Politologia (el)
- Autor: Radosław S. Czarnecki
- Odsłon: 3404
Deklaracja Niepodległości Stanów Zjednoczonych (przyjęta w Filadelfii 4.07.1776 r.) jest od swego powstania obarczona hipokryzją, przeniesioną na współcześnie funkcjonujące pojęcie praw człowieka.
Otóż Tomasz Jefferson - jeden z prominentnych jej twórców i ojców-założycieli Stanów Zjednoczonych, autor traktatów i pism o wolności, rozważań z zakresu demokracji i swobód obywatelskich, rozmyślań nad jednostką i jej godnością (w duchu klasycznego, anglosaskiego Oświecenia) - w chwili śmierci (1826 r.) przekazał spadkobiercom swe liczne włości położone w Wirginii wraz z …. ponad 200 niewolnikami (byli to mężczyźni, kobiety i dzieci).
Czyli jego przemyślenia i prawne propozycje, czy działania, tych ludzi nie dotyczyły. Czyli nie były one pomyślane jako wartość uniwersalna i traktowana jako utylitarna, ale jako igraszka retoryczno-polityczna.
Ta obłuda towarzyszy tym prawom od zarania. We współczesnym świecie - tak przesyconym retoryką i ideami dotyczącymi wolności, demokracji, swobód różnego rodzaju oraz indywidualizmem - hipokryzja, oszustwo, kabotyństwo i pozerstwo są szczególnie widoczne (w wyniku globalnej komunikacji, postępu technicznego i edukacji, a także skundleniu zawodu dziennikarza) i bolesne. Szczególnie szkodzą ideom Oświecenia - postępowi, rozwojowi, stawaniu się życia ludzkiego bardziej humanistycznym.
Filozof z Uniwersytetu Wrocławskiego, prof. Adam Chmielewski zauważa – niezwykle celnie i proroczo – że Prezydent Putin swymi decyzjami w kontekście relacji Rosji i Ukrainy zakończył konfrontację w wymiarze światowym ( a to są wymiary: symboliczny, polityczny, kulturowy, formalny) między postkomunizmem a Zachodem. A tym samym - między komunizmem a Zachodem.
Fin de XX siècle bis
Teraz akcenty w przestrzeni geopolitycznej rozkładać się będą diametralnie inaczej. Sądzę - na kanwie przytoczonej refleksji Chmielewskiego - iż historia i polityka zatoczyły olbrzymie ponad stuletnie koło i sytuacja jest taka, jak u zarania XX wieku, gdy wiek pary i żelaza przynosił coraz to nowe fortuny, a kapitał przemieszczał się przez skolonizowany, pozaeuropejski, świat jak i gdzie chciał.
Teza brytyjskiego antropologa Roberta Knoxa (The Races of Man), że „prawo międzynarodowe tworzy się po to, by stosowali je słabsi, a łamali mocarni” święciła wówczas triumfy. Wnioski wyciągnięte przez Zachód z nauk Karola Darwina i Herberta Spencera osiągnęły w tym stwierdzeniu szczyt cynizmu wobec idei postępu i rozwoju, a także rudymentarnych zasad Oświecenia. Stały się też prostą egzemplifikacją imperialnej mentalności państw Zachodu.
Współcześnie wymowa tej imperialnej, cynicznej, makiawelicznej, (czyli realnej), polityki jest ubierana w różne ozdobniki. Służą temu m.in. globalne media, będące nie źródłem informacji, ale przede wszystkim propagandową tubą pewnych środowisk wyznających określone idee.
Fin de siecle był zwieńczeniem takiego sposobu myślenia (immanentnego zresztą polityce od zawsze), jakie wyznawał Knox. Instrumentalne traktowanie prawa międzynarodowego, zależnie od potęgi państwa, było czymś naturalnym dla ówczesnych imperiów na terenach swoich kolonii: Brytyjczyków, Francuzów, Belgów (w Kongo Leopoldville), Niemców (np. w dzisiejszej Namibii wobec ludów Nama i Herero), Hiszpanów, Portugalczyków i …. Polaków – tyle, że wiele dekad wcześniej (magnateria i szlachta herbowa) na Wschodzie, na współczesnej Ukrainie. I Rosjan na Syberii.
Dziś postępuje się analogicznie, tylko w sposób bardziej subtelny, okraszając argumentację prawami człowieka, wolnością, demokracją i swobodami obywatelskimi.
Tego polscy politycy – czy ci, którzy chcą mienić się politykami – absolutnie nie zauważają. Nie rozumieją, nie pojmują. Tkwią nadal w okopach antykomunizmu i walki demokracji oraz wolności (w wersji sarmacko-kontrreformacyjnej, nie oświeceniowej) z czerwoną despotią, z marksizmem. W ich umysłach tkwi kontrreformacyjny (czyli – kolonialny i krucjatowy) obraz ruskiego schizmatyka, utwierdzony antykomunistycznym wizerunkiem Rosjanina, bądź tzw. człowieka radzieckiego.
Wady demokracji
Mowa getysburska Abrahama Lincolna (1863) zawiera w zasadzie wszystko, co Oświecenie i jego dorobek intelektualny mówią o demokracji – „demokracja to rządy ludu poprzez lud dla ludu”. Ale współczesna zachodnia demokracja powiela mnóstwo argumentów przytaczanych przez jej krytyków, jeszcze z okresu antycznego. Wynosząc dziś na piedestał ułomną demokrację ateńską jako paradygmat i źródło dzisiejszego systemu politycznego euro-atlantyckiej formacji cywilizacyjnej, pomijamy krytykę gigantów myśli antycznej, np. Platona i Arystotelesa, których dorobek leży również u podłoża tego, co zwiemy umownie Zachodem. Demokracja ateńska nie wytrzymała próby czasu. Podobnie jak komunizm w wydaniu radzieckim.
Platon i jego uczeń ze Stagiry oceniają ów system ambiwalentnie; mimo, że jest on „najmniej zły”, to lud jest „źle wychowany”, a sprawujący władzę musi prowadzić ją (a przez to i siebie) na manowce. Arystoteles (Polityka) powiadał, że „niedorzeczne bowiem wydaje się, aby marni ludzie mieli moc rozstrzygającą”. Jeśli więc lud nie ma dostępu do edukacji i „dobrego wychowania”, nie może być mądrym i skutecznym prawodawcą (a jego reprezentanci pochodzą przecież z tego ludu i nieść muszą sobą takie same wartości jak głosujący na nich obywatele).
Jeśli lud – jak wywodzili ci krytycy ateńskiej demokracji – „jest ubogi”, można nim dowolnie manipulować przy pomocy przekupstwa, czczych obiecanek, mitologii i mitomaństwa, argumentów irracjonalnych i nieistotnych z punktu widzenia interesu publicznego. Bez racjonalnego oglądu świata – a to zapewnia jedynie nauka - nie ma logicznie podejmowanych decyzji. Zasadniczą rolę pełnią wtedy emocje, afekty, zabobony, demagogia i mitomaństwo. O upolitycznionym religianctwie nie wspominając.
Jak stwierdza prof. Stefan Opara (Tyrania złudzeń. Studia z filozofii polityki), „te przestrogi sprzed 2,5 tysiąca lat brzmią dziś dziwnie aktualnie. Elity Zachodu radzą sobie z wadami demosu poprzez coraz bardziej nachalną manipulację i teatralizację wyborów – cała bowiem władza ludu sprowadza się do sezonowego dziś udziału w głosowaniu referendalnym lub na kandydatów do parlamentu czy do samorządów. Manipulacja polega głównie na stosowaniu technik marketingowych i na presji wszechwładnych mediów wtłaczających ludowi dowolne opinie. Gdy brakuje faktów, fabrykuje się je w całości lub częściowo. Przodują w tym Amerykanie”. Kłania się tu – choć w innym kontekście – Raczak, Bośnia, wczoraj – Majdan i Krym, dziś – wschodnia Ukraina.
A w Polsce - sarmatyzm
Współcześnie nad Wisłą, Odrą i Bugiem widać jak na dłoni wady demokracji w kontekście stwierdzenia Arystotelesa o związkach marnej jakości intelektualnej ludzi ze sposobem funkcjonowania demokracji. I skutki tego.
