Politologia (el)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 396
Każde szanujące się państwo, od wielkich potęg począwszy, stara się co jakiś czas deklarować publicznie swoje cele i interesy względem innych państw i stanowiska wobec najważniejszych problemów. Temu służą oficjalne dokumenty, obwieszczające koncepcje, doktryny oraz strategie polityki zagranicznej i bezpieczeństwa. Nie ma przy tym jakiegoś jednego wzorca, ani też obowiązku publikowania takich stanowisk. Często przybierają one formę rozproszoną i wymagają skupienia uwagi na wielu enuncjacjach, które mają charakter sytuacyjny i doraźny.
W niektórych państwach dość typową formą są tzw. białe księgi (whitepapers), kompleksowo prezentujące stosunek danego rządu bądź organizacji do konkretnej sprawy, na przykład w przypadku brytyjskiego brexitu, czyli opuszczenia Unii Europejskiej przez Wielką Brytanię.
Polska nie ma tradycji publikowania oficjalnych stanowisk ani w sprawach całościowych, ani w sprawach szczególnych (poza dorocznymi exposé ministra spraw zagranicznych). Być może jest to wynikiem obiektywnych uwarunkowań systemowych – braku ciągłości instytucji państwa, a także peryferyjnego usytuowania względem globalnych ośrodków siłyoraz kompleksu podrzędności. Może też wynikać z braku namysłu i zrozumienia dla znaczenia problematyki międzynarodowej, a także zwykłej niedojrzałości elit rządzących i słabości zespołów analitycznych. W bieżącej polityce często nie ma czasu na pogłębioną refleksję, są natomiast rozmaite ekscesy, wywołujące zamieszanie nie tylko wśród rządzących, ale i powszechną konfuzję wśród zwykłych ludzi.
Kolejne obchody rocznicy wybuchu II wojny światowej pokazały na przykład, jak ogromny bałagan myślowy panuje wśród polskich polityków wobec Niemiec, zwłaszcza w odniesieniu do reparacji wojennych. Podobnie wizyta prezydenta Karola Nawrockiego w Stanach Zjednoczonych obnażyła nieporozumienia na tle realizacji jednej, spójnej polityki zagranicznej, zwłaszcza jej dźwigni realizacyjnych. Różne gafy i błędy interpretacyjne, choćby w odniesieniu do kompetencji władczych prezydenta, tłumaczy się ignorancją urzędniczą i wybujałymi ambicjami. Tymczasem dzieje się to na szkodę państwa i powagi jego wizerunku.
Wydaje się, że przyczyny tego stanu rzeczy tkwią przede wszystkim w braku spójnej doktryny polityki zagranicznej i bezpieczeństwa, w domyśle dojrzałej myśli politycznej. Gdyby taka istniała, zmieniający się funkcjonariusze publiczni mieliby inspirujące ich diagnozy i rekomendacje dla realizacji żywotnych celów i interesów narodowych. Musieliby nauczyć się spójnej terminologii i dyscyplinującej ich wywody logiki, a także posiąść znajomość analityczną wielu problemów, zanim zaczną wypowiadać się publicznie, nie mówiąc o podejmowaniu odpowiedzialnych decyzji.
Dla dyplomatów doktryna polityki zagranicznej stanowi istotne źródło inspiracji oraz tło dla konkretnych instrukcji, jak objaśniać w komunikacji z partnerami w obrocie międzynarodowym preferencje ideowe i aksjologiczne polskiej polityki, jak definiować cele (co chcemy osiągnąć?) i tłumaczyć interesy (dlaczego nam na czymś zależy?). Rozumienie interesów egzystencjalnych, koegzystencjalnych i funkcjonalnych jest podręcznikowym wymogiem dla wtajemniczenia w arkana gry międzynarodowej. Temu powinny służyć systematyczne odprawy organizowane pod kierunkiem prezydenta i szefa dyplomacji dla kierowników polskich misji dyplomatycznych. Nie spełniają one jednak żadnej z tych funkcji, gdyż od kilku lat trwa konflikt między ośrodkami władzy na tle obsady stanowiskambasadorskich.
W polskim krajobrazie politycznym mamy do czynienia z taką sytuacją, jakby za każdym razem po wejściu nowego aktora do polityki rozpoczynano cały proces uczenia się od zera, rewidowania wszystkich dotychczasowych ustaleń i założeń oraz podważania czy dezawuowania osiągnięć poprzedników. Jeszcze gorzej jest, gdy aroganckim nuworyszom wydaje się, że niczego nie muszą się uczyć, gdyż sami wszystko wiedzą najlepiej i każdą sprawę zaczynają od nowa. Tak nie da się prowadzić konsekwentnej, a przede wszystkim skutecznej polityki międzynarodowej.
Doktrynalne założenia i reguły prowadzenia polityki zagranicznej decydują w kolejnych kadencjach parlamentarnych i prezydenckich o ciągłości koncepcyjnej i konsekwencji realizacyjnej aktywności międzynarodowej państwa. Są świadectwem dojrzałości intelektualnej elit rządzących, ich zdolności poznawczych i kreatywnych. Oprócz polityków wybieralnych na określone kadencje, uczących się rzemiosła i nabywających doświadczenia, w każdym państwie istnieje profesjonalna służba zagraniczna (aparat urzędniczy), który odpowiada nie tylko za ciągłość merytoryczną, ale także przestrzeganie procedur i rytuałów, decydujących o znajomości kultury dyplomatycznej. Stąd praktyka dyplomatyczna jest niezmiernie ważnym źródłem nabywania ogłady i praktycznej wiedzy. Decyduje o pragmatycznym sposobie realizacji zadań, niezależnie od podziałów politycznych.
Nominatów na oficjalne stanowiska wspierają profesjonalni znawcy polityki zagranicznej, a także obserwatorzy medialni. Obecnie nie ma niestety niezależnych badań, ani wartościowej publicystyki międzynarodowej, gdyż miejsce samodzielnych specjalistów zajęli usłużni akolici władzy i propagandyści. Brakuje „pasa transmisyjnego” między decydentami a opinią społeczną, której trudno zrozumieć tajniki i meandry życia międzynarodowego. Pewną rolę w zaspokajaniu potrzeb poznawczych obywateli spełniają media społecznościowe, ale nie są one w stanie zastąpić roli wyspecjalizowanych ośrodków eksperckich, doradczych i analitycznych. A te zostały opanowane przez jakąś niewytłumaczalną inercję, pasywność, a przede wszystkim ideologizację i serwilizm. Wystarczy wejść na strony internetowe polskich think tanków, aby przekonać się o mizerii publikacyjnej i żałosnym poziomie analiz.
Nasz dorobek „doktrynalny”
Doktryny polityki zagranicznej kształtują się w procesach długich debat, ucierania stanowisk, wymiany opinii i konsultacji. Bywa tak, że tworzą je liderzy polityczni, których nazwiska stanowią znak rozpoznawczy głoszonych przez nich poglądów. Często są to jedynie hasła lub slogany, które nie mają rozbudowanych form opisowych i wyjaśniających, a jednak stanowią wytyczne ważnych decyzji w polityce zagranicznej. Szczególnie w Stanach Zjednoczonych wielu prezydentów dało swoje nazwiska doktrynom, które określiły stanowiska USA wobec ważnych kwestii, np. doktryna Jamesa Monroe z 1823 roku w obronie „młodszych sióstr amerykańskich” przed ingerencją państw Starego Kontynentu, czy doktryna Harry’ego Trumana z 1947 roku, związana z powstrzymywaniem wpływów sowieckich i komunistycznych.
W polskiej przestrzeni politycznej mało poglądów autorskich zasłużyło na miano doktryn. Wśród najbardziej znanych i często instrumentalizowanych przez rządzących w III RP była koncepcja redaktora i autora „Kultury” paryskiej, zwana „doktryną Giedroycia-Mieroszewskiego”, odwołująca się do upodmiotowienia relacji z Ukrainą, Litwą i Białorusią (ULB) dla zrównoważenia wpływów Rosji.
Doktryny przypisuje się podmiotom sprawczym w polityce. Są one bowiem uzasadnieniem konkretnych działań w praktyce politycznej. Tymczasem publicystyka „Kultury” miała jedynie charakter wizjonerski i profetyczny, a rządzący w Polsce traktowali ją w sposób wybiórczy i niekonsekwentny. Na przykład wezwanie do wyzwolenia się wobec Rosji z „kompleksu ofiary”, odrzucenia psychologii „przedmurza” cywilizacji zachodniej i przyjęcia przyjaznej wizji wobec Rosji jako „wschodniego odłamu cywilizacji europejskiej” nie weszły nigdy w zestaw założeń doktrynalnych polskiej polityki zagranicznej.
