Felietony Witolda Modzelewskiego

Refleksje nad polską polityką wschodnią

Utworzono: czwartek, 24 grudzień 2020 Anna Leszkowska

ModzelewskiKiedy myśli się o polskiej polityce wschodniej prowadzonej przez wszystkie rządy minionego trzydziestolecia (liberalno-lewicowe, liberalne i prawicowe), należy wskazać co najmniej trzy tzw. obszary (okropnie brzmi) naszej aktywności międzynarodowej: narrację, stosunki gospodarcze i geopolitykę.
Pragnę również zastrzec, że ów „Wschód” jako przestrzeń polityczną rozumiem w sposób tradycyjny, czyli jako wschodnią część Europy, którą wypełniają (przede wszystkim) Rosja, państwa powstałe po rozwiązaniu w 1991 roku Związku Radzieckiego i południowoeuropejskie państwa należące w przeszłości do „obozu państw socjalistycznych”.
Sądzę, że w tej przestrzeni mieści się na północy Finlandia (do 1918 roku była częścią państwa rosyjskiego), a na południu Turcja, ale nawet wyznawcy naszej postmocarstwowości jako „strategicznego sojusznika Stanów Zjednoczonych” nie sięgają wyobraźnią aż tak daleko.

Zacznijmy od języka („narracji”), którym posługuje się polska polityka wschodnia tego okresu. Jest to wrogi, podniecony język, wypełniony bez przerwy ostrzeżeniami przed „rosyjską agresją” lub „zagrożeniem rosyjskim”. Nie ma w nim czegokolwiek, co zasługiwałoby na miano tradycyjnie pojmowanej „polityki” w realiach międzynarodowych. Nie wiadomo również, do kogo adresowane są oświadczenia o „rosyjskim zagrożeniu”, „groźbie wojny hybrydowej”, „zielonych ludzikach” i „agresywnych zamiarach Putina”.
Mam wrażenie, że wszystkie te słowa służą tylko temu, aby je wypowiedzieć, i nie sięgajmy wyobraźnią dalej, a przede wszystkim nie wiemy, jaki mają wywołać skutek. Chyba jest on zupełnie nieważny. Nie oczekujemy reakcji, akceptacji, a nawet polemiki. Powiedzieliśmy swoje i już. Przyjęliśmy rolę osamotnionej Kasandry, której zupełnie nie obchodzi to, czy ktoś w ogóle słucha jej głosu.
Jeżeli dobrze rozumiem wizję nieszczęść, które czekają ten region świata, to namalowano ją w sposób następujący: − Rosja po „agresji na Gruzję”, „aneksji Krymu” i „wschodniej Ukrainy” nie zatrzyma się w swoich apetytach, przez co zagraża (czym? Kolejną aneksją?) państwom bałtyckim, a nawet Polsce;
− my „nie oddamy ani guzika”, musimy budować swój arsenał, kupując od Stanów Zjednoczonych drogie uzbrojenie, a przede wszystkim umacniać „wschodnią flankę NATO” (przeciw Rosji);
− sami nie umiemy się obronić (dlaczego?), konieczne jest więc wprowadzenie na nasze terytorium obcych wojsk, dlatego zabiegamy usilnie o stałą obecność wojsk państw NATO, najlepiej amerykańskich i brytyjskich, a nawet niemieckich, choć one już są obecne na naszych poligonach i trwale stacjonują na terytorium państw bałtyckich, co w świadomości (większości) Polaków rodzi raczej złe skojarzenia;
− naszą rolą jest „mobilizowanie” światowej opinii publicznej przeciwko „rosyjskiemu zagrożeniu”, nieustawanie w wysiłkach (słownych) i epatowanie (bezskuteczne) o antyrosyjską solidarność państw tego regionu.

