Naukowa agora (el)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 4501
Z prof. Maciejem W. Grabskim, byłym przewodniczącym Zespołu ds Etyki w Nauce w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego rozmawia Anna Leszkowska
- Panie Profesorze złożył pan rezygnację z funkcji przewodniczącego Zespołu ds Etyki w Nauce. Jakie są powody tej rezygnacji?
- Powodów jest kilka. Otóż w ostatnim dwudziestoleciu nad światem nauki przeszedł huragan wywołany coraz to nowymi ujawnianymi przejawami nieuczciwości popełnianej nawet na jej szczytach. O przyczynach tego zjawiska piszę w ostatnim numerze kwartalnika „Nauka". Natomiast problem polega na tym, że środowiska naukowe nie potrafiły początkowo dać sobie rady z wyjaśnianiem tych spraw, gdyż dotychczas stosowane w takich przypadkach metody przestały być skuteczne w rozrastającym się niebywale systemie nauki. Doprowadziło to do powstawania skandalicznych sytuacji, znajdujących duży oddźwięk publiczny i podważających zaufanie do całej nauki.
Okazało się więc, że istnieje potrzeba wprowadzenia pewnych nowych rozwiązań o charakterze instytucjonalnym, gdyż odwoływanie się tylko do zasad etycznych przestało być skutecznym remedium. Tak więc najpierw w USA, a później w kolejnych krajach, podjęto przeciwdziałanie. Opracowowano odpowiednie przepisy prawne i administracyjne oraz szkolenia wprowadzające zrozumiałe zasady i procedury w postaci tzw. dobrej praktyki naukowej, której przestrzegania wymaga się od całej społeczności naukowej pod rygorem szczegółowo określonych sankcji.
Kiedy w 2000 r. zostałem najpierw członkiem kierowanego przez prof. Witolda Karczewskiego Zespołu ds. Etyki, utworzonego przy ministrze nauki, a następnie jego przewodniczącym, uznaliśmy, że trzeba zaproponować stworzenie w Polsce - wzorem innych krajów - podobnego instytucjonalnego systemu. W związku z tym opracowaliśmy odpowiednie rekomendacje, które zostały przedstawione ministrowi nauki jako podstawa do wprowadzenia w Polsce programu dobrej praktyki naukowej.
- Który to był rok?
- To był 2000 r, ale ostatnia wersja została złożona w 2002 r. Mimo wydania tych rekomendacji przez ministerstwo w formie broszury, nie odbyła się żadna dyskusja, nikt się tym nie zajmował. Okazało się, że ta broszura była potrzebna w jednej sprawie: otóż kiedy do Polski przyjeżdżały zagraniczne delegacje i pytały o sposób rozwiązywania tego problemu u nas, pokazywano im wówczas, że mamy taką książeczkę - zresztą dla ułatwienia wkrótce przetłumaczono ją na angielski. W ten sposób zamknięto sprawę. Natomiast rola Zespołu była stopniowo ograniczana. Każda kolejna regulacja zmniejszała zakres jego kompetencji, które w końcu zostały sprowadzone do wyrażania generalnych opinii w sprawach przekazywanych nam przez ministra. A w momencie, kiedy tworzono pakiet ustaw o nauce, ministerstwo zignorowało dorobek Zespołu, nie poproszono nas nawet o konsultację. Okazało się, że do projektu ustawy o PAN wprowadzono kuriozalny zapis, iż tworzy się w jej ramach ciało którego zadaniem jest wyrażanie opinii w sprawach dotyczących naruszeń zasad etyki w nauce przez pracowników nauki wszystkich „pionów".
- Chodziło o zmarginalizowanie PAN, sprowadzenie jej do roli towarzystwa od spraw etycznych...
- Zastanawiając się nad kształtem instytucji, która ma się zająć rzetelnością prowadzenia badań naukowych należy wyraźnie rozróżnić warstwę intelektualno - akademicką, gdzie omawia się, definiuje i upowszechnia ogólne etyczne normy rzetelnego postępowania człowieka w nauce - co jest właściwym polem działania dla Akademii - od warstwy prawno - administracyjnej, wynikającej z faktu, że badania są finansowane ze środków publicznych. To całkowicie odmienne obszary działania.
Ponadto, ponieważ środkami na naukę dysponuje minister, wynika z tego bezpośrednio, że to na nim właśnie spoczywa społeczna odpowiedzialność za dbanie o rzetelność i wiarygodność finansowanych przez państwo badań. Musi w tym celu dysponować odpowiednimi administracyjnymi narzędziami, musi też spowodować wprowadzenie do praktyki finansowanych przez siebie jednostek naukowych określonych procedur, stanowiących swoisty „kodeks ruchu drogowego" dla nauki. Nie wyobrażam sobie, aby instytucja finansująca badania mogła pozbawić się takiego narzędzia.
Obecny projekt ustawy oddala nas od jego utworzenia. Powierzenie procedowania spraw związanych z naruszeniami rzetelności badań naukowych jurysdykcji Akademii jest tak samo nierozsądne i powiedziałbym „antyskuteczne" jak oddanie ich w kompetencję istniejących na uczelniach komisji dyscyplinarnych. Bo właśnie ich strukturalna nieskuteczność była głównym powodem pojawienia się na świecie systemu dobrej praktyki naukowej i przeniesienia nadzoru nad jej przestrzeganie na poziom instytucji finansujących badania! Co więcej - w projekcie ustawy pomylono pojęcia etyki w nauce z zasadami dobrej praktyki naukowej, a ponadto znajdują się tam i inne istotne błędy, o których nie będę tu wspominał. Moje argumenty nie znalazły jednak zrozumienia w Kierownictwie ministerstwa. Dlatego zrezygnowałem.
- Mówi pan o tym tak, jakby to były sprawy najistotniejsze i narastające, niemniej u nas takie plagi jak plagiaty, czy też konflikty interesów nie są skutecznie zwalczane...
- Są trzy główne rodzaje nierzetelności naukowej - fałszowanie, fabrykowanie wyników i plagiaryzm (tzw. FFP). Mamy jeszcze sprawę konfliktów interesu i konfliktów sumienia, ale to już inne, bardzo szerokie zagadnienie. W zakresie plagiatów posiadamy całkiem niezłe ustawodawstwo, a to, że nieskuteczne - to inna sprawa. Wykrywalność plagiatów jest stosunkowo wysoka, gdyż jest to jedyny znany mi przypadek, w którym przestępca podpisuje się imieniem i nazwiskiem na dowodzie w sprawie. To przykład szczególnej głupoty.
