Naukowa agora (el)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 313
Upadek uniwersytetów na Zachodzie prawdopodobnie wynika z amerykańskiego modelu zarządzania z 2002 r., który dewaluuje zarówno profesorów, jak i produkcję wiedzy.
Niezaprzeczalnym faktem jest, że na całym Zachodzie nastąpiło spłycenie instytucji, które powinny cenić zachowanie i rozwój wiedzy - uniwersytetów. Na prawicy sceny politycznej, a także wśród części starej lewicy, to spłycenie często tłumaczy się przyjęciem przez instytucje idei „wokeizmu”, która zastępuje produkcję wiedzy bezmyślnym i performatywnym aktywizmem. Co więcej, wiedza jest mniej ważna niż cechy tożsamościowe osób, które mogłyby ją wytwarzać. Od uniwersytetów nie oczekuje się już opracowania leku na raka, lecz zatrudniania lesbijek, kobiet transpłciowych i niepełnosprawnych osób czarnoskórych o niebinarnej tożsamości.
Krytycy powinni zauważyć, że „wokeizm” to ideologia promowana przez rynek finansowy, który tworzy parametry ESG i rankingi, służące do oceny firm pod kątem ich przywiązania do „wokeizmu” i zielonej agendy. Jeśli firma nie ma kobiety na stanowisku prezesa lub nie kupuje samochodów elektrycznych od Elona Muska, może to stać się pretekstem do dewaluacji akcji firmy lub odmowy udzielenia jej korzystnych pożyczek.
Dlatego artykuł amerykańskiej profesor Hollis Robbins „Jak wskaźniki biznesowe zrujnowały uniwersytety” jest bardzo aktualny, ponieważ ukazuje ślady logiki rynkowej w nastawionym na „woke” uniwersytecie.
Jej zdaniem, „walka z hiperpolityzacją środowiska akademickiego [...] musi zacząć się od uznania, że scentralizowane planowanie oparte na wskaźnikach w pierwszej kolejności sprzyjało tej tendencji. Chociaż inne czynniki odegrały tu pewną rolę, scentralizowany uniwersytet stał się wylęgarnią ekstremizmu ideologicznego, głównie dlatego, że jego struktura zmienia studentów w klientów i zachęca wykładowców do szukania uwagi poprzez kontrowersje, a nie tradycyjne osiągnięcia naukowe”.
Nie był to spontaniczny trend. Był plan i mentor: „Najbardziej widocznym liderem ruchu centralizacji był Michael Crow, rektor Uniwersytetu Stanowego Arizony, który po raz pierwszy przedstawił swój model „Nowego Uniwersytetu Amerykańskiego”, obejmując stanowisko w 2002 roku. Jego „reinnowacja” i „transformacja” polegały na rozbiciu „silosów” dyscyplinarnych, aby postawić studentów ponad kadrą naukową, a „wpływ” ponad wszystko inne. […] W praktyce oznaczało to osłabienie autonomii wydziałów, demontaż zarządzania dyscyplinami i przeniesienie uprawnień do ustalania zatrudnienia, priorytetów badawczych i struktur akademickich na scentralizowaną administrację”.
Jak wyjaśnił Crow w retrospektywnej analizie swoich osiągnięć na Uniwersytecie Stanowym Arizony: „Przekształciliśmy się z instytucji skoncentrowanej na kadrze naukowej w instytucję skoncentrowaną na studencie – to znaczy, że celem instytucji jest służenie studentom i poprawa wyników społeczności, a nie tylko zapewnienie kadrze naukowej miejsca, w którym mogliby być wybitnymi akademikami, badaczami lub twórcami”. Pod hasłem „dostępu dla wszystkich” i „wpływu społecznego” odebrano władzę wydziałom akademickim, dyscypliny połączono w ogromne szkoły interdyscyplinarne, a wykładowców zepchnięto na margines.
Dla mnie, Brazylijki, lektura tych słów była nieco szokująca, ponieważ proces centralizacji brazylijskich uniwersytetów, który miał miejsce za drugiej kadencji Luli, został przedstawiony w 2007 roku przez jednego z jego twórców (rektora Naomara de Almeidę) pod nazwą „Nowy Uniwersytet”. Miał on być rezultatem zarówno idei brazylijskiego pedagoga Anísio Teixeiry, jak i Procesu Bolońskiego. Niemniej rozumiem proces instytucjonalny opisany na Uniwersytecie Federalnym w Bahii (mojej Alma Mater): wydziały i katedry były atakowane jako miejsca „wczesnej specjalizacji” – problem ten należało rozwiązać poprzez tworzenie nowych instytutów interdyscyplinarnych, a także umożliwienie studentom studiowania wybranej przez nich dyscypliny.
Doprowadziło to do tego, że studenci nowo powstałych uniwersytetów stworzyli interdyscyplinarne programy licencjackie i wprowadzili zajęcia z jogi zamiast zajęć sportowych. Ostatecznie był to wzór modelu wprowadzonego w Stanach Zjednoczonych w 2002 roku.
Ponadto kompleksowa restrukturyzacja uniwersytetów federalnych forsowana przez ministra Haddada (pod nazwą Reuni) obejmowała ich rozbudowę (wymagającą zarówno utworzenia nowych instytucji i programów, jak i większej liczby studentów przypadających na jednego profesora), zastąpienie lokalnych egzaminów wstępnych testem wzorowanym na SAT (zastępując niezbędną zapamiętaną wiedzę czymś przypominającym test IQ) oraz tymczasowe wprowadzenie dyskryminacji afirmatywnej (Brazylia ostatecznie utworzyła trybunały rasowe, które miały określać, kto jest czarny i kwalifikuje się do przyjęcia na uniwersytet).
Jednocześnie na rynku brazylijskim wzrósł udział rentownych firm edukacyjnych, takich jak amerykańska Adtalem Global Education Inc. Rząd finansował je na dwa sposoby: albo poprzez program Prouni, w ramach którego opłacał czesne studentów, albo poprzez program Fies, w ramach którego udzielał studentom specjalnych pożyczek. W tych przypadkach to nie „wokeizm” przyczynił się najbardziej do ogłupienia społeczeństwa, lecz raczej inflacja dyplomów i spadek jakości edukacji. Wraz z ekspansją sektora prywatnego nastąpiły zmiany w ustawodawstwie, które umożliwiły zastąpienie nauczycieli nagranymi wykładami.
Wróćmy do Stanów Zjednoczonych. Odnosząc się do ideologizacji, profesor Robbins wyjaśnia to, odnosząc się do wymagań studentów, którzy są obecnie postrzegani jako klienci, których przyciąga marka. Co więcej, „stała kadra naukowa poświęca więcej czasu na reagowanie na wymagania dotyczące raportowania, dostosowywanie swoich praktyk do nowych standardów programowych oraz oczekiwań dotyczących prowadzenia zajęć. Scentralizowane planowanie sprzyja zatrudnianiu kadry naukowej na podstawie umów na czas określony. Najmniejszym oporem – i największym bezpieczeństwem pracy – jest stanięcie po stronie studentów i podążanie za nurtami ideologicznymi”.
