Felietony Witolda Modzelewskiego
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 517
Zachód nazywa chaosem stan, gdy skutecznie bronimy swoich interesów
Dopiero niedawno (lepiej późno niż wcale) uświadomiłem sobie, że bezrefleksyjnie (bezmyślnie?) powtarzamy wrogie nam diagnozy dotyczące bliższej (i dalszej) przeszłości. Nasze podręczniki historii, nasza świadomość powszechna jest zdominowana przez nie tylko fałszywe, wręcz ogłupiające nas „prawdy historyczne”, czyli nasza świadomość przeszłości jest wręcz naszym wrogiem dziś, bo przecież żyjemy wyłącznie w czasie teraźniejszym, a z zakłamanej przeszłości nie sposób wywieźć jakichkolwiek mądrości na dziś (i na jutro).
Wrogie nam diagnozy mają różny „kaliber”, lecz jest ich tak dużo, że przytoczę dziś chyba najważniejszą. Pierwszą jest zaszczepione nam przekonanie, że jedynym źródłem i wzorem „cywilizacji” i „porządku” jest bezapelacyjne porządkowanie się narzucanym nam wzorcom, a brak owego podporządkowania jest właśnie „chaosem”, którego powinniśmy się tylko wstydzić. Prawda, że tak myślimy i zgodnie z tym wzorcem oceniamy również innych (i siebie)?
Można nawet powiedzieć, że nie tylko ostatnie trzydzieści lat, a prawie trzy stulecia były zdominowane przez ten sposób myślenia, co było źródłem nie tylko naszej słabości, ale przede wszystkim większości porażek, które są nieuchronnym skutkiem zaniku umiejętności samodzielnego myślenia. Jakoś ani razu nie przyszło nam do głowy (może były jakieś wyjątki), że przyjmując za właściwe cudze diagnozy i oceny przyporządkowujemy się do równie obcych nam interesów, bo ci, którzy formułują owe diagnozy, w których z oczywistych względów mieści się ich ocena tego, co jest dla nich „dobre” a co „złe”, uwzględniają lepiej czy gorzej swoje a nie nasze interesy.
Być może wciąż obca jest nam dość oczywista teza, że nikt (poza nami) nie będzie dbać o nasze interesy oraz że cudze interesy są z zasady sprzeczne z naszymi, a tylko przez przypadek i raczej wyjątkowo są z nimi zgodne. Mówiąc najprościej: obca diagnoza z zasady chroni interesy tego podmiotu, który je tworzy: bywają wyjątki, ale niezbyt często i dotyczą tych nielicznych, którzy nie dbają o swoje dobro lub mają potrzebę działań dla dobra innych kosztem własnych interesów. Mówiąc najprościej: diagnoza okradzionego jest z zasady sprzeczna z diagnozą złodzieja: ten pierwszy chce odzyskać swój majątek, ten drugi chce zachować zagrabione mienie.
A wracając do głównego wątku: jakoś sprytnie narzucono nam obcy punkt widzenia, czyniąc z nas swoje darmowe sługi lub ukrytych donatorów, np. mamy wierzyć, że „transformacja energetyczna” jest czymś „nieuniknionym”.
„Należymy do Zachodu”, więc na jakieś samodzielne myślenie nie ma tu miejsca. Mamy powtarzać to, co mówi „światowe” lub „europejskie” przywództwo. Gdy ktoś nie podporządkuje się tym wzorcom w najlepszym przypadku zachowuje się w sposób „niezrozumiały” lub jest „przyczyną chaosu”. Jakiekolwiek informacje sprzeczne z obowiązującymi diagnozami są „dezinformacją”, które trzeba „zwalczać” w imię „ładu cywilizacyjnego”, którego źródłem jest ów „Zachód”.
Czy kiedyś zmądrzejemy i wybijemy się na niepodległość myślową? Miejmy nadzieję.
Witold Modzelewski
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 217
Jeszcze przed 24 lutego 2022 r., gdy „Putin zatrzymał kolejny atak pandemii”, która zgodnie z ówczesnymi zapowiedziami – miała pochłonąć jedną dziesiątą naszej populacji, najważniejszym słowem używanym pod adresem Rosji przez zachodnich (i naszych) polityków było „odstraszanie”.
