Ekonomia (el)

"Wielki reset" WEF

Utworzono: wtorek, 25 październik 2022 Anna Leszkowska

Globalistyczne Światowe Forum Ekonomiczne w Davos ogłasza konieczność osiągnięcia ogólnoświatowego celu „zerowej emisji dwutlenku węgla netto” do 2050 roku. Dla większości brzmi to daleko w przyszłości i dlatego jest w dużej mierze ignorowane. Jednak przemiany zachodzące od Niemiec do USA, do niezliczonych innych gospodarek, przygotowują grunt pod stworzenie tego, co w latach siedemdziesiątych nazywano Nowym Międzynarodowym Porządkiem Gospodarczym.
W rzeczywistości jest to projekt globalnego technokratycznego totalitarnego korporacjonizmu, który obiecuje ogromne bezrobocie, deindustrializację i załamanie gospodarcze z założenia.

Najpierw trochę tła

Światowe Forum Ekonomiczne Klausa Schwaba (WEF) promuje obecnie jego ulubiony temat, Wielki Reset światowej gospodarki. Kluczem do tego wszystkiego jest zrozumienie, co globaliści mają na myśli przez Net Zero Carbon do 2050 roku.
UE prowadzi w wyścigu z odważnym planem, aby do 2050 r. stać się pierwszym na świecie kontynentem „neutralnym pod względem emisji dwutlenku węgla” i zmniejszyć emisje CO2 o co najmniej 55% do 2030 r.
W poście na swoim blogu z sierpnia 2020 r. samozwańczy globalny car szczepionek Bill Gates napisał o nadchodzącym kryzysie klimatycznym:
„Choć ta pandemia jest okropna, zmiany klimatyczne mogą być gorsze… Stosunkowo niewielki spadek emisji w tym roku wyjaśnia jedną rzecz: nie możemy osiągnąć zerowej emisji po prostu – lub nawet w większości – latając i jeżdżąc mniej”.
Dzięki wirtualnemu monopolowi na media głównego nurtu, a także media społecznościowe, lobby globalnego ocieplenia zdołało doprowadzić większość świata do założenia, że najlepszym dla ludzkości jest wyeliminowanie węglowodorów, w tym ropy naftowej, gazu ziemnego, węgla, a nawet „wolnej od węgla” energii jądrowej do 2050 r., dzięki czemu, miejmy nadzieję, unikniemy wzrostu średniej temperatury na świecie o 1,5 do 2 stopni Celsjusza. Jest z tym tylko jeden problem. To przykrywka dla diabelskiego, ukrytego planu.

Początki „globalnego ocieplenia”

Wielu zapomniało o oryginalnej tezie naukowej wysuniętej w celu uzasadnienia radykalnej zmiany naszych źródeł energii. To nie była „zmiana klimatu”. Klimat Ziemi ulega ciągłym zmianom, skorelowanym ze zmianami w emisji rozbłysków słonecznych lub cyklami plam słonecznych wpływających na klimat Ziemi.
Na przełomie tysiącleci, gdy poprzedni cykl ocieplenia spowodowany przez słońce nie był już widoczny, Al Gore i inni przenieśli narrację w językowej sztuczce do „zmiany klimatu” z globalnego ocieplenia. Teraz narracja o strachu stała się tak absurdalna, że każde dziwaczne wydarzenie pogodowe jest traktowane jako „kryzys klimatyczny”. Każdy huragan lub burza zimowa jest uważany za dowód na to, że bogowie klimatu karzą nas grzesznych emitujących CO2 ludzi.

Ale chwila. Całkowitym powodem przejścia na alternatywne źródła energii, takie jak słońce lub wiatr, i porzucenia źródeł energii z węgla, jest ich twierdzenie, że CO2 jest gazem cieplarnianym, który w jakiś sposób unosi się do atmosfery, gdzie tworzy koc, który rzekomo ogrzewa Ziemię… Globalnie ociepla. Emisje gazów cieplarnianych według amerykańskiej Agencji Ochrony Środowiska pochodzą głównie z CO2. Stąd koncentracja na „śladach węglowych”.
Prawie nigdy nie mówi się, że CO2 nie może wzbijać się do atmosfery ze spalin samochodowych, elektrowni węglowych lub innych źródeł wytworzonych przez człowieka. Dwutlenek węgla to nie węgiel ani sadza. Jest niewidzialnym, bezwonnym gazem niezbędnym do procesu fotosyntezy i wszystkich form życia na Ziemi, w tym także nas. CO2 ma masę cząsteczkową nieco ponad 44, podczas gdy powietrze (głównie tlen i azot) ma masę cząsteczkową tylko 29.
Ciężar właściwy CO2 jest około 1,5 raza większy niż powietrza. To sugerowałoby, że gazy spalinowe CO2 z pojazdów lub elektrowni nie unoszą się do atmosfery około 12 mil lub więcej nad Ziemią, tworząc budzący postrach efekt cieplarniany.

Aby docenić to, jakie działania przestępcze rozwijają się dzisiaj wokół Gatesa, Schwaba i zwolenników rzekomej „zrównoważonej” światowej gospodarki, musimy cofnąć się do 1968 roku, kiedy David Rockefeller i jego przyjaciele stworzyli ruch wokół idei, że konsumpcja i wzrost populacji są głównym światowym problemem. Rockefeller, którego bogactwo opierało się na ropie naftowej, stworzył neomaltuzjański Klub Rzymski w willi Rockefellera w Bellagio we Włoszech. Ich pierwszym projektem było sfinansowanie śmieciowego badania na MIT o nazwie Granice wzrostu w 1972 roku.

Kluczowym organizatorem programu „zerowego wzrostu” Rockefellera na początku lat 70. był jego wieloletni przyjaciel, kanadyjski naftowiec Maurice Strong, również członek Klubu Rzymskiego. W 1971 Strong został mianowany podsekretarzem ONZ i sekretarzem generalnym konferencji Dnia Ziemi w Sztokholmie w czerwcu 1972 roku. Był także powiernikiem Fundacji Rockefellera.
Maurice Strong był kluczowym, wczesnym propagatorem nieuzasadnionej naukowo teorii, że emisje powodowane przez człowieka z pojazdów transportowych, elektrowni węglowych i rolnictwa spowodowały dramatyczny i przyspieszający globalny wzrost temperatury, który zagraża cywilizacji, tzw. globalne ocieplenie. Wymyślił elastyczny termin „zrównoważony rozwój”.

Jako przewodniczący sztokholmskiej konferencji ONZ z okazji Dnia Ziemi w 1972 r. Strong promował redukcję populacji i obniżenie standardów życia na całym świecie w celu „ratowania środowiska”. Kilka lat później ten sam Strong stwierdził:
„Czyż jedyną nadzieją dla planety nie jest upadek cywilizacji uprzemysłowionych? Czy to nie jest naszym obowiązkiem?
Jest to program znany dziś jako Wielki Reset lub Agenda ONZ 2030.

Strong kontynuował tworzenie Międzyrządowego Zespołu ONZ ds. Zmian Klimatu (IPCC), organu politycznego, który promuje nieudowodnione twierdzenie, że emisje CO2 powodowane przez człowieka wkrótce doprowadzą nasz świat do nieodwracalnej katastrofy ekologicznej.

Współzałożyciel Klubu Rzymskiego, dr Alexander King, kilka lat później przyznał się do zasadniczego oszustwa ich programu ochrony środowiska w swojej książce Pierwsza globalna rewolucja. Stwierdził:
Poszukując nowego wroga, który nas zjednoczy, wpadliśmy na pomysł, że zanieczyszczenie, groźba globalnego ocieplenia, niedobory wody, głód itp. pasują do rachunku… Wszystkie te zagrożenia są spowodowane interwencją człowieka i to tylko poprzez zmienione postawy i zachowania, które można przezwyciężyć. Prawdziwym wrogiem jest więc sama ludzkość”.
King przyznał, że „zagrożenie globalnym ociepleniem” było jedynie wybiegiem mającym usprawiedliwić atak na „samą ludzkość”
. Obecnie jest to wprowadzane jako Wielki Reset i podstęp Net Zero Carbon.