Spośród ministrów spraw zagranicznych III RP jedynie Krzysztof Skubiszewski zasłużył na miano twórcy spójnej doktryny, której pewne założenia pozostają aktualne do dzisiaj. Miał zresztą w swoim dorobku naukowym fundamentalne uzasadnienia racji Polski, zwłaszcza w odniesieniu do granicy polsko-niemieckiej.Sprzeciwił się determinizmowi geopolitycznemu i historycznemu, reorientując polską politykę z kierunku wschodniego na zachodni. W wyniku tych procesów Polska została umocowana w strukturach zachodnich, stając się jednak „państwem klubowym”, ograniczającym się do aktywności w dwu wspólnotach: Unii Europejskiej i NATO. Zabrakło wyobraźni, że w razie skonfliktowania z Rosją, Polska utkwi w anachronicznej funkcji „państwa frontowego” tych wspólnot, narażonego na liczne zagrożenia i kłopoty. Potwierdziły to wydarzenia ostatnich lat.
Zasługą Skubiszewskiego było niewątpliwie przywrócenie na drodze traktatowych regulacji sąsiedzkiej stabilności z państwami ościennymi. Zawarte w latach 1990-1994 traktaty utrwaliły stabilność terytorialną w regionie, nie pomogły jednak w rozwiązaniu wielu problemów, związanych choćby z wzajemną ochroną mniejszości narodowych.W wielu miejscach tych regulacji przepisy mają charakter martwy, a w przypadku Rosji i Białorusi traktaty bez wypowiedzenia praktycznie wygasły.
Doktryna Skubiszewskiego uczyniła Polskę zakładnikiem misyjności ideologicznej Zachodu, skierowanej na rozszerzanie zachodniej strefy demokracji i ekspansji zachodniego turbokapitalizmu na obszar poradziecki. Stopiło się to z tradycjami polskiego prometeizmu i rusofobii, w efekcie ograniczając możliwość logicznego wykorzystania pozycji geograficznej w realizacji ról pośredniczących w układach euroatlantyckim i euroazjatyckim. Na ołtarzu pryncypiów ideologicznych poświęcono interesy Polaków na wschodzie, zwłaszcza na Litwie, Ukrainie, Białorusi i w Rosji. Zrezygnowano z polityki poszukiwania tego, co łączy, na rzecz wykorzystania resentymentów w celu zbudowania instytucjonalnie zabetonowanego strachu przed Rosją.
W kontekście dzisiejszego skonfliktowania polskiej sceny politycznej na tle spójności koncepcyjnej i realizacyjnej polityki zagranicznej należy się Skubiszewskiemu uznanie za to, że jego myślenie podzielały niemal wszystkie ugrupowania polityczne, co pozwoliło zbudować ponadpartyjny konsensus. Odegrał on istotną rolę w konsolidacji przemian ustrojowych w Polsce. Pozwolił też umocować Polskę w procesach integracyjnych Zachodu.
Brak samodzielności
Dość szybko okazało się, że serwilistycznie nastawione wobec ośrodków decyzyjnych Zachodu elity rządzące, niezależnie od politycznej i ideowej proweniencji, są gotowe zaangażować Polskę w rozgrywki wewnętrzne między Europą i Ameryką oraz między zbiorowym Zachodem a Rosją. Polska nie umiała dokonać rozdziału interesów między wzmacnianiem procesów integracyjnych a wpadaniem w zależność od USA. Stała się nie tylko uległym klientem Ameryki, ale utraciła także swoje atuty państwa niegdyś najbardziej proeuropejskiego spośród „późnoprzychodzących” z Europy Wschodniej. Popsucie klimatu w stosunkach regionalnych Europy Środkowej ograniczyło rolę reprezentanta interesów zespołowych na forum Unii Europejskiej. Przyjęcie na siebie roli najbardziej gorliwego protektora i bezkrytycznego stronnika Ukrainy w jej wojnie z Rosją efektywnie osłabiło szanse Polski na udział w procesach przywracania pokoju i stabilizacji więzi kontynentalnych.
Narastające problemy we wspólnocie zachodniej, a także brak pola manewru w polityce zagranicznej są źródłem rozmaitych frustracji polskich elit politycznych. Z tego względu poszukują one od lat antidotum w „doktrynie IV Rzeczypospolitej”. Z jednej strony wyłonił się radykalny nurt antysystemowy, który ma charakter suwerenistyczny i nacjonalistyczny, z drugiej wolę radykalnej zmiany postuluje ruch „prawdziwie patriotyczny”, trzymający się jednak usilnie „pańskiej klamki” i rywalizujący o względy jak nie protektora amerykańskiego, to niemieckiego. W ramach tych sił, reprezentowanych przez konfederackie i PO-PiS-owskie klany, rozgrywa się obecnie walka o odbudowę patriotyczno-narodowego etosu, który nakazuje oswobodzenie polityki zagranicznej z dyktowanej przez Niemcy i USA inżynierii geopolitycznej. Czytelność podziałów wewnętrznych w ramach tych ugrupowań przedstawia jednak wiele do życzenia.
Doktryna, wbrew fałszywym interpretacjom (nie należy jej mylić z doktrynerstwem), nie narzuca dogmatyzacji czy fanatycznego przywiązania do prawd dawno zużytych. Przeciwnie, jest dynamicznie kształtującym się sposobem uzasadniania racjonalnych wyborów na arenie międzynarodowej, twórczej interpretacji obowiązujących zasad oraz dopasowywania form i sposobów prowadzenia polityki zagranicznej do zmieniających się okoliczności i wyzwań. A wyzwania wobec polskiej polityki zagranicznej wiążą się przede wszystkim z koniecznością otwarcia na nowe sposoby interpretacji zjawisk i procesów, które w ujęciu zachodnim przybrały charakter dogmatów.
Czas na mężów stanu
Z wielu obserwacji wynika, że ludzkość wkracza obecnie w erę państwowo-imperialnego i antyliberalnego wektora rozwoju, a zatem w najbliższych dekadach trzeba będzie w polityce zagranicznej umiejętnie łączyć tendencje mijającej epoki prymatu Zachodu z nowymi szansami i możliwościami zaspokajania własnych potrzeb i interesów w świecie wielobiegunowym. Trzeba będzie pożegnać się z naiwną wizją powszechnej demokratyzacji i pogodzić się z zohydzanym przez wpływowych publicystów „koncernem autokracji” (na czele z Chinami i Rosją).To on będzie decydować (czy tego chcemy, czy nie) o bardziej lub mniej optymistycznych scenariuszach rozwoju cywilizacyjnego. W nasilającej się rywalizacji potęg i bloków ekonomicznych o wpływy w różnych regionach wygrają te państwa, które potrafią generować politykę wielowektorową, by nie powiedzieć „obrotową”. Chodzi o kierowanie się pragmatyzmem, aby dzięki otwieraniu się na aktywność na wielu azymutach osiągać jak największe korzyści.
Widać wyraźnie, że w przypadku państw lokowanych pod względem rang poza statusem wielkomocarstwowym najlepszym sposobem urządzania się we współczesnym świecie jest swobodne i elastyczne podejście do afiliacji sojuszniczych. Kryzys w sojuszu atlantyckim ze względu na rewizję polityki i strategii amerykańskiej powoduje, że państwa słabsze czują się wystraszone i zdezorientowane, zwłaszcza gdy postawiły na jednostronne uzależnienia w dziedzinie gospodarki i bezpieczeństwa.
W bloku euroatlantyckim doskonale takie ryzyko zrozumiały dwa niewielkie państwa, tj. Węgry i Słowacja, których politykę się piętnuje, jakby nie miały prawa do suwerennych wyborów swoich orientacji. Tymczasem one pierwsze zrozumiały, że uleganie liberalnemu zaczadzeniu prowadzi do pułapki jednostronnych uzależnień, a zatem i zwiększonego ryzyka w razie zmiany patronażu czy kryzysu przywództwa. Jeszcze lepszy przykład stanowi Turcja, która ze względu na swoją geopolitykę, historię, potencjał i ambicje przywódcze potrafi umiejętnie manewrować między najważniejszymi graczami sceny międzynarodowej, z korzyścią dla swojego statusu i interesów. Jakoś nikt w Polsce nie atakuje Turków, że angażują się w tworzenie globalnego antyzachodniego frontu.
Nowe spojrzenie na założenia doktrynalne polityki zagranicznej państwa musi uwzględniać zmieniającą się rolę Stanów Zjednoczonych w systemie międzynarodowym. Ich dekonstrukcja strategii hegemonicznej i doktrynalna rewizja założeń dotychczasowych zobowiązań, zwłaszcza wobec sojuszników europejskich, wymaga głębokich przemyśleń i przewartościowań, a nie infantylnego upominania się o kolejne deklaracje amerykańskiego prezydenta, że nie zabierze „swoich wojskowych zabawek” znad Wisły. Te seanse ogłupiającej mistyfikacji w wykonaniu kolejnych polskich prezydentów, składających hołd „cesarzowi Ameryki”, budzą konfuzję i zażenowanie.
Pomniejszanie znaczenia drastycznych zmian strategii amerykańskiej wobec sojuszu atlantyckiego czy też orientacja na „przeczekanie Trumpa” mogą okazać się zwodnicze. Powtarzanie mantry o zapewnianiu bezpieczeństwa Polski przez coraz ściślejszy sojusz z Ameryką, zwłaszcza w dziedzinie militarnej, a także oddawanie inicjatywy na rzecz wspólnego bezpieczeństwa ośrodkom brukselskich biurokratów oznacza oddawanie odpowiedzialności za losy Polski obcym ośrodkom decyzyjnym.
