Felietony Witolda Modzelewskiego
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1716
Pytanie o sens wydarzeń sprzed stu lat na ziemiach polskich jest w istocie dialogiem z legendą, tzw. mitem założycielskim, kształtującym czas minionego wieku w Polsce. Jest to legenda obowiązująca we wszystkich okresach naszej „odrodzonej” państwowości, w tym również – co szczególnie znamienne – w latach 1944–1989, który to okres bzdurnie niektórzy nazywają dziś „komunizmem”. Co jest treścią tej legendy? Ma ona trzy wątki: rezurekcyjny, cudotwórczy i etniczny. Przypomnę w skrócie ich istotę.
Wątek rezurekcji, czyli zmartwychwstania, oznacza jednorazowe zakończenie niebytu Polski, trwającego jakoby sto dwadzieścia trzy lata, tj. odrodzenie, które nastąpiło w 1918 roku. Czas „niebytu” jednak bez sensu unieważnił wszystko to, co było formą polskości między 1795 a 1918 rokiem, łącznie z Księstwem Warszawskim, epopeją napoleońską, liberalnym i demokratycznym Królestwem Kongresowym lat 1815–1830 oraz rządami władz powstańczych trzech dziewiętnastowiecznych zrywów narodowych (tak: trzech, bo oprócz powstań antyrosyjskich, była jeszcze Rewolucja Krakowska 1846 roku, czyli powstanie antyaustriackie). Unieważnienie tych zdarzeń jest nadużyciem, wręcz zafałszowaniem przeszłości, która była dużo ważniejsza zarówno wtedy, jak i później.
Wątek cudotwórczy legendy kreuje powstanie państwa polskiego jako akt wyjątkowy, wręcz nadprzyrodzony, gdy po naszej stronie było DOBRO zwyciężające raz na zawsze bezwzględne ZŁO. Ów cud odrodzenia miał być należną nam łaską, sakralizować twór publicznoprawny powstały przed stu laty. Zwycięstwo DOBRA (pisanego dużą literą) jest wyrazem „sprawiedliwości dziejowej” czy też „ładu moralnego”, który został tym samym przywrócony.
Wątek trzeci legendy ma charakter etniczny – odrodzone państwo było państwem Polaków, czyli ludzi, którzy mówią i myślą po polsku. Polska jest „Matką wszystkich Polaków”, my jesteśmy jej „dziećmi” i nie ma tu miejsca dla „obcych” ani wyrodnych, nieuznających swojej matki dzieci. Jesteśmy bowiem jednym plemieniem, musimy być solidarni, tworzyć wspólnotę, która ma „swoje państwo”.
Mitologia ta nie ma i nie miała wiele wspólnego z ówczesną rzeczywistością. Nie było cudu odrodzenia, bo od początku grudnia 1916 roku istniały w centralnej Polsce twory państwopodobne („Królestwo Polskie”), które jednak powołali do życia niemieccy okupanci. Utworzono Radę Regencyjną owego „Królestwa” oraz wcześniej Tymczasową Radę Stanu, a nawet jakiś „rząd” złożony z ludzi mówiących po polsku, którzy lojalnie współpracowali z okupantami m.in. w grabieży naszego kraju i jego mieszkańców. Tworzono z niemieckiego rozkazu pseudopolskie wojsko (Polnische Wehrmacht), do którego jakoś jednak nie garnęli się byli poddani „ruskiego cara” z priwislinskiego kraju. Administracja i szkolnictwo zostały jednak spolonizowane, a przyjazd z Niemiec brygadiera Piłsudskiego nie był niczym nadzwyczajnym, bo rok wcześniej był on członkiem Tymczasowej Rady Stanu, która stała wiernie przy tronach niemieckich monarchii. Upadek protektorów, a zwłaszcza abdykacja obu niemieckojęzycznych cesarzy, były czymś zaskakującym. Można raczej mówić o próżni, która otworzyła wręcz nieograniczone możliwości. Komu? Temu, kto chciał rządzić. W Warszawie zostali jednak polscy nominaci niemieckich zaborców, którzy stracili oparcie i legitymację swoich „rządów”. Czy był to cud odzyskania niepodległości? Nie, w jakimś sensie cudem był upadek „nadgniłych tronów”, przegrywających swoje idiotyczne – a dla nas błogosławione – wojny.