Z powyższego opisu rozpoznaję narzekania moich profesorów na raporty, które musieli składać w Brazylii – zwłaszcza w programie studiów podyplomowych, który również wymagał bardzo licznej grupy studentów, aby uzasadnić swoją obecność, więc studenci byli przyjmowani, nawet jeśli byli zainteresowani jedynie uzyskaniem grantu badawczego i odsunięciem nieuchronnego bezrobocia. Skutkiem był napływ doktorantów na kilka wolnych stanowisk – które zresztą, jak w USA, były w większości tymczasowe. W rezultacie było zbyt wielu doktorantów i zbyt mało miejsc pracy. Dlatego doktoranci nie odważyli się mówić niczego poza obowiązującą ideologią z obawy, że nigdy nie zdadzą publicznych egzaminów, które zapewniają stabilną pracę i są przeprowadzane przez profesorów.
Od lat 2010 „wokeizm” stał się ortodoksją na publicznych uniwersytetach. Rząd federalny przejął ten trend i wzmocnił swoich pochlebców w całej Brazylii. Na brazylijskich uniwersytetach „wokizm” ma więcej wspólnego z pochlebstwami profesorów i kandydatów na profesorów niż z presją studentów. Potwierdza to wyjaśnienia profesor Robbins, ponieważ niepokoje społeczne są o wiele poważniejsze w USA, gdzie nauczyciele mają mniej władzy, niż w Brazylii, (gdzie nigdy nie wydarzyło się nic podobnego do afery Evergreen, a przemoc fizyczna jest rzadkością).
Profesor Robbins zwraca również uwagę na wpływ wskaźników na jakość. Po pierwsze, istnieje presja, aby studenci zdawali, by promować te wskaźniki – fakt dobrze znany w Brazylii, zarówno w sektorze publicznym, jak i prywatnym. Co więcej, wskaźniki te faworyzują „duże lub internetowe kursy, które mogą obsłużyć setki studentów jednocześnie. Wszyscy wiedzą, że wykład z 300 uczestnikami jest „bardziej efektywny” niż dwadzieścia seminariów z 15 uczestnikami, niezależnie od poziomu nauczania. Na mniejszych seminariach skrajne stanowiska są kwestionowane i omawiane przez rówieśników i profesorów. W formie wykładu lub online istnieje niewiele możliwości dialogu lub wymiany intelektualnej. Charyzmatyczny wykładowca może prezentować prowokacyjne punkty widzenia setkom studentów jednocześnie, bez żadnej sensownej możliwości dyskusji. Wskaźniki wskazują na wysoki poziom zapisów i efektywne wykorzystanie zasobów”.
Tutaj mierzymy się z tymi samymi problemami, z którymi borykały się brazylijskie uniwersytety prywatne w fazie ekspansji, z wyjątkiem charyzmatycznego profesora, który osiąga status celebryty – ponieważ w Brazylii najbardziej pożądane pozostają uniwersytety publiczne, a nie ma zajęć dla 300 studentów. Jednak fenomen charyzmatycznych profesorów stopniowo pojawia się również tutaj, wraz z inicjatywami takimi jak Faculdade Mar Atlântico, należąca do prawicowego użytkownika Instagrama, oraz programami studiów podyplomowych oferowanymi przez ICL, lewicową platformę marketingu cyfrowego. Świat trenerów przenika się ze światem studiów uniwersyteckich. Zobaczymy, czy to się przyjmie.
Cóż, możemy stwierdzić, że obniżanie poziomu uniwersytetów na całym Zachodzie wynika prawdopodobnie z amerykańskiego modelu zarządzania z 2002 roku, który dewaluuje zarówno profesorów, jak i produkcję wiedzy na rzecz wskaźników „efektywności” gospodarki, traktującej studentów jak klientów. Nakreśliłam analogię z Brazylią, a zagraniczni czytelnicy z pewnością mogą to porównać do swojej ojczyzny.
Bruna Frascolla
Autorka jest historykiem filozofii, doktorantką Uniwersytetu Federalnego w Bahii w Brazylii i eseistką
Źródło: https://strategic-culture.su/news/2025/07/20/the-university-reform-exported-by-america/
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1853
Z prof. Leszkiem Kuźnickim, byłym prezesem Polskiej Akademii Nauk rozmawia Anna Leszkowska
- Panie Profesorze, uczestniczył Pan z racji pełnionych funkcji przez kilkadziesiąt lat w reformowaniu polskiej nauki. I od strony jej organizacji, i finansowania. Pisał Pan o tym i w swojej Autobiografii, i w czasopiśmie Nauka, i w swojej najnowszej książce: Polska Akademia Nauk 1952-1998.
Jakie refleksje Pan ma na temat tych procesów? Czy reformy nauki były spontaniczne, oddolne, czy wymuszane potrzebami gospodarczymi, bądź sytuacją polityczną, lub czynnikami zewnętrznymi?
- Wymuszone reformy były wyłącznie do 1956 roku i były związane z tzw. sowietyzacją nauki w Polsce. Ale to nie dotyczyło PAN, a wyłącznie uczelni. W PAN ten okres organizacji nauki na wzór radziecki był jeszcze krótszy, trwał od 1952 roku – powołania PAN, do 1953-1954 roku i podziałał stymulująco na przyszłe reformowanie nauki.
Wszystkie późniejsze reformy były podejmowane przez władze krajowe i wynikały z różnych powodów.
Do końca 1948 roku (do czasu połączenia PPR i PPS) działał system przedwojenny, z korektami wynikającymi z sytuacji. Nauką zajmowało się wówczas ministerstwo oświaty. Od chwili, kiedy powstał PZPR (1949) był krótki czas wzorowania się na Związku Radzieckim, brania stamtąd wszystkich rozwiązań, a po 1956 znów odcięliśmy się od tego i wróciliśmy – po pewnych korektach do systemu własnego, będącego mieszaniną nowych koncepcji z nawiązaniem do rozwiązań przedwojennych.
Reformowanie nauki po 1956 roku wynikało z faktu, iż środowisko uznało, że nie jest tak dobrze jak być powinno, ale i władze państwa chciały mieć kontakt z tym środowiskiem, taki który odpowiadałby ideologii marksistowskiej.
Władza najlepsze relacje z nauką miała przez kilka lat - od czasu wyboru Edwarda Gierka na I sekretarza PZPR w 1970 roku, do wydarzeń radomskich w 1976. Wówczas władze państwa były zainteresowane dialogiem z naukowcami i w pewnym stopniu do tego doszło. Gierek prawie od razu po wyborze na I sekretarza PZPR spotkał się z władzami PAN, więc to nie były tylko gesty.
Po 1976 roku ten dialog się zupełnie załamał i nigdy później już go nie nawiązano.
- W 1956 roku do władzy dochodzi Władysław Gomułka, postrzegany jako krytyczny wobec inteligencji, a mimo to nauka jest wówczas doceniana, następuje stabilizacja jej struktur, intensyfikują się kontakty zagraniczne, następuje boom wydawniczy i próbuje się w większym stopniu wykorzystać naukę w gospodarce.