Katastrofa alternatywnych źródeł energii

W 2011 r., za radą Joachima Schnellnhubera z Poczdamskiego Instytutu Badań nad Wpływem Klimatu (PIK), Angela Merkel i rząd niemiecki nałożyli całkowity zakaz używania energii jądrowej do 2022 r., w ramach rządowej strategii z 2001 r. zwanej Energiewende lub Energy Turn, aby polegać na energii słonecznej i wiatrowej oraz innych „odnawialnych źródłach energii”. Celem było uczynienie z Niemiec pierwszego kraju uprzemysłowionego, który będzie „neutralny pod względem emisji dwutlenku węgla”.

Strategia okazała się katastrofą gospodarczą. Wychodząc z jednej z najbardziej stabilnych, tanich i niezawodnych sieci wytwarzania energii elektrycznej na świecie, Niemcy stały się dziś najdroższym producentem energii elektrycznej na świecie. Według niemieckiego stowarzyszenia branży energetycznej BDEW, najpóźniej do 2023 roku, kiedy zamknie się ostatnia elektrownia jądrowa, Niemcy staną w obliczu niedoborów energii elektrycznej.
Jednocześnie węgiel, największe źródło energii elektrycznej, jest wycofywany, aby osiągnąć poziom zerowej emisji dwutlenku węgla. Tradycyjne energochłonne branże, takie jak stal, produkcja szkła, podstawowych chemikaliów, produkcja papieru i cementu, stoją w obliczu rosnących kosztów, przestojów lub offshoringu i utraty milionów wykwalifikowanych miejsc pracy. Niewydajny energetycznie wiatr i energia słoneczna kosztuje dziś od 7 do 9 razy więcej niż gaz.

Niemcy mają niewiele słońca w porównaniu z krajami tropikalnymi, więc wiatr jest postrzegany jako główne źródło zielonej energii. Do produkcji farm słonecznych lub wiatrowych potrzebny jest ogromny wkład betonu i aluminium. Do produkcji potrzebna jest tania energia – gaz, węgiel lub energia jądrowa. Ponieważ jest to wycofywane, koszty stają się zaporowe, nawet bez dodatkowych „podatków węglowych”.

Niemcy mają już około 30 000 turbin wiatrowych, więcej niż gdziekolwiek indziej w UE. Gigantyczne turbiny wiatrowe stwarzają poważne problemy związane z hałasem lub infradźwiękami, które stanowią zagrożenie dla zdrowia mieszkańców w pobliżu ogromnych konstrukcji oraz są zagrożeniem dla ptaków. Szacuje się, że do 2025 roku 25% istniejących niemieckich wiatraków będzie wymagało wymiany, a utylizacja odpadów będzie ogromnym problemem. Firmy są pozywane, ponieważ obywatele zdają sobie sprawę z ich katastrofy. Niedawno Deutsche Bank przyznał, że aby osiągnąć cele do 2030 r., państwo będzie musiało stworzyć „ekologiczną dyktaturę”.

W tym samym czasie Niemcy dążą do likwidacji transportu wykorzystującego benzynę lub olej napędowy do 2035 r. na rzecz e-pojazdów, aby zniszczyć największy i najbardziej dochodowy przemysł w Niemczech, sektor motoryzacyjny, oraz zlikwidować miliony miejsc pracy.
Pojazdy zasilane bateriami litowo-jonowymi mają całkowity „ślad węglowy”, jeśli uwzględni się skutki wydobycia litu i produkcji wszystkich części, czyli gorzej niż samochody z silnikiem Diesla.
Ale ilość dodatkowej energii elektrycznej potrzebnej do zerowej emisji dwutlenku węgla w Niemczech do 2050 r. musiałaby być znacznie większa niż obecnie, ponieważ miliony ładowarek będą potrzebować energii elektrycznej z sieci o niezawodnej mocy. Teraz Niemcy i UE zaczynają nakładać nowe „podatki węglowe”, rzekomo w celu sfinansowania przejścia na zerową emisję dwutlenku węgla. Podatki tylko podniosą ceny energii i prądu, gwarantując szybszy upadek niemieckiego przemysłu.

Wyludnienie

Według tych, którzy propagują program Zero Carbon, tego właśnie pragną: deindustrializacji najbardziej zaawansowanych gospodarek, obliczonej na dziesięciolecia strategii, jak powiedział Maurice Strong, aby doprowadzić do upadku cywilizacji uprzemysłowionych.
Przekształcenie obecnej światowej gospodarki przemysłowej, cofnięcie jej do opalania drewnem, wiatraka, zmieniających ją w dystopię, w której przerwy w dostawie prądu stają się normą, tak jak teraz w Kalifornii, jest istotną częścią transformacji Wielkiego Resetu w ramach Agendy 2030: Globalny Porozumienie ONZ na rzecz Zrównoważonego Rozwoju.

Doradca Merkel ds. klimatu, Joachim Schnellnhuber, w 2015 r. przedstawił radykalny zielony program papieża Franciszka, encyklikę Laudato Si, jako nominację do Papieskiej Akademii Nauk. I doradzał UE w sprawie jej ekologicznej agendy. W wywiadzie z 2015 r. Schnellnhuber oświadczył, że „nauka” ustaliła teraz, że maksymalna nośność „zrównoważonej” populacji ludzkiej wynosi około sześciu miliardów mniej osób:
„W bardzo cyniczny sposób jest to triumf nauki, ponieważ w końcu coś ustabilizowaliśmy – mianowicie szacunki dotyczące nośności planety, a mianowicie poniżej 1 miliarda ludzi”.

Aby tego dokonać, świat uprzemysłowiony musi zostać zdemontowany.
Christiana Figueres, współtwórca programu Światowego Forum Ekonomicznego i była sekretarz wykonawczy Ramowej konwencji ONZ w sprawie zmian klimatu, ujawniła prawdziwy cel programu klimatycznego ONZ na konferencji prasowej w Brukseli w lutym 2015 r., w której stwierdziła: „pierwszy raz w historii ludzkości stawiamy sobie zadanie celowej zmiany modelu rozwoju gospodarczego, który panuje od rewolucji przemysłowej”.

Uwagi Figueres z 2015 r. zostały powtórzone przez francuskiego prezydenta Macrona podczas „Agendy w Davos” Światowego Forum Ekonomicznego w styczniu 2021 r., gdzie stwierdził, że „w obecnych okolicznościach model kapitalistyczny i otwarta gospodarka nie są już możliwe”. Macron, były bankier Rothschildów, twierdził, że „jedynym sposobem na wydostanie się z tej epidemii jest stworzenie gospodarki, która jest bardziej skoncentrowana na wyeliminowaniu przepaści między bogatymi a biednymi”.

Merkel, Macron, Gates, Schwab i przyjaciele zrobią to, obniżając standard życia w Niemczech i państwach OECD do poziomu Etiopii lub Sudanu. To jest ich dystopia zerowego węgla. Poważnie ogranicz podróże lotnicze, samochodowe, przemieszczanie się ludzi, zamykając „zanieczyszczający” przemysł, a wszystko to w celu zmniejszenia emisji CO2. Niesamowite, jak wygodnie pandemia koronawirusa przygotowała grunt pod Wielki Reset i Agendę ONZ 2030 Net Zero Carbon.
F. William Engdahl

F. William Engdahl jest konsultantem ds. ryzyka strategicznego i wykładowcą, ukończył studia polityczne na Uniwersytecie Princeton i jest autorem bestsellerów na temat ropy naftowej i geopolityki, wyłącznie dla internetowego magazynu „New Eastern Outlook”, w którym ten artykuł został pierwotnie opublikowany.
Jest współpracownikiem naukowym Centrum Badań nad Globalizacją.

