Felietony Witolda Modzelewskiego

Dyplomatyczna wojna o historię

Utworzono: poniedziałek, 27 styczeń 2020 Anna Leszkowska

ModzelewskiWojna dyplomatyczna o historię między rządem polskim a Rosją, a w szczególności z prezydentem Putinem, wpisuje się w szerszy kontekst „narracji” (tak to się teraz modnie mówi) w relacjach między tymi państwami.
Od prawie trzydziestu lat - co prawda z różnym natężeniem - obie strony nie szczędzą sobie uszczypliwości a nawet formułowanych bez ogródek oskarżeń, przy czym od niedawna to my przyjęliśmy ton mentorski, oskarżając Rosję o „tendencje imperialne”, a zwłaszcza o „próby odtworzenia Związku Radzieckiego”, a niektórzy (raczej zakręceni) politycy nawet twierdzą, że jesteśmy z tym państwem w stanie wojny „hybrydowej”. Szczęśliwie nikt tych ostatnich nie traktuje poważnie.

Przy każdej okazji (a nawet bez okazji) potępialiśmy „agresję na Ukrainę”, „aneksję Krymu” oraz głośno cieszyliśmy się z każdej rzeczywistej lub domniemanej porażki Rosji.
Nasza gorliwość na tym froncie była czymś unikatowym, bo nawet przyjazne nam państwa (a nie mamy ich zbyt wielu) np. Węgry, zachowują od lat w stosunku do Rosji dużo większą powściągliwość.
Być może było to dla nas swoistym odreagowaniem na – oględnie mówiąc - brak spektakularnych sukcesów politycznych w relacjach z państwami, które uznajemy za naszych sojuszników lub nawet przyjaciół, a zwłaszcza za upokorzenie ze strony polityków izraelskich i amerykańskich, którzy zgodnie zarzucają nam wrodzony „antysemityzm”, „udział w wymordowaniu Żydów” oraz publicznie przypominają nam o „obowiązku” zwrotu tzw. mienia bez spadkowego.

Miarę goryczy przelała forma nacisku nakazującego nam zmianę przepisów o IPN, czyli wycofania się penalizacji kłamstw na temat naszego udziały w holokauście. Ponoć nie uwzględniliśmy „wrażliwości” władz izraelskich, którą powinniśmy znać i której powinniśmy się podporządkować (dlaczego?). To, co wtedy opowiadali niektórzy politycy opozycyjni, raczej nie mieściło się w głowie, bo nawet jedna „polityczka” sugerowała publicznie, że powinniśmy najpierw uzgodnić (na piśmie!) z Izraelem treść polskiej ustawy przed jej uchwaleniem przez Sejm. Również niewielu już traktuje poważnie tego rodzaju „debaty” polityczne, a już na pewno pomysły części „klasy politycznej” na temat kształtowania naszych stosunków międzynarodowych, zwłaszcza ze „strategicznymi” partnerami; po tym, jak poznaliśmy stan świadomości tejże „klasy” na podstawie podsłuchów przy żarciu ośmiorniczek - nikt już nie ma i nie będzie mieć złudzeń.

Tym razem jednak spór z Rosją dotyczy interpretacji przeszłości a oskarżenia pod naszym adresem są również absurdalne co przynajmniej część naszej narracji historycznej, zwłaszcza na temat „sowieckiej okupacji” trwającej jakoby w Polsce przez ponad czterdzieści lat. Postawiony publicznie przez stronę rosyjską zarzut, że jesteśmy winowajcami wywołania drugiej wojny światowej, jest tak samo nonsensowny jak twierdzenia polityków izraelskich, że my odpowiadamy za wymordowanie przez Niemców (nie „nazistowskich”, bo „ nie nazistowskich” wtedy nie było) obywateli polskich wyznania mojżeszowego.

