka Mammona za pośrednictwem oligarchów nie warto robić niczego, co się nie opłaca, za co nie otrzymuje się zapłaty w pieniądzach. Dlatego nie warto inwestować w coś, co nie gwarantuje zwrotu poniesionych nakładów - i to „tu i teraz", zanim pieniądz nie straci na wartości i żeby go szybko wprowadzić w obieg.
Filozofia z natury nie daje się w pełni przekształcić w naukę stosowaną. Niektóre z jej działów służą tylko ćwiczeniu umysłu i zawsze będą spekulacjami, a nawet czczymi rozmyślaniami. Jedynym pożytkiem z tego jest rozwój intelektualny filozofów oraz doskonalenie się ich w myśleniu krytycznym i abstrakcyjnym - w „myśleniu dla myślenia". Pozornie, nikt poza nimi nie korzysta na tym. Czyżby?
Przecież sztuka myślenia, również spekulatywnego, jest umiejętnością, która przydaje się każdemu w życiu codziennym. Szczególnie pomaga w rozwijaniu kreatywności, której coraz częściej żąda się od pracowników. Stała się ona dobrem (towarem) rzadkim na rynku pracy i nabywanym chętnie przez pracodawców, na którym nieźle można zarobić. A jeśli tak, to nie powinno się doprowadzać do obumierania filozofii w wyniku cięć finansowych.
W krajach wysokorozwiniętych, m. in. dzięki inwestowaniu w kształcenie umiejętności myślenia kreatywnego, nie oszczędza się na filozofii (kształceniu i badaniach) tak wysoce, by doprowadzić do jej upadku i wyrugowania ze szkół i uczelni. Natomiast u nas, odkąd uczelnie stały się marketami sprzedającymi dyplomy, w wyniku wzrastającego niedoinwestowania nauki, a szczególnie filozofii, zmierza się do zamykania studiów filozoficznych. Sądzi się, że mogą je zastąpić studia z teologii, kogniwistyki itp. subdziedzin nauki. Bierze się to stąd, że dla decydentów politycznych „Uniwersytet to nie Zakład Sentymentalno-Charytatywny", jak pisze prof. Jan Hartmann, lecz organizacja pro profit.
Odpowiedź na pytanie postawione w tytule tego artykułu zależy od tego, co rozumie się przez opłacalność i jak ją mierzyć. Jeśli opłaca się tylko to, co jest ekonomicznie uzasadnione i w krótkim czasie przynosi zysk pieniężny państwowym i prywatnym właścicielom uczelni, to nie warto inwestować w filozofię. Natomiast jeśli opłaca się to, co jest społecznie i kulturowo uzasadnione i przynosi zysk całemu społeczeństwu i przyszłym generacjom, mierzony dobrem wspólnym, a nie pieniędzmi, to powinno się coraz więcej inwestować w kształcenie filozofów.
Nikt nie wątpi w to, że lepiej obcować z mądrymi niż głupimi, ani w to, że dzięki mądrym rozwija się gospodarka i cywilizacja oraz wzrasta dobrobyt. Niestety, nasi decydenci myślą kategoriami filozofii ekonomii dziewiętnastowiecznej, a nie współczesnej. Ale jak mają je poznać i stosować, skoro filozofię uznają za zbyteczną i stronią od niej, chociaż „filozofują" na swój sposób. A filozofia przeszkadza celowemu ogłupianiu mas, by móc łatwiej rządzić w sposób autorytarny nieznoszący krytyki ani oporu.
Wiesław Sztumski
- Autor: Wiesław Sztumski
- Odsłon: 13117
Główną ideą, jaką zawiera w sobie termin „elita", jest pojęcie wyższości; tylko to pojęcie uznaję.
(Vilfredo Pareto)

Dla przykładu, według Merriam-Webster Dictionary elita to lepsza część społeczeństwa, albo grupa osób, które z racji pozycji lub edukacji posiadają dużo władzy lub wywierają znaczący wpływ na społeczeństwo.
W innych słownikach encyklopedycznych oraz w publikacjach polskich i zagranicznych elitę określa się jako:
- Grupę ludzi, która z racji posiadanych dóbr, pełnionych funkcji lub pewnych cech zajmuje uprzywilejowaną pozycję w stosunku do reszty społeczeństwa.
