Ochrona środowiska
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 5400
Z prof. Maciejem Nowickim, pierwszym, długoletnim prezesem EkoFunduszu rozmawia Anna Leszkowska
- Czy w 1992 r , kiedy tworzono EkoFundusz mechanizm ekokonwersji długów był już stosowany? Kto wpadł na pomysł, aby taki mechanizm zastosować w polskim przypadku? Jak politycy podchodzili do tego rozwiązania?
-
- Mechanizm ekokonwersji długów był znany już w latach 80., ale nie w stosunkach międzypaństwowych, tylko w obszarze długów komercyjnych. Stosowano go w państwach Ameryki Środkowej, zadłużonych w bankach komercyjnych.
Wielkie międzynarodowe organizacje pozarządowe wykupywały część tego długu za nieduże kwoty, ale z zobowiązaniem danego państwa, że powinno te środki przeznaczać na ochronę najcenniejszych walorów przyrodniczych. To nie były duże sumy - rzędu dziesiątek tysięcy dolarów. Czyli mechanizm ekokonwersji długu już stosowano, acz na bardzo małą skalę.
W 1991 r., kiedy Polska negocjowała z Klubem Paryskim redukcję naszego długu w wysokości 32 miliardów dolarów i uzyskała jego umorzenie w wysokości 50%, prof. Tomasz Żylicz podsunął mi myśl, jako ministrowi ochrony środowiska, żeby taki mechanizm zaproponować Klubowi Paryskiemu. Premier Bielecki, do którego udaliśmy się z tą propozycją, bardzo się zapalił do tego rozwiązania i polecił je naszym negocjatorom. Polska w latach 80. miała kryzys gospodarczy, galopującą inflację, więc mieliśmy wielkie trudności w naprawie wieloletnich zaległości w ochronie środowiska.
Klub Paryski w art. 5 porozumienia z Polską o redukcji długu zapisał, że istnieje możliwość zamiany długu na inwestycje w ochronę środowiska w wysokości do 10% oryginalnego długu, tj. z 32 mld USD, ale zostawił tę decyzję do uznania państw wierzycielskich. USA natychmiast to zaakceptowały i przekazały na ten cel w 1991 r. 382 mln USD - czyli 10% całego długu, jaki byliśmy im winni i przekonywały wspólnie z nami inne państwa do takiego rozwiązania. W 1993 r. Francja zgodziła się na przekazanie 1% długu na ten cel, a zaraz potem - Szwajcaria, która przeznaczyła 10%.
- Jakie były motywacje 11 z 17 państw, które nie zgodziły się na zastosowanie takiego mechanizmu?
- Były różne, np. w Japonii, wobec której byliśmy wysoko zadłużeni, usłyszeliśmy, że w kulturze japońskiej leży, iż długi należy spłacać. Z kolei np. Brazylia sama miała trudności gospodarcze - trudno było jej się zgodzić na to rozwiązanie. Hiszpania natomiast wychodziła z systemu frankistowskiego, zatem też nie zdecydowała się na takie rozwiązanie. Najbliżej były chyba Niemcy, ale one umorzyły Polsce dodatkowo tzw. jumbo-kredyt zaciągnięty w czasach Gierka. Z tych pieniędzy powstała Fundacja Polsko-Niemiecka, która przeznaczała pieniądze na cele kulturalne, cmentarze niemieckie w Polsce, zabytki, ale i na ochronę środowiska. To była też forma zamiany długu, dlatego Niemcy, choć wiele razy przekonywałem ich do ekokonwersji wskazując, że Fundacja Polsko - Niemiecka na ochronę środowiska przeznacza bardzo mało pieniędzy, jednak nie przystąpiły do tego. Uznały, że już dostatecznie dużo nam umorzyły. Różne więc były motywacje.
Zaczynaliśmy działalność EkoFunduszu w 1992 r., mając do dyspozycji ok. 450 mln USD i sądząc, że więcej nie będzie. Ale nasza praca oraz audyt, jaki zrobiło OECD w 1996 r., który pokazał, że pracujemy znakomicie, a także to, że w dużej mierze te pieniądze przeznaczaliśmy na zakupy urządzeń i technologii w krajach-donatorach spowodowały, że decyzje o ekokonwersji długu podjęły inne państwa. W 1997 przystąpiły do EkoFunduszu Włochy, przeznaczając na ten cel 10% naszego długu, później Szwecja i Norwegia. Do tego doprowadziła dobra praca całego zespołu EkoFunduszu i nasze negocjacje. Dzięki temu udało się zdobyć kolejne 170 mln USD na ochronę środowiska w Polsce.
- Czy w negocjacjach, bądź umowach, były jakieś zapisy obligujące nas do dokonywania zakupów przez beneficjentów tego programu w państwach donatorach?
- Nie, w żadnej umowie takich zapisów nie było. Natomiast my sami zadecydowaliśmy, że przeznaczymy około 30% środków na zakupy w krajach-donatorach, gdyż uważaliśmy nie tylko, że będzie to fair wobec tych państw, ale i z tego powodu, że ich firmy dysponują najlepszymi technologiami w ochronie środowiska. Oczywiście wszystkie zakupy dokonywane były w drodze przetargów międzynarodowych.
Korzyści były więc obustronne: dla państw-donatorów była to promocja ich firm na polskim rynku, dla nas - zakup najbardziej nowoczesnych technologii i urządzeń, których sami nie produkowaliśmy. Polskie firmy wykonywały wszystkie inne prace związane z realizacją ponad 1400 inwestycji, jakie były zrealizowane przy finansowym wsparciu EkoFunduszu.
