Politologia (el)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 477
Emmanuel Todd: rola Rosji w procesach globalnych zawsze mnie zadziwiała
Z Emmanuelem Toddem, francuskim historykiem i antropologiem społecznym znanym z niekonwencjonalnych poglądów, autorem wielu uznanych książek, wśród nich najnowszej, bestsellerowej – Klęski Zachodu (2024) rozmawia Natalia Rutkevich.
Natalia Rutkevich: Pojęcie „wartości” często pojawia się w publicznych dyskusjach politycznych. Świat liberalny podkreśla ich uniwersalność, podczas gdy świat nieliberalny mówi o wartościach tradycyjnych i rodzinnych, podkreślając ich wyjątkowość. Oba te pojęcia to polityczna retoryka, wydmuszka, ale odgrywają kluczową rolę, biorąc pod uwagę informacyjną naturę współczesnego społeczeństwa. Czy można powiedzieć, że ten konflikt definiuje charakter globalnej konfrontacji?
Emmanuel Todd: Kwestia wartości jest rzeczywiście ważna, ale to tylko jeden z elementów globalnych sporów i kłótni. Dyskutując o konfrontacji między Rosją a Zachodem lub innych konfliktach międzypaństwowych, zacząłbym nie od wartości, ale od analizy równowagi sił.
Podzielam realistyczny pogląd Johna Mearsheimera, który uważa, że rywalizacja wielkich mocarstw odgrywa kluczową rolę w globalnych konfliktach. W tym kontekście punktem wyjścia konfrontacji między Rosją a Stanami Zjednoczonymi i ich wasalami (Japończyków i Europejczyków postrzegam raczej jako wasali USA niż prawdziwych sojuszników) jest rozpad amerykańskiej potęgi.
Zniknięcie Związku Radzieckiego stworzyło iluzję triumfu Zachodu, choć w rzeczywistości, w momencie upadku ZSRR, Zachód znajdował się już w stanie gospodarczego i kulturalnego upadku, który rozpoczął się w połowie lat 60. XX wieku. Globalizacja, przyspieszona przez zniknięcie radzieckiego rywala, doprowadziła do znacznego osłabienia amerykańskiego przemysłu, a także gospodarek Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec i, w pewnym stopniu, Japonii. Dlatego chciałbym przede wszystkim zwrócić uwagę na głębsze przyczyny zmiany układu sił na niekorzyść Zachodu, w tym spadek produkcji, niedobór kadr inżynierskich oraz ogólny upadek systemu edukacji, który rozpoczął się w Stanach Zjednoczonych w 1965 roku, a we Francji w 1995 roku.
Natalia Rutkevich: Dlaczego akurat te daty?
Emmanuel Todd: Kamienie milowe zmian w systemach edukacji. W Stanach Zjednoczonych w 1965 roku uchwalono ustawę o rozwoju edukacji podstawowej i średniej (Elementary and Secondary Education Development Act), która teoretycznie była słuszną decyzją mającą na celu poszerzenie dostępu do edukacji. Jednak według testów kompetencji, to właśnie od 1965 roku wyniki kandydatów na studia spadają, zarówno w matematyce, komunikacji ustnej, jak i pisemnej.
We Francji liczba uczniów szkół średnich uzyskujących dyplom ukończenia szkoły średniej rosła we wszystkich warstwach społecznych do 1995 roku. Później przez kilka lat spadała, ale potem znów zaczęła rosnąć. Nie wynikało to z poprawy poziomu wiedzy, ale z obniżenia standardów egzaminacyjnych.
Procesy te zapoczątkowały restratyfikację, trend pogłębiający nierówności i segregację elit. O ile wcześniej wszyscy absolwenci liceów byli względnie równi, o tyle teraz, aplikując na uniwersytety, brane są pod uwagę konkretne liceum, które kandydat ukończył, aby ocenić, czy jego ocena odzwierciedla rzeczywistość.
Natalia Rutkevich: Czyli problem leży konkretnie w sferze edukacyjnej?
Emmanuel Todd: Między innymi, ale ostatecznie dojdziemy do tego, co uważam za główną przyczynę osłabienia Zachodu: stopniowego zaniku fundamentów, które stanowiły jego prawdziwą siłę. Przede wszystkim jest to etyka protestancka (angielska, niemiecka, amerykańska, skandynawska itd.) i jej wartości – edukacja, dyscyplina i praca.
W mojej książce Klęska Zachodu opisuję Zachód jako cywilizację, która osiągnęła granice swoich możliwości wyzysku reszty świata. Zachód żyje z taniej siły roboczej chińskich robotników, dzieci z Bangladeszu i, krótko mówiąc, z brutalnego wyzysku innych krajów. Chce utrzymać swoją uprzywilejowaną pozycję, podczas gdy inni globalni gracze są z tego coraz bardziej niezadowoleni.
Globalną konfrontację postrzegam więc przez pryzmat relacji władzy i wyzysku, ale zauważam, że istniejące systemy aktywnie wykorzystują wartości jako narzędzie walki.
Natalia Rutkevich: W jakim stopniu, pana zdaniem, hasła głoszące wartości liberalne i konserwatywne odpowiadają rzeczywistości społeczeństw, w których są głoszone?
Emmanuel Todd: Dyskurs o liberalnej demokracji i „wartościach zachodnich” jest nieodzownym elementem oficjalnej retoryki Zachodu, ale jest wykorzystywany przede wszystkim do konsumpcji zewnętrznej, na eksport, że tak powiem. Tymczasem w naszych społeczeństwach od dawna dostrzegamy, że nasza demokracja znajduje się w głębokim kryzysie. Znaki są oczywiste: wzrost popularności Trumpa w USA, wzrost popularności Zgromadzenia Narodowego we Francji, wzrost skrajnej prawicy w Niemczech i tak dalej. Rozumiemy, że nasze demokracje słabną z powodu wewnętrznych, endogennych przyczyn.
Pewien poziom wolności osobistej pozostaje zachowany – na przykład mogę swobodnie wyrażać swoje opinie i nie jestem więziony. Chociaż regularnie oskarżają mnie o bycie agentem Kremla, publikuję we Francji książki, które dobrze się sprzedają. To pokazuje, że nasz kraj pozostaje pluralistyczny, a ludzie nie ograniczają się do oglądania oficjalnych mediów.
Pozostaje jeszcze całe spektrum innych opinii, choć ja na przykład jestem personą non grata w państwowych kanałach telewizyjnych, co jest oczywiście niewiarygodne w przypadku kraju, który „stoi na straży wolności słowa” i poucza inne kraje, w szczególności Rosję.
Jeśli chodzi o wartości obozu przeciwnego, nie wierzę w propagowany pogląd o religijnym oporze Rosji wobec Zachodu ani o odrodzeniu prawosławia. Komunizm stał się możliwy w Rosji dzięki upadkowi Kościoła prawosławnego poprzedzającego rewolucję 1917 roku, podobnie jak rewolucja francuska z 1789 roku stała się możliwa dzięki kryzysowi Kościoła katolickiego w latach 1730–1789. Nie żywię wrogości wobec prób przedstawienia konserwatywnego sojuszu religijnego, ale istotę konfrontacji widzę gdzie indziej.
Pozycja międzynarodowa Rosji, której typ państwowości nazywam „demokracją autorytarną”, moim zdaniem odzwierciedla jej fundamentalną wartość – ideał suwerenności narodowej. W ten sposób ścierają się dziś dwie fundamentalne wartości: z jednej strony ideał globalizacji pod kontrolą USA, z drugiej – ideał suwerenności narodowej ucieleśniany przez Rosję.
To rodzi interesujące paradoksy. Jako obywatel Francji, cieszę się stosunkowo wysokim poziomem wolności w społeczeństwie, które w dużej mierze utraciło niepodległość i znajduje się pod zagraniczną kontrolą. Jednak wolności obywatela Rosji są znacznie bardziej ograniczone, a mimo to jego kraj jest suwerenny. Kto więc jest bardziej wolny – ja czy obywatel Federacji Rosyjskiej? To naprawdę ważne i interesujące pytanie.