Również negowane przez stronę rosyjską znaczenie układu Ribbentrop – Mołotow jako jednej z istotnych przyczyn wybuchu wojny w 1939 r. jest mało wiarygodne. Oba haniebne układy: w Monachium (1938 r.), gdy „zachodnie demokracje” wraz z Hitlerem i Mussolinim zgodziły się na rozbiór Czechosłowacji („daleki kraj, o którym niewiele wiemy” – słowa ówczesnego premiera Wielkiej Brytanii) - tym razem bez Związku Radzieckiego, oraz wspomniany już układ zawarty w Moskwie w dniu 23 sierpnia 1939 r., umożliwiały lub ułatwiały ekspansję terytorialną i militarną Niemiec na wschód Europy, co było istotą tamtej wojny.

Układ podpisany przez ministra spraw zagranicznych Niemiec i Związku Radzieckiego nie był tylko ekscesem w relacjach między tymi państwami. Państwo bolszewickie było przecież antyrosyjskim tworem niemieckiego wywiadu i miało od początku swego istnienia szczególne relacje najpierw z cesarskim a później republikańskim Berlinem, mimo deklarowanego antykomunizmu ze strony polityków niemieckich - nie należy wierzyć w kategorycznie wyrażane poglądy przez polityków. Państwo bolszewickie, przekształcone w 1922 roku w Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich (nawet w nazwie nie było „Rosja”), było jednocześnie największym politycznym sukcesem geopolitycznym w całej historii państw tworzących niemiecką przestrzeń polityczną, a zarazem ich największą katastrofą.

Już wyjaśniam ten myśl: bolszewicka dywersja w Rosji zorganizowana przez władzę cesarskiego Berlina w latach 1917 – 1918 miała zniszczyć militarnie, ekonomicznie i demograficznie to państwo, gdyż w świadomości niezbyt rozgarniętych polityków niemieckich było to jedynym sposobem eliminacji „słowiańskiego zagrożenia” i stworzenia podporządkowanej Berlinowi Mitteleuropy. Bolszewicy okpili zarozumiałych ignorantów z Hindenburgiem na czele, utrzymali się u władzy na przekór napisanej w Berlinie projekcji. Współpracowali z Weimarską Republiką (np. Rapallo), ale nie porzucili swoich rewolucyjnych ambicji wywołania „światowej rewolucji”. A gdy zostali zaatakowani przez Niemcy w 1941 r., byli zdolni nie tylko pokonać je militarnie, lecz również podbić i upokorzyć w sposób iście bolszewicki, do czego chyba nie byłaby zdolna carska czy też republikańska Rosja.
Należy sądzić, że po tym doświadczeniu dla wielu pokoleń niemieckich polityków podstawowym paradygmatem geopolitycznym jest i będzie pokojowe ułożenie się z władzami w Moskwie (niezależnie, kto będzie tam rządzić), oczywiście kosztem innych państw, zwłaszcza środkowo-wschodniej Europy (ale nie tylko).

Dziś i w dostrzegalnej przeszłości istotą „kompromisu” niemiecko-rosyjskiego jest zachowanie niemieckiej dominacji ekonomicznej i politycznej w przestrzeni między tymi dwoma państwami (Mitteleuropa): każdy rosyjski rząd, który nie będzie kwestionował tej wizji, może liczyć na pełne poparcie Berlina, lecz Rosja musi być jednak w tej koncepcji ekonomicznie słaba, nawet gdy militarnie będzie potęgą.
Na razie, mimo wyrażanych niekiedy głosów sprzeciwu, nie kwestionujemy niemieckiej dominacji we wschodniej Europie. Nowością jest próba stworzenia pod amerykańskim protektorem związku państw tego regionu pod nazwą międzymorza lub trójmorza, który nominalnie jest wyłącznie antyrosyjski, a również obiektywnie antyniemieckim. Oczywiście, politycy tworzący ten układ muszą prowadzić misterną grę, realizując tę wizję. Sądzę, że wszyscy z dużą dozą sceptycyzmu oceniają kompetencję w tym zakresie całości „klasy politycznej” państw postsocjalistycznych, zwłaszcza biorąc pod uwagę jej mniejszy lub większy związek z Berlinem, czego najlepszym przykładem jest europejska kariera byłego polityka polskiego premiera.