Polska jest tu przykładem klinicznym, zarówno w jakości życia polityczno-publicznego, jak i w tanim naśladownictwie i takiej też amerykanizacji (w najgorszej wersji – czyli tego, co rozumie się pod pojęciem amerykanizacji: kicz, natrętność i stronniczość, jednostronność w patrzeniu na świat, prostacka indoktrynacja połączona z manipulacją, kult złotego cielca, idea narodu wybranego).
Idea narodu wybranego - tak immanentna judaizmowi, podchwycona ochoczo przez chrześcijaństwo i Kościół katolicki, a następnie przez szeregi denominacji protestanckich (angielscy purytanie i niektóre wspólnoty kalwińskiej proweniencji zaniosły tę ideę do Nowego Świata i wszczepiły w mentalność Amerykanów) – tkwi w podświadomości człowieka Zachodu, a misyjność oraz mentalność i duch krucjat czy konkwisty zostały (zupełnie opacznie i fałszywie) z religii przeniesione wprost na tzw. wartości kultury Zachodu.
Tym były w nie tak dawnych przecież czasach podboje kolonialne, które próbuje się obecnie szerzyć bardziej cywilizowanymi, dostosowanymi do ducha epoki, środkami i metodami (choć interwencje na Bałkanach, w Iraku, Afganistanie, Libii, bombardowania Sudanu są potwierdzeniem krucjatowej mentalności tkwiącej mocno w kulturze Zachodu).
A neofici zawsze muszą udowadniać swoim autorytetom, swoim bożkom, swoją prawowierność, lojalność, ortodoksję. Polska i jej elity polityczno-medialne – jako nuworysze i neofici, są tu wyjątkowo zajadłe i nachalne w owych działaniach.
Agresywny prozelityzm – dający o sobie znać zarówno w przypadku Bałkanów, (a Serbii w szczególności, podczas rozpadu Jugosławii i konfliktu o Kosowo), jak i wobec Rosji – jest i był wzmacniany dodatkowo silnym antykomunizmem (choć jest on werbalny, retoryczny i dlatego poniekąd śmieszny), jak i tradycją kontrreformacyjną, millenaryzmem i autodefinicją Polaków jako „narodu wybranego”. Opiekunką tego narodu ma być Teotokos, Matka Boga (obwołana i czczona jako hetmanka wojska polskiego), Jezus – jako król Polski itd. itp. To dla kultury, świadomości, polityki, gospodarki, szkodliwe, irracjonalne i mitotwórcze pozostałości sarmatyzmu.
* * *
Aldous Huxley (Nowy wspaniały świat) zauważył celnie, iż „…Światowa wspólnota, którą widzimy przed nami i którą mamy nadzieję urzeczywistnić jest wielością w jedności. Proces ludzkiego rozwoju jest dzięki swej skłonności do przezwyciężania zróżnicowań na drodze konwergencji zjawiskiem jedynym w swoim rodzaju”. I tylko tak można urzeczywistnić globalizacje naszego gatunku w wymiarze kulturowym.
Radosław S. Czarnecki
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 662
Główne pytania dotyczące wojny
Rozpatrując kwestie wojny pod kątem teoretycznym i praktycznym, pojawia się co najmniej sześć podstawowych pytań:
1) Czym jest wojna?
2) Jakie rodzaje wojny istnieją?
3) Dlaczego wybuchają wojny?
4) Jaki jest związek między wojną a sprawiedliwością?
5) Kwestia zbrodni wojennych?
6) Czy możliwe jest zastąpienie wojny tzw. wiecznym pokojem?
Prawdopodobnie do dziś najbardziej rozpowszechnionym i wiarygodnym rozumieniem wojny jest jej krótka, ale mocna definicja autorstwa Carla von Clausewitza:
„Wojna jest po prostu kontynuacją polityki innymi środkami” (O wojnie, 1832).
Gdyby w praktyce termin Clausewitza „tylko” odwołujący się do prostego zdania o wojnie został zastosowany w erze nuklearnej po II wojnie światowej i w zimnej wojnie (na przykład kryzys kubański w 1962 r.) można by uznać tę definicję za niosącą przerażające konsekwencje.
Niemniej jednak Clausewitz stał się jednym z najważniejszych wpływowych twórców realizmu w stosunkach międzynarodowych (IR). Przypomnijmy, że realizm w naukach politycznych to teoria IR, która akceptuje wojnę jako bardzo normalną i naturalną część relacji między państwami (a po II wojnie światowej także innymi aktorami politycznymi) w polityce globalnej. Realiści chętnie podkreślają, że wojny i wszelkie inne rodzaje konfliktów militarnych są nie tylko naturalne (czyli normalne), ale wręcz nieuniknione. Dlatego wszystkie teorie, które nie akceptują nieuchronności wojny i konfliktów militarnych (na przykład feminizm), są w rzeczywistości nierealistyczne.
Sztuka wojny jest przedłużeniem polityki
Pruski generał i teoretyk wojskowości, Carl Philipp Gottfried von Clausewitz (1780−1831), syn pastora luterańskiego, wstąpił do pruskiej służby wojskowej mając zaledwie 12 lat i osiągnął stopień generała-majora w wieku 38 lat. Studiował filozofię Immanuela Kanta i zaangażował się w udaną reformę armii pruskiej. Clausewitz uważał, że wojna jest instrumentem politycznym podobnym na przykład do dyplomacji lub pomocy zagranicznej. Z tego powodu jest uważany za tradycyjnego (starego) realistę.
Clausewitz nawiązał do greckiego Tukidydesa, który w V wieku p.n.e. opisał w swojej słynnej Historii wojny peloponeskiej straszne konsekwencje nieograniczonej wojny w starożytnej Grecji.
Tukidydes (ok. 460–406 p.n.e.) był greckim historykiem, ale interesował się również filozofią. Jego wielkie dzieło historiograficzne, Wojna peloponeska (431–404 p.n.e.), opowiada o walce Aten ze Spartą o kontrolę geopolityczną, militarną i ekonomiczną (hegemonię) nad światem helleńskim. Wojna zakończyła się zniszczeniem Aten, miejsca narodzin zarówno starożytnej demokracji, jak i imperialistycznych/hegemonicznych ambicji.
Tukidydes wyjaśnił wojnę, w której brał udział jako ateński „strategos” (generał), w kategoriach dynamiki polityki siły między Spartą a Atenami oraz względnej siły rywalizujących miast-państw (polis). W konsekwencji opracował pierwsze realistyczne wyjaśnienie stosunków międzynarodowych i konfliktów oraz stworzył najwcześniejszą teorię stosunków międzynarodowych. W swoim słynnym Dialogu melijskim (zawartym w Wojnie peloponeskiej) Tukidydes pokazał, jak polityka siły jest obojętna na argumenty moralne. Dialog dotyczy sytuacji, kiedy Ateńczycy nie zgodzili się na neutralność Melijczyków w wojnie Aten ze Spartą i jej sojusznikami, oblegli Melijczyków i dokonali ich masakry. Praca Tukidydesa i mroczny pogląd na naturę ludzką wpłynęły na Thomasa Hobbesa.
W rzeczywistości Clausewitz bardzo obawiał się, że jeśli politycy nie będą kontrolować wojny, przerodzi się ona w walkę bez żadnych innych jasnych celów poza jednym – zniszczeniem wroga. Służył w armii pruskiej podczas wojen napoleońskich aż do 1806 roku, kiedy trafił do niewoli. Później pomógł w jej reorganizacji i służył w armii rosyjskiej od 1812 do 1814 roku, a ostatecznie walczył w decydującej bitwie pod Waterloo 18 czerwca 1815 roku, która doprowadziła do ostatecznego upadku Napoleona.
Wojny napoleońskie wpłynęły na poglądy Clausewitza, który ostrzegał, że wojna przekształca się w walkę całych narodów i ludów bez ograniczeń, ale i bez jasnych celów politycznych i/lub zadań. W swoim dziele O wojnie (trzytomowym, opublikowanym po jego śmierci) wyjaśnił związek między wojną a polityką. Innymi słowy, wojna bez polityki to po prostu zabijanie, ale zabijanie z polityką ma pewne znaczenie.