Z tych powodów konieczna jest powszechna debata polityczna z udziałem wszystkich liczących się sił w społeczeństwie na temat żywotnych interesów egzystencjalnych. Być może dobrą okazją ku temu byłoby skupienie się na odważnej, choć mało realnej w obecnej sytuacji, propozycji prezydenta Nawrockiego wszczęcia prac przygotowawczych nad opracowaniem nowej konstytucji państwa polskiego. Wiele negatywnych doświadczeń związanych z dotychczasowymi regulacjami praktycznej sfery polityki zagranicznej oraz celów integracyjnych z Zachodem wymaga krytycznych przewartościowań i wprowadzenia zmian normatywnych.
We współczesnym świecie istnieje konieczność godzenia narodowych egoizmów z wartościami uniwersalnymi, interesów partykularnych z zespołowymi. Trzeba wyciągnąć wnioski z dotychczasowych przeobrażeń, na przykład sensowności podążania w stronę multikulturalizmu, i odpowiedzieć sobie na pytanie, gdzie są granice solidarności integracyjnej, jeśli godzi ona w interesy egzystencjalne narodu i państwa polskiego. Podobnie trzeba wyciągnąć wnioski z „cielęcego” proamerykanizmu oraz szkodliwej ukrainofilii, które doprowadziły kolejne rządy i prezydentów w ślepy zaułek. Uparte trwanie przy dotychczasowym stanowisku czyni Polskę niezdolną do zrozumienia kardynalnych zmian strukturalnych (nowego rozdania) w systemie międzynarodowym.
Idąc tropem wpływowego analityka i wizjonera indyjskiego pochodzenia, Paraga Khanny, należy przemyśleć na nowo stare dylematy geopolityczne i postawić na konektywność, tj. połączenie wysiłków na rzecz efektywnej kontroli związków gospodarczych i łańcuchów dostaw oraz otwieranie jak największej palety kanałów komunikacji. W obliczu rosnącej konkurencji transnarodowych korporacji i uzależnień w dziedzinach cyberprzestrzeni, klimatu, wyczerpywania zasobów, poszukiwań nowych źródeł energii itp., potrzeba więcej zrozumienia dla strategii kooperacyjnych i akomodacyjnych. Na razie w myśleniu polskich polityków przeważają postawy wojownicze i strategie wojenne. Szykowanie się do wojny z Rosją świadczy o irracjonalnym szaleństwie i straceńczych instynktach rządzących, choć nikt spośród świadomych obywateli Rzeczypospolitej nie daje im na to przyzwolenia.
Stanisław Bieleń
Wyróżnienia i środtytuły pochodzą od Redakcji.
- Autor: Radosław S. Czarnecki
- Odsłon: 4737
Nie może być pokoju ani współegzystencji
między wiarą islamską a nieislamskimi
wspólnotami i instytucjami politycznymi.
Alija Izetbegović (pierwszy prezydent Bośni)
Jak to się stało, że Bałkany (a zwłaszcza niektóre regiony Bośni i Hercegowiny, Sandżaku — czyli pogranicze Serbii i Montenegro oraz Albania i Kosowo) zamieszkałe przez wyznawców islamu stały się bazą dla działań międzynarodówki dżihadystów wspomaganej finansowo przez ultra-konserwatywne kraje arabskie (głównie Arabię Saudyjską)?
Czemu przemiany demokratyczne z końca XX wieku, jakie miały miejsce w całym bloku wschodnim doprowadziły tu do stworzenia nierównowagi politycznej, kulturowej, religijnej, że możliwe stało się powstanie „czarnych dziur" (bo tak nazywa się kraje „upadłe", jakimi od lat są Somalia, Liberia, czy Afganistan, a dziś — Libia czy Irak) - tworów quasi-państwowych takich jak Bośnia czy Kosowo?
Z powodu chaosu i rozkładu struktur administracyjnych tych tworów i niemożności przeciwdziałania rozwojowi terroryzmu, przemytu na wielką skalę ludzi, broni, narkotyków itd. rośnie możliwość infiltrowania (dziś już całkiem jawnego) i importu na teren starego kontynentu ideologii islamistycznej, duchownych szerzących tę ideologię oraz ludzi związanych z międzynarodówką dżihadystów.
Państwa Zachodu podczas rozpadu Jugosławii z racji swych sympatii (i antypatii), domniemanych utylitarnych (jak się okazuje dziś — pozornych) korzyści polityczno-gospodarczych, zasad demokratycznych w wersji postmodernistycznej, wspomagając międzynarodówkę terrorystów — tak jak to czyniły podczas wojny w Afganistanie (tam w imię walki z komunizmem) — przyczyniły się do przybycia kilku tysięcy mudżahedinów na Bałkany (wielu z nich pozostało jako obywatele Bośni i zajęło się wprowadzaniem zwyczajów oraz obrzędów typowych dla fundamentalistycznych państw muzułmańskich) oraz do przeszkolenia i ćwiczenia w wojennym rzemiośle tysięcy muzułmanów urodzonych już w Europie. M.in. dotyczyło to sporej grupy terrorystów -samobójców uczestniczących w zamachu na Word Trade Center we wrześniu 2001 roku.Mudżahedini na Bałkanach, czyli gorzkie owoce flirtu
To spostrzeżenie Izraelczyka, znawcy problematyki azjatyckiej w przedmiocie spraw społecznych, religijnych, politycznych itd. (a tym samym i Bliskiego Wschodu) jest o tyle symptomatyczne co znamienne. Pewne problemy i zagrożenia można było bowiem przewidzieć w prezentowanym tu kontekście. Flirt i współpraca z fanatykami religijnymi — jak pisze cytowany Shlomo Avinieri - musiały (jak wielokrotnie to było w historii) wydać gorzkie owoce. Nawet koszt upokorzenia komunizmu (który w tym czasie i tak był ideą martwą, a ZSRR — „papierowym tygrysem") nie był wart — w perspektywie czasowej — takiej ceny, jaką dziś płaci cywilizowany świat Zachodu.
Takie postawienie problemu jest wybitnie anty-mainstreamowe: elita polityczna i dziennikarsko-publicystyczna stworzyły jednostronny, ubogi intelektualnie i wybitnie nieprawdziwy obraz konfliktów na Bałkanach podczas rozpadu Jugosławii (będącego pokłosiem upadku bipolarnego podziału świata po 1989 roku).
Mechanizmy konfliktów w Jugosławii nie miały nic z obrazu czarno-białej projekcji prezentowanej czytelnikom w Polsce i na Zachodzie przez media. Oczywiście, nikt nie zamierzał celowo wspierać powstania na terenie byłej Jugosławii enklaw dżihadu, islamizmu czy kolonii rządzonych wg praw szarijatu rodem z Arabii Saudyjskiej czy Pakistanu, z obrzędowością made in Sudan Hasana at-Turabiego, czy zwyczajami z afgańskiego interioru. Ale bezwarunkowe poparcie udzielone najbardziej skrajnym elementom bośniackiego orbis terrarum, jednoznaczne opowiedzenie się za muzułmańskim państwem w sercu Bałkanów, wydały właśnie takie owoce. Owoce, które w wielu gorzkich postaciach będzie Europa musiała konsumować, z którymi będzie się musiała zmagać, które ją będą intrygować i absorbować przez dekady (o ile nie przez wieki).
Takie tezy implikują mnóstwo niepopularnych oraz będących passe sądów (wobec obowiązującego nadal political corectness paradygmatów na temat wojen bałkańskich w końcu XX wieku), pokazują mechanizmy i konotacje sympatii (i antypatii) wobec problemu jugosłowiańskiego rozpadu.
Owe sympatie koncentrowały się na poparciu udzielonym katolickim republikom — Słowenia i Chorwacja uzyskały je od Niemiec i Watykanu w sposób jawny i sprzeczny ze wszystkimi rezolucjami międzynarodowych organizacji - oraz obarczeniu Serbii wszelkimi winami za rozwój sytuacji na Bałkanach (prawosławna republika, związana emocjonalnie, kulturowo i historycznie z Rosją).
W późniejszym terminie per analogiam uznano bośniackich muzułmanów za "ofiary serbskiego nacjonalizmu", co spowodowało ścisłą współpracę tak nieprawdopodobnych sojuszników jak: Zachód (wraz z aktywnym, nie tylko wywiadowczo-logistycznym, zaangażowaniem się w konflikty bałkańskie USA), finansowi krezusi znad Zatoki Perskiej propagujący islam w wersji wahhabickiej (czyli skrajnie purytańskiej i wrogiej jakiemukolwiek postępowi) oraz fanatycy islamistyczni opierający swe idee na teoriach fundamentalizmu religijno-politycznego (ibn-Tajmijji, Qutba czy Maududiego). To w takich warunkach mógł działać i być użytecznym jako „sponsor" oraz koordynator tych działań Osama bin Laden. Dziś znanych jest szereg dowodów oraz dokumentów (także z raportów wywiadowczych i kontrwywiadowczych) potwierdzających kilkakrotną obecność bin Ladena w Bośni, Albanii czy Kosowie.