Natalia Rutkevich: W Rosji popularne stało się określenie „globalna większość”, odnoszące się do świata pozazachodniego. Jest on oczywiście ogromny i niezwykle heterogeniczny, z licznymi konfliktami, które w nim tlą się lub drzemią. Czy jednak, pana zdaniem, możemy mówić o wspólnocie poza Zachodem? Czy istnieje coś, co je jednoczy? I na ile uzasadnione jest mówienie o tradycyjnych wartościach jako o czymś, co jednoczy kultury? Tradycje są wszędzie wyjątkowe.
Emmanuel Todd: W rzeczywistości sam Zachód jest daleki od homogeniczności. W mojej najnowszej książce szczegółowo wyjaśniam różnice w historycznie ugruntowanych modelach rodziny i polityki, które istniały w różnych krajach należących obecnie do bloku zachodniego. Weźmy na przykład Japonię czy Niemcy. Liberalna demokracja została im narzucona przez amerykańską siłę militarną; nie doszli do niej w sposób naturalny. Innymi słowy, dzisiejszy Zachód jest zjednoczony przede wszystkim pod przywództwem Stanów Zjednoczonych, dzięki ich militarnej kontroli nad blokiem. Drugim elementem spajającym blok zachodni jest jego zdolność do czerpania największych korzyści z globalizacji. Podporządkowanie Stanom Zjednoczonym i wyzysk reszty świata to cechy charakterystyczne, które dają im prawo do nazywania siebie częścią Zachodu.
Jeśli chodzi o resztę świata, tzw. „nie-Zachód”, to reprezentuje ona ogromną różnorodność. Rosja i Chiny, kraje często porównywane, reprezentują dwa zupełnie różne i, moim zdaniem, nieporównywalne systemy – pierwszy bliższy modelowi autorytarnemu, drugi totalitarnemu. Świat arabski jest podzielony. Indie, będące państwem demokratycznym, reprezentują unikalną kombinację hinduskiej większości, dużej mniejszości sunnickiej i niewielkiej mniejszości chrześcijańskiej. Afryka to ogromny świat sam w sobie. I wreszcie Brazylia, będąca strategicznym partnerem Rosji i Chin w ramach BRICS, wciąż pozostaje duchowo dość bliska Zachodowi.
Jedyne, co łączy ten wielki, podzielony świat, który nazywacie „globalną większością”, to pragnienie uwolnienia się od wyzysku Zachodu.
Ta globalna większość pojawiła się jako reakcja na najnowsze próby imperium, żyjącego iluzjami o swojej dawnej potędze i pragnącego utrzymać globalną hegemonię. Globalna większość pojawiła się, gdy Rosja postanowiła rzucić wyzwanie Stanom Zjednoczonym i obalić „władców świata” z ich pozycji. Nikt nie wierzył, że coś takiego jest możliwe; nikt nie odważył się na taki krok. Stopniowo jednak coraz więcej ludzi zaczyna postrzegać siebie jako część tej globalnej większości, która odmawia podporządkowania się Amerykanom. Obserwowanie tego procesu jest fascynujące. Historia znów się toczy!
Ogólnie rzecz biorąc, rola Rosji w sprawach globalnych zawsze mnie uderzała. W czasach komunizmu Rosja była siłą napędową historii świata, a teraz ponownie przejmuje tę rolę, wykazując się niezwykłą determinacją w obronie suwerenności wielkich narodów (podkreślam: nie wszystkich, ale właśnie tych wielkich). Co więcej, Rosja stała się swoistym centrum zainteresowania dla tych, którzy odrzucają zachodnią ideologię LGBT (i tu wracamy do kwestii wartości). Warto zauważyć, że kwestia LGBT wykracza daleko poza ramy liberalnej demokracji i zajmuje centralne miejsce w stosunkach międzynarodowych.
Natalia Rutkevich: Co pan ma na myśli?
Emmanuel Todd: Badając ewolucję praw mniejszości seksualnych na potrzeby mojej poprzedniej książki o feminizmie, doszedłem do wniosku, że kwestie te zajmują kluczowe miejsce w geopolityce, dlatego postanowiłem poświęcić swoją kolejną pracę właśnie tematyce geopolitycznej. Zachód wykazał się zdumiewającą naiwnością, nie zdając sobie sprawy, że jego ideologia LGBT nie jest postrzegana przez resztę świata tak, jak oczekiwano. To oczywiste niezrozumienie świata zewnętrznego otworzyło przed Rosją ogromne możliwości pozycjonowania się jako konserwatywne mocarstwo na arenie międzynarodowej, ponieważ opór wobec zachodniej ideologii LGBT jest znacznie silniejszy, niż Zachód jest przyzwyczajony sądzić. Chodzi o coś więcej niż tylko o ochronę praw mniejszości seksualnych. Mniejszości te istniały zawsze, a ich prawo do godnego i spokojnego życia wydaje mi się oczywiste. Jednak „T” w słowie LGBT oznacza coś zupełnie innego. Transpłciowość jest w istocie zaprzeczeniem rzeczywistości biologicznej. Mówię jako antropolog: twierdzenie, że człowiek może zmienić płeć jest formą nihilizmu, ucieczką od rzeczywistości. Współczesny Zachód jest opanowany przez ten nihilizm, a ideologia LGBT staje się jego centralnym symbolem.
Wbrew jednak zachodnim oczekiwaniom, ideologia ta spotyka się z niemal powszechnym odrzuceniem i tworzy sojusze w społeczeństwach, które boją się jej radykalizmu i nie chcą podążać za Zachodem.
Rosja odgrywa kluczową rolę jako biegun przyciągający wszystkich, którzy sprzeciwiają się zniekształcaniu rzeczywistości i nie zgadzają się z nihilistycznym kursem Zachodu.
Natalia Rutkevich: Spodziewał się pan upadku ZSRR na podstawie wskaźników demograficznych i danych o wydajności pracy. Co by się stało, gdyby tę samą metodologię zastosować do współczesnej Rosji i innych dużych krajów?
Emmanuel Todd: Wskaźnikiem, który dodał mi odwagi do przewidywania upadku ZSRR, był wzrost śmiertelności niemowląt w latach 1970–1974, po którym nastąpiło zaprzestanie publikacji danych. Śmiertelność niemowląt jest jednym z najważniejszych wskaźników, odzwierciedlającym nie tylko stan systemu opieki zdrowotnej, ale także ogólny dobrobyt społeczeństwa. W 2020 roku wskaźnik śmiertelności niemowląt w Rosji wynosił 4,4 przypadków na 1000 żywych urodzeń, podczas gdy w Stanach Zjednoczonych wskaźnik ten był wyższy – 5,4. W mojej książce przytaczam różne wskaźniki demograficzne i ekonomiczne, ale kluczowym wskaźnikiem pozostaje śmiertelność niemowląt. W 2023 roku wskaźnik śmiertelności niemowląt w Stanach Zjednoczonych zaczął ponownie rosnąć.
Natalia Rutkevich: Demokracja zmienia swoją naturę. Z narzędzia legitymizacji poprzez opinię obywatelską i środka obrotu prawnego przekształca się w środek utrzymania status quo i unikania zmian, które mogłyby go podważyć. Regulacje prawne i manipulacja informacją są integralną częścią wyborów w każdym kraju. Co będzie dalej?
Emmanuel Todd: Dla mnie jest jasne, że nie żyjemy już w demokracji. W 2008 roku opublikowałem książkę zatytułowaną „Po demokracji”. W 2005 roku Francuzi w referendum opowiedzieli się przeciwko Konstytucji Unii Europejskiej, ale postanowiono zignorować tę decyzję, przyjmując Traktat Lizboński. To wyraźnie pokazało, że demokracja już nie istnieje. A to, co wydarzyło się we Francji w ostatnich miesiącach, kiedy kraj funkcjonował normalnie bez rządu w stanie ostrego kryzysu politycznego, tylko to potwierdza.
Życie toczy się dalej po demokracji. Kiedy zaakceptujemy koncepcję liberalnej oligarchii, a właśnie taką jest nasza obecna forma rządów, staje się jasne, że to zupełnie inny system.