Kiedy popełniliśmy błąd, który podniósł dotychczasowy spór z Rosją na obecny już niewiarygodny dla nas poziom? Sądzę, że był nim brak zaproszenia prezydenta Rosji na obchody 75 rocznicy wyzwolenia obozu Auschwitz - Birkenau. Bo brak należytego uhonorowania wyzwolicieli wpisał się w naszą niezbyt mądrą narrację „drugiej okupacji”: przyjmując ten sposób rozumowania, Armia Radziecka nie wyzwoliła tego obozu, lecz rozpoczęła się jego nowa „okupacja”.
Nie chcemy zrozumieć, że wielki wysiłek a jednocześnie wielkie ofiary, czyli „Wielka Wojna Ojczyźniana” narodów tworzących Związek Radziecki w latach 1941-1945 są dla nich wyjątkową wartością, która łączy ich w nową wspólnotę. Jakoś musimy uszanować „wrażliwość” rządu izraelskiego w naszym prawodawstwie, a nie chcemy i nie umiemy uszanować „wrażliwości” rządu rosyjskiego. Szkoda. Do geopolityki raczej się wciąż nie nadajemy.
Witold Modzelewski

Dzień zwycięstwa czy dzień klęski?

Utworzono: poniedziałek, 25 maj 2020 Anna Leszkowska

ModzelewskiZaabsorbowani bez reszty codziennością, w której niepodzielnie panują dwie królowe: Pani Kwarantanna i Pani Kampania Wyborcza, nie dostrzegaliśmy jednej z dwóch najważniejszych okrągłych rocznic tego roku, czyli siedemdziesięciopięciolecia bezwarunkowej kapitulacji Niemiec w dniu 8 albo 9 maja 1945 r. Różnica dat wynika stąd, że według czasu środkowoeuropejskiego podpisanie kapitulacji nastąpiło jeszcze 8 maja, a według czasu moskiewskiego już następnego dnia.

W naszym kraju – nawet gdyby nie było epidemii – rocznica ta przeszłaby bez echa, bo obowiązywała poprawność historyczna (skazuje na niepamięć wszystkie daty związane z tamtym zwycięstwem, które jest przedstawiane na siłę jako klęska. Nie będzie również hucznych obchodów tej rocznicy we wszystkich stolicach byłej koalicji antyhitlerowskiej, bo wielkie i małe kraje pokonał koronawirus, który jest ojcem pierwszej królowej na literę K. Możemy więc bez zbędnej pompy mówić o tej dacie patrząc na nią z naszej perspektywy, zachowując w tle obecny obraz stosunków polsko-rosyjskich.

Być może ktoś chce unieważnić tę datę, zastępując ją nowotworzoną mitologią „podziemia antykomunistycznego”, a zwłaszcza ucieczki z okupowanej jeszcze w 1945 r. Polski tzw. Brygady Świętokrzyskiej Narodowych Sił Zbrojnych, bo przecież historię piszą również politycy, którzy zawsze znajdą usłużnych historyków. Piszę to bez ironii i goryczy, bo mieliśmy w naszej przeszłości różne, nie zawsze chwalebne epizody. Pod koniec wojny Niemcy chcieli nawet powtórzyć eksperyment z lat 1916-1918, tworząc Polnische Wehrmacht, który miał stanąć u boku „Tysiącletniej Rzeszy” i walczyć z Armią Radziecką. Szczęśliwie nic z tego nie wyszło, ale być może twórcy współczesnej polityki historycznej powinni odgrzebać w berlińskich archiwach nazwiska tych nielicznych „bohaterów” (było ich kilkuset), którzy chcieli przeciwstawić się „komunistycznemu zniewoleniu”, walcząc z bronią w ręku w obronie „niemieckiego dzieła odbudowy Europy” lat 1939-1945. Może „dekomunizując przestrzeń publiczną” należy poświęcić im tablicę pamiątkową?

