Politologia (el)
- Autor: Zbigniew Sabak
- Odsłon: 2419
Bić się potrafi każdy głupi.
Jak, kiedy, z kim i o co się bić – rozumieją nieliczni.
Konrad Rękas
W dużym uproszczeniu można powiedzieć, że czynnikiem wyróżniającym naród i państwo w środowisku społeczności światowej jest jego tożsamość kulturowa ukształtowana historycznie. O zachowaniu państwa w środowisku międzynarodowym, mającym na celu jego bezpieczeństwo, tj. sposobie prowadzenia polityki zagranicznej, postrzegania szans, wyzwań, zagrożeń i ryzyka oraz sposobów wykorzystania w polityce siły militarnej - decyduje kultura strategiczna. Także ukształtowana historycznie.
Jak poprzez te czynniki jesteśmy postrzegani i jakie z tego płyną wnioski?
Za podstawę do odpowiedzi na pierwszą część pytania mogą posłużyć słowa J. Le Carre’a, oficera wywiadu brytyjskiego i pisarza, pełniącego służbę w latach pięćdziesiątych, który stwierdził: „Nigdy nie zrozumiałem, dlaczego tylu Polaków ma do nas słabość. Zdradziliśmy ich kraj w sposób haniebny tyle razy, że gdybym był Polakiem, spluwałbym za każdym przechodzącym Brytyjczykiem, nieważne, czy cierpiałbym pod jarzmem hitlerowców czy sowietów. Brytyjczycy w swoim czasie zostawili biednych Polaków na pastwę jednych i drugich. Mimo to, moja służba szczyciła się nieprawdopodobnymi wręcz sukcesami w Polsce, gdzie niemal żenująca liczba Polaków i Polek ze słynną polską brawurą narażała życie swoje i swoich najbliższych, żeby szpiegować dla Anglii”.
Uogólniając, można dodać, że w historii niejeden raz wystawiono nas do wiatru, handlowano nami, używano jako narzędzia, jeszcze wyśmiewano i kpiono (nigdy i nikt nie chciał za Polskę umierać). My jednak jesteśmy bardzo odporni na naukę, wiedzę i praktyki prakseologiczne. Mimo, że wszystko jest budowane w oparciu o tzw. politykę historyczną, nie wyciągamy żadnych wniosków z historii. Natura postępowania zawsze jest taka sama, cele identyczne, metody porównywalne – skutki analogiczne.
Z porażek i klęsk robimy zwycięstwa (Polska wyspecjalizowała się w składaniu laurów przegranym) i w oparciu o taką filozofię budujemy przyszłość. Wobec powyższego wniosek może być jeden: nie da się zrozumieć naiwności Polaków, polskiej dyplomacji, polskiej polityki wyrażanej każdorazowo niemal w podobnym ujęciu poprzez rację stanu i interes narodowy oraz strategię bezpieczeństwa. Po prostu brak tu głębszej racjonalności.
Wiara we własną propagandę
Widać, że także obecne siły polityczne w kraju widzą w Polsce wzorzec funkcjonowania i rozwoju osadzony w przeszłości, silnie warunkowany przez tradycje i religię, który – jak uważają, wierząc we własną propagandę – powinien być zastosowany przez najbliższe subregionalne otoczenie, a także całą jednoczącą się Europę (Unię Europejską).
Specyficznym tego przejawem jest motywowanie swojej polityki koniecznością obrony „jedynie słusznych zasad” („podstawowych wartości cywilizacyjnych” – „prawdy”, „uczciwości” i „sprawiedliwości”), co w praktyce oznacza łamanie obowiązujących powszechnie norm, lub brak zasad. Sprawiło to, że w UE termin Polska nie jest już tożsamy z rządem w Warszawie.
Stopień przeświadczenia o słuszności swojej ideologii wydaje się być chorobliwy, a nawet paranoiczny. Tu mają zastosowanie słowa Ch. Mackaye’a, który powiedział: „Zdarza się, że całe społeczności ogarnia nagle obsesja na jakimś punkcie i szaleją, żeby swój upragniony cel osiągnąć. Miliony ludzi zostają jednocześnie dotknięte jednym złudzeniem i za nim podążają, dopóki ich uwagi nie zaprzątnie nowe szaleństwo, jeszcze bardziej urzekające niż poprzednie”.