Dla mnie prawdziwym problemem jest upadek wszystkiego, co przyczyniło się do sukcesu Zachodu, a zwłaszcza protestantyzmu (uważam, że współcześni ewangelicy to coś zupełnie innego). Protestantyzm zapewnił powszechną edukację, kolektywne rządy i silne, indywidualne zasady moralne. Później, choć religie upadły, zostały zastąpione przez to, co nazywam „zombie formami religijności” – świeckie, obywatelskie wierzenia. Teraz jednak weszliśmy w fazę „religii zerowej”, w której nie ma już żadnych zbiorowych wierzeń.
Postrzegam Zachód jako cywilizację, która wyczerpała swój kapitał moralny i społeczny. Wielu dziś martwi wyczerpywanie się zasobów energetycznych, ale mnie niepokoi wyczerpywanie się zasobów społecznych i moralnych odziedziczonych po naszej bazie religijnej. Dziedzictwo religijne, sięgające średniowiecza, było swego rodzaju rezerwą paliwa, która napędzała rozwój Zachodu. Ale teraz to źródło jest wyczerpane. Atomizacja naszych społeczeństw, starzenie się populacji, kryzys płodności, deindustrializacja i niezdolność do kolektywnego działania spowodowana kryzysem religijnym martwią mnie i niepokoją, ponieważ sam pochodzę z Zachodu. Anglia, Francja, Stany Zjednoczone – historia mojej rodziny jest związana ze wszystkimi tymi krajami i trudno mi patrzeć na ich upadek.
Niemniej jednak wierzę, że prędzej czy później Europa będzie musiała wziąć swój los we własne ręce; nie pozostanie na zawsze pod kuratelą Stanów Zjednoczonych. Kraje europejskie utraciły nawyk wolności i odpowiedzialności; bycie wolnym nie jest takie łatwe. Dziś trudno w to uwierzyć, ale w dłuższej perspektywie przewiduję przywrócenie autonomii kontynentu europejskiego dzięki zbliżeniu Rosji i Niemiec, dwóch krajów, które przetrwały totalitaryzm i zawsze miały szczególne znaczenie dla Europy. Liczę również na odrodzenie pierwotnego europejskiego trio – Niemiec, Włoch i Francji – które mogłyby wspólnie wyzwolić Europę spod amerykańskiej kontroli, zorganizowanej obecnie wokół osi obejmującej Wielką Brytanię, Skandynawię, Polskę i Kijowską Ukrainę.
Powyższy wywiad Natalii Rutkevich z Emmanuelem Toddem ukazał się w magazynie Россия в глобальной политике (Rosja w Sprawach Globalnych) Nr 6/24
Za: https://globalaffairs.ru/articles/rol-rossii-todd/#
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1804
W okresie kilkudziesięciu lat od zakończenia II wojny światowej dwa ważne czynniki zadecydowały o tym, że wojna przestała być ultima ratio polityki. Z jednej strony była to normatywna debellizacja, czyli prawnomiędzynarodowy zakaz użycia siły lub groźby jej użycia (z wyjątkami określonymi w Karcie Narodów Zjednoczonych), a z drugiej - technologiczna rewolucja w dziedzinie zbrojeń, polegająca na stworzeniu broni masowego rażenia.
Mimo rozmaitych konfliktów zbrojnych o zasięgu lokalnym mających charakter wojen (np. wojna koreańska, indochińska, wietnamska, afgańska, wojny izraelsko-arabskie), w okresie „zimnej wojny” nie doszło nigdy do bezpośredniego zbrojnego starcia między wielkimi potęgami. Z podobną sytuacją mamy do czynienia w okresie trzech mijających dekad, po zakończeniu konfrontacji międzyblokowej.
Wygląda na to, że jest to szczególny okres, w którym negacji ulega zasadność i użyteczność wojen w systemie międzynarodowym, co oczywiście nie oznacza ich całkowitego wyeliminowania.* Można go nazwać turbulentnym „pozimnowojniem”. Nie ma wprawdzie żadnych gwarancji, że w przyszłości nie dojdzie do wybuchu wielkiej wojny hegemonicznej, o czym lubią rozpisywać się rozmaici wizjonerzy geopolityki, ale póki co, pokój, a nie wojna zajmuje głowy przywódców sytego i pewnego siebie Zachodu.
Era zimnowojenna charakteryzowała się stanem „zbrojnego pokoju”. Znajdowało w nim doskonałe odbicie starorzymskie zawołanie si vis pacem, para bellum (chcesz pokoju, gotuj się do wojny). Paradoks sytuacji polegał na tym, że im bardziej dwie przeciwstawne strony szykowały się do wojny, tym bardziej była ona niemożliwa. Broń jądrowa okazała się bowiem bronią „impotentną” w użyciu. Spełniała jednak swoją rolę odstraszającą jak żadne inne bronie w historii. Ze względu na niemożliwość wygrania wojny totalnej sięgano więc do różnych środków pośrednich (tzw. proxy wars), przenosząc starcia zbrojne na obszary peryferyjne przy użyciu broni konwencjonalnych. Choć nie straciły na znaczeniu odwieczne motywy prowadzenia wojen, wyrażające się w poszukiwaniu bogactwa, głoszeniu misyjnych ideologii (świeckich, bądź religijnych) oraz umacnianiu prestiżu i sławy (gold, God, glory), to jednak po raz pierwszy w tak długim okresie system międzynarodowy jako całość ustrzegł się przed kolejną katastrofą i traumą.
Obecny stan rzeczy nie jest wszak całkiem racjonalny. Występuje bowiem powszechne zjawisko militaryzacji opinii publicznej, trwa nakręcanie koniunktury zbrojeń, odwracanie uwagi od realnych problemów, kreowanie wroga i wywoływanie powszechnego strachu. Rządzący ciągle szukają usprawiedliwienia dla stosowania przemocy wobec realnych lub wyimaginowanych przeciwników, a to w obronie niezależności, a to dla zachowania dotychczasowego stanu posiadania (dostęp do bogactw, ochrona terytorium, obrona pozycji i statusu w świecie). W każdym przypadku powołują się na wolę narodu, a odwoływanie się do sentymentu nacjonalistycznego stało się regułą.
Istniejąca w okresie „zimnej wojny” równowaga strachu ciągle odgrywa ważną rolę w utrzymaniu pokoju.
Apologeci hegemonii amerykańskiej w pozimnowojennym systemie stosunków międzynarodowych przypisują jednak przede wszystkim Stanom Zjednoczonym rolę głównego gwaranta pokojowej stabilności systemowej, niezależnie od ich rozmaitych ekspedycji karnych i wojen interwencyjnych o zasięgu lokalnym czy regionalnym. Do tego dochodzą rosnące współzależności gospodarcze oraz postęp w szerzeniu demokratycznych wzorów ustrojowych.
Bezpieczna zimna wojna
Ta liberalna wiara w „pokój przez demokrację i gospodarkę” prowadzi jednak na manowce. Okazuje się bowiem, że hegemon amerykański, mimo głoszonej ideologii liberalnej sam jest źródłem wielu konfliktów i uprawia często politykę konfrontacyjną.** Jej kurs wobec Rosji czy Chin pokazuje prawdziwe oblicze interwencjonistów zza oceanu. Sojusze Waszyngtonu z reżimami autorytarnymi są na porządku dziennym, podobnie jak w czasach „zimnej wojny”. Realpolitik bierze górę nad ideałami demokracji i praw człowieka. A wojny handlowe z Chinami i polityka sankcji wobec Rosji pokazują, jak wzniosłe hasła o współzależności gospodarczej ulegają deprecjacji ze względu na własne egoistyczne interesy.
W okresie „zimnej wojny” strony konfrontacji międzyblokowej wypracowały pewne standardy, które w dziedzinie kontroli zbrojeń oznaczały budowę wzajemnego zaufania. Składały się na nie: jednomyślność w sprawie konieczności regulacji traktatowych, transparentność arsenałów jądrowych i konwencjonalnych oraz defensywny charakter strategii bezpieczeństwa. Wykształciła się świadomość wspólnego bezpieczeństwa, w której największą zdobyczą były środki budowy zaufania. Każda ze stron komunikowała drugiej swoje pokojowe intencje, co oznaczało oddalanie możliwości niespodziewanego ataku.
