Felietony Witolda Modzelewskiego

Czy czegoś nauczyły nas klęski z lat 1917 - 2017?

Utworzono: środa, 18 lipiec 2018 Anna Leszkowska

ModzelewskiDo dziś jesteśmy zaczadzeni dwudziestowieczną wizją świata, która żyje w nas, w naszym języku, wyobraźni, obawach, a przede wszystkim „praktycznie stosowanej” ideologii. Nasza polska świadomość końca drugiego dziesięciolecia nowego wieku jest paradoksalnie bliska (i zbliża się zamiast się oddalać) swojej genezie sprzed prawie stu lat. Wtedy uwierzyliśmy, że „skończyły się zabory”, a my „odzyskaliśmy niepodległość”, którą – jak wszystko, co trzeba zdobyć – można również stracić. Dziś też mówimy o „okupacji lat 1944–1989” i „odzyskaniu niepodległości”.

Nasza demokratyczna „niepodległość” z lat 1918–1939 była dość osobliwym czasem; zniszczył ją zamach stanu z 1926 roku przekształcający rodzącą się demokrację parlamentarną w sanacyjną karykaturę. Trzynastolecie rządów Piłsudskiego i jego następców skończyło się upokarzającą klęską militarną, całkowitym blamażem politycznym oszukanych dyletantów, niegodnym nawet współczucia. Później francuski sojusznik faktycznie mianował „swój” rząd emigracyjny polski, który – nim minął rok – musiał uciekać z pokonanej Francji. Polityka rządu emigracyjnego kończy się równie poniżającą klęską i „zdradą” jedynego niepokonanego przez Niemców sojusznika, który – podobnie jak Francuzi w 1939 roku – nie chciał „umierać” w naszym interesie.

Ale te dwie następujące w ciągu sześciu lat polityczne porażki stworzyły mit niepodległości, odzyskanej przez przegranych polityków, którym ktoś oszczędził dożycia swoich klęsk. Piłsudski „szczęśliwie” nie musi przegrywać w 1939 roku, a Sikorski nie pozna goryczy upadku rządu londyńskiego w 1945 roku. Mimo, że byli wręcz śmiertelnymi przeciwnikami, w latach 1945–1989 stawiani byli w jednym rzędzie mężów stanu, w dodatku symbolizujących demokratycznie legitymowane władze naszego kraju, co jest kompletnym absurdem, bo Piłsudski zdobył władzę w wyniku zamachu stanu, który obalił legalnie wybrany rząd, a Sikorski był narzucony przez Francuzów, którzy postanowili „unieważnić” powołanie następcy Mościckiego na stanowisko głowy państwa (krótka kariera w roli groteskowego prezydenta generała Wieniawy).

Czy równie „demokratycznie” wybrane władze nowego państwa polskiego, utworzonego w 1944 roku, reprezentowały państwo „niepodległe”? Zapewne nie, lecz brak owej „niepodległości” wynikał ze swoistego sposobu definiowania tego pojęcia: zgodnie z doktryną Kühlmanna, Polska jest państwem „niepodległym”, gdy jest wroga wobec Rosji lub bolszewików, a stan uzależnienia od innych państw nie ma znaczenia.

Czy rząd londyński mógł prowadzić w miarę samodzielną politykę? Dwa razy to zrobił – raz w 1943 roku (sprawa katyńska), a drugi raz w 1944 roku (w sprawie Powstania Warszawskiego), lecz w obu przypadkach dostał po łapach (boleśnie) od wielkich protektorów. W latach 1944–1989 (i później) daliśmy sobie wmówić, że zależność od Związku Sowieckiego jest dowodem „braku niepodległości”, którą później znów „odzyskaliśmy”, gdy weszliśmy w orbitę wpływów niemieckich, wspólnotowych czy amerykańskich.

Jedno jest pewne: w latach 1991–2017 byliśmy najbardziej demokratyczną wersją państwowości polskiej ostatnich stu lat, co wcale nie oznacza, że byliśmy (i jesteśmy) mniej uzależnieni od obcych państw. Tu też trochę daliśmy się w XX wieku ogłupić, bo przyjęliśmy znak równości między demokracją i niepodległością, a przecież państwa o bardzo ograniczonej suwerenności mogą być w pełni demokratyczne, gdyż… większość wyborcza w cale nie musi hołdować potrzebie uzyskania „pełnej niepodległości”.

