Ekonomia (el)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 6926
Z prof. Elżbietą Mączyńską, prezesem Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego rozmawia Anna Leszkowska

- Jakie problemy w teorii ekonomii i praktyce gospodarczej ekonomiści uważają dziś za fundamentalne?
- Fundamentalnym problemem dla ekonomistów jest obecnie przywrócenie utraconej reputacji ekonomii, bowiem w wyniku kryzysu z 2008 roku dobre imię ekonomii jako nauki, a tym samym i ekonomistów doznało poważnego uszczerbku.
Na łamach The Economist w 2009 r. stwierdzono wręcz, że wśród ekonomicznych, rynkowych, baniek, które pękły w wyniku kryzysu, szczególnie spektakularnie pękła reputacja samej ekonomii.
Ekonomiści oskarżani są o to, co się stało, o to że nie byli w stanie przewidzieć kryzysu. A w dodatku nieliczni, którzy go przewidzieli, nie byli słuchani.
Prof. Wilkin w jednej ze swych publikacji z 2009 r., zastanawiając się, „czy ekonomia może być piękna”, poddaje krytycznej analizie przedmiot i metodę ekonomii i dochodzi do wniosku, że współczesna ekonomia jest „rozdarta między pokusami służenia polityce a dążeniem do odkrywania ponadczasowych prawidłowości”.
Natomiast prof. Stiglitz, który w 2001 r. otrzymał Nagrodę Nobla za analizę rynków z asymetrią informacji, bez ogródek stwierdza, że jednak ekonomia została zdominowana przez takie właśnie „służenie”. Wskazuje w związku z tym na potrzebę jej zreformowania , uznając, że przemieniła się ona z dyscypliny naukowej w „najbardziej entuzjastyczną cheerleaderkę” wolnorynkowego, neoliberalnego kapitalizmu.
Jeszcze wcześniej, bo w latach 90. prof. Galbraith (m.in. w książce Ekonomia w perspektywie) oskarżał ekonomistów, że ulegają naciskom biznesu i nie zachowują należytego, niezbędnego w każdej nauce obiektywizmu w ocenie faktów, a nawet wypaczają je.
Poza tym ekonomia zdoktrynalizowała się, została zdominowana przez neoliberalny nurt z bezkrytyczną wiarą w nieomylność i efektywność wolnego rynku. Oddaliło to ekonomię od rzeczywistości gospodarczej, którą cechuje rosnąca, wręcz wybuchowa złożoność powiązań i relacji gospodarczych oraz zachowań ludzkich. A przecież ekonomia jest nauką społeczną, nauką o człowieku w procesie gospodarowania. Człowiek natomiast nie jest maszyną, nie jest automatem, podlega emocjom, nastrojom i nie zawsze podejmuje racjonalne decyzje.
Ekonomia tradycyjna, neoklasyczna, nie radzi sobie ze złożonością, zwłaszcza złożonością systemu finansowego. Zawodzą też modele matematyczne. Pod koniec swojego życia przyznawał to nawet tak zagorzały zwolennik wolnego rynku jak Milton Friedman, który ubolewał, że ekonomia staje się stopniowo tajemną gałęzią matematyki zamiast zajmować się realnymi problemami życia gospodarczego.
Ekonomia jako nauka społeczna musi się zmieniać, bo zmienia się świat. Stąd potrzeba różnorodności nurtów w ekonomii. Różnorodność stanowi przeciwwagę dla zdoktrynalizowania. Stopniowo zaczynają się wyłaniać alternatywne nurty ekonomii.
Symptomatyczne jest, że wśród tegorocznych trzech laureatów Nagrody Nobla z ekonomii znalazł się Robert Shiller, który od lat podkreśla, że ekonomia zanadto poszła w kierunku zmatematyzowania, poszukiwania czystości metodologicznej, jakby zapomniano o tym, że jest ona nauką społeczną, gdzie trzeba się liczyć z zachowaniami ludzi. Shiller reprezentuje właśnie ekonomię behawioralną, uwzględniającą zachowania ludzi – nasze uczucia, emocje, także zachowania ekonomicznie nieracjonalne. I pokazuje błędy, jakie popełniają ekonomiści.
W tej sytuacji dostrzegana jest potrzeba zmiany paradygmatu ekonomii. Z pewnością będzie to zmiana ewolucyjna, a nie wielki przełom. Zmiana taka wymaga bowiem czasu, nie będzie to łatwe właśnie z uwagi na zdoktrynalizowanie ekonomii. Dotyczy to także Polski. Przeszliśmy szybko i bezszmerowo od jednej „jedynie słusznej” doktryny socjalizmu do drugiej, „jedynie słusznej” doktryny neoliberalizmu. Przyjęliśmy model neoliberalny, całkowicie ignorując odmienne od neoliberalnego modele kapitalizmu, ignorując doświadczenia takich krajów jak np. Niemcy, czy kraje skandynawskie.
- Czy istnieją nowe szkoły ekonomiczne, wpływowe środowiska ekonomistów zdolne doprowadzić do zmian? Bo Nagrodami Nobla obdarza się pojedynczych naukowców.
- One się stopniowo wyłaniają. Rozwija się ekonomia złożoności, czerpiąca inspiracje z ekonomii behawioralnej, ekonomia wiedzy niedoskonałej, ekonomia instytucjonalna, ale to musi trwać lata. Bo ludziom, którzy przekonali się do neoliberalizmu, przyswoili jego zasady i długo wierzyli, że jest to jedynie słuszna koncepcja, obecnie trudno uznać jej błędność.
W takich warunkach niezwykle istotny jest rozwój m.in. ekonomii złożoności, w ramach której dąży się do pokazania każdego zjawiska ekonomicznego z uwzględnieniem możliwie wszystkich stron, aspektów, nie tylko w wymiarze ilościowym, ale także jakościowym, z uwzględnieniem dorobku innych dyscyplin naukowych, w tym np. socjologii, psychologii, a nawet medycyny czy ekologii. Te nowe nurty ekonomii uwzględniają to, czego brakuje w ekonomii głównego nurtu, w ekonomii neoklasycznej.
W odróżnieniu od doktryny neoliberalnej, ukierunkowanej na uniformizm rozwiązań i rekomendacji dla wszystkich krajów o gospodarce rynkowej, w nowych nurtach ekonomii uwzględniana jest gospodarcza, społeczna i kulturowa specyfika poszczególnych krajów i społeczeństw.
W ramach nowych nurtów rekomendowany jest „garnitur szyty na miarę”, zamiast uniformu, czyli przeciwieństwo uniwersalnych recept Konsensusu Waszyngtońskiego - deregulacji, obniżaniu podatków, a tym samym marginalizowania roli państwa i równoważenia budżetu. Bo recepty te nie zawsze przystają do warunków poszczególnych krajów, co obecnie przyznają nawet ekonomiści z MFW.
Ciekawa jest w tym względzie książka Kupowany czas (Gekaufte Zeit) niemieckiego politologa Wolfganga Streecka. Autor analizuje rolę państwa w doktrynie Konsensusu Waszyngtońskiego, dochodząc do wniosku, że następuje wyraźna ewolucja modelu państwa, jego przekształcanie z „państwa podatków” w „państwo długu”.
Przejście od modelu „państwa podatków” do modelu „państwa długu” sprawia, że obecnie w polityce społeczno - gospodarczej wielu państw podstawowym pytaniem przy podejmowaniu rozmaitych decyzji jest: co na to powiedzą i jak zareagują rynki finansowe oraz agencje ratingowe. Można to uznać za oznakę wytracania przez rządy wielu krajów suwerenności na rzecz rynków finansowych. Zarazem stwarza to ryzyko erozji systemów demokratycznych. W demokratycznym państwie bowiem podstawowym (z definicji) pytaniem powinno być: co powiedzą wyborcy, a nie co powiedzą rynki.
- Kiedy przegląda się portale związane z ekonomią, widać, że jest sporo takich, które popularyzują liberalną ekonomię z przełomu XIX i XX wieku. Czy to jest tylko wygodny intelektualnie zwrot w kierunku rozwiązań sprawdzonych, czy może nowe idee nie są zbyt atrakcyjne do dyskusji?