Trzeba jednak dodać, że plagiaty mogą być łatwo wykrywane tylko wtedy, gdy praca jest publikowane w dobrej literaturze naukowej o zasięgu światowym. Bo jeśli publikuje się w czasopismach mało prestiżowych, lokalnych, których z reguły nikt nie czyta, to prawdopodobieństwo wykrycia staje się znikome. W dodatku nasze sądy - jak wynika z ekspertyzy dotyczącej egzekwowania prawa w zakresie własności intelektualnej w nauce (przeprowadzonej na zamówienie naszego zespołu) - są do tego nieprzygotowane, wykazują skłonność do bagatelizowania sprawy. Niestety, u nas w ogóle nie ma wyczucia problemu własności intelektualnej. Sprawy plagiatów mają więc dobre rozwiązania prawne, co więcej - z prawa o szkolnictwie wyższym wynika, że nie podlegają one przedawnieniu. A tak na marginesie: plagiaty w rzeczy samej są widomym objawem zaściankowości środowisk, w których występują, bo zdarzają się z reguły na peryferiach nauki. Ale jak jest z fabrykowaniem i fałszowaniem wyników badań jest w Polsce - nikt tego nie wie, bo nie ma u nas możliwości ich wykrycia. Bo kto to ma wykryć? A jeśli nawet przypadkiem nieuczciwość zostanie wykryta, to kto odważy się sprawę ujawnić?
Możliwość fabrykowania i fałszowania wyników badań jest bardzo uzależniona od tego, w jaki sposób uzyskuje się wynik doświadczalny. W naukach eksperymentalnych badacze opierają swoje prace na doświadczeniu, które musi być tak opisane, żeby dało się je powtórzyć. Zatem tu wykrywalność jest stosunkowo wysoka - pod warunkiem, że dzieje się to w wąskich, czołowych dziedzinach nauki, tam, gdzie są gorące tematy. Jeśli ktoś publikuje coś naprawdę ważnego w „Nature" czy „Science", to już po kilku tygodniach zostanie sprawdzony i wiadomo wszystko. Tak właśnie ujawniono w 2002 r oszustwa niemieckiego fizyka J. H. Schöna, a niedawno równie głośne fałszerstwo południowokoreańskiego biotechnologa Hwang Woo-Suk'a. Ale pomimo tego, oszustwa się zdarzają.
W innych dziedzinach, gdzie uczeni opierają się nie na danych twardych, ale na niezwymiarowanych wynikach o charakterze statystycznym, jak np. w naukach biomedycznych i farmakologicznych - zagrożenie fałszerstwami jest znacznie większe. Dodatkowy groźny czynnik wiąże się tam z różnorakimi konfliktami interesów powstającymi na styku badań oraz gigantycznego biznesu. Dlatego większość ujawnianych przypadków nieuczciwości naukowej ma miejsce właśnie w naukach biomedycznych. Nie jest więc dziwne, że właśnie w ich obszarze powstały pierwsze systemy walki z tymi patologiami. Stosunkowo niewielkie Office of Research Integrity, działające w ramach Publicznej Służby Zdrowia USA, która finansuje badania naukowe w ponad 4 tysiącach instytucji naukowych na świecie, jest wzorcową instytucją tego typu.
- Co nie oznacza, że zlikwidowano największe problemy...
- Oczywiście, że nie, gdyż trzeba byłoby wyeliminować z tego systemu ludzi. Bo to przecież człowiek stanowi tu nie tylko najważniejsze, ale i najsłabsze ogniwo, które znajduje się pod niesłychaną presją systemu, domagającego się wydajności, publikowania jak najwięcej, zdobywania grantów, szybkiego pokonywania szczebli kariery etc etc. Tak więc mniejsze, czy niestety i większe, nieuczciwości pojawiają się nieuchronnie. A kiedy i jak się je wykrywa? Pierwszy szczebel - to kierownicy zespołów, którzy powinni dokładnie wiedzieć, co który z jego współpracowników robi i jak to robi, sprawdzać czy dane są rzetelne.
Wykrycie nieuczciwości na tym poziomie pozwala na łatwe skorygowanie jej skutków. Kierownik powinien dbać ponadto o to, żeby każdy wynik był właściwie rejestrowany, zapisywany, udokumentowany. U nas mało kto dba o prowadzenie skrupulatnej dokumentacji wyników! A na świecie to norma. W wielu krajach zasady dobrej praktyki naukowej wymagają, żeby raporty pierwotne z badań były przechowywane nawet przez 10 lat! I jeżeli pojawia się jakaś sprawa i okaże się, że takich protokołów nie ma, to jest to okoliczność obciążająca.
- Ale nie wykluczająca badacza?
- Czasami wykluczająca, ale zawsze obciążająca i badacza, i jednostkę naukową. Każda jednostka musi posiadać własne regulaminy, procedury, definicje regulujące sprawy stosowanej praktyki, bo każda dyscyplina naukowa posiada w tym zakresie swoją specyfikę, chociaż ogólne zasady są dla wszystkich wspólne. A jeśli dochodzi już do fałszerstwa, to pierwszym odpowiedzialnym jest opiekun naukowy, szef, który najwyraźniej zaniedbał swoje obowiązki. W praktyce jednak oszustwa najczęściej zostają ujawniane przez kogoś pracującego obok, w najbliższym otoczeniu, czyli przez tzw. whistleblowera (demaskatora) - osobę, która działając w interesie publicznym dmie w alarmowy gwizdek, zwracając uwagę na zaobserwowane w swoim otoczeniu przypadki nieuczciwości...
.
- To w polskiej mentalności niemożliwe...
- No właśnie, a to naprawdę poważny problem. Taki człowiek, najczęściej jest to młoda osoba, znajduje się pod wielką presją: powiedzieć, że kolega oszukuje? Porozmawiać z nim? Można, ale do tego trzeba mieć charakter. Pójść do szefa? Na to trzeba odwagi. A jeśli to szef oszukuje? Kogo zawiadomić, że we własnym otoczeniu tli się pożar, który może wszystkich zniszczyć, w sytuacji gdy takie zawiadomienie może równocześnie stanowić akt samodestrukcji? Wielu ludzi zapłaciło ogromną cenę za swoją odwagę, mimo, że postawione przez nich zarzuty zostały potwierdzone. Dlatego, niestety, zwykle wolą siedzieć cicho. A przecież prawdziwego uczonego czyni charakter! Żaden system nie będzie skuteczny, jeśli nie zostanie zapewniona ochrona whistleblowera.
Drugi poziom stanowią recenzenci, z którymi naukowiec styka się na wszystkich etapach swojej pracy: przy uzyskiwaniu stopnia naukowego, na radzie naukowej, starając się o granty czy przy wysyłaniu artykułów do czasopism, czyli system peer to peer - równi sprawdzają równych. I tutaj również jest kłopot, bo żeby być dobrym recenzentem, to też trzeba mieć charakter.
- Jeśli jest mała pula recenzencka, to anonimowość recenzentów jest pozorna...