Jest pewne, że te warunki deeskalacji konfliktu zimnowojennego pomogły w przeprowadzeniu „aksamitnego” demontażu bloku wschodniego, a sukcesorka ZSRR – Rosja - czuła się zobowiązana do przestrzegania wcześniej ustanowionych reguł gry. Błędem Zachodu było jednak pozostawienie jej samej sobie. To spowodowało nie tylko narodziny syndromu „oblężonej twierdzy”, ale także wzrost tendencji rewizjonistycznych.
Rozszerzanie NATO na wschód Rosjanie mieli prawo traktować jako chęć osaczenia ich państwa i jego upokorzenia. Tym bardziej, że Zachód ignorował protesty Rosji, uznając ją za zbyt słabą, aby mogła pomieszać szyki w prowadzonej przez niego grze. Pozimnowojenny triumfalizm Zachodu doprowadził do utrwalenia się przekonania, że Rosja musi pogodzić się z warunkami, jakie dyktuje jej druga strona. Okazało się to największym błędem w postrzeganiu i traktowaniu tego państwa.
Błędy Zachodu i ich implikacje
Ekspansja NATO na wschód pogrzebała jakiekolwiek szanse na demokratyzację Rosji. Ponadto podważyła istniejącą dotąd międzymocarstwową jednomyślność co do traktatowego i wielostronnego uzgadniania reguł gry. Stany Zjednoczone wraz ze swoimi sojusznikami z NATO jednostronnie, w opozycji do Rosji i wbrew jej protestom – zmieniły porządek międzynarodowy, wykluczając ją z niego na wiele lat.
Kłóciło się to z tradycją urządzania świata od czasów wojen napoleońskich, poprzez wojny światowe XX wieku. Każdorazowo pokonane państwa – czy to Francję, czy Niemcy - próbowano mniej lub bardziej skutecznie włączyć do nowego ładu na warunkach wypracowanych przez zwycięzców. Przykład ładu wersalskiego narzuconego pokonanym Niemcom wskazuje jednak, jak surowe warunki pokoju mogą zrodzić groźny resentyment w postaci rewizjonizmu i rewanżyzmu. Jego efektem stało się dojście Hitlera do władzy, proklamowanie III Rzeszy i rozpętanie przez Niemcy kolejnej, jeszcze bardziej krwawej i niszczycielskiej wojny.
Zauważa się, że Zachód potraktował Rosję po zakończeniu „zimnej wojny” właśnie w taki sposób, jak uczyniono to z Niemcami po I wojnie światowej. Zamiast zjednoczenia kontynentu europejskiego doszło do jego ponownego podziału, a Rosja znalazła się znowu w opozycji wobec Zachodu. Interwencja NATO w Bośni i Hercegowinie przeciw Serbom, bez uwzględniania stanowiska Rosji, a także doprowadzenie do secesji Kosowa oznaczało pogłębianie podziałów.
Ameryka jednak brnęła dalej w demontaż dotychczasowych reguł gry. George W. Bush wycofał USA w 2002 roku z układu ABM (o ograniczeniu systemów antybalistycznych), który Rosjanie uznawali przez trzy dekady za gwarancję ich statusu mocarstwa jądrowego. Zlekceważono w Waszyngtonie wyrazy solidarności i wsparcia ze strony Rosjan po ataku terrorystycznym na Nowy Jork i Waszyngton z 11 września 2001 roku. Wyprawa przeciw Irakowi i udział w obaleniu reżimu Muammara Kadafiego w Libii bez autoryzacji Rady Bezpieczeństwa ONZ pokazały światu, że USA wraz z zachodnimi sojusznikami – Francją i Wielką Brytanią - przypisują sobie prawo decydowania o losach dowolnie wskazanych przez siebie rządów faktycznie suwerennych państw. Musiało to wywołać obawy w samej Rosji, że Stany Zjednoczone kierują się nieczystymi intencjami i mogą działać na jej szkodę.
Uwikłanie Rosji na Ukrainie w następstwie obalenia legalnie wybranego prezydenta Wiktora Janukowicza ściągnęło na nią odium agresora. Zachód zaangażowany w przeciąganie Kijowa na swoją stronę wykorzystał zajęcie przez Rosję Krymu i wsparcie przez nią separatystów w Donbasie jako swoiste casus belli. Porozumienia z Mińska z udziałem czterech stron – Ukrainy, Rosji, Francji i Niemiec z września 2014 roku i lutego 2015 roku nie doprowadziły do rozwiązania konfliktu. Rosja została napiętnowana za to, że dokonała napaści, poddała okupacji i anektowała część innego suwerennego państwa. Podkreślano ponadto, że takie wydarzenia miały miejsce po raz pierwszy od zakończenia II wojny światowej.
Oczywiście zapominano w tym kontekście o inwazji tureckiej na Cypr, czy aneksji wschodniej Jerozolimy przez Izrael, nie mówiąc o całkowitym zlekceważeniu przypadku Kosowa, który oznaczał wrogą dezintegrację Serbii.
Politycy świata zachodniego przyjmują w swojej argumentacji tylko wygodne dla siebie wersje historii, a usłużni eksperci dorabiają do tego odpowiednie interpretacje, albo pomijają wiele faktów milczeniem. W ocenach zachodnich wypomina się Rosji także wcześniejszą akcję zbrojną przeciw Gruzji, w obronie Abchazji i Osetii Południowej, które faktycznie zostały wyrwane spod jurysdykcji Tbilisi. Znowu jednak w imię solidarności z rządami o nastawieniu antyrosyjskim zapomina się, że Gruzja uległa dezintegracji już w latach dziewięćdziesiątych ub. wieku, a jakiekolwiek prawo do samostanowienia mniejszych narodów ma szanse realizacji jedynie przy udziale możnego protektora (podobnie, jak w przypadku Kosowa!).
W wojnie na Ukrainie większość komentatorów dopatrzyła się powrotu Rosji do praktyk imperialnych, a także dowodu na chęć zrewidowania geopolitycznego porządku, jaki ustanowiono po rozpadzie ZSRR. Mało kto, poza samymi Rosjanami, jest w stanie przyznać, że działania rosyjskie były odpowiedzią na zamieszanie spowodowane zwrotem Wiktora Janukowycza w stronę Unii Eurazjatyckiej, co wywołało znaną falę społecznego buntu. W świetle późniejszych wydarzeń naiwnie i niewiarygodnie brzmią argumenty o „godnościowym” wyzwoleniu Ukraińców oraz powrocie do demokracji.
Na ile w tej grze były zaangażowane Stany Zjednoczone i inne państwa Zachodu, pozostaje ciągle sprawą politycznych kontrowersji. Nie ulega wszak wątpliwości, że na Ukrainie starły się dwie rywalizujące ze sobą orientacje geopolityczne, a aneksja Krymu i wojna w Donbasie były tego oczywistą konsekwencją.
W rezultacie starcia Rosja udowodniła, że traktuje przestrzeń poradziecką nie tyle jako „strefę swoich uprzywilejowanych interesów”, ile przede wszystkim jako obszar „żywotnych interesów egzystencjalnych”. W ich obronie wykazała najwyższą determinację, łącznie z zastosowaniem siły i gotowością do poniesienia negatywnych konsekwencji w stosunkach z Zachodem. Społeczeństwo rosyjskie przyjęło argumentację o obronie żywotnych interesów za słuszną, co było wynikiem nacjonalistycznej propagandy i euforycznych uniesień, ale i negatywnych doświadczeń o pozostawieniu Rosji samej sobie, jej wykluczeniu i próbach osaczenia. W ten sposób ekspansja NATO na wschód w odbiorze Rosjan stała się przyczyną załamania pozimnowojennego ładu pokojowego.
W ocenach polityki rosyjskiej wskazuje się, że rok po inwazji Ukrainy prezydent Putin wszczął operację wojskową w Syrii, która przywróciła Rosji pozycję ważnego decydenta w grze międzynarodowej. Stając w obronie reżimu Baszara al-Asada Rosja udowodniła światu, że o losach negowanych przez Zachód rządów nie muszą przesądzać Stany Zjednoczone. Jest to jedna z najbardziej bolesnych lekcji dla całego Zachodu, a dla USA w szczególności.