Założenie Clausewitza dotyczące zjawiska wojny polega na tym, że jeśli przyjmiemy, iż wojna ma swoje źródło w obiekcie politycznym, to dojdziemy do wniosku, że pierwotny motyw, który ją wywołał powinien również być pierwszym i najwyższym celem w jej prowadzeniu. W konsekwencji polityka jest spleciona z całym działaniem wojny i musi wywierać na nią ciągły wpływ. Jest wyraźnie widoczne, że wojna nie jest jedynie aktem politycznym, ale także prawdziwym instrumentem politycznym, kontynuacją handlu politycznego, prowadzeniem tego samego innymi środkami. Innymi słowy, pogląd polityczny jest celem, podczas gdy wojna jest środkiem, a środki muszą zawsze obejmować cel w naszej koncepcji.
Inną ważną uwagą Clausewitza jest to, że rosnąca potęga nacjonalizmu w Europie i wykorzystanie dużych armii poborowych (w rzeczywistości armii narodowych) może w przyszłości doprowadzić do wojen absolutnych lub totalnych (takich jak I i II wojna światowa), to znaczy wojen na śmierć i całkowite zniszczenie, a nie wojen prowadzonych w celu osiągnięcia mniej lub bardziej precyzyjnych i ograniczonych celów politycznych. Jednak szczególnie obawiał się pozostawienia wojny generałom, ponieważ ich idea zwycięstwa na wojnie ogranicza się wyłącznie do zniszczenia armii wroga.
Takie założenie zwycięstwa jest sprzeczne z celem wojennym polityków, którzy rozumieją zwycięstwo na wojnie jako realizację celów politycznych, dla których rozpoczęli daną wojnę. Niemniej jednak takie cele w praktyce mogą się wahać od bardzo ograniczonych do dalekosiężnych, a według Clausewitza:
„wojny należy prowadzić na poziomie niezbędnym do ich osiągnięcia”. Jeśli cel działań militarnych jest równoważny celowi politycznemu, działania te będą generalnie słabnąć w miarę słabnięcia celu politycznego”. To wyjaśnia, dlaczego „mogą toczyć się wojny o różnym stopniu ważności i energii, od wojny na wyniszczenie do zwykłego użycia armii obserwacyjnej” (O wojnie, 1832).
Generałowie i wojna
Co dziwne, ale był głęboko przekonany, że generałom nie powinno się pozwalać podejmować decyzji dotyczących tego, kiedy rozpocząć i zakończyć wojnę lub jak ją prowadzić, ponieważ wykorzystaliby wszystkie dostępne im instrumenty, aby zniszczyć zdolność wroga do walki. Prawdziwym powodem takiego poglądu była jednak możliwość przekształcenia ograniczonego konfliktu w nieograniczoną, a zatem nieprzewidywalną wojnę. Wydarzyło się to podczas I wojny światowej, kiedy znaczenie masowej mobilizacji i uderzania jako pierwszy było kluczową częścią planów wojennych najwyższych dowódców wojskowych, aby przetrwać i ostatecznie wygrać wojnę. Oznaczało to po prostu, że nie było wystarczająco dużo czasu na negocjacje dyplomatyczne, aby zapobiec wybuchowi wojny i przekształceniu jej w nieograniczoną wojnę o nieprzewidywalnych konsekwencjach.
W praktyce taka strategia wojskowa skutecznie przeniosła decyzję o tym, czy i kiedy iść na wojnę, z przywództwa politycznego na przywódców wojskowych, ponieważ przywódcy polityczni mieli w rzeczywistości mało czasu, aby wziąć pod uwagę wszystkie kwestie, będąc naciskanymi przez przywództwo wojskowe, aby szybko przystąpić do wojny lub przyjąć odpowiedzialność za porażkę. Z tego punktu widzenia plany wojskowe i strategie wojenne całkowicie zmieniły relację między wojną a polityką oraz między politykami cywilnymi a generałami, którą Carl von Clausewitz propagował sto lat wcześniej.
Niemniej jednak należy uznać, że pruski generał Carl von Clausewitz przewidział I wojnę światową jako pierwszą wojnę totalną w historii, w której generałowie dyktowali przywódcom politycznym terminy mobilizacji wojskowej i naciskali na polityków, aby najpierw przeszli do ofensywy i uderzyli. W rzeczywistości naleganie niektórych czołowych dowódców wojskowych na przestrzeganie wcześniej istniejących planów wojennych, jak to miało miejsce na przykład w przypadku niemieckiego planu Schlieffena i harmonogramów mobilizacji, odebrało podejmowanie decyzji politykom, tj. cywilnym przywódcom. W ten sposób ograniczyło to czas, jaki ci przywódcy mieli na negocjacje ze sobą, aby zapobiec rozpoczęciu działań wojennych i rozlewowi krwi. Ponadto przywódcy wojskowi, a także cywilni przywódcy, naciskali na przestrzeganie zobowiązań sojuszniczych, a w konsekwencji rozprzestrzenili potencjalnie ograniczoną wojnę w Europie w europejską wojnę totalną.
Dla przykładu, najbardziej znanym projektem tego typu jest niemiecki Plan Schlieffena, nazwany na cześć niemieckiego hrabiego Alfreda von Schlieffena (1833−1913), który był szefem niemieckiego Wielkiego Sztabu Generalnego w latach 1891−1905. Plan był kilkakrotnie zmieniany przed wybuchem I wojny światowej. Plan Schlieffena, podobnie jak niektóre inne plany wojenne stworzone przed I wojną światową przez europejskie mocarstwa, zakładał ofensywę. Kluczem do niej była jednak masowa i bardzo szybka mobilizacja wojskowa, tj. szybsza niż wróg mógłby to zrobić. Coś podobnego zostało zaprojektowane podczas zimnej wojny, gdy prymat pierwszego uderzenia nuklearnego był na szczycie priorytetów planów wojskowych obu supermocarstw.
Niemniej jednak masowa i nawet powszechna mobilizacja wojskowa oznaczała zebranie wojsk z całego kraju w określonych centrach mobilizacyjnych w celu otrzymania broni i innych materiałów wojennych, a następnie ich transport wraz ze wsparciem logistycznym na linie frontu w celu walki z wrogiem. Krótko mówiąc, aby wygrać wojnę, kraj musiał zainwestować ogromne środki i poświęcić znaczną ilość czasu, aby uderzyć na wroga jako pierwszy, tj. zanim wróg mógł rozpocząć własną ofensywę militarną.
Jeśli chodzi o I wojnę światową, niemieccy przywódcy wojskowi rozumieli masową mobilizację jako kluczową z tego samego powodu, dla którego planowali walkę na dwóch frontach – francuskim i rosyjskim: uważali, że jedyną opcją wygrania wojny było szybkie uderzenie na froncie zachodnim, aby zdobyć Francję, a następnie zdecydowane rozpoczęcie ofensywy przeciwko Rosji, która była najmniej rozwiniętym krajem spośród europejskich mocarstw i potrzebowałaby najwięcej czasu na masową mobilizację i przygotowanie do wojny.
Trynitarna teoria wojny
Dla Clausewitza wojna musi być aktem politycznym mającym na celu zmuszenie przeciwnika do wypełnienia woli strony przeciwnej. Twierdził on ponadto, że użycie siły musi być jedynie narzędziem lub rzeczywistym instrumentem politycznym, jak na przykład dyplomacja w arsenale polityków. Wojna musi być jedynie kontynuacją polityki innymi środkami lub instrumentami negocjacji siłowych (targowania się), ale nie celem samym w sobie. Ponieważ wojna musi być wszczęta wyłącznie w celu osiągnięcia ściśle politycznych celów przywództwa cywilnego, logiczne jest dla niego, że:
„gdyby zapomniano o pierwotnych powodach, środki i cele uległyby pomieszaniu” (O wojnie, 1832) - podobne zdarzenie miało miejsce w przypadku amerykańskiej interwencji wojskowej w Afganistanie w latach 2001–2021.
Uważał, że w przypadku zapomnianych pierwotnych powodów wojny, użycie przemocy będzie nieracjonalne. Ponadto, aby wojna była użyteczna, musi być ograniczona. Nie wszystkie nieograniczone wojny są użyteczne lub produktywne dla celów cywilnych. Jednak historia doświadczyła w ciągu ostatnich dwustu lat kilku wydarzeń, takich jak industrializacja lub rozszerzona wojna, zmierzających dokładnie w kierunku, którego obawiał się Clausewitz. W rzeczywistości ostrzegał, że militaryzm może być niezwykle niebezpieczny dla ludzkości – zjawisko kulturowe i ideologiczne, w którym priorytety wojskowe, idee lub wartości przenikają większe lub całe społeczeństwo (na przykład nazistowskie Niemcy).
