Felietony Witolda Modzelewskiego

Intelektualny terror wystraszonych rusofobów

Utworzono: niedziela, 26 maj 2019 Anna Leszkowska


ModzelewskiJesteśmy jednak fenomenem. Oryginalnym i unikatowym. Poprawność narzucona przez wszechobecnych rusofobów, którzy uważają, że między współczesną (i historyczną) Rosją a państwem bolszewickim nie ma żadnych różnic, wiąże się z bezkrytycznym uwielbieniem i wiernością wobec wszystkich (bez wyjątku) władz amerykańskich. Schemat ich doktryny jest dość prosty:

• współczesna Rosja, będąca kolejną mutacją bolszewizmu, jest „śmiertelnym niebezpieczeństwem” dla Polski;

• rządy amerykańskie („jak świat światem”) są z istoty antykomunistyczne, czyli… antyrosyjskie;

• musimy zachować całkowitą uległość wobec polityki amerykańskiej, bo jest ona gwarantem naszej „niepodległości”, której zagraża zdradziecki bolszewizm;

• USA jest jedynym supermocarstwem, a my jesteśmy dla nich „strategicznym sojusznikiem”, politycy amerykańscy mają zaś podobne antybolszewickie fobie co autorzy tej doktryny.

Doktryna ta wkroczyła również do oficjalnych dokumentów. Jej zwolennikami (przynajmniej werbalnie) są ponoć obecny minister obrony i… Prezydent RP.

Nie będę się znęcał nad absurdami i sprzecznościami tej doktryny, a jej wyznawcom polecam amerykańską (tak!) literaturę na temat roli tego państwa w kreowaniu i obronie bolszewizmu. Niedawno na naszym rynku pojawiła się książka Antony’ego C. Suttona pt. Wall Street a rewolucja bolszewicka, w której autor cytuje niepublikowane w Polsce dokumenty, potwierdzające znaną od stu lat tezę, że zniszczenie Rosji przez bolszewików sfinansował nie tylko kajzerowski rząd, lecz brali w tym udział również amerykańscy bankierzy. Ich interes był oczywisty: potencjał rosyjski był wówczas większy od amerykańskiego, a bolszewickie rządy, prowadząc absurdalną politykę ekonomiczną, będą skutecznie hamować rozwój gospodarczy tego kraju, który nie stanie się przez to liczącym konkurentem.

Czy ten plan się udał? Oczywiście: „gospodarka socjalistyczna” przez ponad siedemdziesiąt lat dławiła siły wytwórcze Rosji, mimo posiadanej przewagi w zasobach naturalnych. Gdyby nie oddolne rozwiązanie Związku Radzieckiego, Stany Zjednoczone podtrzymywałaby byt rachitycznego supermocarstwa i jego postbolszewickich rządów.
Jeżeli więc, zdaniem autorów powyższej doktryny, obecna Rosja jest państwem kryptobolszewickim, które degraduje ekonomicznie tej kraj, to Waszyngton nie jest i nie będzie jego przeciwnikiem, bo Władimir Putin jest obrońcą strategicznych interesów amerykańskich.
To tylko jeden z zasadniczych wewnętrznych absurdów rusofobicznej doktryny. Bo jeżeli współczesna Ameryka jest jednak wrogo nastawiona do współczesnej Rosji, to albo założenie o jej postbolszewickim charakterze jest z istoty błędne, albo…

No właśnie: albo waszyngtońska polityka nie jest aż tak stabilna i przewidywalna, jak sądzą jej miłośnicy znad Wisły. W całym okresie istnienia, nawet w czasach tzw. zimnej wojny, Związek Radziecki nie zagroził nigdzie amerykańskim interesom. Więcej, rozprzestrzeniał swój ustrój w państwach, które tym samym wypadały z gry jako konkurenci Ameryki. Jedyny obecny rywal ekonomiczny Waszyngtonu – Chińska Republika Ludowa z jej gigantycznym potencjałem wytwórczym – jest dzieckiem polityki emancypacyjnej spod radzieckich wpływów.
Jeżeli współczesna Rosja nie jest – wbrew naszym wyobrażeniom – państwem bolszewickim, a tylko leczy rany po latach komunizmu i jelcynowskiego chaosu, to ma przed sobą jeszcze wiele do odbudowy, a nam z jej strony nic nie zagraża. Skąd więc nieukrywany strach będący obowiązującą poprawnością w publicznej narracji?
Witold Modzelewski