Mam wrażenie, że nie zależy nam również na tym, czy ktoś bierze na poważnie nasze podniosłe słowa. Nie ma to dla nas zresztą żadnego znaczenia, bo jednocześnie nie chcemy się wplątać w żaden realnie istniejący spór. Przez prawie piętnaście lat wspieraliśmy słownie majdanową Ukrainę, gromiliśmy (słownie) rosyjską agresję, ale bynajmniej nie zabolało nas całkowite pominięcie przy stole rokowań mających na celu zakończenie tego konfliktu. Nikt nas tam nie chce, bo również nikt nie słucha naszej politycznej narracji.

Sądzę, że wszyscy adresaci naszego gadania traktują nas jako niegroźnych podjudzaczy, którzy w razie czego wezmą ogon pod siebie i zostawią partnerów na lodzie. Zresztą co mielibyśmy zrobić w ich interesie? Nie mamy na to ani środków, ani chęci (czyli tu jesteśmy zaskakująco racjonalni).
Zapominamy również, że w świadomości politycznej nowych państw powstałych na wschód i północ od naszej wschodniej granicy, jesteśmy byłym… agresorem (podobnie jak Rosja i Związek Radziecki), którego poparcie dla ich niepodległościowych ambicji brzmi zupełnie niewiarygodnie. Ciągle jesteśmy skrycie podejrzewani o chęć powrotu na „ich” terytorium oraz zgłoszenia roszczeń terytorialnych i majątkowych („walka o Kresy Wschodnie”).
Z perspektywy Wilna czy Kijowa nasze bezwarunkowe wsparcie dla niepodległości tych państw jest czymś wręcz podejrzanym, dlatego że są to państwa ze swej istoty antypolskie, bo przecież nikt o zdrowych zmysłach nie może w Polsce popierać ich niepodległościowych aspiracji.

Największe obawy budzi powtórka pokoju ryskiego, czyli dogadanie się Polski z bolszewikami (tzw. czerwoną Rosją) i podział stref wpływów w tym regionie świata między dwóch największych graczy. Państwa te nie chcą mieć z Polską nic do czynienia i obawiają się, że nad ich głowami Warszawa ugada się z Moskwą. Inaczej mówiąc, jak słusznie zauważyli polscy politycy przed stu laty, tylko bolszewicy mogą najwięcej dać na wschodzie, bo wszystkie nowo niepodległe państwa między Polską a Rosją są obiektywnie równie antypolskie, co antyrosyjskie.

Chyba nie istnieje także jakaś koncepcja polityki gospodarczej naszego kraju w stosunku do państw tego regionu. Wiemy tylko, że:
− mamy uniezależnić się od dostaw gazu z Rosji (ale już nie od dostaw ropy naftowej);
− ma powstać Via Carpatia, która połączy bałtyckie porty Litwy i Łotwy z południowo-wschodnią Europą, czyli kosztem naszych bałtyckich interesów (jakiś nonsens);
− konsekwentnie likwidujemy obecność naszych towarów i firm na rynku rosyjskim poprzez nakładanie na naszych eksporterów sankcji wywozowych;
− poparcie polityczne dla pomajdanowej Ukrainy idzie w parze z utratą ukraińskich rynków;
− tolerujemy, a nawet wspieramy import rosyjskiego węgla.
Nic nie wiadomo o wspieraniu rozwoju handlu między Polską a innymi państwami tego regionu, zwłaszcza wzajemnym wspieraniu inwestycji czy ograniczeniu przemytu.
Jedyną znaną formą integracji jest rozwój fikcyjnego handlu z Litwą, Łotwą, Słowacją i Czechami, mającego na celu wyłudzanie zwrotów VAT-u, co jest najbardziej opłacalną działalnością, z którą nie może konkurować tradycyjny handel.
Wciąż nie stanowimy dostatecznie chłonnego rynku zbytu dla towarów pochodzących z państw ościennych, tamtejszy biznes (podobnie jak polski) jest zbyt słaby, aby rozwijać się poprzez eksport na naszym rynku. Jest to wciąż rynek zbyt biedny i podzielony między zachodnie sieci handlowe. Czy umiemy wymienić choćby po pięć produktów wytworzonych w każdym z sąsiednich państw, które na trwałe zaliczają się do koszyka dóbr naszych konsumentów? Odpowiedź znamy.
Na koniec o geopolityce wschodniej naszych niepodległych rządów. Liberałowie i lewica wprost i bez reszty podporządkowali nas polityce niemieckiej. Później (dość niedawno) pojawiła się koncepcja Trójmorza, czyli jakiegoś regionalnego związku państw wschodnio-bałtyckich, zachodnio-czarnomorskich i wschodniego Adriatyku. Do tej grupy mają się zaliczać również Słowacja, Węgry, a może nawet Austria i państwa postjugosłowiańskie. Czy jest tam miejsce także dla Ukrainy i Finlandii? Nie wiadomo.