- Każdą najwyżej umiejscowioną grupę w jakiejś społeczności, wyróżniającą się m.in. wielkością wpływów oraz zakresem władzy politycznej i społecznej.
- Gremia przywódcze wyłonione poprzez rozmaite selekcje społeczne. (Zob. J. Sztumski, Systemowa analiza społeczeństwa, Wyd. Śląsk, Katowice 2013, s. 89)
W strukturze społecznej wyróżnia się porządki hierarchiczny i równorzędny (mozaikowy). Według nich uporządkowane są również elity (elity wyższe, niższe, albo równorzędne). W zależności od przynależności klasowej (warstwowej), wykonywanego zawodu albo/oraz sprawowanych funkcji, wyróżnia się wiele rodzajów elit, jak np. arystokratyczne, robotnicze, polityczne, partyjne, intelektualne, naukowe, wojskowe, finansowe, sportowe, artystyczne, biznesowe itd. W tej wielości elit jedna i ta sama osoba może być równocześnie członkiem kilku z nich; może też przemieszczać się od jednej elity do drugiej.
Przynależność do jakiejś elity automatycznie czyni człowieka pomazańcem, który powinien mieć niekwestionowany autorytet i cieszyć się powszechną aprobatą. Problem jednak w tym, że to, co powinno być z mocy definicji, rzadko pokrywa się z tym, co faktycznie jest w realnym świecie. Z tego względu członkowie elit różnie są oceniani i traktowani przez resztę ludzi, ostatnio coraz częściej negatywnie. Bowiem okazało się, że proporcjonalnie do rozwoju demokracji i upowszechniania się w neoliberalizmie antykultury, tj. kultury budowanej na antywartościach, coraz więcej osób zaliczana jest do różnych elit na podstawie selekcji negatywnej, czyli wyróżniania się od mas in minus, albo ulega deklasacji w czasie przynależności do elit. (Przynależność do elity nie jest stała ani dziedziczna, lecz czasowa i przypadkowa, chociaż, jeśli ktoś należał kiedyś do jakiejś elity, to przechodzi niejako do historii - nieważne, czy jako bohater pozytywny, czy negatywny.)
Coraz częściej zaskakują nas wiadomości o szmaceniu się lub zwykłym prostytuowaniu się ludzi łasych na pieniądze należących do elit, którzy dotychczas uchodzili za osoby nieskazitelne, kultowe lub sztandarowe. Dotyczy to przede wszystkim elit politycznych i elit władzy. (Zob. W. S., Degrengolada elit politycznych , SN Nr 6-7,2014)
Czy „elita” jest elitą?
Z wyżej wymienionych powodów przytoczone powyżej definicje elity odpowiadały dawniejszym realiom, kiedy elity nie były tak liczne jak obecnie i składały się z jednostek naprawdę wybitnych i wartościowych pod każdym względem. To nie znaczy, że dawniej wśród elit nie było również ludzi przypadkowych i niegodziwych. Zawsze znajdowali się tacy, którzy nie zasługiwali na miano elity, ale nie było ich tak wiele jak obecnie i było to zjawisko marginalne, a nie nagminne i upubliczniane w skali globalnej. Teraz krążące definicje elity nie odzwierciedlają już tego, czym były one dawniej, kiedy przynależność do elity była uwarunkowana posiadaniem kryształowego charakteru i wysokiej kultury, nie tylko osobistej.
Na mocy kryteriów zawartych we wciąż jeszcze obowiązujących, chociaż nieadekwatnych definicjach elity, mogą być wprowadzane do niej różne indywidua „wyróżniające się” nagannymi cechami charakteru, niskim poziomem kultury i edukacji oraz moralnością ufundowaną na antywartościach. Ostatnio osobnicy należący do elit wyróżniają się od mas bardziej in minus aniżeli in plus.
O przynależeniu do elit decyduje dalekie odstawanie od przeciętności mas społecznych, głównie ze względu na skuteczność działań, ale również ze względu na bogactwo, władzę, wpływy i pozycję, nawet, gdy osiągnęli to wszystko i pomnażają w sposób przestępczy, albo nieetyczny. Jeśli nawet w składzie teraźniejszych elit znajdą się jednostki uczciwe i godne, to te o słabym charakterze nikczemnieją pod wpływem presji środowiska. W efekcie, resztki dawniejszych autentycznych elit są permanentnie wypierane przez pseudoelity.