 

Koloryzowanie przeszłości

Utworzono: sobota, 27 październik 2018 Anna Leszkowska


ModzelewskiHistoria naszego wschodniego sąsiada wymagała wielokrotnego uwznioślenia i koloryzowania, bo jej rzeczywisty obraz często był przygnębiający lub wręcz haniebny. Władców wynosiły na tron i z niego strącały intrygi zagranicznych ambasadorów, obce pieniądze decydowały o polityce, która często była prowadzona wyłącznie w interesie sponsorów na szkodę Rosji.
Przypomnę tylko najbardziej znane fakty. Przewrót dokonany przez Elżbietę Piotrownę w 1740 roku był brytyjską intrygą, małżeństwo jej siostrzeńca (przyszłego Piotra III) z Zofią Anhalt-Zerbst (późniejszą Katarzyną II) było zaaranżowane przez Fryderyka Wielkiego, który miał w późniejszej władczyni wierną sojuszniczkę, mimo werbalnej wrogości, a zamordowanie Pawła I zainicjował, przeprowadził i sfinansował znów ambasador brytyjski.

Są to fakty znane i niekwestionowane przez badaczy, z reguły jednak bagatelizowane przez naszych (i zachodnich) historyków, dokonujących dość oryginalnej manipulacji: chwalą prozachodnich uzurpatorów, gdy działali w interesie mocodawców i jednocześnie ganią, gdy emancypowali się spod ich kurateli, co im się niekiedy zdarzało. Te pochwały były jednak czymś raczej wyjątkowym, bo w zasadzie cała zachodnia historiografia (w tym polska) maluje obraz Rosji w ciemnych barwach: taka tam „dzicz”, pełna okrucieństwa i podłości, kontrastująca z „oświeconą” i „przyjazną zwykłym ludziom” Europą Zachodnią, zaludnioną przez apostołów miłości i dobroci.

Również i my koloryzujemy naszą historię. Wyjątkiem są lata 1944–1989, w których „oczywistą” nędzę prezentujemy z masochistyczną przyjemnością („sowiecka agentura”, „renegaci”, „zniewolenie” itp.). Po tym okresie zaczynają się (a jakże) rządy nieskazitelnych patriotów i „niepodległościowych” partii, oczywiście „prozachodnich”, co tylko potwierdza ich oddanie dla „idei wolnego świata”. Tu nawet nikt nie tworzy jakichś pozorów: współpraca z CIA jest dowodem patriotyzmu, a z KGB – zdrady. Z obiektywnej perspektywy oba przypadki są co najmniej wątpliwe. Ale czy doczekaliśmy się wreszcie rządów, które chcą, a przede wszystkim mogą działać w naszym polskim interesie?
Na razie my również koloryzujemy zwłaszcza okres przedwojenny, który wbrew faktom był jakoby wzorcowym przykładem demokracji i gospodarki rynkowej (bzdury).

A teraz spójrzmy na „prawdziwy” Zachód. Swego czasu dziesiątki milionów Niemców zawierzyło Hitlerowi i jego rasistowskiej wizji ich państwa. Sromotna klęska, bezmiar zniszczeń i wielomilionowe ofiary drugiej wojny światowej, ale przede wszystkim wola zwycięzców nakazały Niemcom radykalną zmianę poglądów, odrzucenie legendy „uwielbianego wodza”, jego wizji i dorobku.
Mimo korzyści uzyskanych przez prawie każdego obywatela tego państwa, pochodzących z rabunku dóbr innych narodów, ludobójstwa, a przede wszystkim przywrócenia niewolnictwa, lata 1933–1945 zostały oficjalnie potępione: Niemcom nakazano widzieć zło w tym, co cenili (kochali?) i z czego korzystali pełnymi garściami.
Swoją drogą warto uświadomić sobie, że dwudziestowieczny kapitalizm był również ustrojem… niewolniczym, znacznie bardziej barbarzyńskim, szybciej i skuteczniej wyniszczającym przymusowych robotników, jeńców wojennych i więźniów obozów koncentracyjnych niż oficjalne i powszechne niewolnictwo w czasach antycznych. Gdy zabrakło im rąk do pracy, nastąpiło załamanie ekonomiczne ich gospodarki.