Powyższy tekst - The “Great Zero Carbon” Conspiracy and the WEF’s “Great Reset” pochodzi z portalu Global Research - https://www.globalresearch.ca/great-zero-carbon-criminal-conspiracy/5736707

 

Bez równości i braterstwa

Utworzono: poniedziałek, 25 wrzesień 2017 Anna Leszkowska

Z dr. hab. Michałem Brzezińskim z Wydziału Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego rozmawia Anna Leszkowska

 

- Z przytoczonych przez pana na czerwcowej konferencji Komitetu Prognoz PAN badań wynika, iż nierówności w Polsce w ostatnich 25 latach wzrosły o 20-25%, ale jeśli badać je według zeznań podatkowych – o 40-50%. Te dane w środowisku naukowym przyjmowane są z niedowierzaniem…


michal brzezinski- Do badań naukowych możemy mieć tylko dane cząstkowe, głównie z ankiet, które nie obejmują najbogatszych Polaków z uwagi na małą liczebność tej grupy. Zresztą ci bogaci – nawet, jeśli do nich docieramy z ankietami – na ogół odmawiają odpowiedzi na pytania badacza. Tajemnica dochodów w Polsce jest bowiem uwarunkowana kulturowo.

W krajach zachodnich badacze od paru lat dysponują lepszymi danymi podatkowymi z różnych grup społecznych, także najbogatszych; mogą też łączyć przy badaniu nierówności dane ankietowe z dochodowymi. W Polsce ministerstwo finansów gromadzi informacje podatkowe, niemniej nie udostępnia ich naukowcom z uwagi na wrażliwe dane. Z tego źródła możemy się jedynie dowiedzieć ilu obywateli jest w danej grupie podatkowej. Są to niedokładne dane, bo dotyczą tylko dwóch grup podatkowych.
Na tej podstawie można powiedzieć tylko tyle, jaki jest udział 5% najbogatszych Polaków w całkowitym dochodzie narodowym. A to jest inna miara nierówności niż współczynnik Giniego, odnosi się tylko do części społeczeństwa, pozwala zobaczyć, ile wynosi udział jednego lub pięciu procent najbogatszych w całkowitym dochodzie. I tu okazuje się, że nierówności liczone na podstawie udziału najbogatszych w dochodzie narodowym wzrosły po 89 roku do 40-50%, czyli dwa razy więcej niż pokazały to badania ankietowe.
Planuje się w Polsce badania współczynnika Giniego z połączeniem tych dwóch źródeł – one zapewne pokażą, że współczynnik ten jest znacznie wyższy niż dotychczasowy, obliczony na podstawie tylko badań ankietowych.


- Badania pokazały też, że nierówności dochodowe w Polsce są największe w Europie, jeśli pominąć Rosję?


- Problem braku dokładnych danych powoduje niepewność w formułowaniu wyników badań. Nie wiemy więc dokładnie jak duże są nierówności w Polsce, ale też w innych krajach postsocjalistycznych. Badania ankietowe wszędzie zafałszowują takie dane, zwłaszcza w przypadku grup najbogatszych, stąd brakujące dane o dochodach tej grupy można próbować oszacować z rachunków narodowych.
Oczywiście, ten błąd oszacowania może być bardzo duży, ale okaże się to dopiero wówczas, kiedy i inne kraje zaczną porównywać i dopasowywać dane ankietowe z podatkowymi. Możliwe, że wówczas okaże się, że nie jesteśmy pod względem nierówności na drugim, ale np. na piątym miejscu w Europie.
Na razie wiadomo, że nierówności w Polsce są w rzeczywistości większe, niż by to wynikało tylko z badań ankietowych - zupełnie niewiarygodnych odnośnie dochodów bogatych. Bo w próbie badawczej mamy bardzo niewiele osób o dochodach netto np. powyżej 10 tys. zł. Brakuje w niej przedsiębiorców, menedżerów, których dochody są znacznie wyższe.


- Czy wiadomo, jakie są powody nierówności w Polsce? Na świecie uznaje się za takie m.in. globalizację, ale czy w Polsce to ona jest najważniejszym czynnikiem rozwarstwienia?


- W Polsce globalizacji nie można uznać za najważniejszą przyczynę rozwarstwienia, ale nie ma wielu badań na ten temat, bo jest to zagadnienie trudne do zbadania. Obracamy się bardziej w obszarze konkurencyjnych hipotez i nic nie wiemy na pewno. Większość przeprowadzanych badań dotyczy krajów zachodnich.
Z tego, co wiemy na pewno, to że wzrost nierówności w Polsce dokonał się raczej z powodów zmiany ustrojowej. W socjalizmie mieliśmy dość spłaszczone płace i ludzie lepiej wykształceni nie mogli zarabiać stosownie do swoich kwalifikacji. Po roku 1990 nastąpiła eksplozja płac takich pracowników.
Po drugie, do Polski weszły zagraniczne firmy, które płaciły lepiej niż krajowe. Przez długi czas zatem rosnąca premia płacowa wynikająca z wyższego wykształcenia zwiększała nierówności. Ona jest nadal bardzo duża, choć powoli maleje, bo mamy coraz więcej ludzi wysoko wykształconych, a różnica w zarobkach między licznymi już osobami wysoko wykształconymi a średnio wykształconymi maleje, niemniej jest ciągle wysoka i większa niż w większości krajów zachodnich.
Globalizacja przyczyniła się do rozwarstwienia społecznego w Polsce głównie z tego powodu, że pojawiły się u nas firmy zagraniczne, światowe koncerny, które płaciły i płacą lepiej niż rodzime.


- A czy sektor finansowy, sprawca światowego kryzysu w 2008 roku nie przyczynił się i u nas do zwiększenia nierówności?


- Na świecie są badania, które pokazują, że deregulacja tego sektora w krajach wysokorozwiniętych, która się odbyła na przełomie lat 80. i 90. przyczyniła się tam do wzrostu nierówności, natomiast w Polsce w tamtym okresie tego zjawiska nie było, bo sektor finansowy był państwowy. W Polsce jednak nie było na ten temat badań, można tylko spekulować. Wydaje mi się jednak, że są ważniejsze powody niż sektor finansowy, jeżeli chodzi o wzrost nierówności w Polsce. To na pewno sprawa dekompresji płac i wzrost premii edukacyjnej w latach 90., oraz zmiana polityki państwa odnośnie podatków, które przynajmniej po 2004 roku prowadzą do zmniejszenia progresywności. System podatkowy w Polsce jest bowiem liniowy, albo lekko degresywny – biedni płacą stosunkowo większe podatki niż bogaci. Badania, jakie na ten temat mamy sprzed kilkunastu lat pokazują, że w całym przedziale dochodów: od umiarkowanie małych do bardzo dużych podatek był właściwie liniowy. Czyli PIT, składki na ubezpieczenia społeczne – praktycznie wszyscy płacili tyle samo, podczas gdy w krajach zachodnich istnieje progresywność.
Ta degresywność w podatku dochodowym pogłębiła się ok. 2005 roku, kiedy wprowadzono wiele zmian, na których bardziej korzystali bogaci, np. ulgi na dzieci, których nie można w całości odpisać od podatku, w rezultacie czego bardziej korzystała z nich klasa średnia niż biedni. To samo z było z likwidacją trzeciej stawki podatkowej ustawą z 2006 roku (zaczęła obowiązywać od 2009), czy podatku od spadków. Takie decyzje spowodowały, że system podatkowy sprzyjał osobom najlepiej zarabiającym.

Ale badań dotyczących wpływu regulacji podatkowych na rozwarstwienie prowadzi się mało – może są mało interesujące? Pokazuje to, że większość elit i duża część społeczeństwa jest na nierówności społeczne niewrażliwa. Zapominamy też, że polskie społeczeństwo na początku lat 90. nierównościami społecznymi znów się tak nie przejmowało, a elity w ogóle, nawet te lewicowe. W badaniach ankietowych CBOS procent badanych zaniepokojonych rozwarstwieniem nie był duży. Ludzie chcieli się bogacić, zarabiać więcej. Mówili o tym tylko nieliczni ekonomiści, niszowi, ale główny nurt tym się nie przejmował, bo był zachłyśnięty wolnością, demokracją, itd.