Szermierz fanatyzmu
Znamienną osobą wokół której koncentrowała się ideologia islamizmu w Bośni jawi się bez wątpienia pierwszy prezydent tej republiki Alija Izetbegović. Sielankowy i mityczny obraz tego polityka prezentowany onegdaj w mediach nie wytrzymuje racjonalnej i obiektywnej prezentacji. Od dekad był on zaangażowany w szerzenie ideologii tworzącej szowinizm muzułmański w byłej Jugosławii (w skali świata islamskiego był to znany szermierz idei fanatyzmu religijnego, ksenofobii i nacjonalizmu).
Za to właśnie — a nie jak przedstawiały media za "walkę z komunizmem" — za szerzenie ksenofobii, nienawiści religijnej, propagowanie szarijatu jako formy organizacji państwa muzułmańskiego był w Jugosławii skazany przez tamtejszy sąd na karę długoletniego pobytu w więzieniu (przesiedział ostatecznie tylko kilka lat w odosobnieniu).
W swoich założeniach (tzw. Islamska Deklaracja) europejskiego państwa muzułmanów propagował szarijat jako podstawę prawodawstwa i obyczajów, islamizację życia publicznego, ksenofobię i nacjonalizm. W młodości Izetbegović był aktywnym członkiem organizacji Młodych Muzułmanów współdziałającej z hitlerowcami okupującymi Bałkany i chorwackimi ustaszami Ante Pavelićia (których idee były niesłychanie bliskie Młodym Muzułmanom — oczywiście z perspektywą katolickiej ortodoksji). Oto kilka próbek ideowych z Islamskiej Deklaracji Aliji Izetbegovićia. Na pytanie: "Co się stanie z Serbami w Islamskiej Republice Bośni i Hercegowinie?" autor odpowiada m.in.:
" p.1 - kary dla Serbów za popełnione przez nich zbrodnie będą orzekane wg odpowiedzialności zbiorowej;
p.2 - wszyscy Serbowie będą mieli 12-godzinny dzień pracy i ich płace będą z reguły 30 % niższe niż płace muzułmanów na tych samych stanowiskach;
p.3 - Serbowie będą mieli pierwszeństwo w czasie zwolnień zbędnych pracowników;
p.4 - Serbowie nie będą mogli wejść na teren instytucji państwowych bez specjalnych przepustek;
p. 8 - Serbowie będą równi muzułmanom, jeśli z własnej woli przyjmą wiarę muzułmanów;
p. 9 - dobry Serb to żywy i posłuszny Serb, albo martwy i nieposłuszny Serb" (Podaję za sarajewskim magazynem VOX z października 1991 — hasło w Google: „Abu al-Malij” oraz raport Y. Bodnansky’ego dla Komisji ds. Terroryzmu Kongresu USA z września 1992).
Laickie skrzydło partii rządzącej od początku państwowości bośniackiej sprzeciwiające się fundamentalizacji kraju (SDA- Stranka Demokratske) zostało przez Izetbegovićia wyeliminowane, a jej członkowie ginęli w przeważnie niewyjaśnionych okolicznościach (zrzucano odpowiedzialność za te fakty najczęściej na bośniackich Serbów).O czym nie mówiono
Służby specjalne państw zachodnich czynnie współdziałały z dżihadystami, którzy masowo przybywali do Bośni. To tu, w trakcie walk, zaczęto obcinać głowy nie-muzułmanom (o tych licznych faktach nie wspominało się wówczas w mediach), co z kolei spowodowało barbarzyńską kontrreakcję osamotnionych — formalnie i medialnie — Serbów (zamieszkałych w Bośni i w nowej Jugosławii).
Także nie wszyscy Bośniacy (islam bośniacki był niesłychanie zlaicyzowaną i zeuropeizowaną formą religii Mahometa, przez lata trwania Jugosławii stając się z jednej strony formą folkloru Sarajewa, Tuzli czy Zenicy, a z drugiej — przykładem ewolucji, jakiej podlega w warunkach wielokulturowej Europy także wiara religijna) godzili się na taki rozwój sytuacji, na obskuranckie religianctwo i dewocję rodem z konserwatywnych krajów arabskich — przykładem tego są m. in. dzieje Fikreta Abdićia. „Wolna" Bośnia będąca w zasadzie mini-Jugosławią powielała te argumenty, które legły u podstaw rozbicia tego kraju: jeśli trzy społeczności — Serbowie, Chorwaci i muzułmańscy Bośniacy nie mogli żyć we wspólnym państwie zwanym Jugosławią, to czemu musieli być obywatelami — islamskiej Bośni. Ten paradoks był ukrywany i zaciemniany przez mainstreamowe media.
Ów paradygmat mainstreamu europejskiego — multi-kulti i prawa człowieka (gwałconych rzekomo jedynie przez Serbów) — nie wytrzymuje krytyki i zarzutów o stronniczości, politycznym zapotrzebowaniu danej chwili, utylitaryzmie polityczno-gospodarczym etc., a także w świetle ujawnianych dziś, po dekadzie od zakończenia wojny o Kosowo (czyli jak na razie ostatniego konfliktu zbrojnego na Bałkanach), dokumentów i faktów.
Skutki politycznego zaślepienia
Niech klasycznym tego przejawem, swoistym memento w sprawie flirtów z wszelkiego rodzaju fanatyzmami religijnymi, będzie logistyczne wsparcie udzielane przed laty fundamentalistycznemu Hamasowi przez Izrael (za pomocą służb specjalnych) w celu osłabienia ruchu na rzecz wyzwolenia Palestyny — al-Fatahu i niezwykle popularnego w swoim czasie Jasera Arafata. Polityczna krótkowzroczność i zaślepienie nakazywały popieranie religijnych ortodoksów. Tworzenie przeciwwagi dla al-Fatahu (klasyfikowanego jako terroryści, choć z innej niźli islamiści płaszczyzny) w formie Hamasu było absolutnym ordynowaniem pacjentowi "cholery jako lekarstwa przeciwko dżumie". Związek Radziecki zresztą także kooperował w imię racji ideologiczno-politycznych (na niwie walki z kapitalizmem) z fanatykami religijnymi w regionie Bliskiego Wschodu, choć w latach 60. i 70. XX wieku problem fundamentalizmu religijnego — także w islamie — nie miał jeszcze takiego globalnego i szerokiego zasięgu jak współcześnie. Na ten temat — choć trochę w innym kontekście — pisze również znakomity izraelski znawca tematu fundamentalizmu muzułmańskiego i terroryzmu inspirowanego islamistyczną ideologią, Barry Rubin w artykule „Doktryna Obamy".
Dzisiejsze oburzenia i zdziwienie z tytułu, że w miastach Europy czy USA fanatycy islamscy obcinają głowy, podkładają bomby czy dokonują różnorodnych zamachów jest w związku z taką perspektywą przedstawioną wcześniej zupełnie niezrozumiałe. Opinia publiczna Zachodu została absolutnie zmanipulowana i otumaniona zarówno w czasie kończącym „zimną wojnę", jak i podczas rozpadu Jugosławii, kraju który mógłby być ze swoimi rozwiązaniami jakimś oporem i alternatywą dla neoliberalnego i dogmatycznego w swym „ekonomizmie" porządku w Europie.
Bałkańskie domino
W ogóle muzułmanie na Bałkanach poczuli swą moc w oparciu o zaplecze, jakie otrzymali niegdyś od NATO i UE, a przede wszystkim — w strugach petrodolarów pompowanych w ten region z Arabii Saudyjskiej i Emiratów leżących nad Zatoką Perską. I jest to pomoc przeznaczona wyraźnie dla odłamów wybitnie fundamentalistycznych, nietolerancyjnych, prezentujących ortodoksyjną odmianę islamu.
Owa moc przejawia się (na razie) w lokalnej agresji i natarczywości samozwańczych policji religijnych, obrzędach rodem z Półwyspu Arabskiego (kobiety w nikabach, półoficjalne wielożeństwo, setki nowo budowanych meczetów, fanatyczne kazania mułłów sprowadzonych z krajów arabskich, zakładane szkoły koraniczne wahhabickiej proweniencji, itd.), czy wyraźnej islamizacji klimatu polityczno-kulturowego kraju. Duch wielokulturowego Sarajewa i takiej Bośni umarł wraz z upadkiem Jugosławii. Te i inne problemy Bałkanów z okresu rozpadu Jugosławii prezentuje książka niemieckiego dziennikarza, publicysty, Juergena Elsaessera pt. „Jak dżihad przybył do Europy?”. Warto ją przeczytać, nawet w kontekście refleksji nad całokształtem zagadnień związanych z upadkiem projektu pod tytułem Jugosławia oraz tego, co wyprawia w dekadę po zwycięstwie (na Bałkanach) islamizm na starym kontynencie.