- Niektórym państwom ten mechanizm się bardzo opłacił...
- Najwięcej skorzystały na tym firmy włoskie, szwedzkie i francuskie. Najmniej skorzystali na tym Amerykanie - przetargi bowiem opiewały zwykle na stosunkowo małe kwoty, co nie spotykało się z zainteresowaniem koncernów, natomiast mniejsze firmy amerykańskie nie były zbyt aktywne na rynku europejskim, stąd też w przetargach nie startowały.
- Czy po 18 latach funkcjonowania EkoFunduszu z tak dobrymi wynikami próbowali państwo zainteresować tym mechanizmem np. państwa obecne na szczycie klimatycznym w Poznaniu? Przecież zadłużenie i klimat to dwa największe problemy na świecie...
- Robiliśmy to wiele razy - pomagaliśmy w stworzeniu podobnej instytucji w Bułgarii - dla nich środki przekazała Szwajcaria. Interesowały się też inne państwa: Gruzja, Kazachstan, Uzbekistan, ale dotychczas nic konkretnego z tego nie wyszło. Na wielu spotkaniach międzynarodowych, konferencjach, przekazywałem informacje o tym, jak funkcjonuje EkoFundusz i dla jakich krajów może być atrakcyjny. W promocję tego rozwiązania zaangażował się też Prezydent Kwaśniewski, kiedy pojechał w roku 2002 na Szczyt Ziemi w Johannesburgu. Pokazywał tam na przykładzie EkoFunduszu, jakie korzyści dla niektórych krajów może przynieść ekokonwersja długu. W Poznaniu, na konferencji klimatycznej w 2008 r., także przedstawialiśmy dorobek EkoFunduszu.
Uważam, że ekokonwersja długu może być korzystna dla krajów silnie zadłużonych, ale nie dla najbiedniejszych - musi bowiem istnieć tam pewna kultura techniczna i kadra ludzi wykształconych. Bo można się spodziewać powodzenia takiego mechanizmu tylko wówczas, kiedy powstanie instytucja złożona z lokalnych fachowców nadzorowanych przez wierzycieli, niezależna od rządu.
- Czy były z państwa strony próby włączenia tego rozwiązania do polityki zagranicznej MSZ jako naszej inicjatywy w skali międzynarodowej? Czy MSZ zna osiągnięcia EkoFunduszu?
- Zna, przez wszystkie te lata wiedziało o Ekofunduszu i jego dobrej pracy, ale niestety zbyt rzadko wykorzystywało to w swoich inicjatywach politycznych.
- Mówił pan o niezależności - jakie siły sprawiały, że po pierwsze, EkoFundusz dostawał pieniądze, jakie miał zapisane, a po drugie - że nie ulegał naciskom w sposobie ich wydawania, bo zapewne takie były?
- Jeśli chodzi o sprawy finansowe - nigdy nie mieliśmy żadnych kłopotów, bo pieniądze dla nas były sztywno zapisane w corocznym budżecie krajowym jako spłata długu zagranicznego. Zatem nikt nie mógł ruszać tego fragmentu budżetu. Środki te bardzo regularnie napływały z Ministerstwa Finansów.
A co do nacisków - wiadomo, że politycy usiłują szukać pieniędzy, aby spełnić obietnice dane swoim wyborcom, jednak w EkoFunduszu liczyła się jedynie merytoryczna wartość każdego projektu i nigdy nie ulegliśmy jakiemukolwiek naciskowi politycznemu. Wiedzieli o tym politycy i nawet nie próbowali wywierać takiego nacisku aż do rządów PIS, kiedy to złamano prawo, bo w trakcie kadencji wyrzucono wszystkich „niewygodnych" członków rady i zmieniono ich na swoich. Ci natomiast głosowali zgodnie z oczekiwaniami PiS za odwołaniem zarządu, który w całości miał być odwołany. W Ministerstwie Skarbu, który pełni rolę fundatora, działania te podejmował wiceminister Szałamacha.
- Co się udało w działalności EkoFunduszu, a co nie wyszło?
- To były chyba najwspanialsze lata w moim życiu - udało się bowiem stworzyć instytucję nie tylko unikalną, bo już sam projekt ekokonwersji długu był unikalny - ale też pokazać, że może istnieć instytucja, która pracuje wyłącznie merytorycznie, która bardzo po gospodarsku wydaje pieniądze, dokładnie kontrolując wykonanie każdego projektu, począwszy od wyboru technologii. Z tych pieniędzy nikt nie mógł kupować „złotych klamek". Znaliśmy ceny na rynku i najlepsze dostępne technologie, pilnowaliśmy, żeby cała dokumentacja była zatwierdzona przez wszystkie instancje, aby były zagwarantowane wszystkie potrzebne środki finansowe - dopiero wówczas decydowaliśmy o przyznaniu dotacji. I inwestycje szły błyskawicznie. Na przykład, niewielkie oczyszczalnie ścieków budowano - i to przez polskie firmy - w trzy miesiące. Średniej wielkości oczyszczalnie - w jeden sezon. Największa nad Bałtykiem oczyszczalnia gdańska budowana była 30 miesięcy.
To była ogromna radość z takiej pracy. Kontrolowaliśmy etap po etapie i po ukończeniu każdego z nich przekazywaliśmy pieniądze w ciągu 2 tygodni. Zapewniało to wykonawcom płynność inwestycyjną. Oczywiście, na końcu musiał być osiągnięty efekt ekologiczny. Cały ciąg był tak pomyślany, żeby pomagać inwestorom, choć wielu utyskiwało, że EkoFundusz jest wymagający. Dawaliśmy jednak dotacje bez zabezpieczenia, co było ryzykowne, a mimo to przez 18 lat nikt nie zdefraudował tych pieniędzy.
