Ekonomia (el)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2752
Koncepcja zarządzania ryzykiem powstała w początkach lat 20. ub. wieku. Zwrócił na nie uwagę amerykański uczony, autor książki „Ryzyko i niepewność” (Risk, Uncertainty and Profit) – F.H. Knight. Zauważył, że ryzyko jest mierzalne, a niepewność niemierzalna.
Jeśli idziemy do banku czy firmy ubezpieczeniowej, to tam ryzyko umieją wyliczyć matematycznie. Jeżeli idziemy do psychiatry, to on się zajmuje naszym ryzykiem w aspekcie niepewności. Niepewność jest kategorią psychologiczną i nie można jej zmierzyć – tak jak nie można wyliczyć, jakie będzie jutro nasze samopoczucie.
- Czy ryzyko zawsze można wyliczyć?
- Nie każde. Są obszary, gdzie jest to niemożliwe, czy trudne. Na pewno można w finansach i ubezpieczeniach. Matematycy od dawna liczą je stosując rachunek prawdopodobieństwa i to nawet na giełdzie, która polega na spekulacji. Ale o ile w latach 60. i 70. giełda była racjonalna i ryzyko dało się wyliczyć, to dzisiaj giełda jest pralnią pieniędzy. Nad tym ryzykiem, jakie niesie gra na niej, nie możemy już zapanować. Na giełdach świata dziennie operuje się ok. 2 bln USD. Jeśli uzmysłowić sobie, jakimi sumami operuje się na giełdzie w ciągu roku, to widać, iż jest to jakiś absurd w porównaniu z eksportem towarów. Jest to handel powietrzem. Problem liczenia ryzyka, jego szacowania, pojawił się na szerszą skalę dopiero w latach 80. XX w. i to głównie w USA. Ryzykiem zaczęto się zajmować głównie z tego powodu, że stawało się coraz bardziej dotkliwe. Globalizacja kapitałów otworzyła granice. Jeszcze w latach 70., jeżeli ktoś chciał wytransferować pieniądze z Francji czy Niemiec, to musiał uzyskać zgodę banku centralnego, gdyż finanse były kontrolowane. Czyli ryzyko było pod kontrolą rządów, które pilnowały, aby ono nie było duże. Ale kiedy nastąpiła deregulacja, przez granice zaczęto transferować ogromne kwoty. Przyczynił się do tego także rozwój technologiczny – komputery i Internet. Wskutek tego ryzyko rozlało się na wszystkie obszary działalności. Stało się coś niedobrego. Przypuszczam, że w najbliższych 5-10 latach rządy będą musiały wrócić do regulacji gospodarek, czyli zmniejszania ryzyka. Widać to na przykładzie handlu narkotykami, w kasynach online, itd. To ryzyko jest i skumulowane i ponadpaństwowe.
- Dlaczego nie próbujemy tego opanować poprzez regulacje prawne? Neoliberalizm nie pozwala?
- Po pierwsze panuje chciwość. A po drugie - można byłoby nad tym zapanować, pod warunkiem, że regulacja uwzględniałaby etykę firm, wykonawców. Oni musieliby chcieć robić coś dobrego: drogę, która nie rozleci się po 5 latach użytkowania, dobry samochód, itp. Producenci muszą zwracać uwagę na jakość produktów, bez względu na miejsce produkcji, muszą panować nad ryzykiem. Ale tak postępuje niewielu, dlatego zwracam uwagę na konieczność uwzględniania etyki.
Mając bowiem na uwadze etyczny i moralny aspekt oceny ryzyka, należy wziąć pod uwagę fakt, że osoby, które decydują o wyborze metody zarządzania ryzykiem nie zawsze są jedynymi podmiotami dotkniętymi danym ryzykiem. Negatywne skutki ryzyka w różnym stopniu dotykają zaangażowane podmioty.
W praktyce problem ryzyka jest regulowany konkretnymi normami i ustawami, ale niezwykle trudno jest znaleźć identyczne standardy i normy. Dominuje zatem tendencja ustalania norm prawnych adekwatna do procesów globalizacji oraz harmonizacji norm i przepisów w UE.
- Czy w neoliberalizmie można mówić o etyce i hierarchii wartości?
- Oczywiście, choć liberałowie i neoliberałowie postawili na chciwość, są pazerni, poza pieniędzmi nic ich nie interesuje. Ryzyko ponoszą inni. Nie jest ważna też wiedza, umiejętności związane z wykonywaną pracą. Ważny jest zysk. W tej sytuacji ryzyko musi być kategorią pomijaną lub celowo pomniejszane.
- Jest jeszcze sprawa kultury – nie wszyscy jednakowo podchodzą do ryzyka, zarządzania nim. Polakom żadne, nawet największe ryzyko nie przeszkodzi w działaniu... My – jak pokazuje choćby katastrofa smoleńska – totalnie lekceważymy ryzyko, uważając się z tego powodu za bohaterów.
- To wynika z kultury. Inne jest zarządzanie ryzykiem w Wielkiej Brytanii, a inne np. w Chinach. Są obszary, gdzie ryzyko traktuje się poważnie i takie, gdzie się je lekceważy. Często wynika to z powodów ekonomicznych, ale też z braku wiedzy. Inaczej ryzykiem zarządza się w państwach słabiej rozwiniętych, inaczej w wysokorozwiniętych. W skandynawskim obszarze kultury, czy w Niemczech, przestrzega się wszelkich norm, tam się panuje nad ryzykiem. Zwraca się też uwagę na aspekt etyczny ludzkiego działania.