Nie posunę się dalej, bo gorzka ironia powinna mieć swoje granice. Czy obok Niemiec i ochotników do Polnische Wehrmacht możemy wymienić innych przegranych, którzy w ten czy inny sposób zaliczają się do naszej nie podlegającej zapomnieniu przeszłości? Ich lista nie jest długa, obejmuje ludzi oraz środowiska mające jakieś znaczenie w tamtym czasie.

Pierwszymi przegranymi byli postpiłsudczycy, tworzący tzw. obóz sanacyjny. Od katastrofy wrześniowej z 1939 roku kończącej historię Drugiej Rzeczypospolitej minęło wówczas ponad pięć lat, czyli z ówczesnej perspektywy było to dosłownie wczoraj. Co ważniejsze, liderzy tego obozu, którzy wciąż mieli ambicje polityczne, działając zarówno na terenie okupowanej Polski jak i londyńskiej emigracji, bardzo chcieli powrotu do władzy.

Zwycięstwo dopełnione w dniu 8 (9) maja 1945 r. przekreśliło ich szanse na zawsze. W ich głowach jeszcze w 1944 r. roiła się koncepcja powtórki roku 1918, a zwłaszcza wybuchu nowej rewolucji w Niemczech, która miała wyłonić nowych polityków niemieckich, a „nowe Niemcy” miały tylko powstrzymać radziecką ofensywę, ale również stworzyć polityczny parasol dla reaktywacji jakiegoś pseudopolskiego rządu, w którym byłoby miejsce dla postpiłsudczyków. Wbrew obecnej propagandzie historycznej byli sanatorzy nie byli jakkolwiek partnerami dla państw anglosaskich, podobnie jak ich nie żyjący już ich lider w latach 1916-1920.

Polscy politycy emigracyjni dzierżący ster londyńskich rządów byli od zawsze i na zawsze przeciwnikami sanacji, a premier ostatniego, uznawanego międzynarodowo rządu w Londynie, był działaczem ludowym wywodzącym się z sanacyjnej Wielkopolski. Dobrze pamiętał zorganizowany w 1938 r. antyrządowy strajk chłopski rozstrzelany w sensie dosłownym przez policję również przy pomocy ciężkich karabinów maszynowych. Dziś obowiązujące bajeczki na temat Drugiej Rzeczypospolitej wykreśliły te ofiary z naszej historii.
W 1945 roku byli sanatorzy nie po raz pierwszy okazali się równie kiepskimi politykami, tak jak wcześniej udowodnili brak wojskowych kwalifikacji, mimo że tak lubili przebierać się w mundury wojskowe. Dla nich zakończone w Berlinie wspólne zwycięstwo Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych i Związku Radzieckiego nad Niemcami było najczarniejszym z możliwych scenariuszy. A my do dziś powtarzamy ich polityczne diagnozy (np. teorię dwóch wrogów), które – podobnie jak w przeszłości – mogą ściągnąć na nasz naród nic więcej oprócz upokorzeń i katastrof.
Witold Modzelewski

 

 

 

Granice ustępstw

Utworzono: czwartek, 26 marzec 2020 Anna Leszkowska


ModzelewskiDogmatem Trzeciej RP w jej wszystkich, zarówno prawicowych, jak i lewicowych, wariantach jest potępienie w czambuł lub wręcz wykreślenie z historii niepodległej Polski lat 1944–1989, czyli czasów „sowieckiej okupacji”. Zgodnie z tym dogmatem, przed trzydziestu laty po raz drugi w tamtym stuleciu „odzyskaliśmy niepodległość”, czyli zamieniliśmy sowiecki protektorat na jego lepsze, zachodnie wersje: niemiecką (w przypadku partii liberalnych i lewicowych) lub amerykańsko-izraelską (w przypadku partii prawicowych).