Ważna była też inna wartość, o której pisze w swoim audycie wykonanym w tym roku firma Ernst & Young - nauka, jaką wynosili beneficjenci z takiej realizacji projektów, zdyscyplinowanej i terminowej, a także umiejętność zdobywania pieniędzy na inne projekty. Boli mnie jednak to, że nie udało się przedłużyć życia tej instytucji.
- Jak powinna być zakończona działalność EkoFunduszu?
- W żadnym wypadku nie powinna się zakończyć. Polska lekką ręką zlikwidowała bardzo wartościową instytucję, których przecież wielu nie mamy. Nie udało się doprowadzić do tego, żeby po wygaśnięciu ekokonwersji długu EkoFundusz mógł zarządzać innymi środkami. Najprostszą kontynuacją byłoby, gdyby pieniądze, które już są w kraju, pochodzące ze sprzedaży uprawnień do emisji CO2 byłyby zarządzane przez EkoFundusz, który robiłby to z marszu, bo się na tym dobrze zna.
- Czy istnieją jakieś pieniądze, których można byłoby użyć na funkcjonowanie EkoFunduszu?
- Teraz już nie. Były pieniądze norweskie, potem szwajcarskie - zostały one użyte inaczej, mimo naszych starań.
- A czy z organizacjami pozarządowymi nie można było stworzyć innej formy działania?
- Chcieliśmy, żeby 20-30 mln zł, które zostawały z ekokonwersji, ulokować na lokacie bankowej i z odsetek finansować te zadania, które wspaniale realizują polskie organizacje pozarządowe. To byłoby 2-3 mln zł rocznie, co dla tych organizacji jest kwotą znaczącą na zadania w ochronie przyrody. Ale na to nie zgodzili się przedstawiciele donatorów w radzie Fundacji. Stwierdzili, że zgodnie ze statutem, konwersja długów wygasa i te pieniądze trzeba wydać. Resztówka - zgodnie z decyzją rady EkoFunduszu - zostanie przekazana NFOŚ, który będzie za tę kwotę realizować jakieś projekty.
- Smutne, że na koniec naszej rozmowy wyłania się konkluzja, iż profesjonalizm i wielka uczciwość nie są w Polsce doceniane..
- Uważam że są cenione przez Polaków, ale w mniejszym stopniu przez klasę polityczną.
- Czy jako były minister i prezes EkoFunduszu zamierza pan wykorzystywać swoje doświadczenie w innych państwach?
- Jeśli byłyby takie propozycje - to tak, ale w Polsce niczego nowego nie zamierzam organizować. Mam zresztą ogromną satysfakcję z tego, że cały czas funkcjonuje inicjatywa, którą rozpocząłem w 1996 roku, kiedy to otrzymałem wielką nagrodę „Deutscher Umweltpreis". Pieniadze z tej nagrody przeznaczyłem na wspieranie rozwoju najlepszych absolwentów polskich uczelni. Jest ich około 200 osób. Co roku grupa 15 laureatów ogólnopolskiego konkursu otrzymywała 6-12 miesięczne stypendium w Niemczech. Moje pieniądze, jakie na to przeznaczyłem, już się skończyły, ale byli stypendyści utworzyli stowarzyszenie „Środowisko dla Środowiska" i są partnerem największej niemieckiej fundacji DBU, która w dalszym ciągu finansuje tę akcję stypendialną, którą rozszerzyła na 10 innych krajów. To wszystko jest moją wielką radością.
- Czyli Niemcy nie niszczą tego, co dobre. Czy nie powinno tak być z EkoFunduszem?
- Choć to pytanie retoryczne, to odpowiem: powinno.
Dziękuję za rozmowę.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2549
Ziemia nie jest przedmiotem jednorazowego użytku
Z czego słynie Żywiec? Każdy pewnie powie, że z piwa, miłośnicy turystyki – że z piękna przyrody, ale dla ekologów i samorządowców Żywiecczyzna od niedawna słynie tez z czystości. Na te sławę zapracowali sobie jej mieszkańcy, którzy jako jedni z pierwszych w kraju wprowadzili na terenie 18 gmin system zagospodarowania odpadów stałych. Przedsięwzięcie to służy do dzisiaj za modelowe, a w 1998 roku Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska wyróżnił je główna nagrodą (w wysokości 1 mln zł) w konkursie na zagospodarowanie odpadów komunalnych na terenach wiejskich.
Historia tego sukcesu sięga 1991 roku, kiedy w Żywcu utworzono Związek Komunalny ds. Ekologii, działający w 20 gminach zamieszkałych przez ponad 200 tysięcy mieszkańców. Jego utworzenie wynikało ze świadomości decydentów na różnych szczeblach władzy gminnej, iż rozwój regionu nie będzie możliwy bez uporządkowania gospodarki wodnej, ściekowej, odpadami, likwidacji niskiej emisji. Na pierwszy ogień poszły starania o gazyfikacje gmin uczestniczących w Związku, w drugiej kolejności zaczęto rozwiązywać problemy z odpadami. W tym celu powołano w Żywcu w maju 1994 r. spółkę „Beskid”, która miała się zająć budową zakładu utylizacji odpadów stałych. Na miejsce nowego składowiska (stare było przepełnione) przeznaczono teren wyrobiska po starej cegielni w Żywcu, natomiast pod budowę zakładu utylizacji spółka wykupiła teren upadłego przedsiębiorstwa transportowego. W programie gospodarki odpadami komunalnymi spółki było także wprowadzenie selektywnej zbiórki odpadów komunalnych „u źródeł” ich powstawania we wszystkich gminach. Decyzja ta wynikała m.in. z faktu, że mimo istniejącego już w Żywcu systemu segregacji odpadów w pojemnikach ogólnodostępnych ilość zbieranych surowców była mała. Poza tym były one zwykle zanieczyszczane, co eliminowało ich powtórne wykorzystanie.