- Jest jedna sprawa, której większość ludzi nie dostrzega – Gomułka był w pewnym okresie najbardziej popularnym przywódcą państwa polskiego w całej historii. O jego popularności świadczyło chociażby zatrzymywanie pociągu, kiedy wracał z Moskwy, aby go powitać i wyrazić poparcie dla jego polityki. W artykule, jaki ukazał się w Sprawach Nauki Nr 1/12 (Polska w perspektywie 2050) pokazywałem razem z Markiem Chlebusiem, jak silnym państwem była Polska pod rządami Gomułki. Faktem jest, że jeśli oceniamy i porównujemy naszą sytuację w skali międzynarodowej, to byliśmy najmocniejsi właśnie wówczas. Nigdy już tego sukcesu nie powtórzyliśmy, co widać na twardych danych. A Gomułka był człowiekiem o mocnym charakterze, który chciał pewne rzeczy przeprowadzić i czasami mu się udawało, czasami nie.
- Czy nauka wówczas była dobrze finansowana?
- Średnio, właściwie krótki okres dobrego finansowania przyszedł dopiero z chwilą dojścia do władzy Edwarda Gierka, bo wówczas pojawiły się pieniądze z kredytów. Gomułka natomiast miał obsesję na tle długów – słynne jest jego powiedzenie, iż nigdy nie pozwoli, aby Polska się zadłużyła. I rzeczywiście, po odejściu Gomułki Polska nie miała żadnych długów.
Nakłady budżetowe na naukę wówczas tak bardzo nie wzrosły, ale pojawiły się duże możliwości zakupów aparatury naukowej – np. w Instytucie Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego PAN zakupiono dwa mikroskopy elektronowe, o których wcześniej nie było można nawet marzyć. Nauka wzbogaciła się wówczas materialnie. Przyszły może niewielkie, ale jak na ówczesne zabiedzenie jednak znaczące pieniądze, które zmieniły naukę. Korzystało z tego całe środowisko naukowe, nie tylko placówki PAN.
- W tamtym okresie PAN pełniła rolę ministerstwa dla instytutów naukowych, mogła więc liczyć na lepsze finansowanie...
- Sekretarz naukowy PAN był wówczas – jedyny raz w historii - w randze ministra nauki. O roli PAN wiele mówi fakt, iż do 2007 roku miała ona odrębną pozycję w budżecie państwa. Ta wysoka pozycja PAN skończyła się jednak z chwilą objęcia Ministerstwa Nauki, Szkolnictwa Wyższego i Techniki przez Sylwestra Kaliskiego, w 1974 roku.
- Ale po bogatych latach 70. nadszedł czas biedy - czy wówczas myśli się o reformie nauki?
- Znowu taka bieda w latach 80. nie była. Bo kiedy na czele Urzędu Postępu Technicznego i Wdrożeń stanął Konrad Tott, utworzono w 1985 roku Centralny Fundusz Rozwoju Nauki i Techniki, będący mechanizmem finansowania prac badawczych i wdrożeniowych. Środki na nim gromadzone pochodziły zarówno z budżetu państwa, jak i z wpłat przedsiębiorstw (odpisy 2% od produkcji sprzedanej). Utworzono też Fundusz Wspomagania Wdrożeń i Centralny Fundusz Dewizowy.
W sumie nakłady na naukę i wdrożenia były znacznie większe niż w latach 70. Dzięki środkom pozostałym z CFRNiT (95 mln nowych złotych, równoważnych 100 mln USD) powstała w 1990 roku Fundacja na rzecz Rozwoju Nauki Polskiej. Niestety, część z tych pieniędzy została rozdrapana nie na cele naukowe, ale jak były one duże widać po FNP, która nadal żyje z tej spuścizny.
- W latach 90. wszystko się zmienia. Mówił pan już o tym na łamach SN (Déjà vu, Nr 6-7/07, Polityka naukowa w opałach , Nr 4-5/07), krytykując ten model organizacji nauki.
- Niektórzy twierdzą do dnia dzisiejszego, że utworzenie KBN było dobrym pomysłem. KBN może i byłby dobrym rozwiązaniem, ale pod jednym warunkiem: gdyby pieniędzy na naukę było więcej. Jednak pieniędzy na naukę po 1990 roku było zawsze za mało. I tamta reforma polegała na dzieleniu biedy.
Co do nakładów na naukę: właściwie powinno być tak, że skoro przeznacza się 2% PKB na wojsko, to winno być i 2% na naukę. A jeśli chodzi o organizację, to nie jest powiedziane, że uczeni dobrze zarządzają nauką. Żeby dobrze zarządzać nauką trzeba być menedżerem i wizjonerem. Dobrze zarządzać nauką może więc praktycznie każdy, kto się chce tym zająć i ma te cechy i umiejętności.
- To co mamy dzisiaj powiedzieć, skoro nakłady na naukę liczone jako procent PKB stale maleją, a podobno postęp w nauce jest możliwy dopiero po przekroczeniu 1,5% PKB? W 2017 roku na naukę przeznaczyliśmy 0,43% PKB, a w roku 2016 - 0,44% PKB. Konsekwencją tego jest m.in. rozdrobnienie badań naukowych i ograniczenie ich do przyczynkarskich, że tylko o takich skutkach wspomnę.
- Cóż, pewne grupy ludzi ograniczają się do małych rzeczy, bo uważają, że to im wystarczy. Tymczasem – mimo wszystko - trzeba wychodzić z wielkimi programami, co widać choćby na przykładzie naszej stacji polarnej w Arktyce. Nie zbudowalibyśmy jej nigdy, tak jak nie stworzyli Ogrodu Botanicznego PAN w Powsinie, gdybyśmy ograniczyli się tylko do badań na poziomie instytutu. Stację zbudowaliśmy dzięki modzie na kryla, wykorzystując pretekst odkrywania jego łowisk w Arktyce. I umieliśmy do tego pomysłu przekonać władze, bo to były duże pieniądze, więc potrzebna była decyzja rządu.
Z kolei przykład Ogrodu Botanicznego pokazuje, że prof. Molskiemu zabrakło wyobraźni i nie wykorzystał szansy, jaką miał przy tworzeniu ogrodu. Zrezygnował z 200 ha, które przeznaczono na ten cel i ograniczył się jedynie do 40 ha. Dzisiaj widać, że była to decyzja zła, nie uwzględniająca przyszłych potrzeb naukowych ogrodu.
W organizacji nauki – nie tylko w samej nauce - niezbędna jest wyobraźnia. Bez niej niewiele się zrobi. Z tego też powodu nie powstał w Polsce instytut człowieka – mimo zachęt ze strony władz PAN nie było nikogo, kto by się tym chciał zając i poświęcić temu swoje życie – bo to jest praca i wyzwanie na kilkadziesiąt lat. Ta idea nawet nie wyszła poza intelektualne spory 10-15 profesorów. Jak nie ma wizjonerstwa, to nie ma niczego – trzeba umieć dostrzec szanse.