Nasi nowi protektorzy nie musieli nas ujarzmiać ani przekupywać. Sami z własnej woli oddaliśmy się w ich zarząd, więcej – zabiegaliśmy o względy uległością. Zrobiliśmy wszystko, czego od nas zażądano: zlikwidowaliśmy większość przemysłu, otworzyliśmy rynek zbytu dla „ichniej” konkurencji, zniszczyliśmy państwowy sektor w rolnictwie, który miał silną pozycję na ziemiach byłej Rzeszy Niemieckiej z 1937 roku, oddaliśmy (i oddajemy) całe pokolenia własnych obywateli, aby tworzyli (choć nie stworzyli) białą konkurencję dla „kolorowych” imigrantów na rynku pracy Niemiec i całej Starej Europy, oraz zgodziliśmy się na fikcję istnienia wyimaginowanej „mniejszości niemieckiej” w Polsce, choć Polacy u nich nie mają praw mniejszości (są przeznaczeni do zniemczenia), mimo że nawet hitlerowskie rządy przez pewien czas tolerowały Związek Polaków w Niemczech (dziś rzecz nie do pomyślenia).

Wreszcie w pełni godzimy się na wyprzedaż za bezcen swojego majątku państwowego i prywatnego, oczywiście tylko „słusznym” inwestorom, niszczymy kontrolami podatkowymi miejscowych konkurentów zagranicznych inwestorów, a także w pełni akceptujemy nadzwyczajne przywileje podatkowe dla tych ostatnich oraz negliżujemy sektor publiczny przez wpuszczenie doń „międzynarodowego biznesu konsultingowego”, który głównie zajmuje się zbieraniem informacji dla swoich mocodawców (żaden prywatny przedsiębiorca nie dopuściłby kogoś takiego do swoich tajemnic).

Najważniejsze, że przez dwadzieścia lat utrzymywaliśmy w biedzie większość społeczeństwa, co było niezbędne dla:
− opłacalności inwestycji na terenie Polski (jedyny walor – tania siła robocza);
− dobrowolnego wyjazdu możliwie największej części młodego pokolenia do „lepszego świata”.
O innych „drobiazgach” typu kupowanie za wygórowane ceny nikomu niepotrzebnego uzbrojenia już nie wspomnę, bo po co? Wiemy, że przynależność do „wolnego świata” drogo kosztuje. Jesteśmy tzw. realistami.

Przed nami jednak dwa najtrudniejsze testy naszej państwowości – otóż musimy zwrócić „prawowitym właścicielom” ich majątek, pozostawiony na terenach obecnej Polski, który – jak wiemy – zagrabili „komuniści”. O jego zwrot już upomniały się organizacje żydowskie, uzurpujące sobie prawo do reprezentowania nieistniejących prywatnych spadkobierców, oraz – w przypadku Niemiec – jakieś „powiernictwa pruskie”, które uznaje się za właściciela majątku byłych obywateli III Rzeszy („wypędzonych”)

Pseudoprawne uzasadnienie tych roszczeń wymagałoby długiego wywodu, streszczę je więc najkrócej:
− w przypadku Niemców jest nim brak uznania zmian własnościowych na terenie obecnej Polski – mimo uznania granicy na Odrze i Nysie; prywatny majątek obywateli III Rzeszy położony na tych terenach nie przestał (jakoby) być ich własnością, bo tak to sobie wymyślili ich prawnicy;
− w przypadku Żydów jest nim „nieskuteczność” prawa polskiego w kwestii dziedziczenia tzw. kaduków – spadki nieposiadające spadkobierców ustawowych lub testamentowych stają się zgodnie z prawem własnością państwa; jak to wymyślili „ichni” prawnicy, jest tu wyjątek dla majątku pożydowskiego, który (jakoby) nie podlega dziedziczeniu przez państwo polskie.
Biorąc pod uwagę skalę tych „roszczeń”, obejmujących m.in. jedną trzecią nieruchomości (Ziemie Odzyskane), mowa jest tu o kwotach liczonych w setkach miliardów złotych, a może nawet więcej.