Radosław S. Czarnecki
Tekst został pierwotnie wydrukowany na portalu Racjonalista.pl
http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,9059
Śródtytuły i wytłuszczenia pochodzą od redakcji.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 95
Emmanuel Todd: rola Rosji w procesach globalnych zawsze mnie zadziwiała
Z Emmanuelem Toddem, francuskim historykiem i antropologiem społecznym znanym z niekonwencjonalnych poglądów, autorem wielu uznanych książek, wśród nich najnowszej, bestsellerowej – Klęski Zachodu (2024) rozmawia Natalia Rutkevich.
Natalia Rutkevich: Pojęcie „wartości” często pojawia się w publicznych dyskusjach politycznych. Świat liberalny podkreśla ich uniwersalność, podczas gdy świat nieliberalny mówi o wartościach tradycyjnych i rodzinnych, podkreślając ich wyjątkowość. Oba te pojęcia to polityczna retoryka, wydmuszka, ale odgrywają kluczową rolę, biorąc pod uwagę informacyjną naturę współczesnego społeczeństwa. Czy można powiedzieć, że ten konflikt definiuje charakter globalnej konfrontacji?
Emmanuel Todd: Kwestia wartości jest rzeczywiście ważna, ale to tylko jeden z elementów globalnych sporów i kłótni. Dyskutując o konfrontacji między Rosją a Zachodem lub innych konfliktach międzypaństwowych, zacząłbym nie od wartości, ale od analizy równowagi sił.
Podzielam realistyczny pogląd Johna Mearsheimera, który uważa, że rywalizacja wielkich mocarstw odgrywa kluczową rolę w globalnych konfliktach. W tym kontekście punktem wyjścia konfrontacji między Rosją a Stanami Zjednoczonymi i ich wasalami (Japończyków i Europejczyków postrzegam raczej jako wasali USA niż prawdziwych sojuszników) jest rozpad amerykańskiej potęgi.
Zniknięcie Związku Radzieckiego stworzyło iluzję triumfu Zachodu, choć w rzeczywistości, w momencie upadku ZSRR, Zachód znajdował się już w stanie gospodarczego i kulturalnego upadku, który rozpoczął się w połowie lat 60. XX wieku. Globalizacja, przyspieszona przez zniknięcie radzieckiego rywala, doprowadziła do znacznego osłabienia amerykańskiego przemysłu, a także gospodarek Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec i, w pewnym stopniu, Japonii. Dlatego chciałbym przede wszystkim zwrócić uwagę na głębsze przyczyny zmiany układu sił na niekorzyść Zachodu, w tym spadek produkcji, niedobór kadr inżynierskich oraz ogólny upadek systemu edukacji, który rozpoczął się w Stanach Zjednoczonych w 1965 roku, a we Francji w 1995 roku.
Natalia Rutkevich: Dlaczego akurat te daty?
Emmanuel Todd: Kamienie milowe zmian w systemach edukacji. W Stanach Zjednoczonych w 1965 roku uchwalono ustawę o rozwoju edukacji podstawowej i średniej (Elementary and Secondary Education Development Act), która teoretycznie była słuszną decyzją mającą na celu poszerzenie dostępu do edukacji. Jednak według testów kompetencji, to właśnie od 1965 roku wyniki kandydatów na studia spadają, zarówno w matematyce, komunikacji ustnej, jak i pisemnej.
We Francji liczba uczniów szkół średnich uzyskujących dyplom ukończenia szkoły średniej rosła we wszystkich warstwach społecznych do 1995 roku. Później przez kilka lat spadała, ale potem znów zaczęła rosnąć. Nie wynikało to z poprawy poziomu wiedzy, ale z obniżenia standardów egzaminacyjnych.
Procesy te zapoczątkowały restratyfikację, trend pogłębiający nierówności i segregację elit. O ile wcześniej wszyscy absolwenci liceów byli względnie równi, o tyle teraz, aplikując na uniwersytety, brane są pod uwagę konkretne liceum, które kandydat ukończył, aby ocenić, czy jego ocena odzwierciedla rzeczywistość.
Natalia Rutkevich: Czyli problem leży konkretnie w sferze edukacyjnej?
Emmanuel Todd: Między innymi, ale ostatecznie dojdziemy do tego, co uważam za główną przyczynę osłabienia Zachodu: stopniowego zaniku fundamentów, które stanowiły jego prawdziwą siłę. Przede wszystkim jest to etyka protestancka (angielska, niemiecka, amerykańska, skandynawska itd.) i jej wartości – edukacja, dyscyplina i praca.
W mojej książce Klęska Zachodu opisuję Zachód jako cywilizację, która osiągnęła granice swoich możliwości wyzysku reszty świata. Zachód żyje z taniej siły roboczej chińskich robotników, dzieci z Bangladeszu i, krótko mówiąc, z brutalnego wyzysku innych krajów. Chce utrzymać swoją uprzywilejowaną pozycję, podczas gdy inni globalni gracze są z tego coraz bardziej niezadowoleni.
Globalną konfrontację postrzegam więc przez pryzmat relacji władzy i wyzysku, ale zauważam, że istniejące systemy aktywnie wykorzystują wartości jako narzędzie walki.
Natalia Rutkevich: W jakim stopniu, pana zdaniem, hasła głoszące wartości liberalne i konserwatywne odpowiadają rzeczywistości społeczeństw, w których są głoszone?
Emmanuel Todd: Dyskurs o liberalnej demokracji i „wartościach zachodnich” jest nieodzownym elementem oficjalnej retoryki Zachodu, ale jest wykorzystywany przede wszystkim do konsumpcji zewnętrznej, na eksport, że tak powiem. Tymczasem w naszych społeczeństwach od dawna dostrzegamy, że nasza demokracja znajduje się w głębokim kryzysie. Znaki są oczywiste: wzrost popularności Trumpa w USA, wzrost popularności Zgromadzenia Narodowego we Francji, wzrost skrajnej prawicy w Niemczech i tak dalej. Rozumiemy, że nasze demokracje słabną z powodu wewnętrznych, endogennych przyczyn.
Pewien poziom wolności osobistej pozostaje zachowany – na przykład mogę swobodnie wyrażać swoje opinie i nie jestem więziony. Chociaż regularnie oskarżają mnie o bycie agentem Kremla, publikuję we Francji książki, które dobrze się sprzedają. To pokazuje, że nasz kraj pozostaje pluralistyczny, a ludzie nie ograniczają się do oglądania oficjalnych mediów.
Pozostaje jeszcze całe spektrum innych opinii, choć ja na przykład jestem personą non grata w państwowych kanałach telewizyjnych, co jest oczywiście niewiarygodne w przypadku kraju, który „stoi na straży wolności słowa” i poucza inne kraje, w szczególności Rosję.
Jeśli chodzi o wartości obozu przeciwnego, nie wierzę w propagowany pogląd o religijnym oporze Rosji wobec Zachodu ani o odrodzeniu prawosławia. Komunizm stał się możliwy w Rosji dzięki upadkowi Kościoła prawosławnego poprzedzającego rewolucję 1917 roku, podobnie jak rewolucja francuska z 1789 roku stała się możliwa dzięki kryzysowi Kościoła katolickiego w latach 1730–1789. Nie żywię wrogości wobec prób przedstawienia konserwatywnego sojuszu religijnego, ale istotę konfrontacji widzę gdzie indziej.
Pozycja międzynarodowa Rosji, której typ państwowości nazywam „demokracją autorytarną”, moim zdaniem odzwierciedla jej fundamentalną wartość – ideał suwerenności narodowej. W ten sposób ścierają się dziś dwie fundamentalne wartości: z jednej strony ideał globalizacji pod kontrolą USA, z drugiej – ideał suwerenności narodowej ucieleśniany przez Rosję.
To rodzi interesujące paradoksy. Jako obywatel Francji, cieszę się stosunkowo wysokim poziomem wolności w społeczeństwie, które w dużej mierze utraciło niepodległość i znajduje się pod zagraniczną kontrolą. Jednak wolności obywatela Rosji są znacznie bardziej ograniczone, a mimo to jego kraj jest suwerenny. Kto więc jest bardziej wolny – ja czy obywatel Federacji Rosyjskiej? To naprawdę ważne i interesujące pytanie.
Natalia Rutkevich: W Rosji popularne stało się określenie „globalna większość”, odnoszące się do świata pozazachodniego. Jest on oczywiście ogromny i niezwykle heterogeniczny, z licznymi konfliktami, które w nim tlą się lub drzemią. Czy jednak, pana zdaniem, możemy mówić o wspólnocie poza Zachodem? Czy istnieje coś, co je jednoczy? I na ile uzasadnione jest mówienie o tradycyjnych wartościach jako o czymś, co jednoczy kultury? Tradycje są wszędzie wyjątkowe.