- Wróćmy do dwóch ostatnich reform, które też uzasadniane były poprawą jakości w nauce i zwiększeniem jej związków z gospodarką. Pierwsza, wprowadzona przez min. Kudrycką, spotkała się z krytyką środowiska m.in. z powodu braku (obiecywanych) pieniędzy na tę reformę.
Min. Kudryckiej udało się zlikwidować wieloetatowość w nauce, ale już nie udało się zlikwidować słabych naukowo placówek. Druga, przygotowana przez min. Gowina, budzi obawy nie tylko związane z utratą autonomii szkół wyższych i ścieżkami kariery naukowej, ale także z powodu niewystarczających nakładów na naukę (zaplanowano 0,45% PKB).
- To, co w Polsce było zawsze przeszkodą rozwoju w relacjach nauki z przemysłem to nadmierne przywiązanie ministrów resortowych do swoich instytutów. Nigdy nie chcieli się ich pozbyć. Traktowali je jak jakąś swoją ozdobę, punkt honoru ministra. A żadna reforma nie przyniesie planowanych skutków, jeśli nie będzie zainteresowania nią rządu, który będzie skłonny poświęcać na naukę określone środki. I to nie przez rok, czy dwa, ale dziesięciolecia. Przy podejściu oszczędzania na nauce nigdy nie wybrnie się z problemów, jakie się chce rozwiązać.
W Polsce, jeśli rzeczywiście chciałoby się podnieść naukę na wyższy poziom, trzeba byłoby przynajmniej przez 10 lat łożyć na naukę znacznie wyższe środki niż obecnie i ściągnąć do nauki ludzi z Zachodu do budowania od nowa czy przekształcania istniejących ośrodków badawczych. Problem leży więc tylko w ludziach i pieniądzach.
- Dziękuję za rozmowę.
- Autor: ANNA LESZKOWSKA
- Odsłon: 3588
- Wbrew pozorom jest to trudne pytanie, bo nie można mówić o jednym programie; sposób finansowania nauki poszedł w innym kierunku. Należałoby spojrzeć tu na całość nauk ścisłych i technicznych, i pomyśleć o wielu programach. W tej chwili niektóre kierunki są uznane przez ministerstwo za ważne dla rozwoju nauki w Polsce. To dotyczy m. in. nauk informacyjnych i obliczeniowych, które są wymieniane jako ważne, natomiast nie są w sposób specjalny finansowane. Mamy np. w Narodowym Centrum Nauki panel o nazwie „Informatyka i technologie informacyjne”. Jest on taki, jak wiele innych, gdzie obowiązuje procedura konkursowa. I to dobrze, ale nie jest to program finansowany osobno, z racji ważności tematyki. Czy taki byłby potrzebny? Na pewno tak, ale wówczas, gdyby takich programów było więcej, gdybyśmy byli stworzyli priorytety badawcze istotne dla rozwoju kraju.
Niestety, administrowanie naszą nauką poszło w kierunku określenia wąskich obszarów, w których możemy się ubiegać o finansowanie bardzo wąskich tematycznie projektów. W tym systemie bywają nawet znaczące granty, ale jest ich mało, w dodatku można mieć wątpliwości, czy są one dobrze rozdzielane i czy są na nie wystarczające środki. O dużych programach się nie mówi, więc sama konstatacja, że program rozwoju informatyki jest potrzebny, to za mało.
- A może wynika to z powszechnego przekonania, że informatyka to nauka pomocnicza, służebna dla innych?
- Deklaracje są inne, wskazujące na docenianie informatyki jako nauki niezależnej, niemniej jeśli idzie o finansowanie, to znajdują one słabe odzwierciedlenie w faktach. Gdyby np. wspomnieć o ciekawych inicjatywach NCN, to w programie „Maestro” wielkość grantów może dochodzić do 3 mln zł – a to już poważna suma. W ostatnim konkursie NCN z obszaru nauk ścisłych i technicznych finansowanie uzyskało zaledwie 29 projektów, ale nauki techniczne zostały w nim prawie pominięte, a informatyka – zupełnie. Nastąpiło więc bardzo wyraźne skrzywienie w stronę nauk podstawowych - fizycznych i chemicznych. A informatyka tutaj winna być, zwłaszcza że były z tego obszaru bardzo dobre projekty.
- Pytam o informatykę – kierunek, w który warto inwestować - nie bez powodu: mamy przecież zespoły młodych informatyków, którzy wygrywają światowe olimpiady, zawody, konkursy i to od lat. Poza tym nasze firmy informatyczne wchodzą z powodzeniem na rynki zagraniczne. Czyli potencjał intelektualny mamy w tym obszarze spory i obiecujący. Czy wobec tego nie powinno się większej wagi przywiązywać do rozwoju informatyki, zwłaszcza że to nie jest tak droga nauka jak fizyka czy biologia, a i wdrożenia chyba tańsze...
- Rzeczywiście jest ogromne pole do popisu dla nauk informatycznych, przedsięwzięć o niskiej kosztochłonności i możliwości wpisywania się w niezwykle ważne badania. I gdyby stworzyć taki szeroki program rozwoju informatyki, to z pewnością skorzystałaby cała nauka i kraj. Ale trzeba byłoby inaczej spojrzeć na finansowanie całej nauki, strukturę przyznawania grantów. Trzeba byłoby przede wszystkim zauważyć, że na obecnym poziomie finansowania nauki nie da się skonstruować poważnych, mocnych i trwałych programów rozwoju określonych dziedzin nauki. Mówi o tym historia porażek takich działań od lat 90.
Dobrą ilustracją problemu struktury polskiej nauki są choćby losy tych młodych zdolnych informatyków, którzy zdobywają laury na forum międzynarodowym. Nasze zespoły badawcze nie mają środków na zapewnienie stabilnego zatrudnienia i rozwoju naukowego tym ludziom i ich tracą. Przechwytują ich koncerny, prywatny biznes. My możemy im zaoferować co najwyżej umowę o dzieło, ewentualnie etat na krótki czas. Sprawę mogłyby polepszyć programy 5- letnie, natomiast już przy grantach 3-letnich – o ile się je zdobędzie - brakuje stabilizacji. Nasz instytut na razie jest w bardzo dobrej sytuacji, uczestniczymy i prowadzimy wiele programów, także unijnych, więc dajemy bardzo dobre wynagrodzenia. Ale z drugiej strony nie wiemy, co będzie po zakończeniu tych programów - przyszłość jest niepewna i będzie taka, jeśli nie pojawią się programy dłuższe w finansowaniu niż 3-letnie oraz nie zwiększą się środki statutowe, z których opłacamy wkład własny przy ubieganiu się o kolejne dotacje.
- Dyletantowi, który obserwuje informatykę w Polsce może wydawać się, że zajmuje się ona głównie problemami związanymi z digitalizacją zasobów. Czy takie spojrzenie jest prawdziwe? Czym się zajmuje polska informatyka?