Szczególnym polem, które w naszym kraju jest wykorzystywane do spełniania osobistych ambicji i prowadzenia konfrontacyjnej polityki jest obszar bezpieczeństwa - wyjątkowo delikatny, m.in. ze względu na geopolityczne położenie Polski, co pokazały doświadczenia historyczne. Delikatność problemu jest potęgowana poprzez skomplikowaną sytuację międzynarodową, w tym - eskalację napięcia w postaci coraz bardziej jawnego demonstrowania gotowości użycia potencjałów militarnych do obrony lub przeforsowania swoich racji i interesów przez głównych aktorów polityki światowej. Tych, którzy są gotowi (bo wszystko na to wskazuje) na kolejny konflikt zbrojny, wojnę pośrednią, tzn. prowadzoną cudzymi rękoma na obcym terytorium.
Jednocześnie z wielu faktów można wnioskować, że może to być wojna z ograniczonym użyciem broni masowego rażenia, prowadząca do totalnego resetu, co będzie miało katastrofalne skutki dla terytoriów państw, gdzie ona się rozegra.
Mimo to, Polska (prawie wszystkie liczące się siły polityczne) bezkrytycznie i entuzjastycznie opowiada się za utrzymaniem dotychczasowego ładu polityki światowej. Tym samym wpisuje się w procesy obrony i ekspansji jednobiegunowego świata, którego obrońcą są Stany Zjednoczone, a w szerszym rozumieniu Zachód - opierający swoją politykę na ciągłym poszukiwaniu wroga, „zarządzaniu światem” przez kryzysy, konflikty i wojny.
F. Wheen w tej kwestii pisał: /…/ „po upadku komunizmu „przeżyliśmy ciężkie czasy, szukając odpowiedniego wroga”. Znamienne, że argumentacja w tej sprawie została przeprowadzona na zorganizowanym przez Amerykańskie Stowarzyszenie Psychiatrów seminarium na temat nowego ładu światowego”.
W tym miejscu warto stwierdzić, że co do sprawności kreowania wroga, Polskę można traktować jak niedościgniony wzór do naśladowania. Biorąc pod uwagę doświadczenia historyczne oraz narrację wynikającą z ideologicznych założeń prowadzonej polityki bezpieczeństwa (prób kształtowania starego/nowego romantycznego modelu „Polaka patrioty”, zdolnego w przypadku sprowokowanego konfliktu do bezmyślnego uczestniczenia w wyniszczającej naród i kraj, nie mającej sensu, wojnie) proroczymi mogą być słowa cytowanego już Ch. Mackaye’a, który konstatował: „Widzimy, jak jeden naród, od wyżyn do nizin społecznych, ogarnia żarliwe pragnienie wojennej sławy, inny niespodziewanie dostaje szału na punkcie zasad religijnych, i ani jeden, ani drugi nie otrzeźwieje, póki nie przeleje całych rzek krwi i nie pozostawi potomnym gorzkiego siewu łez i cierpień”.
Obie wymienione w cytacie cechy (pragnienie wojennej sławy i szał na punkcie zasad religijnych) dotyczą w całej rozciągłości naszego kraju, a ich synergia, jak pokazuje historia, może być wyjątkowo niebezpieczna w warunkach, gdy wciąż jesteśmy zdolni kopiować historyczne błędy. Dziś, jak nigdy wcześniej, partykularne interesy przesłaniają istotne sprawy, w tym konstruktywne myślenie nad przyszłością.
Wodzu, prowadź!, czyli polska polityka wojenna
J. Kirschner, analizując możliwości osiągania zwycięstw bez walki, bez agresji, zauważa, że żyjemy „w czasach, gdy na każdym rogu czają się ludzie chcący włączyć nas do swoich planów i sprawić, abyśmy walczyli za nich, większość z nich nie ma pojęcia o tym, czym są prawdziwe zwycięstwa”. Odpieranie agresji – wojna sprawiedliwa - jest niezwykle szlachetną, patriotyczną i konieczną czynnością państwa. Czym innym jest jednak demonstracyjne wpisywanie się w politykę prowokowania i stymulowania przez wielkie mocarstwa kolejnej wojny leżącej tylko w ich interesie („Wielkie państwa mają skłonność do prowadzenia wojen, w ich polityce rodzą się wielkie ambicje i zamiłowanie do wojny”).
W ostatnim czasie można było usłyszeć z ust wpływowych ludzi dwie niepokojące informacje - dalekie od racjonalnego myślenia i realizmu politycznego, nie biorące pod uwagę możliwych konsekwencji. W pierwszej nawoływano do otwartej wojny przeciwko jednemu z sąsiednich państw. W drugiej akcentowano potrzebę (w ramach „odstraszania”) wyposażenia naszych sił zbrojnych w broń jądrową.