Realiści faktycznie zaakceptowali podejście Clausewitza, które później, po II wojnie światowej, zostało przez nich dalej rozwinięte w zniekształcony i niebezpieczny pogląd na świat, powodujący tzw. niepotrzebne wojny. Ogólnie rzecz biorąc, tego typu wojny przypisywano polityce zagranicznej USA w trakcie i po zimnej wojnie na całym świecie. Na przykład w Azji Południowo-Wschodniej w latach 60. władze USA były zdecydowane nie uspokajać komunistycznych mocarstw w sposób, w jaki robili to niemieccy naziści w latach 30. W konsekwencji, próbując uniknąć komunistycznej okupacji Wietnamu, USA zaangażowały się w bezsensowną i w zasadzie niemożliwą do wygrania wojnę, prawdopodobnie myląc nazistowskie cele geopolitycznego ekspansjonizmu z uzasadnionym postkolonialnym patriotyzmem narodu wietnamskiego.
Carl von Clausewitz jest przez wielu ekspertów uważany za największego pisarza zajmującego się teorią wojskowości i wojny. Jego książka O wojnie (1832) jest powszechnie interpretowana jako opowiadająca się za samą ideą, że wojna jest w istocie zjawiskiem politycznym, instrumentem polityki. Niemniej książka ta przedstawia trynitarną teorię wojny, która obejmuje trzy tematy:
1. Masy kierują się poczuciem wrogości narodowej (szowinizmu narodowego).
2. Regularna armia opracowuje strategie uwzględniające nieprzewidziane okoliczności wojny.
3. Przywódcy polityczni formułują cele i zadania działań wojskowych.
Krytycy Clausewitzańskiego punktu widzenia wojny
Jednakże z drugiej strony, Clausewitzowski punkt widzenia na wojnę można głęboko skrytykować z kilku powodów:
1. Jednym z nich jest moralna strona wojny, ponieważ Clausewitz przedstawiał wojnę jako zjawisko naturalne, a nawet nieuniknione. Można go potępić za usprawiedliwianie wojny przez odwoływanie się do wąskiego interesu państwa zamiast do szerszych zasad, takich jak sprawiedliwość itp. Jednakże takie podejście sugeruje, że jeśli wojna służy uzasadnionym celom politycznym, jej moralne implikacje można po prostu zignorować lub innymi słowy, w ogóle nie brać pod uwagę jako niepotrzebnego momentu wojny.
2. Clausewitza można krytykować z tego powodu, że jego koncepcja wojny jest przestarzała i dlatego nie pasuje do czasów współczesnych. Innymi słowy, jego koncepcja wojny jest istotna dla epoki wojen napoleońskich, ale z pewnością nie dla współczesnych rodzajów wojny i działań wojennych z kilku powodów. Po pierwsze, współczesne okoliczności ekonomiczne, społeczne, kulturowe i geopolityczne mogą w wielu przypadkach dyktować, że wojna jest mniej skuteczną siłą niż w czasach Clausewitza. Dlatego wojna może być dziś przestarzałym instrumentem polityki. Jeśli współczesne państwa racjonalnie myślą o wojnie, siła militarna może mieć mniejsze znaczenie w stosunkach międzynarodowych.
Po drugie, uprzemysłowiona wojna, a zwłaszcza cecha wojny totalnej, może sprawić, że obliczenia dotyczące prawdopodobnych kosztów i korzyści wojny staną się znacznie mniej wiarygodne. Jeśli tak jest, wojna może po prostu przestać być odpowiednim środkiem do osiągania celów politycznych.
Po trzecie, większość krytyków Clausewitza podkreśla fakt, że natura zarówno wojny, jak i stosunków międzynarodowych uległa zmianie, a zatem jego rozumienie wojny jako zjawiska społecznego nie jest już stosowne. Innymi słowy, doktryna wojny Clausewitza może być stosowana do tzw. starych wojen, ale nie do nowego typu wojny – „nowej wojny”. Niemniej jednak w przypadku, gdyby Clausewitz wymagał, aby uciekanie się do wojny opierało się na racjonalnej analizie i ostrożnych kalkulacjach, wiele nowożytnych i współczesnych wojen nie miałoby miejsca.
Vladislav B. Sotirović
Dr Vladislav B. Sotirović jest byłym profesorem uniwersyteckim w Wilnie. Jest pracownikiem naukowym w Center for Geostrategic Studies i stałym współpracownikiem Global Research.
Za: https://www.globalresearch.ca/carl-von-clausewitz-clausewitzian-viewpoint-warfare/5892776
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 3039
Popularność wydarzeń historycznych jest w Polsce szczególnie powszechna. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby politycy rzeczywiście z tej historii umieli wyciągnąć właściwe wnioski. Tymczasem zamiast do wiedzy historycznej państwo częściej odnosi się do funkcjonujących w narodzie rozmaitych wyobrażeń o historii, do osobistych wizji i przekazów pokoleniowych, które często są zabarwione emocjonalnie i mają charakter spontaniczny, bezrefleksyjny. Pamięć historyczna wypiera wiedzę historyczną, pamięć zbiorowa częściej sięga do mitów niż do faktów.
Patrząc z tego punktu widzenia, Wielki Jubileusz mógłby być doskonałą okazją do akcji uświadamiającej, powszechnego programu edukacji, w której mogliby wziąć udział rozmaici specjaliści od „inżynierii pamięci” – nauczyciele, dziennikarze, kapłani, ale i politycy zdolni do budowania narracji historycznej zgodnie z regułami poznania naukowego. W końcu na różnych stanowiskach publicznych znajduje się w Polsce wielu absolwentów uniwersyteckich kierunków humanistycznych, w tym historii i politologii. Może wreszcie ujawniliby oni swoje możliwości intelektualne także pod kątem rzetelności zdobytej na uczelniach wiedzy, a nie tylko wierności obowiązującej doktrynie i sloganom politycznym?
Wykorzystywanie intelektualistów jako propagandystów, doradców i ekspertów na usługach notabli politycznych prowadzi do zagubienia tego, co w etosie niepodległościowym najcenniejsze – buntu przeciw wszelkim formom zniewolenia. Postszlachecka inteligencja odegrała ogromną rolę w budowaniu nowoczesnej tożsamości państwa polskiego w okresie międzywojennym, a „pokolenie Kolumbów” wpisało się chwalebnie w historię oporu przeciw okupantom podczas II wojny światowej.
W Polsce Ludowej – choć trudno to przyznać w oficjalnej narracji historycznej – inteligencja, także ta o rodowodzie robotniczo-chłopskim, stała się ważnym nosicielem wiedzy i wartości moralnych, niezwykle przydatnych w procesie odbudowy i modernizacji państwa. Z kolei zadania dzisiejszych pokoleń inteligencji dotyczą przede wszystkim mądrej konceptualizacji nowoczesnej tożsamości narodowej, opartej na obronie swoich racji, ale i respekcie dla racji innych.
Inteligencja polska musi upominać się o to, aby dopełnieniem narracji insurekcyjnej i martyrologicznej stało się sprawne rządzenie państwem, oparte na kwalifikacjach moralnych i kompetencjach merytorycznych, a nie charyzmie wodzowskiej. W procesach kształtowania elit politycznych w Polsce ciągle ważniejsza jest rekomendacja notabli partyjnych i koneksje środowiskowe niż wykształcenie i wiedza.
Retrospektywne spojrzenie na kolejne odsłony polskiej państwowości nakazuje odejść od rozmaitych tabu, związanych z dziedzictwem rządów dyktatorskich. Potępiając autorytarny system Polski komunistycznej, III RP stawiała jednocześnie pomniki Józefowi Piłsudskiemu, który jako lider i współtwórca II RP, kilka lat po odzyskaniu niepodległości dokonał zamachu na demokrację i ustanowił dyktaturę, za co nigdy nie został potępiony ani ukarany.
Ta ambiwalencja w ocenie zjawisk historycznych wywołuje niepewność i niejasność w podejściu Polaków do demokracji, praworządności i praktyk autorytarnych. Czas dzisiejszy nie sprzyja wprawdzie zrewidowaniu politycznych narracji, ale to nie oznacza, że w dyskursie publicznym nie powinno podnosić się kwestii trudnych i moralnie nagannych. Inaczej Polacy nigdy nie zrozumieją, że demokracja i praworządność muszą mieć silną sankcję etyczną. Gdy jej brakuje, władza buduje własną legitymizację ideologiczną, sięgając do niechlubnych pomysłów, przypominających idee putinowskiej „suwerennej demokracji”.