- Jak się definiuje ryzyko, które intuicyjnie każdy rozumie? - Współcześnie w badaniach nad ryzykiem uwzględnia się głównie doświadczenia i problemy państw wysoko rozwiniętych. Można zatem uważać, że w pewnym sensie pojęcie to ma charakter socjologiczny, ponieważ dotyczy charakterystycznych cech współczesnego człowieka w rozwiniętym społeczeństwie, które podlega coraz częściej zdywersyfikowanym niebezpieczeństwom (np. terroryzm) i katastrofom, a z drugiej strony dąży do bezpieczeństwa społecznego.
Moja definicja ryzyka, którą razem z kolegami z Niemiec wprowadzamy do literatury fachowej brzmi: ryzyko jest możliwością zaistnienia negatywnych zdarzeń. Ono nie musi się urzeczywistnić, ale może.
Źródłem ryzyka są ludzie, którzy świadomie podejmują decyzje, natomiast niebezpieczeństwa zagrażają z zewnątrz i trudno jest na nie wpływać. Okazuje się, że wskutek technicznego postępu powstaje obecnie więcej niebezpieczeństw niż ryzyka. Definicja ryzyka nie jest obiektywną kategorią, lecz wymaga wielu kompromisów, uzgodnień i społecznej akceptacji. Najczęściej to, co jest uznawane za niebezpieczeństwo albo szkodę, zależy od uwarunkowań ekonomicznych i kulturowych, które historycznie stale się zmieniają. Brak jest zatem stałego punktu odniesienia dla sformułowania jednej obiektywnej i uniwersalnej definicji ryzyka występującego w różnych dziedzinach działalności.
- Pisze pan w swojej książce*, że zarządzanie ryzykiem, mające na celu zwiększenie bezpieczeństwa, ograniczenie ryzyka i niepewności musi się wiązać z ograniczeniem wolności.
- Wchodzimy tu w obszar etyki, psychologii, polityki. Czy ryzyko ogranicza wolność, czy wolność ogranicza ryzyko? Uważa się, że lepiej nie mieszać tych dwóch kategorii. Jeżeli jednak pewne rodzaje ryzyka będzie się analizować, to te związki są. Filozofowie nie uważają tych związków za oczywiste.
Chęć zapobiegania negatywnym zdarzeniom rzeczywiście jednak stawia przed decydentami dylematy związane z coraz większą ingerencją w indywidualne prawo do wolności. Rosnąca tęsknota do poczucia bezpieczeństwa wymaga bowiem coraz szczegółowszych uregulowań.
Dziękuję za rozmowę.
*Tadeusz Teofil Kaczmarek, Zarządzanie ryzykiem. Ujęcie interdyscyplinarne, Difin, Warszawa 2010
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1234
"Każdy, kto wierzy, że wzrost wykładniczy może trwać w nieskończoność na skończonej planecie jest albo szaleńcem, albo ekonomistą"
Kenneth Boulding
Podczas międzynarodowej konferencji dotyczącej postwzrostu, która odbyła się w Lipsku w 2014 roku, przeprowadzono ankietę. Jej celem było ustalenie, co łączy zainteresowane postwzrostem osoby z ruchów i środowisk, które na ogół ze sobą nie współpracują. Okazało się, że są to po pierwsze odrzucenie wiary w „zielony wzrost” i możliwość osiągnięcia zrównoważonej ekonomii poprzez dalszą ekspansję produkcji dóbr i usług. Po drugie, przekonanie, że transformacja musi być „krytyczna wobec kapitalizmu, profeministyczna, pokojowa i oddolna”.
Słowo postwzrost dotarło po raz pierwszy do szerszej publiczności w Polsce za sprawą wystawy „Slow Future” w Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie w 2014 roku. W katalogu do wystawy można było przeczytać: „Nie można [...] sprowadzić postwzrostu tylko do nawoływania o dobrowolną zmianę nawyków, o praktykowanie „odpowiedzialnej konsumpcji” czy „zmniejszania śladu ekologicznego”. Indywidualne wybory mogą uspokoić sumienie osób zatroskanych o „los planety”, nie zmienią jednak zasad gry, a co najwyżej opóźnią jej koniec”.
Postwzrost pomyślany jest jako slogan, słowo, które ma prowokować i uderzać w samo serce zachodniego sposobu myślenia o gospodarce i dobrobycie. Ma na celu wzbudzać emocje i prowokować do dyskusji na temat przyszłości światowej gospodarki, ale także na temat potrzeb i pragnień zwykłych ludzi.
Postwzrost nie jest tylko teorią ekonomiczną, ale czerpie z różnych dyscyplin (ekologia, krytyka rozwoju i antyutylitaryzm, sens życia i dobrostan społeczny, bioekonomika, demokracja, sprawiedliwość). Skupienie ich w jednym nurcie pozwala dostrzec współzależności.