Oprócz tego, funkcjonują tzw. elity negatywne, składające się wyłącznie, albo w mocno przeważającej części z jednostek złych, jak np. elity bandytów lub oszustów. A mimo to, w wyniku myślenia stereotypowego, społeczeństwo przywykło do traktowania na równi elit i pseudoelit en bloc i bez wyjątku jako wysoce wartościowych, uwielbianych i nieposzlakowanych grup ludzi, stawianych za wzory do naśladowania. Trzeba uświadomić masy o tym, że elita pojmowana i postrzegana przez masy jeszcze nie tak dawno temu, nie jest tym, co teraz, żeby uwolnić ludzi ze złudzeń i odczarować zafałszowany obraz rzeczywistości społecznej.
Celebryci w roli elity
Oprócz elit, istnieją w społeczeństwach inne grupy osób wybijających się („wybranych”), wpływowych, a nawet sprawujących władzę w pewnym sensie nad masami. Są to tzw. celebryci, czyli jednostki popularne, zazwyczaj znane ogółowi dzięki nadzwyczaj częstemu pokazywaniu ich w mass mediach, głównie w telewizji (popularne programy, seriale, reklamy) i w prasie kolorowej. Słyną one z zaskakiwania widzów, słuchaczy i czytelników nie tyle talentem, artyzmem i znawstwem, co z szokowania nieprzewidzianym i urągającym zasadom poprawnego zachowania się, dziwacznym wyglądem, ubiorem i stylem bycia odbiegającym od normalnego oraz niekonwencjonalnymi manierami. Dlatego wzbudzają zainteresowanie rozbudzane upublicznianiem różnych ciekawostek z ich życia, nieraz intymnych i pikantnych, prawdziwych lub zmyślonych. A z drugiej strony, wzbudzają podziw i czasem zazdrość.
Wielu ludzi, zwłaszcza młodych, czyni ich swymi idolami, chce ich naśladować i tworzy swoisty ich kult, organizując się w zbiorowości fanów gotowych bezwzględnie podporządkować się im i wszystko dla nich poświęcić, nawet własne bogactwo lub życie. W ten sposób celebryci uzyskują mimowolnie władzę nad innymi. Celem życiowym dużej liczby dzieci i młodzieży oraz ich rodziców jest zaistnienie w roli celebryty, bo dzięki temu człowiek staje się kimś znanym i chętnie kupowanym, a w konsekwencji majętnym.
Celebrytami robi się ludzi różnych profesji, chociaż najczęściej przedstawicieli środowiska sportowego, dziennikarskiego i artystycznego (aktorów, piosenkarzy, uczestników reality show). Charakteryzuje ich - nie wszystkich, lecz znaczną część - niezwykły tupet, arogancja, nonszalancja i brak poszanowania dla ogólnie przyjętych norm, konwenansów oraz uznawanych wartości.
Pod tym względem oraz z uwagi na sprawowanie nieformalnych rządów, ale mimo to jakiejś władzy, i wywierania wpływu (zazwyczaj złego) na masy społeczne są oni podobni do współczesnych elit politycznych i nie tylko takich. Celebrytą nie musi być i na ogół nie bywa gwiazda estrady, znakomity aktor czy śpiewak, wybitny naukowiec czy specjalista (ekspert) ani człowiek o powszechnie uznawanym autorytecie. Celebryci nie kreują się sami, lecz są tworem różnych ludzi (organizacji) działających z pobudek interesownych, gdyż na celebrytach i dzięki nim można zarabiać duże pieniądze.
Rola elit
Rolę elit opisują funkcje spełniane przez nie w życiu społeczeństwa, a w szczególności mas społecznych. A są one liczne i wielorakie. Do najważniejszych należą:
- Opiniotwórcza (elity, dzięki silnym oddziaływaniom na świadomość reszty społeczeństwa, które wciąż darzy je ogromnym zaufaniem, kształtują poglądy i opinie, które masy przyswajają sobie i traktują jak własne);
- Edukacyjna (elity, zazwyczaj wyróżniające pod względem wykształcenia i różnych cech, dzielą się z masami swoją wiedzą, mądrością i umiejętnościami);
- Kontrolna (elity sprawdzają poczynania różnych ludzi i instytucji ze względu na obowiązujące normy prawne, obyczajowe itp.);
- Organizatorska (elity motywują masy do tworzenia ruchów społecznych, manifestacji, wystąpień publicznych itp. za lub przeciw komuś lub jakimś negatywnym zjawiskom społecznym);
- Aksjologiczna (elity implementują wartości i normy etyczne uznawane przez siebie i stają w ich obronie);
Cechą ustrojów centralistycznych jest elitaryzm oraz związane z nim poczucie niesprawiedliwości społecznej, przede wszystkim przez grupy nieelitarne.