Emmanuel Todd: W rzeczywistości sam Zachód jest daleki od homogeniczności. W mojej najnowszej książce szczegółowo wyjaśniam różnice w historycznie ugruntowanych modelach rodziny i polityki, które istniały w różnych krajach należących obecnie do bloku zachodniego. Weźmy na przykład Japonię czy Niemcy. Liberalna demokracja została im narzucona przez amerykańską siłę militarną; nie doszli do niej w sposób naturalny. Innymi słowy, dzisiejszy Zachód jest zjednoczony przede wszystkim pod przywództwem Stanów Zjednoczonych, dzięki ich militarnej kontroli nad blokiem. Drugim elementem spajającym blok zachodni jest jego zdolność do czerpania największych korzyści z globalizacji. Podporządkowanie Stanom Zjednoczonym i wyzysk reszty świata to cechy charakterystyczne, które dają im prawo do nazywania siebie częścią Zachodu.
Jeśli chodzi o resztę świata, tzw. „nie-Zachód”, to reprezentuje ona ogromną różnorodność. Rosja i Chiny, kraje często porównywane, reprezentują dwa zupełnie różne i, moim zdaniem, nieporównywalne systemy – pierwszy bliższy modelowi autorytarnemu, drugi totalitarnemu. Świat arabski jest podzielony. Indie, będące państwem demokratycznym, reprezentują unikalną kombinację hinduskiej większości, dużej mniejszości sunnickiej i niewielkiej mniejszości chrześcijańskiej. Afryka to ogromny świat sam w sobie. I wreszcie Brazylia, będąca strategicznym partnerem Rosji i Chin w ramach BRICS, wciąż pozostaje duchowo dość bliska Zachodowi.
Jedyne, co łączy ten wielki, podzielony świat, który nazywacie „globalną większością”, to pragnienie uwolnienia się od wyzysku Zachodu.
Ta globalna większość pojawiła się jako reakcja na najnowsze próby imperium, żyjącego iluzjami o swojej dawnej potędze i pragnącego utrzymać globalną hegemonię. Globalna większość pojawiła się, gdy Rosja postanowiła rzucić wyzwanie Stanom Zjednoczonym i obalić „władców świata” z ich pozycji. Nikt nie wierzył, że coś takiego jest możliwe; nikt nie odważył się na taki krok. Stopniowo jednak coraz więcej ludzi zaczyna postrzegać siebie jako część tej globalnej większości, która odmawia podporządkowania się Amerykanom. Obserwowanie tego procesu jest fascynujące. Historia znów się toczy!
Ogólnie rzecz biorąc, rola Rosji w sprawach globalnych zawsze mnie uderzała. W czasach komunizmu Rosja była siłą napędową historii świata, a teraz ponownie przejmuje tę rolę, wykazując się niezwykłą determinacją w obronie suwerenności wielkich narodów (podkreślam: nie wszystkich, ale właśnie tych wielkich). Co więcej, Rosja stała się swoistym centrum zainteresowania dla tych, którzy odrzucają zachodnią ideologię LGBT (i tu wracamy do kwestii wartości). Warto zauważyć, że kwestia LGBT wykracza daleko poza ramy liberalnej demokracji i zajmuje centralne miejsce w stosunkach międzynarodowych.
Natalia Rutkevich: Co pan ma na myśli?
Emmanuel Todd: Badając ewolucję praw mniejszości seksualnych na potrzeby mojej poprzedniej książki o feminizmie, doszedłem do wniosku, że kwestie te zajmują kluczowe miejsce w geopolityce, dlatego postanowiłem poświęcić swoją kolejną pracę właśnie tematyce geopolitycznej. Zachód wykazał się zdumiewającą naiwnością, nie zdając sobie sprawy, że jego ideologia LGBT nie jest postrzegana przez resztę świata tak, jak oczekiwano. To oczywiste niezrozumienie świata zewnętrznego otworzyło przed Rosją ogromne możliwości pozycjonowania się jako konserwatywne mocarstwo na arenie międzynarodowej, ponieważ opór wobec zachodniej ideologii LGBT jest znacznie silniejszy, niż Zachód jest przyzwyczajony sądzić. Chodzi o coś więcej niż tylko o ochronę praw mniejszości seksualnych. Mniejszości te istniały zawsze, a ich prawo do godnego i spokojnego życia wydaje mi się oczywiste. Jednak „T” w słowie LGBT oznacza coś zupełnie innego. Transpłciowość jest w istocie zaprzeczeniem rzeczywistości biologicznej. Mówię jako antropolog: twierdzenie, że człowiek może zmienić płeć jest formą nihilizmu, ucieczką od rzeczywistości. Współczesny Zachód jest opanowany przez ten nihilizm, a ideologia LGBT staje się jego centralnym symbolem.
Wbrew jednak zachodnim oczekiwaniom, ideologia ta spotyka się z niemal powszechnym odrzuceniem i tworzy sojusze w społeczeństwach, które boją się jej radykalizmu i nie chcą podążać za Zachodem.
Rosja odgrywa kluczową rolę jako biegun przyciągający wszystkich, którzy sprzeciwiają się zniekształcaniu rzeczywistości i nie zgadzają się z nihilistycznym kursem Zachodu.
Natalia Rutkevich: Spodziewał się pan upadku ZSRR na podstawie wskaźników demograficznych i danych o wydajności pracy. Co by się stało, gdyby tę samą metodologię zastosować do współczesnej Rosji i innych dużych krajów?
Emmanuel Todd: Wskaźnikiem, który dodał mi odwagi do przewidywania upadku ZSRR, był wzrost śmiertelności niemowląt w latach 1970–1974, po którym nastąpiło zaprzestanie publikacji danych. Śmiertelność niemowląt jest jednym z najważniejszych wskaźników, odzwierciedlającym nie tylko stan systemu opieki zdrowotnej, ale także ogólny dobrobyt społeczeństwa. W 2020 roku wskaźnik śmiertelności niemowląt w Rosji wynosił 4,4 przypadków na 1000 żywych urodzeń, podczas gdy w Stanach Zjednoczonych wskaźnik ten był wyższy – 5,4. W mojej książce przytaczam różne wskaźniki demograficzne i ekonomiczne, ale kluczowym wskaźnikiem pozostaje śmiertelność niemowląt. W 2023 roku wskaźnik śmiertelności niemowląt w Stanach Zjednoczonych zaczął ponownie rosnąć.
Natalia Rutkevich: Demokracja zmienia swoją naturę. Z narzędzia legitymizacji poprzez opinię obywatelską i środka obrotu prawnego przekształca się w środek utrzymania status quo i unikania zmian, które mogłyby go podważyć. Regulacje prawne i manipulacja informacją są integralną częścią wyborów w każdym kraju. Co będzie dalej?
Emmanuel Todd: Dla mnie jest jasne, że nie żyjemy już w demokracji. W 2008 roku opublikowałem książkę zatytułowaną „Po demokracji”. W 2005 roku Francuzi w referendum opowiedzieli się przeciwko Konstytucji Unii Europejskiej, ale postanowiono zignorować tę decyzję, przyjmując Traktat Lizboński. To wyraźnie pokazało, że demokracja już nie istnieje. A to, co wydarzyło się we Francji w ostatnich miesiącach, kiedy kraj funkcjonował normalnie bez rządu w stanie ostrego kryzysu politycznego, tylko to potwierdza.
Życie toczy się dalej po demokracji. Kiedy zaakceptujemy koncepcję liberalnej oligarchii, a właśnie taką jest nasza obecna forma rządów, staje się jasne, że to zupełnie inny system.
Dla mnie prawdziwym problemem jest upadek wszystkiego, co przyczyniło się do sukcesu Zachodu, a zwłaszcza protestantyzmu (uważam, że współcześni ewangelicy to coś zupełnie innego). Protestantyzm zapewnił powszechną edukację, kolektywne rządy i silne, indywidualne zasady moralne. Później, choć religie upadły, zostały zastąpione przez to, co nazywam „zombie formami religijności” – świeckie, obywatelskie wierzenia. Teraz jednak weszliśmy w fazę „religii zerowej”, w której nie ma już żadnych zbiorowych wierzeń.
Postrzegam Zachód jako cywilizację, która wyczerpała swój kapitał moralny i społeczny. Wielu dziś martwi wyczerpywanie się zasobów energetycznych, ale mnie niepokoi wyczerpywanie się zasobów społecznych i moralnych odziedziczonych po naszej bazie religijnej. Dziedzictwo religijne, sięgające średniowiecza, było swego rodzaju rezerwą paliwa, która napędzała rozwój Zachodu. Ale teraz to źródło jest wyczerpane. Atomizacja naszych społeczeństw, starzenie się populacji, kryzys płodności, deindustrializacja i niezdolność do kolektywnego działania spowodowana kryzysem religijnym martwią mnie i niepokoją, ponieważ sam pochodzę z Zachodu. Anglia, Francja, Stany Zjednoczone – historia mojej rodziny jest związana ze wszystkimi tymi krajami i trudno mi patrzeć na ich upadek.