Nierówności nie były ani przedmiotem badań, ani starań polityków, nie były ujmowane w programach politycznych, nikogo ten temat nie obchodził, więc to odbijało się w polityce. Także na polityce redystrybucji, która była marna, ale i na polityce dotyczącej rynku pracy. Ta ostatnia była bardzo liberalna - począwszy od rozluźnienia zatrudnienia, po ułatwienia przejścia na emeryturę, co było formą transferów społecznych, gdyż emerytury i renty są w Polsce czynnikiem zmniejszającym nierówności.

W deregulacji rynku pracy poszliśmy tak daleko, że powstał rynek pracy tzw. dobry, na którym zatrudniano pracowników na umowy o pracę i zły, gdzie zatrudniano na umowy zlecenia, bez gwarancji najniższej pensji i bez żadnych przywilejów pracowniczych.
Z badań Eurostatu dotyczących okresu, gdzie jeszcze w umowach-zleceniach nie obowiązywała płaca minimalna, udział pracujących biednych w Polsce był jednym z największych, o ile nie największy w Europie. Nierówności dotyczące samych płac, nie licząc dochodów, też się kształtowały na bardzo wysokim poziomie, z czego widać, że polityka państwa sprzyjała nierównościom.
Sprzyjał im również brak silnych związków zawodowych, na co wpłynęła i polityka państwa, i zmiany technologiczne, które spowodowały zmniejszenie zatrudnienia w firmach, i wzrost sektora usług, którego cechą jest niskie zatrudnienie i niskie płace.


- Dlaczego teraz ekonomiści zainteresowali się nierównościami?


- Nie powiedziałbym, że w Polsce to zainteresowanie jest duże i nie widzę, żeby tym problemem zaczęto się bardziej interesować. Jest to obszar marginalny i w dyskursie politycznym niewidoczny. Co prawda, prezes Kaczyński wspomniał, że czyta Piketty’ego, a PiS niekiedy mówi o nierównościach, wprowadza też różne polityki socjalne.


- Np. program 500+, który zmniejsza nierówności, ale wobec którego jest pan krytyczny…


- Nie wiadomo, jaki jest cel programu 500+ , bo oficjalne cele, jakie głoszą politycy nie muszą się zgadzać z celami rzeczywistymi. Program był przedstawiany jako sprzyjający większej dzietności, natomiast sam prezes Kaczyński powiedział, że jego celem jest likwidacja nędzy, a to jest element redystrybucyjny, ale niekoniecznie związany z nierównością. To dwie różne rzeczy, choć związane ze sobą, bo np. możemy redukować nierówność, a nie zmniejszać ubóstwa. I ten program na pewno redukuje ubóstwo skrajne, ale też kieruje ogromne pieniądze do bogatych.
Każdemu, kto ma przynajmniej dwoje dzieci daje po trochu, zatem jest nieefektywny, jeśli chodzi o zmniejszanie nierówności.


- Został źle zaprojektowany?


- Nie wiadomo, bo nie znamy rzeczywistego powodu jego wprowadzenia. Bo jeżeli celem jest dystrybucja dużych środków do znacznej części społeczeństwa po to, żeby kupić sobie poparcie w wyborach, to program ten być może cel spełnił. Trochę zmniejszył ubóstwo, trochę wpłynął na dzietność, a przy tym nie wykluczył bogatych. Wszyscy są zadowoleni. Z politycznego punktu widzenia jest to idea genialna.
Wszyscy od dawna wiedzieli, ale się tym nie przejmowali, że jeśli chodzi o redystrybucję dochodu, to dzieci są niedowartościowane od początku zmiany ustroju. Politycy bowiem zadbali głównie o emerytów, aby ich emerytury - niewysokie w stosunku do płac – nie były zbyt niskie. Inaczej było z dziećmi – transfery na nie były w Polsce jednymi z niższych w Europie. One stopniowo rosły - pojawiały się ulgi na dzieci - ale nadal to nie polepszało znacząco ich sytuacji.
Dopiero program PiS był tu przełomem, choć bardziej niż ten program efektywna jest pomoc społeczna, która trafia do rzeczywiście biednych. Program 500+ trafia do wszystkich: biednych i bogatych.
Więc choć na pewno skrajne ubóstwo dzieci zostało znacznie zredukowane, to za połowę tych środków można było zlikwidować całe ubóstwo, także starszych osób.


- A dlaczego przyjmujemy, że nierówności społeczne są złe? Ekonomiści głównego nurtu uważają, że nierówności są czymś oczywistym i nie należy ich niwelować.


- To pytanie niełatwe i różni ekonomiści zapewne różnie na nie odpowiedzą, zależy jakie wartości wyznają. Jedni uważają, że wszelkie nierówności, w tym ekonomiczne, są złe same w sobie, ważna jest równość szans, żeby każdy człowiek – niezależnie od koloru skóry, pochodzenia, wykształcenia i zasobności rodziców, płci – miał je mniej więcej takie same. Dla wielu ludzi jest to wartość, ale nie dla wszystkich. Dla niektórych liczy się tylko wolność, chociaż równość szans jest ideałem uniwersalnym i dają się do niego przekonać nawet ludzie o poglądach nieegalitarnych.
W ekonomii mamy dużo badań dotyczących tego, czy nierówności mają jakieś konsekwencje empiryczne. Ale są to bardzo zgrubne badania, a ich wyniki niejednoznaczne.


- Na zdrowy rozum, duże nierówności to zjawisko negatywnie wpływające na rozwój społeczeństwa…


- Jedni to czują, inni – nie. Ale tu samo przeświadczenie to za mało, to trzeba udowodnić. W niektórych badaniach widać w Polsce tę korelację między wzrostem nierówności a brakiem zaufania do państwa, wyrażającej się w partycypacji wyborczej, ocenie reform, czy jakości państwa.
W Polsce nie mamy dobrych danych w tym obszarze badań, natomiast badania prowadzone na świecie pokazują, jak rosnące nierówności negatywnie wpływają na wzrost gospodarczy, który jest fetyszem ekonomistów. Bo rosnące nierówności to nierówne szanse na dobre wykształcenie, dobrą pracę i płacę, to niemożliwość rozwijania talentów, brak kapitału na założenie firmy, itd.


- Jak świat sobie radzi z rosnącymi nierównościami? Czy tylko przy pomocy transferów, czy instrumentarium może być szersze?


- Nie we wszystkich krajach nierówności rosną. Bo albo nie działają tam siły, które do nich prowadziły, jak np. w krajach anglosaskich, gdzie globalizacja poczyniła mniej szkód pracownikom, albo systemy społeczne, transferowe, działały lepiej. Faktem też jest, że w krajach Zachodu, zwłaszcza w skandynawskich, systemy podatkowe są bardziej niż u nas rozbudowane – obowiązują w nich bardzo wysokie podatki dochodowe dla osób bogatych i bardzo bogatych, szeroko jest też rozbudowana strefa transferowa. Niemałe są także podatki od spadków.
Instrumentem służącym zmniejszaniu nierówności społecznych są np. dopłaty do niskich wynagrodzeń, często realizowane jako ulgi podatkowe. Nawet, jeżeli kwota podatku jest mniejsza niż wysokość tej ulgi, to państwo dopłaca do dochodu, zmniejsza ubóstwo, a jednocześnie zachęca do pracy.
U nas próbuje się zwiększać kwotę wolną od podatku, ale idzie to opornie i ma wymiar symboliczny. A jest to ważny instrument, bo jednocześnie zmniejsza ubóstwo i zachęca do pracy.
Rozważa się też takie instrumenty jak dochód podstawowy, lub redystrybucję, czyli takie ukształtowanie dochodów rynkowych, żeby nie trzeba było redystrybuować dochodu narodowego. To np. różne formy pobudzania inwestycji w kapitał ludzki, czyli zwiększenie podaży dóbr publicznych o wysokiej jakości jak żłobki, przedszkola dla wszystkich dzieci, edukacja publiczna. My jednak idziemy w inną stronę. Choć istnieją badania pokazujące, że gimnazja przyczyniały się do wyrównywania szans, zmniejszały nierówności edukacyjne, to mimo to je zlikwidowaliśmy.
Istnieją też instrumenty, które zwiększają równość rozkładu majątku, ale bardziej się o nich myśli niż wprowadza.