Działacze i autorzy postwzrostowi krytykują tzw. zielony kapitalizm zakładający rozprzężenie (ang. decoupling) wzrostu gospodarczego i zużycia zasobów, uznając go za zbyt życzeniowy i oparty na wierze w adaptację systemu, a nie na danych naukowych. Sami wspierają swoją argumentację badaniami pokazującymi, że wzrost efektywności wykorzystania zasobów jest znikomy i na dodatek relatywny – zagregowane zużycie wciąż rośnie wykładniczo.
Obietnica „zielonej technologii” mami większą wydajnością energetyczną i surowcową, która ma wyrównać straty powodowane przez rosnące zużycie zasobów, ta sama wydajność jest równocześnie przyczynkiem do dalszego wzrostu produkcji i konsumpcji. Taki wzrost efektywności czy produktywności nie przekłada się nijak na dobrostan społeczeństw czy subiektywne poczucie szczęścia – powyżej określonego poziomu PKB poczucie szczęścia czy satysfakcji członków społeczeństwa nie podąża za dalszym wzrostem gospodarczym, a nawet spada.
Centralna dla postwzrostu jest idea, że redukcja konsumpcji i zużycia zasobów naturalnych nie musi oznaczać osobistego poświęcenia i niższego poziomu życia. Zamiast wypełniać je pracą najemną i konsumpcją dóbr moglibyśmy poświęcać ten czas na dbanie o siebie, bliskich i angażowanie się w lokalne społeczności.
Istotna jest też wiara, że poprzez wspólnotowe, lokalne rozwiązania, sprawiedliwe dzielenie pracy i zasobów oraz otwartą, demokratyczną debatę można od nowa zdefiniować pragnienia i potrzeby w zgodzie ze środowiskiem naturalnym.
Rolnictwo jest wdzięcznym terenem dla postwzrostowych idei. Łatwo zobaczyć, że model oparty na wzroście wykładniczym coraz szybciej zjada swój ogon (wyczerpywanie się zasobów, zanieczyszczenie pozostałościami pestycydów, degradacja gleb).
Postwzrostowcy stworzyli termin „skromna obfitość” (frugal abundance). Argumentują, że tworzenie fikcyjnych potrzeb i coraz większych wyzwań produktywności powoduje sztuczne poczucie niedostatku, podczas gdy przestrzeń relacji społecznych pustoszeje, pozostawiając po sobie dotkliwy brak.
Skromna obfitość ma oznaczać zmniejszenie potrzeb materialnych i tym samym zwolnienie tempa życia i stworzenie przestrzeni na bogate życie społeczne i zmysłowe. Uprawa ziemi i produkcja żywności to obszary, gdzie możliwość wytwarzania sensów i znaczeń, których sednem nie jest wzrost poziomu konsumpcji, jest niemal nieograniczona. Można produkować żywność, która nie jest tylko towarem w znaczeniu ekonomicznym, ale generuje „wartość dodaną” w postaci troski o środowisko, budowania relacji współpracy i szacunku, poszanowania praw zwierząt.
Dobre praktyki i przykłady są z nami od tysiącleci. Wystarczy inspirować się chociażby rdzennymi społecznościami. Sumak kawsay – pochodząca z Andów koncepcja „dobrego życia” opisuje sposób życia, który jest skupiony na społeczności i zrównoważony środowiskowo, a ludzie i ich otoczenie są tu czymś więcej niż tylko zasobami. Ta koncepcja jest na tyle silna, że odpowiednie zapisy znalazły się w państwowej legislacji.
Stworzenie odpowiednich warunków dla rozwoju sposobów życia i gospodarowania ziemią zgodnych z naszymi potrzebami i ze środowiskiem, to jedno ważnych z zadań, które przed nami stoją. Poprzez presję ruchów oddolnych, zmiany instytucjonalne czy przykład indywidualny wpływamy na rzeczywistość i zmieniamy zasady gry, które kształtują otaczające nas środowisko. Wspólnie zdecydujmy czy ideą przewodnią zachodniego rozwoju ma być utopia nieskończonego wzrostu i luksusy dla nielicznych, czy postwzrost i sumak kawsay – troska o środowisko i dobre życie dla wszystkich.
Joanna Perzyna, Wojtek Mejor
Od Redakcji: Powyższy tekst pochodzi z publikacji „Polityka na talerzu” przygotowanej przez Nyeleni Polska i Koalicję Żywa Ziemia przy wsparciu Fundacji HBS i Fondation de France - https://pl.boell.org/pl/2020/02/21/polityka-na-talerzu
- Autor: Krystyna Hanyga
- Odsłon: 2859
Obserwujemy ostatnio wzrost zainteresowania kooperatyzmem. Do łask powróciły pisma naszych wielkich teoretyków, z Edwardem Abramowskim na czele, którzy szerzyli spółdzielcze idee, budowali wizję nowego alternatywnego ładu społeczno-gospodarczego, mającego przezwyciężyć zacofanie i biedę, i stworzyć „lepszego człowieka”. To była jedna z najważniejszych i najbardziej nośnych idei społecznikowskich pozytywizmu i później również okresu odbudowy niepodległej Polski. Czy te tradycje intelektualne kooperatyzmu i także praktyka działania mogą być inspiracją, wzorcem dla dzisiejszych kooperatystów? Z dr. hab. Markiem Rymszą z Instytutu Stosowanych Nauk Społecznych UW rozmawia Krystyna Hanyga.
