Politologia (el)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 464
Klimat entuzjazmu i optymizmu, związany z „powrotem” Polski na salony europejskie dla wielu polityków sprowadza się do odzyskania szans na udział w podziale finansowego unijnego „tortu”. Na dalszy plan schodzi problem kryzysu Unii Europejskiej jako struktury wymyślonej przez jej „ojców założycieli”, najpierw w formie wspólnot gospodarczych, a następnie integracji politycznej. Na naszych oczach kończy się związek państw narodowych, konkurujących ze sobą na zespolonym, kontynentalnym rynku.
Ustępujący rząd Zjednoczonej Prawicy w histerycznym stylu do końca reagował na debatę unijną o reformie traktatowej. Tymczasem tu nie o emocjonalną i afektywną reakcję chodzi. Procesy normatywnych i instytucjonalnych zmian są nieuchronne, choćby w kontekście poszerzania Unii Europejskiej o kolejne, niekoniecznie przygotowane do akcesji państwa. Dlatego ogólnonarodowa debata o przyszłości unijnej jest nieunikniona. Każdy rząd prędzej czy później będzie musiał odnieść się zarówno do aspiracji liberalnych federalistów, marzących o superpaństwie zdominowanym przez najsilniejsze potęgi, jak i do szans na utrzymanie specyfiki narodowych „ojczyzn”, które w zglobalizowanym świecie nie są w stanie utrzymać swojej suwerenności i autonomii decyzyjnej.
Nawet najbardziej euroentuzjastyczni obserwatorzy muszą przyznać, że Unia Europejska znalazła się w potrzasku. Wbrew swoim założeniom ideowo-programowym stała się w dużej mierze ze względu na zależność od atlantyckiego patrona, zaangażowanym po jednej stronie graczem geopolitycznym. Zamiast doskonalenia różnych pokojowych formatów „strategicznych partnerstw”, w tym z Rosją, postawiła na krucjatę ideologiczną i rywalizację „w starym mocarstwowym stylu”. Porzucenie pacyfistycznej natury na rzecz „współpracy obronnej” otwiera drogę do podobnej transformacji, jak stało się to z Sojuszem Północnoatlantyckim (od odstraszania do aktywnego wypierania).
Czym bowiem jest polityka unijna wobec Ukrainy, jeśli nie bezwzględną walką o nowy podział polityczny, gospodarczy i cywilizacyjny Europy? Jest walką w imię ponadnarodowej demokracji europejskiej, jednolitego reżimu organizacji życia społecznego oraz gospodarczego oddania w niewolę kapitalizmu korporacyjnego.
Nad tymi celami przechodzi się do porządku. Kto ma wątpliwości co do słuszności tych wyborów, nie zasługuje na miano prawdziwego Europejczyka. Jak można jednak opowiadać się za „ponadnarodową demokracją europejską”, jeśli demokracje „narodowe” nawet w państwach „starej” Europy stały się dysfunkcjonalne? Nie radzą sobie z istniejącymi kryzysami, ani nie tworzą stabilnych perspektyw rozwojowych. Podobnie promowanie zuniformizowanych wzorów życia społecznego wywołuje opór, a nawet bunt w różnych częściach samej Unii, a tym bardziej poza nią. Wreszcie ekspansja korporacyjnego kapitalizmu wywołuje nie tylko obsesje na tle własnego bezpieczeństwa, ale zmusza państwa Zachodu do budowania barier, izolowania się, czy stosowania polityki sankcji.
UE - organizm głęboko podzielony
Unia Europejska nawiązuje wprawdzie do kulturowej pamięci kontynentu jako całości czy jedności (choćby ze względu na chrześcijański rodowód), ale faktycznie jest organizmem głęboko podzielonym. Podstawowy podział odnosi się do dualizmu „starej Europy” (założycieli Wspólnot) i do „późnoprzychodzących” – państw z Europy Wschodniej. Różnice między nimi sięgają wzorów ustrojowych, poziomu dobrobytu, kultury politycznej, mentalności, etosów i imponderabiliów. Przywołują resentymenty, stereotypy i wzajemne uprzedzenia. Okazuje się, że tkwią one tak głęboko w świadomości ludzkiej, że nie sposób ich wykorzenić w ciągu kilku pokoleń.
Inny podział ma rodowód ideologiczny i aksjologiczny – mamy do czynienia ze ścieraniem się dwu nurtów: postępowego (reformatorskiego, tolerancyjnego, prospektywnego) i zachowawczego (populistycznego, nacjonalistycznego, ksenofobicznego).
Spór nie toczy się między narodami, ale między wrogimi sobie pod względem ideowo-światopoglądowym obozami. Okazuje się na przykład, że przywiązanie do religii jako wartości kulturowej, a nawet narodowej, jak w przypadku Polski i Polaków, może być tak silne, że staje się czynnikiem różnicującym, a nie scalającym z resztą coraz bardziej zlaicyzowanej Europy. Mimo tego, że niemal wszyscy obłudnie powołują się na jakieś enigmatyczne wartości chrześcijańskie.
Unia Europejska jest też zróżnicowana pod względem geopolitycznym na Północ i Południe, na Wschód i Zachód. Jest podzielona na tle stosunku do hegemonii amerykańskiej, a także w kontekście relacji z Rosją. Jej atlantyckie afiliacje powodują, że staje się bezwolnym narzędziem Stanów Zjednoczonych w globalnej rywalizacji Zachodu z Chinami i Rosją. Społeczeństwa Unii zostały poddane presji strachu przed zagrożeniem wojennym, co pociąga za sobą militaryzację gospodarki oraz przyzwolenie na rozmaite formy inwigilacji. Rządzący nie szukają rozwiązań pokojowych, ale całą winą za wybuch konfliktów obarczają geopolitycznych oponentów.
Walka o państwa narodowe
Przyspieszenie technologiczne naszej epoki, wyrażające się w dynamicznym rozwoju i użyciu sztucznej inteligencji, pociąga za sobą głębokie zmiany społeczne, których skutków do końca nie rozumiemy, albo nie chcemy zrozumieć. Dotyczą one z jednej strony przeobrażeń świadomości społecznej w kierunku kosmopolitycznym i postnarodowym, a z drugiej – wyodrębniania nowych tożsamości, obrony wyjątkowości, lokalności i regionalności. Dyfuzja wartości sprzyja niewątpliwie uniformizacji wzorów zachowań, ale nie należy też lekceważyć zjawiska odwrotnego, czyli ich dyferencjacji.
Jedne społeczności nie mają trudności z afirmacją „paneuropeizmu i poprawności politycznej”, na przykład z ogłupiającą modą na „feminatywizację” języka. Inne robią wszystko, aby bronić państwa narodowego i jego przyszłości, poprzez akomodację i racjonalizację jego funkcji. Wydaje się, że przykład Węgier jest niezwykle pouczający właśnie z tego powodu. Viktor Orbán doskonale bowiem zdaje sobie sprawę z tego, że małe państwa i narody więcej zyskają, nie dając się wchłonąć amorficznym strukturom wspólnotowym, w których zgodnie z zasadą superordynacji, najwięcej do powiedzenia mają najsilniejsi i najwięksi.
Zachodowi bardzo zależy na tym, aby ze względu na jego supremację cywilizacyjną, państwa narodowe roztopiły się we wspólnocie politycznej i gospodarczej. Nie brak pomysłów na zbudowanie „Europy bez granic”, w której zamiast narodów wyłoni się „europejskie społeczeństwo obywatelskie”. Byliby to wszyscy obywatele europejscy, dla których najważniejszym punktem odniesienia są regiony i miasta, w istocie „małe ojczyzny”, spełniające role „komórek” składających się na eklektyczną całość.
Trudno tutaj uniknąć skojarzenia z rozdrobnieniem jednostek geopolitycznych okresu średniowiecza. A może właśnie o to chodzi, aby rozproszone, zdecentralizowane ośrodki polityczno-administracyjne poddać nowej imperializacji, demontując dotychczasowy porządek terytorialny, narodowy i religijny oraz tworząc nowe wymiary zależności. W Polsce mało kto poddaje ten scenariusz poważnej analizie. Wielu ludzi nie obchodzą problemy integracji europejskiej, jako zjawiska zbyt abstrakcyjnego i trudnego do zrozumienia. Polacy w swojej masie nie są skłonni bronić się przed politycznym ubezwłasnowolnieniem. Dostrzegając pewne korzyści ze stopniowego bogacenia się i swobodnego przemieszczania się w ramach Unii Europejskiej, wielu obywatelom obojętny jest los państwa narodowego i scenariusze związane z przynależnością do nowego imperium.