To są na razie idee, które mogą być realizowane, kiedy okaże się, że rynek pracy będzie tak silnie zautomatyzowany, iż nie będzie pracy dla ludzi. Wówczas być może trzeba będzie wprowadzić dochód gwarantowany. Może trzeba będzie też udzielać jednorazowych grantów kapitałowych każdej osobie z chwilą wejścia w dorosłość, aby zapewnić jej możliwość egzystencji na rynku pracy zdominowanym przez roboty. Rozpatruje się też w krajach rozwiniętych możliwość wprowadzenia gwarantowanego prawa do pracy.


- Powiedział pan, że w Polsce istnieje przyzwolenie nawet na duże nierówności. Z czym to jest związane?


- To jest trudne pytanie i podatne na spekulacje, bo zjawisko to jest zapewne wynikiem splotu różnych czynników. Na pewno jednym z nich jest kultura sarmacka, sprzyjająca elitaryzmowi, wykluczająca niższe stany, oparta na wolności, jako samowystarczalności. Dla szlachty ważna była demokracja i wolność dla wybranych, a reszta, czyli chłopi już się nie liczyli. W krajach Zachodu już w średniowieczu klasy niższe były stopniowo włączane do obiegu gospodarczego, tymczasem w Polsce pańszczyzna została zlikwidowana dopiero w końcu XIX w.
I te czynniki działają do tej pory – a przynajmniej wśród elit. Dodatkowo zostały wzmocnione ideami neoliberalizmu, który pojawił się na Zachodzie w latach 70. XX w.
Realizacja tych idei przyczyniła się zarówno do sukcesów jak i klęsk na całym globie. Z jednej strony globalizacja, będąca owocem neoliberalizmu, przyczyniła się prawie wszędzie do zmniejszenia skrajnego ubóstwa (w samych tylko w Chinach o kilkaset milionów osób) - także w Polsce.
Z drugiej strony, neoliberalizm wpłynął nie tylko na partie prawicowe, ale i te związane z lewicą i to na całym świecie, odbił się na myśleniu elit politycznych i klasy średniej, która się znacząco wzbogaciła i nie miała ochoty dzielić się tym bogactwem z nikim. I nie widać, aby to się miało zmienić.

Dziękuję za rozmowę.

 

 

 

 

Bezrobocie? A czyje to zmartwienie?

Utworzono: piątek, 15 styczeń 2010 Anna Leszkowska

 

Państwa - Strony niniejszego Paktu uznają prawo do pracy, które obejmuje prawo każdego człowieka do uzyskania możliwości utrzymania się poprzez pracę swobodnie wybraną lub przyjętą oraz podejmują odpowiednie kroki w celu zapewnienia tego prawa.

(Międzynarodowy Pakt praw Gospodarczych, Społecznych i Kulturalnych ONZ z 16.12.66, ratyfikowany przez Polskę 5.03.77)



Z prof. Mieczysławem Kabajem z Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych rozmawia Anna Leszkowska

                                                                                               

-  kabaj.jpgZ bezrobociem - po pierwszych latach szoku - społeczeństwo w jakimś stopniu się już oswoiło, co nie znaczy, że się na nie godzi.

Niestety, oswoiła się z nim także władza - i to tak bardzo, że o bezrobociu przestało się już prawie mówić.

Przez ostatnie lata nikt z rządu, ani prezydent, nie przedstawił żadnego rozwiązania tego największego problemu społecznego.

Dlaczego? Co się stało z opracowaną przez pana jeszcze w latach 90. strategią walki z bezrobociem?


- Zacznę od tego, że w UE są dwie koncepcje rozwiązania tego problemu: jedna - że należy tak prowadzić politykę społeczno-gospodarczą, aby powstawały miejsca pracy - bo gospodarka funkcjonuje dla ludzi, którzy nie potrzebują zasiłków, ale pracy i z godziwym wynagrodzeniem. Ta koncepcja mówi, że przy każdej strategii gospodarczej kluczową sprawą jest, ile miejsc pracy trzeba utworzyć, aby bezrobocie znacznie się zmniejszyło. Taką politykę stosowała Szwecja, której premier powiedział - co weszło już do literatury przedmiotu - że Szwecja jest zbyt biednym krajem, żeby sobie pozwolić na masowe i strukturalne bezrobocie. W związku z tym, decyzje podejmowane przez każdego ministra musiały skutkować zmniejszeniem bezrobocia.

Drugie podejście - rezydualne - jest stosowane w Polsce cały czas, z wyjątkiem lat 1994 - 97, kiedy Rada Ministrów i Sejm przyjęli mój program (jest on drukiem sejmowym). Program opierał się na tej pierwszej koncepcji, tzn. że uruchomimy  takie działania, które umożliwią utworzenie miejsc pracy. Głównym jego założeniem - zresztą bardzo prostym - było, że przedsiębiorcy, tworzący miejsca pracy ze swoich zysków, płacą połowę podatku ( z 40% - 20%). To dało bardzo dobry efekt - inwestycje w ciągu 4 lat się podwoiły (wcześniej rosły o ok. 20%). 

Potem to wszystko - wskutek polityki zamrożenia gospodarki - zostało zniszczone. Ale poza tym okresem 1994-97 obowiązywała zasada, że gospodarka jest świętą krową, a ile powstaje miejsc pracy, to kwestia niewidzialnej ręki rynku. W takiej polityce aktywizacja jest możliwa tylko przez wykorzystywanie funduszu pracy. Ale co mogą zrobić urzędy pracy, skoro firmy nie są zainteresowane wzrostem zatrudnienia?

Program, o który pani pyta, przedstawiłem na posiedzeniu Rady Społeczno-Gospodarczej przy Prezesie RM, którym był wówczas Marek Belka. W debacie nad nim premier stwierdził, że taki program jest niepotrzebny, gdyż w najbliższym czasie będzie w Polsce niedobór pracowników. Nie powiedział tego, ale należało się domyślać, że chodzi o to, iż po naszym wejściu do UE, opuści Polskę ponad 2 mln młodych ludzi. I tak się stało - za granicą pracuje 2,3 mln młodych Polaków.
 

W latach 2006 -2007 powstała druga wersja tego programu i wiele rzeczy zostało wówczas zrealizowanych, m.in. powstało 1,5 mln miejsc pracy. Wynikało to po części z tego, że inwestycje zagraniczne zmieniały swoją strukturę - 80% z nich miało charakter green field, a takie generują wiele nowych miejsc pracy i to w odległych nawet dziedzinach. Klasycznym przykładem są tu stocznie - kiedy zlikwidowano w nich 15-16 tys miejsc pracy, poskutkowało to likwidacją 150 -160 tys. miejsc pracy w całym kraju.


Ale moją troską jest także wielka fala absolwentów, wykształconych głównie dzięki rodzinom (ponoszą one aż 65% kosztów kształcenia, państwo - tylko 35%), dla których nie ma pracy. Ludzie, którzy wejdą na rynek pracy, w części tylko zastąpią odchodzących na emeryturę. Ocenia się, że dla ponad 300 tys. młodych i wykształconych, pracy nie będzie. Gdyby im się zapewniło miejsca pracy - Polska mogłaby być krajem znacznie bogatszym.
 

- Czy ktoś bierze pod uwagę te dane, raporty, opracowania? Czy są one odkładane na półkę?
 