Wróćmy jednak do zasadniczego wątku. Powszechne poparcie, wręcz uwielbienie jakiegoś przywódcy nie musi legitymować obiektywnie pozytywnych ocen jego dokonań, a on może być szkodnikiem działającym w cudzym interesie. Inaczej mówiąc, powszechną „miłością ludzi” może być darzony również obcy agent, nawet ludobójca, a kolejne pokolenia jego wyznawców mogą tylko przeszkadzać w trzeźwej ocenie dokonań swojego idola.
Niemcy i Rosjanie, rządzeni w XX wieku przez krwawych tyranów, usłyszeli własny lub obcy nakaz ich potępienia. Zburzyli ich pomniki, rehabilitowali (częściowo) ofiary, uciszyli wyznawców i zmienili podręczniki historii.

Po co przypominam te fakty? Ano tylko dla zobrazowania tła naszych polskich problemów z przeszłością. My wciąż nie bardzo umiemy się rozliczyć z tym, co było: koloryzujemy okres międzywojenny, a wieszamy psy na Polsce Ludowej. Musimy kiedyś dojrzeć do trzeźwej samooceny. W latach 1944–1989 było akurat odwrotnie: piętnowano międzywojnie, ale krytyka była bardziej powściągliwa i obiektywna w porównaniu z obecnymi kubłami pomyj wylewanymi na „sowieckich agentów” typu Bierut, Gomułka czy Jaruzelski. Nie jest ważne to, że stajemy się przez to jeszcze głupsi. To nam wcale nie przeszkadza, bo nikomu nie jest potrzebna nasza mądrość.

Gorzej, że z tego koloryzowanego obrazu II RP wyciągamy wnioski na dziś i jutro, przez co pogrążamy się we współczesnym świecie nonsensów. Bo kimże byli przywódcy ówczesnego Państwa Polskiego? Wyjątkowymi dyletantami, bez demokratycznej legitymacji władzy (od 1926 roku), co usiłowali ukryć, plotąc na okrągło o „niepodległości”. Trzeba umieć ocenić trzeźwo ich dokonania, bo nie obronili obywateli II RP przed grabieżą i ludobójstwem lat 1939–1945.
Witold Modzelewski

 

Kresy, czyli nasza fałszywa arkadia

Utworzono: wtorek, 25 styczeń 2022 Anna Leszkowska

ModzelewskiDo dziś żyje w naszej świadomości i estetyce wyidealizowany obraz międzywojennych Kresów Wschodnich, gdzie ponoć nieśliśmy przez prawie dwadzieścia lat kaganek postępu, oświaty i cywilizacji wśród ciemnego, ale poczciwego ludu, czyli miejscowych poddanych. Oczywiście dla ich dobra poddawaliśmy owe mniejszości intensywnej, ale nieskutecznej polonizacji. Panował tam nasz sanacyjny „ład i porządek”, a jedynym, ale za to mało ważnym miejscowym wrogiem byli jacyś „komuniści”, których skutecznie likwidowano lub wsadzano do więzień. Byli oni ponoć przedmiotem powszechnej nienawiści ze strony dobrotliwego ludu, który pełną piersią chłonął nasz polski zasiew.
Do dziś oficjalna i nieoficjalna propaganda podtrzymuje ten obraz, a skrzętnie pomija prawdziwą kresową codzienność, do której należały również wojskowe pacyfikacje niepokornych wieśniaków, których karano publicznie chłostą (!), a nie raz strzelano do opornych i kładziono ich trupem. Zabitych i rannych było wielu. Ofiarami byli przede wszystkim – według dzisiejszych pojęć – Ukraińcy i Białorusini (ale nie tylko).
Często stosowaną formą pacyfikacji był przymusowy kwaterunek wojsk żyjących na koszt gospodarzy w buntujących się wsiach i miasteczkach. Aby ograniczyć opór mniejszości narodowych, wprowadzono nawet wewnętrzne granice między województwem lwowskim a Wołyniem, aby Ukraińcy z południa nie mogli kontaktować się z pobratymcami z północy. Masowo rozbierano cerkwie, likwidowano parafie greckokatolickie, szkoły ukraińskie i białoru¬skie, rozwiązywano ich stowarzyszenia i organizacje.