- Wskazałbym na trzy źródła nośności tej idei. Pierwszym z nich jest proces społecznego odreagowywania w młodszym pokoleniu Polaków daleko idącego indywidualizmu czasów transformacyjnych.
Wprowadzaniu mechanizmów gospodarki rynkowej towarzyszyło hasło indywidualnego bogacenia się.
To, co wspólnotowe, zostało utożsamione ze starym porządkiem, z komunizmem. Skoro stary porządek był kolektywny, to nowy porządek miał być liberalny, gdzie każdy człowiek jest motorem swego własnego sukcesu na rynku czy w życiu.
Rwaliśmy więc więzi społeczne, nie budowaliśmy nowych i zakładaliśmy, że niewidzialna ręka jakoś nam ułoży nowy ład zbiorowy.
Na dwie dekady wahadło wychyliło się po czasach kolektywnych w stronę indywidualizmu i teraz to wahadło powraca. Metodą prób i błędów zdajemy się szukać złotego środka: widząc potrzebę sensownego łączenia indywidualizmu ze wspólnotowością.
- Przecież powszechna jest opinia, że indywidualizm Polaków pogłębia się i utrudnia jakiekolwiek wspólne działania.
- Czym innym jest realna zdolność działania wspólnotowego, a czym innym szukanie pewnej wspólnotowej idei i jej społeczna atrakcyjność. Na kooperatyzm jako ideę pojawia się społeczne zapotrzebowanie; ma ono jednak charakter niszowy, nie masowy. Korporacjonizm to nośna idea w środowiskach młodzieżowych krytykujących kapitalizm jako niesprawiedliwy ustrój społeczny.
Jest to krytyka radykalna, ale bezpieczna zarazem, bo prowadzona w sytuacji, w której powrót do realnego socjalizmu czasów PRL nam nie grozi. Kontestatorzy są w jakiejś mierze konsumentami poprawy poziomu życia, jaka dokonała się przez ostatnie 25 lat, podobnie jak na Zachodzie kontestatorzy porządku mieszczańskiego z lat 60. XX wieku byli konsumentami mieszczańskich państw dobrobytu.
Jest i trzecia okoliczność, którą warto brać pod uwagę. Część młodego pokolenia Polaków – zresztą nie tylko Polaków, bo to jest trend ogólnoeuropejski – po prostu nie odnajduje się w ramach globalizującej się gospodarki wolnorynkowej. W ich przypadku nie chodzi o sferę poglądów, tylko o styl życia, o możliwość funkcjonowania poza przysłowiowym „wyścigiem szczurów” i podkręcaną konsumpcją, a więc: omijać duże markety, żyć trochę wolniej, za mniejsze pieniądze...
W pojedynkę takie dążenie kończy się społeczną marginalizacją, młodzi Polacy szukają więc form grupowych. I niektórzy natrafiają na kooperatywy.
Natomiast spółdzielczość jako taka nie przeżywa bynajmniej w Polsce renesansu. Nie jest przypadkiem, że nośna jest kooperatywa, ale już słowo spółdzielnia brzmi gorzej, jego atrakcyjność jest mniejsza.
Badacze analizujący polską spółdzielczość zwracają uwagę, że krok po kroku postępuje komercjalizacja tego sektora gospodarki. Coraz większa liczba spółdzielni zmienia się w wyniku przekształceń własnościowych w podmioty komercyjne.
Następuje też tzw. demutualizacja wkładu, w części spółdzielni pojawiają się inwestorzy, który dokapitalizowują je, przejmując co prawda relatywnie niewielką część udziałów, np. 20% , ale gdy pozostałe udziały są rozproszone, owe 20% pozwala menedżersko zarządzać. Sektor spółdzielczy się więc kurczy. Z jednym wyjątkiem – spółdzielczości socjalnej. Polityka państwa kreuje zakładanie nowych spółdzielni socjalnych, podczas gdy rozwój spółdzielczości tradycyjnej nie wydaje się być priorytetem tej polityki. To taki paradoks.
- Warto przyjrzeć się temu, co mamy w sektorze spółdzielczości. Na wsi on się jeszcze jakoś trzyma. Zamiast dawnych spółdzielni rolniczych tworzone są tzw. grupy producenckie, upowszechniające się dość opornie, choć mają oparcie w tradycji i powinny służyć rozwojowi przedsiębiorczości na wsi. Jednak nie pokonały dotąd tego negatywnego wizerunku z przeszłości. Natomiast kwitną np. spółdzielnie mleczarskie.
W mieście są małe spółdzielnie mieszkaniowe, odradzają się, tworząc nową tkankę obok tradycyjnych molochów, spadku po PRL-u. Powstają spółdzielnie socjalne i jako nowość – kooperatywy spożywcze. Co jest „nową spółdzielczością” i co ją odróżnia od „tradycyjnej”? Czym się charakteryzują te nowe formy spółdzielczości? Kim są nowi spółdzielcy i jakie są ich motywacje? Już chyba nie misja, jak przed wiekiem.