- Dlatego, jeśli jakaś jednostka naukowa chce dbać o swój autorytet, to musi wiedzieć, że recenzowanie we własnym gronie jest absurdem. Tak samo promotorzy i opiekunowie naukowi we własnym interesie powinni dbać o to, aby ich podopieczni kierowali swoje prace do najlepszych czasopism! A mimo rozmaitych formalnych, nawet ustawowych zachęt, to wcale nie jest powszechne zjawisko! Jest ogromna liczba czasopism, które świetnie egzystują właśnie na bylejakości.
Renomowane periodyki naukowe próbują się zabezpieczyć przed fałszerstwami w nadsyłanych do nich pracach, tworzą konsorcja z własnymi zasadami dotyczącymi rzetelności. Wiele nieuczciwości zostało dzięki temu wykrytych. Ale ogólnie mówiąc, wykrycie oszustwa naukowego nie jest łatwe. Co prawda, dzisiaj wiadomo, że troszkę oszukiwali nawet najwięksi naukowcy: Newton, Mendel, Darwin, Millikan....
- Czyli nic w tym zdrożnego? Takie przykłady odbierają argumenty do walki z oszustwami w nauce...
....ale było to bardzo dawno temu, a dzisiaj świat nauki jest inny, znacznie bardziej rygorystyczny z konieczności wywołanej swoim ilościowym rozwojem. Ważne jest jednak to, że nauka ma zdolności samokorygujące i każde, nawet drobne, oszustwo zostaje zawsze wykryte i skorygowane, chyba że nastąpiło ono gdzieś poza głównym nurtem nauki, na jej peryferiach. Tam może ono pozostać na zawsze niezauważone. W tym mroku można się więc bezpiecznie ukryć.
Dlaczego trzeba zwalczać oszustwa? Po pierwsze dlatego, że uprawianie nauki wymaga zaufania do pracy innych. Nie można przecież sprawdzać każdego opublikowanego wyniku, dlatego zaufanie - aczkolwiek zawsze krytyczne - stanowi istotny element kultury naukowej. Jednak niejako odruchowo szukamy zabezpieczeń: wiadomo, że bardziej ufamy pracom publikowanym w renomowanych periodykach, wiadomo, że sprawdzamy, jakie są afiliacje autora. Ktoś może powiedzieć, że to spisek elit, eliminujący tych maluczkich, tych spoza „układu". Ale przecież nauka niejako z definicji jest elitarnym układem i w tym tkwi jej siła, której nie mogą ścierpieć postmodernistyczni krytycy nauki.
Jednak niestety, jak pokazują największe skandale - ta ostrożność nie jest zabezpieczeniem wystarczającym. Dlatego nauka - żeby istnieć - sama musi szczególnie dbać o swoją czystość. Nie da się pracować naukowo, jeżeli nie będzie wzajemnego zaufania. I dlatego dobrzy naukowcy nie sprzeciwiają się wprowadzaniu zasad dobrej praktyki. Bo działają we własnym interesie.
Drugi powód, dla jakiego trzeba dbać o wiarygodność wyników naukowych jest taki, że społeczeństwo jest skłonne wspierać naukę tylko wtedy, jeżeli wierzy zarówno naukowcom jak i instytucjom naukowym. A żyjemy w czasach, gdy nauka traci swój dotychczasowy autorytet. Następuje to z wielu różnych powodów: niesłychanej inwazji za pomocą mediów rozmaitych pseudonauk i teorii spiskowych, oddziaływania popkultury, wpływowi postmodernistycznych mrzonek, ale również i skandali w samej nauce. Mamy do czynienia z paradoksem: ludzie odwracają się od nauki, a równocześnie oczekują od niej remedium na swoje problemy. Często zapominamy o znaczeniu dla nauki tego społecznego zaufania.
Jest jeszcze jeden powód egzekwowania rzetelności w badaniach naukowych. Nauka sama z siebie dochodu nie wytwarza, tak więc musi być finansowana zewnętrznie. Kiedyś nie było z tym problemu, bo była tania. Dzisiaj jest inaczej. A ten kto płaci, ma prawo oczekiwać i mieć po temu gwarancję, że pieniądze przekazane na badania zostały wykorzystane uczciwie i rzetelnie. Że zawarta umowa została dotrzymana. Jeśli tak nie będzie, to znaczy, że środki zostały sprzeniewierzone. I na świecie z tego powodu wiele spraw trafia na salę sądową, co u nas jest trudne nawet do pomyślenia.
Ten aspekt jest bardzo ważny w czasach, kiedy całe społeczeństwo łoży na naukę, która przestała już być tylko prywatną sprawą uczonych, tak jak to było zaledwie kilkadziesiąt lat temu, a o czym mało kto już pamięta.
- Ale u nas społeczeństwo dopiero powoli sobie uświadamia, że to każdy Kowalski i Wiśniewski płaci za badania naukowe. Długa droga jeszcze przed nami do wykształcenia społeczeństwa świadomego swoich praw i obowiązków...
- Polska jest niestety wciąż prowincjonalnym krajem, z wszystkimi wynikającymi z tego kompleksami. I z tej prowincjonalności musimy się wyrwać, jeśli chcemy odgrywać w świecie jakąś rolę. Ale to jest bardzo trudne, wymaga pokory i brakującego nam samokrytycyzmu. Są miejsca w Polsce, gdzie z tego prowincjonalizmu potrafiono się wydobyć, ale do tego trzeba było zerwać ze swoimi nawykami, z wieloletnią tradycją wygodnego i przytulnego zaścianka, z wzajemną grą pozorów. Trzeba było wprowadzić standardy, które upraszczają życie, zapewniając kompatybilność ze światem.
Bez wprowadzenia u siebie standardów dobrej praktyki naukowej nie otrzymuje się dzisiaj na świecie pieniędzy na badania. Bo czym niezwykłym są standardy w nauce? I dlaczego niektóre kraje wprowadziły je od razu, a niektóre nie? Zazwyczaj było to wymuszonym następstwami głośnego skandalu: tak było na przykład na początku lat dziewięćdziesiątych w USA, w 1997 w Niemczech, trzy lata temu w Norwegii, a obecnie w Austrii.
- My nie mieliśmy takiego, co najwyżej ujawnione plagiaty...
- ... które, jak już mówiłem są objawem zaściankowości. Natomiast gdy zostanie ujawnione fałszerstwo na odpowiednio wysokim szczeblu naukowym, natychmiast włącza się w to poszukująca sensacji prasa i nagłaśnia sprawę, a jeżeli na dodatek środowisko próbuje ją zatuszować lub zbagatelizować - a na ogół tak właśnie bywa - skutki stają się niszczące. Dlatego właśnie potrzebne są procedury. Pozwalają one bowiem na rzetelne i transparentne wyjaśnienie sprawy i podjęcie niezbędnych działań naprawczych, dostarczając w ten sposób dowodu na to, że środowisko nauki nie toleruje u siebie nieuczciwości.
- Jakoś trudno mi uwierzyć, że w Polsce możliwe byłyby i takie afery, i takie ich skutki...