- Można to uznać za swego rodzaju powrót do korzeni. Jednak dokładniejsze odniesienie się do tego pytania wymaga doprecyzowania pojęcia „liberalizm”. Dzisiejszy neoliberalizm w sposób nieuprawniony utożsamiany jest z liberalizmem w ogóle. Liberalizm jest piękną, szlachetną, ideą wolnościową. Wolność oznacza jednak również odpowiedzialność, co silnie eksponowane jest w filozofii. Tymczasem doktryna neoliberalna „wyprana” jest z etyki i odpowiedzialności. Te kwestie ma bowiem rozwiązywać mechanizm wolnorynkowy. Stąd popularność hasła „chciwość jest dobra”.
Trzeba zatem odróżniać klasyczny liberalizm Smitha od neoliberalizmu i ordoliberalizmu. Adam Smith, który napisał nie tylko traktat o bogactwie narodów, ale wcześniej Teorię uczuć moralnych, zaznaczał, iż podstawą kształtowania systemów gospodarczych jest etyka. W neoliberalizmie etykę zastępuje rynek, a rzeczywistość dowodzi, jak bardzo w obszarze etyki on zawodzi.
Z kolei w ordoliberalizmie (ordo = ład) wolność realizowana jest w pewnych ramach instytucjonalnych, porządkujących funkcjonowanie gospodarki i społeczeństwa. Model ordoliberalny oparty jest na założeniu, że nie można wszystkiego pozostawiać rynkowi. Nie można bowiem, a na pewno nie powinno się kupować wszystkiego za pieniądze, jak na to wskazuje Michael Sandel – autor książki Czego nie można kupić za pieniądze; moralne granice rynku. Jakieś ramy muszą być, nie powinno się dopuszczać do tego, że np. kupuje się głosy wyborcze, dzieciom płaci za oceny w szkole, itp.
- Bo ekonomia to jednak nauka społeczna, humanistyczna...
- Kiedyś ekonomia i etyka stanowiły jedność - jeszcze w epoce Adama Smitha tak było. Później drogi tych dziedzin zaczęły się rozchodzić. W Polsce w okresie transformacji ustrojowej etyka została potraktowana zgodnie z doktryną neoliberalną – skoro jest rynek, to automatycznie mechanizm niewidzialnej ręki rozwiąże wszystkie problemy, także etyczne. Po co zatem etyka? W wielu ekonomicznych szkołach zlikwidowano przedmiot etyka biznesu czy etyka działalności gospodarczej.
- Teraz mówi się o społecznej odpowiedzialności biznesu...
- To hasło (Corporate Social Responsibility - CSR), znane od dawna, niestety silnie się zdewaluowało w okresie kryzysu. Stało się hasłem czczym, pod którym kryje się pozbawiona hamulców moralnych i etycznych biznesowa chciwość.
Obecnie pojawiają się nowe, przeciwstawiające się koncepcji CSR, idee, m. in. harvardzkich profesorów: Marka Kramera i Michaela Portera – dotyczące kreowania wartości wspólnych, społecznych - Creating Shared Value (CSV). Koncepcja CSV bazuje na założeniu, że przedsiębiorstwa funkcjonujące w dotychczasowej formule, tj. nastawione na szybki zysk per se, przestają być efektywne, czego spektakularnie dowiódł kryzys globalny. Autorzy tej koncepcji usiłują znaleźć rozwiązanie umożliwiające pogodzenie kwestii ekonomicznych, ekologicznych i społecznych.
My ciągle nie wyciągamy wniosków z tego, co piszą nobliści. Warto tu jeszcze raz wskazać na nagrodzone noblowskimi laurami kwestie asymetrii informacyjną. Oznacza ona, że kupujący ma mniejszą wiedzę niż sprzedający. Gdyby ich wiedza była porównywalna, kupujący być może nigdy by nie dokonał zakupu. To zjawisko wystąpiło w 2008 roku, kiedy ludzie kupowali bezwartościowe aktywa, będąc przekonanymi, że mają one wielką wartość. Z tej asymetrii, która jest ważną kwestią, nie wyciągnięto żadnych wniosków. Gdyby tak było, nie dopuszczono by do kryzysu 2008. Jednak żarłoczne interesy, doktryna neoliberalna, wiara w to, że rynek zdmuchnie każdą bańkę, doprowadziły do tego, co się stało.
- Jaką pozycję ma polska ekonomia?
- To trudne pytanie. Wśród ekonomistów - noblistów nie ma Polaków – chyba że zaliczymy do nich Leonida Hurwicza. Najbardziej znanymi w świecie polskimi ekonomistami są Michał Kalecki i Oskar Lange.
- Ale to przeszłość...
- Wydawałoby się, że tak, ale niedawno brytyjski dziennik The Guardian cytował tezy i rekomendacje właśnie Michała Kaleckiego. Rekomendacje te zostały wskazane jako remedium na współczesne problemy gospodarcze, w tym problemy z rosnącym zadłużeniem publicznym.
- Szkół ekonomii – na wzór historycznych, związanych z ośrodkami naukowymi – też nie ma?
- Kiedyś były, ale obecnie, w związku z narastającą złożonością świata, ekonomia potrzebuje wsparcia innych dyscyplin i zacierają się podziały na szkoły, jeśli nie liczyć podziału na ekonomistów „słodkowodnych”-(Freshwater School, Sweetwater School) i „słonowodnych” (Saltwater School). Mówiąc w uproszczeniu, ci „słonowodni” wywodzą się z Europy Północnej, Skandynawii, natomiast „słodkowodni” to głównie tzw. „Chicago boys”, czyli szkoła chicagowska. Jednych od drugich różni podejście do kwestii społecznych, roli państwa, etyki. W koncepcji „słonowodnej” jest miejsce dla roli państwa, w „słodkowodnej” zaś wszystkie problemy ma rozwiązywać mechanizm rynkowy.
Obecnie jednak przychodzi refleksja, żeby nie traktować państwa w wymiarze minimum czy maksimum, ale optimum. Choć trudno to optimum wyznaczyć, to jednak wyraźnie widać, że w krajach skandynawskich znaleziono rozwiązania lepsze niż te rekomendowane przez ekonomistów „słodkowodnych”. Dowodzi tego chociażby fakt, że kryzys w mniejszym stopniu dotknął kraje realizujące „słonowodne” recepty, aniżeli te, które realizowały model „słodkowodny”. Przy tym kraje skandynawskie, „słonowodne” są też bardziej innowacyjne i zajmują czołowe miejsca w rankingach innowacyjności.
Mimo wyodrębniania szkoły „słodko-” i „słonowodnej”, w świecie wielkiej zmienności, narastającej dynamiki przemian i niepewności jest coraz mniej miejsca dla wielkich szkół ekonomicznych. Dotyczy to także Polski.
W opublikowanej przed paroma laty przez PTE książce O tych z najwyższej półki, czyli rzecz w sprawie naszego środowiska ekonomicznego jej autor, Edward Łukawer przypomina, że w przeszłości w Polsce wyłoniły się teoretyczne szkoły naukowe, w tym Aleksego Wakara i Michała Kaleckiego. Obecnie jednak tak wyraziste klasyfikacje nie występują. Książkę Edwarda Łukawera można potraktować jako swego rodzaju pożegnanie z tymi szkołami, z podziałami na szkoły ekonomii.
- Podobno dziś nie powstają nowe szkoły, bo nauka stała się przyczynkarska, każdy zajęty jest zdobywaniem grantów, a czas na refleksje i książki ma się dopiero na emeryturze.
- Zarazem są jednak dzieła pokazujące, że ekonomia musi nawiązywać do przeszłości, dotyczyć teraźniejszości, ale nie może nie uwzględniać przyszłości. Szczególnie wyraziście eksponuje to w swych publikacjach prof. Grzegorz Kołodko, wskazując na „niechlubną spuściznę neoliberalizmu". Neoliberalizm z definicji bowiem marginalizuje refleksję strategiczną. Polska uległa tej doktrynie i obecnie mamy trudne do rozwiązania problemy m.in. demograficzne. Gwałtowne kurczenie się liczby ludności w Polsce, czego nie zmieni się w krótkim czasie, to efekt bezrefleksyjnego podejścia i do teorii, i do praktyki.
Bezzasadna okazała się tu wiara w efektywność i niezawodność rynku, który miał rozwiązać wszystkie te problemy. Dysfunkcje demograficzne wskazują zarazem jak ważne jest spojrzenie holistyczne na gospodarkę, społeczeństwo, jak bardzo jest potrzebna kompleksowa i długofalowa społeczno-gospodarcza polityka państwa.