Dziś wciąż mówimy językiem sprzed stu lat, odmieniamy – podobnie jak wtedy – słowo „niepodległość” przez wszystkie przypadki, w czym nie przeszkadza ciągła erozja naszej suwerenności w wyniku „pogłębiania integracji”, i nikomu nie przeszkadza powtarzanie tego absurdu. W niczym nie zmienił się również nasz stosunek do Rosji. Wtedy też była „śmiertelnym zagrożeniem”. Podobnie jest dziś. Także Rosja zaczyna i kończy to stulecie w podobnie słabej kondycji: wtedy przegrała z przysłanymi przez Niemców bolszewikami, których jedynym celem było jej unicestwienie, a dziś, zepchnięta do szesnastowiecznych granic, jest osamotniona i w głębokiej defensywie.
Witold Modzelewski

 

Czy Polska ma przyjaciół i własne interesy?

Utworzono: niedziela, 24 luty 2019 Anna Leszkowska


ModzelewskiMówiąc o Imperium Brytyjskim, ktoś kiedyś (ponoć Winston Churchill) sformułował myśl, że ów upadły (po cichu) przed ponad półwieczem twór „nie miał przyjaciół, lecz wyłącznie interesy”. Zapewne to prawda, pod wszakże dwoma warunkami:

– przyjaźń w stosunkach międzynarodowych jest możliwa, lecz lepiej nie być nią obciążonym, bo ogranicza pole manewru i może być sprzeczna właśnie z interesami danego państwa;

– faktycznie realizowane interesy są w rzeczywistości interesami danego państwa, a nie jego protektorów czy wręcz wrogów; ponoć tylko wielkie mocarstwa mogą działać w swoim rzeczywistym interesie, reszta musi oszukiwać siebie i innych, że służąc komuś, (jakoby) działa dla swojego dobra.

Czy Imperium Brytyjskie spełniało w czasie swojej agonii powyższe kryterium? Raczej wątpię. Nie miało przyjaciół i nie realizowało swoich interesów. Zamiast, zgodnie z tradycją, iść ręka w rękę z Niemcami, które ustami Adolfa Hitlera zagwarantowały jego istnienie, zawarło nierównoprawny sojusz ze swoim historycznym wrogiem, czyli Stanami Zjednoczonymi, dla których najważniejszym celem strategicznym od początku powstania była… likwidacja tego imperium. Plan ten został w pełni zrealizowany, a Brytyjczykom pozostało robienie dobrej miny do złej gry, świętowanie zwycięstwa w 1945 roku, które było ich historyczną katastrofą i uczestnictwem w samolikwidacji.
Inną sprawą jest to, czy twór ten w ogóle miał szansę przetrwać, bo ruchy antykolonialne, pobudzone przez Związek Radziecki i ideologie lewicowe, prędzej czy później zrzuciłyby jarzmo brytyjskie i ograniczyłyby zwłaszcza grabież ich bogactw.

Po co przypominam tę zapyziałą i zupełnie nieaktualną już przeszłość? Ano po to, aby zastanowić się nad naszymi polskimi „interesami” i „przyjaciółmi” A.D. 2018. Do aksjomatów „polityków niepodległościowych” należą – w zależności od orientacji – dwie przeciwstawne tezy.

Za naszego przyjaciela a priori uznajemy:

– Niemcy i rządzoną przez nich Unię Europejską (liberałowie, lewica);
– Stany Zjednoczone i Izrael, a często to jedno i to samo (ruchy prawicowe).

W ciągu ostatnich kilku miesięcy dość boleśnie odczuliśmy, że nasza przyjaźń jest raczej nieodwzajemniona ze strony „strategicznego partnera” zza Oceanu, bo nie tylko ściąga z nas haracze za dostawy sprzętu wojskowego, nie pozwala rzetelnie skontrolować rozliczeń podatkowych swoich firm, które działają na naszym rynku, lecz również ingeruje w nasze sprawy wewnętrzne i każe nam wypłacać odszkodowania tym, którzy nie mają do tego prawa (np. słynna ustawa nr 447). Oczywiście, że przyjaciel tak nie postępuje, ale to my naiwnie uwierzyliśmy w tę przyjaźń.