- Od czasu dojścia do władzy PiS współpraca między rządem a ekspertami zewnętrznymi gwałtownie się popsuła - były bowiem dwa ciała doradcze: Rada Strategii w RCSS (której byłem członkiem), którą zlikwidowano i międzyresortowy zespół ds prognozowania popytu na pracę. Praca tego ostatniego była szalenie ważna, bo jeśli między popytem a podażą powstaje luka,czyli np. popyt na pracę jest mniejszy niż podaż, trzeba podjąć działania zaradcze. Takie kroki podejmowaliśmy w latach 1994-97 i tak czyni większość rządów na świecie, które ograniczają przedsiębiorcom podatki w zamian za tworzenie miejsc pracy. 
Swoje propozycje zgłaszałem mimo to wielokrotnie, ostatnio - podczas dyskusji nad pakietem antykryzysowym. Ale nikt się tym nie zainteresował. Od dwóch lat nie było także żadnej debaty w parlamencie na temat rynku pracy. Była jakaś enigmatyczna informacja, ale na sali było 20 osób, bo to nikogo nie interesuje. Moim zdaniem, jest tu systemowa obojętność elit i ciał rządzących, do których zaliczam parlamentarzystów, dziennikarzy, polityków, ekonomistów.
 

- ... środowisko naukowe...
 

- Tak, środowisko naukowe, w którym panuje całkowita obojętność, bierność na sprawy społeczne. Nie mówi się o bezrobociu, wykluczeniu, w mediach w ogóle nie mówi się o ocenie, kosztach transformacji. Przedstawiłem ostatnio na forum PAN opracowanie dotyczące poszukiwania alternatywnego systemu społeczno-gospodarczego dla Polski, aby zmienić kształt tego kapitalizmu, jaki mamy*. 
Robię to nie tylko ze względów społecznych, ale i dlatego, że leży to w interesie i pracowników, i przedsiębiorców. Doświadczenie historyczne jest takie, że wszystkie kraje, które rozszerzały sferę wspólnych interesów kapitału i pracy - uzyskały korzystne efekty gospodarcze. Zaczęło się to od Henry Forda, który wprowadził cztery zasady zarządzania, z których pierwsza to - „nie traktuj ludzi jak siły roboczej, ale jak partnerów".
Bo siła robocza to pojęcie w Polsce pejoratywne (wynikające ze złego tłumaczenia
labour force , oznaczającego siłę pracy, nie roboczą).

Druga zasada - „jeśli masz zysk, to podziel się nim z tymi, którzy się do niego przyczynili". (Zysk zaliczkowo wypłacał pracownikom co miesiąc). Trzecia - „jeśli chcesz żeby ludzie pracowali wydajnie - uwolnij ich od trosk finansowych".(wysoką wydajność premiował wysoką płacą - w 1914 r. wprowadził najniższe wynagrodzenie za dniówkę w wysokości 5 dolarów, dzisiaj byłoby to 80 USD). I czwarta zasada - „proś ludzi o pomysły, innowacje". W jego książce „Moje życie i dzieło" Ford pisze, że najbieglejsi w innowacjach byli Polacy.
 

- Porusza pan wielokrotnie także problem polaryzacji dochodów, o czym także mało się mówi...
 

- W krajach UE Polska ma największą polaryzację dochodów i to wszystkich: z pracy, zasiłków, emerytur, rent. Ta rozpiętość wynosi jak 1:12, w większości krajów wynosi 1:6, choć w USA jest większa. Niższe rozpiętości są już - i to znacznie - w Czechach i na Węgrzech.
Być może, że obojętność systemowa elit - rodzaj poglądów, jakie one głoszą - wiąże się z tą rozpiętością dochodów. Bo jak już powiedział Marks, byt określa świadomość - jeśli elita zarabia kilkadziesiąt tysięcy złotych - a w 50 spółkach giełdowych średnie wynagrodzenie miesięczne wynosi 196 tys. zł - to w ogóle nie zrozumie człowieka, który zarabia średnią lub minimalną płacę netto, czyli te 2,2 tys. zł, czy 955 zł .To samo dotyczy świetnie zarabiających dziennikarzy opiniotwórczych mediów. 

W moim ostatnim opracowaniu „W kierunku modelu kapitalizmu partycypacyjnego" próbowałem pokazać, co się stało w rozpiętości dochodów między 1989 a 2008 rokiem. W 1990 roku rozpiętość dochodów wynosiła 1:5, obecnie wynosi 1:12. Oznacza to, że grupa o najwyższych dochodach przejęła nie tylko cały przyrost PKB (który był niezły, w granicach 70%) przez te 20 lat, ale i część całego dochodu narodowego.
Stąd wywodzi się ten paradoks, że rosły średnie dochody ludności i jednocześnie rosło ubóstwo. To się wiąże bardzo ściśle z wielką grupą osób bezrobotnych, które mają najgorszą sytuację dochodową, żyją poniżej granicy ubóstwa. Tragedią dla Polski jest to, że mamy 4 mln ludzi, którzy nie uzyskują dochodów na poziomie ustawowej granicy ubóstwa.
 

- Ktoś się o nich upomina?
 

- Nie, mogłyby związki zawodowe, ale one dbają głównie o swoich pracujących członków. To ciekawe, że tak liczna grupa wykluczonych nie ma swojej żadnej reprezentacji - czasami przypominają sobie o nich politycy, kiedy zbliżają się wybory. A to jest ponad 55% ludzi żyjących poniżej minimum socjalnego, czyli 21 mln Polaków! Gorzej jest tylko w Grecji.
 

- To z czego ci ludzie żyją?
 

- Kiedy na zlecenie ONZ badaliśmy bezrobotnych - okazało się, że 75% z nich korzysta z pomocy rodziny, co nazwaliśmy prywatyzacją polityki socjalnej. Rodzina zatem przejęła w Polsce obowiązki państwa. Tylko niewielka część tych bezrobotnych (10-15%) miała okresowe zasiłki, niewielka część żyła z pomocy społecznej, część - z dochodów ze źródeł nielegalnych. To była praca na granicy przestępstwa oraz w szarej strefie, w której pracuje ok. 600-700 tys. bezrobotnych osób. 
Natomiast jeśli chodzi o pracujących, to w Polsce mamy zjawisko zupełnie niespotykane w innych państwach - wiele osób podejmuje dodatkową pracę na drugim etacie, gdyż wynagrodzenie z jednego nie wystarcza na utrzymanie. Jest to zatrudnienie legalne dla 1,2 mln osób. W tej grupie też jest jeszcze szara strefa - dotycząca ok. 800 tys. ludzi.
Jest to zjawisko typowo polskie, gdyż tylko 38% badanych odpowiada, że na utrzymanie rodziny wystarcza im wynagrodzenie z jednego miejsca pracy. Z badania w 2007 wyszło podobnie, tzn.
społecznie niezbędna konsumpcja jest obniżana, a jej jakość niska, aby godziwie żyć. Stąd w tym raporcie ostrzegaliśmy polityków, żeby nie traktowali szarej strefy jako przestępstwa. 


Wszędzie jest szara strefa, w Niemczech też, ale oni nie traktują jej jako przestępstwa. Uważają, że jej likwidacja spowoduje obniżenie poziomu życia. Bo choć o szarej strefie nie można powiedzieć, że jest to dobre rozwiązanie gospodarcze, to dla ludzi jest to ostatnia deska ratunku. Kiedy rośnie bezrobocie, rośnie szara strefa i odwrotnie - tak wykazują badania. Udowodniono jednak, że ¾ dochodów z szarej strefy trafia do legalnej gospodarki i jeśli chce się ograniczyć szarą strefę, to trzeba ludziom zaoferować godziwą płacę. Zresztą szara strefa to nie jest regularna praca, ale aż w 90% dorywcza - tylko 3% pracujących w szarej strefie pracuje ponad 3 miesiące. Żeby ją ograniczyć, trzeba tworzyć miejsca pracy.
 

- Pojawia się ostatnio dyskusja na temat alternatywnego systemu do kapitalizmu - nie tylko w Polsce. Pan przedstawił taką propozycję.
 

- Moja propozycja wynika z wielu badań, jakie prowadziliśmy w wielu zespołach. Ująłem ten program w sześc filarów. O pierwszym mówiliśmy: ludzie winni mieć prawo do pracy, prawo partycypacji w tworzeniu produktu. Ale żeby to zapewnić, trzeba prowadzić bardzo aktywną politykę tworzenia miejsc pracy. Trzeba patrzeć na to, jaki procent Polaków zdolnych do pracy w wieku produkcyjnym pracuje - u nas jest on bardzo niski - w 2008 roku wynosił 57%, a w 1990 roku pracowało 80%! 