Występuje jedynie antyniemiecka histeria, poprzez którą prawicowi i populistyczni politycy straszą, że narodowa potęga Niemiec prędzej czy później przekształci się w tendencje hegemoniczne. Niemcy z natury bowiem mają poczucie wyższości i przewagi nad innymi, a przynajmniej tak są postrzegani, nawet gdy sami nie zdają sobie z tego sprawy. Należałoby zatem nie tyle upominać się o „więcej Niemiec” w Europie, ile wspólnie zdefiniować na forum unijnym funkcje systemu hegemonialnego wobec słabszych uczestników projektu integracyjnego. Udawanie, że nie ma konfliktu między niemiecką Realpolitik a partykularnymi interesami wielu państw członkowskich może doprowadzić nie tylko do frustracji i rozczarowań, ale i wzrostu tendencji odśrodkowych w Unii.
Lekceważone społeczeństwa
Istnieje jakieś bezrefleksyjne przyzwolenie na to, aby Europa wkroczyła na drogę „ponadnarodowej demokracji europejskiej”, która ma być rozwiązaniem problemów kryzysogennych. Czy jednak jest to naprawdę panaceum na zjawiska różnic kulturowych, religijnych czy ekonomicznych? W jaki sposób owa europejska ponadnarodowa demokracja poradzi sobie z asymilacją i integracją milionów migrantów, a także ze zjawiskami odradzających się nacjonalizmów i populizmów, które nie są bynajmniej charakterystyczne wyłącznie dla Polski Jarosława Kaczyńskiego czy Węgier Viktora Orbána. Przecież Marine Le Pen czy Geert Wilders zdobywają coraz większe poparcie w krajach „starej” Europy!
Oligarchiczne kasty polityków nie mają recepty na zahamowanie procesów rosnącego rozwarstwienia społecznego i zubożenia, polaryzacji między bogatymi i biednymi, kontroli zmian demograficznych, zapobieżenie drastycznemu obniżaniu poziomu edukacji, narastaniu terroryzmu i przestępczości oraz odradzaniu fundamentalizmów religijnych. Tendencje populistyczne i nacjonalistyczne są formą obrony niezadowolonych obywateli i ruchów społecznych z powodu niesprawiedliwej dystrybucji dóbr, ale i narzucania wzorców kulturowych, obcych własnemu dziedzictwu.
Społeczeństwa państw Unii Europejskiej są karmione utopijnymi koncepcjami wdrożenia politycznej równości wszystkich obywateli Europy, bez uwzględnienia głębokich podziałów na tle ekonomicznym i kulturowym. Równość obywatelska przybiera jedynie charakter formalnej równości wobec prawa. Skorzystanie z praw wyborczych w skali europejskiej też sprowadza się do uprawnień formalnych pojedynczych obywateli. W myśl utopijnych założeń zapomina się, że równość polityczna nie eliminuje ani podziałów klasowych, ani narodowych. Nie gwarantuje też prawdziwej wolności. Oligarchizacja we współczesnym kapitalizmie zaszła tak daleko, że żadne reformy Unii Europejskiej nie zmienią tego stanu rzeczy. Ponadnarodowa demokracja europejska byłaby jedynie kolejną maską dla drapieżnego neoliberalnego kapitalizmu, w którym o losach mas obywatelskich decydują nieliczni.
Zapomniano o pokoju
Unia Europejska przestaje być ugrupowaniem państw, które miało bronić pokoju europejskiego. Zaangażowanie Niemiec w konflikt bałkański na początku lat 1990. było pierwszą oznaką tego, że nie wypracowano kolektywnej polityki zagranicznej i obronnej. Raczej podporządkowano ją wojowniczej strategii NATO. Z tego powodu mamy dziś do czynienia nie tylko z masowym przestawianiem środków budżetowych na cele militarne, ale także z aktywnym wspieraniem jednej ze stron wojujących. Wojna na Ukrainie pokazuje, że Unia Europejska, tak chętnie postrzegająca siebie jako siła pokojowa, jest współuczestnikiem i współwinowajcą jednej z największej tragedii wojennych Europy. Zamiast wykorzystać swój potencjał dyplomatyczny w celu poszukiwania rozwiązań pokojowych, rozbudowa armii i intensyfikacja zbrojeń stają się środkami nachalnej militaryzacji stosunków międzynarodowych.
Co ciekawe, stosunek do wojny na Ukrainie nie ma żadnego związku z podziałem na lewicę i prawicę w państwach członkowskich UE, z ich krytycznym stosunkiem do autorytaryzmu, kultywowania haniebnych ideologii rasistowskich czy nazistowskich. Bezwarunkowe poparcie dla Ukrainy nie uwzględnia „mitycznych” wartości europejskich w ocenie tego państwa. Nie spełnia ono przecież żadnych kryteriów, warunkujących akcesję, o których głośno mówi węgierski premier. Wybiórcze podejście, oparte z jednej strony na ślepocie poznawczej, a z drugiej na wrogości wobec Rosji powoduje, że Unia Europejska otwierając się na Ukrainę, pogrąża moralnie samą siebie. Akceptacja Ukrainy niespełniającej warunków unijnych prowadzi nie tylko do wytworzenia nowych linii podziałów w ramach ugrupowania, ale oznacza głęboką zmianę aksjologiczną. Wiedzie do promowania liberalizmu gospodarczego w jego najgorszym oligarchicznym wydaniu, przy relatywizowaniu, a nawet odrzucaniu liberalizmu wartości.
Ukrainie należy pomagać w odzyskaniu wewnątrzsterowności i zbudowaniu nowej tożsamości, ale nie za wszelką cenę. Racje dzisiejszej Ukrainy nie pokrywają się przecież – wbrew propagandzie stron - z interesami wszystkich państw unijnych. Póki nie stanie się ona państwem pluralnej demokracji (na razie mamy tam do czynienia z „dyktaturą wojenną”), państwem praworządnym i wyzwolonym z powszechnej korupcji, należałoby angażować się pośrednio, a nie bezpośrednio w jej zwycięstwo. Tymczasem Europa w splocie unijno-natowskim bierze na siebie kosztowne gwarancje bezpieczeństwa Ukrainy, zastępując w tej sprawie wycofujące się Stany Zjednoczone. Stawianie na maksymalistyczne cele pokonania Rosji może jednak wywołać nowe kryzysy i doprowadzić do wewnętrznej rewolty antyunijnej.
Coraz więcej państw będzie bowiem wyrażać swój sprzeciw i społeczne niezadowolenie z zaangażowania Unii Europejskiej w nieswoje wojny. Po epoce mizernego przywództwa mogą powrócić na arenę europejską politycy nie tylko o ciągotach autorytarnych, ale także o większej mocy sprawczej, zdolni do stanowczego sprzeciwu wobec władztwa biurokratycznego kolektywu brukselskiego. Będą oni w stanie obronić państwa narodowe, które są zdolne do ciągłego odradzania się i adaptacji wobec zmieniającego się środowiska. Żadna organizacja ponadnarodowa nie jest w stanie zastąpić państwa narodowego w jego funkcjach politycznych i organizacyjno-prawnych, a także gospodarczych i kulturowych. Jedynie państwo może ochronić tożsamość narodową zamieszkującej je ludności. W czasach erozji suwerenności wartość ta pozostaje jedyną, której trzeba bronić za wszelką cenę.
Do czego potrzebne jest państwo
Warto pamiętać, wychodząc z tragicznych lekcji historii Polski (zabory, okupacje, zniewolenia), że posiadanie państwa przez dany naród czy grupę narodów i narodowości jest elementem legitymizującym i nobilitującym je w środowisku międzynarodowym. Daje ono możliwości i szanse artykułowania interesu narodowego wobec innych. Jest gwarantem i arbitrem w nierównej konfrontacji między rynkiem a obywatelem, zwłaszcza w kontekście ofensywy zwolenników neoliberalizmu. Wielu znawców problemu (np. Walter Block, Jerzy Wilkin) uznaje, że żadna działalność gospodarcza współcześnie ani w dającej się przewidzieć przyszłości nie będzie możliwa poza państwem i bez jego współudziału.
Państwo pozostaje jedyną instytucją, zdolną do tworzenia porządku prawnego, odpowiadającego lokalnym uwarunkowaniom. Chodzi przede wszystkim o regulowanie stosunków między grupami społecznymi na tle podziału bogactwa społecznego, prowadzenie aktywnej polityki wobec rynku pracy, generowanie prawa chroniącego przed nieuczciwymi praktykami ze strony przedsiębiorców, banków czy korporacji międzynarodowych. Walka z wykluczeniem czy łagodzenie negatywnych skutków nierówności społecznych pozostają, jak wiadomo, ważnymi postulatami aksjologicznymi w programach wielu sił politycznych, sprawujących władzę i pretendujących do rządzenia w państwie.