- Zacznijmy od tego, że tradycyjna spółdzielczość jest w marnej kondycji nie tylko ekonomicznej, o czym już mówiłem, ale i moralnej. Generalnie rzecz biorąc, w spółdzielniach jest niedobór kapitału społecznego i tego, co jest istotą spółdzielczości – gotowości wspólnego działania. W związku z tym często te spółdzielnie są spółdzielniami jedynie formalnie, ale funkcjonują niekoniecznie jak spółdzielnie. W części z nich nadal obecne są, wywodzące się jeszcze z socjalizmu, złe wzory działania, bo socjalizm wynaturzył spółdzielczość.
Spółdzielczość socjalistyczna była spółdzielczością nomenklaturową, tak naprawdę nie członkostwo było elementem sprawczym, tylko nadanie z góry. Spółdzielczość w PRL to był ruch o przetrąconym kręgosłupie. Nie wiem, co socjalizm bardziej niszczył – czy to, z czym walczył, czy to, co teoretycznie wspierał. Temu, z czym walczył, zabraniał istnienia, a to, co wspierał, po prostu wypaczał. To drugie spotkało ruch spółdzielczy.
W ‘89 roku uznano, że spółdzielczość stanowi relikt socjalizmu. Tymczasem w gospodarce rynkowej jest miejsce na spółdzielczość, ona nie musi być alternatywą dla stosunków wolnorynkowych. Jest po prostu pewną formą działania na rynku, tyle że zawiera elementy kolektywnego zarządzania.
W spółce siła głosu udziałowca jest proporcjonalna do wielkości jego udziałów, w spółdzielni stosowana jest formuła stowarzyszeniowa: jeden udziałowiec – jeden głos. Ale takie zarządzanie także może być ekonomicznie racjonalne. Przykłady Włoch, Hiszpanii, Francji pokazują, że spółdzielczość to spory segment rynku, i że spółdzielnie potrafią efektywnie funkcjonować w konkurencyjnych warunkach gospodarki wolnorynkowej.
Ale u nas uznano, że spółdzielczość nie ma przyszłości i powinna być wygaszana, niejako zadekretowano jej uwiąd. Pewna, niewielka zmiana politycznego kursu nastąpiła dopiero wraz z akcesją Polski do Unii Europejskiej. Przejdźmy teraz do kooperatyw jako realnych bytów. Zakładanie kooperatyw to zjawisko ewidentnie niszowe. Przy czym można wyróżnić dwa rodzaje nowozakładanych kooperatyw.
Pierwszy typ to kooperatywy o mocno ideologicznym profilu, będące formą manifestacji wspomnianego buntu wobec stosunków rynkowych. Spółdzielcy chcą pokazać, że można funkcjonować na rynku w sposób ideowo odmienny – przestrzegać zasad fair trade, nie dążyć do maksymalizacji zysku, itp.
Drugi rodzaj nowych kooperatyw zakładają ludzie, którzy chcą mieć dostęp to do określonych produktów, np. do lepszej żywności: a to zdrowej, a to pochodzącej bezpośrednio od producenta i przede wszystkim tańszej. Uruchamiają oni pewien rodzaj zbiorowego działania, który ma obniżyć koszty transakcyjne i zapewnić dostępność poszukiwanych towarów przy ograniczonej roli komercyjnych pośredników.
Oba te nurty łączy zainteresowanie określonym stylem życia: bardziej wspólnotowo, w miarę tanio, bez ostentacyjnej konsumpcji. Ale jednocześnie jest to swoista forma praktykowania świadomego konsumeryzmu: właściwy wzór konsumpcji zyskuje wysoką wartość etyczną i ideologiczną, przykłada się więc dużą wagę do tego, co się je, ile, skąd pochodzi żywność. To jest więc pewien rodzaj koncentrowania się na akcie konsumpcji, chodzi tu raczej o jakość konsumpcji niż o ucieczkę od niej. - Te kooperatywy spożywcze należą do całego ruchu alternatywnych sieci żywnościowych, który rozlał się po całym świecie i w Polsce funkcjonuje nie tylko w takiej formie. - To próba zbiorowej reakcji na przeregulowane na poziomie unijnym warunki produkcji, przechowywania i dystrybucji żywności. System unijny jest wysoce zbiurokratyzowany i chroni w pierwszej kolejności interesy dużych producentów. Oddolne reakcje na nadregulację przyjmują formułę nowych ruchów społecznych, o niskim poziomie sterowności. - W tej nowej spółdzielczości wątek społeczny nie jest tak wyraźny jak dawniej. Akcentowany jest tylko w spółdzielniach socjalnych, które mają specyficzny charakter. Natomiast nowa spółdzielczość jest wyraźnie wiązana z cechą obywatelskości, nowe spółdzielnie określa się nawet niekiedy jako instytucje społeczeństwa obywatelskiego, szkołę demokracji, odpowiedzialności i wspólnego działania. To chyba mocno na wyrost? - To jest manifestacja pewnych idei, natomiast na poziomie operacyjnym nowa spółdzielczość spod znaku kooperatyw to w Polsce, podkreślam raz jeszcze, rynkowa i społeczna nisza. Dopóki jest to zjawisko niszowe, trudno ocenić jego rzeczywistą ekonomiczną rentowność, a także trudno oszacować, czy przynosi realną społeczną wartość dodaną. Ale bez wątpienia kooperatywy to forma społecznej samoorganizacji, której praktykowanie jest przekraczaniem socjalizacji opartej na konformistycznym dostosowaniu się do reguł ładu zbiorowego odgórnie ustanawianego przez państwo i biznes spod znaku wielkich korporacji.