- W jakim stopniu ekonomiści wpływają na klasę polityczną? Jakie są między nimi relacje?
- Prof. Julian Auleytner ostatnio celnie to określił: politycy uciekają od nauki, a naukowcy wciągani są do polityki – uważam, że tak właśnie jest. I zgadzam się z opinią, że to naukę degraduje.
- Ale nie są rzadkie przypadki uczestniczenia ekonomistów w rządzie...
- Przez 11 lat (1994-2005) byłam sekretarzem naukowym Rady Strategii Społeczno-Gospodarczej przy Radzie Ministrów (RSSG). Jej pracami kierował prof. Jan Mujżel. Był to zespół całkowicie niezależnych naukowców, którzy pokazywali rządzącym zagrożenia długoterminowe dla społeczeństwa i gospodarki. RSSG przedstawiła rządowi kilkadziesiąt raportów. Niestety, większość zwartych w nich rekomendacji nie doczekała się realizacji.
Rząd bowiem podlega terrorowi cyklu wyborczego, dla polityków nie tyle liczą się losy przyszłych pokoleń, co losy przyszłych wyborów. W związku z tym nie było większego zapotrzebowania na raporty strategiczne, uwzględniające dłuższy horyzont czasowy. Warto tu przypomnieć, że w latach 90. XX. wieku, kiedy przygotowywano wprowadzenie OFE, RSSG przestrzegała – i to w dwóch raportach - że nie wolno społeczeństwu zafundować takiego – w dodatku przymusowego – asymetrycznego systemu, w którym OFE mają zagwarantowane opłaty i zyski, a ryzyko strat w pełni obciąża przyszłych emerytów.
RSSG opracowała też raport o reformie centrum. Wykazywano w nim, że mamy Polskę resortową, jest zbyt dużo ministerstw, np. w edukacji (ministerstwa: nauki, edukacji, sportu, kultury). Mimo rekomendacji RSSG , aby zmniejszyć liczbę ministerstw, działania rządu poszły w innym kierunku – ciągle powstają lub są planowane nowe ministerstwa. Czyli politycy korzystają z dorobku nauki niechętnie, z oporami, a często czynią odwrotnie niż pokazują naukowcy.
- A jakie są relacje naukowców z rządami w innych państwach?
- Wystarczy przytoczyć przykład Niemiec – gdzie jest tyle naukowych ośrodków badań gospodarki i społeczeństwa, ile landów (16).Rząd niemiecki regularnie otrzymuje od tych ośrodków analizy, zarówno w kontekście krajowym, jak i międzynarodowym, i z nich korzysta. My takich ośrodków nie mamy, choć wielekroć było to postulowane. Może u Niemców wynika to z racjonalności? A gdybyśmy się przyjrzeli temu, co robią Niemcy, np. w edukacji - nie mielibyśmy takiego bałaganu jaki mamy. Byłyby szkoły zawodowe na różnych poziomach, system boloński wyglądałby inaczej. Byłyby studia przemienne, średnie i wyższe szkoły zawodowe, łączące praktykę z nauką. Sprzyjałoby to zarazem rozwijaniu więzi nauki z biznesem.
- Co obecnie najbardziej zajmuje ekonomistów – wyjście z neoliberalizmu? Zmiana ustroju?
- Niewątpliwie świat znajduje się w okresie przełomu i to nie tylko cywilizacyjnego, czyli przechodzenia od cywilizacji industrialnej do innej, ciągle niezdefiniowanej (często określanej jako gospodarka oparta na wiedzy). W ramach tego przełomu poszukuje się nowych rozwiązań instytucjonalnych, czyli także ustrojowych. Ale to nie oznacza, że rezygnuje się z wolnego rynku i prywatnej własności, a to są podstawowe cechy kapitalizmu. Kapitalizm jednak niejedno ma imię i możliwe są różne jego modele.
Ważnym wyzwaniem jest poszukiwanie modelu optymalnego. Powstaje tu szereg pytań. Czy np. model państwa długu jest modelem pożądanym? Większość ekonomistów powie że nie, chyba że reprezentują sektor finansowy. Zawsze wyzwania dla ekonomistów wiążą się z gordyjskimi węzłami stojącymi przed rządzącymi. W Polsce konieczne jest rozwiązanie węzła demografii spętlonej z finansami publicznymi. Z tym związane są ściśle inne trudne problemy, takie jak bezrobocie, nierówności dochodowe, edukacja.
- W jakim stopniu ekonomiści są wiarygodni? Przecież cała nauka jest obarczona podejrzeniem, że wyniki badań są takie, jakich oczekują ich zleceniodawcy...
- Dlatego tak ważny jest obiektywizm badań. Jeśli np. ekonomiści uważają, że prywatyzacja nie przynosi takich efektów, jakie powinna, to doktryna polityczna nie powinna być z tymi poglądami w niezgodzie. Wiarygodność to jest kwestia zaufania. Zaufanie jest z kolei smarem dla biznesu.
Kryzys podważył zaufanie do ekonomistów, którzy zaniedbali kwestie etyki i holistycznego, ciągnionego rachunku, rachunku kosztów i efektów zewnętrznych, także długofalowych. Postępujemy z Matką Naturą w sposób grabieżczy i ona zaczyna nam za to wystawiać rachunek. Charakterystyczny dla USA model: kupuj, wyrzucaj, pożyczaj, zadłużaj się, aby kupować następne dobra traci - m.in. w wyniku kryzysu globalnego - na atrakcyjności.
Można zatem mieć nadzieję, że jeden z rekomendowanych przez francuskiego ekonomistę Daniela Cohena kierunków - tj. zmiana w zachowaniach ludzi i refleksja nad niepotrzebnymi elementami cywilizacji materialnej, którą Zachód wyeksportował na cały świat - będzie stopniowo urzeczywistniany.
- Dziękuję za rozmowę.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 192
Reakcja na „pandemię COVID-19” ma wiele wspólnego z narodzinami Trzeciej Rzeszy. Na przykład Giorgio Agamben porównuje ustawę o stanie wyjątkowym uchwaloną w 2020 roku do zawieszenia Konstytucji Weimarskiej w 1933 roku, a Iain Davis wyjaśnia, jak poprzez przepychanie przez parlament kolejnych ustaw, podczas gdy uwaga społeczeństwa skupia się na innych sprawach, Wielka Brytania przekształca się w dyktaturę konstytucyjną.
Brytyjskie agencje rządowe mają teraz mandat do bezkarnego popełniania przestępstw; protesty będą w praktyce kryminalizowane lub wyciszane na mocy nadzwyczajnych uprawnień policji; sprzeciw w Internecie będzie cenzurowany; a dziennikarze nie będą już mogli ujawniać informacji uznanych za sprzeczne z „interesem narodowym”.
„Pandemia COVID-19” jest Wielkim Kłamstwem, na którym to wszystko się opiera, tj. kłamstwem tak ogromnym, że zwykli ludzie nie wyobrażają sobie, że jest możliwe. Cytując Mein Kampf:
„Ponieważ […] masy […] są zawsze łatwiej skorumpowane w głębszych warstwach swojej natury emocjonalnej niż świadomie lub dobrowolnie; i tak w prymitywnej prostocie swoich umysłów łatwiej padają ofiarą wielkiego kłamstwa niż małego, ponieważ sami często kłamią w drobnych sprawach, ale wstydziliby się uciekać do kłamstw na wielką skalę. Nigdy nie przyszłoby im do głowy, by wymyślać kolosalne kłamstwa i nie uwierzyliby, że inni mogliby mieć czelność tak haniebnie zniekształcać prawdę. Nawet jeśli fakty, które to potwierdzają, zostaną im jasno przedstawione, nadal będą wątpić, wahać się i nadal będą myśleć, że może istnieć jakieś inne wyjaśnienie”. (Adolf Hitler)
Jak dowodzą naukowo Denis Rancourt i in., nie było żadnej pandemii wirusowej, a jedynie to, co Davis, opierając się na kilkuset stronach argumentacji, nazywa „pseudopandemią”, wzorowaną na fałszywej „pandemii świńskiej grypy” z 2009 roku. Jednak z powodu propagandy i psychologii behawioralnej stosowanej w ramach wojny psychologicznej wymierzonej w podświadomość, dysonans poznawczy uniemożliwia wielu ludziom dostrzeżenie tego lub przyznanie się do tego, nawet po przedstawieniu dowodów. Specjalista od propagandy Mark Crispin Miller zauważa: „Kiedyś uważałem za niesmaczne porównywanie naszego systemu do nazistowskich Niemiec. Teraz już tak nie uważam”.