Nowoczesne państwo nie może pozostawać obojętne wobec obywateli, ale i osób bez tego statusu, które znalazły się na jego terytorium – nie może nie okazać pomocy, wsparcia czy choćby współczucia, gdy z niezawinionych przez siebie przyczyn są one w trudnej sytuacji życiowej (katastrofy humanitarne, kryzysy migracyjne, klęski żywiołowe). Mechanizm wolnego rynku jest w takich sytuacjach bezduszny, pozbawiony sentymentów i litości. To, że Unia Europejska nie potrafiła uporać się z kryzysem migracyjnym i ostatecznie przerzuca odpowiedzialność na państwa członkowskie jest tego najlepszym dowodem.
W roku wyborów europejskich polski rząd powinien odpowiedzieć sobie na pytanie, w jakim stopniu przynależność do Unii Europejskiej, tej oligarchicznej instytucji o charakterze integracyjnym, pomaga w utrzymaniu kontroli nad atrybutami własnej państwowości. Wiadomo przecież, że ta organizacja, wraz z potężnymi korporacjami, jak wielkie imperia, będzie usilnie dążyć do wpływania na narodowe procesy decyzyjne, w kierunku zgodnym z interesami potentatów gospodarczych.
Warto zastanowić się, jakich kandydatów wystawić do Parlamentu Europejskiego. Czy ma to być – jak dotychczas - delegowanie zasłużonych notabli lub niewygodnych polityków na stanowiska synekuralne, czy też przedstawicieli środowisk eksperckich młodego pokolenia, którzy dysponują wystarczającą wiedzą i odwagą, aby przeciwstawić się narzucaniu przez aparat unijny cielęcego entuzjazmu i bezkrytycznego posłuchu.
Stanisław Bieleń
Wyróżnienia i śródtytuły pochodzą od Redakcji.
- Autor: Radosław S. Czarnecki
- Odsłon: 3771
Prowadzenie kampanii było niezwykle brutalne i niehumanitarne. Sam Kitchener odnosił się do mahdystów z niebywałym okrucieństwem i absolutną pogardą. Zabraniał udzielania pomocy medycznej rannym rebeliantom. Wielu dobijano. Po zdobyciu Omdurmanu, kiedy Anglicy sprofanowali w barbarzyński sposób grób przywódcy powstania Mahdiego, Kitchener zatrzymał jego głowę jako zdobycz wojenną. Podobno chciał ją przerobić na puchar lub kałamarz. Kiedy wieści o tym dotarły do opinii publicznej, podniosły się głosy oburzenia i generał musiał napisać do królowej list z wyjaśnieniami. Głowę Mahdiego przejął brytyjski konsul generalny w Egipcie, pochował ją na cmentarzu w Wadi Halfie.
To tylko jeden z przykładów na charakter licznych wojen kolonialnych prowadzonych przez europejskie kraje w XIX wieku. W tzw. belle epoque zachodniej kultury. To tylko jeden z przykładów eksterminacji, bezmyślnego niszczenia Innej osoby ludzkiej, której odmawia się człowieczeństwa. To tylko plastyczna ilustracja kolonialno-imperialnej mentalności, jaką dało Europie chrześcijaństwo i jasna egzemplifikacja misji szerzenia wiary religijnej (jedynie prawdziwej), utożsamionej z instytucją (jaką są kościoły chrześcijańskie różnych denominacji), która z kolei sprzęgła się onegdaj nader ściśle z państwem europejskim, na całej oikumene. To także egzemplifikacja biblijnego passusu: czyńcie Ziemię sobie poddaną. Wytępić całe to bydło
„Wytępić całe to bydło” - taki tytuł nosi książka szwedzkiego dziennikarza, publicysty, historyka literatury i kulturoznawcy Svena Lindqvista. Mottem będącym jednocześnie wprowadzeniem do całego materiału jest hasło szwedzkiej Organizacji Oporu Rasy Aryjskiej – co prawda z roku 1991, ale nadzwyczaj adekwatne dla mentalności czy świadomości członków, bądź sympatyków wszystkich ruchów ultraprawicowych, fundamentalistycznie religijnych i rasistowskich w kulturze Zachodu wczoraj, dziś i zapewne jutro – brzmiące następująco: „Na dobrą sprawę powinno się wytępić wszystkich Żydów i Murzynów. Pozostałe rasy znikną i wymrą”.
Szwedzki dziennikarz opisuje na tle swej podróży do Afryki Północnej historię kolonializmu i podbojów Czarnego Lądu prowadzoną w wiekach XVII – XIX i w początku wieku XX przez europejskie imperia kolonialne – zwłaszcza Anglię i Francję (choć nie pomija on też „zasług” w tej mierze Hiszpanii, Belgii, Portugalii, Niemiec czy USA). Według jego mniemania – i jest to sąd słuszny oraz prawdziwy w świetle prezentowanych faktów – pierwszą ofiarą ludobójstwa byli Kanaryjscy Guanczowie, którzy zostali w XV wieku wytępieni totalnie przez Hiszpanów.
Guanczowie to autochtoniczni mieszkańcy Wysp Kanaryjskich pochodzenia berberyjskiego (ocenia się, że przed podbojem Kanarów przez Hiszpanów żyło tam we wspólnotach zbliżonych do pierwotnych ok. 80 tys. Guanczów). Po długotrwałych walkach z konkwistadorami Ferdynanda i Izabeli, z użyciem artylerii, koni i żelaza, została garstka autochtonów. Reszty dopełniły znane z Europy zarazy: dyzenteria, zapalenie płuc, choroby weneryczne oraz alkoholizm. Nie przetrwał do czasów nowożytnych nikt z tego ludu. Niektórzy znawcy tematu uważają, iż Guanczowie posiadali sporo cech ludzi z okresu neolitu (może nawet byli endemiczną pozostałością człowieka z Cro-Magnon). Była to więc - w takim wypadku - „żywa skamielina” z dawno minionych epok, osiadła na izolowanych skrawkach afrykańskiego lądu. To, zdaniem Lindqvista, pierwsze kolonialne ludobójstwo, jakiego dopuścili się Europejczycy na innych zbiorowościach rozszerzając swe panowanie, tworząc kolonie, goniąc za ziemią, zyskami, złotem etc. I – a jakże – chrystianizując barbarzyńców.
Interesująca jest konfrontacja poglądów naukowych oraz rozwoju teorii i idei na Starym Kontynencie w XIX wieku z powstawaniem i umacnianiem się w świadomości elit (a później mas tworzących się społeczności i państw narodowych) poglądów imperialnych, rasistowskich i totalitarnych. Pokazuje ona jak duma, mania wyższości nad innymi ludźmi (chodzi o kolor skóry, wyznanie religijne, kulturę, język itd.), poczucie cywilizacyjnej misji i przekonanie o prawdziwości wyznawanej wiary religijnej prowadziła Europejczyków do kolejnych podbojów, usłanych ludobójstwem, grabieżami, krwią tubylców i niszczeniem miejscowych kultur.
Szwedzki autor stawia odważną i śmiałą tezę, że holocaust dokonany przez hitlerowców na Żydach zamieszkujących Europę (zwłaszcza Europę środkowo-wschodnią) poprzedziły właśnie te kolonialne, imperialne podboje i dokonywane wraz z nimi zniszczenia innych kultur, religii, zwyczajów; czynione zwyczajnie i świadomie masowe mordy, a nawet liczne ludobójstwa. Ten okres przygotowywał - materialnie i duchowo - ideę „ostatecznego rozwiązania” kwestii żydowskiej programowaną przez hitleryzm.
Lindqvist pokazuje, jak nawet neutralne ideologicznie teorie naukowe czy dokonania (np. Cuviera czy Darwina) zostały wykorzystane w celu podbudowania, bądź uzasadnienia imperializmu, podbojów kolonialnych i eksterminacji Innego. Stąd prostą konsekwencją stał się sąd, iż Europejczycy odróżniają się od Indian, Afrykanów i Azjatów nie tylko kolorem skóry, ale i właściwościami mózgu. Z tekstu Lindqvista widać, jak z takich naukowych sądów można łatwo przejść do realizacji planów podboju, uwięzienia, upodlenia czy eksterminacji Innego na masową skalę. Świadczą o tym: niewolnictwo, handel ludźmi, organizacja tych procedur w Nowym Świecie (śmierć w trakcie transportu niewolników z Afryki do Ameryki Lindqvist uważa też za formę ludobójstwa), czy kolejne stadia podbojów kolonialnych – aż do rasizmu i ksenofobii o rozległym zasięgu.