- Przede wszystkim w Polsce nauka nikogo nie obchodzi. Większą sensację w mediach stanowi to, czy jakaś starletka nosi bieliznę czy nie, niż to co się dzieje w nauce. Ale gdyby skandal był duży, to kto wie? Jednak kilka poważnych spraw plagiatowych ujawnionych przez dr. Wrońskiego nie wywołało nadmiernych emocji, a w środowisku naukowym spotkało się raczej ze zniecierpliwieniem. Natomiast możliwość ujawnienia fałszerstwa w obecnym systemie jest znikoma.
Jest jeszcze jedna sprawa. W Polsce nie prowadzi się w tym obszarze edukacji. Na świecie akademie nauk i podobne organizacje od wielu lat prowadzą edukację adresowaną do młodych naukowców z praktycznymi wskazówkami dotyczącymi rzetelności pracy naukowej, opartymi o analizę czytelnych przykładów. Na uczelniach prowadzone są zajęcia przygotowujące do uczciwego działania w systemie nauki i pokazujące na czyhające pułapki. U nas poza szlachetnymi deklaracjami nie dzieje się nic.
- Może nasi profesorowie nie wiedzą o tym?
- A skąd mają wiedzieć, skoro większość z nich nie otarła się o świat wielkiej nauki?
- A co z konfliktem interesów?
- Jak już wspomniałem, jest to sprawa bardziej złożona. Można wśród różnych typów konfliktów wyróżnić np. konflikt wiążący się ze sprzecznością zobowiązań, gdy np. profesor pracuje równocześnie w dwóch konkurujących ze sobą uczelniach. W instytucjach finansowych jest to po prostu niemożliwe. W polskim szkolnictwie wyższym pozwala na to ustawa. Bardzo niszczący wpływ na pracę naukową ma konflikt interesów pojawiający się na styku nauki z biznesem, a także i z polityką, gdyż wtedy racjonalność poszukującego osobistej korzyści człowieka często wygrywa z racjonalnością zasad nauki. Jest jeszcze jeden ważny konflikt, przed którym może stanąć naukowiec: to konflikt sumienia, który wiąże się z problemem odpowiedzialności moralnej badacza.
Powiedziałbym, że ten konflikt sumienia jest istotą człowieczeństwa. Tu znajdujemy się na styku badań naukowych i podstawowych zasad etyki. Nauka i etyka to zupełnie różne systemy, które tak naprawdę nie mogą bez siebie istnieć, ale dotyczą różnych obszarów naszej świadomości, opierają się na zupełnie innych wartościach i dążą do odpowiedzi na inne pytania. Dramat polega na tym, że niejednokrotnie to ustawodawca, sąd czy inwestor musi rozstrzygać wątpliwości pojawiające się na styku nauki i etyki. Nauka jednak nie jest w stanie rozwikłać problemów etycznych, gdyż wiążą się one z sumieniem człowieka, jego poglądami, wiarą, etc. To są duże dylematy . Konflikt taki może mieć czasami niszczący charakter, prowadząc do sprowadzenia albo sumienia, albo nauki na głębokie manowce.
- Wróćmy do kodeksu dobrych praktyk w nauce - kto miałby to zrobić?
- To nie jest trudne. Taki kodeks może napisać w tydzień czterech inteligentnych prawników. Nie trzeba nic szczególnego wynajdywać, są wokoło gotowe, sprawdzone już w praktyce rozwiązania. Trzeba je tylko dopasować do naszej struktury. Ale na przeszkodzie może stanąć to, że Polacy są największymi na świecie 'wynajdowaczami" koła - robimy to przecież nieustannie.
Wynajdywanie koła nie jest w rzeczy samej czymś specjalnie złym - stanowi ono interesujące ćwiczenie intelektualne, szczególnie, gdy możemy porównać to co wymyśliliśmy z tym co wymyślili i sprawdzili już inni. Problem pojawia się wówczas, kiedy uprzemy się, by nasze koło było kwadratowe albo okrągłe. Najczęściej wszystko robimy po swojemu, potem wychodzą z tego głupoty.
- Na straży kodeksu stałaby jakaś instytucja?
- Możliwych rozwiązań jest kilka, ale wspólne elementy praktyki stosowanej w innych krajach pokazują, że na pewno taka niewielka instytucja powinna się znajdować w strukturze podległej ministrowi właściwemu dla nauki, najlepiej w agencji (agencjach) finansującej bezpośrednio badania naukowe. Na pewno powinna być instancją, do której należy zgłaszać przypadki wykrytej nieuczciwości naukowej. Na pewno też powinna mieć uprawnienie do wszczynania w uzasadnionych przypadkach śledztwa, względnie do zlecania tego śledztwa instytucji w której nierzetelność została wykryta, oddając je w ręce powołanego w tym celu w taki czy inny sposób zespołu specjalistów. Na pewno też wyniki tego śledztwa, w przypadku dowiedzenia winy, powinny proponować podjęcie przez Ministra działań naprawczych, np. nadzoru, czasowego lub dożywotniego zakazu dostępu do środków publicznych, albo skierowania sprawy do prokuratora. Na pewno powinna też istnieć druga instancja, zazwyczaj ulokowana bezpośrednio w strukturze ministerstwa. Reszta to szczegóły.
- Pan ten projekt zgłosił...
- Zespół przedstawił tylko rekomendacje, w jakim kierunku, naszym zdaniem powinno pójść działanie i wyraził przekonanie, że trzeba taki projekt opracować. Zasady dobrej praktyki naukowej, o których mówiłem, są obecnie wprowadzane we wszystkich krajach Europy, a Komisja Europejska postuluje nawet, aby stanowiły one niezbędny warunek uprawniający do występowania o jej dotacje. Mimo upływu lat i mimo kolejnych zmian w ministerstwie nic z naszych starań jednak nie wyniknęło. Proponowane obecnie rozwiązania są moim zdaniem oparte na całkowicie błędnych i nierealistycznych założeniach i niczego nie rozwiązują. Nie rokuje to dobrze.
- Dziękuję za rozmowę.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 4342
Z prof. Stanisławem Morytą, rektorem Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina, rozmawia Anna Leszkowska
-
- Panie Profesorze, warszawska uczelnia muzyczna przechodziła przez 200 lat swojego istnienia różne koleje losu. Niektóre zmiany były znaczące. W jakim stopniu obecnie zmienia się UMFC? Mamy bowiem zupełnie nową sytuację: otwarcie granic, umasowienie kształcenia, proces boloński - ze wszystkimi skutkami tych zjawisk i regulacji prawnych.