Tabuizacja dotyczy także roli Kościoła katolickiego w procesach wybijania się Polaków na niepodległość. W oficjalnej historiografii przypomina się jedynie chwalebne karty, zapominając o rozmaitych sojuszach „ołtarza i tronu” tak w czasach rozbiorowych, jak i konflikcie z władzą polityczną w okresie Polski niepodległej. Ponieważ z zasady tożsamość symboliczna Polaków jest tożsamością katolicką, pomija się jakże ważny w nowoczesnym państwie demokratycznym aspekt zawładnięcia Kościoła świecką przestrzenią publiczną. Istniejąca na tym tle strukturalna cenzura, niezależnie od panującego ustroju, to jeden z najtrudniejszych tematów w życiu publicznym, obejmujący rozmaite przejawy ideologicznego podporządkowania, a także afektywnego i umysłowego paraliżu.
Lekcje do odrobienia
Polacy w XX wieku z różnych powodów nie przewartościowali swojej tożsamości zbiorowej. Dokonany w okresie powojennym awans społeczny milionów ludzi pozostaje sprawą wstydliwą i wypychaną z pamięci. Podobnie jak „prześnioną rewolucją” stała się sprawa zniknięcia z polskiego krajobrazu społeczności żydowskiej i ziemiaństwa (p. Andrzej Leder, „Prześniona rewolucja. Ćwiczenie z logiki historycznej”).
Kolejne ekipy rządzące Polską sanacyjną, londyńską, komunistyczną, ale i demokratyczną nigdy nie dokonały rachunku spraw bolesnych i wstydliwych, przemilczając i przekłamując historię, wybielając winy, nie mówiąc o zastraszaniu i kneblowaniu ust inaczej myślącym. Przekonanie przywódców politycznych o swojej moralnej wyjątkowości i pełen pretensji stosunek do świata świadczą o ich zadufaniu i prowincjonalizmie. Heroizacja polskiej historii nie sprzyja budowaniu mądrego i dojrzałego społeczeństwa. Wręcz przeciwnie, oparta na niej „polityka historyczna” prowadzi do manipulowania „opowieścią historyczną” pod kątem bieżących celów politycznych.
W dzisiejszej Polsce nie ma ani klimatu, ani zapotrzebowania na pogłębioną refleksję intelektualną, z której wynikałyby poważne lekcje i wnioski z błędów historycznych, dokonanych zarówno w procesie kreowania Niepodległej, jak i w późniejszych etapach jej identyfikacji, jako mniej lub bardziej samodzielnego aktora sceny międzynarodowej. Przyjęcie przez polską historiografię i politykę martyrologiczno-heroicznego podejścia do przeszłości nakazuje traktować Polskę jedynie jako ofiarę doznanych zewsząd krzywd, z bardzo małym zwróceniem uwagi na polski czynnik sprawczy zarówno w upadku Rzeczypospolitej Obojga Narodów, jak i w faktycznym uratowaniu reżimu bolszewickiego dzięki antyrosyjskiej postawie Piłsudskiego.
Wspieranie antyrosyjskich „niepodległych” państw, takich jak Litwa czy Ukraina, a także wykreowanie koncepcji Międzymorza, do której wraca się z uporem w obecnej sytuacji świadczy o usilnym poszukiwaniu rozwiązań dla ówczesnej geopolityki, mimo że z góry były skazane na porażkę. Mało kto w Polsce jest w stanie przyznać, że tak rozumiana kiedyś i współcześnie polityka antyrosyjska sprzyjała i sprzyja jednocześnie umacnianiu postaw nacjonalistycznych na Kresach Wschodnich, o wyraźnie antypolskim charakterze. Dotyczy to zarówno Litwy, jak i Ukrainy, do której politycy polscy żywią szczególną atencję, co nie idzie w parze ani z powszechnymi odczuciami społecznymi, ani z wzajemnością drugiej strony.
Rocznicowe uroczystości mogą być okazją do patriotycznych uniesień, krzewienia kultu bohaterów i poddawania się egzaltowanym emocjom. Mogą także ujawniać ze zdwojoną siłą ową polską „obsesję historyczną”, w której objawia się uzależnienie od pamięci historycznej, wykorzystywanej do bieżących celów politycznych. Osobliwością polskiej polityki jest przecież instrumentalizacja historii. Każda kolejna „dobra zmiana” pociąga za sobą swoisty „rewanż pamięci” i zamierzoną reinterpretację historii, która konfliktuje opinię publiczną. Przy okazji Wielkiego Jubileuszu warto jednak podejść do minionego stulecia refleksyjnie, a nawet krytycznie. Jest to kapitalna okazja, aby spojrzeć po nowemu na polską tożsamość narodową i państwową, ewolucję położenia geopolitycznego i trafność opartego na nim rozumowania.
Katalog problemów, które nigdy nie uzyskały rzetelnej diagnozy obejmuje kilka ważnych zagadnień, od których zależy wiele współczesnych wyborów politycznych, a nawet strategicznych.
Chodzi na przykład o dziedzictwo epoki jagiellońskiej, które związane jest z polskim imperializmem. Już samo sformułowanie „polski imperializm” wywołuje afektywny odruch obronny, pozbawiający nawet odważniejszych obserwatorów chęci przeprowadzenia dowodu jego historycznego istnienia.
Może warto zastanowić się nad immanentnymi źródłami błędnej polityki wobec Rosji, sięgającymi romantycznej interpretacji mickiewiczowskiej, która zdeterminowała myślenie polityczne Polaków podczas zaborów, ale także kładzie się cieniem w różnych odsłonach funkcjonowania Polski Niepodległej.
Warto byłoby pochylić się nad geopolitycznym „równoleżnikowym determinizmem” polskiej polityki, wynikającym z położenia między Niemcami a Rosją.
Oprócz tego na myśl każdego obserwatora przychodzi rola Stanów Zjednoczonych Ameryki w procesach kreowania i obrony polskiej niepodległości.
Czynnik anglosaski w polityce polskiej nigdy nie został dogłębnie zbadany, gdyż oficjalnie zadekretowana poprawność polityczna oraz polskie kompleksy nakazują omijać tę problematykę, bądź traktować ją pobłażliwie.
Aż dziw bierze, że mimo rozwiniętych studiów amerykanistycznych w Polsce nie znajduje się ani jednej naukowej publikacji, która w sposób krytyczny traktowałaby o polityce Stanów Zjednoczonych wobec Polski Odrodzonej. Powtarzane są utarte slogany o szczególnej roli Wilsona i jego przyjaźni z Paderewskim. Tymczasem rzetelna analiza mogłaby wykazać to, co jest wprost nie do wyartykułowania, iż Polskę, tak w okresie międzywojennym, jak i obecnie traktuje się jako „komiwojażera” interesów amerykańskich, a nawet jako „dywersanta” na Wschodzie, w interesie Anglosasów.
Jaki to czynnik psychologiczny blokuje trzeźwą ocenę, że mimo tylu doznanych historycznych zawodów Polska nie potrafi nabrać chłodnego dystansu i racjonalnie zdefiniować swoich interesów sojuszniczych na zasadach poszanowania suwerennej godności, a nie samosatelizacji? Istnieje doprawdy subtelna różnica między rolą eksponenta wartości świata zachodniego a rolą gorliwego stronnika interesów mocarstwa hegemonicznego.
Bezkrytyczna proamerykańskość
Polska myśl polityczna początku XXI wieku została podporządkowana obcym koncepcjom geopolitycznym, co przypomina niestety niechlubne czasy PRL. Wtedy państwo było niesuwerenne, bo stacjonowały w nim obce wojska (radzieckie), a instrukcje płynęły z jednego centrum dowodzenia – z Moskwy.
Obecnie twierdzi się, że Rzeczypospolita Polska właśnie z tego powodu jest suwerenna, że stacjonują w niej obce wojska (amerykańskie), a centrum dowodzenia znajduje się po przeciwnej stronie Atlantyku.
Proamerykańskość polskich elit politycznych stała się „kamieniem węgielnym” polityki zagranicznej RP. Bezkrytyczny proamerykanizm rządzących prowadzi jednak do zniszczenia tego, co w polityce najcenniejsze – własnego zdania i własnej podmiotowości.