Odrodzenie nie miało również charakteru etnicznego. Ziemie, które później weszły w skład państwa polskiego, były mozaiką ludów: w miastach ulice mówiły w jidysz, w gwarach ruskich, po niemiecku i po polsku. Najszybciej rozwijającą się demograficznie nacją był żydowski proletariat. Ale nawet ci, którzy mówili w naszym języku, nie zawsze czuli się Polakami. Chłopi nie kryli obaw, że przywrócenie Polski odbierze ziemie i przywróci pańszczyznę – wszak uwłaszczenie chłopów było dziełem zaborców. Myśli tych nie krył polityk dużego formatu, czyli Wincenty Witos. Naszych ziem nie zasiedlał jeden naród. Wręcz odwrotnie – sprzeczności na tle narodowym były tak głębokie, że doprowadziły do wojny domowej trwającej jeszcze przez kolejne dwa lata. Koncepcję państwa jednego narodu zrealizował dopiero Józef Stalin, który stworzył przesuniętą na zachód, współczesną Polskę, bardzo różniącą się od jej przedwojennej wersji.
Nasze odrodzenie narodowe zawdzięczamy zbrodniczemu rasizmowi Niemców, którzy wzmocnili polską tożsamość. Więcej: to ich antysemityzm stworzył współczesny naród żydowski, wyodrębnił Żydów jako odizolowaną grupę, która już częściowo uległa asymilacji.
Witold Modzelewski
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 583
Jesteśmy – jak sądzę – światowym fenomenem: nie znam państwa, w którym prawie cały polityczno-medialno-celebrycki światek („elity”) w sposób jednoznaczny utożsamiałby się z innym państwem. Najważniejszy jest dla nich sukces kijowskiej, antyrosyjskiej kleptokracji, w dodatku rządzonej przez prezydenta, który zakończył już swoją kadencję. W języku naszych elit jest to tzw. walcząca Ukraina, której interesy są nadrzędne w stosunku do polskich (nimi nikt nie zawraca sobie u nas głowy), nasi obywatele mają cierpliwie ponosić wszystkie koszty darmowego wsparcia dla tamtejszych władz.
Gdyby kijowscy politycy kierowali się interesem swoich obywateli, to już dawno rozpoczęłyby się negocjacje pokojowe, bo już nie da się zakłamać zmiany nastrojów w tamtym kraju. A na wschodzie Europy wiele się zmieni: gdy dojdzie do władzy prezydent elekt w USA, „światowe przywództwo” zrobi obiecany porządek, dzieląc – zgodnie z amerykańską tradycją – to państwo na oddzielone linią demarkacyjną strefy wpływów (w ten sposób powstała nie tylko RFN w 1949 r. lecz również takie oto dziwne twory jak Korea Południowa i swego czasu Wietnam Południowy).
Prawdopodobnie analogiczny rozbiór dotyczyć będzie również Ukrainy, a na straży tego podziału ma stać… Wojsko Polskie (amerykańskie nie będzie ginąć w obronie rządów w Kijowie – i nie tylko). Będzie to stan upokarzający dla naszych „sług narodu ukraińskiego”, bo przecież od początku głoszą, że ich celem jest „pełne zwycięstwo władz w Kijowie” i wycofanie wojsk rosyjskich ze wszystkich ziem tego państwa w granicach z 1991 r. A tu trzeba będzie pilnować rosyjskich zdobyczy, które już zostały oficjalnie wcielone do Rosji.
Przypomnę, że zgodnie z nieoficjalnym planem nowego światowego przywództwa m.in. Wojsko Polskie nie będzie tworzyło nowego Frontu Wschodniego, lecz będzie pilnować rozbioru Ukrainy. Oczywiście nie znam jeszcze oficjalnej wersji tego planu, ale czy jest jakiś inny wariat zachowujący choćby pozorny „sukces” polityki wschodniej „kolektywnego Zachodu” z ostatnich kilku lat? W jej wyniku Ukraina jest już definitywnie państwem upadłym, wyludnionym, wyniszczonym ekonomicznie i zdemoralizowanym darmowym wsparciem a przede wszystkim porażką.
Być może również z realizacją planu nowego światowego przywództwa w Kijowie nastąpi kontrolowany lub spontaniczny przewrót i nie sądzę, aby po raz kolejny władze USA zaproponowały Panu Zelenskiemu ewakuację. Bo niby dokąd?