Na razie próbujemy odzyskać równowagę, a w zasadzie podnieść się po ciężkim mordobiciu z rąk naszych „przyjaciół”. Im zależy na naszej przyjaźni tak długo, jak działamy w ich interesie. Gdy będziemy nieposłuszni, „przyjaźń” natychmiast się skończy i zacznie się publiczne poniżanie. Wiedzą, że mogą nami poniewierać, bo sami zamknęliśmy swoje wszelkie alternatywne drogi:

– jesteśmy z własnej woli wrogiem Rosji, mimo że nie ma ona nieprzyjaznych interesów w stosunku do Polski – co nie oznacza, że ich nie będzie mieć;

– w stosunku do Niemiec nasza wrogość ma wyłącznie charakter werbalny, bo w żadnym stopniu nie ograniczyliśmy swojego podporządkowania ich interesom, np. likwidowane są kolejne zakłady produkcyjne w Polsce, które mogłyby być konkurencją dla niemieckiej gospodarki.

Jako część protektoratu niemieckiego (Mitteleuropy) nie możemy być jednocześnie „strategicznym partnerem” USA, czyli częścią jego protektoratu, który zresztą nie sięga aż tak daleko.

Musimy również określić i zrozumieć swoje interesy, bo jak dotąd musieliśmy przyjąć za swoje to, co było na cudzą korzyść. Ale to wymaga odwagi i uczciwej debaty, na co się raczej nie zanosi. Przecież nasza „niepodległość” dotyczy tylko Rosji.
Witold Modzelewski

 

Dekomunizacja - sukces przewrotny

Utworzono: wtorek, 26 marzec 2019 Anna Leszkowska

Dekomunizacja w Polsce to największy sukces polityki niemieckiej od 1945 roku.

ModzelewskiPolskie ustawodawstwo (tzw. ustawa dekomunizacyjna) nakazuje usunięcie wszelkich dowodów „upamiętnienia komunistycznej dominacji”, co również oznacza, że zostaną zlikwidowane pomniki żołnierzy polskich i radzieckich walczących z Niemcami w latach 1944–1945 i epitafia pamięci o nich.

Przypomnę „uczonym inaczej” wychowankom III RP, że w tym czasie ziemie polskie były okupowane przez Niemcy (a nie jakichś „nazistów” czy „hitlerowców”) w wyniku przegranej przez II RP wojny w 1939 roku. Ziemie te były przedmiotem bezwzględnej eksploatacji, grabieży i miejscem masowego ludobójstwa, które dotyczyło nie tylko byłych obywateli tego państwa pochodzenia żydowskiego. Nie było uniwersytetów, szkół wyższych i średnich oraz życia kulturalnego.
Proces wyniszczenia został zatrzymany w wyniku krwawych walk wyzwoleńczych wojsk radzieckich i polskich. Niemców udało się wyprzeć z terytorium Polski, a następnie pokonać za cenę gigantycznej daniny krwi.

Straty radzieckie w wyniku walki z Niemcami na terytorium Polski szacowane są oficjalnie na sześćset tysięcy zabitych (nie wiadomo, ilu było rannych, ale przeciętnie jest ich trzy razy więcej niż zabitych, czyli milion osiemset tysięcy żołnierzy). Straty I i II Armii Wojska Polskiego wyniosły około dwadzieścia tysięcy zabitych.
Bez trwających około roku walk Niemcy w dalszym ciągu okradaliby nasze ziemie, wojska anglo-amerykańskie nigdy nie dotarłby aż tak daleko na wschód, II wojna światowa nie zakończyłaby się w maju 1945 roku lub jej koniec byłby podobny do zakończenia tej poprzedniej – na jesieni 1945 roku zostałoby zawarte na froncie zachodnim zawieszenie broni, a przedłużająca się okupacja kosztowałaby nas kolejny milion zamordowanych i zmarłych oraz miliardy dolarów strat w wyniku rabunku i wyniszczenia majątku narodowego.