Zanikła przede wszystkim debata na temat pola wyboru i manewru między rozmaitymi koncepcjami zaspokajania własnych potrzeb i interesów. Etos rycerski nie pozwala zastanawiać się nad kosztami gwarancji amerykańskich.
Brakuje mądrej koncepcji funkcjonowania Polski w Unii Europejskiej. Stawiając na „dalekich przyjaciół” buduje się atmosferę nieufności, a nawet wrogości w stosunkach z najbliższymi sąsiadami. Patrząc na dzisiejszą Europę, w tym także na państwa regionu Europy Środkowej, żadne z nich nie wyraża tak hołdowniczego stosunku do Ameryki i jej lidera jak właśnie Polska. Zwłaszcza osobowość i postawa amerykańskiego przywódcy odpycha wielu europejskich polityków od deklarowania lojalności, gdyż dawałoby to powód do pełnego przyzwolenia nie tylko dla tej kontrowersyjnej postaci, ale i jej systemu wartości, kłócącego się z wartościami części Europejczyków i tzw. reszty świata.
Istnieje trwała kolizja między afiliacjami z Ameryką a poprawą stosunków z Rosją. Polsce wmawia się, że jest ciągle ofiarą rosyjskiego imperializmu, zatem powinna wchodzić w takie afiliacje z Zachodem, zwłaszcza ze Stanami Zjednoczonymi, aby odsuwać od siebie jak najdalej rosyjskie zagrożenie. Tymczasem nic nie wskazuje na to, aby Rosja miała napadać na Polskę.
Postawy polskich polityków wobec Rosji są więc oparte na histerycznym strachu, frustracjach, kompleksach i jakiejś niezrozumiałej desperacji, wciskającej Polskę w ramiona Ameryki. Stawiającej ją w pozycji największego wroga Rosji, a być może także „zapalnika” konfliktu globalnego. Amerykanom zysk sam pcha się w ich ręce. Bez szczególnych starań i zabiegów mogą bowiem sprzedawać swoją broń i skroplony gaz oraz wysyłać tysiące żołnierzy do przerażonej na tle irracjonalnego strachu przed Rosją Polski.
Jeśli zostanie utrzymane nieprzejednane stanowisko wobec Rosji, to zdolność Polski do efektywnego działania w skomplikowanym świecie współzależności będzie niemożliwa. Choćby w kontekście wykorzystania nowych tras transportowych i komunikacyjnych między Europą i Azją, w szczególności z Chinami.
Zabiegi Polski o konsolidację ugrupowania państw w strefie tzw. Trójmorza narażają je na przyjęcie funkcji limitrofów, okrążających Rosję i wrogo do niej usposobionych. Wprawdzie interesy i stanowiska tych państw wobec współpracy z Rosją są bardzo zróżnicowane, ale samo podnoszenie takich haseł musi wywoływać zwieranie szeregów po przeciwnej stronie. Wiele małych i średnich państw na tym obszarze już dawno przekonało się, że demonstrowanie swoich racji w duchu zacietrzewienia i nieprzejednania nie jest wyrazem siły, ale słabości (por. Finlandia, Czechy, Słowacja, Węgry, Austria, Włochy, państwa bałkańskie). Dlatego część sąsiadów z Północy i Południa wybiera raczej politykę pragmatyzmu i kupieckiej zaradności, przynoszących wymierne korzyści. Wobec takich realiów koncepcja Trójmorza wydaje się jedynie jakimś niedookreślonym projektem geopolitycznym rozgrywanym przez Stany Zjednoczone, który bez ich udziału staje się zwykłą fantasmagorią.
W analizach, jakie ukazują się w Polsce brakuje zastanowienia się, na czym rzeczywiście polegają gwarancje amerykańskie dla tego regionu, poza zobowiązaniami wynikającymi z sojuszniczych zabezpieczeń w ramach NATO. Przecież jest rzeczą ewidentną, że USA realizują własne egoistyczne interesy geopolityczne, geoekonomiczne i geostrategiczne, co nie dziwi, ale wymaga chłodnej analizy i przewartościowania, a nie wyłącznie operowania frazesami. Tkwi w tym „pułapka silniejszego sojusznika”, ale o niej żaden polski polityk nigdy nie słyszał.
Poza tym warto zastanowić się także nad motywami państw „młodszej Europy” w ich postępowaniu wobec „starej Europy”. Czy przypadkiem w deklaracjach na temat wzmacniania procesów integracji europejskiej przez państwa Trójmorza nie kryje się pewna obłuda, kompleksy, a także nieumiejętność sprostania standardom, jakie narzucają najsilniejsi w UE? Czy obecność USA w Europie Środkowej i Wschodniej sprzyja integracji europejskiej, czy raczej ją komplikuje?
Wątpliwe kompensacje
W przypadku dzisiejszej Polski, jeśli chodzi o aktywność regionalną, mamy do czynienia z osobliwym zjawiskiem kompensacji. Polska, nie mając silnej pozycji na Zachodzie, tracąc zwłaszcza wiarygodność w gronie unijnym wśród partnerów ze „starej” Europy, dąży do powetowania sobie deficytu uznania na Wschodzie. Tyle, że czyni to bez właściwego rozpoznania stopnia własnej recepcji wśród społeczeństw i elit rządzących państw tego obszaru. Bo na przykład kogo naprawdę interesują źródła utrzymywania się antypolskich stereotypów, choćby na Litwie, czy tak hołubionej przez polskie elity Ukrainie? Na ile Polska dysponuje atrakcyjną siłą przyciągania? Czy odwoływanie się do archetypów Wielkiej Polski, jako ogniwa spajającego Morza Południowe z Bałtykiem nie pachnie anachroniczną retoryką „pańskiej (imperialnej) Polski”? Co mamy do zaoferowania w sensie kulturowo-cywilizacyjnym? Jakie mamy recepty jako państwo „misyjne”, aby zbudować rzeczywistą demokrację na Ukrainie, w Azerbejdżanie czy Mołdawii? Jakie Polska ma instrumenty oddziaływania na lokalne kręgi oligarchiczne, nieraz na poły mafijne, aby zastosowały się do reguł demokratycznych? Takich pytań można wymienić więcej. Kto udzieli na nie odpowiedzi?
Podstawą budowania każdej wspólnoty, w tym także egzotycznie brzmiącego projektu Trójmorza, jest właściwa diagnoza interesów jej uczestników. Otóż doprawdy trudno pojąć, na tle dotychczasowej wiedzy i doświadczenia, co łączy Polskę z Gruzją czy Azerbejdżanem, oprócz niechęci do Rosji. Antyrosyjskie obsesje przeszkadzają w zrozumieniu podstawowego imperatywu, że Rosja dominuje pod wieloma względami w przestrzeni poradzieckiej i z tej dominacji ani sama nie zamierza rezygnować, ani nikt nie ma skutecznego sposobu – co pokazały wydarzenia na Ukrainie – jak ją stamtąd wyrugować. Jedynym rozwiązaniem pozostaje zbudowanie jakiegoś modus vivendi, a ten jest możliwy tylko przy zrozumieniu i poszanowaniu wzajemnych interesów.
Projekt ekspansji USA w Europie Środkowej i Wschodniej jest zrozumiały z punktu widzenia ich interesów gospodarczych i strategicznych. Kryje się jednak pod nim ryzyko instrumentalnego wykorzystania Polski i państw regionu wyłącznie jako tła dla hegemonicznych interesów i ambicji. Dlatego w polskiej myśli politycznej warto dyskutować o przywróceniu politykom znad Wisły wewnątrzsterowności i odwagi, której efektem winien stać się powrót do polityki zrównoważonych relacji z wszystkimi sąsiadami, w tym z Rosją. Niezależnie od propagandowego zadęcia wokół eklektycznego i utopijnego projektu Trójmorza należy spojrzeć prawdzie w oczy i dostrzec, że w istocie rządzący Polską cierpią na syndrom głębokiej prowincji, miotającej się w poszukiwaniu własnej, choćby odrobinę suwerennej roli międzynarodowej.