Może nie jest zbyt eleganckie odwoływanie się dziś do owej „narracji”, ale nie bez zażenowania przypomnę, że wszechwładne (w swoim mniemaniu) NATO rządziło wtedy światem, w tym zwłaszcza Rosją, poprzez strach: przestraszeni Rosjanie, a w szczególności „były kagiebista” Władimir Putin, ze strachu przed „potęgą zachodu”, a zwłaszcza „światowego przywództwa”, musi reagować grzeczną uległością na najmniejszy pomruk naszego niezadowolenia (również ze strony naszych polityków). Mistrzem tych opowieści był ówczesny szef NATO o temperamencie buchaltera, który drewnianym głosem czytał z kartki swoje groźne wywody na ten temat.
Podejrzewam, że część naszych rodaków uwierzyła w te aroganckie deklaracje sądząc, że ów Zachód może „nie pozwolić Rosji” na jakąkolwiek samodzielną politykę. Szok rozpoczęcia „specjalnej operacji” był nokautujący. Jak Putin mógł „poważyć się” zrobić coś, na co Zachód nie pozwala? Trzeba było więc zredukować zakres terytorialny w „odstraszaniu”, które (jakoby) działało już tylko na terytorium państw NATO. Zaczęto nas przekonywać, że Rosja jest dostatecznie przestraszona i słaba, aby zmierzyć się z „potęgą” tego sojuszu na jego terytorium. Mówiono to (prawdopodobnie) w błogim przekonaniu, że celem politycznym Rosji jest wyłącznie odbudowanie wpływów i częściowa rewizja granic na byłym terytorium ZSRR, a w opowieści o „zagrożeniu rosyjską agresją” tak naprawdę to nikt nie uwierzy. Można więc bez jakichkolwiek konsekwencji politycznych (nie mówiąc o militarnych) „wspierać walczącą Ukrainę” i nakładać kolejne pakiety „miażdżących sankcji”, a zastraszona Rosja będzie potulnie znosić zadawane ciosy: wszystko dzięki skutecznej polityce „odstraszania”.
Wydarzenia o „agresji” dziewiętnastu lub dwudziestu nieuzbrojonych dronów obnażyły zerową skuteczność owej polityki. Szybko zmieniono narrację: to już nie była „agresja” tylko „prowokacja”, odparliśmy (jakoby) „atak” (którego nie było) i nawet udało się zestrzelić kilka (trzy czy cztery) drony, a reszta wróciła z powrotem (dokąd? na Ukrainę?). To było ponoć wielkie „zwycięstwo”, a zarazem kolejna ostateczna klęska polityki „odstraszania”. Trzeba było zmienić interpretację tych wydarzeń na mniej zobowiązującą, bo przecież gdyby był „akt agresji” na państwo NATO, to trzeba by uzyskać militarne wsparcie sojuszników, a oni być może tego nie zrobią. Tym sojuszem rządzi USA, które w tej wojnie są bliżej Putina niż Zełeńskiego.
Co jest reakcją już nie tylko rządzących ale i całego POPiSu na ów „akt agresji”, który okazał się „prowokacją”? Trzeba zamykać usta wszystkim bez wyjątku oponentom oficjalnej narracji, wprowadzając bezwzględną cenzurę pod nazwą „zwalczania dezinformacji”. Każdy to cokolwiek powie lub napisze nie powtarzając oficjalnych formułek, będzie bezwzględnie zwalczany. W jaki sposób? Prędzej czy później dowiemy się, a zwłaszcza ci, którzy odważą się mieć własne zdanie. Zapisy cenzorskie będą musiały objąć wielu, w tym zwłaszcza prezydenta Donalda Trumpa, wiceprezydenta J.D. Vanca oraz wielu polityków amerykańskich.
Co będzie tu najważniejszym kryterium zapisów cenzorskich? Oczywiście stosunek do obecnych władz w Kijowie, czyli banderyzmu, który ogłosił się jedynym wizerunkiem Ukrainy. To przecież „ich wojna”, która miała być „nasza”. Wbrew poglądom zdecydowanej większości obywateli, mamy być wplątani w tę wojnę, aby prorosyjskiego (naszym zdaniem) Donalda Trumpa zmusić do obrony autorów polityki „odstraszania”. Ich zachowanie najbardziej przypomina sceny z prowincjonalnej podstawówki, gdy przysłowiowi „gówniarze” z piątej klasy najpierw obrazili osiłków z klasy ósmej a teraz chcą aby ich broniła pani nauczycielka. Jej odpowiedź będzie podobna do słów Donalda Trumpa: to wasz problem, trzeba było nie obrażać silniejszego.