Pomysły takie w warunkach realizacji obecnej polityki światowej, której stan jest określany jako „tląca się III Wojna Światowa”, mogąca w każdej chwili przejść w katastrofalną nuklearną fazę, są ze względu na możliwe skutki dla kraju, głęboko nie na miejscu. A jednocześnie wpisują się w historyczną logikę polskiej polityki nie liczącej się z zasadą, że w polityce nie uruchamia się procedur i działań, jeżeli nie da się przewidzieć możliwych skutków (rzeczywistość nie może wyprzedzać wyobraźni).
Wszystko wskazuje, że żadne kalkulacje w tym względzie nie były prowadzone. Do działań daleko, ale słowa padły. Jakie więc w aktualnej sytuacji geopolitycznej mogą być skutki takiego rozwoju sytuacji?
Problem pierwszy jest ściśle związany z naszą fobią wobec państwa, które jest uznawane za odwiecznego wroga, a w sytuacji gdy stało się jednym z ostatnich podmiotów na drodze do celu, który nazywa się „Nowy porządek świata”, wpisuje się idealnie w ten megatrend. Ludzka natura ma ciemną stronę.
„Nienawiść jest rzeczą ludzką. /…/ Wrogowie są niezbędni, bo zapewniają nam autoafirmację i dostarczają motywacji. /…/ Rozwiązanie jednego konfliktu i zniknięcie jednego wroga rodzi siły psychiczne, społeczne i polityczne, które stwarzają nowych” - twierdzi S. Huntington. My mamy ciągle jednego wroga - wszystkie opcje polityczne licytują się w nienawiści do niego. Był, jest i będzie. Dlaczego? – bo tak być musi, więc najważniejszym celem jest szkodzenie mu za wszelką cenę, nawet cenę ewentualnej własnej zagłady.
Nikt nie zważa, że jedną z najniebezpieczniejszych opcji budowania bezpieczeństwa jest obsesja, która całkowicie wypacza rozsądek myślenia. W naszym przypadku w celu usunięcia „zagrożenia” prowadzi się agresywną politykę i nawołuje do wojny. Politycy odpowiedzialni za bezpieczeństwo naiwnie twierdzą - bez kalkulacji operacyjnych oraz analizy rzeczywistej sytuacji strategicznej - że w każdej chwili grozi nam agresja i trzeba przygotowywać się do wojny. Jednak taka ocena może wynikać z interesów i strategii innych - prezydent bowiem publicznie usłyszał słowa: „Myślę, że jednym z krajów, który zostanie poddany pewnej presji, jest pański”.
Wciągnięcie Polski i jej terytorium (w pewnym sensie na własne życzenie) w kolejną kontrolowaną wojnę pośrednią wpisującą się w ciąg sterowanych konfliktów i „rewolucji” mających na celu ukształtowanie nowego ładu światowego, jest niebezpiecznym precedensem. Niestety, realnym.
Trzeba zaznaczyć, że niekoniecznie chodzi tutaj wyłącznie o wojnę z zewnętrznym podmiotem, czy uczynienie z nas pola bitwy dla potęg nuklearnych, które nie są skłonne do konfrontacji (mogącej skończyć się obopólną zagładą) na własnym terytorium. Jak pokazują doświadczenia ostatnich lat, strategią „rozwiązywania” geopolitycznych problemów w wybranych regionach są sterowane konflikty wewnętrzne, które kończą się fatalnymi bezpośrednimi konsekwencjami dla tych państw. W Polsce wojna domowa wszystkich ze wszystkimi nie jest nierealna. Polityczna sytuacja wewnętrzna temu sprzyja.
Prowokowanie do wojny
Jednym z najczęściej używanych pojęć w narracji na temat bezpieczeństwa jest „odstraszanie”, które jest mylnie rozumiane i interpretowane i wymagałoby dookreślenia. Zwiększanie wydatków na zbrojenia, tworzenie nowych sił, wyposażanie ich w nową broń winno wynikać ze strategicznych kalkulacji operacyjnych.
Aktualnie mamy taką sytuację, że NATO, które ma nawet kilkunastokrotną przewagę nad każdym innym podmiotem polityki światowej i nie jest przez nikogo zagrożone, aby „zmniejszyć ryzyko bycia zaatakowanym” rozbudowuje swój potencjał militarny, dyslokuje swoje siły w nowych regionach, stymuluje też nastroje społeczne w kierunku niepewności. Tym samym w oczach innych zwiększa swoje możliwości ataku na podmioty uznane prze tę organizację za stanowiące zagrożenie.
Taka polityka nie ma nic wspólnego z odstraszaniem, jest wręcz zastraszaniem i prowokowaniem do wojny, bo odstraszanie staje się czynnością ofensywną. Polska, wpisując się w tę politykę, jest automatycznie postrzegana jako źródło zagrożenia i daje powód do uczynienia z nas pola bitwy dla wojsk państw trzecich.