Znawcy polityki amerykańskiej twierdzą, że protektorem i inicjatorem Trójmorza są Stany Zjednoczone, które chcą osiągnąć dwa cele strategiczne:
− oddzielenie Niemiec od Rosji nowym „kordonem sanitarnym”, co ma osłabić Unię Europejską poprzez uniemożliwienie jej rozwoju dzięki integracji ekonomicznej z rynkiem rosyjskim;
− zablokowanie utworzenia nowego jedwabnego szlaku, który miałby kończyć się właśnie w tym regionie, czyli tu wrogiem są Chiny.
Wydaje się, że plan ten brzmi dość rozsądnie, jeżeli spełnione zostaną trzy warunki „brzegowe”:
− do Trójmorza nie będzie włączona Ukraina, która jest państwem zbyt dużym i mało obliczalnym, destabilizującym ten region, a przede wszystkim w stanie agonii;
− dla państw tego regionu, będących w dużej części zapleczem ekonomicznym Niemiec, będzie to próba wyjścia z tej kurateli i odzyskania ekonomicznej niepodległości (ale na to przecież nikt w Berlinie im nie pozwoli);
− rządy w Warszawie nie będą chciały odgrywać roli lidera, bo federacji z Polską nikt teraz nie chce (ani nie chciał przed stu laty), czyli musimy się zgodzić na pośrednią, drugoplanową rolę, co jest zgodne z naszym potencjałem, ale zupełnie nie pasuje do naszych (ukrytych) ambicji. Wręcz zaskakujące jest to, że stanowi to jakiś powrót do koncepcji NATO-BIS, której autorem był… Lech Wałęsa.
Jeżeli coś wyjdzie z tej inicjatywy, to szybko i na siłę doń wproszą się Niemcy i przekształcą Trójmorze w nową wersję ich Mitteleuropy, czemu przyklaśnie większość europejskich przywódców, taki sobie wszechobecny potworek występujący pod nazwą „społeczności międzynarodowej”.

W ciągu najbliższych lat (może szybciej) nastąpi trwałe zbliżenie między Rosją a Francją i Włochami, czyli cichy powrót do polityki równowagi (trzeci wariant ententy). Niemcy są zbyt silne, przez co mobilizują Paryż do dialogu z Moskwą. My oczywiście nie uczestniczymy w tej grze, zresztą są to progi nie na nasze nogi. Jednocześnie wrogość wobec Rosji, połączona z poparciem dla antyrosyjskich władz w Kijowie, wyeliminuje nas na lata z aktywnej roli w nowej polityce wschodniej i zachodniej Europy.
Witold Modzelewski