Niechlubna rola elit
Na początku zawsze jest Słowo i idea, a tuż za nimi - naukowe dowody i motywacje. Połowa XIX wieku to z jednej strony postępujące podboje przez cywilizację „białego człowieka” olbrzymich połaci Afryki, Azji, obu Ameryk, Australii, a z drugiej – intelektualne i naukowe uzasadnienia, wytłumaczenia, poparcie ze strony świata nauki, mediów, intelektualistów dla tego procederu. Np. w 1866 r. Frederic Farrar w Londyńskim Towarzystwie Etnologicznym przedstawił podczas naukowego wystąpienia podstawy dla podziału rasowego ludzkości na trzy kategorie: ludów dzikich, częściowo cywilizowanych i cywilizowanych. Rasy niższe miały być skazane na wyginięcie zgodnie z zasadą doboru naturalnego i konkurencji miedzyosobniczej. Był to wówczas pogląd w anglosaskich naukach społecznych szeroko rozpowszechniony i mocno ugruntowany. Znamienny jest tu także cytat użyty przez Lindqvista, a zaczerpnięty z artykułu zamieszczonego w „Frazer’s Magazine” (1868), mówiący o niskim przyroście naturalnym w klasach średnich, które stanowią same w sobie najbardziej energiczny, godny zaufania i najbardziej postępowy element zachodniej populacji. Autor tego tekstu, niejaki Greg, dowodził, że tylko walka między rasami jest jedynym sposobem utrzymania żywotności i zdolności do postępu zachodnioeuropejskiej cywilizacji (czyli jedynej rasy ludów cywilizowanych). Może ona uchronić Europejczyków przed skarleniem intelektualnym i naturalnym, czego doświadczyli w przeszłości starożytni Grecy i Rzymianie.
Zarówno Greg, Farrar, jak i inni, np. Wallace, Kidd, Knox czy Galton, niepokoili się demografią – niewielką liczbą dzieci rodzących się w klasach średnich społeczeństwa brytyjskiego. Przecież według zasad ery manchesterskiego kapitalizmu, konkurencja (która jest naturalną cechą człowieka cywilizowanego) powinna powodować deprecjację gorszego, jego pognębienie i porażkę. Najskuteczniejsze, najbardziej ofensywne i najlepiej przystosowujące się do życia jednostki winne królować, zwyciężać, panować i dyktować warunki tym Innym, tym słabszym, tym przegranym i niedostosowanym. A tu efekt był przeciwny, zupełnie nieoczekiwany. „Dla rasy pragnącej zachować swoje miejsce w igrzyskach, zagłada innych ras należy do surowych i nieodzownych warunków”. Dzieło Kidda (koniec XIX w.) – „Social Evolution” - zawierające takie m.in. zasady i tezy, zyskało w świecie anglosaskim (i nie tylko) wielką popularność. Niemcy spóźnili się w wyścigu kolonialnych potęg w Afryce. Ale już od połowy XIX wieku ich świat nauki rozwijał teorie i tezy głoszone w tej materii przez Anglosasów. To tu rodzą się takie pojęcia jak „ubogi kulturowo naród”, „ludy prymitywne”, czy pogląd, iż kolonizowanie od dawien dawna stało się równoznaczne z wypędzeniem (Friedrich Ratzel). „Ubogi kulturowo naród” to naród bez państwa. Czyli np. w Europie Żydzi lub Romowie. Te społeczności, podobnie jak dzicy w Afryce czy Australii, w starciu z „doskonalszą rasą” muszą ustąpić. „Doskonalsza rasa” białych musi eksterminować takie zbiorowości, by zdobyć i utwierdzać swoją nad nimi władzę. Brytyjczyk, dr Robert Knox mógł więc śmiało konkludować, że jedynym realnym prawem podbojów kolonialnych jest przemoc fizyczna. Taką samą argumentację – lub niezwykle podobną – spotykamy dla uzasadnienia wybuchu II wojny światowej inicjowanej przez hitlerowskie Niemcy, czy w przypadku nazistowskiej propagandy odnośnie „ostatecznego rozwiązania” kwestii żydowskiej w Europie.
Z początkiem XX wieku niemiecki politolog i literaturoznawca dr Tille połączył w swych koncepcjach dorobek Darwina, Spencera i tzw. etyki postępu. To był już przedsionek dla niemieckiej megalomanii i poczucia siły-mocy. Nie bez znaczenia dla zrozumienia XIX-wiecznej atmosfery intelektualnej, związania postępu oraz rozwoju z kolonialnymi i imperialnymi podbojami, jest także filozofia Nietschego. To była zarówno egzemplifikacja ducha owej epoki, jak i interpretacja czy uzasadnienie dla jednoznacznie określonych ludzkich zachowań, pomysłów, świadomości czy działań. Były to obowiązujące normy w całym ówczesnym zachodnim świecie. I refleksja dotycząca dnia dzisiejszego – jakie to kuszące i błogosławione sytuacje dla przedsiębiorców: 10-, 15-, 20-procentowe bezrobocie. Jak można obniżać koszty osobowe, jak można przebierać i wybierać w tej masie oczekujących na stałe zatrudnienie, jakie indywidualne zyski można czerpać na stale obniżanych tzw. kosztach osobowych. Wśród tych którzy stać muszą także po pracę są oczywiście i Afrykanie, i Żydzi, i geje, i komuniści - w każdym bądź razie - Inni, nie nasi. Sven Lindqvist – pisząc o masie bezrobotnych nie tylko tu, na Zachodzie, ale za granicami cywilizowanego świata: za Rio Grande, za Morzem Śródziemnym, w Azji – zadaje w tym kontekście nader aktualne pytanie: kto wygra wybory w Unii Europejskiej, USA, Australii, gdy sytuacja na rynku pracy ulegnie dalszej komplikacji? I szybko przenosi się do Niemiec po I wojnie światowej oraz Europy ogarniętej Wielkim Kryzysem przełomu lat 20. i 30. na zasadzie per analogiam odnośnie warunków społecznych i popularności określonych idei. Podobieństw – jego zdaniem - można (i należy) się doszukiwać w obu sytuacjach. Historia zatoczyła koło
Dziś, gdy coraz mniej popularnymi są solidarność międzyludzka, empatia, wsparcie zbiorowości dla jednostek ubogich, wyalienowanych, zagubionych, a pojęcia takie jak społeczeństwo, wspólnota, więzy interpersonalne i opieka państwa (czyli zbiorowości) nad słabszymi, nie przystosowanymi, wykluczonymi uważa się za przebrzmiałe i szkodliwe miazmaty, gdy od trzech dekad media i autorytety wbijają wszystkim do głowy, iż liczą się tylko egoistyczne, spencerowskie, nastawione na indywidualny i materialny sukces zasady współżycia społecznego, wydaje się, że historia zatoczyła koło.
Panuje podobny Zeitgeist, jaki Lindqvist przypisuje XIX- wiecznym społeczeństwom imperialnym Zachodu. Przede wszystkim – nienawiść do Innego, mimo haseł o demokracji, swobód wszelakich, suwerenności i predestynacji osoby ludzkiej do najszerzej pojętych wolności (i wszystkiego co z tym związane).
Uzasadnienia dla pokonania, podbicia, wyzysku, często nawet eksterminacji tego Innego, zawsze się znajdą. Przykład dysputy w Valladolid (1550) między Bartolomeo de las Casasem, a Juanem Ginesem Sepulvedą - i jej efektów praktycznych dla Nowego Świata - jest tu niezwykle znamienny. Efektem końcowym takich właśnie procesów społecznych, a także tak określonego sposobu myślenia, są zawsze narodziny idei ostatecznego rozwiązania, każdej kwestii, np. żydowskiej. A w zależności od argumentacji i toku myślenia, można podłączyć tu każdego Innego.
Dziś też w wielu publikacjach czy komentarzach najszerzej pojętego mainstreamu czuje się tę wyższość, tę pogardę, tę niechęć, a nawet – nienawiść do tych, którym się nie udało, którzy mają inne poglądy na współczesną organizację świata polityki, na ekonomię, na społeczeństwo, na człowieka, na kulturę, na sposób postrzegania świata.
I padają z ich strony dowody na to, że „kto nie pracuje (wg zasad neoliberalizmu, nie jest mobilny, nie umie się rozpychać łokciami, itd.), ten nie je”. I że jest to słuszne, moralne i sprawiedliwe. Ba, nawet racjonalne. Warto jest dodać, że racjonalizm bez empatii, humanizmu i humanitaryzmu niewiele ma wspólnego ze swymi oświeceniowymi korzeniami. Bo to człowiek, osoba ludzka, jest zawsze (i zawsze ma być) miarą wszechrzeczy.