Hitler był prawdopodobnie pierwszym, który dostrzegł, że liberalną demokrację można podważyć, grając na nieświadomych lękach mas. W obliczu zagrożenia egzystencjalnego masy można skłonić do poświęcenia wolności w zamian za obietnicę bezpieczeństwa. Na poziomie instynktownym…
„o wiele bardziej usatysfakcjonowani doktryną, która nie toleruje żadnego rywala [obiecuje bezpieczeństwo] niż przyznaniem liberalnej wolności. Nie zdają sobie sprawy z bezczelności, z jaką są terroryzowani, ani z oburzającego ograniczania ich wolności ludzkich, gdyż w żaden sposób nie dociera do nich złudzenie tej doktryny”.(Erich Fromm)
Oto model narzucania władzy w atmosferze terroru. Masy można terroryzować, by zrzekły się swoich swobód, i nigdy nie przyjdzie im do głowy, że zostały okłamane na monumentalną skalę – że groźba była fikcyjna. I tak na przykład, podczas gdy Hitler ostro krytykował międzynarodowych bankierów i wypłaty reparacji za postawienie Niemiec na kolana, prawda była taka, że niemieckie wypłaty reparacji spadły do około jednej ósmej poprzedniego poziomu po moratorium Hoovera (1931) i porozumieniu lozańskim (1932), Bank Rozrachunków Międzynarodowych zarządzał nazistowskim złotem, a naziści nadal honorowali swoje zobowiązania wynikające z Planu Younga nawet podczas II wojny światowej.
Ten sam schemat wykorzystywania Wielkiego Kłamstwa do generowania masowego strachu w celach autorytarnych był widoczny w filmie „Covid-19”. Klaus Schwab praktycznie to zapowiedział w czerwcu 2020 roku:
„Większość ludzi, obawiając się zagrożenia, jakie stwarza COVID-19 [w] sytuacji życia lub śmierci […] zgodzi się, że w takich okolicznościach władza publiczna może słusznie uchylić prawa jednostki. Kiedy kryzys minie, niektórzy mogą zdać sobie sprawę, że ich kraj nagle przekształcił się w miejsce, w którym nie chcą już żyć”.
Kiedy kłamstwo zostaje ujawnione, jest już za późno, „bo rażąco bezczelne kłamstwo zawsze pozostawia za sobą ślady, nawet po tym, jak zostanie przybite, fakt, który jest znany wszystkim doświadczonym kłamcom na tym świecie i wszystkim, którzy wspólnie spiskują w sztuce kłamstwa” (Hitler). Ponownie, Schwab wydaje się być zaznajomiony z tą zasadą: nie będzie powrotu do tego, jak było, ponieważ „cięcie, które mamy teraz, jest o wiele za mocne, aby nie zostawić śladów”.
Protegowany Schwaba, Yuval Noah Harari, również należy do spisku doświadczonych kłamców: „Jeśli powtarzasz kłamstwo wystarczająco często”, twierdzi, „ludzie będą myśleć, że to prawda. A im większe kłamstwo, tym lepiej, ponieważ ludzie nawet nie pomyślą o tym, jak coś tak dużego może być kłamstwem”.
Matthias Desmet opisuje proces „masowego formowania się” w czasach „Covid-19”, który przypomina masową histerię obserwowaną w nazistowskich Niemczech. Agamben zauważa, że ludzie zaakceptowali nowy system „lockdownu”, „jak gdyby był oczywisty, będąc „gotowi poświęcić praktycznie wszystko – swoje warunki życia, relacje społeczne, pracę, a nawet przyjaźnie, a także przekonania religijne i polityczne”. Przypomina to „miliony w [nazistowskich] Niemczech, [które] były tak samo chętne do oddania swojej wolności, jak ich ojcowie do walki o nią” (E. Fromm).
Nazistowska zasada, że „działania jednostki […] muszą być prowadzone w ramach całości i dla dobra ogółu” (B. Lane i L. Rupp), odrodziła się jako poświęcenie wolności jednostki w imię „ochrony innych”. Tak jak naziści przedstawiali Żydów jako „nieczystych” i zagrożenie dla zdrowia publicznego, tak propagandowe hasła, takie jak „pandemia niezaszczepionych”, pełniły podobną funkcję kozła ofiarnego.
Motywy eugeniczne kojarzone z nazistowskimi Niemcami dały o sobie znać. Matthew Ehret w artykule zatytułowanym „Nazi Healthcare revive across the Five Eyes” zauważa, że te same organizacje, które promowały politykę eugeniczną w nazistowskich Niemczech i Ameryce Północnej – w tym Fundacja Rockefellera, Wellcome Trust i Engender Health (wcześniej znana jako Human Sterilization League for Human Betterment) – są obecnie zaangażowane w rozwój „szczepionki” mRNA, obok Instytutu Galtona (dawniej Brytyjskiego Stowarzyszenia Eugenicznego). Do tej listy można również dodać rodzinę Gatesów (J. Corbett).
Naziści byli znani ze swoich ponurych eksperymentów medycznych na ludziach bez ich zgody, a niebezpieczne eksperymentalne zastrzyki podszywające się pod „szczepionki przeciw COVID-19”, bezmyślnie narzucane niczego niepodejrzewającym populacjom poprzez przejęcie kontroli nad regulacjami, skorumpowane instytucje polityczne i medyczne oraz propagandę na poziomie wojskowym (D. Hughes), również należą „do sfery totalitarnej nazistowskiej dystopii” (K. Polyakova).
J. Corbett opisuje „nazyfikację” NHS, w ramach której publiczne służby zdrowia zostały objęte „reżimem dowodzenia i kontroli” i podporządkowane nowemu paradygmatowi bezpieczeństwa biologicznego, stosując wszelkiego rodzaju nieetyczne praktyki. Lekarze, którzy zabierają głos, są pozbawiani licencji na wykonywanie zawodu. Jak powiedział dr Francis Christian komisji dyscyplinarnej na Uniwersytecie Saskatchewan:
„Takie właśnie komisje organizowano w Związku Radzieckim i nazistowskich Niemczech […] To naprawdę niepokojące, że skoro domagam się świadomej zgody, nie wolno mi jej praktykować […] To niepokojące, dystopijne i niedopuszczalne […] Prawda wyjdzie na jaw, a kiedy to nastąpi, będziecie mieli duże kłopoty”.
Biorąc pod uwagę powyższe, nie wydaje się nierozsądne przypuszczenie, że podejmowane są celowe działania mające na celu zniszczenie demokracji liberalnej za pomocą technik wojny psychologicznej zaczerpniętych od nazistów i zastąpienie jej totalitaryzmem opartym na eugenice.
Wyjaśnienie odrodzenia się nazizmu
Skąd zatem wzięła się ta nieoczekiwana eksplozja nazistowskich motywów i wpływów? W końcu naziści zostali rzekomo pokonani w 1945 roku, a koniec Związku Radzieckiego miał oznaczać ostateczny triumf zachodniego liberalizmu (F. Fukuyama).
Proponowana tu odpowiedź brzmi, że Wall Street – szczyt międzynarodowego kapitału finansowego i „dominujący kompleks” obejmujący „nie tylko banki i kancelarie prawne, ale także giganty naftowe” (P. Scott) – zawsze był przywiązany do narodowego socjalizmu jako najbardziej bezwzględnego środka tłumienia oporu klasy robotniczej.
Po obaleniu rewolucji bolszewickiej i przekształceniu Związku Radzieckiego w gigantyczną szansę na przejęcie kontroli finansowej nad znacjonalizowanymi gałęziami przemysłu na wzór modelu ustanowionego wcześniej w Ameryce Łacińskiej (A. Sutton), Wall Street dążyło do uczynienia tego samego w Niemczech i Stanach Zjednoczonych. Modelem był „socjalizm korporacyjny”, który zakłada centralizację władzy w „interesach finansowych międzynarodowych bankierów”, co najlepiej osiąga się „w ramach społeczeństwa kolektywistycznego” (A. Sutton).
Stalinowski „socjalizm w jednym kraju”, narodowy socjalizm i Nowy Ład Roosevelta – wszystkie te formy socjalizmu korporacyjnego, w którym władza państwa jest udostępniana wielkiemu biznesowi (A. Sutton). W ten sposób konkurencja zostaje wyeliminowana dla oligopolu wielkich korporacji, których działalność jest finansowana (a zatem ostatecznie kierowana) przez Wall Street.