Upadłe teorie
Wielu zachodnich krytyków Rosji dopatruje się przyczyn agresywnej polityki rosyjskiej w dyktatorskim systemie rządów, systemie kleptokracji i korupcji. Wiara liberałów w „teorie demokratycznego pokoju” nie pozwala im dostrzec, że „wzorcowe” Stany Zjednoczone są także źródłem agresywnych interwencji, a demokracja nie jest jedynym katalizatorem pokoju.
Stawianie na wyścig zbrojeń wspierany asertywną dyplomacją i naciskami gospodarczymi nie jest obecnie dobrą odpowiedzią na trapiące świat Zachodu problemy (terroryzm, fundamentalizm islamski, żywiołowe migracje, zagrożenia klimatyczne). Wiele rządów zdaje sobie z tego sprawę, nie widząc w dzisiejszej Rosji takiego przeciwnika i rywala, jakim w czasach konfrontacji zimnowojennej był ZSRR.
Wbrew krytycznej retoryce, Rosję akceptuje się w wielu gremiach międzynarodowych, a groźbę ataku z jej strony uważa się raczej za iluzoryczną. Dowodzą tego rozmaite analizy strategiczne, z których wynika niekorzystny dla Rosji stosunek sił. Dzisiejsza Rosja nigdzie nie definiuje swoich ekspansywnych czy agresywnych zamiarów. Przeciwnie, stawia na powiązania gospodarcze z Zachodem i stosuje się do reguł rynku kapitalistycznego. Wobec Ukrainy zastosowała natomiast strategię samoograniczenia, nie doprowadzając do otwartego konfliktu. Wiązało się to niewątpliwie z przeszacowaniem oczekiwań i niedoszacowaniem ryzyka, jakie wyraziło się choćby w dotkliwych skutkach zachodnich sankcji. Zachód przychyla się obecnie do wyciszenia konfliktu i powrotu do znormalizowanych relacji.
Stanisław Bieleń
*Wojny od stuleci stanowiły sposób dorabiania się jednych grup społecznych kosztem innych. Orędownicy wojny i tzw. podżegacze wojenni uczynili z tej formy uprawiania polityki intratne narzędzie bogacenia się. W świecie kapitalistycznym zbudowano też niby racjonalną filozofię, że „wojna jest kontynuacją polityki innymi środkami” (Carl von Clausewitz, O wojnie). Tymczasem żadna wojna nie jest racjonalną „kontynuacją polityki”. Jest raczej jej zaprzeczeniem i unicestwieniem. Jest absurdalnym nadużyciem rozumu.
**„Ewolucja supermocarstwowej pozycji USA była w znacznym stopniu następstwem militarnego zaangażowania się USA w konflikty zbrojne (w Afganistanie, Iraku, Libii i Syrii) oraz efektem znacznego spadku zaufania do USA, będącego skutkiem nadużywania siły militarnej i łamania podstawowych norm prawnomiędzynarodowych przez administrację George’a W. Busha i w mniejszym stopniu administrację Baracka Obamy (np. naruszenie rezolucji RB ONZ w sprawie zakresu interwencji militarnej w Libii w roku 2011), dążących do „eksportu demokracji” z użyciem środków militarnych” - pisze Mieczysław Stolarczyk (Kierunki ewolucji europejskiego systemu międzynarodowego w pierwszej i drugiej dekadzie XXI wieku, „Studia Politicae Universitatis Silesiensis" 2018” t. 21, s. 11-12.)
Wyróżnienia i śródtytuły pochodzą od Redakcji.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 406
Zrodzone z tchórzostwa i wychowane na chciwości. Tak rozpoczęło się oszustwo „nemesis” ze Wschodu.
W ciągu ostatnich kilku tygodni napięcia między elitami politycznymi UE a Kremlem narastały, i to niepotrzebnie. Zaplanowany incydent z dronem w Polsce, rzekome naruszenie przestrzeni powietrznej Estonii przez rosyjskie samoloty i politycy z Europy Wschodniej wzywający NATO do zestrzelenia rosyjskich samolotów – wszystko to wskazuje na celową próbę sprowokowania Moskwy i zwrócenia uwagi Waszyngtonu.
Jednak ta nagła skłonność do prowokacji mówi mniej o Moskwie, a więcej o niepewności UE. W obliczu stale malejących gwarancji bezpieczeństwa USA , rządy bloku sięgają po starą, ale ulubioną ucieczkę: mit „rosyjskiego zagrożenia”. To wyimaginowana historia, która istnieje w świadomości Europejczyków od ponad pięciu stuleci i która wyraźnie świadczy o niepewności Europy Zachodniej, a nie o terytorialnych ambicjach Rosji.
Istnieją powody, dla których desperacka postawa UE jest podszyta oszustwem. Skłonność Waszyngtonu do gwarantowania bezpieczeństwa europejskiego maleje. Zachodnie media sugerują, że urzędnicy amerykańscy poinformowali swoich europejskich odpowiedników, że bezpośrednia pomoc wojskowa dla Europy Wschodniej może wkrótce zostać ograniczona. Elity polityczne w krajach bałtyckich i niektórych byłych republikach radzieckich uważają to za sytuację nie do utrzymania. Dlatego też inicjatywy UE w polityce zagranicznej są rutynowo ukierunkowane na sprowokowanie reakcji Rosji, w nadziei na uzyskanie gwarancji bezpieczeństwa i zasobów wojskowych od USA.
Co więcej, i to jest właśnie błąd w stanowisku UE, ta ostatnia nie ma alternatywnej strategii. Bez zgody USA nie jest w stanie wyobrazić sobie polityki zagranicznej wykraczającej poza prowokowanie rosyjskiego „Niedźwiedzia”. Ponowne przedstawienie Rosji jako jej „egzystencjalnego” wroga to wygodny sposób na zwrócenie uwagi Waszyngtonu – i, jeśli to możliwe, pieniędzy.
Ironia jest rażąca: Rosja nie jest zainteresowana terytorium swoich mniejszych sąsiadów, ponieważ nie leży to w jej najlepszym interesie. Pomimo że kraje bałtyckie, Polska i Finlandia od dziesięcioleci prowadzą antyrosyjską retorykę, Moskwa nie szuka zemsty ani rozliczenia – również dlatego, że nie leży to w jej interesie. Ich znaczenie w sprawach światowych jest znikome. Jednak dla elit politycznych kurczowe trzymanie się mitu rosyjskiej agresji stało się jedynym dostępnym dla nich rozwiązaniem, krótkowzrocznie uznając je za dostępne.
Geneza rusofobii
Korzenie tego mitu nie tkwią ani w zimnej wojnie, ani w XIX - wiecznej „ Wielkiej Grze ”, rywalizacji między imperiami; jego powstania można doszukiwać się w tchórzliwej niepewności bałtyckich baronów i oportunizmie niemieckich rycerzy w Inflantach i Prusach.
Pod koniec XV w. polscy monarchowie rozważali wysłanie niemieckich rycerzy do walki z rozrastającym się Imperium Osmańskim. Pomysł ten był dla nich przerażający. Przez wieki żyli wygodnie w krajach bałtyckich, tocząc jedynie potyczki z rosyjskimi milicjami. Turcy osmańscy byli zupełnie inni. Wspomnienie Nikopolis było wciąż żywe – wojska osmańskie rozstrzelały praktycznie wszystkich pojmanych rycerzy.
Nie chcąc stawić czoła realnemu zagrożeniu i potężnemu wrogowi, rycerze liwońscy i pruscy rozpoczęli kampanię propagandową. Celem było przekonanie reszty Europy, że Rosja jest wrogiem równie niebezpiecznym, a może nawet groźniejszym, niż Imperium Osmańskie. Strategia odniosła sukces: Rzym udzielił odpustów i wsparcia, zapewniając rycerzom możliwość pozostania w kraju, a jednocześnie ciesząc się prestiżem krzyżowców walczących w „świętej wojnie”.