Nie można więc akceptować systemu, który nie pozwala ludziom realizować podstawowego prawa człowieka - prawa do pracy. We wszystkich międzynarodowych dokumentach, w Społecznej Karcie Europy takie prawo jest, Polska je podpisała, choć akurat prawa do pracy nie ratyfikowała.
Podpisaliśmy jednak pakty praw ekonomicznych w 1997 roku, co zobowiązuje nas do ich przestrzegania - a w nich zapisano prawo do pracy. Niemniej prawa do pracy nie ma w naszej Konstytucji jest tylko prawo do wyboru pracy.

A co to jest za wybór pracy, skoro jej nie ma? Była walka o to, żeby to prawo wstawić do Konstytucji, bo państwo ma przecież określone obowiązki, skoro prowadzi politykę pełnego produktywnego zatrudnienia. Zrobiliśmy taką ekspertyzę dla Rzecznika Praw Obywatelskich, ale on z taką inicjatywą nie miał odwagi wystąpić. Drugi artykuł Konstytucji z kolei mówi, że człowiek pozbawiony pracy nie z własnej winy ma prawo do zabezpieczenia społecznego. To jest przecież fikcja. Tylko 20% bezrobotnych ma prawo do tego głodowego zasiłku, który średnio wynosi ok. 500 zł.
 

- Czy to jednak nie jest tak, że zasoby pracy - podobnie jak zasoby naturalne - na całym świecie są ograniczone i niewiele można poprawić polityką społeczną?
 

- Tak, istotnie, to wielki problem. Przepracowałem wiele lat w Międzynarodowej Organizacji Pracy, a potem byłem ekspertem i wiem, że głównym problemem, który rządy różnych krajów próbowały rozwiązywać, było tworzenie miejsc pracy. Przygotowałem kilka takich programów, których realizacja się udała, powstał Światowy Program Zatrudnienia, wiele konwencji, np. Konwencja 122 - o polityce pełnego, produktywnego i swobodnie wybranego zatrudnienia. Polska ja podpisała, ale nikt się tym nie przejmuje. Jest to jednak problem wielkiej troski w UE, niektóre kraje przeznaczają gigantyczne (25-35 tys. USD na bezrobotnego) pieniądze na aktywizację bezrobotnych, ale to nie jest łatwe. 

Jeżeli jednak rządy mają wolę polityczną, tzn. chcą zapewnić ludziom - tym, którzy chcą pracować - prawo do pracy , to w pewnym okresie jest to możliwe. Programy, które przygotowywałem od 1990 roku dają strategię i to możliwą do zrealizowania. Np. , importujemy milion bezrobotnych. poprzez nasz deficyt w obrotach towarowych. Deficyt gigantyczny, o czym nikt nie mówi, a w ub. roku było to 37 mld USD różnicy między eksportem a importem! Saldo ujemne wynosiło ok. 7% PKB, co oznacza ok. 1 mln utraconych miejsc pracy. 

Zatem pierwszy element tego systemu jest taki, żeby ludzie mogli partycypować w tworzeniu bogactwa społecznego. Drugi - żeby ich udział w podziale był proporcjonalny do ich wkładu w tworzeniu tego bogactwa. Jeśli rośnie sprzedaż, dochód firmy, to rosną także wynagrodzenia. W Polsce jest to całkowicie oderwane od siebie.
 

- Kadry kierowniczej ta zależność nie dotyczy - bez względu na wyniki firmy, jej wynagrodzenia z reguły rosną...
 

- To jest jeden z powodów utajnienia informacji o systemach wynagrodzeń. Dominuje system roszczeniowy - bardzo konfliktogenny. Bo jeżeli związki zawodowe, pracownicy, nie wiedzą, od czego zależy ich wzrost płac, tam jedyną szansą jest roszczenie, czyli żądanie podwyżki. A jeżeli nie jest spełnione, prowadzi do strajku, konfliktów. Psuje się też atmosfera wśród pracowników, pracownicy są w wojnie z pracodawcami, a problem polega na tym - i to jest trzeci filar tego programu - że pole wspólnych interesów, które jest bardzo wąskie w Polsce między pracownikami a pracodawcami - należy znacznie rozszerzyć. Można to zrobić poprzez partycypację w owocach pracy. Jedną z form partycypacji rozwiniętych na wielką skalę w Europie jest udział pracowników w zysku, czasami symboliczny - 10%, ale daje to znakomite efekty dla firmy. Rozszerza też pole wspólnych interesów.  

U nas związki zawodowe prowadzą z pracodawcami nieustanną wojnę, nie ma porozumienia między nimi, ale nie ma też jasnych i znanych reguł wynagradzania oraz udziału w zyskach. Taki system wprowadzałem w wielu firmach i zdał egzamin, ale u nas panuje takie XIX - wieczne myślenie, że jak wzrosną płace, to spadnie zysk, co jest nieprawdą. Na ogół zresztą cały zysk konsumuje kadra zarządzająca. Program, który przedstawiam jest bardzo pragmatycznym systemem - nie ma w nim żądań pod adresem pracodawców, jest on próbą zbudowania symetrii interesów, wspólnoty interesów kapitału i pracy, zerwania z ciągłą walką i roszczeniami, próbą zbudowania sprawiedliwości partycypacyjnej.
Dziękuję za rozmowę.
 


*Główne założenia modelu kapitalizmu partycypacyjnego.  
 

1. Partycypacja ludzi zdolnych do pracy w procesach tworzenia produktu społecznego. Dążyć należy, aby każdy człowiek zdolny do pracy mógł pracować, wytwarzać nowe wartości i uzyskiwać dochód z pracy. Tworzenie dostatecznej liczby produktywnych miejsc pracy powinno być najwyższym celem i priorytetem polityki społeczno-gospodarczej i partnerów społecznych, a także zapewnienie godziwego wynagrodzenia.
 

2. Poszerzenie pola wspólnych interesów kapitału i pracy, pracodawców i pracowników.
 

3. Partycypacja pracowników w efektach ich pracy; szczególnie ważne jest upowszechnianie partycypacyjnego systemu wynagrodzeń w firmach.  
 

4. Na gruncie partycypacyjnego systemu podziału powinny zmniejszyć się nadmierne rozpiętości dochodów.
 

5. Powinny być rozwijane wszelkie formy partycypacji pracowników w zarządzaniu.
 

6. Powinna być realizowana zasada sprawiedliwości partycypacyjnej, która nie ignoruje kwestii podziału, ale zmienia jego charakter, zastępuje (tam, gdzie to jest możliwe) zasadą sprawiedliwego udziału w efektach pracy.
 

Dzięki realizacji tych zasad ma powstać sprzężenie zwrotne między tworzeniem i podziałem; wyższy udział w tworzeniu ma niemal automatycznie prowadzić do wyższego udziału w efektach.

oem software

Co powiedziałby Keynes dziś?

Utworzono: czwartek, 24 luty 2022 Anna Leszkowska

Redakcja „Biuletynu PTE” w 90. rocznicę publikacji eseju Johna M. KeynesaEkonomiczne perspektywy dla naszych wnuków poprosiła znanych ekonomistów o komentarze dotyczące przewidywań Keynesa, przede wszystkim w kwestii znaczenia, aktualności oraz trafności sformułowanych przez niego prognoz. Wybrane wypowiedzi publikowaliśmy w numerze 11/21 SN – Kpinomirowa nauka.
W tym numerze publikujemy dwa komentarze: „Keynes – wizjoner?” autorstwa dr. hab. Andrzeja Buszki, prof. Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie, oraz poniższy – "Co powiedziałby Keynes dziś?" autorstwa prof. Roberta Ciborowskiego, rektora Uniwersytetu w Białymstoku.

 

 Co powiedziałby Keynes dziś?