Co więc poczną „zdradzeni” słudzy obecnego narodu, którym nawet zwykła przyzwoitość powinna nakazywać, aby powstrzymali się od tak kompromitujących stwierdzeń. I nie mówię tu o tym, że biorąc pieniądze od państwa polskiego nie powinno się głosić, że służy się komuś innemu. Idzie tu o kompromitujący brak kompetencji i zdolności przewidywania. Nie służy się obcym, którzy prędzej czy później przegrają.
Pierwszą reakcją owych sług będzie ukrycie się gdzieś w ciemnym kącie, bo przecież pletli oni obraźliwymi słowy jakieś nonsensy na temat prezydenta elekta i powinni obawiać się jego zemsty. Ponoć jest małostkowy i pamięta nikczemne słowa pod swoim adresem („jak każdy rudy”). Nawet, gdy będą chcieli przejść na służbę nowego światowego przywództwa (są przecież „proamerykańscy”) dostaną przysłowiowego kopa w tyłek. Będą więc pukać do „europejskiego przywództwa”, które jednak szybko zmieni zdanie i podporządkuje się nowym realiom.
Czeka nas dość groteskowy dramat porzuconych i oszukanych sług, czyli czwarta zdrada Zachodu. Sądzę, że dla większości Polaków nie jest to zaskoczeniem.
Witold Modzelewski
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1353
Nie, tym przegranym nie było państwo bolszewickie. Prawda: przegrało kampanię z Polską trwającą raptem niecałe dwa miesiące (od połowy sierpnia do końca września 1920 roku, którą jednak poprzedzały prawie trzy miesiące sukcesów zapoczątkowanych odzyskaniem Kijowa i rajdem aż pod Warszawę: o taką zdolność ofensywną obolałej, źle zaopatrzonej i również fatalnie dowodzonej Armii Czerwonej nikt nie podejrzewał). Dwie przegrane bitwy – Warszawska i niemeńska były gorzką pigułką po chwilowym sukcesie, ale nie odebrały bolszewikom największego sukcesu, który dały mu zwycięstwa nad Polską z czerwca i lipca tamtego roku: dwa najważniejsze mocarstwa Ententy – Francja i Wielka Brytania - z naszej zresztą inicjatywy - podjęły dialog z bolszewicką Moskwą, upodmiotowiły ją oferując pośrednictwo najpierw w zakończenia wojny z Polską, a później w zawarciu pokoju.
Dziś już dobrze wiemy, że zarówno Paryż jak i Londyn do sierpnia 1920 rok zabraniały Polsce zawarcia pokoju z bolszewikami, zresztą podobnie jak prowadzenia z nimi wojny. Z perspektywy zachodnich stolic, które wciąż nie uznawały rewolucyjnych rządów w Moskwie, bolszewicy byli uzurpatorami niereprezentującymi Moskwy. Przypomnę, że przez cały 1919 rok i pierwszą część roku 1920 Ententa wspierała - nie szczędząc grosza - wojska rosyjskie w walce z bolszewikami. W połowie roku definitywnie porzucono te plany. Rada Komisarzy Ludowych podjęła z inicjatywy Paryża i Londynu rozmowy z Polską, stając się jeszcze nierównoprawną, ale pośrednio uznaną prawnomiędzynarodową stroną wojny, którą Zachód chciał tym samym zakończyć.
Kto więc był więc tym największym przegranym tego roku? Oczywiście była nim Rosja, która utraciła już wsparcie Zachodu. Więcej: bitwa niemeńska zakończyła się szybkim zawieszeniem broni: walki na polskim froncie ustały, a siły podbitej, lecz wciąż istniejącej Armii Czerwonej zostały przerzucone na południe Rosji, aby pokonać ostatni bastion militarnego oporu Rosji, czyli wojska generała Piotra Wrangla, które stacjonowały na Krymie. Tu nastąpiła powtórka roku 1919, gdy wielomiesięczny rozejm na froncie polsko-bolszewickim pozwolił uwolnić jednostki Armii Czerwonej użyte następnie do pokonania wojsk generała Antona Denikina.
Jesień 1920 roku zakończyła historię tamtej Rosji. Na długo: aż do początku lat dziewięćdziesiątych zeszłego wieku. Warto przypomnieć, że bolszewicy bardzo umiejętnie wykorzystali wyprawę kijowską, aby legitymizować swoje rządy w oczach Rosjan nawołując, zresztą dość skutecznie, pod swoje (czerwone) sztandary rosyjskich patriotów, a przede wszystkim dziesiątki tysięcy oficerów rosyjskich „w obronie Rosji przed Polską agresją”.