Najpierw sortownia
Tworzenie całego przedsięwzięcia trwało trzy lata. Już w końcu 1994 roku uruchomiono stację segregacji surowców wtórnych; wybudowano 9 boksów i wiatę, w których gromadzi się osobno szkło, makulaturę, szmaty, opony, opakowania metalowe i z tworzyw sztucznych. Worki (oznakowane kolorystycznie) na każdy rodzaj odpadów otrzymują darmo właściciele posesji oraz umieszcza się je w klatkach schodowych bloków mieszkalnych. I choć do segregacji śmieci mieszkańcy Żywiecczyzny już się przyzwyczaili, to jednak konieczne jest sprawdzanie zawartości każdego z worków: zdarza się, że są zanieczyszczane innymi odpadami, co niweczy cały wysiłek osób zdyscyplinowanych.
O ile jednak w Żywcu mieszkańcy szybko przyzwyczaili się do takiego sprzątania, tak wprowadzanie selektywnej zbiórki odpadów na terenach wiejskich początkowo napotykało opory. Autorzy programu przypuszczali, iż jest to jednak wynik nie tyle niskiej świadomości ekologicznej mieszkańców wsi, co sposobu rozwiązania opłat za korzystanie z systemu. Otóż wcześniej za wywóz gromadzonych w kontenerach odpadów płacił urząd gminy. Po wprowadzeniu selektywnej zbiórki odpadów – gmina płaci tylko za worki i ich usuwanie. Każdy z gospodarzy musi jednak uiszczać opłatę za substancje balastowe, które także gromadzi w workach odbieranych przez spółkę „Beskid”. Są to odpady, których nie udaje się rozdzielać u źródeł ich powstawania i trzeba je wywozić się na wysypisko.
Od początku 1996 r. w zakładzie prowadzi się także zbiórkę odpadów szkodliwych i uciążliwych dla środowiska: zużyte baterie zbierają szkoły i przedszkola, przeterminowane lekarstwa – apteki i przychodnie lekarskie, zużyte opony i oleje silnikowe – stacje paliw. Organizacją tej zbiórki zajmuje się urząd Miasta Żywca, on też ponosi koszty przewozu tych odpadów.
Co z tym zrobić
Wszystko to, czego nie da się wydzielić, czyli substancje balastowe trzeba jednak składować w bezpiecznym miejscu. W połowie 1996r. oddano do użytku nowe składowisko odpadów, odpowiednio zabezpieczone przed możliwością przedostania się zanieczyszczeń do gruntu, z podoczyszczalnią mechaniczno – chemiczną. Jest to pierwsza z zaplanowanych dwóch kwater, której okres eksploatacji przewidziano na 8 – 10 lat. Po tym czasie odpady balastowe będą składowane w drugiej, obliczonej na 6 lat eksploatacji. Opłata za składowanie odpadów bytowych zależy od ich rodzaju oraz miejsca, skąd są dowożone. Najdrożej kosztuje składowanie odpadów komunalnopodobnych, najtaniej – gruzu i odpadów zielonych, natomiast składowanie ziemi jest gratis.
Na składowaniu ziemi i odpadów zielonych spółka zresztą nieźle zarabia przerabiając je na kompost. Nie jest to przy tym produkcja uciążliwa dla otoczenia, gdyż odbywa się w systemie zamkniętym, w kompostowni typu Herhof. Kompostownię uruchomiono w połowie 1997 r., przy czym wcześniej rozdano mieszkańcom pojemniki na odpady biologiczne. Cykl produkcji kompostu z odpadów biologicznych trwa trzy miesiące, a efektem jest żyzna, bez zapachu ziemia, po która ustawiają się kolejki chętnych.
Na razie takich kolejek nie ma po elementy architektury ogrodniczej wytwarzane z opakowań z tworzyw sztucznych. Dyrektor spółki, Jerzy Starypan tłumaczy to mało interesującą kolorystyką wyrobów, co jest z kolei uwarunkowane brakiem odpowiedniej technologii. Liczy jednak, że wkrótce i żywieckiemu zakładowi uda się zrobić słupki, płytki i płotki takie, jakie robią Niemcy: w kolorach żywych oraz imitujących drewno.
Znaczące efekty
Po 5 latach wprowadzenia na Żywiecczyźnie systemu selektywnej zbiórki odpadów, ich odzysk sięga 15%. Najwięcej odzyskuje się domach jednorodzinnych – 30 – 70%, na co miało wpływ zapewne bezpłatne rozdanie worków, ich odbiór i wymiana. Najmniej zbiera się posegregowanych odpadów z bloków, choć i tam ich ilość ciągle rośnie. Po wprowadzeniu tego systemu znacznie zmalała ilość śmieci na wysypiskach: w Czernichowie, jednej z gmin żywieckich aż o 40% ! Tym samym maleją koszty zagospodarowywania odpadów.