- Digitalizacja zasobów – choć bardzo potrzebna, nie jest nauką, acz są w tym ciekawe elementy naukowe. Nas interesuje nie sama cyfryzacja, którą mogą robić przyuczeni do tego ludzie, ale tematyka zasobów językowych, nad czym pracujemy z innymi zespołami w Polsce. To jest przetwarzanie języka naturalnego – coś, co stało się mocnym elementem polskiej informatyki i informatyki w ogóle. Nasz Zespół
Tworzenie jednak tego typu narzędzi wymaga przede wszystkim dostępności wiarygodnych danych o języku w postaci obszernej grupy tekstów opracowanych lingwistycznie i informatycznie. W Polsce takim zbiorem jest Narodowy Korpus Języka Polskiego powstały kilka lat temu w ramach koordynowanego przez nas projektu.
Narodowy Korpus Języka Polskiego służy i będzie służyć głównie humanistom, jest już podstawą przygotowywanego Wielkiego Słownika Języka Polskiego. Ale jest także bazą dla pracy naszego zespołu, którego specjalnością jest systematyzowanie zasobów internetowych oraz ich udostępnianie użytkownikowi. IPI PAN buduje w związku z tym wyszukiwarkę internetową, która ma zgromadzić zasoby całego polskiego Internetu.
- Taki polski Google?
- Unikamy porównywania z Google, bo nie jesteśmy w stanie takiego giganta stworzyć. Ale możemy zrobić wyszukiwarkę rodzimą, zawierającą ok. miliard dokumentów. Jej stworzenie podyktowane jest naszą odmiennością kulturową, a co za tym idzie – specyfiką języka polskiego. Systematyzacja, jaką się w tej pracy posługujemy polega na automatycznym podziale zasobów internetowych na grupy tematyczne i daje możliwość wyszukiwania kontekstowego – zarówno pojedynczych dokumentów, jak i grup, np. kanałów tematycznych czy serwisów oraz dywersyfikację odpowiedzi wyszukiwarki. Z kolei uzyskanie zróżnicowania odpowiedzi tak, aby użytkownik ujrzał nie tylko najlepsze dokumenty, ale także rozmaitość czy niejednoznaczność tematyczną jest możliwe dzięki zastosowaniu dywersyfikacji. No i uwzględnieniu kontekstu – istotnego, kiedy poszukiwany dokument jest zrozumiały tylko w otoczeniu innych dokumentów.
Tu proszę mi pozwolić na krótką dygresję. Prace nad wyszukiwarką wyrosły po części z naszych niezależnie prowadzonych badań w innych obszarach informatyki – nie tylko inżynierii lingwistycznej, ale komputerowych systemów uczących się, czy heurystycznych metod optymalizacji (szersze badania prowadzimy jeszcze m. in. na polu matematycznych podstaw informatyki, automatycznej weryfikacji poprawności oprogramowania, w tym bezpieczeństwa przesyłania danych, oraz tworzenia nowych technologii dla elektronicznych rynków usług).
- Czy tego rodzaju wyszukiwarki są tworzone w innych krajach?
- Oczywiście, tak. Nie my jesteśmy pionierami w tej dziedzinie, choć w pewnych fragmentach prac badawczych jesteśmy w czołówce światowej. Nasza praca odkrywcza jest w tym fragmencie, który dotyczy analizy semantycznej.
- Stworzenie tej wyszukiwarki to wynik badań podstawowych. Jak będzie wyglądało wdrożenie tego osiągnięcia? I kto to będzie robić?
- Jeśli miałoby być wdrożone jakieś nasze osiągnięcie teoretyczne, nam, naukowcom, potrzebna byłaby pomoc programistów. Taki zespół moglibyśmy stworzyć, gdybyśmy mieli pieniądze. W sprawie wdrożenia tego projektu będziemy dopiero rozmawiać z ministerstwem nauki, gdyż nie do końca są tutaj jasne przepisy prawne. Problem polega na tym, że do stworzenia tej wyszukiwarki użyliśmy pieniędzy publicznych, zatem rozwiązanie jest własnością publiczną. Nie wiadomo, co z tego można komercjalizować. Ten problem jest zresztą obecnie rozważany w Komisji Europejskiej, przy okazji konstruowania kolejnego, po VII PR, programu o nazwie Horizon 2020. Jak pozwolić podmiotom publicznym na współpracę z biznesem? Dzisiaj to, co zrobiliśmy można udostępnić publicznie, ale nie sprzedać. Bo nie ma wątpliwości co do praw autorskich, praw majątkowych, które przechodzą na instytut, są natomiast wątpliwości jak to dalej kierować w stronę wdrożeń? Oczywiście, można sprzedawać licencje, ale to oznacza ograniczenie konkurencyjności firm, które je kupią (sprzedaż licencji jest nielimitowana). Dlatego bez rozwiązania problemu opłacalności korzystania z publicznych pieniędzy zarówno przez podatnika jak i przedsiębiorcę komercjalizacja osiągnięć takiej nauki jak informatyka jest bardzo trudna.
Dziękuję za rozmowę.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2264
Gdy przed kilkunastoma miesiącami opublikowałem na łamach „Spraw Nauki” i „Myśli Polskiej” dyskusyjny tekst pt. „Akademickie trąby na larum!” nie spodziewałem się, że kryzys wolności akademickiej i moralne skarlenie władz macierzystego wydziału dopadną mnie osobiście. Że po 50 latach życiowego związania się z Uniwersytetem i warszawską politologią padnę ofiarą „sykofantów i makkartystów”, których przypomniał niedawno w swoim celnym artykule Radosław Czarnecki. Nie odnosiłbym się do uknutej przeciwko mnie intrygi z udziałem studentów i urzędników nauki, gdyby sprawa nie miała poważniejszego charakteru.
Otóż tak jak pisałem ponad rok temu, Uniwersytet przestał być miejscem krytycznego myślenia, obiektywnej oceny zjawisk i procesów społecznych, porównywania i konfrontowania różnych punktów widzenia. Zostałem pouczony przez dziekana wydziału, że wolność akademicka nie oznacza „prawa do dowolności”. W tym zdaniu właśnie jak w soczewce skupia się biurokratyczny, a zatem i polityczny zamach na samą ideę i istotę wiedzy jako dobra publicznego. Ta, jak wiadomo, może się rozwijać jedynie w warunkach poszanowania pluralizmu światopoglądowego i aksjologicznego, wielości stanowisk metodologicznych i w rezultacie rozmaitości punktów widzenia.
Najgorsze jest to, że „oddolne” psucie standardów uniwersyteckich, w tym dobrych obyczajów, odpowiada „odgórnym” zamachom na wolność akademicką nawet w państwach dojrzałej zachodniej demokracji. Takie rzeczy, jak ograniczanie przedmiotowe zainteresowań badawczych dzieją się nie tylko na Węgrzech, w Rosji czy Turcji, ale także w USA, Wielkiej Brytanii i Francji. Tworzenie instytucji kolejnych rzeczników i niedorzeczników do spraw wszelkiej poprawności i niepoprawności rodzi skutki odwrotne do zamierzonych. Oskarżają oni niezależnie myślących badaczy o odstępstwa od norm, ustanawianych arbitralnie przez „sądy kapturowe”.