Słowo o polskim kapitalizmie ostatniego stulecia

Utworzono: poniedziałek, 25 styczeń 2021 Anna Leszkowska

ModzelewskiJeden z krytycznych wobec rządzących socjologów w równie opozycyjnych mediach zbeształ wszystkich, którzy krytykują „współczesny kapitalizm”. Stwierdził również, że „całe to ględzenie, jaki ten kapitalizm jest okropny, jest absurdalne” (I. Krzemiński, Bronię liberalizmu, „Rzeczpospolita Plus Minus”,11-12.01.20).
Mimo że słowa te były adresowane do lewicy, która – jego zdaniem – chce likwidacji kapitalizmu i „rozdania wszystkiego po równo”, pozwolę sobie odnieść się do tej myśli. Czy nasz „kapitalizm jest okropny”? Najpierw odpowiem na pytanie, co rozumiem przez pojęcie kapitalizmu, a zwłaszcza czy ustrój ekonomiczny w Polsce, panujący od czasów tzw. reform Balcerowicza, jest „prawdziwym kapitalizmem”? A jest? Nie wiadomo, a raczej nie jest lub jest swoistym kapitalizmem.
Przed wojną państwo polskie też nie było państwem kapitalistycznym, więcej, było państwem antykapitalistycznym. Polska reaktywowana przed stu laty była antykapitalistyczna (wystarczy przypomnieć poglądy na ten temat osób rządzących tym państwem, zwłaszcza Józefa Piłsudskiego oraz „chłopców Komendanta”), przy czym wrogość wobec kapitalizmu nie musi być przecież lewicowa. Może być plemienna, agrarna, a nawet wyłącznie inteligencka.

Druga RP, powstająca jeszcze w czasie pierwszej z wielkich wojen, była w istotnej części projektem niemieckim, a jej początek dał akt dwóch cesarzy z dnia 5 listopada 1916 roku, który zakładał antykapitalistyczne odprzemysłowienie byłej Kongresówki, co miało nastąpić w porozumieniu z ziemiaństwem reprezentującym wówczas główny żywioł polski. Przemysł Kongresówki był w rękach Żydów, Rosjan i innych cudzoziemców, obnosił się swoim bogactwem i zabierał siłę roboczą ze wsi. Realizujący ten program politycy polscy (?) wiedzieli, w czym uczestniczą, nienawidzili „obcych” kapitalistów, chcieli pomóc Niemcom w ich wyniszczeniu i w dużej części plan ten zrealizowano. Każdy, kto chce poznać stan świadomości polskich elit tego okresu i ich stosunek do kapitalizmu, niech sięgnie i uważnie przeczyta najważniejsze (moim zdaniem) dzieło Reymonta, czyli Ziemię obiecaną. Ówczesna polskość była w kontrze do kapitalizmu, który był obcy narodowo i klasowo.

Nie chciano również tworzyć polskiej klasy kapitalistów ani przed wojną, ani tym bardziej w czasach PRL-u. Co najważniejsze, nie formowano jej także po 1989 roku. Majątek przemysłowy i handlowy przedsiębiorstw państwowych miał co najmniej przejść w ręce „zagranicznych inwestorów”, a powstała w tym czasie niewielka warstwa miejscowych oligarchów była z istoty tworem sezonowym, gdyż zarabiała głównie dzięki wyprzedaży za bezcen przejętej masy upadłościowej, w którą przekształcono istotną część (większość?) polskiego przemysłu w wyniku Balcerowiczowskiej „transformacji”.

Scenariusz przecież był podobny do tego z przeszłości: zniszczyć państwowy i spółdzielczy przemysł, odebrać ludziom oszczędności, tak aby Polska wróciła do agrarnej utopii, tworzonej na tych ziemiach po raz pierwszy pod koniec I wojny światowej, a tym samym by za darmo oddała swoje aktywa, a przede wszystkim ludzi. Oczywiście najważniejszym celem taktycznym było osłabienie związków zawodowych, a zwłaszcza Solidarności, która rozsiadła się wygodnie w „komunistycznych” przedsiębiorstwach – nie będzie tych przedsiębiorstw, to nie będzie też groźnych, „rozwydrzonych” związkowców. Tu interesy komunistycznej nomenklatury i rzeczywistych twórców owego programu były w pełni zbieżne, ale to tak na marginesie.