Analogiczne to z tym, co mówiono, pisano, udowadniano i jak przedstawiano w XIX-wiecznej Europie społeczności Afryki, Azji czy Oceanii, mające podlegać skolonizowaniu przez cywilizowany świat Zachodu. Ludy dzikie, niecywilizowane, ubogie kulturowo, nie rozumiejące ducha i wyzwań epoki, po prostu - Inne, zgodnie z zasadami spenceryzmu winne ustąpić, a najlepiej wyginąć.
Czy dzisiejsze dysputy i uczone wywody o nadmiernych przywilejach socjalnych, prawach pracowniczych, stosunkach pracodawca (zawsze dobry i spolegliwy) – pracobiorca (przeważnie leniwy, roszczeniowy, nie rozumiejący wyzwań współczesności itp.) nie są w jakimś stopniu echem tamtych kontrowersji i czy nie są do nich podobne?
„Granice miedzy masowymi morderstwami, a ludobójstwem przekroczono jednak dopiero wtedy, gdy tradycja antysemityzmu zetknęła się z tradycją ludobójstwa wyniesioną z czasów ekspansji kolonialnej Europy w Ameryce, Australii, Azji i Afryce” - pisze Sven Lindqvist w epilogu swej książki.
I tak, jak nie raz w historii ludzkości już było – nie wiedzy nam brakuje. Oświecone społeczeństwa w swej większości i niezależnie od epoki, posiadają dostateczną wiedzę na temat dokonanych dawniej i popełnianych obecnie potworności czy zbrodni w imię Postępu, Cywilizacji, Religii, Socjalizmu, Demokracji, Rynku, Boga czy innego złotego cielca. Ale pokłady pychy, inercji i gnuśności intelektualnej, zwykłe szalbierstwo i hipokryzja, wygoda i egoizm powodują, że te fakty się powtarzają - tylko w innym entourage’u. Historycznym, społecznym, politycznym, ekonomicznym, kulturowym. W każdym przejawie życia. Radosław S. Czarnecki
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1347
Polska dyplomacja ma na wielu etapach rozmaite osiągnięcia negocjacyjne, których nie można się wstydzić. Choćby traktaty sąsiedzkie, zawierane na początku lat dziewięćdziesiątych ub. stulecia, kiedy trzeba było na nowo ułożyć współpracę i potwierdzić zgodnie zasiedzenie w tej części świata z nowymi-starymi sąsiadami.
Nieźle poszły też negocjacje akcesyjne do Unii Europejskiej, choć Polska raczej godziła się na zastane warunki i formuły narzucane przez silniejszego partnera. Akomodacja była wszak jedynym wyjściem. Wstąpienie do NATO wcale nie wymagało negocjacji, bo było aktem woli gremiów decyzyjnych jednej strony i dokonało się całkowicie na jej warunkach.
Okoliczności geopolityczne okresu pozimnowojennego sprzyjały temu, aby wiele spraw uregulować zgodnie z oczekiwaniami stron. Polska dyplomacja nie miała większego pola manewru, bo sprawy toczyły się niejako naturalnie, wszyscy dokonywali reorientacji swoich polityk (jedni na zachód, inni na wschód) i każdej ze stron zależało na sukcesie. Tym bardziej, gdy występowało się w roli petenta i „późno przychodzącego”.
Z dzisiejszej perspektywy wiele ówczesnych traktatów, jak choćby te sąsiedzkie, nigdy nie zostało w pełni wdrożonych, a na traktaty akcesyjne i konstytuujące Unię Europejską spogląda się z podejrzliwością i rozczarowaniem, tak jakby ówcześni decydenci nie zdawali sobie sprawy z asymetrycznego położenia stron i kosztów, które przyjdzie zapłacić za „dobrowolną europeizację”. Zresztą z traktatami tak już bywa (niczym „z dziewicami i różami”, mówiąc sarkastycznym językiem Charlesa de Gaulle’a), że „trwają tylko tyle, ile trwają”. Być może nadchodzi czas ich przewartościowań, a zatem i nowych negocjacji.
Geopolityka emocji
O wiele gorsze notowania ma praktyka współczesnej dyplomacji Polski, która nie może pochwalić się żadnymi osiągnięciami ani w formacie dwu-, ani w wielostronnym. Zanikła inicjatywność Polski na arenie międzynarodowej, a przyjęcie strategii konfrontacyjnej prowadzi do izolacji i marginalizacji państwa w grze z innymi. Nie wiadomo, czy jest to wynik nastania niesprzyjających okoliczności, czy też wyjątkowej niekompetencji, a może jeszcze czegoś innego – geopolityki emocji.
Pojęcie to wprowadził już ponad dekadę temu francuski politolog i publicysta Dominique Moïsi w książce pod tym samym tytułem (Geopolityka emocji. Jak kultury strachu, upokorzenia, nadziei przeobrażają świat, Warszawa 2012). Pasuje ono do aktualnej strategii międzynarodowej Polski (jeśli taka rzeczywiście istnieje), w której przeważają aspekty irracjonalne i antyracjonalne.
Zdumiewające jest działanie na własną szkodę praktycznie na wszystkich wektorach polityki międzynarodowej oraz uprawianie dziwacznego moralizmu i „prometejskiej” misyjności na rzecz symbolicznych wartości, których samemu się nie przestrzega.
Ustawianie się w roli herolda wolności i demokracji przeciwko autorytarnym reżimom za granicą wschodnią (zwłaszcza w Rosji i na Białorusi, ale już nie w Azerbejdżanie, czy w Azji Środkowej) jest przede wszystkim nieskuteczne i niewiarygodne, gdyż rządzącym autorytarne praktyki nie przeszkadzają w wielu innych państwach, od bratnich Węgier poczynając. Brakuje realizmu w ocenie swoich możliwości i pragmatyzmu w poszukiwaniu politycznej skuteczności. Prakseologia jest obca decydentom, mimo że jest częścią polskiego dorobku intelektualnego.
Obecnie rządzący dokonują szeregu przewartościowań relacji z innymi państwami, a także w ramach Unii Europejskiej. Z nieznanej do końca przyczyny w stosunkach tak z sąsiadami, jak i najważniejszymi sojusznikami pojawił się głęboki brak zaufania, a nawet nieukrywana niechęć. Polityka Polski za rządów PiS schodzi coraz bardziej na pozycje walki. Dotyczy to zresztą także wewnętrznej sceny politycznej. Obrona swoich racji z naruszaniem racji innych jest najgorszą z możliwych strategii negocjacyjnych. Strategia walki może często imponować kibicującej gawiedzi medialnej, ale ostatecznie najczęściej daje zwycięstwo silniejszemu, albo prowadzi do przegranej obu stron. Kto wie, czy z takim modelem negocjacji przyjętym przez stronę polską nie mamy do czynienia w stosunkach z Czechami, a nawet z całą Unią Europejską?
Paradoksem jest to, że Polska będąc państwem członkowskim „boksuje się” nie tyle z Unią, ile jej organami. Obserwując buńczuczne postawy polskich polityków można zaryzykować tezę, że swoją słabą pozycję przetargową w wielu dziedzinach, a także brak umiejętności negocjacyjnych (zamiast rozmów słyszymy nieustanny jazgot) starają się ukryć pod płaszczykiem retorycznej „twardości” i hałaśliwie artykułowanej nieustępliwości. Cechuje ich odporność na racjonalne argumenty i wzmożenie emocjonalne. Tymczasem naprawdę silni i kompetentni negocjatorzy potrafią na sprawy trudne spojrzeć z dystansu („pójść na galerię”), zachować dyskrecję i powściągliwość, dostrzec uwarunkowania przyczynowo-skutkowe danych zjawisk, oszacować ryzyko w dalszej perspektywie i przede wszystkim zadbać o przyjazne nastawienie drugiej strony, aby stworzyć klimat sprzyjający współpracy, a nie konfrontacji.
Odkrycie „porządku dziobania”
Wszystko to dzieje się na tle głębokich rozczarowań spowodowanych utratą szacunku we wspólnocie, z którą trzy dekady temu Polska entuzjastycznie się stowarzyszyła i co było krokiem na drodze do akcesji. Wbrew euforii demokratyzacyjnej, że oto po rozpadzie bloku wschodniego wszystkie państwa mają jednakowe prawa do samodzielnego definiowania swoich interesów, dość szybko okazało się, że w stosunkach międzynarodowych, a nawet w samej wspólnocie zachodniej, do której Polska chciała należeć, obowiązują pewne reguły hierarchiczności i zależności, swoisty „porządek dziobania”.
Są bowiem państwa, które z racji swojej potęgi i statusu zajmują pozycję dominującą (USA w NATO, Niemcy i Francja w Unii Europejskiej) i nie kierują się one bynajmniej w realizacji swoich interesów altruizmem, ani jakąś specjalną sympatią – jak często mniemano nad Wisłą – wobec państw słabszych, mniej sprawnych w grze konkurencyjnej. Okazało się, że demokracja liberalna wcale nie oznacza respektu dla równego traktowania państw, lecz sprzyja uzasadnianiu geopolitycznych ambicji liderów gospodarczych i politycznych.