-
- Jeśli chodzi o ustrój, strukturę uczelni, zawsze troską jej władz i wykładowców było to, aby kształciła na najwyższym poziomie - tak było już w okresie zaborów. Tą uczelnią zawsze kierowali wybitni artyści. Po I wojnie światowej Karol Szymanowski zmieniał charakter tej uczelni w kierunku akademickim, nie zawodowym, co mu się udało tylko częściowo. Bo jeżeli mamy do czynienia z uczelnią zawodową to może w niej uczyć dobry rzemieślnik. Szymanowski jednak uważał, że to za mało, że na tym etapie rozwoju to już nie wystarcza. I jak popatrzymy na historię sztuki, muzyki, to zawsze najwybitniejsze jednostki były osobami o dużej wiedzy nie tylko zawodowej, ale i ogólnej. Ignacy Paderewski - to był obywatel świata, z którym liczyli się najwięksi politycy. I to, co zawdzięcza Polska Paderewskiemu jest ciągle niedocenione. Szymanowski i jego zwolennicy chcieli, aby absolwenci tej uczelni nie byli nazywani muzykantami, ale byli muzykami o szerokich horyzontach. To on poszerzył program kształcenia w tej uczelni o estetykę i inne przedmioty humanistyczne. I tak było do II wojny światowej, po której powstała PWSM, mająca status uczelni zawodowej. Dopiero w 1962 r. uczelnia stała się akademicką.
Spotykamy się z różnymi postawami - niektórzy uważają, że nie ma sensu uczyć studentów np. filozofii, jednak na dzisiejszym etapie nie da się prowadzić edukacji muzycznej i działalności artystycznej bez kształcenia humanistycznego. Dlatego też nastąpiło przekształcenie Akademii Muzycznej w UMFC, ale nie automatycznie - bo żeby dostać status uniwersytetu „przymiotnikowego" musieliśmy spełnić wiele warunków, legitymować się tradycją, silną kadrą i uprawnieniami do nadawania stopnia doktora co najmniej w 6 kierunkach.
- Twierdzi się, że proces boloński powoduje obniżenie poziomu kształcenia - czy w uczelniach artystycznych istnieje takie niebezpieczeństwo?
- Zawsze kij ma dwa końce - wprowadzenie systemu bolońskiego zostało na uczelniach artystycznych wymuszone. Jest integracja europejska, porównywalność studiów, punkty, możliwość studiowania w różnych uczelniach Europy, wędrówek po świecie - nas nikt do tego systemu nie przekonywał, tylko zmusił do jego wprowadzenie. Ma to oczywiście dobre strony, co widać najlepiej przy współpracy uczelni, przepływie studentów. Ale są też przypadki negatywne, np. w szkolnictwie artystycznym na studia instrumentalne nie dostanie się nikt, kto nie uczył się, bądź nie skończył średniej szkoły muzycznej. Ale są też takie kierunki czy dyscypliny, których w takich szkołach nie było - np. kompozycja, czy reżyseria muzyczna. I na tych kierunkach powinny być studia jednolite, magisterskie.
Mnie niepokoi polskie zapatrzenie się na Stany Zjednoczone, wzorowanie się na studiach w USA, ich organizacji. Tyle, że bez uwzględnienia amerykańskich nakładów na szkolnictwo. Jeżeli przyjmiemy taką strukturę, jaką stworzyli u siebie Amerykanie, to szkół artystycznych (wszystkich typów) zostanie w Polsce 6-7. Te, które są albo odpadną, albo zostaną przejęte przez większe jednostki organizacyjne, np. uniwersytety i jak w USA - będą funkcjonować na zasadzie wydziałów. System amerykański, w którym uczelni artystycznych jest zaledwie kilka, spełnia tam jednak zupełnie inne zadanie niż u nas. Zatem należałoby się zastanowić, czy rzeczywiście jest to najbardziej słuszny kierunek reformy szkolnictwa muzycznego.
- Czy nasze uczelnie muzyczne mają swoje profile, czy wszystkie uczą tego samego?
- Oczywiście, zawsze są jakieś przedmioty wychodzące poza standardy, niemniej wszystkie uczą tego samego. Głoszę niepopularną tezę, że jeśli rozmawiamy o szkolnictwie artystycznym, zwłaszcza o muzycznym, to musimy założyć, iż muszą to być uczelnie elitarne. Jeśli ktoś jest głuchy, to na te uczelnie się nie dostanie. Czyli mniej studentów, mniejsza kadra i wyższy poziom - tylko wówczas te uczelnie mają sens istnienia. Oczywiście niezbędne jest odpowiednie finansowanie. Rację bytu naszej uczelni widzę tylko w tym przypadku, jeśli postawi na jakość, elitarność i najwyższy poziom.
- Jakie są proporcje między nauką a sztuką w UMFC? Czy utworzony obecnie Instytut Chopina nie odbierze „naukowego chleba" uczelni?
- W Europie i na świecie jest tak, że wybitny artysta jest także naukowcem w swojej dziedzinie, wybitny muzyk jest jednocześnie wybitnym teoretykiem muzykologiem. Bo jeśli jest wybitnym muzykiem, to musi mieć ogromną wiedzę z tej dziedziny. Tymczasem u nas jest tak, że np. na muzykologię przyjmuje się ludzi niesłyszących i oni wypowiadają się później na temat muzyki. W dodatku często z pogardą oceniają muzyków, wydają nierzetelne opinie o wykonaniach i wykonawcach. Także i u nas musi to się zmienić. A co do pojawienia się Instytutu Chopina - jestem za tym, abyśmy współpracowali i sądzę, że tak będzie, ale w nauce, gdzie jest jeszcze wiele do zrobienia, każdy sam określa pole badań. A konkurencja jeszcze nikomu nie zaszkodziła.
- Czy zapowiadana reforma nauki i szkolnictwa będzie mieć wpływ na uczelnie artystyczne?
- Myślę, że tak, zwłaszcza że uczelnie są zachęcane do wyboru modelu amerykańskiego. Ale trzeba się zastanowić nad czymś innym: czy dzisiaj kształcenie w obszarze sztuki jest potrzebne czy nie? Moim zdaniem - tak, choć praktyka przynosi zupełnie inne wnioski. A dlaczego jest potrzebne? - bo sztuki jest wokół nas coraz więcej. Otacza nas zewsząd muzyka, dźwięk - czy zależy nam na tym, żeby to była muzyka na najwyższym poziomie czy nie? Czy mają ją pisać zawodowcy czy amatorzy? To samo dotyczy sztuk pięknych, architektury, ochrony krajobrazu, przekazu słowa - wszędzie tu potrzebne jest kształcenie, zatem trzeba te uczelnie rozwijać i dążyć do tego, żebyśmy mieli jak najwięcej profesjonalistów w każdej dziedzinie. Tymczasem dzisiaj jest moda na naturszczyków, nieprofesjonalistów, i to w każdej dyscyplinie.
- Ale przecież artyści nieprofesjonalni wzbogacają kulturę..
- Tak, jeśli są artystami i tworzą z potrzeby serca, a nie z powodów zarobkowych. Jeżeli więc mamy utrzymać kształcenie artystyczne, to trzeba także łożyć - i to lepiej niż obecnie - na uczelnie artystyczne, bo u nas jednego studenta kształci co najmniej jeden nauczyciel. Tu nie ma masowych zajęć. Tu są inne koszty.