Roosevelt i Hitler objęli urząd w marcu 1933 roku, a „zarówno Nowy Porządek Hitlera, jak i Nowy Ład Roosevelta były wspierane przez tych samych przemysłowców i pod względem treści były dość podobne – tj. oba były planami państwa korporacyjnego”, koncepcją wprowadzoną wcześniej przez Mussoliniego (A. Sutton). New Deal był wynikiem Planu Swope’a, nazwanego na cześć prezesa General Electric Gerarda Swope’a, którego firma również brała udział w finansowaniu Hitlera i elektryfikacji Związku Radzieckiego.
Od lipca 1933 do 1934 roku finansiści z Wall Street i zamożni przemysłowcy planowali zamach stanu w Stanach Zjednoczonych. „Spisek Biznesowy”, jak go nazwano, został sfinansowany przez Irénée duPont, JP Morgana i innych zamożnych przemysłowców, w tym Williama Knudsena (prezesa General Motors), Roberta Clarka (spadkobiercę Singer Sewing Machine Corporation), Graysona Murphy'ego (dyrektora Goodyear) oraz rodzinę Pew z Sun Oil (G. Yeadon i J. Hawkins).
Gdyby nieudany zamach stanu nie został udaremniony przez jego przyszłego przywódcę, generała Smedleya Butlera, Stany Zjednoczone prawdopodobnie podążyłyby śladami nazistowskich Niemiec i Związku Radzieckiego drogą do totalitaryzmu, potencjalnie zapoczątkowując świat „państw garnizonowych” wyobrażony przez Harolda Lasswella w 1939 roku, w którym opozycja polityczna, legislatury i wolność słowa zostałyby zniesione, a dysydenci zesłani do obozów pracy przymusowej (H. Lasswell). Plan zniszczenia liberalnej demokracji w interesie kapitału finansowego ma zatem około osiemdziesięciu lat.
Chociaż spisek biznesowy i nazistowskie Niemcy zostały pokonane, przedstawiciele Wall Street nadzorowali rekrutację byłych nazistów do Stanów Zjednoczonych po II wojnie światowej. Za pośrednictwem aparatu bezpieczeństwa narodowego, który stworzyli w 1947 roku – w szczególności CIA, będącej sercem transnarodowego państwa głębokiego (O. Tunander; P. Scott) – nadal bezwzględnie tłumili opór klasy robotniczej, stosując metody zapożyczone od nazistów, w tym szwadrony śmierci (L. Gill), tortury (A. McCoy), terroryzm pod fałszywą flagą (D. Ganser; I. Davis), broń biochemiczną (J. Kaye), inwigilację przeciwników politycznych (N. Klein; K. van der Pijl) oraz masowe mordowanie cywilów (D. Valentine).
W XX wieku tego typu metody były zarezerwowane głównie dla populacji spoza Zachodu, aby ułatwić rozwój imperializmu USA pod pretekstem „zimnej wojny” ze Związkiem Radzieckim (N. Ahmed).
Upadek Związku Radzieckiego oznaczał konieczność znalezienia nowego wroga, aby paradygmat sekurytyzacji mógł nadal funkcjonować (tj. przekonania opinii publicznej, że do stawienia czoła rzekomemu zagrożeniu egzystencjalnemu potrzebne są nadzwyczajne środki, niezgodne z demokracją i praworządnością).
W 1991 roku Klub Rzymski zaproponował nowego „wspólnego wroga, przeciwko któremu możemy się zjednoczyć”, czyli „samą ludzkość” ze względu na jej katastrofalne skutki w procesach naturalnych (King i Schneider). Jednak podczas gdy zielona agenda – sama w sobie wywodząca się z nazistowskiego ekologizmu (F.J. Brüggemeier i in., P. Staudenmaier) – z trudem zyskiwała na popularności, A.B. Carter i in. przewidywał „wydarzenie transformacyjne”, które „jak Pearl Harbor […] podzieliłoby naszą przeszłość i przyszłość na przed i po”, wiążąc się z „stratami w ludziach i mieniu niespotykanymi w czasie pokoju” i wymagając „drakońskich środków, ograniczających swobody obywatelskie, umożliwiających szerszy nadzór nad obywatelami, zatrzymywanie podejrzanych i użycie śmiercionośnej siły”.
Podobnie Projekt Nowego Amerykańskiego Wieku (2000) twierdził, że odbudowa obronności Ameryki będzie długotrwałym przedsięwzięciem „chyba że nastąpi jakieś katastrofalne i katalizujące wydarzenie — jak nowy Pearl Harbor”. 11 września został należycie wykorzystany jako pretekst nie tylko do wojen imperialistycznych za granicą, ale także do wzrostu autorytaryzmu w kraju, a jego oficjalna narracja stanowiła kolejne Wielkie Kłamstwo, którego akademicy nie są w stanie obronić (D. Hughes).
Rosnące napięcia społeczne na Zachodzie po latach „zaciskania pasa” i rosnący poziom nierówności spowodowany kryzysem finansowym z 2008 roku spotkały się z eskalacją liczby ataków terrorystycznych (opisanych dalej), mających na celu przywrócenie dyscypliny społecznej w latach 2015–2017, zwłaszcza we Francji (van der Pijl). Jednak gdy protesty na całym świecie zaczęły przybierać formę postępową, trudną do zasymilowania przez ruchy „populistyczne” w latach 2018–2019, stało się jasne, że potrzebny jest nowy paradygmat kontroli społecznej (van der Pijl). „Covid-19” stanowi pretekst do jego wprowadzenia.
Jak pisze G. Agamben:
„Jeśli mocarstwa rządzące światem postanowiły wykorzystać tę pandemię – i nie ma znaczenia, czy jest prawdziwa, czy symulowana – jako pretekst do gruntownej transformacji paradygmatów swoich rządów, oznacza to, że modele te stopniowo i nieuchronnie upadały, a zatem w oczach tych mocarstw nie spełniały już swojego celu”.
Obecnie jesteśmy w trakcie próby zmiany paradygmatu. Liberalna demokracja, dawno wydrążona przez „wojnę z terroryzmem”, dobiegła końca, a jej planowanym następcą jest technokracja – totalitarny system kontroli oparty na naukowej dyktaturze opartej na danych (P. Wood). Jeśli zostanie skutecznie wdrożona, technokracja będzie gorsza niż cokolwiek, co wyobrażali sobie Hitler czy Stalin, ponieważ sprowadza się do cyfrowego zniewolenia ludzkości za pomocą biometrycznych nanotechnologii, stałego nadzoru i monitoringu w ramach „Internetu ciał”, cyfrowych walut banków centralnych oraz chińskiego systemu kredytu społecznego (I. Davis; D. Broudy i V. Kyrie; P. Wood).
Taki wynik byłby potencjalnie nieodwracalny. Modelem wojny psychologicznej dla jej wdrożenia jest wspierany przez Wall Street nazistowski upadek Republiki Weimarskiej.
David A. Hughes
David A. Hughes jest starszym wykładowcą stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Lincolna (Wielka Brytania). Uzyskał tytuł licencjata i magistra na Uniwersytecie Oksfordzkim, a także doktorat z germanistyki na Uniwersytecie Duke'a oraz ze stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Oxford Brookes. Jego badania koncentrują się na wojnie psychologicznej, 11 września, COVID-19, państwie głębokim, technokracji, globalnych stosunkach klasowych i odradzającym się totalitaryzmie.
Jest to pierwszy odcinek obszernego fragmentu książki Autora Wall Street, naziści i zbrodnie państwa głębokiego wydanej przez Skyhorse w czerwcu 2024 roku. Książka zawiera pełną i szczegółową analizę ciągłości między gospodarką polityczną nazistowskich Niemiec lat 30. XX wieku a gospodarką polityczną Zachodu od 2020 roku. Wyjaśnia również, co nas czeka, jeśli dzisiejszy globalny zamach stanu technokratów nie zostanie stłumiony, i czego nazistowskie Niemcy mogą nas nauczyć o możliwościach oporu.
Więcej - https://propagandainfocus.com/wall-street-the-nazis-and-the-crimes-of-the-deep-state/
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 5226
Z prof. Andrzejem Sopoćką, kierownikiem Zakładu Ubezpieczeń Rynków Kapitałowych na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego, rozmawia Anna Leszkowska.