* * *
W świetle oficjalnej „polityki historycznej” można mieć uzasadnione obawy, czy w kontekście obchodów stulecia odrodzenia polskiej państwowości środowiska polityczne i intelektualne będą zdolne do przeprowadzenia rzetelnej debaty, a nie tylko uprawiania patetycznej celebry i „upajania się historią”, a raczej wielkimi mitami, które zaciemniają prawdę historyczną. Trudno nie zgodzić się z konstatacją Zbigniewa Gluzy – szefa Ośrodka KARTA, że „zarówno stanowienie II RP, jak i jej drastyczna klęska, a następnie żmudna droga przez wojnę i PRL do odzyskania niepodległości – coraz bardziej stają się obszarem partykularnej propagandy, wykluczającej myślenie”. Emocje polityczne przesłaniają jakąkolwiek refleksję.
Czy rządzący dzisiejszą Polską będą więc w stanie wykorzystać tę okrągłą rocznicę, aby wygasić bieżące spory i przypomnieć, że rok 1918 był wielką epokową szansą na odrodzenie narodowe i odbudowę państwa przy udziale wielu sił politycznych i różnych wybitnych osobistości, spośród których dwa nazwiska niezaprzeczalnie patronują owemu zwycięstwu – Józefa Piłsudskiego i Romana Dmowskiego. Bo przecież wbrew mitowi piłsudczykowskiemu nie tylko siła oręża, ale także wysiłek dyplomatyczny miały wpływ na odrodzenie państwa polskiego. Ale tłem dla tego aktu był równoczesny rozpad zaborczych imperiów.
Wybuch wojny powszechnej sprawił, że sprawa polska straciła swój lokalny, „międzyzaborowy” charakter i stała się kwestią międzynarodową. Gdyby nie klęska wojenna Rosji i państw centralnych – Niemiec i Austro-Węgier, nigdy nie doszłoby do tak szczęśliwego zakończenia epoki zaborów.
Wszelkie dzisiejsze spory polityczne o rację historyczną z punktu widzenia aktualnych potrzeb i interesów mają charakter bezproduktywny. Dlatego warto zastanowić się nad tym, jak wspólnie cieszyć się historycznym sukcesem i jakie z niego wyciągnąć wnioski dla dzisiejszej i przyszłej polityki.
Można zgodzić się z postawą, że rozdrapywanie zadawnionych ran, przypominanie niewygodnych prawd czy faktów z minionego stulecia nie służy uroczystej tonacji obchodów rocznicy odzyskania niepodległości. Pamięć radosna i odświętna daje w końcu więcej przyjemności, niż pamięć bolesna i skrzywdzona. Jednakże nie należy wpadać w infantylną pułapkę samozadowolenia i amnezji, która kolejny raz zakłamuje historię. Obchody jubileuszowe nie mogą być przykrywką dla spraw trudnych. Przeciwnie, powinny być okazją do otwarcia nowych racjonalnych debat i pouczających refleksji.
Stanisław Bieleń
Jest to druga część eseju prof. Stanisława Bielenia na temat geopolitycznych implikacji polskiej niepodległości. Pierwsza część – Chocholi taniec ukazała się w numerze 4/18 SN.
Tytuł, śródtytuły i wyróżnienia pochodzą od Redakcji.
- Autor: Marcin Domagała, Robert Potocki
- Odsłon: 3884
Dlaczego słuszny poniekąd protest społeczny, wynikający nie tyle ze sprzeciwu wobec niepodpisania umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską, ale żądań zwykłej praworządności, przerodził się w krwawą serię starć ulicznych między manifestantami a jednostkami specjalnymi milicji? Otóż Ukrainy nie należy traktować jako klasycznego systemu politycznego.
Pod względem instytucjonalnym i prawnym przypomina ona bowiem bardziej korporację wielobranżową. W tym stwierdzeniu nie ma nic obraźliwego, gdyż są to jedynie próby lakonicznego zdiagnozowania stanu faktycznego, nie zaś wywód z zakresu teorii systemów politycznych.
Ukraina „pozornie” wypełnia wszystkie atrybuty państwowości – lecz za tą fasadą kryje się skomplikowany system powiązań prywatnych i biznesowych, skupiony w rękach ludzi posiadających olbrzymie majątki oraz wpływy polityczne. Poszczególne grupy oligarchiczne – reprezentowane przez poszczególne ugrupowania polityczne, także w parlamencie – mają niekiedy sprzeczne ze sobą interesy. To dlatego w kraju tym obowiązuje konfrontacyjny sposób uprawiania polityki, czy też sprawowania władzy państwowej.
Konflikty te potrafią niekiedy wywoływać „trzęsienia ziemi”. Tak było podczas „rewolucji na granicie” w 1991 roku czy też „niebieskiej kontrrewolucji” w 2007 roku. No i oczywiście podczas tej najbardziej znanej „pomarańczowej rewolucji” w 2004 roku. Tak jest i podczas wydarzeń nazywanych EuroMajdanem. Niepokoje te związane są z każdym dotychczasowym prezydentem ukraińskim i pełnią pewnego rodzaju funkcję korektora systemu politycznego.
Zagospodarowywanie buntu
Protesty na Majdanie Niepodległości w pierwszych dniach rzeczywiście miały charakter spontanicznego i ograniczonego odruchu wobec zanegowania iluzji pięknego mariażu związania się z krainą przysłowiowym „mlekiem i miodem płynącą”.
Zwykli ludzie mieli jednak dość wszechogarniającej korupcji, stagnacji, czy szarej codzienności – dlatego też niepoważna i źle przeprowadzona akcja milicyjna z 30 listopada 2013 roku, podczas której brutalnie pobito manifestantów, podziałała jak przysłowiowa „płachta na byka”. Następnego dnia dziesiątki tysięcy osób zaprotestowało – nie tyle przeciw „reżimowi Janukowycza”, lecz w obronie godności „bitego człowieka”.
Z czasem bunt zaczął sie nasilać zwłaszcza, że opozycja parlamentarna wykorzystała te wydarzenia i niejako „podczepiła” się pod nie. Od tego momentu cele społeczne ustąpiły postulatom politycznym, które okazały się zupełnie nierealistyczne w obliczu dużej determinacji kierownictwa państwa.
Ster EuroMajdanu przejęło „trzech muszkieterów”: Arsenij Jaceniuk z „szowinistycznej” Batkiwszczyny, Jurij Łucenko – były szef MSW i szef efemerycznej partii „Trzecia Republika” oraz Witalij Kliczko – były bokser i „polityczny nuworysz”, ale niezwiązany z całym układem oligarchicznym. Niebawem do nich dołączył i „d'Artagnan” Ołeh Tiahnybok – lider neonazistowskiego ugrupowania Swoboda, w Polsce kojarzonego z „czarną legendą” OUN-UPA.
W tej sytuacji demonstranci równie prędko zyskali wsparcie ze strony poszczególnych oligarchów, których brak umowy stowarzyszeniowej z UE pozbawił perspektyw przyszłych zarobków w miejsce utraconych wpływów, wynikłych z powodu relegacji ich biznesów z terenu Rosji.
Protestami zaczęła interesować się także zagranica, zwłaszcza Unia Europejska i Stany Zjednoczone oraz transnarodowe organizacje pozarządowe, tworzące od czasu obalenia Slobodana Miloševića w 2000 roku, tzw. rewolucyjną międzynarodówkę. Poszczególni politycy „pielgrzymowali” zatem na Majdan Niepodległości, niektórzy nawet przygotowali odpowiednie przemówienia; inni poprzestali na krótkim spacerze, spotkaniu z liderami opozycji, a nawet pogawędce z przygodnie napotkanymi aktywistami – wszystko oczywiście przed kamerami, aby łatwiej na kilka minut zaistnieć w światowych przekazach informacyjnych. Czego nie robi się dla wizerunku?