Na razie nowa spółdzielczość nie jest żadną ekonomiczną alternatywą dla sklepów wielkopowierzchniowych. Natomiast być może w przyszłości, gdy kooperatywy spożywcze okrzepną i staną się trwałym elementem funkcjonowania jakiejś znaczącej grupy polskich rodzin, gospodarstw domowych, okaże się ona również formą rozwiązania alternatywnego mającego cechy niszowego, ale jednak „systemu”. - Na pewno spółdzielczość nie będzie taką alternatywą dla systemu, jaką miała być za czasów Abramowskiego. - Ale idee Abramowskiego też pozostały społeczną utopią, może dlatego właśnie są dzisiaj atrakcyjne? W Drugiej Rzeczpospolitej ruch spółdzielczy był silny, ale nie stanowił ekonomicznej alternatywy, tylko element zagospodarowania ówczesnego systemu rynkowego. Owszem, można przyjąć, że spółdzielczość dla części uczestników tego ruchu była pewnego rodzaju bezkrwawą rewolucją, sposobem trwałego zmieniania stosunków społecznych poprzez takie, a nie inne, organizowanie systemu produkcji, konsumpcji czy dystrybucji określonych dóbr i usług. Ale to był taki kapitalizm bardziej uspołeczniony, ale jednak kapitalizm, a nie socjalizm.
I tak sprofilowany ruch spółdzielczy funkcjonuje także obecnie w krajach południowej Europy, gdzie jest trwałym elementem tamtejszych gospodarek. Tamtejsze spółdzielnie i kooperatywy to przedsiębiorstwa różnego formatu: i duże, i średnie, i małe. Ale wszystkie one funkcjonują w ramach stosunków rynkowych, także wówczas, gdy ich liderzy manifestują ideologiczny anarchizm. Po prostu, gdyby nie trzymały się na poziomie operacyjnym reguł rynkowej efektywności, wypadłyby z rynku.
- Które spośród tych rozmaitych rodzajów spółdzielni mają, Pana zdaniem, największą przyszłość w Polsce? Według różnych ocen, będą to rolnicze, socjalne i kooperatywy żywnościowe. - Zapotrzebowanie na bezpośredni lub z małą liczbą pośredników dostęp do produktów rolnych będzie najprawdopodobniej rosnąć. Obecna sytuacja, kiedy pośrednik (np. sklep wielkopowierzchniowy) czerpie tak duże zyski z obrotu, nie jest korzystna ani dla producenta, ani dla konsumenta, a nie przekłada się również na korzyści personelu pracowniczego sieci tych sklepów.
Racjonalne ekonomicznie jest w tej sytuacji dążenie do ominięcia takich „wsobnych” pośredników. Kooperatywy spożywcze to także dostęp do zdrowej żywności, która nie musi być certyfikowana ekologicznie, bo takie produkty certyfikowane okazują się bardzo drogie; nurt certyfikowanej zdrowej żywności to w dużej mierze odnoga biznesu z głównego nurtu, tyle że w odróżnieniu od sklepów wielko powierzchniowych, adresowana raczej do ludzi zamożnych.
Dla mniej zamożnych to kooperatywa spożywcza jest miejscem, gdzie można znaleźć to, czego się szuka: dobre jakościowo produkty spożywcze za niską cenę. Wydaje mi się, że w warunkach polskich jest również miejsce na niszowe, drobne przedsięwzięcia spółdzielcze, gdzie wspólnotowy, oparty na zaufaniu charakter działań jest po porostu efektywny. Ale to mogą być małe przedsięwzięcia, gdzie zgeneralizowane zaufanie wzajemne jest oparte na zaufaniu prywatnym: znamy tych, z którymi współdziałamy i liczymy na ich uczciwość.
Pojawia się pytanie o przyszłość spółdzielczości socjalnej. Zauważmy, że spółdzielczość socjalna została wypromowana odgórnie, nie przez ruch oddolny. Tworzenie, a w szczególności wspieranie spółdzielni socjalnych to sposób zagospodarowania środków unijnych na tzw. aktywną politykę rynku pracy i przeciwdziałanie wykluczeniu społecznemu. Nie wiadomo, co będzie, gdy te środki za kilka lat się skończą. To dotyczy zresztą i wielu innych przedsięwzięć, które były wspierane w tej unijnej logice projektowo-dotacyjnej. Ale marka została rozpropagowana i można powiedzieć, że zyskała społeczną legitymację. Wiedza o tym, że spółdzielnie socjalne mogą być instrumentem wykorzystanym na rzecz rozwoju lokalnego, czy reintegracji zawodowej i społecznej stała się wśród decydentów samorządowych oraz liderów organizacji trzeciego sektora dosyć powszechna. - Pierwszą próbą odświeżenia idei kooperatyzmu i spółdzielczości socjalnej był projekt Budujemy nowy Lisków, odwołujący się do tradycji z początku XX wieku. Chodziło o stworzenie miejsc pracy i reintegrację na rynku osób trwale bezrobotnych. Nie przyniósł wielkiego sukcesu. - Ten projekt realizowaliśmy w latach 2004-2006, w ramach Inicjatywy Wspólnotowej EQUAL w partnerstwie Fundacji Instytut Spraw Publicznych, Akademii Rozwoju Filantropii w Polsce i WRZOSu, we współpracy z czterema partnerstwami lokalnymi z województwa warmińsko-mazurskiego oraz lubelskiego. Rzeczywiście, chcieliśmy przywrócić przekonanie, że mamy polskie korzenie przedsiębiorczości społecznej, że nie jest to implant z Włoch, tylko nasze własne tradycje, których ikoną jest tzw. wieś wzorcowa - Lisków.