Niemniej jednak wierzę, że prędzej czy później Europa będzie musiała wziąć swój los we własne ręce; nie pozostanie na zawsze pod kuratelą Stanów Zjednoczonych. Kraje europejskie utraciły nawyk wolności i odpowiedzialności; bycie wolnym nie jest takie łatwe. Dziś trudno w to uwierzyć, ale w dłuższej perspektywie przewiduję przywrócenie autonomii kontynentu europejskiego dzięki zbliżeniu Rosji i Niemiec, dwóch krajów, które przetrwały totalitaryzm i zawsze miały szczególne znaczenie dla Europy. Liczę również na odrodzenie pierwotnego europejskiego trio – Niemiec, Włoch i Francji – które mogłyby wspólnie wyzwolić Europę spod amerykańskiej kontroli, zorganizowanej obecnie wokół osi obejmującej Wielką Brytanię, Skandynawię, Polskę i Kijowską Ukrainę.
Powyższy wywiad Natalii Rutkevich z Emmanuelem Toddem ukazał się w magazynie Россия в глобальной политике (Rosja w Sprawach Globalnych) Nr 6/24
Za: https://globalaffairs.ru/articles/rol-rossii-todd/#
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1682
W okresie kilkudziesięciu lat od zakończenia II wojny światowej dwa ważne czynniki zadecydowały o tym, że wojna przestała być ultima ratio polityki. Z jednej strony była to normatywna debellizacja, czyli prawnomiędzynarodowy zakaz użycia siły lub groźby jej użycia (z wyjątkami określonymi w Karcie Narodów Zjednoczonych), a z drugiej - technologiczna rewolucja w dziedzinie zbrojeń, polegająca na stworzeniu broni masowego rażenia.
Mimo rozmaitych konfliktów zbrojnych o zasięgu lokalnym mających charakter wojen (np. wojna koreańska, indochińska, wietnamska, afgańska, wojny izraelsko-arabskie), w okresie „zimnej wojny” nie doszło nigdy do bezpośredniego zbrojnego starcia między wielkimi potęgami. Z podobną sytuacją mamy do czynienia w okresie trzech mijających dekad, po zakończeniu konfrontacji międzyblokowej.
Wygląda na to, że jest to szczególny okres, w którym negacji ulega zasadność i użyteczność wojen w systemie międzynarodowym, co oczywiście nie oznacza ich całkowitego wyeliminowania.* Można go nazwać turbulentnym „pozimnowojniem”. Nie ma wprawdzie żadnych gwarancji, że w przyszłości nie dojdzie do wybuchu wielkiej wojny hegemonicznej, o czym lubią rozpisywać się rozmaici wizjonerzy geopolityki, ale póki co, pokój, a nie wojna zajmuje głowy przywódców sytego i pewnego siebie Zachodu.
Era zimnowojenna charakteryzowała się stanem „zbrojnego pokoju”. Znajdowało w nim doskonałe odbicie starorzymskie zawołanie si vis pacem, para bellum (chcesz pokoju, gotuj się do wojny). Paradoks sytuacji polegał na tym, że im bardziej dwie przeciwstawne strony szykowały się do wojny, tym bardziej była ona niemożliwa. Broń jądrowa okazała się bowiem bronią „impotentną” w użyciu. Spełniała jednak swoją rolę odstraszającą jak żadne inne bronie w historii. Ze względu na niemożliwość wygrania wojny totalnej sięgano więc do różnych środków pośrednich (tzw. proxy wars), przenosząc starcia zbrojne na obszary peryferyjne przy użyciu broni konwencjonalnych. Choć nie straciły na znaczeniu odwieczne motywy prowadzenia wojen, wyrażające się w poszukiwaniu bogactwa, głoszeniu misyjnych ideologii (świeckich, bądź religijnych) oraz umacnianiu prestiżu i sławy (gold, God, glory), to jednak po raz pierwszy w tak długim okresie system międzynarodowy jako całość ustrzegł się przed kolejną katastrofą i traumą.
Obecny stan rzeczy nie jest wszak całkiem racjonalny. Występuje bowiem powszechne zjawisko militaryzacji opinii publicznej, trwa nakręcanie koniunktury zbrojeń, odwracanie uwagi od realnych problemów, kreowanie wroga i wywoływanie powszechnego strachu. Rządzący ciągle szukają usprawiedliwienia dla stosowania przemocy wobec realnych lub wyimaginowanych przeciwników, a to w obronie niezależności, a to dla zachowania dotychczasowego stanu posiadania (dostęp do bogactw, ochrona terytorium, obrona pozycji i statusu w świecie). W każdym przypadku powołują się na wolę narodu, a odwoływanie się do sentymentu nacjonalistycznego stało się regułą.
Istniejąca w okresie „zimnej wojny” równowaga strachu ciągle odgrywa ważną rolę w utrzymaniu pokoju.
Apologeci hegemonii amerykańskiej w pozimnowojennym systemie stosunków międzynarodowych przypisują jednak przede wszystkim Stanom Zjednoczonym rolę głównego gwaranta pokojowej stabilności systemowej, niezależnie od ich rozmaitych ekspedycji karnych i wojen interwencyjnych o zasięgu lokalnym czy regionalnym. Do tego dochodzą rosnące współzależności gospodarcze oraz postęp w szerzeniu demokratycznych wzorów ustrojowych.
Bezpieczna zimna wojna
Ta liberalna wiara w „pokój przez demokrację i gospodarkę” prowadzi jednak na manowce. Okazuje się bowiem, że hegemon amerykański, mimo głoszonej ideologii liberalnej sam jest źródłem wielu konfliktów i uprawia często politykę konfrontacyjną.** Jej kurs wobec Rosji czy Chin pokazuje prawdziwe oblicze interwencjonistów zza oceanu. Sojusze Waszyngtonu z reżimami autorytarnymi są na porządku dziennym, podobnie jak w czasach „zimnej wojny”. Realpolitik bierze górę nad ideałami demokracji i praw człowieka. A wojny handlowe z Chinami i polityka sankcji wobec Rosji pokazują, jak wzniosłe hasła o współzależności gospodarczej ulegają deprecjacji ze względu na własne egoistyczne interesy.
W okresie „zimnej wojny” strony konfrontacji międzyblokowej wypracowały pewne standardy, które w dziedzinie kontroli zbrojeń oznaczały budowę wzajemnego zaufania. Składały się na nie: jednomyślność w sprawie konieczności regulacji traktatowych, transparentność arsenałów jądrowych i konwencjonalnych oraz defensywny charakter strategii bezpieczeństwa. Wykształciła się świadomość wspólnego bezpieczeństwa, w której największą zdobyczą były środki budowy zaufania. Każda ze stron komunikowała drugiej swoje pokojowe intencje, co oznaczało oddalanie możliwości niespodziewanego ataku.
Jest pewne, że te warunki deeskalacji konfliktu zimnowojennego pomogły w przeprowadzeniu „aksamitnego” demontażu bloku wschodniego, a sukcesorka ZSRR – Rosja - czuła się zobowiązana do przestrzegania wcześniej ustanowionych reguł gry. Błędem Zachodu było jednak pozostawienie jej samej sobie. To spowodowało nie tylko narodziny syndromu „oblężonej twierdzy”, ale także wzrost tendencji rewizjonistycznych.
Rozszerzanie NATO na wschód Rosjanie mieli prawo traktować jako chęć osaczenia ich państwa i jego upokorzenia. Tym bardziej, że Zachód ignorował protesty Rosji, uznając ją za zbyt słabą, aby mogła pomieszać szyki w prowadzonej przez niego grze. Pozimnowojenny triumfalizm Zachodu doprowadził do utrwalenia się przekonania, że Rosja musi pogodzić się z warunkami, jakie dyktuje jej druga strona. Okazało się to największym błędem w postrzeganiu i traktowaniu tego państwa.
Błędy Zachodu i ich implikacje
Ekspansja NATO na wschód pogrzebała jakiekolwiek szanse na demokratyzację Rosji. Ponadto podważyła istniejącą dotąd międzymocarstwową jednomyślność co do traktatowego i wielostronnego uzgadniania reguł gry. Stany Zjednoczone wraz ze swoimi sojusznikami z NATO jednostronnie, w opozycji do Rosji i wbrew jej protestom – zmieniły porządek międzynarodowy, wykluczając ją z niego na wiele lat.
Kłóciło się to z tradycją urządzania świata od czasów wojen napoleońskich, poprzez wojny światowe XX wieku. Każdorazowo pokonane państwa – czy to Francję, czy Niemcy - próbowano mniej lub bardziej skutecznie włączyć do nowego ładu na warunkach wypracowanych przez zwycięzców. Przykład ładu wersalskiego narzuconego pokonanym Niemcom wskazuje jednak, jak surowe warunki pokoju mogą zrodzić groźny resentyment w postaci rewizjonizmu i rewanżyzmu. Jego efektem stało się dojście Hitlera do władzy, proklamowanie III Rzeszy i rozpętanie przez Niemcy kolejnej, jeszcze bardziej krwawej i niszczycielskiej wojny.
Zauważa się, że Zachód potraktował Rosję po zakończeniu „zimnej wojny” właśnie w taki sposób, jak uczyniono to z Niemcami po I wojnie światowej. Zamiast zjednoczenia kontynentu europejskiego doszło do jego ponownego podziału, a Rosja znalazła się znowu w opozycji wobec Zachodu. Interwencja NATO w Bośni i Hercegowinie przeciw Serbom, bez uwzględniania stanowiska Rosji, a także doprowadzenie do secesji Kosowa oznaczało pogłębianie podziałów.