Te zjawiska są przejawem kryzysu intelektualnego, który wiąże się przede wszystkim z upolitycznieniem uczelni, poddawaniem ich poprawnościowym modom i gorliwym wykonawcom szkodliwych dyrektyw.
Wrogowie wolności akademickiej wykorzystują kolejną fazę ideologizacji i ostrej konfrontacji w stosunkach międzynarodowych, która wyraża się w masowym stosowaniu propagandy i dywersji psychologicznej, skierowanych przeciwko zwolennikom odmiennej aksjologii, metodami przeinaczeń, kłamstw, fałszerstw, dyfamacji i insynuacji. Każdy pretekst jest dobry, żeby uderzyć w dobre imię bezkompromisowego pracownika.
Obserwujemy wyraźny kryzys dialogu międzykulturowego czy nawet międzycywilizacyjnego.
Jego miejsce zaczyna zajmować dyktat rzekomo uniwersalnych wartości, głoszonych przez jedną ze stron konfrontacji. Najczęściej jest to zaprzeczenie możliwości poznania racji drugiej strony czy stron trzecich. Coraz powszechniej słyszymy o konieczności podporządkowania przez rządzących spraw nauczania potrzebom ochrony praworządności, narodowej i kulturowej tożsamości, a nawet zapobieganiu terroryzmowi i wszelkim innym zbrodniom ze strony arbitralnie wyznaczanych wrogów. Stąd już tylko krok do całkowitej likwidacji wolności akademickiej.
Dlatego aby ją obronić, potrzebna jest mobilizacja świata nauki na rzecz przebudowy mentalnej i moralnej własnego środowiska, pobudzenia go do dyskusji i krytyki, do otwarcia się na odkrycia i innowacje. Potrzebny jest odważny opór intelektualny przeciw petryfikacji zdeformowanych struktur akademickich, broniących biurokratyzacji, uniformizacji i formalizmów, zastępujących rzeczywistą inicjatywę i realne osiągnięcia przez bałamutne instrukcje, nadęte sprawozdania i bezkrytyczne pouczanie ex cathedra „wicie, rozumicie”.
W sukurs naukowcom muszą przyjść postępowe kręgi polityczne, które mają świadomość wagi i znaczenia instytucji uniwersyteckich dla prawidłowego funkcjonowania demokracji. Choć więc uniwersytety nie są instytucjami politycznymi, muszą liczyć na wsparcie i działania polityczne tych, którzy rozumieją współczesne wyzwania cywilizacyjne.
Administrujący nauką okopali się w swoich „fortecach” i na „ciepłych posadkach”. Zamiast pomysłów na innowacje, także w zakresie reformowania programów studiów i odpowiadania na problemy współczesności, górę bierze zaściankowa rutyna, zaduch kumoterstwa i donosów oraz małostkowość. Niesubordynowanych trzeba skarcić, zganić, upomnieć i postraszyć, a gdy to okazuje się nieskuteczne, wszcząć nagonkę i urządzić polowanie.
Najlepiej zaangażować w ten proceder studentów, no bo przecież sprawa wiarygodności ich oskarżeń, na dodatek anonimowych, jest kluczowa i niepodważalna. Im bardziej z ukrycia „obsmarują” nieprawomyślnego wykładowcę, tym na większą zasłużą nagrodę. A poza tym to sprawdzony sposób doboru kandydatów w skład młodej kadry naukowej. Spośród najbardziej gorliwych „we współpracy” z dziekanem można przecież stworzyć kolejny „zaciąg pokoleniowy”, miernych ale wiernych, lojalnych i posłusznych, reprodukujących najgorsze nawyki i pokazujących moralną degenerację „chowu wsobnego”.
Można walczyć z tymi zjawiskami jedynie nazywając rzeczy po imieniu. Nawet za cenę przykrego odwetu wydziałowych ordynatów. Ale jak wielu jest gotowych stanąć w prawdzie i wygarnąć publicznie, na przykład podczas posiedzenia ciał kolegialnych, że wydział psuje się od dziekana, a uniwersytet od rektora? Praktycznie takich odważnych nie ma i w obecnym stanie degrengolady ich nie będzie. W tym tkwi katastrofa środowiska uczelnianego.
„Myślozbrodnie”
Martwi mnie, co się stanie z wolnością myśli w przyszłości. Jeśli pojawiają się niewybredne krytyki pod adresem zmarłych znawców problematyki rosyjskiej, tak jak w przypadku Andrzeja Walickiego, jednego z najwybitniejszych polskich historyków idei, to strach pomyśleć, co czeka żyjących i wciąż aktywnych badaczy.Widać wyraźnie, że komuś zależy na wykluczeniu z przestrzeni publicznej jakiejkolwiek dyskusji, a także objęciu anatemą tych, którzy za przedmiot swoich naukowych dociekań wybrali Rosję.
W wielu uczelniach niebezpieczne stały się zajęcia, na których wykładowcy wprost odnoszą się do otaczającej rzeczywistości. Wojna na Ukrainie wywołała z jednej strony niezwykle silne uniesienia emocjonalne (co jest zrozumiałe), ale z drugiej strony narzuciła selektywne pojmowanie rzeczywistości, z jednego tylko punktu widzenia. Kto go nie podziela, ulega wykluczeniu, marginalizowaniu i stygmatyzowaniu. Ryzyko jest duże, bo można być odsuniętym od zajęć, a nawet z powodu absurdalnych oskarżeń studentów stać się obiektem wszelkich możliwych pomówień. Przodują w tej dziedzinie rzecznicy uczelniani, jako strażnicy „świętej poprawności” i nadużywający swoich kompetencji.
Uczelnie wyższe, te niby wolne „świątynie dumania”, stały się – to był zresztą proces trwający od dłuższego czasu, ale wojna tylko go przyspieszyła – miejscem „myślozbrodni” z punktu widzenia narzucanej ortodoksji przez świat polityki i mediów. Nie wolno nie tylko podważać oficjalnej wykładni na temat „złej” Rosji i „dobrej” Ukrainy, ale niedopuszczalna jest jakakolwiek krytyka cynicznego kursu politycznego Zachodu, zorientowanego na prowadzenie tej wojny aż do wykrwawienia stron. Jak zauważył zacny krakowski mędrzec Bronisław Łagowski, „w liberalnej Polsce niewskazane jest mówienie, że gdy toczy się wojna, to obie strony strzelają i po obu stronach są zabici”.
Absurdalną praktyką stało się demonizowanie wykładowców, którzy podnoszą w dyskusji racjonalne argumenty i dążą do pogłębienia intelektualnej debaty.