Problemem natomiast jest brak systemu finansowania zbiórki surowców wtórnych. Na razie gminy rozwiązują to różnie, stosownie do własnych możliwości. Jedne np. wszystkie koszty pokrywają z budżetu wspólnego, inne (np. Lipowa) – płacą tylko za śmieci posegregowane, jeszcze inne dotują koszty wywozu odpadów segregowanych (np. w Czernichowie koszt odbioru worka z substancjami balastowymi – 5 zł, a z posegregowanymi – 2 zł, łącznie z kosztem worka).
Samorządowcy jednak podkreślają, że dopóki nie wprowadzi się opłaty produktowej, nie będzie warunków finansowania takiej zbiórki odpadów i ich racjonalnego wykorzystywania.
Anna Leszkowska
24.05.2000
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1589
Z prof. Krzysztofem Szamałkiem z Państwowego Instytutu Geologicznego rozmawia Anna Leszkowska
- Panie Profesorze, pierwiastki (metale) ziem rzadkich (MZR lub REE – Rare Earth Elements) to surowce, bez których nie istniałaby nie tylko elektronika, ale wszystkie przemysły hi-tech, m.in. kosmiczny, jądrowy, motoryzacyjny, lotniczy, medyczny. Popyt na nie ciągle rośnie – w 2016 roku wynosił 200 tys. ton rocznie. Jednak ich wydobywanie wiąże się z ogromnymi kosztami środowiskowymi – wyprodukowanie 1 tony REE skutkuje 200 tys. litrów silnie zakwaszonych wód. W jaki sposób można tego uniknąć?
- Zacznijmy od uporządkowania samej nazwy tych pierwiastków, gdyż jest ona dość myląca. Pierwiastki ziem rzadkich bowiem wcale nie są rzadkie. Jeszcze przed kilkudziesięciu laty trudności w ich rozpoznawaniu wynikały z małej liczby technik instrumentalnych o takim poziomie detekcji, które pozwalały wykryć ich obecność. Udawało się je wykryć tylko od czasu do czasu, stąd ta nazwa pierwiastków ziem rzadkich się upowszechniła. W obecnym stanie wiedzy ona nie ma żadnego usprawiedliwienia, poza historycznym.
Dziś wiemy, że pierwiastki ziem rzadkich są bardzo powszechne, czasem nawet występują w koncentracjach wyższych niż inne pierwiastki, uważane za bardziej pospolite, jednak większość z nich nie tworzy własnych minerałów.
O możliwości gospodarczego wykorzystania tych złóż decyduje współczynnik koncentracji, czyli stężenie pierwiastka w skale nośnej. Jeżeli jest niskie, trzeba „przerobić” setki ton skały, by wydobyć z niej np. 1 kg danego pierwiastka. I z tego wynika ten wysoki koszt dla środowiska.
Przez wiele lat poziom rozwoju techniki pozwalał w zasadzie na wykorzystywanie tylko takich pierwiastków jak żelazo, kobalt, nikiel, wanad, mangan, itd. - przede wszystkim do produkcji i uszlachetniania stali, a także miedź. Nikt nie widział zastosowania dla tych niewielkich ilości pierwiastków ziem rzadkich aż do czasu, kiedy odkryto, że użycie tych metali w niektórych procesach chemicznych czy technologicznych może poprawiać właściwości tworzonych materiałów lub ujawniać zupełnie nowe ich właściwości. Okazało się też, że część tych pierwiastków – np. cer (Ce) posiada wybitne właściwości katalityczne. Stąd zaczęło się zainteresowanie tymi pierwiastkami i ich wykorzystywanie w przemyśle. Ale nie od razu wszystkimi, np. ind (In) przez wiele lat nie był do niczego przydatny, aż do czasu, kiedy wynaleziono wyświetlacze LCD używane w odbiornikach telewizyjnych i telefonach komórkowych – tam ind jest niezbędny.
- Czy wydobywanie pierwiastków ziem rzadkich z dna oceanów byłoby dla środowiska mniej obciążające?
- Rzeczywiście, jak wykazały badania - zwłaszcza japońskie – na dnie oceanów istnieją warstwy iłowców (mułowców) silnie wzbogacone pierwiastkami ziem rzadkich, o koncentracji przewyższającej niekiedy te w skałach lądowych. Wydawałoby się więc, że te osady byłoby łatwiej przerobić i odzyskiwać te pierwiastki. Czy to jednak będzie znacząco tańsze – nie wiadomo, bo eksploatacja z głębokości ok. 4 – 5 tys. m nie jest łatwiejsza niż na powierzchni. Ponadto, tak jak wszystkie procesy eksploatacji na lądzie muszą uwzględniać bezpieczeństwo środowiska, tak i eksploatacja na dnie oceanicznym będzie poddana takim ograniczeniom. Są przecież unikalne zespoły bentosu i osiadłego, i wędrującego, strefy silnie rozwijającego się życia oceanicznego, więc zakłócenie stanu tego środowiska może spowodować nieprzewidywalne skutki.
- Zatem jest to temat przyszłości, tym bardziej, że nie ma dokładnych badań ani technologii. A górnictwo kosmiczne – też mrzonka?
- Niezupełnie. Wiele państw świata stworzyło już swoje prawa kosmiczne – łącznie z zasadami poszukiwania i ewentualnej eksploatacji. Badaniami pośrednimi stwierdzono bowiem, że część ciał kosmicznych jak planetoidy, meteoryty, asteroidy są zbudowane z cennych pierwiastków, np. z platyny. Zatem kiedy leci w pobliżu Ziemi 30 ton platyny, to warto ją złapać. Na razie nie wiemy jak taki obiekt bezpiecznie sprowadzić, ale do czasu.