W zeszłym roku minęło 90 lat od napisania przez Keynesa eseju o ekonomicznych perspektywach naszych wnuków. Celowo wskazałem na wymiar czasowy, ze względu na znane stwierdzenie autora, „że w długim okresie wszyscy będziemy martwi”, bo jak się okazuje, długi okres w dokonaniach Keynesa był równie istotny. Powyższe sformułowanie jest ważne również z innych względów.Z jednej strony z racji wskazania, co wydarzy się po upływie wieku przy zachowaniu określonych warunków ekonomicznych, natomiast z drugiej jest próbą oceny przeszłości, która w zasadniczy sposób decydowała o opiniach obejmujących wiek XIX i jego długookresowego znaczenia.

Keynes ocenia wiek XIX jako czas najszybszych zmian ekonomicznych oraz okres bezprecedensowego bogacenia się ludzi. Wzrost produktywności, spadek bezrobocia, wyższe dochody czy krótszy czas pracy – można by bez końca wymieniać pozytywne konsekwencje tamtego okresu. Jednak przyszedł fin de siècle i świat stanął w obliczu ogromnych przemian (głównie społecznych, ale co za tym idzie– również ekonomicznych). Swego rodzaju symbolem tego były uroczystości pogrzebowe Edwarda VII z roku 1910, gdy wiadomo było, że coś pięknego się kończy, a świat nie wie, co będzie dalej. Z jednej strony panowała radość wynikająca z dotychczasowych osiągnięć, z drugiej – patrzono w przyszłość z niepokojem.

Żyje się do przodu, a rozumie do tyłu

Podsumowanie ekonomiczne wieku XIX dawało Keynesowi argumenty do sformułowania optymistycznej prognozy tego, co wydarzy się w przyszłości – poprawa jakości życia (rosnące dochody i majątki, dobra luksusowe stają się powszechne), bardzo dynamiczny rozwój technologiczny wynikający głównie z możliwości akumulacji, tworzenia i pogłębiania kapitału oraz poszerzanie rynków wewnętrznych i zewnętrznych. Zakładał również niższą dynamikę przyrostu naturalnego i brak problemów z absorbcją pracowników, aczkolwiek przy jednoczesnym zagrożeniu bezrobociem technologicznym.

Keynes pokazuje, że w gospodarce jest trochę jak w życiu. Odnosząc się do jego prognoz, można nawiązać do Kierkegaarda i powiedzieć, że „ironia życia leży w tym, że żyje się do przodu, a rozumie do tyłu”. Ciężko ocenić to,co będzie, ale post factum niektóre kwestie można ekstrapolować. Tego dokonuje Keynes, ale ma on tę możliwość, że widzi problemy ekonomiczne z perspektywy końca dobrego dla ludzi i świata czasu.

Prognoza Keynesa, podparta sukcesami wieku XIX, pozostaje w wielu aspektach wciąż aktualna, jednak znacznie ciekawsza byłaby próba oceny przyszłości według tych samych kryteriów, ale z dzisiejszej perspektywy, czyli w momencie, gdy główne czynniki pozytywnych zmian, o których pisze autor, właściwie zanikają.

Nie wiemy, dokąd idziemy

Chciałbym zwrócić uwagę na trzy kwestie zaznaczone w eseju Keynesa, które w moim przekonaniu były i są decydujące w dynamice rozwoju gospodarczego, a mianowicie: akumulację kapitału, stopy procentowe i zmiany technologiczne. Powyższe kategorie należy odnieść również do stanu, z którym mierzymy się dziś, gdy nie wiemy, dokąd nas doprowadzi zatrzymanie gospodarki z powodu epidemii i szereg niepewności ekonomiczno-społecznych.

Najbardziej niekorzystnymi procesami są: niszczenie kapitału (głównie przez niskie stopy procentowe i spadające realnie dochody) oraz potencjalna nacjonalizacja wielu obszarów gospodarczych. Spowodują one oczywiście zmniejszenie innowacyjności oraz przesunięcie procesów tworzenia nowych rozwiązań technologicznych w stronę dużych korporacji. A te z kolei będą się raczej skupiać na utrzymaniu swojej dominującej pozycji, a nie na szukaniu poprawy technologicznej. Nastąpi również jeszcze wyraźniejsze przeniesienie centrum świata gospodarczego do Azji. To zresztą tylko niektóre konsekwencje.

Podążanie drogą dominacji korporacji transnarodowych doprowadzi z kolei do takiej zmiany rynków pracy, że coraz trudniej będzie znaleźć „kreatywne” zatrudnienie (również samozatrudnienie). Żyjemy w czasach, gdy klasa średnia zanika, a możliwości bogacenia się stają się ograniczone. Coraz częściej obserwujemy rosnące zróżnicowanie dochodowe oraz gromadzenie bogactwa w grupie kilkunastu właścicieli korporacji. Można zaryzykować stwierdzenie, że odwracamy trendy, o których pisał Keynes i które dynamizowałyrozwój świata w ostatnich kilkunastu dekadach.

Wchodzimy w erę nowego feudalizmu

Co więcej, jak pisze Joel Kotkin, wchodzimy w erę „nowego feudalizmu”, którego cechy paradoksalnie coraz częściej przypominają czas sprzed XIX wieku. Po wspaniałej epoce większego rozproszenia bogactwa i ludzkich możliwości, nieubłaganie wracamy do ery bardziej feudalnej, charakteryzującej się rosnącą koncentracją bogactwa i własności, ograniczoną mobilnością pionową, stagnacją demograficzną i zwiększonym dogmatyzmem.

Od wieku XIX postępowały wzrost i później ekspansja klasy średniej. Dziś następuje jej upadek i wyłania się nowe, bardziej hierarchiczne społeczeństwo. Nowa struktura klasowa przypomina tę średniowieczną. Na szczycie nowego porządku znajdują się dwie klasy – odrodzona elita duchowa, która dominuje w wyższych warstwach zawodowych, na uniwersytetach, w mediach i kulturze oraz nowa arystokracja kierowana przez oligarchów technicznych posiadających nieograniczone bogactwo i rosnącą kontrolę informacji. Tworzy ona system „dataizmu” oparty na zbieraniu i wykorzystywaniu olbrzymiej ilości danych.

Obie klasy odpowiadają XVIII-wiecznym stanom francuskim: pierwszemu i drugiemu. Poniżej tych dwóch klas znajduje się trzeci stan, obejmujący drobnych przedsiębiorców, właścicieli nieruchomości i wykwalifikowanych pracowników sektora prywatnego. Klasa ta, dominująca przez większą część współczesnej historii, podupada. Jednocześnie nowi poddani rosną liczebnie – ogromna, powiększająca się, pozbawiona własności populacja (Kotlin, 20200, niemająca dużych szans na akumulację, z zanikającym duchem przedsiębiorczości i kreatywności.

W „Hamlecie” jest takie zdanie: „wiemy czym jesteśmy, ale nie wiemy czym możemy się stać”. Myślę, że znaleźliśmy się w trakcie tak ogromnych przemian (gospodarczych i społecznych), że nie sposób powiedzieć o wszystkim, co nas czeka. Przypomina to w znacznym stopniu początek XX wieku i czas, w którym Keynes kreślił swoje prognozy.

Esej Keynesa stanowi mimo wszystko pewien pozytywny punkt odniesienia, pokazujący, że nie wszystko musi iść źle. Czynniki opisywane w tekście mogą być wciąż osiągalne i wykorzystywane, wystarczy wrócić do paradygmatów prowadzących ku rozwojowi ludzkości przez wiek XIX oraz wiele dekad wieku XX. One wciąż pozostają ważne i konieczne. Ponadto trzeba pamiętać o permanentnej rywalizacji, stawianiu sobie nowych celów i ciągłym ulepszaniu świata. Bo jak napisał kiedyś Katon Starszy - „komfort to droga ku upadkowi”.
Robert Ciborowski

Powyższy tekst zatytułowany „Czy ocena problemów ekonomicznych Keynesa byłaby obecnie podobna?” ukazał się w numerze 4/21 Biuletynu Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego - http://www.pte.pl/pliki/1/68/Biulety_2021-4.pdf


Śródtytuly i wyróżnienia pochodzą od Redakcji SN.

Our website is protected by DMC Firewall!