- Obawia się pan także mniejszego finansowania?
- Tak, razem z procesem wchłaniania uczelni artystycznych przez uczelnie typu uniwersytet. W dawnych szkołach „MEN-owskich" na wydziałach artystycznych studiuje mniej więcej tyle samo studentów co w uczelniach artystycznych. Szkoły te, walcząc z nami o studenta, obniżają poziom wymagań i nauczania.
My nie narzekamy na brak zainteresowania naszą uczelnią, choć kierujemy się innymi kryteriami - u nas dalej jest sprawdzian z umiejętności, co na innych uczelniach zanikło, przynosząc negatywne skutki. Naszą siłą jest element konkursowości. My np. nie przyjmujemy na podstawie rozmowy kwalifikacyjnej - zdając na kompozycję, trzeba przynieść swoje prace, zdając na śpiew czy instrumentalistykę, trzeba wykonać recital, trzeba też być tancerzem, jeśli chce się studiować taniec.
- Czy potrzebne są zmiany w polityce kulturalnej państwa w odniesieniu do szkolnictwa artystycznego, stworzenie jakiejś strategii rozwoju szkolnictwa artystycznego?
- Myślę, że tak, gdyż od lat toczy się dyskusja nad miejscem przypisania tych szkół do odpowiednich resortów. My podlegamy Ministerstwu Kultury i Dziedzictwa Narodowego, ale sytuacja jest taka, że uczelnie podlegające MNiSW otrzymują wielkie - w porównaniu z nami - dotacje na dydaktykę i naukę. My natomiast dostajemy środki tylko na dydaktykę, tymczasem wydaje się, że powinniśmy otrzymać także na działalność kulturotwórczą. W naszym przypadku ta działalność jest równie duża jak filharmonii średniej wielkości. Ale na to otrzymujemy najwyżej 200 - 300 tys. zł, co przy naszym budżecie - ok. 40 mln zł - wynosi niecałe 1 %. Wystarcza to głównie na wydrukowanie i wywieszenie plakatów w mieście. A uczelnia jest unikatowa - prowadzi działalność dydaktyczną, naukową i artystyczną. Inne szkoły wyższe prowadzą tylko działalność naukową i dydaktyczną. Jesteśmy w jakimś sensie poszkodowani z tytułu charakteru uczelni.
- Odkąd pamiętam, uczelnie artystyczne - z racji ich elitarności - były zostawione same sobie...
- U nas czasami studiuje 10% studentów zagranicznych - to jest bardzo wysoki wskaźnik, którego inne uczelnie nie osiągają. Ale jeżeli ktoś zza granicy będzie się decydował na naukę u nas, to będzie go interesować nie tylko poziom studiów i renoma szkoły, ale i warunki studiowania - a to oznacza dostęp do dobrych instrumentów i zakwaterowanie. My mamy porozumienie z Koreą, w kręgu naszego zainteresowania jest Daleki Wschód - mamy sporo studentów także z Japonii. Ale nie mamy dobrych warunków lokalowych, ani nie stać nas na kupno instrumentów. Np. dobry fortepian, którego żywot u nas jest znacznie krótszy niż w filharmonii (bo ćwiczy się na nim prawie 24 godziny na okrągło) kosztuje ok. pół miliona złotych.
Inna sprawa - perspektywa zatrudnienia po szkołach artystycznych. Nie można kształcić bez perspektywy zatrudnienia, co jest polska praktyką. Przecież ci młodzi ludzie inwestują w siebie - na ogół kończą jeszcze inne studia, pozaartystyczne. I nie ma dla nich pracy w żadnym zawodzie. Są puszczeni samopas. Nowe instytucje, jakie powstały w ciągu ostatnich 20 lat, jeśli chodzi o muzykę, to jedynie chór Filharmonii i Opery Podlaskiej oraz Orkiestra Juventus. A ile zlikwidowano? Nawet premier Witos, który skończył zaledwie dwie klasy szkoły podstawowej wiedział (i mawiał), że każde państwo winno mieć swoje cele - w tym i kulturalne, przekazywane z pokolenia na pokolenie.
- A tu nawet nie można się doprosić, aby niszczejący zabytkowy budynek Krasińskich obok UMFC miasto przekazało na potrzeby uczelni...
-Główny korpus stoi pusty już 20 lat i zawsze jest problem pieniędzy - może właśnie chodzi o to, żeby się zawalił? Najlepszym rozwiązaniem byłoby przekazanie tego zabytku UMFC. Ale to jest w rękach prezydenta miasta i ministra. Musi być wola polityczna do przekazania tego budynku uczelni i to nie pozorna, a rzeczywista. Uczelnia walczy o ten budynek od lat 70. XX wieku, zwłaszcza, że jest w nim unikatowa sala koncertowa na 250-300 miejsc. W Warszawie takich sal nie ma wiele.
- Poza tym położony jest obok uczelni, w muzycznym, chopinowskim, zakątku Warszawy.
- W Polsce panuje takie ewangeliczne przekonanie, że dla pasterza zawsze jest cenniejsza odłączona owieczka niż całe stado. Mam na myśli tę najsłabszą. Jej należy pomagać, bo te silne same sobie poradzą. Tak też jest i w przypadku naszej uczelni, która nigdy nie miała szczęścia do władz, na którą zawsze patrzyły one w sposób podejrzany, niezależnie od systemu politycznego i okresu historycznego. Toteż i my staramy się nie być zbyt blisko władzy, aby się nie sparzyć, i nie za daleko, żeby nie zamarznąć.
- Dziękuję za rozmowę.
Dzieje uczelni
1810 - założenie przez Wojciecha Bogusławskiego Szkoły Dramatycznej przy Teatrze Narodowym, kształcącej także śpiewaków
1821 - przekształcenie jej przez Józefa Elsnera w Instytut Muzyki i Deklamacji (część Oddziału Sztuk Pięknych Uniwersytetu Warszawskiego)
1826 - podział na dwie szkoły: Szkołę Dramatu i Śpiewu (kształcenie podstawowe i średnie muzyczne), w której w okresie 1826-29 uczył się Fryderyk Chopin oraz Szkołę Główną Muzyki w ramach Uniwersytetu Warszawskiego, rozwiązaną w 1831, razem z UW
1861 -1918 - tradycje Szkoły Głównej Muzyki kontynuuje powstały Instytut Muzyczny Apolinarego Kątskiego
1918 - Instytut Muzyczny zostaje upaństwowiony, powstaje Konserwatorium
1939-45 - Staatliche Musikschule in Warschau
1946 - Państwowa Wyższa Szkoła Muzyczna
1978 - Akademia Muzyczna
2008 - Uniwersytet Muzyczny Fryderyka Chopina
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 5458
15.stycznia 2012 roku na stronie Narodowego Centrum Badan Jądrowych w Świerku ukazała się następująca informacja:
„W ramach projektu „Akceleratory i detektory” w Narodowym Centrum Badań Jądrowych w Świerku powstaje druga generacja igieł fotonowych, czyli miniaturowych akceleratorów medycznych generujących promieniowanie rentgenowskie o precyzyjnie ustalonych cechach. Najnowszy model igły znajdzie zastosowanie podczas zabiegów operacyjnych i pozwoli zlikwidować w organizmach pacjentek ewentualne ogniska nowotworu pozostałe po chirurgicznym usunięciu guza piersi. /.../. Igła fotonowa NALR (Niskoenergetyczny Akcelerator z Lampą Rentgenowską) jest przeznaczona do brachyterapii, czyli naświetlania chorego narządu od wewnątrz. Po operacyjnym usunięciu nowotworu końcówka igły zostanie wprowadzona przez chirurga do loży po guzie. /.../ Prace nad wersją demonstracyjną igły fotonowej do naświetleń nowotworów piersi zostały ukończone w 2011 roku. Do badań klinicznych pierwsze urządzenie trafi najprawdopodobniej już za kilka miesięcy.