Nie miejmy jednak złudzeń – na Kresach Wschodnich tameczne mniejszości (tam były większością) często nawet nie uznawały polskiej zwierzchności, negowały władztwo terytorialne Rzeczypospolitej Polskiej. W publicznych odezwach i manifestacjach odwoływano się do jakoby wciąż istniejącej Petlurowskiej wizji Ukraińskiej Republiki Ludowej, a godło naszego kraju nazywano na co dzień „białą gęsią”.
Przez całe międzywojnie na Kresach Wschodnich prowadzona była wojna z miejscową ludnością, która w 1939 roku spontanicznie i entuzjastycznie witała nie tylko Armię Czerwoną, ale również Niemców, i to dwa razy (po raz drugi w 1941 roku). Potem nastąpił krwawy rewanż – pogromy i rzezie (nie tylko na Wołyniu), lecz tym razem ofiarami byli Polacy i Żydzi.

Bilans naszych kresowych wypraw jest ujemny, i to bardzo. Straciliśmy co najmniej kilkaset tysięcy obywateli oraz cały majątek państwowy i prywatny. Uratowaliśmy tylko tych, którzy uciekli na ziemie etnicznie polskie, którymi dziś są Dolny Śląsk, Pomorze i Ziemia Lubuska.
Lord Curzon już w 1919 roku wprost sugerował, aby wschodnia granica Polski była na Bugu i – jak widać – miał rację. Przecież była to granica trzeciego zaboru rosyjskiego oraz skorygowana granica pierwszego rozbioru austriackiego z Galicją Zachodnią po stronie Polski. Przed stu laty rozpoczęliśmy przegraną wojnę o te tereny, a nasza krótka obecność na części owych Kresów w latach 1919–1939 przyniosła o wiele więcej szkód niż jakiegokolwiek pożytku.
Od 1945 roku nie musimy (poza bandami UPA w latach 1945–1947) kogokolwiek pacyfikować i represyjność Polski Ludowej wobec obywateli była nieporównywalnie mniejsza niż Rzeczpospolitej w międzywojniu. Na Kresach pacyfikacje trwały w zasadzie bez przerwy, a władze naszego państwa były równie niedemokratyczne jak w czasach PRL-u.
Witold Modzelewski

Kto ma kompleks Rosji?

Utworzono: niedziela, 28 kwiecień 2019 Anna Leszkowska


ModzelewskiLekturę książki Piotra Skwiecińskiego Kompleks Rosji, będę polecał wszystkim, mimo że tylko z jednym poglądem autora zgadzam się w pełni. Którym? Otóż na stronie 141 pada ważne i głębokie stwierdzenie: „Rosja to jest skomplikowana rzeczywistość”. Nic dodać, nic ująć. Brzmi to jednak dość banalnie. Co więc skłoniło autora do tak odważnej tezy? Spróbuję odpowiedzieć na pytanie, dla kogo Rosja jest zbyt skomplikowana i za trudna. Takich osób jest pod polskim i nie tylko polskim niebem wiele. Pozwolę sobie również nadać im autorskie określenia.

Pierwsza grupa pieczętuje się mianem rusofobów zadeklarowanych. Oni nie bez dumy sami twierdzą, że mają trwałe i nieusuwalne antyrosyjskie fobie. Dla nich Rosja to „azjatycka dzicz”, zaludniona przez pijanych, śmierdzących gnojem „kacapów”, prymitywnych i (jednocześnie) podstępnych, krwawych i nikczemnych, nienawidzących wszystkiego, co polskie, a przede wszystkim „zachodnie”. Ich zdaniem kultura rosyjska to wypociny zamroczonych wódą meneli. Pogardę dla wszystkiego co rosyjskie, łączą z niekłamanym zachwytem dla wszystkiego co zachodnie, a przede wszystkim amerykańskie – to dla nich nieosiągalny szczyt doskonałości i (mroczny) przedmiot pożądania. Ludzie ci poza Polską w zasadzie nie występują, a i u nas nie stanowią istotnej grupy: są głośni, obecni w mediach i niezdolni do jakiejkolwiek dyskusji. Stąd nazwę ich OPĘTANYMI.