Specyficzną formą tego mechanizmu jest „odstraszanie nuklearne”. My, w przypadku wejścia w posiadanie broni jądrowej (co zadeklarowaliśmy) lub udzielenia pozwolenia na jej rozmieszczenie u nas przez inne państwo, automatycznie stajemy się celem potencjalnego ataku. Jakie to pociąga za sobą konsekwencje?
Broń jądrowa ze względu na możliwości rażenia ma szczególny statut moralny. Ani użycia tej broni, ani nawet groźby jej użycia w uprawnionych celach nie da się usprawiedliwić – jej skutki są wszystkim znane. Już pobieżna analiza pozwala sformułować konkluzję, iż Polska z geopolitycznego punktu widzenia to miejsce „zgniotu”. Jako obszar konfliktu militarnego, z góry skazana jest na potworne zniszczenia, a w przypadku globalnej wojny z użyciem broni atomowej, na unicestwienie. Musimy zrobić wszystko, żeby nasze terytorium lub terytorium subregionu nie zamieniło się nawet przez przypadek, w jądrowy teatr działań wojennych. Z punktu widzenia możliwych skutków nie ma znaczenia, czyja broń jądrowa będzie eksplodować na naszej ziemi – następstwa będą jednakowe.
I jeszcze jeden argument. Arsenały broni masowego rażenia wymagają kontroli w postaci logiki i zdrowego rozsądku, twierdzi S. Hawking. Z tego względu powierzenie jej Polsce wydaje się mało prawdopodobne.
Problem odpowiedzialności, czyli granice szaleństwa
Wspominany Ch. Mackay w kontekście bezmyślnego prowadzenia wojen powiedział: „szaleństwo ogarnia całe tłumy, rozum zaś ludzie odzyskują powoli, i pojedynczo”. W dzisiejszym świecie, gdzie „wszystkim” przyświeca jeden cel – bezpieczeństwo zbiorowe (czyli pokój), na co dzień prowadzone są bardzo okrutne wojny.
W warunkach globalizacji, każdy podmiot prawa międzynarodowego jest w mniejszym lub większym stopniu w te wojny zaangażowany i w konsekwencji staje się ich, przynajmniej pośrednią, stroną. Musi realizować politykę wpisującą się w scenariusze pisane przez głównych aktorów polityki światowej. Dotyczy to także Polski. Należy jednak wziąć pod uwagę, że takim jak my, entuzjastycznym (świadomym, podświadomym lub nieświadomym) podwykonawcom czyichś interesów, zgodnie ze słowami T. Nagela, „świat może zgotować (a może już zgotował – ZS) sytuacje, w których nie da się obrać uczciwego czy moralnego kierunku działania, wolnego od winy i odpowiedzialności za zło”.
Władze polskie, mające aspiracje do bycia elitą intelektualną, z trudnością znoszące prawdę o swojej omylności, mimo wszystko muszą pamiętać, że gdzieś są granice każdego szaleństwa. Bo „są takie rozstrzygnięcia, których musimy unikać za wszelką cenę i są takie koszta, na które nie wolno się godzić”. Sytuacja geopolityczna Polski jest taka, jaka jest. Trzeba nauczyć się żyć z tym, co nam dano i pamiętać, że zwyciężają ci, którzy wiedzą, kiedy walczyć, a kiedy nie. Prawda jest bezlitosna, ale logiczna i racjonalna.
Zbigniew Sabak
dr hab. Zbigniew Sabak jest profesorem Państwowej Szkoły Wyższej w Białej Podlaskiej
Śródtytuły i wyróżnienia pochodzą od Redakcji.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 278
W 2014 roku dwóch profesorów udowodniło, że Ameryka jest oligarchią. Potem wszyscy o tym zapomnieli.
Wiosną 2014 roku Martin Gilens z Princeton i Benjamin Page z Northwestern zrobili coś, co powinno było wszystko zmienić. Wzięli najświętszą obietnicę amerykańskiej demokracji: że twój głos się liczy, że ludzie mają coś do powiedzenia, i faktycznie ją sprawdzili.
Znaleźli oligarchię.
Nie metaforycznie. Udowodnili to liczbami. Śledząc 1779 kwestii politycznych na przestrzeni dwóch dekad, udowodnili, że Stany Zjednoczone są zdominowane przez elity gospodarcze i interesy biznesowe. Że to, czego chcą przeciętni obywatele, ma praktycznie zerowy wpływ na to, co faktycznie robi rząd.