Co równie istotne, od 1989 roku nie oszczędzano także byłych „prywaciarzy”, którzy jakoby musieli się przekształcić w „prawdziwych kapitalistów”. Władze państwowe były dość opresyjne w stosunku do nowego sektora prywatnych przedsiębiorstw, które powstawały oddolnie, bez przejmowania za bezcen majątku państwowego. Oczywiście nikt nie przeszkadzał „zagranicznym inwestorom”, którzy częściowo przejęli ekspaństwowy przemysł; im dawano przywileje podatkowe, rozciągano nad nimi parasol ochronny, a o jakichkolwiek represyjnych kontrolach nikt nie słyszał. Najważniejsze, że pozwalano im (i pozwala się do dziś) transferować zyski i unikać opodatkowania. Dla nich tworzy się przepisy, które m.in. eliminują ich miejscowych konkurentów.

Wiemy, że „kapitalizm” trzeciej RP jest w istotnej części patologiczny, postkolonialny, a najważniejszą rolę odgrywają w nim nasi „partnerzy strategiczni”, którzy biorą to, co chcą i likwidują każdą potencjalną konkurencję. Tak jak w latach 1916–1918 niemiecki okupant niszczył prywatny przemysł Kongresówki, tak głównie niemiecki protektor w latach 1989–2015 (a może dłużej) kształtował w białych rękawiczkach obraz polskiej gospodarki. I wtedy, i teraz nastąpiło trwałe „odprzemysłowienie”, przy czym jednak polscy przedsiębiorcy w ciągu ostatniego trzydziestolecia potraktowali bardzo serio wolność gospodarczą i prawo do bogacenia się; obronili wiele, nawet sporo odzyskali, ale równie wiele stracili. Czy z tychże ludzi zrodził się polski, ale czy „prawdziwy kapitalizm”? Dopóki będzie otoczony przez zagraniczne i w większości wrogie im „instytucje finansowe”, a zwłaszcza banki, będzie to bardzo trudne.

Jedyną naszą wielką szansą było zdobycie rynków wschodnich, a przede wszystkim rosyjskiego, bo na zachodnim nikt nie pozwoli nam urosnąć do zbyt dużych rozmiarów. To wtedy nasi „partnerzy strategiczni” narzucili nam antyrosyjską retorykę i udział w sankcjach ekonomicznych, które na wiele lat wyeliminowały nas z tamtego rynku. Nasz kapitalizm nie jest „okropny”, tylko zależny. Gdy miejscowi, tzw. „nietransformacyjni” kapitaliści dostatecznie się wzbogacą, a państwo na rozkaz „zagranicznych inwestorów” nie będzie ich niszczyć, to mamy szansę wybić się na niepodległość i zakończyć okres postkolonialny. Kapitalizm bez kapitału jest ustrojem patologicznym.
Witold Modzelewski

Sukces Białorusi zapoczątkuje "wielki reset"

Utworzono: środa, 23 wrzesień 2020 Anna Leszkowska

ModzelewskiNajważniejsze (obiektywnie) wydarzenia historyczne z reguły są następstwem inicjującego je przypadku. Owa inicjacja rozpoczyna nowy czas, który już żyje samodzielnie, odsuwając w cień ów przypadek, który najczęściej popada w zapomnienie. Ale bez niego (prawdopodobnie) tzw. rzeczy potoczyłyby się w inną stronę.
Przeciwstawieniem powyższej tezy jest wiara w determinizm, czyli obiektywne „procesy historyczne”, „rządzące mechanizmy dziejowe”, czy jakieś tam „końce historii”. Ich istotą jest przekonanie, że wszystko już było i w dodatku wiemy jak było, a będzie tylko to, co już kiedyś było.