Najgroźniejszy jest obecnie wątek żydowski, ponieważ ma wsparcie władz amerykańskich (słynna ustawa 447), a przed tym państwem każde władze w Warszawie leżą plackiem i bardzo dobrze czują się w tej roli. Dalsza uległość będzie prowadzić tylko do eskalacji żądań i może dojść do tego, że to polskie sądy będą orzekać o wypłacie odszkodowań lub zwrocie nieruchomości na podstawie „prawa”, które będziemy uznawać za własne.

Jakoś cicho jest o tym problemie w polskich mediach. Jest on wstydliwy i świadomie przemilczany przez obywateli oraz całość naszej w większości, pożal się Boże, klasy politycznej. Jedyną szansą na przeciwstawienie się tym „roszczeniom” jest częściowe uzależnienie się od obecnych protektorów poprzez zbliżenie do przeciwników naszych „wierzycieli”. Tymi państwami są Rosja (w przypadku „roszczeń” żydowsko-amerykańskich) i Chiny (w przypadku „roszczeń” niemieckich). Czy nasza dyplomacja może się podjąć takiego zadania? To przecież nie jest aż tak trudne – wystarczy pójść na korepetycje do Viktora Orbána.
Witold Modzelewski

 

Historyczne mistyfikacje

Utworzono: sobota, 18 lipiec 2020 Anna Leszkowska

ModzelewskiDyskusje o przeszłości zastępują, a już na pewno wypełniają, wojenki prowadzone na specyficznym froncie, na którym zderzają się przeciwstawne „polityki historyczne”. Każdy nieświadomy uczestnik tychże debat jest wciąż ostrzegany, że nie wolno „pisać historii na nowo” (to już jest tzw. myślozbrodnia), obowiązuje bezwzględny zakaz dyskusji na wszystkie tematy, które są istotą i celem danej polityki historycznej, bo przecież ów dyskurs nie ma na celu ustalenia jakiejkolwiek prawdy historycznej, lecz rządzi się koniecznością opowiedzenia się po jakiejś stronie.
Nie ma tu miejsca dla symetrystów: albo stoisz wiernie u tronu „naszej” prawdy historycznej, albo jesteś wrogiem, gdy twoje poglądy nawet tylko pośrednio pokrywają się z wrogą nam polityką historyczną. Wybór jest między rolą „wiernego wyznawcy”, albo „agenta wpływu”. Trzeba mieć te same co do joty poglądy, a opiniotwórczym komentatorom „nie mieści się w głowie” jakikolwiek pluralizm w ramach jednego obozu: podziały muszą być jasne i nie pozostawiać jakichkolwiek wątpliwości.
Mierząc to zjawisko według wskaźnika DGP, gdzie pełny i bezwzględny podział na obozowe myślenie, nie przewidujący żadnych stanów pośrednich, wynosi 1, obecny stan dyskusji historycznej na temat naszej przeszłości w stosunkach polsko-rosyjskich już oscyluje między 0,95 a 0,98. Nie muszę wyjaśniać, skąd wziął się wskaźnik DGP – wystarczy lektura opiniotwórczych mediów codziennych.