- Panie profesorze, obecny kryzys wywołany przez sferę finansów roznieca dyskusje nie tylko na temat sposobów funkcjonowania banków, ale i kreowania pieniądza. Pojawiają się różne pomysły dotyczące polityki walutowej w skali państwa i regionu czy globu, m.in. znanego od końca XIX w. pieniądza lokalnego, alternatywnego wobec waluty narodowej. Czym jest waluta lokalna i jakim celom służy?
- Pojawiają się takie waluty, ale nie wszystkie pełnią jednakową rolę. Np. bitcoin – waluta elektroniczna o zasięgu globalnym, jaką wymyślono w 2009 r., według mnie służy gromadzeniu sporego majątku przez emitentów, bo to jest waluta deflacyjna. Jej wartość ma rosnąć, gdyż tego pieniądza nie może być więcej niż 21 mln sztuk. I ten, kto tę walutę posiądzie, będzie coraz bogatszy, nadproporcjonalnie w stosunku do innych walorów finansowych.
Waluty lokalne funkcjonowały kiedyś głównie z tego powodu, że był niedostatek innego pieniądza. Do końca wojny secesyjnej było w USA ok. 5 tys. różnych banknotów, pochodzących z rozmaitych prywatnych emisji. Wiązało się to także z tym, że niezbyt jasna była polityka emisyjna banku centralnego USA, w szczególności nie było regulacji ustanawiających monopol w tej sprawie – stało się to dopiero po wojnie secesyjnej.
Obecnie zadaniem waluty lokalnej jest zapobieżenie odpływowi kapitału z danego rejonu. Jeśli zarabia się w walucie lokalnej i można w tym rejonie robić zakupy, to tym samym się go wzmacnia.
A czy to ma sens? Wydaje się, że rzeczywiście w biednych rejonach ma. Bo biedne rejony dlatego są biedne, że nie są włączone w globalny podział pracy. Istnieje tam drobny przemysł, ale nie ma on takich możliwości zbytu, jak duzi konkurenci. Jeśli drobni przedsiębiorcy sprzedają swoje wyroby na rynek lokalny, to zyski ze sprzedaży siłą rzeczy są lokowane pośrednio w rynek lokalny, dzięki czemu on się rozwija.
Przykładem na to, jak delokalizacja rynków wpłynęła na zasobność niektórych rejonów były w XIX w. małomiasteczkowe i wiejskie wspólnoty żydowskie, które bardzo zbiedniały w związku z pojawieniem się na rynku produktów masowej produkcji, tańszych niż wytwarzane lokalnie. Tym samym pieniądz uniwersalny ginął z rynku lokalnego, wzbogacając większe ośrodki przemysłowe. Miejscowy popyt kierował się nie na miejscową produkcję, ale uniwersalną.
- Obecnie nawet pieniądze z UE na rozwój biednych obszarów nie pracują dla rynków lokalnych, bo na ogół są przechwytywane przez firmy spoza tych regionów…
- Istotnie, bo np. jeśli w lubelskim dostali pieniądze na rozwój kanalizacji, a przetarg wygrała firma ze Śląska to pieniądze trafią na Śląsk, nie na Lubelszczyznę.
- Dlatego wydaje się, że pieniądz lokalny to dobry sposób na aktywizację regionów biednych, zmniejszenie biedy i bezrobocia, ale i uniezależnienie lokalnej gospodarki od wahań koniunktury w gospodarce krajowej i światowej. Dane na ten temat są rewelacyjne, np. w Austrii w 1932 w ciągu 13 miesięcy bezrobocie spadło o 25%...
- Byłbym ostrożny z przypisywaniem takich sukcesów lokalnej walucie – moim zdaniem, dzięki niej poprawa może wynieść tylko kilka procent. Ale zwykle niedoceniany jest tu efekt psychologiczny. W przypadku aktywizacji rejonu nie tyle ważne są pieniądze, ile to, żeby ludzie uwierzyli w siebie. Że można coś zrobić i nawet ciut zarobić, ale nie stracić. I jeżeli w całym rejonie jest grupa osób, którym się udało, one stają się wzorem do podejmowania podobnych działań.
-Ale ideę pieniądza lokalnego podchwycili także przedsiębiorcy i administracja lokalna. W Polsce obecnie to Związek Przedsiębiorców i Pracodawców stworzył na terenie Świętokrzyskiego i Małopolskiego „Zielonego” - walutę alternatywną do handlu między firmami (wcześniej powstał z innej inicjatywy „Dobry”). Przyłączają się do nich także przedsiębiorcy z Mazowieckiego i Śląskiego. W tym systemie ma handlować docelowo ok. 10 tys. firm. To świadczy o tym, że w gospodarce oficjalnej, wykorzystującej pieniądz NBP, coś nie działa i droga poprzez walutę alternatywną jest sensowna…
- Bodźcem rozwojowym może być tylko coś, co pobudza, a waluta alternatywna nie rozwiązuje sprawy. Wszędzie i zawsze decydują postawy ludzi – jeśli skłaniają do produkcji, to dobrze. Zwłaszcza, że uruchamia to pozytywny efekt domina – ludzie zaczynają zarabiać, pojawiają się nowe pomysły, powstają nowe miejsca pracy, rośnie popyt, a ten powoduje chęć inwestowania.
-Może dlatego pieniądz alternatywny nie wszędzie się dobrze rozwija. Najlepiej w Szwajcarii, gdzie istniejący od 1934 roku WIR został uznany za pieniądz oficjalny, na równi z frankiem szwajcarskim. Przypisuje się to kulturze Szwajcarów, silnej samorządności lokalnej.
- Bo tutaj powinny ze sobą współdziałać dwa obszary: ekonomia społeczna, lokalna, z makroekonomią - globalną. Produkcja o dużej skali, ma wielką przewagę nad rozproszoną, gdyż niższe są jej koszty stałe. Mamy zarówno rynek globalny, na którym rządzi ekonomia skali i rynek lokalny, będący bazą do kształtowania więzi społecznych, inicjatyw produkcyjnych. Bo jeśli ludzie coś produkują, to zaczynają być twórczy, bezrobotni nie są kreatywni.
- Skoro waluty alternatywne nie rozwijają się tak, jakby wskazywały potrzeby ekonomii społecznej, to z czego – oprócz tzw. kapitału społecznego - to wynika? Może z negatywnej postawy banków odnośnie tego rodzaju pieniądza?
- Bank centralny uważa, iż polityka monetarna - a zatem i emisja pieniądza - winna być w państwie jedna. To jest zresztą zapisane w Konstytucji. Ponadto banki są coraz większe i z zasady ponadlokalne, a właściwie ponadnarodowe, dla nich wspólnota lokalna przysparza tylko problemów – uniwersalizacja taniej kosztuje. Nie są zatem zainteresowane walutą lokalną. Oczywiście, tracą jakiś tam rynek, ale nie jest to dla nich strata dotkliwa. Trzeba też widzieć i inne wady tego systemu – bankowość spółdzielczą, z którą obecnie w Polsce są wielkie problemy.
- Ale bankowość spółdzielcza nie wprowadzała swojej waluty.
- Jednak działała w tej samej branży, też miała być elementem budowy alternatywnej ekonomii, wspierać rozwój regionów. I tutaj pojawił się problem, który przy emisji waluty alternatywnej, wymienialnej na podstawie określonego parytetu, też zaistnieje – kontroli obiegu. A wiadomo, że społeczności lokalne są trudne do kontroli. Problem w kasach Stefczyka polegał na tym, że związki lustracyjne zajęły się nie lustracją, a wyciąganiem pieniędzy.
W walucie alternatywnej trzeba też taki problem uwzględnić, patrzeć w jaki sposób ta waluta jest emitowana i czy nie występują tu przekręty. Jeżeli społeczność lokalna wyemituje dużą ilość waluty, to musi ona być zabezpieczona, żeby była wymienialna. Muszą być więc jakieś rezerwy i skala tej emisji winna być taka, żeby wymienialność była zapewniona. Lokalni emitenci tej waluty muszą więc prowadzić mądrą politykę monetarną.
- Czyli twórcy takiego systemu, będącego umową społeczną, powinni być kompetentni, światli, uczciwi i empatyczni…
- Właśnie, ale i także, żeby nie byli chciwi. Bo jeśli system waluty lokalnej działa w małych zintegrowanych społecznościach, przyzwyczajonych do samorządności, to społeczna kontrola, zasada ograniczonego zaufania, funkcjonuje dobrze. Natomiast jeśli przeważa postawa „moja chata z kraja” – to ten system nie odniesie sukcesu.