Nagromadzone przez wieki kompleksy niższości i obcości powodowały, że w pierwszych latach afiliacji z Zachodem polskie elity polityczne przyjmowały warunki narzucane przez zachodnich partnerów pokornie i bez głośnego sprzeciwu, unikając konfrontacji, głosząc jednocześnie, że nie będziemy negocjować „na kolanach”. Obecnie widać jak na dłoni, że polskie rządy upajały się sukcesami, które bynajmniej nie były wyłącznie ich zasługą. Polska, podobnie jak inne państwa dawnego bloku wschodniego, stała się bowiem ofiarą ekspansji zglobalizowanego kapitalizmu i częścią świata, którego reguł gry (transakcyjności, pragmatyzmu i realizmu, a także bezwzględności w dążeniu do zysku) nigdy nie przyswoiła.
Rozczarowująca teraźniejszość i niepewność co do przyszłości, a także nieumiejętność poradzenia sobie z licznymi zagrożeniami i wyzwaniami są przyczyną narastania obsesyjnego strachu. Postawienie na hałaśliwą obronę anachronicznie pojmowanej polskiej tożsamości przez rządzących na tle konieczności dostosowania się do warunków dyktowanych przez procesy integracji europejskiej i globalizacji dały asumpt poczuciu wyobcowania i upokorzenia.
Dla ekipy rządzącej w Polsce świat zrobił się nie tylko niezrozumiały, ale i niebezpieczny. Źródłem strachu jest nie tylko od lat demonizowana Rosja i jej przywódca, ale także utrata osobistej protekcji prezydenta USA, determinacja Unii Europejskiej (choć spóźniona) w obronie praworządności w państwach członkowskich, czy wreszcie kryzysy: klimatyczny, energetyczny i migracyjny.
W żadnej dziedzinie Polska nie ma siły i zdolności przekonywania do swoich racji. Straciła nawet duchową opiekę ze strony papieża Franciszka ze względu na „grzechy” polskiego Kościoła. Na dodatek z Węgier wieje grozą w obliczu zbliżających się wyborów i ewentualnej przegranej Viktora Orbana, nad Ukrainą zbierają się „czarne chmury” rozpadu państwowości, a wszystkie projekty i inicjatywy współpracy regionalnej nie mają realnego znaczenia w grze sił. Do tego wisi nad Polską kryzys gospodarczy i katastrofa biologiczna (spowodowana pandemią covid-19 i zapaścią służby zdrowia), które wzorem historycznych przesileń mogą doprowadzić do społecznego buntu o poważnych konsekwencjach politycznych.
Intelektualna mizeria
Nie sposób skutecznie przeciwdziałać wielu niebezpieczeństwom, jeśli polskiej polityce i dyplomacji brakuje przede wszystkim rzetelnej diagnozy systemu międzynarodowego, w którym Polska od trzech dekad funkcjonuje. Gdy Zachód, zwłaszcza Stany Zjednoczone, przegrywa wyścig cywilizacyjny z Azją, a szczególnie z Chinami i gdy Rosja może odegrać istotną rolę w przeciwważeniu hegemonii chińskiej, polscy politycy nie mają w tej sprawie nic do powiedzenia. Przeciwnie, nie ma dnia, aby nie obwiniano Putina o wszystkie nieszczęścia, jakie spadły na Polskę.
Mamy do czynienia z polityczną groteską i propagandową farsą. Ale i ze straszną mizerią intelektualną ludzi władzy, którzy nie potrafią wytłumaczyć, dlaczego wywiązująca się ze swoich umów gazowych Rosja tak drastycznie wpływa na podwyżki gazu. Miał być przecież dostępny zamiast rosyjskiego lepszy, bo „demokratyczny” gaz amerykański. Co się z nim stało? Każdy zdroworozsądkowo myślący Polak wie przecież, że Putin nie dyktuje ceny gazu sprowadzanego zza oceanu. Okazuje się, że ignorancja i analfabetyzm w sprawach międzynarodowych też mogą być źródłem strachu.
Wystarczy prześledzić liczne wypowiedzi oficjeli na okoliczność zaczynającego się roku 2022, a okaże się, że refleksja o bezprecedensowych zmianach w skali globalnej, zbliżającej się utracie monopolu na urządzanie świata przez Zachód i konieczności poszukiwania pokojowych metod układania się w najbliższej przestrzeni, jest na poziomie śladowym.
Polska ani mentalnie, ani logistycznie nie jest przygotowana na wyzwania ze strony asymetrycznej wielobiegunowości, w której największe potęgi nie tylko różnią się siłą i aspiracjami, ale mają także odmienne wizje porządku międzynarodowego. Podczas gdy Stany Zjednoczone wraz ze zjednoczoną Europą podchodzą ciągle do tego porządku w sposób normatywny, wierząc w sukces swoich wartości w skali globalnej (ich uniwersalizację), to Chiny, Indie, Rosja, Brazylia, ale także Iran, Izrael czy Turcja są mniej zainteresowane tym, jaki powinien być świat, a bardziej dążą do umocnienia w nim swoich pozycji. Polaryzacja i koncentracja sił to stałe procesy zachodzące na globie. Zatem naturalne są też zmiany konstelacji potęg. Choć wielu kojarzą się one z powrotem do XIX-wiecznego „koncertu mocarstw”, mogą jednak prowadzić do bardziej demokratycznej i zrównoważonej formy zarządzania systemem międzynarodowym, niż działo się to w czasach kończącej się hegemoni amerykańskiej.
Na przykładzie kryzysu politycznego i głębokich podziałów społecznych w Stanach Zjednoczonych ujawnia się rozziew między głoszonymi ideałami a praktykowaniem demokracji. Swoją atrakcyjność tracą stare zachodnie modele demokratyczne, a tzw. nowe demokracje (w tym w Europie Środkowej) ze względu na niedojrzałość kultury politycznej, ale i kruchość instytucji demokratycznych popadają w recydywę autorytaryzmu.
Maleje atrakcyjność demokratycznych form rządzenia ze względu na skutki procesów globalizacyjnych. Demokracja traci swoją siłę przyciągania, bo przecież także reżimy autorytarne zapewniają wzrost gospodarczy, a nawet wyprzedzają – jak Chiny – świat zachodni. Lepiej także radzą sobie z różnymi kryzysami, wymagającymi powszechnej mobilizacji i dyscypliny społecznej.
Obrona przed nieznanym
Ze względu na strach przed nieznanym rodzą się więc pokusy obrony przed wrogimi siłami przy pomocy metod sięgających do populizmu i nacjonalizmu, używających demokracji elektoralnej jako zasłony dla rządów dyktatorskich. Wybory nie służą reprezentowaniu ludzi i ich interesów, lecz wyłącznie umocowaniu władzy przez większość uprawnionych do głosowania. Władza pochodząca z „woli suwerena” ma gwarantować zakres praw i swobód obywatelskich według swojego systemu wartości. Może przeobrażać państwo na swoją ideologiczną modłę, tworząc hybrydę ustrojową dla pokornego tłumu - „demokraturę”, czy raczej „kreaturę demokracji”.
Jest to pomysł na rządzenie państwem bez oglądania się na zewnątrz, co jednoznacznie przypomina kremlowskie pojmowanie „suwerennej demokracji”.
Głównym celem w urządzaniu ustroju państwa wcale nie musi być wolność różnych podmiotów, która zawsze jest warunkowana przez stosunek do własności, ale bezpieczeństwo państwa, jego wyidealizowana i abstrakcyjna suwerenność oraz narodowa tożsamość.
Państwo powinno obronić się przed „oddolnymi” naciskami wewnątrz, ale także „odgórnymi” z zewnątrz. W takim rozumowaniu bardzo łatwo jest wskazywać wrogów wewnętrznych i zewnętrznych, którzy nie tylko przeszkadzają w skutecznym rządzeniu, ale czyhają na samo trwanie państwowości. W mniemaniu rządzących państwo zachowa tym więcej suwerenności, im bardziej będzie polegać na sobie, gdy zbuduje potęgę sektora siłowego i obroni swoją misyjną tożsamość kulturową.
Gdy strach zagląda w oczy, jak zatem zdefiniować swoją tożsamość w tym stale zmieniającym się świecie? Jak być pewnym siebie wobec dynamiki modernizacyjnej, rozwoju gospodarczego niosącego poważne zmiany cywilizacyjne, wreszcie masowych przemieszczeń ludności w skali świata? „Ludzie identyfikują się z tymi, którzy są najbardziej do nich podobni i z którymi dzielą, w swoim pojęciu, przynależność etniczną, religię, tradycje oraz mit wspólnego pochodzenia i historii” (S. Huntington, Kim jesteśmy?, Kraków 2007, s. 25).