Inaczej jest w państwach decentralistycznych, gdzie władza, gospodarka, organizacje i warstwy społeczne uporządkowane są poziomo, równolegle i równorzędnie. Tam władza spoczywa w rękach rozmaitych grup znajdujących się na tym samym szczeblu drabiny społecznej i niepodporządkowanych sobie; jest podzielona i rozproszona.
Rozwój neoliberalizmu zmierza do zupełnej decentralizacji struktury społeczeństwa, w wyniku pozbawienia elit (przede wszystkim politycznych) ich roli przywódczej i w ogóle racji istnienia w strukturze państwa, a w konsekwencji do zniesienia elitaryzmu i budowy społeczeństwa na zasadzie egalitaryzmu, bliskiej zasadzie kolektywizmu. Dlatego tworzy się rozproszone centra władzy i różne formy społeczeństw egalitarnych, jak np. samorządne, samoorganizujące się oraz obywatelskie.
Rugowanie elit ze struktury społeczeństwa postępuje proporcjonalnie do przejmowania ich ról przez inne zbiorowości społeczne, między innymi przez celebrytów, a także społeczności i grupy funkcjonujące w cyberświecie (portale społecznościowe, hakerzy itp.). Faktycznie ich funkcje społeczne są takie same jak elit i nie wiadomo, kto bardziej rządzi masami – elity polityczne korzystające z arsenału propagandy, czy celebryci, albo grupy działające w świecie wirtualnym, posługujące się innymi środkami oddziaływania na świadomość mas. Jak by nie było, są one już poważną konkurencją i zagrożeniem dla elit politycznych.
Elitarnie czy powszechnie?
Proces pomniejszania znaczenia elit, głównie w państwach wysoko rozwiniętych pod względem ekonomicznym i politycznym, postępuje coraz szybciej. Do erozji elit przyczyniają się czynniki zewnętrzne (ustrój społeczny, gospodarczy i nowatorskie idee socjologiczne) i wewnętrzne (rozkład moralny).
Odpowiedź na pytanie, który ustrój jest lepszy – elitarny czy egalitarny – jak zwykle zależy od kryteriów obiektywnych i subiektywnych, wywodzących się z koncepcji tradycyjnych, albo postępowych. Dziś trudno jest dokonać takiej oceny.
Niemniej jednak, badania pokazują, że na razie większość ludzi woli porządki hierarchiczne niż paralelne, chociaż z drugiej strony, odnosi się krytycznie do polaryzacji społeczeństwa na elity i masy i do samych elit.
Na przykład, na podstawie badań ankietowych przeprowadzonych w Niemczech w 2012 r. okazało się, że na pytanie, czy nierówności społeczne są tam uzasadnione i sprawiedliwe, około trzech czwartych respondentów z grup nieelitarnych odpowiedziało przecząco i nawet wielu członków elit, bo aż 43%, również podziało ten pogląd. (Zob. M. Hartmann, Deutsche Eliten: Die wahre Parallelgesellschaft?, w: Aus Politik und Zeitgeschichte, Bundeszentrale f. Politische Bildung, Nr 15, 2014) Konkludując, pojęcie elity zmienia się w zależności od warunków politycznych, ekonomicznych, technologicznych i wraz z rozwojem świadomości społecznej. Coraz mniej jest też elit w ich dawnym rozumieniu, które jest wciąż powszechne.
Elity przestają grać wiodącą rolę w społeczeństwie; coraz częściej i w większym stopniu wyręczają je inne grupy.
I wreszcie: implementacja i postęp neoliberalizmu prowadzi nieuchronnie do budowy państw, w których fundamentem porządku społecznego nie jest zasada elitaryzmu, lecz egalitaryzmu. Wiesław Sztumski