- Przypuszcza się, że w powodu globalizacji waluty narodowe będą zanikać, polaryzacja regionalna będzie się powiększać, więc waluty lokalne mogą być remedium na te negatywne zjawiska.
- To chyba za dużo powiedziane. To działa, ale tylko na małą, lokalną skalę. W większej skali obieg pieniądza może być nieprawidłowy, mogą one trafiać np. do osób znajomych, a nie do wytwórców, czy sprzedawców. I tutaj musi to być kontrolowane. Organizacja takiej kontroli to bardzo trudne przedsięwzięcie. Tu potrzebne jest dobre prawo, które zablokuje możliwość nieuczciwości, bo na postawy moralne ludzi nie ma co liczyć. Moralność nie podlega ocenie prawnej.
- Czy XXI wiek będzie wiekiem walut alternatywnych i ekonomii społecznej?
- Nie pokładam wielkiej nadziei w walutach lokalnych. Z drugiej strony, zatrudnienie w przemyśle kurczy się, zatrudnionych w nim będzie niedługo kilka procent zawodowo czynnych ludzi. Większość zatrudnionych pracuje w usługach, i to lokalnych. Ale rozwój telewizji i Internetu z kolei powoduje, że ludzie w społecznościach lokalnych się izolują. Co ich mogłoby łączyć? Nie wiem. Więzi ludzkie powstają bowiem ze spotkań i wspólnego podejmowania decyzji w ważnych dla nich sprawach. Muszą się tworzyć środowiska – grupy ludzi, którzy w sposób łatwy komunikacyjnie spotykają się w określonym celu i generują pomysły.
Dziękuję za rozmowę.
Więcej o walutach lokalnych:
http://pl.wikipedia.org/wiki/Waluta_lokalna
http://www.zb.eco.pl/BZB/19/waluty2.htm
http://www.ekonomiaspoleczna.pl/wiadomosc/756436.html
http://dobry.org.pl/wiedza/historia-i-wspolczesnosc/alternatywne-waluty/
https://www.zielony.biz.pl/index.php/wiedza/aktualnosci
http://www.biztok.pl/waluty/czy-warto-miec-lokalna-walute-oczywiscie_a15965
http://glosulicy.pl/czytelniaa/lektury/szwajcaria-ma-dwie-oficjalne-waluty-justyna-wydra/
http://glosulicy.pl/archiwum/pieniadz-lokalny-publicystyka/bitwa-o-wolne-pieniadze/
http://lets.pl/linki.html
Cechy walut lokalnych:
- bezodsetkowość
- zamknięty obieg
- wymuszony obrót
- demokratyczny charakter (wszyscy sprawują kontrolę i wszyscy mają równy dostęp do kredytu)
Korzyści wynikające z wprowadzenia walut lokalnych:
- uniezależnienie lokalnej gospodarki od wahań koniunktury w gospodarce krajowej i światowej
- możliwość łatwego i nieograniczonego wejścia na rynek
- odporność na inflację
- budowa kontaktów międzyludzkich
- zmniejszenie lub eliminacja bezrobocia i biedy
Ile jest walut lokalnych?
Szacuje się, że na świecie jest 2500 walut lokalnych (niektórzy podają, że ok. 5000), z tego ok. 30 w Kanadzie i ok. 400 w Wielkiej Brytanii. LETS (Lokalny System Wymiany i Handlu) funkcjonuje m.in. w Australii, Francji, Belgii, Holandii, Nowej Zelandii, Szwajcarii, Japonii, USA. W Niemczech istnieje ok. 40 regionalnych walut, natomiast w Hiszpanii od czasu kryzysu powstało ponad 30 nowych walut. W Szwajcarii, Urugwaju i Brazylii obowiązują oficjalnie po dwie waluty, z czego jedna jest walutą alternatywną.
- Autor: Krystyna Hanyga
- Odsłon: 5004
Co roku, kiedy urzędy skarbowe zakończą przyjmowanie rozliczeń podatkowych czyli PIT-ów, odżywa debata na temat funkcjonowania tzw. mechanizmu 1%, dzięki któremu obywatele mogą dokonywać alokacji środków publicznych, wskazując cel, na jaki te pieniądze chcą przeznaczyć. Praktyka pokazała różne wady i niejasności obowiązującej ustawy o działalności pożytku publicznego i wolontariacie, narosły pewne patologie, z którymi trzeba walczyć. Rok temu mówił o nich w wywiadzie dla „Spraw Nauki” prof. Jerzy Hausner, inicjator i współtwórca ustawy.
Dziś rozmowa Krystyny Hanygi z dr Markiem Rymszą z Instytutu Stosowanych Nauk Społecznych UW, redaktorem naczelnym wydawanego przez Fundację Instytut Spraw Publicznych kwartalnika „Trzeci Sektor”.
- Od ponad 20 lat budujemy społeczeństwo obywatelskie, ale wydaje się, że takie pojęcia, jak dobro wspólne, pożytek publiczny, dobroczynność, nie przez wszystkich są dobrze rozumiane i wciąż słabo zakorzenione w świadomości społecznej. Świadczą o tym m.in. problemy z mechanizmem 1%.
- Problemy te wynikają z podwójnej legitymacji samego mechanizmu, która ujawniła się już na samym początku – podatnik, jeśli chciał skorzystać z „prawa jednego procentu”, musiał najpierw wpłacić 1% swego podatku w formie darowizny na konto wybranej organizacji pożytku publicznego, później dopiero otrzymywał zwrot pieniędzy. Innymi słowy, fiskus twierdził, że to darowizna, chociaż jest to dyspozycja dotycząca przeznaczenia 1% podatku należnego państwu. Zabrakło edukacji, by wyjaśnić, że podatnik jest nie tyle dobroczyńcą, ile obywatelem mającym wpływ na zarządzanie środkami publicznymi. Lepsze efekty fundrisingowe dawało jednak chwalenie rzekomych filantropów, jakby ofiarowywali oni pieniądze prywatne. I to jest grzechem pierworodnym, bo nie można wypromować instytucji, rozwiązania, mechanizmu, wmawiając wszystkim, że jest czymś innym, niż jest naprawdę.
- To miało nauczyć ludzi dawania, dzielenia się z innymi.
- Część zwolenników 1% liczyła, że dzięki niemu będą rosły zwykłe darowizny. Ale psychologia społeczna uczy, że te same bodźce wywołują u różnych ludzi różne reakcje. Dla jednych 1% to może być zaproszenie do dawania także tego, co prywatne, ale inni reagują wręcz odwrotnie: jednoprocentowa alokacja niejako zwalnia ich z działalności charytatywnej. Zauważamy, że Ministerstwo Finansów wręcz liczyło na efekt zastąpienia. Po wprowadzeniu 1%, ograniczono bowiem ulgi dla darczyńców, zastępując limit procentowy odpisów od podstawy opodatkowania z tytułu darowizn niskim limitem kwotowym. A tymczasem to w darowiznach, które można odpisać od podstawy opodatkowania, tkwi najlepszy mechanizm namawiania ludzi do działalności dobroczynnej. To jest dawanie wspomagane, tzn. ja daję swoje, ale częściowo partycypuje w tym budżet państwa. Dopiero po protestach organizacji przywrócono limit procentowy dla darowizn, ale na niższym poziomie (do 6% dochodu). Jednak w systemie podatkowym jest zdecydowanie za mało darowizn reglamentowanych i – moim zdaniem – można to, niestety, wiązać z upowszechnieniem odpisów z 1%.
- Czy ustawa o działalności pożytku publicznego, wprowadzenie mechanizmu 1% zmieniły coś w postawach, w świadomości obywateli?
- Najważniejsza zmiana polega na tym, że grupa organizacji III sektora zyskała istotne źródło finansowania działalności statutowej. Ze świadomością społeczną sprawa jest bardziej skomplikowana, zaważyła na tym wspomniana niejasność przekazu. Wśród organizacji elementem kształceniowym była decyzja o ubieganiu się o status organizacji pożytku publicznego (OPP), uprawniający do korzystania z jednoprocentowych odpisów. Ważąc korzyści i obowiązki z tym związane, większość organizacji zadecydowała, że nie będzie się ubiegać; status ten posiada tylko co ósma organizacja III sektora. To, że w Polsce jest tak mało OPP, świadczy, że zdaniem pozarządowców korzyści nie równoważą zobowiązań.