Witold Modzelewski
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2899
Do dziś jesteśmy zaczadzeni dwudziestowieczną wizją świata, która żyje w nas, w naszym języku, wyobraźni, obawach, a przede wszystkim „praktycznie stosowanej” ideologii. Nasza polska świadomość końca drugiego dziesięciolecia nowego wieku jest paradoksalnie bliska (i zbliża się zamiast się oddalać) swojej genezie sprzed prawie stu lat. Wtedy uwierzyliśmy, że „skończyły się zabory”, a my „odzyskaliśmy niepodległość”, którą – jak wszystko, co trzeba zdobyć – można również stracić. Dziś też mówimy o „okupacji lat 1944–1989” i „odzyskaniu niepodległości”.
Nasza demokratyczna „niepodległość” z lat 1918–1939 była dość osobliwym czasem; zniszczył ją zamach stanu z 1926 roku przekształcający rodzącą się demokrację parlamentarną w sanacyjną karykaturę. Trzynastolecie rządów Piłsudskiego i jego następców skończyło się upokarzającą klęską militarną, całkowitym blamażem politycznym oszukanych dyletantów, niegodnym nawet współczucia. Później francuski sojusznik faktycznie mianował „swój” rząd emigracyjny polski, który – nim minął rok – musiał uciekać z pokonanej Francji. Polityka rządu emigracyjnego kończy się równie poniżającą klęską i „zdradą” jedynego niepokonanego przez Niemców sojusznika, który – podobnie jak Francuzi w 1939 roku – nie chciał „umierać” w naszym interesie.
Ale te dwie następujące w ciągu sześciu lat polityczne porażki stworzyły mit niepodległości, odzyskanej przez przegranych polityków, którym ktoś oszczędził dożycia swoich klęsk. Piłsudski „szczęśliwie” nie musi przegrywać w 1939 roku, a Sikorski nie pozna goryczy upadku rządu londyńskiego w 1945 roku. Mimo, że byli wręcz śmiertelnymi przeciwnikami, w latach 1945–1989 stawiani byli w jednym rzędzie mężów stanu, w dodatku symbolizujących demokratycznie legitymowane władze naszego kraju, co jest kompletnym absurdem, bo Piłsudski zdobył władzę w wyniku zamachu stanu, który obalił legalnie wybrany rząd, a Sikorski był narzucony przez Francuzów, którzy postanowili „unieważnić” powołanie następcy Mościckiego na stanowisko głowy państwa (krótka kariera w roli groteskowego prezydenta generała Wieniawy).
Czy równie „demokratycznie” wybrane władze nowego państwa polskiego, utworzonego w 1944 roku, reprezentowały państwo „niepodległe”? Zapewne nie, lecz brak owej „niepodległości” wynikał ze swoistego sposobu definiowania tego pojęcia: zgodnie z doktryną Kühlmanna, Polska jest państwem „niepodległym”, gdy jest wroga wobec Rosji lub bolszewików, a stan uzależnienia od innych państw nie ma znaczenia.
Czy rząd londyński mógł prowadzić w miarę samodzielną politykę? Dwa razy to zrobił – raz w 1943 roku (sprawa katyńska), a drugi raz w 1944 roku (w sprawie Powstania Warszawskiego), lecz w obu przypadkach dostał po łapach (boleśnie) od wielkich protektorów. W latach 1944–1989 (i później) daliśmy sobie wmówić, że zależność od Związku Sowieckiego jest dowodem „braku niepodległości”, którą później znów „odzyskaliśmy”, gdy weszliśmy w orbitę wpływów niemieckich, wspólnotowych czy amerykańskich.
Jedno jest pewne: w latach 1991–2017 byliśmy najbardziej demokratyczną wersją państwowości polskiej ostatnich stu lat, co wcale nie oznacza, że byliśmy (i jesteśmy) mniej uzależnieni od obcych państw. Tu też trochę daliśmy się w XX wieku ogłupić, bo przyjęliśmy znak równości między demokracją i niepodległością, a przecież państwa o bardzo ograniczonej suwerenności mogą być w pełni demokratyczne, gdyż… większość wyborcza w cale nie musi hołdować potrzebie uzyskania „pełnej niepodległości”.
Dziś wciąż mówimy językiem sprzed stu lat, odmieniamy – podobnie jak wtedy – słowo „niepodległość” przez wszystkie przypadki, w czym nie przeszkadza ciągła erozja naszej suwerenności w wyniku „pogłębiania integracji”, i nikomu nie przeszkadza powtarzanie tego absurdu. W niczym nie zmienił się również nasz stosunek do Rosji. Wtedy też była „śmiertelnym zagrożeniem”. Podobnie jest dziś. Także Rosja zaczyna i kończy to stulecie w podobnie słabej kondycji: wtedy przegrała z przysłanymi przez Niemców bolszewikami, których jedynym celem było jej unicestwienie, a dziś, zepchnięta do szesnastowiecznych granic, jest osamotniona i w głębokiej defensywie.