Siła tego projektu equalowskiego polegała na tym, że można było realnie dokapitalizować konkretne przedsięwzięcie gospodarcze, czyli dostać i przekazać pieniądze na rozkręcenie takich lokalnych inicjatyw. Później, po zakończeniu Inicjatywy EQUAL, można było pozyskiwać pieniądze już głównie na „obudowywanie” spółdzielczości, a więc na szkolenia dla spółdzielców, na doradztwo, ale nie można było już dokapitalizować samych inwestycji. Wydaje się więc, że w EQUALu pieniądze były dobrze alokowane.
Generalnie jednak specyfiką działalności na rynku jest, że część inicjatyw, nawet najlepiej przygotowanych, po prostu nie wytrzymuje próby czasu. Istnieje ryzyko ekonomiczne, którego nie można zniwelować.
- Czy ten nowy kooperatyzm może być instrumentem polityki społecznej? Edukacji obywatelskiej? - Może, ale nie widzę tym zainteresowania wśród decydentów, którzy odpowiadają za politykę społeczną. Wydaje mi się, że większe szanse ma tu mikroprzedsiębiorczość, rozumiana bardziej w kategoriach indywidualnych działalności gospodarczych niż działań spółdzielczych. Ale czy owa mikroprzesiębiorczość ma od razu walor obywatelski? Może mieć, ale nie musi.
Obywatelskość to jest trwała orientacja na działanie na rzecz wspólnoty, to zdolność przekraczania prywatności. Można dojść do wniosku, że prowadzenie dobrego lokalnego biznesu wymaga pewnego zaangażowania społecznego czy obywatelskiego, bo wtedy po prostu są niższe koszty transakcyjne. A więc, jeśli robię pewne rzeczy na rzecz społeczności, to pewnych ludzi znam, mam do nich zaufanie, a oni do mnie, mój własny prywatny biznes prosperuje lepiej, po niższych kosztach, z mniejszym ryzykiem. Przy takim rozpoznaniu „definicji sytuacji” prowadzeniu działalności gospodarczej może towarzyszyć aktywność obywatelska. Podobnie rzecz się ma ze spółdzielczością.
Obywatelskość pojawia się wówczas, gdy aktywność przekracza element wzajemnościowej orientacji na korzyść spółdzielców i w ten sposób firma społeczna staje się kołem zamachowym rozwoju lokalnego. Tak, jak to było w przedwojennym Liskowie w przypadku animowanej przez księdza-społecznika Wacława Blizińskiego spółki „Gospodarz”. Tak być może, ale nie musi.
- Kooperatyzm wpisuje się w ogólnie obserwowane procesy społeczne, których przejawem są ruchy miejskie, tworzenie się małych wspólnot mieszkaniowych, itd.
- Nowe ruchy miejskie mają sporo wspólnego z renesansem idei kooperatyzmu, łączy je sprzeciw wobec stosunków ekonomicznych, w których zysk inwestora dominuje nad korzyścią społeczną. Kooperatywa jest formą sprzeciwu wobec handlu opartego na sklepach wielkopowierzchniowych, który maksymalizuje korzyść inwestora-pośrednika kosztem konsumentów, producentów i dostawców lokalnych. Nowy ruch miejski jest zaś sprzeciwem wobec grodzonych osiedli, gdzie stawia się stłoczone bloki wielorodzinne, nie ma przestrzeni wspólnej, ale jest wysoki zysk inwestora.
Współczesny korporacjonizm i nowe ruchy miejskie łączy także pewna wrażliwość lewicowa. Ale nie można z podkreślaniem tej orientacji lewicowej przesadzać, bo w ruchu spółdzielczym od początku funkcjonują równolegle nurty: lewicowy, chrześcijański i liberalny, i także we współczesnych ruchach miejskich odnajdziemy aktywistów o różnorodnej orientacji ideowej. Ważniejszym elementem łączącym jest tu, moim zdaniem, odpowiedź na realne potrzeby społeczne, pomijane lub marginalizowane przez korporacyjnie zorientowany biznes „głównego nurtu”.
- A nieformalne grupy, jak np. skłotersi. W jakimś sensie oni też tworzą kooperatywy.