W kontekście wojny na Ukrainie najbardziej oberwał chicagowski profesor John J. Mearsheimer, ale i w polskim krajobrazie uczelni wyższych da się wskazać nazwiska osób sekowanych i prześladowanych przez macierzyste uczelnie za głoszone poglądy. Łatwo można stać się ofiarą „polowania na czarownice” pod byle jakim pretekstem. Bez domniemania niewinności, bez weryfikacji donosów i podważenia nielegalnych nagrań, bez udzielenia głosu stronie pomówionej i oskarżonej!
A przecież to Uniwersytet powinien być szkołą prawości i praworządności, ostoją przestrzegania prawa!
W praktyce można bez żadnych zahamowań obrzucić nauczyciela stekiem absurdalnych zarzutów. Nikomu nie zależy – łącznie z rektorem uczelni – aby te zarzuty sprawdzić w drodze rzetelnego i zgodnego z prawem postępowania wyjaśniającego. Jeszcze zabawniejsze jest unikanie odpowiedzialności za to, kto naprawdę podjął decyzję o nielegalnym odsunięciu nauczyciela od zajęć dydaktycznych. Podpisujący się pod nią dziekani twierdzą, że wykonali postanowienie władzy rektorskiej. Z kolei rektor zaprzecza swojemu udziałowi w tej hecy. To dowód infantylizacji zarządzania i braku nie tylko urzędowej, ale i osobistej odpowiedzialności.
Politologia - nauka niebezpieczna
Gdzie zatem szukać obiektywizmu w debacie politologicznej? Jednostronność przekazu wyklucza możliwość rozważań, czy władze państwa ukraińskiego zrobiły wszystko, co można było zrobić, aby w ciągu trzech dekad istnienia niepodległej Ukrainy ułożyć się po sąsiedzku z Rosją. Dlaczego nie wolno zadawać pytań o rolę czynnika zewnętrznego w budowaniu antyrosyjskiej Ukrainy i w rozpaleniu tego konfliktu?Dlaczego nazywanie po imieniu sprawców po obu stronach jest herezją? Skąd bierze się ta przedziwna asekuracja i pomijanie roli sił nacjonalistycznych i skrajnie prawicowych na Ukrainie? Czy odradzanie się brunatnych ideologii jest doprawdy jedynie wymysłem Kremla? Dlaczego ślepota poznawcza polskich elit politycznych, ale i wydawałoby się poważnych badaczy prowadzi do ignorowania niezwykle niebezpiecznych zjawisk, które przecież dotyczą żywotnych interesów Polski i Polaków?
Problem tzw. ukrainizacji Polski nie jest wymysłem posła Grzegorza Brauna ani innych polskich „nacjonalistów”.
Dlaczego nad konsekwencjami przesiedleń nie zastanawiają się na przykład znawcy migracji, których bezrefleksyjnym zawołaniem stało się banderowskie pozdrowienie „sława Ukrainie”?
A gdzie debata o kosztach demograficznej transformacji, o negatywnych skutkach demontażu polskiej tożsamości narodowej poprzez żywiołowy napływ uchodźców, a raczej stymulowany ruch przesiedleńczy?
Czy jednolite narodowo państwo polskie naprawdę przestało być cenną wartością Polaków?
Na jakich podstawach ma w przyszłości opierać się lojalność wobec państwa, jeśli status obywateli RP otrzymują osoby przypadkowe, albo jeszcze gorzej, obce polskiej tradycji myślenia i kulturze?
Przecież takie tematy powinny być przedmiotem nie tylko debat parlamentarnych, ale i twórczych dyskusji w środowiskach naukowych.
Nie chodzi wyłącznie o wystawianie chwalebnych laurek wojennym bohaterom czy ściganie się w antyrosyjskim zelotyzmie, ale o poważne zastanowienie się, dlaczego polskie interesy narodowe niekoniecznie we wszystkim współgrają z tym, co prezentuje pogrążona w katastrofie wojennej Ukraina.
Kto poza sloganami o „wspólnej” czy „naszej” wojnie powinien tłumaczyć Polakom, że państwa nie kierują się wobec siebie żadnym altruizmem i bezinteresownością? Państwa z natury myślą egoistycznie i dbają przede wszystkim o dobrostan swoich obywateli, którzy nie powinni płacić kosztów za cudze błędy, w tym także za cudze wojny.
Mądrość rządzenia państwem nie polega przecież na hojnym rozdawnictwie własnego majątku i trwonieniu zasobów, w imię dziedziczonej po przodkach irracjonalnej misyjności. Jeśli elity władzy doprowadzają w państwie demokratycznym do degradacji standardów życia i destrukcji gospodarki, powinny liczyć się ze społecznym odrzuceniem. A także z polityczną i prawną odpowiedzialnością za dyskryminację własnych obywateli kosztem przybyszów z zewnątrz.
Jeszcze ważniejsza staje się potrzeba debaty na temat ewolucji „ustrojowej” państwa polskiego. Jak można nieodpowiedzialnie ogłaszać, jak czynią to najważniejsi funkcjonariusze władzy, że granica państwowa między Polską a Ukrainą zmierza w kierunku zaniku, a nawet prawnej likwidacji? Dlaczego tak ważnych z egzystencjalnego punktu widzenia spraw nie poddaje się debacie publicznej? Dlaczego milczą na ten temat partie opozycyjne w parlamencie, nie podejmują tej problematyki media masowe? Nie ma też wypowiedzi autorytetów prawa konstytucyjnego.
Łączenie ze sobą tak różnych dwóch organizmów państwowych wymaga nie tylko głębokiego namysłu, ale przede wszystkim diagnozy interesów integrujących się stron i wzajemnych zobowiązań po dokonaniu ewentualnej „fuzji”. Na obecnym etapie żenujący poziom wypowiedzi o związkach Polski i Ukrainy prowadzi raczej do konfuzji. Obywatele Polski mają prawo odczuwać głęboki niepokój z powodu postępującej „ukrainizacji” polskiej polityki i jej szkodliwych skutków.
Interesy Stanów Zjednoczonych na Ukrainie nie dają się uzasadnić ani geopolityką (gdzie Rzym, a gdzie Krym!), ani solidarnością ideologiczną (występuje absolutny brak związku ustroju państwa ukraińskiego z poszanowaniem wartości bronionych przez Zachód). Słusznie zauważa się w samej Ameryce, że nadawanie „żywotnej” rangi interesom Waszyngtonu na Ukrainie może mieć charakter irytujący (Katrina vanden Heuvel). Na szczęście takich głosów jest coraz więcej. Nie chodzi w nich o usprawiedliwianie zbrodniczych agresji, ale o wskazanie rzeczywistego sprawstwa i konieczności wyjścia z kryzysu. Jeśli nie można było zapobiec tragedii ukraińskiej, to może przynajmniej uda się pobudzić rozmaite środowiska do zmiany kursu politycznego? Czy wysyłanie Ukraińcom kolejnych partii śmiercionośnej broni jest doprawdy najmądrzejszym kursem politycznym, zważywszy na konsekwencje, w jaką otchłań rozmaitych kryzysów wpadają rządy i społeczeństwa Zachodu? To nieprawda, że jest tylko jeden sposób rozwiązania konfliktu na Ukrainie, poprzez wojnę aż do zwycięstwa, bez liczenia się z kosztami ludzkimi i materialnymi samych Ukraińców i Rosjan!