Witold Modzelewski
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 764
Retoryczne pytanie zadane w tytule niniejszego tekstu ma zobrazować upadek nie tylko kultury, ale również praktyki publicznej naszej na wskroś europejskiej ojczyzny. Stare przysłowie, które mówi, że w świecie głupców nietrudno uchodzić za mędrca, bardzo pasuje do czasów nam współczesnych, zwłaszcza tych naszych, polskich. Nie można bowiem już ukryć katastrofalnego finału pożal się boże „polityki wschodniej” całego POPiSu, a nawet szerzej – polityki „europejskiej”, prowadzonej na innych kierunkach niż wschodni.
Największym ciosem dla naszej klasy politycznej jest jednak kompletna, wręcz żenująca katastrofa polityki pełnego podporządkowania się Waszyngtonowi – wiemy od zawsze, że cała nasza klasa polityczna jest przecież bezwarunkowo „proamerykańska”. Ileż to nasłuchaliśmy się deklaracji o jakimś „strategicznym sojuszu”, który (jakoby) był, jest i będzie z istoty antyrosyjski. I co szczególnie zabawne – jednocześnie antykomunistyczny, a my jesteśmy najwierniejszym z wiernych wykonawców woli naszego suwerena oraz przelicytujemy go w pogardzie dla Rosji, a nasza wierność będzie zawsze doceniona.
Gdyby w iście zachodnich głowach naszych „ekspertów” kołatało się coś więcej niż pogarda i strach, to nie doznalibyśmy tak upokarzającego zawodu. Ameryka znów nas zdradziła: Putin jest „przyjacielem” nowego prezydenta USA, a on „kocha Rosjan”, bo przecież nie jest głupcem i kieruje się swoimi interesami. I te interesy są w kontrze z polityczną praktyką naszej klasy politycznej ostatnich kilkunastu lat (a może dłużej).
Wierne sługi medialne tejże klasy nie powinny jednak powstrzymywać w piętnowaniu rosyjskich wpływów i nazywaniu rzeczy po imieniu: nikt nie patyczkował się z „ruskimi onucami” - również za oceanem - a jeden z liderów POPiSu poinformował nas o tym, że obecny prezydent USA był kiedyś nawet zwerbowany przez rosyjski wywiad. Jeśli to prawda, a mówił to liberał, który przecież brzydzi się kłamstwem, to z takich zależności nikt nie jest się w stanie wyplątać: kto wpadł w sidła ruskich służb, ten nie ma odwrotu. Nie może więc nam zabraknąć determinacji w piętnowaniu i zwalczaniu rosyjskich wpływów. Również za oceanem: my nie będziemy rozmawiać z Putinem i nie będziemy tolerować jego agentów.
Dobrze: już nie będę dalej znęcać się. Miejmy litość nad głupotą, która ma nad Wisłą bardzo długą i bogatą tradycję. Porzućmy na chwilę amok rusofobii i zastanówmy się co będzie dalej. Wiele wskazuje na to, że rozbiór „samostijnej Ukrainy” sfinalizuje się jeszcze w tym roku jako sposób zakończenia tej wojny: USA przejmie zasoby naturalne (np. złoża metali ziem rzadkich), Rosja to co zdobyła (i jeszcze trochę), a do udziału w podziale zostaną zaproszone (przymuszone?) również inne państwa. Wzorem XVIII wieku ów rozbiór będzie częścią większego układu, bo USA potrzebuje rosyjskiej akceptacji dla innych zaborów, w tym zwłaszcza na północy (np. Grenlandia).
Sądzę, że najważniejszym wektorem polityki amerykańskiej jest rozbicie BRICS, a przynajmniej odłączenie Rosji od globalnego Południa. Jeśli ceną tej wolty będzie Ukraina czy inne kraje tego regionu, to z chęcią będzie ona zapłacona: zawsze wasale płacą rachunki swoich suwerenów. Europejskim sojusznikom „światowego przywództwa” już wyznaczono wysokość stałego haraczu, który wynosi 6% PKB na zbrojenia. Wiadomo również, gdzie te pieniądze będą wydane. To dużo więcej niż zarobek gospodarki amerykańskiej na pomocy dla „walczącej Ukrainy”.
Czy ten obrót spraw będzie dla nas korzystny? Na pewno bardziej niż dalsze finansowanie „naszej wojny”.
Witold Modzelewski