- Ja bym podkreślił raczej znaczenie współczesnych prób rewitalizacji sąsiedztwa niż alternatywnych form zamieszkiwania. Ruchy sąsiedzkie to trzeci, obok renesansu idei kooperatyzmu oraz nowych ruchów miejskich, przejaw oddolnej społecznej samoorganizacji. Myślę, że owa praktyka społeczna jest tu ważniejsza niż aspekty ideologiczne. - Dziękuję za rozmowę. Niedawno powstało Laboratorium Kooperacji, które „tworzy przestrzeń do dzielenia się wiedzą i doświadczeniami na temat teorii i praktyki współdziałania”. Laboratorium jest nieformalną inicjatywą, której członkowie reprezentują różne ośrodki uniwersyteckie oraz instytucje społeczne. Wspierają ją dwa uniwersytety: Warszawski oraz im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Laboratorium zorganizowało cykl sympozjów poświęconych kooperatyzmowi.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1311
W Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie 16.05.19 odbyła się konferencja naukowa poświęcona stworzeniu i wprowadzeniu do polskiej gospodarki 25 lat temu "Strategii dla Polski" autorstwa prof. Grzegorza Kołodki. Konferencję otworzył gospodarz uczelni, prof. Andrzej Koźmiński, którego wystąpienie publikujemy poniżej.
Przypadła mi dziś w udziale rola otwierającego obrady czyli odźwiernego. Odźwierny powinien pokłonić się gościom i powitać ich, co niniejszym czynię. Jako stary odźwierny szczególnie witam Profesora Kieżuna. Na tym w najczęściej rola odźwiernego w teatrze się kończy. Ale różne bywają scenariusze. Na przykład w Makbecie znajdziemy następujący opis roli odźwiernego: „odźwierny śmiesznie się gramoli przy bramie, gada niby złośliwie”. Postanowiłem pójść przez chwilę tą drogą w granicach czasowych teatralnego epizodu.
Zacznę od wyrażenia podziwu dla „Strategii dla Polski”. Ta koncepcja zadziałała. Ale to sytuacja absolutnie wyjątkowa. I dlatego interesuje mnie przede wszystkim pytanie: jak to było możliwe? Jaki układ instytucjonalno-personalny i zapewnił jej sukces? Jakie były mechanizmy zarządzania rozsądną zmianą? To według mnie znacznie ciekawsze i ważniejsze, aniżeli znana treść i bilans efektów.
Na tle tego stwierdzenia rodzi się fundamentalne pytanie: czy da się dzisiaj powtórzyć Strategię dla Polski? Aby na nie odpowiedzieć, trzeba zdać sobie sprawę z tego, że wszystkie trzy słowa składające się na ten koncept mają dziś zupełnie inne znaczenie niż 25 lat temu.
Pojęcie strategii zmieniło swoje znaczenie radykalnie w ciągu ostatnich 25 lat. W warunkach uogólnionej niepewności politycznej, geopolitycznej, technologicznej, rynkowej przestało się odnosić do konkretnych przedsięwzięć biznesowych, a jedynie do ogólnych koncepcji tworzenia i przechwytywania wartości. Całkowitym anachronizmem wydają się koncepcje „narodowych czempionów” itp., zwłaszcza kontrolowanych przez państwową biurokrację. Vide - nieszczęśliwy, choć kolosalnie kosztowny francuski romans z elektroniką, czy włoska Cassa Per il Mezzogiorno.
Małe słówko „dla” także zasługuje na uwagę we współczesnych realiach społeczno-politycznych. Oznacza ono, że ktoś (eksperci) przygotował dla kogoś (społeczeństwa, narodu) strategię do zrealizowania. Kojarzy mi się to z tytułem, bo nie z treścią, niegdysiejszego filmu Stanisława Lenartowicza „Pigułki dla Aurelii”. Otóż Aurelia nie chce pigułek, chce wyłącznie cukierków. Aurelia nie wierzy lekarzom ani farmaceutom, którzy przekonują, że w dłuższym czasie cukierki szkodzą. Aurelia skłania się ku antyszczepionkowcom i płaskoziemcom. I to ona decyduje. Nie chce, by elity przygotowywały dla niej pigułki. Aurelia sama wie lepiej, trzeba tylko prawidłowo odczytać jej życzenia.
Także i pojęcie „Polska” ma dziś zmienione znaczenie. Bez względu na taką czy inną retorykę, międzynarodowe, a nawet globalne łańcuchy zaopatrzenia funkcjonują i zacieśniają się realnie, podobnie jak międzynarodowe (a zwłaszcza europejskie) sieci wzajemnie wiążących zobowiązań. Polska nie jest dziś w stanie samodzielnie określić swojej strategii (a ściślej - długofalowych programów) w takich kluczowych obszarach jak: energia, transport, ochrona środowiska, polityka handlowa czy finansowa. Drogą są multilateralne negocjacje. Bełkotliwych, a zwłaszcza chełpliwych, monologów nikt poważny słuchać nie będzie.
Na koniec ośmielę się powtórzyć raz jeszcze pytanie, które zadałem 25 lat temu: „Kto zrealizuje Strategię dla Polski?”. Nie widać tego demiurga ani w wymiarze politycznym, ani instytucjonalnym.
Nadchodzą halabardnicy i głowni bohaterowie. Pora kończyć kwestię odźwiernego, który powinien schować się do swojej budki przy bramie. Drzwi do agory (przez małe a) są otwarte…
Andrzej Koźmiński
Relację z tej konferencji pt. „Refleksje ekonomistów” zamieszczamy w tym numerze SN.