- Jest jeszcze coś takiego, jak górnictwo miejskie, o czym coraz głośniej…
- Tak, urban mining, związane z odzyskiem metali ziem rzadkich z urządzeń elektronicznych, co związane jest z recyklingiem. Szybki rozwój elektroniki powoduje miniaturyzację i szybkie zmiany technologiczne, więc ludzie mają w domach coraz więcej przestarzałych i nieużywanych telefonów komórkowych oraz innych elektronicznych gadżetów. A że nie zajmują one wiele miejsca, to nie chce im się oddawać ich do recyklingu, co wiąże się zawsze z jakimś wysiłkiem znalezienia punktu skupu i dostarczenia tam niepotrzebnych urządzeń.
Wspólnie z prof. Krzysztofem Galosem wykazaliśmy, że z każdej tony telefonów komórkowych da się wyodrębnić naprawdę znaczące ilości miedzi, srebra, złota, indu – i to w czystej postaci, bez konieczności stosowania technologii szkodzących środowisku. Górnictwo miejskie wymaga tylko instrumentów zachęt i restrykcji. Jest bowiem problem zbierania małych urządzeń elektronicznych i zachęcania do oddawania już niepotrzebnych. A także znalezienia sposobu współpracy producentów telefonów, właścicieli sieci komórkowych i użytkowników telefonów.
Np. w ramach akcji promocyjnych telekomów można byłoby zastosować mechanizm typu: musisz oddać stary telefon, żeby otrzymać nowy. W dodatku wraz z oddaniem starego telefonu otrzymujesz nowy z przegraną zawartością karty pamięci. Być może jeszcze przydałyby się jakieś zachęty ekonomiczne, np. za oddany telefon otrzymuje się bonus w abonamencie. To można zrobić, a efektywność zbiórki telefonów byłaby znacznie większa niż dzisiaj.
Oczywiście, kopalnia miejska to nie tylko telefony komórkowe, ale wszystkie rzeczy mające części elektroniczne, które zalegają w domach i są łatwo dostępnym zasobem cennych pierwiastków.
- Pierwiastki ziem rzadkich, których największym producentem są Chiny (Deng Xiaoping w 1992 roku stwierdził, iż dla Chin są one jak ropa naftowa dla Bliskiego Wschodu) uznawane są za surowce strategiczne. Czy górnictwo miejskie mogłoby tę ich rolę pomniejszyć?
- Ono zapewne nie pokryłoby zapotrzebowania przemysłu na te surowce, ale pozwoliłoby ograniczyć górnictwo naziemne o ok. 30%. Co do Chin – rzeczywiście tak było, że te pierwiastki były bronią surowcową, ale Chiny też tolerowały u siebie przez długi czas nielegalną eksploatację pierwiastków ziem rzadkich, ocenianą na ok. 30% wydobycia w państwowych kopalniach. Ta broń stała się bezużyteczna z chwilą wywindowania cen na te surowce na poziom nieakceptowany dla kupujących. Wskutek tego okresowo uruchamiano zarzucone dla eksploatacji złoża w USA czy Australii, przerabiano również odpady pogórnicze, jeśli zawierały znaczące ilości tych pierwiastków. Czyli bardzo wysoka cena i monopol Chin skutkowały poszukiwaniem innych sposobów pozyskiwania tych surowców i znaczący spadek ich cen.
- W dalszym ciągu jednak producenci elektroniki szukają surowców w państwach, które pierwiastki ziem rzadkich wydobywają tradycyjnie, w sposób dewastujący środowisko, choć wydawałoby się, że górnictwo miejskie jest najtańsze.
- Ono nie jest najtańsze, ale najbardziej przyjazne środowisku. Wiele działań, które są ekonomicznie nieatrakcyjne, ale korzystne dla środowiska dofinansowuje się z funduszy ekologicznych czy podatków po to, aby je upowszechnić, bo skala potania koszty. Nawet w bogatych Stanach Zjednoczonych o gospodarce rynkowej wprowadzono dla producentów ogniw fotowoltaicznych czy solarów swoiste ścieżki dopłat. Czyli albo korzystali z dopłat użytkownicy, którzy kupowali ten sprzęt, albo dotowane były linie technologiczne przedsiębiorstw, które je wytwarzały.
- Ale z drugiej strony, planuje się kopalnie tych pierwiastków w Mongolii (Bayon Obo), Afganistanie, czy w miejscach szczególnie ważnych dla całej planety jak Las Amazoński czy Grenlandia. Ekologia przegrywa z elektroniką, której ta elektronika po części ma służyć…
- To niewygodna prawda. To, że my w UE zmniejszamy emisję CO2 nie świadczy o tym, że jako konsumenci mamy mniejszy wpływ na emisję CO2. Kupujemy bowiem chińskie produkty, kompensując tym samym naszą obniżkę emisji CO2 zwiększoną emisją tego gazu w Chinach. Ta hipokryzja ciągle ma się dobrze.
- Czy Polska ma jakieś zasoby pierwiastków ziem rzadkich?
- Występują u nas miejsca o podwyższonych koncentracjach tych pierwiastków, część z nich, które towarzyszą rudom innych metali, odzyskuje się podczas przeróbki tychże rud, np. ren (Re). Polska jest jednym z największych producentów renu na świecie, bo ten pierwiastek towarzyszy rudom polimetalicznym miedzi. Produkujemy go (ze ścieków w huty miedzi) jednak dopiero od kilku lat, bo wcześniej nie było odpowiedniej technologii. Tego jednego z najdroższych pierwiastków na świecie używa się m.in. do superstopów w przemyśle lotniczym i zbrojeniowym, także jako katalizatora.