Parafrazując słowa Bismarcka na temat Wilhelma II, współczesny świat najgłośniej objaśniają nam ci, którzy nie wiedzą, ale również nie wiedzą, że nie wiedzą. Wydarzenia na Białorusi oraz ciąg zdarzeń, które po nich nastąpią, są bliższe teorii inicjalnego przypadku. Sam fakt, że kiedyś nastąpi kres rządów polityka, który włada danym państwem przez ćwierć wieku, jest czymś zupełnie oczywistym. Również pokojowy protest przeciwko kontynuacji jego rządów mógł przejść bez echa, tak jak wiele tego rodzaju zdarzeń charakterystycznych dla państw rządzonych przez mniej lub bardziej oświeconych satrapów. Ale wydarzyło się to w wyjątkowym czasie decyzyjnego nokautu, którym jest obowiązujący dogmat walki z pandemią, światowej zapaści ekonomicznej wywołanej metodami walki z tym zagrożeniem, „tu i ówdzie” występującego kryzysu przywództwa, ostatniej prostej wyrównanej kampanii wyborczej w najważniejszym supermocarstwie, uwikłanym w zimną wojnę ze swoim głównym rywalem ekonomicznym, gnijących wrzodów niewygranych wojen, bezspornych porażek „wolnego świata” w regionalnych konfliktach, zglobalizowanej polityki oraz ogólnej porażki wszystkich, którzy od piętnastu lat wpływają na stan najbliższego sąsiada Białorusi, czyli Ukrainy.

Zbyt wiele niewiadomych, brak umiejętności prognozowania nawet najbliższej przyszłości oraz strach i bezradność tych, którzy uzurpują sobie prawo decydowania za innych, spowodują, że owe „rzeczy” potoczą się w nieprzewidywalnym (normalnie) kierunku.
A jaki on będzie? Popuśćmy wodze fantazji. Ci, którzy prędzej czy później będą rządzić Białorusią uzyskają na pewien czas w tych okolicznościach nieznany zakres swobody. Jedyną istotną presją, która będzie spędzać im notorycznie sen z powiek, będzie świadomość, że nikt nie autoryzuje i nie popiera ich działań. Nikt nie będzie „wiedział lepiej”, co w tych okolicznościach mają czynić, w tym również sami bezpośrednio zainteresowani. Wbrew temu co ktoś opowiada, „ich („Białorusinów”) oczy nie zwróciły się na Zachód (czyli na nas), a jego regionalne wzorce nie są czymś nachalnie atrakcyjnym (patrząc na północ, jak i na południe), a najważniejszym, nadrzędnym przykazaniem nowego pokolenia polityków jest i będzie uniknięcie rozlewu krwi, czyli wojny. Każdej wojny: tej zimnej i tej gorącej.

Jeśli jest tu jakaś historyczna paralela z naszą przeszłością, to warto przypomnieć czasy mądrych po szkodzie polityków, którzy rozpoczynali kariery w czasie Sejmu Czteroletniego, a następnie rządzili dwoma wariantami „Rzeczypospolitej jeden i pół”, czyli Księstwem Warszawskim i Królestwem Kongresowym lat 1815-1830. Byli ostrożni, realistyczni i kompromisowi. Ale dużo skuteczniejsi niż ich następcy.
Sądzę, że w jakiś sposób będą do nich podobni politycy postłukaszenkowej Białorusi, którzy będą chcieli przede wszystkim dogadać się z każdym, kto będzie chciał mieszać w ich kotle. A że wszyscy szkodliwi ingerenci, mimo że obiektywnie silniejsi, są mocno uwikłani w własne problemy, to łatwiej będzie się z nimi dogadać.