Ameryka jednak brnęła dalej w demontaż dotychczasowych reguł gry. George W. Bush wycofał USA w 2002 roku z układu ABM (o ograniczeniu systemów antybalistycznych), który Rosjanie uznawali przez trzy dekady za gwarancję ich statusu mocarstwa jądrowego. Zlekceważono w Waszyngtonie wyrazy solidarności i wsparcia ze strony Rosjan po ataku terrorystycznym na Nowy Jork i Waszyngton z 11 września 2001 roku. Wyprawa przeciw Irakowi i udział w obaleniu reżimu Muammara Kadafiego w Libii bez autoryzacji Rady Bezpieczeństwa ONZ pokazały światu, że USA wraz z zachodnimi sojusznikami – Francją i Wielką Brytanią - przypisują sobie prawo decydowania o losach dowolnie wskazanych przez siebie rządów faktycznie suwerennych państw. Musiało to wywołać obawy w samej Rosji, że Stany Zjednoczone kierują się nieczystymi intencjami i mogą działać na jej szkodę.
Uwikłanie Rosji na Ukrainie w następstwie obalenia legalnie wybranego prezydenta Wiktora Janukowicza ściągnęło na nią odium agresora. Zachód zaangażowany w przeciąganie Kijowa na swoją stronę wykorzystał zajęcie przez Rosję Krymu i wsparcie przez nią separatystów w Donbasie jako swoiste casus belli. Porozumienia z Mińska z udziałem czterech stron – Ukrainy, Rosji, Francji i Niemiec z września 2014 roku i lutego 2015 roku nie doprowadziły do rozwiązania konfliktu. Rosja została napiętnowana za to, że dokonała napaści, poddała okupacji i anektowała część innego suwerennego państwa. Podkreślano ponadto, że takie wydarzenia miały miejsce po raz pierwszy od zakończenia II wojny światowej.
Oczywiście zapominano w tym kontekście o inwazji tureckiej na Cypr, czy aneksji wschodniej Jerozolimy przez Izrael, nie mówiąc o całkowitym zlekceważeniu przypadku Kosowa, który oznaczał wrogą dezintegrację Serbii.
Politycy świata zachodniego przyjmują w swojej argumentacji tylko wygodne dla siebie wersje historii, a usłużni eksperci dorabiają do tego odpowiednie interpretacje, albo pomijają wiele faktów milczeniem. W ocenach zachodnich wypomina się Rosji także wcześniejszą akcję zbrojną przeciw Gruzji, w obronie Abchazji i Osetii Południowej, które faktycznie zostały wyrwane spod jurysdykcji Tbilisi. Znowu jednak w imię solidarności z rządami o nastawieniu antyrosyjskim zapomina się, że Gruzja uległa dezintegracji już w latach dziewięćdziesiątych ub. wieku, a jakiekolwiek prawo do samostanowienia mniejszych narodów ma szanse realizacji jedynie przy udziale możnego protektora (podobnie, jak w przypadku Kosowa!).
W wojnie na Ukrainie większość komentatorów dopatrzyła się powrotu Rosji do praktyk imperialnych, a także dowodu na chęć zrewidowania geopolitycznego porządku, jaki ustanowiono po rozpadzie ZSRR. Mało kto, poza samymi Rosjanami, jest w stanie przyznać, że działania rosyjskie były odpowiedzią na zamieszanie spowodowane zwrotem Wiktora Janukowycza w stronę Unii Eurazjatyckiej, co wywołało znaną falę społecznego buntu. W świetle późniejszych wydarzeń naiwnie i niewiarygodnie brzmią argumenty o „godnościowym” wyzwoleniu Ukraińców oraz powrocie do demokracji.
Na ile w tej grze były zaangażowane Stany Zjednoczone i inne państwa Zachodu, pozostaje ciągle sprawą politycznych kontrowersji. Nie ulega wszak wątpliwości, że na Ukrainie starły się dwie rywalizujące ze sobą orientacje geopolityczne, a aneksja Krymu i wojna w Donbasie były tego oczywistą konsekwencją.
W rezultacie starcia Rosja udowodniła, że traktuje przestrzeń poradziecką nie tyle jako „strefę swoich uprzywilejowanych interesów”, ile przede wszystkim jako obszar „żywotnych interesów egzystencjalnych”. W ich obronie wykazała najwyższą determinację, łącznie z zastosowaniem siły i gotowością do poniesienia negatywnych konsekwencji w stosunkach z Zachodem. Społeczeństwo rosyjskie przyjęło argumentację o obronie żywotnych interesów za słuszną, co było wynikiem nacjonalistycznej propagandy i euforycznych uniesień, ale i negatywnych doświadczeń o pozostawieniu Rosji samej sobie, jej wykluczeniu i próbach osaczenia. W ten sposób ekspansja NATO na wschód w odbiorze Rosjan stała się przyczyną załamania pozimnowojennego ładu pokojowego.
W ocenach polityki rosyjskiej wskazuje się, że rok po inwazji Ukrainy prezydent Putin wszczął operację wojskową w Syrii, która przywróciła Rosji pozycję ważnego decydenta w grze międzynarodowej. Stając w obronie reżimu Baszara al-Asada Rosja udowodniła światu, że o losach negowanych przez Zachód rządów nie muszą przesądzać Stany Zjednoczone. Jest to jedna z najbardziej bolesnych lekcji dla całego Zachodu, a dla USA w szczególności.
Upadłe teorie
Wielu zachodnich krytyków Rosji dopatruje się przyczyn agresywnej polityki rosyjskiej w dyktatorskim systemie rządów, systemie kleptokracji i korupcji. Wiara liberałów w „teorie demokratycznego pokoju” nie pozwala im dostrzec, że „wzorcowe” Stany Zjednoczone są także źródłem agresywnych interwencji, a demokracja nie jest jedynym katalizatorem pokoju.
Stawianie na wyścig zbrojeń wspierany asertywną dyplomacją i naciskami gospodarczymi nie jest obecnie dobrą odpowiedzią na trapiące świat Zachodu problemy (terroryzm, fundamentalizm islamski, żywiołowe migracje, zagrożenia klimatyczne). Wiele rządów zdaje sobie z tego sprawę, nie widząc w dzisiejszej Rosji takiego przeciwnika i rywala, jakim w czasach konfrontacji zimnowojennej był ZSRR.
Wbrew krytycznej retoryce, Rosję akceptuje się w wielu gremiach międzynarodowych, a groźbę ataku z jej strony uważa się raczej za iluzoryczną. Dowodzą tego rozmaite analizy strategiczne, z których wynika niekorzystny dla Rosji stosunek sił. Dzisiejsza Rosja nigdzie nie definiuje swoich ekspansywnych czy agresywnych zamiarów. Przeciwnie, stawia na powiązania gospodarcze z Zachodem i stosuje się do reguł rynku kapitalistycznego. Wobec Ukrainy zastosowała natomiast strategię samoograniczenia, nie doprowadzając do otwartego konfliktu. Wiązało się to niewątpliwie z przeszacowaniem oczekiwań i niedoszacowaniem ryzyka, jakie wyraziło się choćby w dotkliwych skutkach zachodnich sankcji. Zachód przychyla się obecnie do wyciszenia konfliktu i powrotu do znormalizowanych relacji.
Stanisław Bieleń
*Wojny od stuleci stanowiły sposób dorabiania się jednych grup społecznych kosztem innych. Orędownicy wojny i tzw. podżegacze wojenni uczynili z tej formy uprawiania polityki intratne narzędzie bogacenia się. W świecie kapitalistycznym zbudowano też niby racjonalną filozofię, że „wojna jest kontynuacją polityki innymi środkami” (Carl von Clausewitz, O wojnie). Tymczasem żadna wojna nie jest racjonalną „kontynuacją polityki”. Jest raczej jej zaprzeczeniem i unicestwieniem. Jest absurdalnym nadużyciem rozumu.
**„Ewolucja supermocarstwowej pozycji USA była w znacznym stopniu następstwem militarnego zaangażowania się USA w konflikty zbrojne (w Afganistanie, Iraku, Libii i Syrii) oraz efektem znacznego spadku zaufania do USA, będącego skutkiem nadużywania siły militarnej i łamania podstawowych norm prawnomiędzynarodowych przez administrację George’a W. Busha i w mniejszym stopniu administrację Baracka Obamy (np. naruszenie rezolucji RB ONZ w sprawie zakresu interwencji militarnej w Libii w roku 2011), dążących do „eksportu demokracji” z użyciem środków militarnych” - pisze Mieczysław Stolarczyk (Kierunki ewolucji europejskiego systemu międzynarodowego w pierwszej i drugiej dekadzie XXI wieku, „Studia Politicae Universitatis Silesiensis" 2018” t. 21, s. 11-12.)
Wyróżnienia i śródtytuły pochodzą od Redakcji.