- Mieliśmy jeszcze odzyskiwać te pierwiastki z fosfogipsów w Wizowie…
- Gdyby sięgnąć do archiwów MNiSW, KBN, NCN, NCBiR, i policzyć ile te instytucje przyznały pieniędzy na wydobywanie tych pierwiastków w Wizowie, to podejrzewam, że za tę kwotę moglibyśmy zabezpieczyć 5-letnie, a może dłuższe, zapotrzebowanie polskiego przemysłu na te pierwiastki. Na razie nie mamy efektywnej i taniej technologii do odzyskiwania REE z fosfogipsów.
Z kolei tereny Suwalszczyzny, gdzie pierwiastki ziem rzadkich występują, nie wchodzą w rachubę ze względów ekologicznych. Próbowano też odzyskiwać cyrkon z popiołów węglowych, ale ekonomicznie jego wydobywanie jest nieopłacalne. Poza tym my nie mamy przemysłu, który używałby znaczących ilości tych pierwiastków, głównie elektronicznego.
- Czy istnieje możliwość zastąpienia tych pierwiastków innymi surowcami?
- To jest wyzwanie dla nauki. Na pewno nie wszystkie będzie można zastąpić, tylko niektóre, ale myśl ludzka jest nieskończona, więc nie należy tego wykluczać. Będą substytuty, nowe zastosowania, odkrywane nowe właściwości znanych materiałów, jak to się już dzieje w przypadku ceramów – nowoczesnych tworzyw ceramicznych tworzonych na bazie tradycyjnych skał ilastych, modyfikowanych dodatkami pierwiastków ziem rzadkich. Dzięki temu tworzywo ceramiczne staje się przewodnikiem, choć było izolatorem. Nowoczesna ceramika, idąca w kierunku półprzewodników o różnych właściwościach spowoduje rewolucję, będzie bez wątpienia kształtować naszą przyszłość.
Dziękuję za rozmowę.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1318
Minęło ponad osiem lat od wypadku w elektrowni jądrowej Fukushima Daiichi, wywołanego przez silne trzęsienie ziemi we wschodniej Japonii 11 marca 2011 roku, oraz serię zdarzeń, które po nim wystąpiły.
Wyzwania w miejscu katastrofy
Usuwanie zużytego paliwa z basenu bloku 3 rozpoczęto ostatecznie w kwietniu 2019 roku. Start eksploatacji bloku 1 i bloku 2 planowane jest na „około 2023 rok”. Usuwanie gruzu z basenu bloku 1 zakończono w lutym 2019 roku. W przypadku bloku 2 prace nie zostały jeszcze rozpoczęte z powodu zmiany koncepcji usuwania zużytego paliwa. Metoda usuwania resztek paliwa miała zostać opracowana do 2019 roku. Jednak od połowy roku nie wydano w tej sprawie żadnych wiążących decyzji. Usuwanie resztek z pierwszego bloku miało się rozpocząć w 2021 roku, jednak w tym momencie nie wydaje się to prawdopodobne.
Oczyszczanie wód
W dalszym ciągu do bloków 1–3 elektrowni wtryskuje się duże ilości wody w celu schłodzenia resztek znajdującego się w nich paliwa. Silnie zanieczyszczona woda wypływa szczelinami do piwnic, gdzie miesza się z wodą przedostającą się tam z podziemnej rzeki. Uruchomienie dedykowanego systemu obejściowego i pompowanie wód podziemnych zmniejszyło napływ wody z ok. 400 m3/dobę do ok. 170 m3/dobę. Woda jest częściowo oczyszczana i magazynowana w zbiornikach o pojemności 1000m3. Co sześć dni konieczny jest więc nowy zbiornik.
Całkowita pojemność zbiorników magazynujących wodę została zwiększona do ponad 1,1 mln m3, a do końca 2020 roku wzrośnie dalej do 1,4 mln m3. Możliwość zrzutu wód do oceanu jest nieustannie szeroko kwestionowana, zwłaszcza w świetle informacji, iż znaczna część wód nie spełnia norm bezpieczeństwa.
Zdrowie pracowników
W lutym 2019 roku w pracach likwidacyjnych na miejscu brało udział niemal 7 300 pracowników, z których 87% było podwykonawcami TEPCO. Dochodzenie przeprowadzone przez japońskie Ministerstwo Zdrowia wykazało, że ponad połowa z 290 zaangażowanych firm naruszała przepisy prawa pracy. W 2018 roku u dwóch kolejnych pracowników zdiagnozowano chorobę popromienną, tym samym liczba zachorowań związanych z pracą w Fukushimie wzrosła do sześciu.
Wyzwania poza miejscem katastrofy
Wśród głównych problemów niezwiązanych bezpośrednio z samym miejscem zdarzenia, wymienić należy przyszłość dziesiątek tysięcy ewakuowanych osób, skutki zdrowotne katastrofy, usuwanie odpadów i związane z tym koszty.
Osoby ewakuowane
Według stanu na kwiecień 2019 roku, niemal 40 000 mieszkańców prefektury Fukushima – nie licząc osób, które same zdecydowały się opuścić region, jest nadal oficjalnie uznawanych za ewakuowane, z czego ok. 7 200 mieszka na terenie prefektury. Zdaniem władz lokalnych, liczba ewakuowanych w maju 2012 roku sięgała niemal 165 000 osób. Rząd zniósł ograniczenia wobec dotkniętych kryzysem gmin. Niemniej jednak, według ostatniego badania przeprowadzonego przez Agencję Odbudowy, tylko 5% dawnych mieszkańców wróciło do miasta Namie, a połowa zdecydowała się nie wracać; pozostali nie podjęli jeszcze ostatecznej decyzji. Pogarszają się warunki zapewniane osobom, które dobrowolnie poddały się ewakuacji (osoby, które dobrowolnie poddały się ewakuacji to te, które mieszkały poza terenami ewakuowanymi i samodzielnie podjęły decyzję o opuszczeniu miejsca zamieszkania).