Ów przydługi i dość ogólny wstęp poprzedza przypomnienie dwóch inicjatyw pokojowych sprzed stu laty: pierwsza z przełomu lat 1919-1920, która nie zakończyła się sukcesem, druga z przełomu lat 1920-1921, którą zwieńczył pokój ryski. Obie dotyczyły stosunków polsko-bolszewickich. Przypomnę pokrótce fakty: pierwsza inicjatywa zawarcia pokoju wyszła ze strony rządu bolszewickiego, a dokładnie Komisarza Spraw Zagranicznych, hrabiego (tak, tak) Cziczerina, gdzie zaproponowano Polsce zawarcie traktatu pokojowego i ustalenie granicy pokrywającej się mniej więcej z linią frontu wojsk polskich i bolszewickich. Proponowana granica zostawiła po stronie polskiej ziemie położone na zachód od linii drugiego rozbioru z 1793 r. – daleko na wschód od linii Curzona. Inicjatywa ta została odrzucona przez ówczesnego Naczelnika Państwa, który na wiosnę 1920 r. rozpoczął tragiczną w skutkach tzw. wyprawę kijowską.

Pod wpływem państw byłej Ententy zostały podjęte po raz drugi negocjacje pokojowe z bolszewikami (formalne rozpoczęcie już w dniu 16 sierpnia 1920 r., czyli w chwili, gdy właśnie zdarzył się „Cud nad Wisłą”), co już w październiku tego roku doprowadziło do uzgodnienia wspólnej granicy, którą ostatecznie przyjęto w pokoju ryskim. Co najważniejsze, była to w zasadzie ta sama granica, którą ponad rok wcześniej proponował nam Cziczerin, czyli wspomniana już granica polsko-rosyjska po drugim rozbiorze Polski.

Dlaczego nie przyjęliśmy tej oferty, gdy dawano nam ją bez walki, a następnie sami ją zaproponowaliśmy pod dwóch kampaniach: przegranej (kijowskiej) i wygranej (warszawsko-niemeńskiej)? Przecież to jakiś nonsens: po co było prowadzić bezsensowną, kosztującą nas co najmniej kilkadziesiąt tysięcy zabitych i rannych (pada nawet liczba przekraczająca 150 tys. zł) wojnę, ponosząc do dziś nieoszacowane straty materialne zapewne liczone w wielu miliardach obecnych złotych, których doznało państwo słabe, które w lipcu i sierpniu 1920 r. o mały włos nie poniosło klęski tracąc swoją stolicę?

Na początku 1920 r. rządy bolszewickie zawarły całą serię trwałych układów pokojowych ze wszystkimi byłymi „okrainami” (tak się wtedy mówiło) państwa rosyjskiego (Litwą, Łotwą, Estonią, Finlandią). Były to układy kompromisowe, uwzględniające aspiracje terytorialne tych państw. Owe umowy okazały się trwałe, dając im prawie dwadzieścia lat pokoju. To długo jak na ówczesne realia. Tylko my musieliśmy najpierw przegrać, a potem wygrać wojnę, wykrwawiając i osłabiając nasze państwo.

Dlaczego więc w dzisiejszej debacie nie stawiamy tych pytań? Odpowiedź prawdopodobnie tkwi w istocie obecnej „polityki historycznej”, czyli jest poza rzeczową debatą. Do kanonów tej polityki należy apologia ówczesnego Naczelnika Państwa, który był (jakoby) zwycięzcą w wojnie polsko-bolszewickiej i jedynym obrońcą naszej niepodległości przez „nawałą ze wschodu”. To jego polityka doprowadziła do odrzucenia podanego nam na tacy pokoju, który po roku ciężkich walk dostaliśmy po raz drugi na tych samych warunkach. Czy kogoś, kto odpowiadał za ten obrót sprawy można uznać za wzorzec skuteczności i racjonalności politycznej? Ówcześni politycy, którzy rządzili naszym krajem przed stu laty nie mieli tu jakichkolwiek wątpliwości i wysłali go na polityczną emeryturę, z której mógł wrócić do władzy tylko w drodze zamachu stanu. Stało się to, jak pamiętamy, w maju 1926 r., kosztem kilkuset zabitych: ciekawe, czy w tym roku nasi współcześni postpiłsudczycy będą obchodzić – mimo zarazy – rocznicę tego puczu?
Witold Modzelewski

DMC Firewall is a Joomla Security extension!