Znów zrobię wycieczkę do naszej przeszłości: polscy politycy pierwszego trzydziestolecia XIX wieku byli wyjątkowo elastyczni: w 1812 roku w pełni autoryzowali agresję na Rosję, by po dwóch latach przejść do jej obozu i budować kolejną wersję polskiej państwowości pod berłem cara Aleksandra I, który był również królem Polski. W drugiej, już pokojowej batalii osiągnęli dużo więcej od niedawnego wroga, a napoleońscy generałowie, łącznie z patronem naszego hymnu generałem Janem Henrykiem Dąbrowskim, przeszli na nową służbę: przedtem służyli cesarzowi Napoleonowi - teraz cesarzowi Rosji. Czym różnili się od polityków dwudziestowiecznego chowu, a wiek ten przecież w sensie obiektywnym trwa do dziś? Nie byli zacietrzewieni i ograniczeni: umieli zmienić sojusze w interesie Polski. I dali nam więcej niż wszyscy „niepodległościowi determiniści”, którzy nie mieli na tyle wyobraźni oraz odwagi, aby zawierać trudne kompromisy.
Nowe pokolenie polityków białoruskich będzie szukać kompromisów w imię pokoju, a przede wszystkim nie będą chcieli narazić swojego narodu na ukraińską poniewierkę. Nie będą też chcieć „dołączyć do Unii Europejskiej”, ani szukać protektorów dla antyrosyjskiej polityki w „zachodnich” stolicach. Osiągną sukces, który będzie porażką tych wszystkich, którzy chcieliby wyhodować „problem białoruski” jako antyputinowską dywersję.

Ów sukces będzie przykładem dla wielu: nie tylko na wschodzie, ale również w społeczeństwach innych państw - nie tylko środkowowschodniej Europy. Pokojowa wymiana elit, również aksamitne secesje, a przede wszystkim przyspieszenie wymiany pokoleniowej w wielu państwach, będą owym efektem domina. Jeśli Białorusinom uda się w łagodny sposób wysłać na emeryturę politycznie podstarzałe już pokolenie polityków, którzy wciąż żyją martwymi już schematami z przełomu wieku, to będzie to dla wielu dobry przykład. Inni też uwierzą, że jest to możliwe również w ich krajach.

Zapewne ktoś zauważy, że powyższa interpretacja tego casusu najwięcej obaw powinna widzieć w świadomości prezydenta Putina, bo to on powinien obawiać się pokojowego wezwania „uchadi”. Może. Sądzę jednak, że nie tylko: dotyczy to wielu państw nowej Europy, które mają dość nieudolnych rządów oraz starych elit rządzących poprzez zgrzybiałe biurokracje oraz lobbystów, które udowadniając dziś swoją niemoc w rozwiązaniu nawet tych problemów, które same tworzą. Czeka nas powolna lecz rozlewająca się fala pokojowych protestów w wielu krajach – również w Starej Europie i za oceanem. Mogą one zmienić wiele, a przede wszystkim odsunąć od władzy pokolenie dogmatyków wierzących w koniec historii.

Można oczywiście zdeptać ten ruch i obronić status quo. Tyle tylko, że nikt nie będzie miał odwagi wydać odpowiednich rozkazów i nie będzie kim pacyfikować pokojowych demonstrantów.
Przed trzydziestu laty masowe demonstracje zakończyły historię „państw demokracji ludowej”. To szmat czasu i weterani tamtego sukcesu nie będą mieć siły i chęci przeciwstawić się nowemu pokoleniu, które już nie wierzy w przymus „liberalnej demokracji”.
Witold Modzelewski

Ten sam scenariusz

Utworzono: sobota, 26 styczeń 2019 Anna Leszkowska


ModzelewskiDziś już wiemy, że antysystemowe, lewicowe partie w Kongresówce przełomu XIX i XX wieku, zwane ówcześnie socjalistycznymi lub socjaldemokratycznymi, były finansowane przez niemiecki, austriacki, a nawet japoński wywiad, zajmowały się szpiegostwem i sabotażem dla swoich mocodawców.