Igła została skonstruowana przez naukowców i inżynierów z Narodowego Centrum Badań Jądrowych w Świerku w ramach projektu „Akceleratory i detektory”. Projekt współfinansowany jest przez Unię Europejską w ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka. Obejmuje budowę urządzeń demonstracyjnych do trzech rodzajów akceleratorowych terapii nowotworów. W ramach projektu opracowywany jest także sprzęt przeznaczony do ochrony antyterrorystycznej, w tym stacjonarnych urządzeń do prześwietlania tirów i kontenerów oraz mobilnych przyrządów do detekcji materiałów wybuchowych. Łączna wartość projektu, przewidzianego na lata 2008-2013, to 85,6 mln zł, w tym udział Unii Europejskiej wynosi 67,5 mln zł.”
Po ukazaniu się tej informacji, zwróciłam się do prof. M. Słapy (współtwórcy igły fotonowej, szefa zespołu badawczego) z prośbą o rozmowę w sprawie tego osiągnięcia, którego początki opisywałam 11 lat temu w „Przeglądzie Technicznym” (niestety, tekstu nie ma w sieci). W jego imieniu, rzecznik NCBJ dr Marek Pawłowski odpisał, iż: „Pan profesor Słapa w ostatnich dniach kontaktował się już z dziennikarzami, a w tej chwili bardzo pragnie w spokoju wrócić do pilnych prac związanych z dalszymi etapami przygotowania igły do wprowadzania do lecznictwa. Jest to proces trudny i bardzo absorbujący. Bardzo proszę o zrozumienie”. Na propozycję wypowiedzi na ten temat dla „Spraw Nauki” nie zareagowali także lekarze z Bydgoszczy, którzy testowali pierwszą igłę fotonową w 2000 roku.
Jednak do historii pierwszej igły skonstruowanej w danym IPJ warto wrócić, gdyż pokazuje ona przeszkody, na jakie natrafili jej konstruktorzy próbujący ją wdrożyć do produkcji oraz naciski, jakie na nich wywierano, aby zaniechali prac rozwojowych oraz wdrożenia. Czy przy „drugiej igle” były podobne przeszkody i czy w ogóle były? Niestety, nie ma kto o tym opowiedzieć, gdyż współtwórca pierwszej polskiej igły fotonowej - Włodzimierz Straś – wieloletni pracownik Instytutu Badań Jądrowych, później Instytutu Problemów Jądrowych, zmarł schorowany 12 lipca 2005 roku. Nie żyje też ówczesny dyrektor IPJ, prof. Ziemowid Sujkowski (zm. 9.07. 2006). Ci, którzy żyją, nie chcą z kolei rozmawiać z prasą, albo zmienili zawód, nie ma już także niektórych instytucji (i urzędników) zaangażowanych w sprawę ( ATT, KBN). Przypomnienie tej historii jest przypomnieniem mechanizmów, jakie istnieją do dzisiaj – owego słynnego polskiego piekła, w którym na jednego twórczego Polaka przypada co najmniej kilku, którzy bezinteresownie i interesownie niszczą jego pracę i ściągają go do kotła pospolitości.
Pierwsza igła Nad igłą fotonową - obiecującym, bo skutecznym i tanim urządzeniem (w dodatku zmniejszającym koszty hospitalizacji) w latach dziewięćdziesiątych pracowali Amerykanie w paru ośrodkach medycznych. W Niemczech, w klinice prof. Ostertaga we Freiburgu przy użyciu igły fotonowej wykonywano już zabiegi. Urządzenie budziło zatem duże zainteresowanie w wielu krajach. Także w Polsce. W 1997 r. na publikacje o kieszonkowym przyspieszaczu liniowym – jak można nazwać fotonową igłę – trafili pracownicy Instytutu Problemów Jądrowych w Świerku. I postanowili takie urządzenie skonstruować wychodząc z założenia, iż wobec ciągłego deficytu w Polsce urządzeń do radioterapii igła fotonowa może uratować życie tych ludzi, których nie ma czym i kiedy leczyć. Sześcioosobowy zespół, któremu przewodniczył Mieczysław Słapa (wówczas docent, dziś profesor) z konstruktorem Włodzimierzem Strasiem złożył w Komitecie Badań Naukowych wniosek o projekt badawczy pt. „Igła fotonowa do radioterapii”. Projekt był gotowy po 2,5 roku w postaci prototypu igły fotonowej, którą można leczyć nowotwory guzów mózgu o średnicy nie większej niż 3 cm. Do jego realizacji zespół musiał opracować także zestaw technologiczny, w którego skład wchodziło 15 stanowisk oraz opanować około dwudziestu procesów technologicznych. Wysoką precyzję wykonywanych elementów osiągnięto dzięki zastąpieniu termicznej obróbki płomieniowej – obróbką przy pomocy generatora wysokiej częstotliwości. Całość opatentowali w 2000 roku (zgłoszenie ogłoszono 30.07.2001, przyznanie patentu nr Pl 193387 B1 ogłoszono w lutym 2007 - Wł. Straś i Mieczysław Słapa mają w nim po 50% udziałów jako twórcy wynalazku, a uprawnionym do patentu został IPJ w Świerku*). Prawie sukces Ale od prototypu do produkcji droga jeszcze daleka: potrzebne były dalsze badania konieczne do rejestracji urządzenia: pomiary dawki, dozymetryczne, kontrola wiązki elektronów, zabezpieczeń, czyli wszystko to, aby było ono maksymalnie bezpieczne dla użytkownika i pacjenta. I na to zabrakło już pieniędzy. Instytut Problemów Jądrowych, niestety, ich nie miał - konieczne więc było wystąpienie do KBN o projekt celowy i znalezienie chętnego do wdrożenia i zapłacenia połowy kosztów, jakie jeszcze trzeba ponieść, aby igłą leczyć. Po złożeniu wniosku o grant do KBN, konstruktor lampy, Wł. Straś zaczął się rozglądać za ośrodkiem medycznym, w którym można byłoby urządzenie zastosować. W Gdańsku mu odmówili, ale na szczęście, skierowali do Bydgoszczy. Nie bez powodu, gdyż Jacek Furtak (wówczas dr , dziś prof.) z 10. Wojskowego Szpitala Klinicznego w Bydgoszczy znał już igłę z kliniki prof. Ostertaga, natomiast kierujący Kliniką Neurochirurgii