Historia lubi się powtarzać. Niemcy podjęli próbę utworzenia – podobnie jak w latach 1917–1918 – Polnische Wehrmacht, co w związku z nadchodzącym ze wschodu wyzwoleniem zakończyło się w 1944 roku kompletną klapą (zgłosiło się kilkuset ochotników). W niemieckim zamyśle miała powstać „polska” dywizja, która wykrwawiłaby się w obronie „Wielkich Niemiec”, co zwiększyłoby bilans naszych strat. Jako sojusznikowi Niemiec (również w 1918 roku nie byliśmy w stanie wojny z państwami centralnymi) konferencja pokojowa przydzieliłaby co najwyżej obszar podobny do Księstwa Warszawskiego lub nawet mniej.

Wiem, że wdaję się w tak niepopularną dziś historię alternatywną, lecz ten powyższy scenariusz i tak jest raczej optymistyczny. Gdyby front wschodni nie wiązał ponad 60% sił niemieckich w 1944 roku, nigdy nie byłoby lądowania w Normandii i frontu zachodniego.
Dziś niszczymy wszystkie dowody walk wojsk radzieckich (i polskich) z Niemcami w latach 1944–1945, wymazujemy z pamięci ich zwycięstwo i wysiłek zbrojny, gdyż rozpoczął on „sowiecką okupację” trwającą do 1989 roku. Jak wiemy, znacznie dłuższą od tej niemieckiej, którą dziś błędnie nazywamy „hitlerowską”.

Zniszczenie naszymi własnymi rękami dowodów walki z Niemcami i zwycięstwa nad nimi w latach 1944–1945 jest największym historycznym triumfem tych ostatnich i koronnym dowodem ich wielkich wpływów w Polsce, która wcale nie stała się antyniemiecka od 2016 roku. Wręcz odwrotnie: żaden ani liberalny, ani lewicowy rząd w latach 1989–2015 nie odważyłby się zanegować polskiego wysiłku zbrojnego lat 1944–1945 w walce z Niemcami i zaprzeczyć faktowi radzieckiego wyzwolenia naszego kraju spod niemieckiej okupacji.
Zapewne berlińscy politycy po cichu gratulują sobie tego sukcesu i trzymają kciuki za powodzenie „dekomunizacji” w Polsce, bo jej efektem będzie pośrednio rehabilitacja niemieckiej agresji w 1939 roku i okupacji ziem polskich do 1945 roku.

Dekomunizacja zniszczy wszelkie próby nawiązania poprawnych stosunków Polski z Rosją i doprowadzi do dalszej izolacji naszego kraju. O tym, co stanie się później, wiemy z historii: nastąpi dalsze zbliżenie niemiecko-rosyjskie, oczywiście wrogie wobec Polski.
Aha. Tak na koniec: Niemcy, które przegrały wojnę w 1945 roku i były naprawdę okupowane m.in. przez Związek Radziecki, nie niszczą na swoim terytorium pomników poświęconych Armii Radzieckiej. Na tak głupią politykę ich po prostu nie stać. Dla nas „niepodległość nie ma ceny”.
Witold Modzelewski

 

Dwa rozkazy z 1944 - pierwszy był, drugiego chyba nie było

Utworzono: środa, 25 wrzesień 2019 Anna Leszkowska

ModzelewskiW oficjalnej, nie znającej sprzeciwu narracji historycznej Stalin na wieść o wybuchu Powstania Warszawskiego osobiście wstrzymał natarcie armii sowieckiej na Warszawę. Jest to „prawda kanoniczna”, inaczej nie wolno nam myśleć i mówić. Co prawda, nawet bardzo wnikliwi badacze przyznają, że nie ma żadnego pisemnego dowodu, iż taki rozkaz wydano, ale „zapewne był”, a przeszkodą w jego odnalezieniu jest (jakoby) niedostępność sowieckich archiwów.

Traf chce, że walki toczone na przedpolach Warszawy w lipcu i sierpniu 1944 roku są już bardzo dokładnie opisane przez historyków zajmujących się faktami (a nie domysłami), a są to zarówno historycy polscy, jak i niemieccy i rosyjscy. W ich opracowaniach oczywiście nie ma nawet śladów pośrednio potwierdzających ów kanon, a dzień 1 sierpnia 1944 roku minął bez echa dla wojsk toczących wówczas realną wojnę w okolicach naszej stolicy.