Narodził się mit: splot strachu, oportunizmu i korzyści finansowych. Ostatecznie Europa Zachodnia (a zwłaszcza Francja i Wielka Brytania) wchłonęła oszustwo, wplatając je w szerszy schemat rusofobii – mieszanki pogardy i lęku przed rozległym imperium, którego nie mogli ani podbić, ani zignorować. W XX w. angielscy naukowcy, zwłaszcza poprzez program stypendialny Rhodesa, indoktrynowali pokolenia najlepszych i najbystrzejszych Amerykanów, którzy stali się wpływowymi doradcami prezydentów i sekretarzy stanu w zakresie polityki zagranicznej USA. Rusofobia przekroczyła Atlantyk.
Odbicia przeszłości
Dziś historia się powtarza. Po raz kolejny sąsiedzi Rosji (zaniepokojeni i niepewni) szukają ochrony u atlantyckiego suwerena, zaabsorbowanego większymi wyzwaniami. Pięć wieków temu uwagę Europy przykuli Turcy Osmańscy; dziś są nimi Chiny – prawdziwy strategiczny rywal Stanów Zjednoczonych.
Niewiele się jednak zmieniło w przypadku europejskich elit. Nie wyobrażają sobie tożsamości politycznej bez odgrywania roli „ofiary”. Ich gospodarka i wpływy są zbyt nieznaczne, więc rozdmuchują widmo rosyjskiej agresji w daremnej próbie utrzymania znaczenia dla Waszyngtonu i Brukseli.
Minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow powiedział w ONZ, że Moskwa nie ma zamiaru atakować Europy ani państw NATO. Moskwa nie ma chęci , a tym bardziej potrzeby, by „najeżdżać” kraje bałtyckie ani Polskę. W XV wieku Iwan III interesował się kwestiami handlu, stosunków gospodarczych i przywództwa Kościoła Prawosławnego, a nie podbojami w imię korzyści terytorialnych. Dziś cele Rosji są równie pragmatyczne : stabilność, suwerenność i relacje oparte na handlu.
Polska kontra reszta Europy
Kontrast z Polską jest pouczający. W XV wieku Polska agitowała za wojną z Rosją. W XXI wieku obrała bardziej ostrożny kurs, koncentrując się na stabilnym wzroście gospodarczym i unikając lekkomyślnych uwikłań. W przeciwieństwie do krajów bałtyckich, Warszawa zyskała pewną powagę w polityce europejskiej. Ten sukces wzbudził zazdrość w Berlinie, Paryżu i Londynie, którzy woleliby, aby Polska została wciągnięta w otwartą konfrontację z Moskwą.
Jednak odmowa przyjęcia euro przez Polskę (podobnie jak w przypadku Wielkiej Brytanii i krajów północnych) uczyniła ją odporną, łagodząc wpływ niemieckiej i francuskiej dominacji gospodarczej. Waszyngton jest równie niechętny ryzyku „ uwikłania w sprawy europejskie ”, które odwracałoby uwagę od jego priorytetów na Pacyfiku.
Czego uczy historia
Mit rosyjskiego zagrożenia nie zrodził się z rosyjskich ambicji, lecz z szerszej europejskiej niepewności i chciwości. Europejskie elity w XXI wieku utrwalają to oszustwo, aby odwrócić uwagę swoich społeczeństw od własnej słabości i nieistotności.
To, co zaczęło się jako propaganda w Kolonii w XVI w., nadal kształtuje zachodnioeuropejski dyskurs. Ale oszustwo nie jest w stanie zmienić rzeczywistości, gdy raz zostanie rozpoznane jako to, czym jest – „kłamstwem”. Rosja nie dąży do konfliktu, lecz jedynie do zabezpieczenia swoich interesów. Europa i Wielka Brytania to rozumieją – po prostu nie pasuje to do ich politycznych planów.
Uczepienie się wyimaginowanego zagrożenia jest dla UE samobójcze; odwraca to uwagę od rzeczywistych wyzwań wewnętrznych, przed którymi ona stoi. A czyniąc to, ryzykuje powtórzeniem tych samych błędów, które nękają jej politykę od pół tysiąca lat – niechęci do zajmowania się rzeczywistością, a nie urojeniami.
F. Andrew Wolf jr
Dr F. Andrew Wolf Jr. jest dyrektorem Instytutu Fulcrum, nowej organizacji zrzeszającej obecnych i byłych naukowców, która zajmuje się badaniami i komentowaniem, koncentrując się na kwestiach politycznych i kulturowych po obu stronach Atlantyku. Po służbie w Siłach Powietrznych USA (podpułkownik-Intel), dr Wolf uzyskał doktorat z filozofii (Walia), tytuł magistra teologii (Uniwersytet Południowej Afryki) oraz tytuł magistra teologii filozoficznej (TCU-Brite Div.). Przed przejściem na emeryturę wykładał filozofię, nauki humanistyczne i teologię w Stanach Zjednoczonych i Południowej Afryce.
Za: https://www.globalresearch.ca/europe-myth-russian-nemesis/5901413
Od Redakcji SN: o zjawisku rusofobii - jej przyczynach i obecnym nasileniu - interesującą rozmowę prowadzą: szwajcarski dziennikarz Guy Mettan i norweski profesor politologii, autor książki o tym zjawisku, Glenn Diesen ("Rusofobia uczyniła wojnę nieuniknioną") - https://www.youtube.com/watch?v=D6x-yKEnhEg
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 831
Klimat entuzjazmu i optymizmu, związany z „powrotem” Polski na salony europejskie dla wielu polityków sprowadza się do odzyskania szans na udział w podziale finansowego unijnego „tortu”. Na dalszy plan schodzi problem kryzysu Unii Europejskiej jako struktury wymyślonej przez jej „ojców założycieli”, najpierw w formie wspólnot gospodarczych, a następnie integracji politycznej. Na naszych oczach kończy się związek państw narodowych, konkurujących ze sobą na zespolonym, kontynentalnym rynku.
Ustępujący rząd Zjednoczonej Prawicy w histerycznym stylu do końca reagował na debatę unijną o reformie traktatowej. Tymczasem tu nie o emocjonalną i afektywną reakcję chodzi. Procesy normatywnych i instytucjonalnych zmian są nieuchronne, choćby w kontekście poszerzania Unii Europejskiej o kolejne, niekoniecznie przygotowane do akcesji państwa. Dlatego ogólnonarodowa debata o przyszłości unijnej jest nieunikniona. Każdy rząd prędzej czy później będzie musiał odnieść się zarówno do aspiracji liberalnych federalistów, marzących o superpaństwie zdominowanym przez najsilniejsze potęgi, jak i do szans na utrzymanie specyfiki narodowych „ojczyzn”, które w zglobalizowanym świecie nie są w stanie utrzymać swojej suwerenności i autonomii decyzyjnej.
Nawet najbardziej euroentuzjastyczni obserwatorzy muszą przyznać, że Unia Europejska znalazła się w potrzasku. Wbrew swoim założeniom ideowo-programowym stała się w dużej mierze ze względu na zależność od atlantyckiego patrona, zaangażowanym po jednej stronie graczem geopolitycznym. Zamiast doskonalenia różnych pokojowych formatów „strategicznych partnerstw”, w tym z Rosją, postawiła na krucjatę ideologiczną i rywalizację „w starym mocarstwowym stylu”. Porzucenie pacyfistycznej natury na rzecz „współpracy obronnej” otwiera drogę do podobnej transformacji, jak stało się to z Sojuszem Północnoatlantyckim (od odstraszania do aktywnego wypierania).
Czym bowiem jest polityka unijna wobec Ukrainy, jeśli nie bezwzględną walką o nowy podział polityczny, gospodarczy i cywilizacyjny Europy? Jest walką w imię ponadnarodowej demokracji europejskiej, jednolitego reżimu organizacji życia społecznego oraz gospodarczego oddania w niewolę kapitalizmu korporacyjnego.