Myślenie męczy
Dyktat jednolitości stanowisk wobec spraw trudnych i niebezpiecznych zawsze prowadzi do zaniku wariantowego myślenia, do przyjmowania narracji narzucanej odgórnie. Sprzeciw wobec każdego dyktatu wymaga odwagi. Większości studentów nie interesuje jednak czytanie „rewizjonistycznych” i prowokujących do myślenia książek, bo są przecież gotowe, łatwe i oczywiste interpretacje otaczającej nas rzeczywistości. Jest gorzej, gdy zalecane przez wykładowcę publikacje wychodzą poza tzw. sylabus, czyli wcześniej zatwierdzony przez władze program nauczania. To już prawdziwa herezja!
Czasem można odnieść wrażenie, że dzisiejsi studenci są „mądrzejsi” od swoich profesorów. Są przekonani, że i bez czytania książek dużo więcej wiedzą niż anachroniczni wykładowcy, głoszący „skostniałe” teorie i staroświeckie ideały. Zadawanie lektury obowiązkowej przez tych ostatnich i jej egzekwowanie na zajęciach jest nie tylko fanaberią uczących, ale powodem do skarg i zażaleń, składanych przez stale rosnącą liczbę frustratów.
Sytuacja jest chyba nieodwracalna, gdyż potulni kierownicy jednostek dydaktycznych poddają się studenckiemu terrorowi. Dla świętego spokoju tolerują nieuków, a poprzez ich donosy w systemie anonimowych ankiet ganią wymagających nauczycieli. Zjawisko to ma szerszy negatywny kontekst ze względu na rozwój cywilizacji informatycznej. Smartfony i tablety zawładnęły umysłami młodzieży, co zniszczyło czytanie poważnej literatury naukowej. Skłonienie studentów do przeczytania jakiejś książki w całości jest doprawdy czynem heroicznym tak ze strony nauczyciela, który naraża się na skargi, jak i ze strony słuchaczy, z których tylko część posiadła umiejętność czytania ze zrozumieniem.
Dążenie do zdobycia i ugruntowania pewnego kwantum fachowej wiedzy jest obecnie marzeniem nielicznej grupy studentów. Reszta, w przeważającej większości, dąży do zdobycia łatwych certyfikatów, dających możliwość wpasowania się w rynek pracy. Do rzetelnego studiowania nie skłania obecny system edukacji na poziomie wyższym. Przestarzałe programy nauczania, brak przygotowania do alternatywnego i krytycznego myślenia, wreszcie stadność i pseudopatriotyczny terror jednomyślności – to cechy niejednej katedry uniwersyteckiej.
Uczelnie upodabniają się do szkół zawodowych. Stają się fabrykami pseudointeligentów, którzy zdobywają dyplomy w transakcji kupna-sprzedaży. Wtedy naprawdę wiedza ma najmniejsze znaczenie. Krytyczne myślenie nie jest w cenie, bo naraża na starcie się z absolutyzowaną przez większość prawdą, a to może zaszkodzić w dalszej karierze. W cenie jest przystosowanie ochronne (mimikra) i konformizm. Osobność nie popłaca. Najważniejsze są przyszłe posady i szybki dostęp do dóbr wszelakich, a nie zawracanie sobie głowy jakimiś przykazaniami o moralnych powinnościach. Przestają obowiązywać zasady rzetelności i uczciwości na drodze poznania naukowego. Roty ślubowań studenckich, a nawet doktorskich stały się czczym rytuałem. A dobre obyczaje i tak nie mają żadnego znaczenia, bo przecież nigdzie nie zostały spisane (sic!).
Mamy do czynienia nie tylko z konfliktem różnych oczekiwań wobec zarządzających polską nauką, ale także z konfliktem pokoleń. Dziekani wydziałów likwidują ten problem przez obcesowe odsyłanie zasłużonych nauczycieli akademickich na emeryturę. Rektorzy przedłużają niektórym seniorom zatrudnienie ze względu na ich dorobek, zawodową przydatność lub po prostu „po uważaniu”. Mamy więc do czynienia z dziwaczną sytuacją, że władze uczelni zamiast spójnej i racjonalnej polityki zatrudnienia, uwzględniającej potrzeby kadrowe i zapewniającej ciągłość poziomu badań i nauczania, kierują uwagę nie na najlepszych, lecz na tych szczególnie zasłużonych w lojalności i pełnieniu funkcji lub po prostu politycznie protegowanych.
Nieklarowność kryteriów w polityce zatrudnienia na uczelniach jest mankamentem od lat. W konkursach o zatrudnienie najczęściej startuje jedna osoba, co jest zaprzeczeniem idei samego konkursu i z góry wskazuje intencje jego organizatorów. Bynajmniej nie zanosi się na zmiany, które zapowiadała jeszcze w 2015 roku ówczesna minister nauki Lena Kolarska-Bobińska. "Deforma" szkolnictwa wyższego zniszczyła bezpowrotnie etos pracownika naukowego, który dysponując dorobkiem i wiedzą stanowił kiedyś autorytet dla młodszych pokoleń.
Uczenie się rzemiosła akademickiego nie zachodzi poprzez punkty i granty, lecz poprzez żmudne wykuwanie umiejętności analitycznych, pogłębianie refleksji intelektualnej (teoretycznej) i osiąganie dojrzałości metodologicznej. Aż strach pomyśleć, co pozostanie z dorobku mierzonego formalnymi notami, a nie rzeczywistym wkładem do myślenia i praktyki.
W dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości, wraz z ogromnym tempem przemian cywilizacyjnych zabrakło dostosowania edukacji w ramach tzw. kształcenia ustawicznego, do zmieniających się wyzwań poznawczych.
Decydenci od spraw szkolnictwa wolą sięgać do historii jako „matki wszystkich mądrości”, zamiast kierować uwagę badaczy, nauczycieli i uczniów na rozumienie i oswajanie perspektyw rozwojowych.
Wszyscy, którzy pretendują do rządzenia państwem polskim muszą pilnie zastanowić się nad sanacją edukacji publicznej, gdyż w przeciwnym razie Polsce i Polakom grozi zapaść cywilizacyjna. Państwo polskie musi zapewnić wszystkim obywatelom dostęp do wiedzy, nie kwalifikując jej, czy jest poprawna, czy nie. Nowoczesne państwo potrzebuje modernizacji nauczania na wszystkich poziomach, aby zapobiec powrotowi obskurantyzmu i zamknięcia w klatce prowincjonalizmu. Tylko postępy edukacyjne mogą przyczynić się do profesjonalizacji polskich elit politycznych, zapewnić zdrową konkurencję o rozmaite stanowiska, opartą na kompetencjach i kwalifikacjach, a nie na koneksjach i układach.
Stanisław Bieleń
Wyróżnienia w tekście oraz śródtytuły pochodzą od Redakcji.