Najbardziej zaskakujące, przynajmniej dla nas, jest to, że rozpoczęte w Warszawie powstanie nie miało w sensie militarnym jakiegokolwiek znaczenia. Zarówno niemiecka jak i sowiecka machina wojenna działała sprawnie, co dzień przez objęte powstaniem miasto płynęło zaopatrzenie dla walczących na jej przedpolach wojsk niemieckich, przerzucono przez miasto wielkie jednostki, setki tysięcy ton materiałów, tysiące pojazdów. Wojska frontowe nie były w żadnym stopniu zaangażowane w walki z powstańcami.

Przypomnę, że do 10 sierpnia 1944 r. na wschód od Warszawy trwało kontrnatarcie z udziałem aż pięciu niemieckich dywizji pancernych (4. i 19. dywizji pancernej Wehrmachtu, dwóch Waffen-SS: „Totenkopf” i „Wiking” oraz należącej do Luftwaffe dywizji Hermann Göring). Uzyskano lokalne sukcesy terenowe, a przede wszystkim częściowo zlikwidowano otoczony w okolicach Radzymina i Wołomina sowiecki 3 korpus pancerny gwardii, odbito zajęte przez ów korpus na przełomie lipca i sierpnia tereny, a największa bitwa pancerna na ziemiach polskich zaczęła wygasać od 5 sierpnia 1944 roku.

Trzy wielkie jednostki pancerne (obie dywizje Wehrmachtu i dywizja Hermanna Göringa), omijając tylko centrum Warszawy, przemaszerowały na północ oraz na południe, w tym w okolice Warki, w celu - jak się później okazało - nieudanej likwidacji przyczółku warecko – magnuszewskiego i wzięły udział w dniach 9 – 15 sierpnia tego roku w bitwie pod Studziankami.

Trzy sowieckie korpusy pancerne wchodzące w skład dwóch armii pancernej gwardii (3, 8 i 16) prowadziły jeszcze walki, m.in. udało się obronić Okuniew, lecz w linii były wzmacniane lub nawet zastępowane przez nadciągające z południa dywizje ogólnowojskowe.
Bilans walk tych trzech wielkich związków pancernych do 10 sierpnia 1944 był niekorzystny. Poniesiono relatywnie wysokie straty, a natarcie szybko wygasało w zurbanizowanych przedmieściach Warszawy.
Walki trwały przez kolejne tygodnie sierpnia, niemiecka obrona skutecznie opóźniała tempo natarcia, ale – co szczególnie ważne – obrona nie załamała się, bo z militarnego punktu widzenia Powstanie w Warszawie nie miało wpływu na to, co działo się na przedpolu. Jego obszar został wydzielony z zakresu działań broniącej się nad środkową Wisłą 9 Armii (dowódca gen. Nikolaus von Vormann), a likwidację powstania powierzono głównie siłom SS i policji pod dowództwem kata Warszawy Obergruppenführera Ericha von dem Bacha – Zelewskiego (to on odebrał kapitulację powstania w dniu 2 października 1944 r.).


Ze smutkiem musimy przyznać, że w sensie militarnym Powstanie nie miało dla działań na tym odcinku frontu wschodniego żadnego znaczenia. Nie osłabiło niemieckiej obrony, nie związało jednostek frontowych i nie doprowadziło do zmiany w niemieckiej strategii obronnej. Nic również nie wskazuje na to, że miało wpływ na plany operacyjne, a nawet strategiczne wojsk sowieckich na tym froncie. Ówczesną wojnę prowadzono poprzez kolejne wielkie ofensywy prowadzone na szczeblu frontu (odpowiednik niemieckiej armii lub grupy armii), a najważniejsze fronty na terenie Polski (Pierwszy Front Białoruski i Pierwszy Front Ukraiński) wyczerpały swoje siły ofensywne, osiągając linię Wisły po zdobyciu dwóch niewielkich przyczółków na jej zachodnim brzegu.
Do kolejnej wielkiej ofensywy trzeba było czekać aż do stycznia 1945 r., choć lokalne walki trwały na południe i północy od linii środkowej i dolnej Wisły jeszcze na jesieni 1944 r. Przypomnę, że wybuchło wtedy Powstanie Słowackie, które – mimo czynnego i silnego wsparcia ze strony wojsk sowieckich - również skończyło się klęską powstańców.