Nad tymi celami przechodzi się do porządku. Kto ma wątpliwości co do słuszności tych wyborów, nie zasługuje na miano prawdziwego Europejczyka. Jak można jednak opowiadać się za „ponadnarodową demokracją europejską”, jeśli demokracje „narodowe” nawet w państwach „starej” Europy stały się dysfunkcjonalne? Nie radzą sobie z istniejącymi kryzysami, ani nie tworzą stabilnych perspektyw rozwojowych. Podobnie promowanie zuniformizowanych wzorów życia społecznego wywołuje opór, a nawet bunt w różnych częściach samej Unii, a tym bardziej poza nią. Wreszcie ekspansja korporacyjnego kapitalizmu wywołuje nie tylko obsesje na tle własnego bezpieczeństwa, ale zmusza państwa Zachodu do budowania barier, izolowania się, czy stosowania polityki sankcji.
UE - organizm głęboko podzielony
Unia Europejska nawiązuje wprawdzie do kulturowej pamięci kontynentu jako całości czy jedności (choćby ze względu na chrześcijański rodowód), ale faktycznie jest organizmem głęboko podzielonym. Podstawowy podział odnosi się do dualizmu „starej Europy” (założycieli Wspólnot) i do „późnoprzychodzących” – państw z Europy Wschodniej. Różnice między nimi sięgają wzorów ustrojowych, poziomu dobrobytu, kultury politycznej, mentalności, etosów i imponderabiliów. Przywołują resentymenty, stereotypy i wzajemne uprzedzenia. Okazuje się, że tkwią one tak głęboko w świadomości ludzkiej, że nie sposób ich wykorzenić w ciągu kilku pokoleń.
Inny podział ma rodowód ideologiczny i aksjologiczny – mamy do czynienia ze ścieraniem się dwu nurtów: postępowego (reformatorskiego, tolerancyjnego, prospektywnego) i zachowawczego (populistycznego, nacjonalistycznego, ksenofobicznego).
Spór nie toczy się między narodami, ale między wrogimi sobie pod względem ideowo-światopoglądowym obozami. Okazuje się na przykład, że przywiązanie do religii jako wartości kulturowej, a nawet narodowej, jak w przypadku Polski i Polaków, może być tak silne, że staje się czynnikiem różnicującym, a nie scalającym z resztą coraz bardziej zlaicyzowanej Europy. Mimo tego, że niemal wszyscy obłudnie powołują się na jakieś enigmatyczne wartości chrześcijańskie.
Unia Europejska jest też zróżnicowana pod względem geopolitycznym na Północ i Południe, na Wschód i Zachód. Jest podzielona na tle stosunku do hegemonii amerykańskiej, a także w kontekście relacji z Rosją. Jej atlantyckie afiliacje powodują, że staje się bezwolnym narzędziem Stanów Zjednoczonych w globalnej rywalizacji Zachodu z Chinami i Rosją. Społeczeństwa Unii zostały poddane presji strachu przed zagrożeniem wojennym, co pociąga za sobą militaryzację gospodarki oraz przyzwolenie na rozmaite formy inwigilacji. Rządzący nie szukają rozwiązań pokojowych, ale całą winą za wybuch konfliktów obarczają geopolitycznych oponentów.
Walka o państwa narodowe
Przyspieszenie technologiczne naszej epoki, wyrażające się w dynamicznym rozwoju i użyciu sztucznej inteligencji, pociąga za sobą głębokie zmiany społeczne, których skutków do końca nie rozumiemy, albo nie chcemy zrozumieć. Dotyczą one z jednej strony przeobrażeń świadomości społecznej w kierunku kosmopolitycznym i postnarodowym, a z drugiej – wyodrębniania nowych tożsamości, obrony wyjątkowości, lokalności i regionalności. Dyfuzja wartości sprzyja niewątpliwie uniformizacji wzorów zachowań, ale nie należy też lekceważyć zjawiska odwrotnego, czyli ich dyferencjacji.
Jedne społeczności nie mają trudności z afirmacją „paneuropeizmu i poprawności politycznej”, na przykład z ogłupiającą modą na „feminatywizację” języka. Inne robią wszystko, aby bronić państwa narodowego i jego przyszłości, poprzez akomodację i racjonalizację jego funkcji. Wydaje się, że przykład Węgier jest niezwykle pouczający właśnie z tego powodu. Viktor Orbán doskonale bowiem zdaje sobie sprawę z tego, że małe państwa i narody więcej zyskają, nie dając się wchłonąć amorficznym strukturom wspólnotowym, w których zgodnie z zasadą superordynacji, najwięcej do powiedzenia mają najsilniejsi i najwięksi.
Zachodowi bardzo zależy na tym, aby ze względu na jego supremację cywilizacyjną, państwa narodowe roztopiły się we wspólnocie politycznej i gospodarczej. Nie brak pomysłów na zbudowanie „Europy bez granic”, w której zamiast narodów wyłoni się „europejskie społeczeństwo obywatelskie”. Byliby to wszyscy obywatele europejscy, dla których najważniejszym punktem odniesienia są regiony i miasta, w istocie „małe ojczyzny”, spełniające role „komórek” składających się na eklektyczną całość.
Trudno tutaj uniknąć skojarzenia z rozdrobnieniem jednostek geopolitycznych okresu średniowiecza. A może właśnie o to chodzi, aby rozproszone, zdecentralizowane ośrodki polityczno-administracyjne poddać nowej imperializacji, demontując dotychczasowy porządek terytorialny, narodowy i religijny oraz tworząc nowe wymiary zależności. W Polsce mało kto poddaje ten scenariusz poważnej analizie. Wielu ludzi nie obchodzą problemy integracji europejskiej, jako zjawiska zbyt abstrakcyjnego i trudnego do zrozumienia. Polacy w swojej masie nie są skłonni bronić się przed politycznym ubezwłasnowolnieniem. Dostrzegając pewne korzyści ze stopniowego bogacenia się i swobodnego przemieszczania się w ramach Unii Europejskiej, wielu obywatelom obojętny jest los państwa narodowego i scenariusze związane z przynależnością do nowego imperium.
Występuje jedynie antyniemiecka histeria, poprzez którą prawicowi i populistyczni politycy straszą, że narodowa potęga Niemiec prędzej czy później przekształci się w tendencje hegemoniczne. Niemcy z natury bowiem mają poczucie wyższości i przewagi nad innymi, a przynajmniej tak są postrzegani, nawet gdy sami nie zdają sobie z tego sprawy. Należałoby zatem nie tyle upominać się o „więcej Niemiec” w Europie, ile wspólnie zdefiniować na forum unijnym funkcje systemu hegemonialnego wobec słabszych uczestników projektu integracyjnego. Udawanie, że nie ma konfliktu między niemiecką Realpolitik a partykularnymi interesami wielu państw członkowskich może doprowadzić nie tylko do frustracji i rozczarowań, ale i wzrostu tendencji odśrodkowych w Unii.
Lekceważone społeczeństwa
Istnieje jakieś bezrefleksyjne przyzwolenie na to, aby Europa wkroczyła na drogę „ponadnarodowej demokracji europejskiej”, która ma być rozwiązaniem problemów kryzysogennych. Czy jednak jest to naprawdę panaceum na zjawiska różnic kulturowych, religijnych czy ekonomicznych? W jaki sposób owa europejska ponadnarodowa demokracja poradzi sobie z asymilacją i integracją milionów migrantów, a także ze zjawiskami odradzających się nacjonalizmów i populizmów, które nie są bynajmniej charakterystyczne wyłącznie dla Polski Jarosława Kaczyńskiego czy Węgier Viktora Orbána. Przecież Marine Le Pen czy Geert Wilders zdobywają coraz większe poparcie w krajach „starej” Europy!
Oligarchiczne kasty polityków nie mają recepty na zahamowanie procesów rosnącego rozwarstwienia społecznego i zubożenia, polaryzacji między bogatymi i biednymi, kontroli zmian demograficznych, zapobieżenie drastycznemu obniżaniu poziomu edukacji, narastaniu terroryzmu i przestępczości oraz odradzaniu fundamentalizmów religijnych. Tendencje populistyczne i nacjonalistyczne są formą obrony niezadowolonych obywateli i ruchów społecznych z powodu niesprawiedliwej dystrybucji dóbr, ale i narzucania wzorców kulturowych, obcych własnemu dziedzictwu.