W marcu 2017 roku władze prefektury Fukushima przestały zapewniać bezpłatne mieszkania, natomiast od marca 2019 roku gospodarstwa domowe o niskich dochodach nie mogą już korzystać z pomocy w wynajmie lokali. Po wycofaniu oferty bezpłatnych mieszkań, osoby wcześniej z niej korzystające nie są już uznawane za dobrowolnych ewakuowanych i znikają ze statystyk. Specjalni sprawozdawcy Komisji Praw Człowieka ONZ wielokrotnie wyrażali obawy dotyczące japońskiej polityki w zakresie ewakuacji i naruszeń praw człowieka w odniesieniu do rodzin i pracowników.
Problemy zdrowotne
Jak podają oficjalne źródła, do kwietnia 2019 roku u 212 osób zdiagnozowano lub podejrzewano nowotwór złośliwy, a 169 osób przeszło operację. Związek przyczynowo-skutkowy pomiędzy narażeniem na promieniowanie w Fukushimie a zachorowaniami nie został ostatecznie potwierdzony; pojawiły się równocześnie wątpliwości dotyczące samej procedury badania oraz przetwarzania informacji.
Skażenie żywności
Jak wynika z oficjalnych danych statystycznych, w 300 000 próbek artykułów spożywczych pobranych w 2018 roku zidentyfikowano 313 przekroczeń limitów określonych prawem (co stanowi istotny wzrost w stosunku do 200 przekroczeń wykrytych w 2017 roku). Począwszy od kwietnia 2019 roku, w 23 krajach po wydarzeniach z 11 kwietnia 2011 roku, nadal obowiązują ograniczenia przywozowe.
Dekontaminacja
Działania dekontaminacyjne w obszarze skażenia zakończyły się w marcu 2018 roku i wygenerowały 16,5 mln m3 skażonej gleby. Poza prefekturą Fukushima, skażona ziemia jest składowana w ponad 28 000 miejsc (333 000 m3). Do kwietnia 2019 roku, tylko ok. 20% tej ziemi zostało przeniesionych do specjalnych magazynów.
Raport o stanie likwidacji – rosnące koszty
Coraz większa liczba obiektów jądrowych albo zbliża się do ustalonego wcześniej terminu zakończenia eksploatacji, albo zostaje zamknięta z powodu pogarszających się warunków ekonomicznych. Z tego też względu wyzwania związane z likwidacją reaktorów wysuwają się na pierwszy plan.
• W 2019 roku, na całym świecie 162 z 181 wyłączonych reaktorów (o osiem więcej niż w roku 2018) oczekuje na likwidację lub znajduje się na różnych etapach procesu wycofywania z eksploatacji.
• Zaledwie 19 jednostek zostało całkowicie zlikwidowanych: 13 w USA, 5 w Niemczech, 1 w Japonii. Jedynie w przypadku 10 z nich tereny lokalizacji jednostki odzyskały dawny charakter. Od 2018 roku nie odnotowano w tym zakresie żadnych zmian.
Studia przypadku:
– we Francji likwidacja małego reaktora Brennilis o mocy 80 MW zostanie jeszcze bardziej opóźniona, a jej zakończenie nastąpi najwcześniej w 2038 roku;
– w Niemczech usunięto paliwo z Neckarwestheim-1 i Philippsburg-1;
– we Włoszech szacunkowe koszty likwidacji czterech reaktorów wzrosły od 2004 roku prawie dwukrotnie, sięgając 8,1 mld USD;
– na Litwie szacunkowe koszty likwidacji dwóch radzieckich reaktorów typu czarnobylskiego wzrosły o dwie trzecie w ciągu pięciu lat – do 3,7 mld USD. Jeśli uwzględnić zagospodarowanie odpadów i ich utylizację, koszty tych działań wzrastają do 6,8 mld USD i pojawia się luka w finansowaniu na poziomie 4,7 mld USD;
– w Hiszpanii szacunkowe koszty likwidacji pierwszego bloku o mocy 240 MW, który miał zostać zamknięty w 2006 roku, podwoiły się od tego czasu do kwoty 292 mln USD;
– w Stanach Zjednoczonych rozpowszechnia się sprzedaż zamkniętych reaktorów i następuje przekazywanie funduszy przeznaczonych na ich likwidację prywatnym firmom zajmującym się gospodarką odpadami: z dziesięciu likwidowanych bloków, sześć sprzedano komercyjnym firmom likwidacyjnym. Praktyka ta budzi oczywiste wątpliwości, co do odpowiedzialności w przypadku wyczerpania się dostępnych funduszy.
Od Redakcji: Jest to fragment raportu o stanie światowego przemysłu jądrowego w 2019 roku (Raport The World Nuclear Industry Status Report – WNISR) przetłumaczonego i udostępnionego przez Fundację im. Heinricha Bölla i Instytut na rzecz Ekorozwoju.
Więcej - https://pl.boell.org/pl/2020/03/23/discussing-future-nuclear-industry-
https://www.pine.org.pl/raport-o-stanie-swiatowego-przemyslu-jadrowego-2019/
https://www.pine.org.pl/wp-content/uploads/2020/03/RaportEJ2019.pdfpoland,