Na najważniejsze dla nas pytanie: czy dowództwo armii sowieckiej miało w planach zdobycie (wyzwolenie) Warszawy już w lipcu 1944 r., a jeśli tak, czy plany te uległy zmianie w wyniku wybuchu Powstania Warszawskiego, znamy już od dawna odpowiedź. Plany takie były (dowódca 2 armii pancernej gwardii otrzymał w lipcu rozkaz ataku na część praską Warszawy, ale już 31 lipca 1944 r. musiał wstrzymać natarcie i przejść do obrony, bo kontratak sił niemieckich okazał się bardzo skuteczny.
Gdyby Powstanie nie wybuchło (albo rozpoczęłoby się później), wynik walk na przedpolu Warszawy byłby podobny, chyba że Powstańcy byliby w stanie opanować lub wysadzić mosty na Wiśle (były cztery), czyli zagrozić liniom zaopatrzenia i manewrom wojsk niemieckich. Nawet gdyby przejściowo udało się to osiągnąć, to Niemcy szybko odbiliby mosty lub zbudowali przeprawy tymczasowe. Byli wówczas na szczycie swojej potęgi i potrafili zlikwidować (w tym samym czasie) dużo większą operacją typu dywersyjnego na froncie zachodnim kilka dywizji spadochronowych pod Arnhem (operacja Market Garden).

W żadnym przypadku operacje militarne, nawet skoordynowane z działaniami wojsk sowieckich, nie gwarantowały sukcesu militarnego zarówno Powstańcom, jak i armii sowieckiej. Doświadczone i wciąż świetnie zaopatrzone wojska niemieckie, dowodzone przez pierwszą ligę dowódców, umiały zwyciężać nawet z silniejszym przeciwnikiem. To smutna, lecz dość oczywista prawda.
Siłą rzeczy pasywna koncepcja militarna Powstania Warszawskiego, które miało tylko wyzwolić możliwie największą część Warszawy od Niemców, nie zrealizowała również tych celów. Powstanie szybko upadło na Pradze, nie zablokowano linii kolejowych i głównych tras przelotowych oraz nie opanowano lotnisk (były trzy). Niemcy szybko i trafnie oszacowali siły powstania i – poza likwidacją Starówki – nie podejmowali w sierpniu 1944 r. większych operacji ofensywnych mających na celu odzyskanie zajętych dzielnic. Nie było to potrzebne: nikt nie chciał angażować wojsk liniowych, tylko „drugą ligę” wojsk policyjno – pacyfikacyjnych.

Powstanie przegraliśmy już w chwili jego wybuchu, a nieprzejednana chęć odwetu, która łączyła wszystkich (prawie bez wyjątku) warszawiaków nie musiała doprowadzić do tej eksplozji. Wbrew dzisiejszej polityce historycznej, zwykli ludzie chcieli na ulicach Warszawy witać sowieckie czołgi, które teoretycznie mogły pojawić się na jej ulicach, gdy Niemcy nie chcieli jej bronić.
Politycy londyńscy oraz dowództwo Armii Krajowej nie doceniało siły i zdolności defensywnej a nawet ofensywnej armii niemieckiej. Oni myśleli przeszłością: wyobrazili sobie, że w latach 1944 r. powtórzą się listopadowe dni 1918 r., prawdopodobnie sądzili (co potwierdzają dokumenty i relacje), że armia niemiecka zbuntuje się – tak jak wtedy - przeciwko wojnie. W końcu wydawało się im, że lepiej znają Niemcy, bo w czasie tamtej wojny walczyli po ich stronie.

Ich diagnozy i decyzje okazały się nie tylko błędne, ale również niewyobrażalnie tragiczne w swoich skutkach. Ale warszawska ulica w lipcu 1944 r. była antyniemiecka, żądna zemsty, wierząc w szybkie wyzwolenie przez „czerwoną zarazę”, którą witano by chlebem i solą. Oczywistym nonsensem było wydanie rozkazu do walki przy tak rażącym braku umiejętności zdiagnozowania sytuacji militarnej i politycznej. Powstanie w Warszawie nie musiało wybuchnąć, tak jak nie wybuchło w Łodzi, Krakowie, Częstochowie czy nawet w innych, mniejszych miastach. Jakimś mitycznym przymusem tłumaczy się konieczność wydania rozkazu do jego wybuchu. Gdyby go nie było, nie obchodzilibyśmy dziś siedemdziesiątej piątej jego rocznicy.
Witold Modzelewski

Our website is protected by DMC Firewall!