Otóż mieszanie się ludzi, przekraczających granice państw, promowanie wielokulturowości i rozbudzanie nowych świadomości grupowych (na przykład płciowych) prowadzi do wywoływania i utrwalania stanów lękowych, które w pewnych sytuacjach przybierają postać syndromu „oblężonej twierdzy”. Zjawisko to jest znane z wielu krajów, choćby z Rosji. Może ono posłużyć do politycznej mobilizacji społeczeństwa, aby zewrzeć szeregi przed nieznanymi i nie do końca zbadanymi zagrożeniami, aby postawić wszystko na jedną szalę – obronę ojczyzny z gotowością złożenia nawet ofiary najwyższej. To wpisuje się w polską tradycję heroistyczno-martyrologiczną i patriotyczno-insurekcyjną. Towarzyszy jej megalomania pseudomocarstwowa, przypominająca najgorsze cechy polskiego charakteru narodowego, prowadzące do klęsk i katastrof dziejowych.
Stanisław Bieleń
Wyróżnienia i śródtytuły pochodzą od Redakcji SN.
- Autor: Stanisław Sala
- Odsłon: 6764
Procesy globalizacji rozwijają się od XVI w., jednak dopiero po II wojnie światowej, a szczególnie w początkach lat 70. XX w. nastąpiły zmiany umożliwiające rozwój gospodarki jakościowej, której jedną z egzemplifikacji jest dynamiczny rozwój procesów globalizacji.
Z geograficznego punktu widzenia, można wyróżnić następujące procesy globalizacji:
- rozwój wolnego rynku,
- rozwój korporacji transnarodowych (KTN) z akcentem położonym na mechanizm funkcjonowania korporacji transnarodowych,
- rozwój telekomunikacji, w tym: telewizji satelitarnej, internetu (poczta elektroniczna, IRC),telefonii komórkowej,
- rozwój nowoczesnych środków transportu.
Kluczową rolę w procesach globalizacji zajmują kraje wysokorozwinięte, ponieważ to właśnie z nich pochodzi zdecydowana większość korporacji transnarodowych, które w imię maksymalizacji zysków zdobywają kolejne rynki. Jednak same korporacje transnarodowe nie są w stanie pokonać licznych barier chroniących narodowe gospodarki. Dlatego z pomocą korporacjom przychodzą międzynarodowe organizacje typu Bank Światowy (BŚ), Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW) czy Światowa Organizacja Handlu (WTO), których działalność dąży do integracji gospodarek narodowych. Przedstawione organizacje bardzo chętnie udzielają pożyczek lub przyjmują kraje w poczet swojej organizacji handlowej, jednak w zamian za to żądają, aby kraje liberalizowały swoje prawo gospodarcze, znosiły cła i przede wszystkim gwarantowały potencjalnym inwestorom swobodę działania.
Zarówno korporacje transnarodowe jak i międzynarodowe instytucje finansowe działają w imieniu krajów wysokorozwiniętych, a w szczególności w imieniu zachodnich kręgów biznesowych. Tak rozumiana liberalizacja i internacjonalizacja życia gospodarczego odgrywa istotna rolę w zapewnieniu głównie rynków zbytu oraz w dostarczeniu taniej siły roboczej.
Procesy globalizacji doprowadzają na arenie międzynarodowej do ograniczenia suwerenności gospodarczej państwa. Efekt globalnej wioski sprawia, że sieć więzów gospodarczych obejmuje podmioty często bardzo oddalone od siebie znajdujące się w innych krajach, ale także na innych kontynentach. W efekcie prowadzi to do wyrównywania warunków działania w skali lokalnej, a następnie globalnej.
Wyrównywanie warunków działania jest zjawiskiem bardzo niebezpiecznym, wywołującym problemy gospodarcze w krajach lepiej rozwiniętych. Doskonałym przykładem jest współpraca gospodarcza między UE a Chinami. Tania produkcja chińska zalewa całą Europę, prowadząc w pierwszej kolejności do spadku płac europejskich pracowników, a w dalszej kolejności do bankructwa licznych przedsiębiorstw niemogących konkurować z bardzo nisko opłacanymi robotnikami chińskimi.
Problem suwerenności państw
Jedną z ważniejszych cech państwa jest jego suwerenność. Można przyjąć, że pod pojęciem suwerenności rozumie się wolność, samodzielność i niezależność państwa, a w szczególności autonomiczność władzy państwowej. W klasycznych ujęciach państwo jest suwerennym podmiotem stosunków międzynarodowych. Samorządność państwa przejawia się szczególnie w utrzymywaniu kontaktów dyplomatycznych i konsularnych z innymi państwami, zdolnością do zawierania umów i traktatów międzynarodowych, dobrowolnego zrzeszania się w politycznych i gospodarczych organizacjach międzynarodowych oraz tworzenia i egzekwowania prawa na podległym terytorium.
Suwerenność państwa obecnie stanowi kontrowersyjne zagadnienie. Na płaszczyźnie międzynarodowej, szczególnie w kręgu kultury zachodniej, państwo zaczyna tracić na znaczeniu. Z jednej strony jest organizmem zbyt małym, aby zabierać głos w sprawach międzynarodowych, natomiast z drugiej strony jest organizmem zbyt dużym, aby dostrzegać problemy lokalne czy regionalne.
Korporacje a suwerenność
Od XVI w. na arenie politycznej pojawił się nowy uczestnik stosunków międzynarodowych, którego rola i znaczenie sukcesywnie rośnie. Są to korporacje transnarodowe, które po II wojnie światowej zaczęły odgrywać istotną rolę na arenie międzynarodowej.
Presję korporacji transnarodowych na państwo wyjaśnia teoria produkcji międzynarodowej Johna H. Dunninga, która od połowy lat 70. XX w. jest główną koncepcją wyjaśniającą internacjonalizację działalności gospodarczej. Jak sama nazwa wskazuje, pod pojęciem produkcji międzynarodowej rozumiemy produkcję finansowaną przez Bezpośrednie Inwestycje Zagraniczne (BIZ). Podstawowy wpływ na zaangażowanie kapitału korporacyjnego poza granicami kraju macierzystego mają trzy czynniki warunkujące przewagę konkurencyjną. Są to:
- Własność zasobów − firma macierzysta szuka poza granicami kraju macierzystego zasobów dających jej przewagę konkurencyjną na lokalnych narodowych rynkach. Własność korporacji jest chroniona przez prawo międzynarodowe, ograniczające suwerenność danego kraju.
- Wykorzystanie własnych struktur organizacyjnych.
- Jeżeli są spełnione dwa pierwsze warunki, to korporacja wykorzystuje posiadaną przewagę z walorem lokalizacyjnym, co najmniej w jednym kraju goszczącym.
Teoria produkcji międzynarodowej, zwana także paradygmatem OLI (ownership-location-internalization), tłumaczy mechanizm rozrastania się poza kraj macierzysty, a tym samym mechanizmy zawężania suwerenności państwowej.
Państwa goszczące BIZ często dobrowolnie godzą się na daleko idące ustępstwa w stosunku do korporacji. Po części wynika to z faktu, że korporacje tworzą podstawowe środowisko dyspersji innowacji, posiadają know-how oraz są jednym z głównych źródeł kapitału, tak brakującego w krajach nisko i średnio rozwiniętych. Korporacje zainteresowane nowymi rynkami bardzo często są zwalniane z płacenia podatków, otrzymują wielomilionowe subwencje od rządów, kadra zarządzająca otrzymuje mieszkania po referencyjnych cenach lub za darmo, rząd finansuje edukację dzieci kadry zarządzającej i tym podobne. Szczególnie daleko posunął się rząd Słowacji obiecując Toyocie wypłatę planowanych zysków w przypadku, kiedy inwestycja miałaby opóźnienia.
Dynamiczny rozwój KTN wymusza otwarcie gospodarek narodowych na zewnątrz. Poszczególne państwa albo się otwierają dobrowolnie, albo są zmuszane poprzez organizacje międzynarodowe typu BŚ czy WTO. Korporacje transnarodowe dysponują olbrzymim kapitałem - często większym niż PKB większości krajów na kuli ziemskiej. Dysponując ogromnym kapitałem, popytem, miejscami pracy oraz możliwością nacisków na elity rządzące i zachętami, stwarzają presję, której nie jest w stanie oprzeć się żaden kraj, nawet taka potęga jak Stany Zjednoczone.