Drugą grupę tworzą tzw. antykomuniści. Oni wciąż nienawidzą Związku Radzieckiego, który był tylko nową formą rosyjskiego imperium („od białego do czerwonego caratu”). Dla nich całe zło bolszewizmu ma tylko „rosyjskie korzenie”, w 1920 roku ponoć najechali nas „Rosjanie”, mimo że byli to bolszewicy walczący równocześnie z Rosją. Przez pewien czas antykomuniści przycichli, bo Związek Radziecki sam się rozwiązał, a Rosja odrzuciła bolszewicką spuściznę, np. tam zdelegalizowano partię komunistyczną (a u nas nie). Dla antykomunistów nadeszły trudne czasy, bo ich wróg przeszedł do historii. Siły oczywiście wróciły im wraz z Władimirem Putinem, który ich zdaniem dąży do odtworzenia Związku Radzieckiego („ZSRR – reaktywacja”). Walczą więc ze współczesną Rosją pod sztandarem antykomunizmu, cytują myśli Zbigniewa Brzezińskiego i inne sowietologiczne („kremlinologiczne”) wypociny na temat „kryptokomunistów” rządzących nie tylko w Rosji, tropią ich i demaskują „agentów wpływu”. Wielbią za to „liberalną demokrację”, „wolny rynek” i Balcerowicza. Nie przeszkadza im, że jedynym państwem komunistycznym są Chiny (jedna z dwóch potęg świata) i bez wzgardy używają wszystkiego, co chińskie, mimo że z obrzydzeniem odrzucają wszystko to, co komunistyczne. Ich nie trzeba odrębnie określać, są ANTYKOMUNISTAMI i już.

Trzecią grupą są postPolacy, będący już na wyższym poziomie rozwoju, czyli Europejczycy. Dla nich ojczyzną jest „Zjednoczona Europa”. W niej chcą żyć. Reszta ich nie obchodzi. Europejczycy nie sięgają wyobraźnią na Wschód, dla nich już praska część Warszawy to przedmieścia obcego świata. Nic ich nie obchodzą jakieś stosunki polsko-rosyjskie. Putina trzeba odstraszać, a gdy się nie da, trzeba stąd uciec. Nie chcą żyć w „postkomunistycznym świecie”, tu nie ma przyszłości. Najlepiej uzyskać europejskie obywatelstwo, czyli np. niemieckie, awansować w korporacji do ich central położonych w Starej Europie. Ich też nie trzeba na nowo określać: są to EUROPEJCZYCY.

Czwartą, chyba ostatnią grupę tworzy niedouczona część pokolenia wychowanego w III RP, które nic nie wie i ma wszystko gdzieś („w dupie”). Im się myli Powstanie Styczniowe z Warszawskim, stan wojenny należy do zapomnianej prehistorii, podobnie jak czasy Polski Ludowej i socjalizmu. To oni opowiadają dowcip, że w komunistycznej Polsce w galeriach handlowych był tylko ocet. O Rosji nie wiedzą nic i nie chcą wiedzieć. Najczęściej nazywa się ich LEMINGAMI, i tak już zostanie.

Nie wiem, czy Opętani, Antykomuniści, Europejczycy i Lemingi sięgną po książkę Piotra Skwiecińskiego. Wątpię, bo albo potwierdzi on ich przekonania („to już wiemy”), albo ich to nic nie obchodzi. Te cztery grupy nadobecne w tzw. przestrzeni publicznej nie stanowią jednak większości, przynajmniej chcę w to wierzyć. Książkę tę polecam wszystkim pozostałym, głównie po to, aby wyrobili sobie swój osąd o Rosji, odróżnili fobie od uzasadnionych obaw, a przede wszystkim byli pokoleniem bez „kompleksu Rosji”. Nie musimy tu mieć żadnych kompleksów w stosunku do kogokolwiek. Nie musimy się bać, a przede wszystkim nie wolno nam się bać. Trzeba również pomóc (jeżeli się da) tym, którzy żyją w świecie kompleksów.
Witold Modzelewski

 

Our website is protected by DMC Firewall!