Na tym kończyła się polityka wsparcia. UE – wzorem 2004 roku nie pokusiła się nawet o wysłanie misji mediacyjnej, tej w stylu Aleksandra Kwaśniewskiego, a USA wysłały oficjalnie na Ukrainę podrzędnego urzędnika z Departamentu Stanu, aby „zasięgnął języka”. Nieoficjalnie jednak rzucała się w oczy działalność amerykańskiego ambasadora Geoffrey’a Payatta, który chętnie i licznie spotykał się z liderami protestów w zaciszu kijowskiej placówki na ul. Igora Sikorskiego. Jakie przyniosło to rezultaty prócz pustych deklaracji, pouczeń i eskalacji protestów? Dosłownie nic. Prawda jest bardziej prozaiczna: ani Stany Zjednoczone, ani też Unia Europejska nie mogą nawet zerwać z „reżimem Janukowycza” stosunków dyplomatycznych, gdyż wówczas realną alternatywą jest integracja eurazjatycka. Zachód zdążył się też nauczyć, po awanturach w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie, że mając do wyboru między anarchią i autorytaryzmem, lepiej wybrać to drugie... W tej geopolitycznej „partii szachów” Rosja okazała się lepszym graczem. Błyskawicznie, korzystając ze słabości kontrahenta i konkurencji – zaoferowała konkretną pomoc krótkoterminową (i na drakońskich warunkach), która ustabilizuje gospodarkę Ukrainy do czasu wyborów w 2015 roku. Pewną ofertę udostępniły także Chiny. Tymczasem opozycja ten moment chwilowej słabości systemu po prostu „przespała” i zamiast robić „rewolucję pełną gębą” – spoczęła na przysłowiowych laurach, okopując się w swej „Siczy Majdańskiej”.
Fiasko sprawdzonych metod
Władze państwowe, pomne doświadczeń pacyfikacyjnych z 29 listopada i 1 grudnia 2013 roku, całkiem świadomie przyjęły „strategię przeczekania”, przygotowując równocześnie „kontrrewolucję”. Początkowo nawet mogło się wydawać, że warunki pogodowe, blokada dostaw żywności i opału na nawet przypadki bardziej agresywnych kroków (przypadki pobicia Tetiany Czornowoł, Andrija Illenki czy Jurija Łucenki) pozwolą wygrać na czasie. Stało się jednak inaczej. Nieudane wotum nieufności dla gabinetu Mykoły Azarowa pokazało równocześnie ograniczenia opozycji i – w obliczu wspólnego zagrożenia – skonsolidowało szeregi rządzącej Partii Regionów. Ponadto „rewolucjoniści” nie wykonali rzeczy najistotniejszej – nie opanowali centrum Kijowa, jak to uczynili to ich „pomarańczowi” poprzednicy. Od połowy grudnia – mimo spektakularnych akcji w stylu AutoMajdanu, czy kolejnych wieców narodowych – opozycja znalazła się w politycznej defensywie.
Przesilenie przyszło nagle i niespodziewanie – 16 stycznia, wbrew procedurom, Rada Najwyższa przegłosowała budżet państwowy na 2014 rok, co było najważniejsze z punktu widzenia stabilności władzy oraz „pakiet bezpieczeństwa”, który otworzył drogę do realizacji siłowego scenariusza. Potrzebny był tylko pretekst. Opozycja dostarczyła go stosunkowo szybko – trzy dni później, tuż po zakończeniu już ósmego wiecu, elementy narodowo-radykalne sprowokowały rokosz, który przerodził się w regularne i dość brutalne walki uliczne.
Obie strony ciągle mówiły o potrzebie negocjacji, lecz w praktyce, między żądaniami opozycji a oczekiwaniami władz państwowych, nigdy nie było „punktów stycznych”. Była i jest imitacja dialogu. Rokosz pokazał inną twarz EuroMajdanu – tę kojarzoną z polityczną niedojrzałością, która szybko przemieniła się w ekstremizm. Liderzy opozycji w zasadzie stracili już „rząd dusz”, który ekspresowo pochwycili radykałowie. Do rangi symbolu urasta fakt uderzenia przez anonimowego manifestanta Witalija Kliczki gaśnicą, gdy ten usiłował rozdzielić napierający tłum i milicjantów.
W powyższym kontekście warto zwrócić uwagę na aspekt psychologiczny tych wydarzeń, jak również dokonać bilansu. Wydarzenia na EuroMajdanie nie przypominają „pomarańczowej rewolucji”. Tu liderzy opozycji przeoczyli punkty przełomowe oraz pozwolili administracji Wiktora Janukowycza złapać „drugi oddech”.
Resorty siłowe dochowały wierności prezydentowi – nie odnotowano bowiem przypadków fraternizacji, czy przechodzenia poszczególnych oddziałów na stronę przeciwną. Z kolei dymisję szefa Sztabu Generalnego gen. Serhija Kyryczenki należy rozpatrywać bardziej w kategoriach rozgrywek personalnych wewnątrz Partii Regionów, niż dylematów moralnych.
Nawet wsparcie międzynarodowe jest nikłe i ma się nijak do tego z 2004 roku. Ponadto trzeba zauważyć, iż opozycja w praktyce przegrała niemal wszystkie „polityczne batalie” – o dzielnicę rządową, odwołanie rządu czy też „pakiet bezpieczeństwa”.
Wzór z Polski?
Jak może zatem wyglądać dalszy scenariusz? Należy podkreślić, że przesilenie i koniec EuroMajdanu w dotychczasowej formie jest kwestią najbliższego czasu. Liderzy opozycji nie panują już bowiem nad emocjami tłumu, zaś rząd przygotował już wszelkie potrzebne instrumenty potrzebne do pacyfikacji.
Ton wypowiedzi przedstawicieli rządu nie pozostawia tu złudzeń – to nie jest władza, która ugnie się przed presją zewnętrzną, czy też okaże słabość. W końcu chodzi o jej strategiczne interesy i dalsze trwanie.
Co w tym momencie powinni zatem zaproponować liderzy opozycji? Rozlew krwi został już dokonany – rewolucja ma zatem swoich „męczenników z Hruszewskiego”, co w dłuższej perspektywie można wspaniale wygrywać politycznie wobec obecnej ekipy rządzącej. Alternatywą jest jednak nie trwanie, lecz „ewakuacja” EuroMajdanu – element umiarkowany należy po prostu wyprowadzić z „Siczy Majdańskiej” i przejść do działań bardziej długofalowych. Na szczeblu politycznym zadanie to może z powodzeniem wypełnić ruch społeczny – Zjednoczenie Ogólnoukraińskie „Majdan”.
Droga do obalenia „Januszesku”, jak zwany jest w czasie protestów ukraiński prezydent, nie wiedzie bowiem przez niepotrzebny już rozlew krwi, lecz samoorganizację polityczną uczestników protestów, a kiedy przyjdzie czas – praworządne wybory parlamentarne i prezydenckie. Trzeba jednak także pozyskać oligarchów, i przekonać ich, że potencjalnie nowa władza będzie wypełniać ich zadania.
Nie zapominajmy, że summa summarum eskalacja EuroMajdanu jest zarówno ich produktem, jak i zatrutym owocem ich swar i konfliktów. To właśnie oni i ich wpływy w praktyce nadają ton polityce ukraińskiej. Największym wyzwaniem przyszłych włodarzy z ulicy Bankowej będzie w tym kontekście przekonanie oligarchatu, że w wyniku wprowadzonych w przyszłości reform nie straci on dotychczas posiadanych majątków.
Należy także pamiętać, że potencjalnie nowa władza na Ukrainie nie rozwiąże szybko strukturalnych problemów państwa. Ukrainę będzie bowiem czekać bolesny proces przemian, których doświadczyła m.in. Polska podczas swojej transformacji i okresu „narzeczeństwa” ze Wspólnotami Europejskimi.
Zmiany będą wówczas wiązały się z dalszym osłabieniem ekonomicznym Ukrainy na rzecz silniejszych partnerów, w tym wypadku oczywiście zachodnich. Czego oni będą oni oczekiwać – pokazał neokolonialny kształt umowy stowarzyszeniowej, zaś kryzys ekonomiczny będzie pogłębiany wstrząsami ekonomicznymi, wywołanymi przez embarga nakładane na gwałtownie przestrajaną ze wschodu na zachód gospodarkę ukraińską. Tym samym Ukrainę będą czekały kolejne Euro- a może AzjoMajdany.
Z tym faktem należy się twardo liczyć, wspierając którąkolwiek ze stron tego protestu. Zwłaszcza, że na Ukrainie politykom się nie wierzy, ponieważ są symbolem stagnacji...
Marcin Domagała, Robert Potocki
Marcin Domagała jest prezesem i ekspertem Europejskiego Centrum Analiz Geopolitycznych, redaktorem naczelnym portalu Geopolityka.org
dr Robert Potocki jest ekspertem ECAG
Powyższy tekst pochodzi z portalu Geopolityka.org i znajduje się pod adresem - http://geopolityka.org/analizy/2652-marcin-domagala-robert-potocki-iluzje-euromajdanu
Tytuł, śródtytuły i wytłuszczenia pochodzą od Redakcji SN