KTN, dysponując siłą porównywalną z większością bogatych państw, mają realny wpływ na kształtowanie polityki wewnętrznej i zewnętrznej. Głównymi elementami nacisku są wpływy finansowe i powiązania polityczne. Interesy korporacji bardzo często są sprzeczne z interesami kraju goszczącego, dlatego w korporacjach nie istnieje kwestia przynależności do konkretnego państwa, a interesy są realizowane z pominięciem granic państwowych. Korporacje szczególnie się specjalizują w omijaniu lokalnych przepisów podatkowych. Praktyki prowadzące do niepłacenia podatków, co jakiś czas wychodzą na światło dzienne i oględnie nazywa się je kreatywną księgowością. Brak wpływów z podatków od działalności prowadzonej przez korporacje, prowadzi do procesu zwanego ,,głodzeniem podatkowym państwa”, będącego w obecnych czasach jednym z głównych problemów, z jakimi borykają się współczesne państwa. Niedostatki kapitału w budżetach państwowych pociągają za sobą cały szereg negatywnych zjawisk, począwszy od problemów gospodarczych, a skończywszy na niepokojach społecznych. Opisane mechanizmy doskonale ilustrują obecnie przypadki Grecji, Włoch czy Hiszpanii.
Korporacje ponoszą koszty wewnętrzne związane z meritum działalności, natomiast umywają ręce od kosztów zewnętrznych. Według twórcy neoliberalizmu Miltona Friedmana, pod pojęciem kosztów zewnętrznych rozumiemy efekty transakcji odczuwane przez stronę trzecią. W naszym przypadku będzie to społeczeństwo, które nie wyraziło zgody na jej przeprowadzenie, ani też nie brało udziału na żadnym etapie transakcji. Uogólniając, możemy powiedzieć, że na koszty zewnętrzne składają się wszelkie zanieczyszczenia powietrza, gleb i wód, których konsekwencje obciążają budżety krajowe. Mamy w tym przypadku do czynienia z ograniczeniem suwerenności państwowej polegającej na ograniczeniu zdolności władz krajowych do ustanawiania przepisów ochrony środowiska i zasad bezpieczeństwa.
W systemie kapitalistycznym szczególnie dużą rolę odgrywają korporacje finansowe, których działalność prowadzi do systematycznych, nawracających kryzysów, ostatni - w latach 2007-2009. Oficjalnie przyczyną kryzysu była zapaść na rynku pożyczek hipotecznych wysokiego ryzyka w USA. Rekordowa liczba osób straciła swoje domy po tym jak banki, wbrew wcześniejszym zapowiedziom, znacząco podniosły raty kredytu. W efekcie, w USA opustoszały całe dzielnice, a miliony osób zostało bez dachu nad głową. Pazerność banków nie opłaciła się, ponieważ nikt o zdrowych zmysłach nie kupi domu, wokół którego są dziesiątki i setki pustostanów. Kryzys rozpoczął się od spadku cen nieruchomości i początkowo dotyczył jedynie banków inwestycyjnych. W ciągu kilku miesięcy upadło około 70 banków, w tym czwarty pod względem wielkości Lehman Brothers. W obliczu narastającego kryzysu z pomocą przyszedł Henry Paulson sekretarz skarbu, wieloletni prezes Goldman Sachs.
Koszty ratowania banków zgodnie z planem Paulsona przekroczyły 800 miliardów dolarów amerykańskich (USD). W pierwszej wersji plan nie został zatwierdzony przez Kongres, natomiast po czterech dniach przyjął go, godząc się, aby koszty ratowania banków poniosło społeczeństwo USA. Kongresmeni wybrani w demokratycznych wyborach winni podejmować decyzje na korzyść swoich wyborców. W tym przypadku kongresmeni z nieznanych przyczyn podjęli decyzję ratującą banki, ale szkodzącą społeczeństwu. Tylko w niewielkiej części banki przeznaczyły przyznane fundusze na cele statutowe. W 2009 r. rynek się ustabilizował. Bezrobocie wzrosło do 10%, większe banki spłaciły swoje pożyczki. W 2010 r. na Wall Street premie wzrosły do rekordowej kwoty 135 miliardów USD, 77% aktywów znajduje się w rękach 10 największych banków, które są zbyt potężne, by mogły upaść.
Historia kryzysu finansowego z lat 2007-2009 pokazuje mechanizm korumpowania demokratycznych władz przez wielką finansjerę. Bankowcy, dysponując realną siłą przekonywania, wpływają na suwerenność państw stosując szantaż, wymuszają na państwach przychylne im decyzje. W okresach, kiedy nie ma kryzysu korporacje domagają się wolnego rynku na zasadach leseferyzmu, natomiast kiedy błędne decyzje zarządów prowadzą do upadku, wtedy korporacje domagają się gwarancji państwowych, pomocy finansowej (najlepiej bezzwrotnej) oraz opieki państwa. Z jednej strony finansiści i przedsiębiorcy nie życzą sobie ingerencji państwa w gospodarkę, natomiast z drugiej - domagają się, aby państwo za publiczne pieniądze ratowało upadające firmy. W wielu przypadkach z pomocy otrzymanej od państwa korporacje tylko niewielką część lokują w ratowanie firmy, natomiast znaczną część przeznaczają na wielomiliardowe premie dla zarządu i luksusowe zakupy, co udowodnił kryzys z lat 2007-2009.
Kumulacja jakościowych zmian w gospodarce prowadzi w skali świata do rozproszenia ośrodków decyzyjnych. Najlepszym przykładem jest zmieniająca się struktura korporacji. Pierwsze korporacje posiadały strukturę pionową lub sieciową z dominującym ośrodkiem centralnym, w którym podejmowano kluczowe decyzje, natomiast obecnie coraz prężniej rozwijają się korporacje policentryczne, w których władza jest rozproszona na poszczególne filie, będące równorzędnym partnerem w stosunku do ośrodka centralnego.
W ośrodkach policentrycznych system podejmowania decyzji przebiega znacznie sprawniej, co przekłada się na przewagę konkurencyjną. W tym przypadku suwerenność państwa rozmywa się i rozkłada na wiele małych ośrodków decyzyjnych, które w dużej mierze funkcjonują w oparciu o przepisy i ustawy międzynarodowe. Państwo nie jest suwerenem w pełnym tego słowa znaczeniu, ponieważ pozbywa się coraz więcej kompetencji i przenosi je na poziom międzynarodowy. Jak pisze Włodzimierz Anioł: „Obserwujemy współwystępowanie lub wręcz przechodzenie od tradycyjnego państwowocentrycznego systemu suwerennych państw narodowych do wielocentrycznego świata różnych podmiotów, którym – oprócz organizmów państwowych – ważną rolę odgrywają korporacje transnarodowe, wspólnoty etniczne, organizacje pozarządowe i rozmaite ruchy społeczne”.
Czynnikiem osłabiającym suwerenność państwa jest ekspansja kapitalizmu w wersji liberalnej i neoliberalnej. Kapitalizm w dobie globalizacji oparty jest o KTN, które w imię maksymalizacji zysków wypracowały mechanizm alokacji kapitału ponad granicami poszczególnych państw i ich rządów. W efekcie powstaje produkt międzynarodowy, na który składa się produkcja zagranicznych filii korporacji transnarodowych i innych przedsiębiorstw, połączonych z korporacjami poprzez system BIZ oraz innymi umowami. W efekcie powstają grona charakteryzujące się gęstą siecią powiązań, daleko wykraczającą poza granice państwa narodowego.
Korporacje transnarodowe wymuszają na państwach liczne ustępstwa. W przypadku, kiedy dany kraj nie chce się ugiąć pod presją korporacji, dochodzi do klasycznego szantażu: albo kraj zgodzi się na ustępstwa, albo dana filia zostanie zamknięta, a produkcja zostanie przeniesiona do kraju, w którym siła robocza jest tańsza i rygory podatkowe są łagodne lub ich brak. W większości przypadków poszczególnie kraje godzą się na ustępstwa, licząc na inwestycje zagraniczne i nowe miejsca pracy. Jednak koszt tych ustępstw jest bardzo duży. Dlatego korporacje:
- unikają płacenia podatków;
- dokonują transferu zysków do kraju pochodzenia;
- przerzucają koszty prowadzenia firmy na pracowników;
- wykupują przedsiębiorstwa w celu ich likwidacji;
- niszczą środowisko naturalne;
- powiększają różnice ekonomiczne;
- zwiększają dysproporcje społeczne.
Działalność korporacji prowadzi także do uzależnienie gospodarki kraju od kapitału zagranicznego, co naraża kraj na kryzysy wywołane kapitałem spekulacyjnym lub patologiczną rządzą zysków największych banków.
Stanisław Sala
Jest to pierwsza część artykułu dr. Stanisława Sali, opublikowanego na portalu www.geopolityka.net
Drugą część zamieścimy w następnym, kwietniowym numerze.