Drugim pokonanym był ówczesny Naczelnik Państwa i Naczelny Wódz Józef Piłsudski, który w kluczowym momencie, tuż przed kontrofensywą wojsk polskich podał się do dymisji, opuścił Warszawę. Upadek jego autorytetu był oczywisty: mimo sukcesu militarnego był politycznym trupem. Najpierw utracił wpływ na obsadę dowództw wielkich jednostek operacyjnych sztabu generalnego: tu rządzili (i wygrali) generałowie i pułkownicy armii carskiej i C.K armii mający co najmniej krytyczny stosunek do kompetencji dowodzących Naczelnego Wodza. Przypomnę, że nawet nie używali - również w późniejszych wspomnieniach - tytułu „Pierwszego Marszałka Polski”, którym posługiwał się wówczas Józef Piłsudski, bo nie był to formalny stopień wojskowy, tylko tytuł, który sobie sam nadał.
Rola Naczelnika Państwa została również kompletnie zmarginalizowana w Polsce międzynarodowej: nie miał on jakiegokolwiek wpływu na rokowania prowadzone w Rydze, gdzie polscy posłowie wręcz z satysfakcją utrącali wszystkie koncepcje Piłsudskiego, poczynając od całkowitego porzucenia jego sojusznika – atamana Symona Petlury wraz z jego Ukraińską Republiką Ludową. Wręcz odwrotnie - podjęto rozmowy z „socjalistami”, czyli bolszewicką wersją zarówno państwa ukraińskiego, jak i białoruskiego.
A czy Polska, zwycięska choć wyniszczona wojną, podpisująca z trzema państwami bolszewickimi traktat pokojowy odniosła historyczny sukces? Otrzymaliśmy ziemie według układu prusko-rosyjskiego z 1796 roku, tracąc ostatecznie i definitywne ziemie pierwszego i drugiego rozbioru rosyjskiego, czyli na wschodzie i wróciliśmy do stanu sejmu grodzieńskiego z 1793 roku. Bolszewicy chcieli nam dać więcej, oferując nawet Mińsk białoruski i przez chwilę na południu Kamieniec Podolski, ale sami zrezygnowaliśmy z tych ziem.
Czy przekreśliliśmy więc (jak się to często powtarza) skutki rozbiorów Polski na wschodzie, mimo że nasz partner negocjacji pokojowych formalnie unieważnił traktaty rozbiorowe? Raczej nie. Ale nawet ziemie trzeciego zaboru rosyjskiego i większość pierwszego i trzeciego zaboru austriackiego (w drugim rozbiorze Polski Austria nie uczestniczyła – była w stanie wojny z drugim naszym zaborcą – Prusami) okazały się przez następne osiemnaście lat miejscem konfliktów narodowych, graniczących niekiedy wręcz z wojną domową, lecz przede wszystkim źródłem słabości naszego państwa.
Nasze optymistyczne przekonanie o umiejętności asymilacji ludności żydowskiej i Rusińskiej, stanowiących większość Kresów Wschodnich, okazało się mrzonką. Wręcz odwrotnie: polonizacja części tamtych społeczności, a zwłaszcza pokolenia wychowanego w międzywojniu, okazała się jednym z największych błędów: ludzie ci mówili po polsku i tym językiem złorzeczyli Polsce, do cna nienawidząc jej. Nie było tu miejsca na jakikolwiek kompromis, czego doświadczaliśmy od 1939 roku, gdy zlikwidowano naszą państwowość - nie tylko zresztą na tych terenach.
Ale nawet nie to jest najważniejsze. W 1920 roku pokonaliśmy militarnie, a jednocześnie uznaliśmy politycznie i prawnie, państwa bolszewickie, które za dwa lata utworzą federację: Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich (Sowieckich), którzy nas zmiażdży w 1939 roku i odbierze nam nawet wszystko to, co odzyskaliśmy w 1920 roku. Tym razem definitywnie i na zawsze. Ziemie trzeciego zaboru rosyjskiego utracili na rzecz tego państwa, które rozwiązując się we 1991 r. oddało je Ukrainie, Białorusi, Litwie i Łotwie. Czy możemy mówić o geopolitycznym sukcesie? Nie liczyliśmy się w tym nowym podziale świata i nikt nie upomniał się nawet o prawa ludności polskiej zamieszkującej tamte ziemie.