w tym szpitalu Marek Harat (wówczas doc., dziś prof.) od lat zajmuje się techniką leczenia (stereotaktyczną), zbliżoną do tej z zastosowaniem igły. Neurochirurdzy bydgoscy zainteresowali się polską igłą na tyle, że zorganizowali spotkanie konstruktora z zespołem lekarzy, aby rozważyć możliwość zastosowania tego urządzenia nie tylko w neurochirurgii, ale i innych dziedzinach medycyny. Wiadomo było bowiem z doniesień naukowych, że igłą można leczyć także nowotwory sutka, jelita grubego (zwłaszcza odbytnicy) oraz wątroby. Wszystko więc szło dobrze: projekt na wykończenie igły został złożony, ujawnili się chętni do wdrożenia rozwiązania, w dodatku rozwiązanie zostało nagrodzone przez Agencję Techniki i Technologii w IV edycji konkursu Polski Produkt Przyszłości w kategorii „Technologia przyszłości”. Nadepnęli na odcisk Pierwsze "owoce" sukcesu zespół zaczął konsumować tuż po publikacjach prasowych, omawiających w superlatywach przyznaną mu nagrodę Polskiego Produktu Przyszłości. Otóż do IPJ przysłał list prof. Wroński z Nowego Jorku, w którym nie tylko zdyskwalifikował ich pracę, ale i poradził twórcom, aby zajęli się czymś innym. Zniechęcając do dalszych prac nad igłą (że niby w USA ma ona małe szanse na zastosowanie), nakłaniał ich do unowocześnienia polskiego akceleratora, gdyż – jak przewiduje – ten aparat znajdzie kilkunastu nabywców w Polsce i kilkudziesięciu u naszych wschodnich sąsiadów, bo za parę lat u palących Polaków nastanie epidemia raka płuc. W liście ponadto zawarł uwagi na temat braku kwalifikacji polskich lekarzy, którzy nie umieli wyleczyć z raka trzustki minister zdrowia (Franciszki Cegielskiej – przyp. al), podczas gdy można ją było uratować w jego szpitalu. Nie wiadomo, czy i w jaki sposób opinia ta mogła zaważyć na następnej, sporządzonej przez recenzenta projektu celowego, złożonego w KBN. Faktem jest, że kolejnym kopniakiem, jaki zespół otrzymał jesienią 2000 r. było odrzucenie przez sekcję zespołu T-11 (Elektroniki, Automatyki i Robotyki, Informatyki i Telekomunikacji) wniosku o dofinansowanie tego projektu. Nie pomogły znakomite opinie doktorów medycyny: Marka Harata, Andrzeja Wiśniewskiego, Krzysztofa Leksowskiego z bydgoskiego szpitala. Projekt przepadł! Dowiedzieli się o tym pocztą pantoflową w połowie grudnia i natychmiast zaczęli działać. Oficjalnego pisma z KBN na ten temat nie było (Zespół nie przyjął opinii podległej mu sekcji), toteż nie można było złożyć oficjalnego odwołania od decyzji. A terminy uciekały: 21. grudnia 2000 zespół T-11 miał posiedzenie, na którym można było jeszcze się odwoływać. Prof. Ziemowid Sujkowski, dyrektor IPJ, poszedl więc inną drogą: napisał w tej sprawie list do KBN. Pomoc w mediacji zgłosiła też Agencja Techniki i Technologii, która niestety, ze względów statutowych nie mogła finansować badań. Gdyby mogła – pewnie by sama wyłożyła pieniądze na dokończenie tego wartościowego projektu – twierdziła Elżbieta Merwart, śledząca losy tego rozwiązania. Opinią eksperta KBN zdziwiony był i doc. Harat, który odpierając zarzuty recenzenta przytoczył dane kliniczne świadczące o wykorzystywaniu igły fotonowej z powodzeniem w wielu krajach zachodnich, głównie w USA. Przypomniał też, że w Polsce rocznie przybywa ok. 6 tysięcy pacjentów z przerzutowymi guzami mózgu, które najlepiej usuwać właśnie tą metodą. Czy wiadomo, o co chodzi? Projekt zespołu z IPJ pod względem technicznym został oceniony bez zarzutu, dostał maksymalną liczbę punktów. Pod względem medycznym natomiast – tylko 3. Dlaczego? Nie wiadomo. Doc. Marek Harat, który uważnie wyważał zalety i wady tego urządzenia podkreślał, iż nie jest ono panaceum na wszystkie guzy nowotworowe. Jest to jedna z wielu metod stosowanych w radioterapii, podobnie jak reklamowany przez prof. Wrońskiego gamma – nóż, czy przyspieszacze liniowe. Tyle, że rozwiązania tak polecane polskiemu konstruktorowi przez amerykańskiego medyka wymagały udziału dużej liczby specjalistów, kosztownej aparatury i odpowiednich pomieszczeń. Takich ośrodków, które spełniałyby te wymagania były w Polsce wówczas tylko trzy i nie były one w stanie leczyć wszystkich chorych. Igła fotonowa byłaby dobrym urządzeniem uzupełniającym istniejącą aparaturę, jest bowiem z pewnością łatwiejsza w obsłudze. Zdaniem konstruktora, była kilka razy tańsza niż zachodnie, które kosztują 75 tys. USD (sama igła, gdyż z ramą stereotaktyczną – ok. 200 tys. USD).
Czy zatem gra była warta życia i zdrowia tych 6 tysięcy chorych co roku? Włodzimierz Straś wówczas podkreślał, że na dokończenie prac i przekazanie neurochirurgom bydgoskim igły do leczenia potrzebuje pół roku bez kłopotów z finansowaniem. Dyr. Sujkowski twierdził, że jeśli KBN nie znajdzie pieniędzy - instytut będzie szukać sponsorów. A doc. Harat napisał: Rezygnacja z badań nad polską igłą fotonową tylko z tego powodu, że zakupiony został bardzo drogi sprzęt do stereotaktycznej radiochirurgii dla trzech ośrodków wydaje się być decyzją krótkowzroczną, skażoną partykularnymi interesami i złą dla pacjentów.
Niestety, ta konkluzja nie straciła na aktualności nie tylko w obszarze medycyny. Anna Leszkowska
*http://pubserv.uprp.pl/publicationserver/Temp/r0fd0gjbhkdudm8uud3id95qn3/PL193387B1.pdf
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 4247