- Większość organizacji pozyskuje niewielkie pieniądze z 1%. Z zestawień za 2010 rok, opublikowanych w Gazecie Wyborczej wynika, że tylko jedna fundacja pozyskała prawie 89 mln zł, następnych dziesięć na liście po kilka milionów. Reszta – sumy mało znaczące.
- Preferowanie organizacji charytatywnych w ramach 1% wynika stąd, że tylko w ten sposób daje się obronić legitymację tego mechanizmu jako rozwiązania filantropijnego: skoro tak na prawdę sam nie jestem filantropem, to dysponując jako podatnik środkami publicznymi dam je temu, kto w moim imieniu będzie prowadzić działania dobroczynne. Gdyby nie działała tu logika takiej pół-filantropii, ale zaangażowania obywatelskiego w rozdysponowanie środków publicznych, to rozrzut wspieranych pól aktywności byłby większy. Analizując rozkład odpisów z 1%, można wskazać na dwie grupy OPP, które najbardziej korzystają. Pierwsza, to silne organizacje dobroczynne, dla których alokacje jednoprocentowe to istotny zastrzyk finansowy. A druga grupa to małe lokalne organizacje, które nie mają prawie funduszy i nawet najmniejszy pieniądz oznacza zmianę ich sytuacji. One nie muszą nic wydawać na reklamę, promocję, wspierają je ludzie bliscy, znajomi, sąsiedzi. Pomiędzy tymi dwiema grupami jest duża dziura; reszta to ci, którzy przeinwestowali i niewiele zyskali oraz tacy, którzy, nie wierząc w sukces, niewiele robią i niewiele zyskują.
- Jakie Pan widzi najważniejsze problemy w funkcjonowaniu mechanizmu 1%?
- Drugą patologią jest to, że organizacje pożytku publicznego biorą „pod opiekę” inne organizacje, które takiego statusu nie mają, bądź go utraciły z przyczyn formalnych, i w ich imieniu zbierają pieniądze.
- To jest już czysta patologia, bo w pierwszym przypadku nie używałbym tego określenia, ludzie w trudnej sytuacji chwytają się wszystkiego. Ustawodawca mówi, że do korzystania z 1% mają prawo tylko OPP i nie można przy pomocy jakiegoś wybiegu omijać tego przepisu. Być może, wszystkie organizacje prowadzące działalność non profit powinny mieć szansę pozyskiwania środków z 1% i to byłoby właściwe rozwiązanie. Ale jeśli jest to ograniczone do OPP, powinno być przestrzegane.
- Jest sporo głosów za tym, żeby znieść status OPP, ale są również opinie, że organizacji pożytku publicznego jest za dużo, co prowadzi do dewaluacji tego statusu.
- Ja utrzymałbym status OPP, ale wcale nie ze względu na 1%. W moim przekonaniu, to powinien być status wizerunkowy, mówiący o tym, że organizacja bezsprzecznie przynosi korzyść społeczną ze swojego funkcjonowania, że przeszła pewien test sprawdzający. Obecnie właściwie prawie każda działalność statutowa da się określić jako pożytek publiczny, bo ustawowy katalog pól tej działalności jest długi. Zauważmy przy tym, że filozofia ustawodawcy stawia rzeczy na głowie. Ustawodawca uznał, że pożytek publiczny to działalność społecznie użyteczna, prowadzona w sferze zadań publicznych państwa. A pożytek publiczny to wytwarzanie ogólnodostępnych korzyści społecznych i wcale nie musi pokrywać się ze sferą zadań publicznych państwa. Zależność jest odwrotna: to misja państwa i jego służb musi się zawierać w obszarze pożytku publicznego.
- Organizacje pozarządowe, te, które nie są największymi beneficjentami odpisów podatkowych, apelują o równość szans. Jak to ma wyglądać, jak konkurować o środki z 1%?
- Jak uczy ekonomia, środków jest zawsze mniej niż potrzeb do zaspokojenia, i dlatego także w przypadku wspierania działalności społecznej mechanizm konkurencji jest zdrowszy niż niejasne reguły dostępu do zasobów. Podstawowe mechanizmy konkurencji to system grantowy, gdy środki rozdziela dysponent publiczny lub prywatny oraz odwołanie się bezpośrednio do wyboru ludzi, którzy mogą wrzucić pieniądze do puszki, czy zaznaczyć swoje preferencje w zeznaniu podatkowym. Ale i w jednym, i w drugim przypadku musi istnieć realny wybór. Jeżeli na przykład program komputerowy do wypełnienia formularza PIT daje możliwość wpisania nazwy tylko określonej OPP, to jest to złamanie zasady równości szans i w rezultacie również uczciwej konkurencji.
- Jeśli chodzi o środki z 1%, to zamiast informacji i rynku organizacji mamy wielkie kampanie marketingowe, operujące zupełnie innymi środkami oddziaływania…
- Mechanizm konkurencji, jeśli dotyczy dystrybuowania środków publicznych, nie powinien być kosztowny. Reklamy zaś są bardzo kosztownym sposobem docierania z informacją, to jest po prostu zmarnowany pieniądz. Wytworzył się cały rynek okołojednoprocentowy, nie da się tego inaczej nazwać jak komercjalizacją mechanizmu 1%. To jest sprzedawanie idei niby-filantropii. A więc błąd niejako podwójny: i co do treści, i co do formy. W dobrze zorganizowanym społeczeństwie obywatelskim tego typu informacje powinny być przekazywane w systemie praktycznie bezkosztowym.
- Badania pokazują, że tylko połowa organizacji korzysta ze środków publicznych, a uzależnienie od nich wynika z reguł narzuconych przez państwo. Zasady wydatkowania środków publicznych, a zwłaszcza unijnych, są takie, że można mieć duży projekt, wysokie obroty finansowe, ale wszystko trzeba wydać na bieżąco, nie ma możliwości akumulacji zasobów. To powoduje, że organizacje mają słabe podstawy ekonomiczne swego działania. W I połowie lat 90., gdy darczyńcy amerykańscy (i nie tylko oni) przeznaczyli spore środki na budowanie infrastruktury społeczeństwa obywatelskiego w Polsce, organizacje mogły niewielką część pozyskanych zasobów (tzw. overhead) odłożyć na konto, tworzyć zapasowy fundusz. Dziś organizacje przerabiają granty i jak były słabe, tak są. Byłoby lepiej, gdyby obracały mniejszymi pieniędzmi, a wzmacniały swój potencjał przez uczestnictwo we współpracy z sektorem publicznym. Bo wtedy stają się bardziej przewidywalne i niezależne. Tymczasem organizacje chcą współpracować z państwem nie dlatego, że są silne i mają coś do zaoferowania, ale że są słabe i chciałyby dostać środki publiczne. Można powiedzieć, że i są postrzegane jako słabe, i wpychane w rolę słabych, i same się przedstawiają jako słabe. Koło się zamyka. To jest produkcja klientelizmu, a nie budowanie społeczeństwa obywatelskiego.
- Czy uważa Pan, że sytuacja dojrzała do zmian? Potrzebna jest nowelizacja ustawy?
- Ważniejsze od zmian ustawowych są zmiany na poziomie operacyjnym. Na przykład, trzeba zmienić regulacje administracyjne dotyczące wydatkowania środków unijnych, zlikwidować ileś krańcowo nieracjonalnych reguł działania. Nie można obwarowywać się tyloma administracyjnymi przepisami, że organizacja wydatkująca środki zwraca uwagę wyłącznie na kwestie formalne. Nikt nie patrzy, co ta organizacja zrobiła, jaki ma dorobek, na ile ludzie skorzystali z jej oferty, liczy się tylko, czy spełniła formalne kryteria i czy poniesione przez nią koszty są kwalifikowane. To zabija postawy obywatelskie, nie przynosi społecznej wartości dodanej. Ministerstwo Rozwoju Regionalnego skutecznie zarządza absorpcją środków unijnych, ale nie ma żadnej wizji rozwoju społecznego. Tymczasem potrzebny jest ktoś, kto miałby taką wizję i z jej realizacji rozliczał podmioty współpracujące. Tym kimś powinien być minister pracy i polityki społecznej. Ale nie jest.
- A co zmienić w mechanizmie 1%?
- Dziękuję za rozmowę.