Społeczeństwa państw Unii Europejskiej są karmione utopijnymi koncepcjami wdrożenia politycznej równości wszystkich obywateli Europy, bez uwzględnienia głębokich podziałów na tle ekonomicznym i kulturowym. Równość obywatelska przybiera jedynie charakter formalnej równości wobec prawa. Skorzystanie z praw wyborczych w skali europejskiej też sprowadza się do uprawnień formalnych pojedynczych obywateli. W myśl utopijnych założeń zapomina się, że równość polityczna nie eliminuje ani podziałów klasowych, ani narodowych. Nie gwarantuje też prawdziwej wolności. Oligarchizacja we współczesnym kapitalizmie zaszła tak daleko, że żadne reformy Unii Europejskiej nie zmienią tego stanu rzeczy. Ponadnarodowa demokracja europejska byłaby jedynie kolejną maską dla drapieżnego neoliberalnego kapitalizmu, w którym o losach mas obywatelskich decydują nieliczni.
Zapomniano o pokoju
Unia Europejska przestaje być ugrupowaniem państw, które miało bronić pokoju europejskiego. Zaangażowanie Niemiec w konflikt bałkański na początku lat 1990. było pierwszą oznaką tego, że nie wypracowano kolektywnej polityki zagranicznej i obronnej. Raczej podporządkowano ją wojowniczej strategii NATO. Z tego powodu mamy dziś do czynienia nie tylko z masowym przestawianiem środków budżetowych na cele militarne, ale także z aktywnym wspieraniem jednej ze stron wojujących. Wojna na Ukrainie pokazuje, że Unia Europejska, tak chętnie postrzegająca siebie jako siła pokojowa, jest współuczestnikiem i współwinowajcą jednej z największej tragedii wojennych Europy. Zamiast wykorzystać swój potencjał dyplomatyczny w celu poszukiwania rozwiązań pokojowych, rozbudowa armii i intensyfikacja zbrojeń stają się środkami nachalnej militaryzacji stosunków międzynarodowych.
Co ciekawe, stosunek do wojny na Ukrainie nie ma żadnego związku z podziałem na lewicę i prawicę w państwach członkowskich UE, z ich krytycznym stosunkiem do autorytaryzmu, kultywowania haniebnych ideologii rasistowskich czy nazistowskich. Bezwarunkowe poparcie dla Ukrainy nie uwzględnia „mitycznych” wartości europejskich w ocenie tego państwa. Nie spełnia ono przecież żadnych kryteriów, warunkujących akcesję, o których głośno mówi węgierski premier. Wybiórcze podejście, oparte z jednej strony na ślepocie poznawczej, a z drugiej na wrogości wobec Rosji powoduje, że Unia Europejska otwierając się na Ukrainę, pogrąża moralnie samą siebie. Akceptacja Ukrainy niespełniającej warunków unijnych prowadzi nie tylko do wytworzenia nowych linii podziałów w ramach ugrupowania, ale oznacza głęboką zmianę aksjologiczną. Wiedzie do promowania liberalizmu gospodarczego w jego najgorszym oligarchicznym wydaniu, przy relatywizowaniu, a nawet odrzucaniu liberalizmu wartości.
Ukrainie należy pomagać w odzyskaniu wewnątrzsterowności i zbudowaniu nowej tożsamości, ale nie za wszelką cenę. Racje dzisiejszej Ukrainy nie pokrywają się przecież – wbrew propagandzie stron - z interesami wszystkich państw unijnych. Póki nie stanie się ona państwem pluralnej demokracji (na razie mamy tam do czynienia z „dyktaturą wojenną”), państwem praworządnym i wyzwolonym z powszechnej korupcji, należałoby angażować się pośrednio, a nie bezpośrednio w jej zwycięstwo. Tymczasem Europa w splocie unijno-natowskim bierze na siebie kosztowne gwarancje bezpieczeństwa Ukrainy, zastępując w tej sprawie wycofujące się Stany Zjednoczone. Stawianie na maksymalistyczne cele pokonania Rosji może jednak wywołać nowe kryzysy i doprowadzić do wewnętrznej rewolty antyunijnej.
Coraz więcej państw będzie bowiem wyrażać swój sprzeciw i społeczne niezadowolenie z zaangażowania Unii Europejskiej w nieswoje wojny. Po epoce mizernego przywództwa mogą powrócić na arenę europejską politycy nie tylko o ciągotach autorytarnych, ale także o większej mocy sprawczej, zdolni do stanowczego sprzeciwu wobec władztwa biurokratycznego kolektywu brukselskiego. Będą oni w stanie obronić państwa narodowe, które są zdolne do ciągłego odradzania się i adaptacji wobec zmieniającego się środowiska. Żadna organizacja ponadnarodowa nie jest w stanie zastąpić państwa narodowego w jego funkcjach politycznych i organizacyjno-prawnych, a także gospodarczych i kulturowych. Jedynie państwo może ochronić tożsamość narodową zamieszkującej je ludności. W czasach erozji suwerenności wartość ta pozostaje jedyną, której trzeba bronić za wszelką cenę.
Do czego potrzebne jest państwo
Warto pamiętać, wychodząc z tragicznych lekcji historii Polski (zabory, okupacje, zniewolenia), że posiadanie państwa przez dany naród czy grupę narodów i narodowości jest elementem legitymizującym i nobilitującym je w środowisku międzynarodowym. Daje ono możliwości i szanse artykułowania interesu narodowego wobec innych. Jest gwarantem i arbitrem w nierównej konfrontacji między rynkiem a obywatelem, zwłaszcza w kontekście ofensywy zwolenników neoliberalizmu. Wielu znawców problemu (np. Walter Block, Jerzy Wilkin) uznaje, że żadna działalność gospodarcza współcześnie ani w dającej się przewidzieć przyszłości nie będzie możliwa poza państwem i bez jego współudziału.
Państwo pozostaje jedyną instytucją, zdolną do tworzenia porządku prawnego, odpowiadającego lokalnym uwarunkowaniom. Chodzi przede wszystkim o regulowanie stosunków między grupami społecznymi na tle podziału bogactwa społecznego, prowadzenie aktywnej polityki wobec rynku pracy, generowanie prawa chroniącego przed nieuczciwymi praktykami ze strony przedsiębiorców, banków czy korporacji międzynarodowych. Walka z wykluczeniem czy łagodzenie negatywnych skutków nierówności społecznych pozostają, jak wiadomo, ważnymi postulatami aksjologicznymi w programach wielu sił politycznych, sprawujących władzę i pretendujących do rządzenia w państwie.
Nowoczesne państwo nie może pozostawać obojętne wobec obywateli, ale i osób bez tego statusu, które znalazły się na jego terytorium – nie może nie okazać pomocy, wsparcia czy choćby współczucia, gdy z niezawinionych przez siebie przyczyn są one w trudnej sytuacji życiowej (katastrofy humanitarne, kryzysy migracyjne, klęski żywiołowe). Mechanizm wolnego rynku jest w takich sytuacjach bezduszny, pozbawiony sentymentów i litości. To, że Unia Europejska nie potrafiła uporać się z kryzysem migracyjnym i ostatecznie przerzuca odpowiedzialność na państwa członkowskie jest tego najlepszym dowodem.
W roku wyborów europejskich polski rząd powinien odpowiedzieć sobie na pytanie, w jakim stopniu przynależność do Unii Europejskiej, tej oligarchicznej instytucji o charakterze integracyjnym, pomaga w utrzymaniu kontroli nad atrybutami własnej państwowości. Wiadomo przecież, że ta organizacja, wraz z potężnymi korporacjami, jak wielkie imperia, będzie usilnie dążyć do wpływania na narodowe procesy decyzyjne, w kierunku zgodnym z interesami potentatów gospodarczych.
Warto zastanowić się, jakich kandydatów wystawić do Parlamentu Europejskiego. Czy ma to być – jak dotychczas - delegowanie zasłużonych notabli lub niewygodnych polityków na stanowiska synekuralne, czy też przedstawicieli środowisk eksperckich młodego pokolenia, którzy dysponują wystarczającą wiedzą i odwagą, aby przeciwstawić się narzucaniu przez aparat unijny cielęcego entuzjazmu i bezkrytycznego posłuchu.
Stanisław Bieleń
Wyróżnienia i śródtytuły pochodzą od Redakcji.