Dokumenty potwierdzające te związki zostały opublikowane, a wielu czołowych działaczy ówczesnej lewicy, zarówno tej, która sama siebie nazywała „niepodległościową”, jak i tej internacjonalistycznej (SDKPiL), było jednocześnie konfidentami jednego z zaborców, który szkodził drugiemu z nich. Najwięcej oczywiście szkodził nam, Polakom, bo jak zawsze zwykli ludzie płacą rachunki wszelkich działań dywersyjnych.

Znane i przez niektórych wciąż szanowane pisemko „Robotnik”, będące organem polskich socjalistów, publikowało instrukcje szpiegowskie i metody sabotażu, który był adresowany przeciwko rosyjskiemu zaborcy. Dziś należy ono w pełni do „skarbnicy czynu niepodległościowego”, bo przecież służba na rzecz zachodnich zaborców, a zwłaszcza Niemiec, była, jest i będzie dowodem głębokiego patriotyzmu.

Po co Niemcy finansowali wtedy lewicowych wywrotowców? Przypomnę, że na przełomie XIX i XX wieku Berlin porzucił prorosyjską politykę, bo wiedział, że może z Rosją przegrać na niwie gospodarczej. Rosyjski przemysł był nowocześniejszy, wydajniejszy i jeszcze bardziej dochodowy. Trzeba było go zniszczyć od wewnątrz; głównie przez robotniczą rewoltę („ulica i zagranica”). To wtedy powstał powielany później po wielekroć scenariusz: „wyzyskiwani” pracownicy podejmują walkę z pracodawcami, pokonują ich, a potem stają się bezrobotnymi, czyli niszczą nie tylko konkurencyjny przemysł, ale również swoje źródło utrzymania.

Czy się udało? Nie tylko u nas. W całej Rosji podburzony przez bolszewików motłoch zniszczył gospodarkę. Rozbito od wewnątrz ten kraj, podzielono na wiele „niepodległych” państw, przez co zniszczono jego największy atut – wielki rynek zbytu. Powstałe na jego gruzach małe państwa były zbyt biedne, aby przemysł tworzony na miarę rynku rosyjskiego mógł u nich przetrwać.

Po raz drugi w naszym kraju powtórzono ten scenariusz dopiero w czasach Polski Ludowej. Robotniczy bunt przeciwko podwyżkom cen zyskał tylko pozornie nieoczekiwanych zwolenników, których wsparcie okazało się bardzo bogate i wyjątkowo hojne. Obrończynią polskich „wolnych związków zawodowych” okazała się m.in. ówczesna premier Wielkiej Brytanii, która skutecznie zniszczyła brytyjski ruch związkowy.

I tym razem udało się podtrzymać robotniczą rewoltę, która wyniosła do władzy różnych Balcerowiczów, będących już tylko ostatecznymi wykonawcami dzieła zniszczenia. Polski przemysł po raz drugi rozsadzono od wewnątrz, „otworzono” rynek wewnętrzny dla importu po to, aby dużo droższe towary zachodnich firm nie miały już tu miejscowej konkurencji.

I tak jest do dziś. Raczej powtórki scenariusza nie będzie, bo już nie ma polskiego, konkurencyjnego dla Zachodu przemysłu. Ów „Zachód” nam wyznaczył rolę wyłącznie podwykonawcy. Nasza gospodarka jest podporządkowana cudzym interesom, a banki i fiskus dbają o to, aby nikt nie urósł. I nie urośnie. W końcu ostatecznie zrealizowano plan Mitteleuropy, czyli „przestrzeni życiowej” dla niemieckiej gospodarki.

Nie wiemy, jaki będzie koniec tej epoki. Prawdopodobnie upadek metropolii nastąpi w wyniku eksplozji demograficznej imigrantów, którzy utworzą tam nowy kalifat. Może tym razem wybijemy się wreszcie na niepodległość?
Witold Modzelewski

 

Our website is protected by DMC Firewall!