Witold Modzelewski
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 348
Złośliwi twierdzą, że największym, a jak niektórzy twierdzą –jedynym trwałym dorobkiem artystycznym Trzeciej RP, jest oczywiście disco polo: estetyka tej muzyki, zwłaszcza treść piosenek, najlepiej oddaje koloryt epoki, którą rozpoczęła „radykalna transformacja” w wykonaniu „pierwszego niekomunistycznego rządu”.
Nie jestem miłośnikiem tej muzyki, ale to nie ma żadnego znaczenia i szanuję jej fanów, bo podoba się wielu.
Polska w disco polowej wersji jest oczywiście beztrosko „prozachodnia”, a nawet przenosi nas daleko na „zachód”, jeździ się tam wyłącznie zachodnimi samochodami, żyje wakacyjnymi problemami. Przede wszystkim jest już ona całkowicie wolna od „postkomunistycznego dziadostwa” i tzw. polskich dylematów (wszak to „nienormalność”). Przypomnę, że w czasach „komunistycznego zniewolenia” media państwowe, a zwłaszcza Polskie Radio,usilnie promowały (prawdopodobnie po to, aby nas „zniewolić”) obcą „zachodowi” twórczość takich oto artystów jak Marek Grechuta, Ewa Demarczyk, a zwłaszcza Maryla Rodowicz, którą słusznie później „zdemaskowano” jako „Madonnę RWPG”. Być może właściwe służby zbadają dogłębnie życiorysy wszystkich artystów (nawet nieżyjących), którzy skompromitowali się wieloletnią „kolaboracją” z mediami państwowymi w latach 1944-1989.
Jednak nie trzeba będzie obejmować całkowitym zakazem odtwarzania tej twórczości w mediach publicznych, bo przecież są już w likwidacji i niedługo definitywnie zakończą działalność. Zresztą przypominanie tej spuścizny powinno być uznane za „dezinformację”, a nawet za „propagowanie ustroju komunistycznego”, czyli za czyn zabroniony kodeksem karnym.
Wiemy, że niedługo powstanie „urząd do spraw zwalczania dezinformacji”, który wypleni również resztki postkomunistycznych miazmatów także w mediach prywatnych. Jest bowiem rzeczą oczywistą, że „dezinformacją” jest odtwarzanie optymistycznych piosenek o miłości (o zgrozo: heteroseksualnej) z lat sześćdziesiątych lub siedemdziesiątych XX wieku, bo przecież wiemy, że wtedy cały naród tylko trwał w oporze przeciw ówczesnej władzy, stał w długich, niekończących się kolejkach, a „żołnierze wyklęci” ukrywali się w lasach przed komunistycznymi siepaczami.
O powołanie tego urzędu upomniała się nawet w jednym z wywiadów była Rzeczniczka Praw Obywatelskich, która przy okazji przytoczyła jako przykład „rosyjskiej dezinformacji”pogląd stawiający pod wątpliwość banderowsko-nacjonalistyczną tradycję ukraińską jako (jakoby) jedyną reprezentatywną wersję historii tego narodu.
Wracamy jednak do zasadniczego wątku: disco polo nie tylko symbolizuje dorobek artystyczny ostatnich trzydziestu lat, lecz również pośrednio innych dziedzin naszej twórczości, w tym także debaty politycznej i publicystyki międzynarodowej. Tam wszystko jest „zachodnie”, poruszane problemy są również wyłącznie „zachodnie” i nie zaśmiecone jakimikolwiek wątpliwościami. Wszystko jest jasne i bezrefleksyjne: a w obiegu oficjalnym miejsce jest jeszcze tylko dla „oburzenia” i „zaskoczenia” w przypadku pojawienia się jakichkolwiek odstępstw od tego wzorca.
Już dość ironizowania: być może sprawdza się teza, że daną epokę najlepiej poznaje się, słuchając powstałej wtedy muzyki popularnej. Jest ona najbardziej abstrakcyjnym rodzajem sztuki i niesie za sobą również uniwersalny kod poznawczy. Może kształtować i afirmować gusta estetyczne słuchaczy, bez jakiegokolwiek pejoratywnego wydźwięku tych słów: po prostu inną widownię tworzą miłośnicy muzyki symfonicznej, inną muzyki techno, choć oczywiście są wyjątki. Można tą obserwację również ostrożnie uogólnić, choć muzyka biesiadna czy ludowa może nas łączyć również estetycznie. Nie idzie mi o jakikolwiek elitaryzm tylko prawdę o czasach, w których żyjemy. W końcu - jak powiedział profesor Władysław Tatarkiewicz –najważniejsze są poglądy estetyczne.
Witold Modzelewski