Twój głos nie ma znaczenia, gdy stoi w sprzeczności z tym, czego chcą bogaci. Artykuł ukazał się w „Perspectives on Politics” . Recenzowany. Rygorystyczny. Powinien był wywołać ogólnokrajowe rozliczenie. Zamiast tego - kilka tygodni nagłówków, a potem… nic. Po prostu o tym zapomnieliśmy. Dowiedli, że żyjemy w oligarchii. Wzruszyliśmy ramionami i poszliśmy dalej.
Co postanowili przetestować
Przez dziesięciolecia politolodzy spierali się o to, jak naprawdę działa amerykańska demokracja. Istniały cztery główne teorie.
Większościowa demokracja wyborcza. Wersja podręcznikowa. Zwykli ludzie decydują o polityce poprzez wybory.
Dominacja elity ekonomicznej. Bogaci ludzie mają o wiele większy wpływ niż ktokolwiek inny.
Pluralizm większościowy. Różne grupy interesów konkurują ze sobą, a większość zazwyczaj wygrywa.
Stronniczy pluralizm. Grupy biznesowe mają nieproporcjonalnie dużą władzę.
Nikt tak naprawdę nie przetestował wszystkich tych teorii ze sobą, porównując je z rzeczywistymi danymi. Gilens i Page postanowili w końcu to zrobić.
Zestaw danych, którego nikt nie mógł zignorować
Oto, co zrobili. Zebrali dane dotyczące 1779 różnych kwestii politycznych w latach 1982–2002. W każdym przypadku przyjrzeli się potrzebom trzech grup: przeciętnych obywateli (osób o średnich dochodach), elit ekonomicznych (najbogatszych 10%) oraz zorganizowanych grup interesu (zarówno regularnych grup rzeczniczych, jak i lobby biznesowego).
Następnie prześledzili, co się faktycznie wydarzyło. Które przepisy stały się prawem. Które upadły. Przeprowadzili obliczenia, żeby sprawdzić, czyje preferencje faktycznie miały znaczenie. Wyniki były brutalne.
Liczby, które niszczą iluzję
A oto sedno sprawy. Kiedy bogaci popierają daną politykę, ma ona około 45% szans na wejście w życie. Kiedy przeciętni obywatele popierają tę samą politykę? Też 45%. Wygląda na to, że jest równo, prawda? W tym tkwi sedno. Bo kiedy zagłębisz się w matematykę i przeanalizujesz, czego chcą bogaci, pojawia się coś niepokojącego. To, czego chcą przeciętni Amerykanie, ma praktycznie zerowy, niezależny wpływ na rezultaty polityki. Zero. Jesteś statystycznie nieistotny.
Twoja opinia nie ma większej wagi niż rzut monetą, chyba że akurat chcesz tego samego, czego pragną bogaci. Użyli wyszukanego akademickiego języka: „prawie zerowy, statystycznie nieistotny wpływ”. Ale oto, co to właściwie oznacza: rząd cię nie reprezentuje. Reprezentuje bogactwo.
Bogaci ludzie? Mają „znaczący i znaczący wpływ na politykę”. Grupy biznesowe? Realny wpływ. Zwykłe grupy rzecznicze reprezentujące zwykłych ludzi? Praktycznie nic. Tak właśnie wygląda oligarchia, gdy się ją mierzy.
Kiedy maska spada
Co jest naprawdę druzgocące? Co się dzieje, gdy bogaci i przeciętni ludzie chcą różnych rzeczy? To tutaj można się przekonać, czy demokracja faktycznie działa. Odpowiedź brzmi: nie.
Kiedy interesy są sprzeczne, bogaci wygrywają. Za każdym razem. Tak konsekwentnie, że można by według tego regulować zegarek. Nie chodzi o łatwe rzeczy, gdzie wszyscy się zgadzają. Chodzi o prawdziwe polityczne spory, w których ktoś musi przegrać. Zgadnij, kto przegra?
Kiedy przychodzi co do czego, polityka podąża za tym, czego chcą bogaci. To, czego chce większość, staje się jedynie fasadą. O czym politycy wspominają w przemówieniach, zanim zrobią to, co każą im pieniądze. Gilens i Page potrafili to zmierzyć. Potrafili to nakreślić. Schemat był niezaprzeczalny. To oligarchia bez maski.
Co to właściwie oznacza
Gilens i Page używali ostrożnego, akademickiego języka. Nazywali to „dominacją elit ekonomicznych”. Ale powiedzmy to wprost. Udowodnili, że Ameryka jest oligarchią. Rządami bogatych. Tak, nadal głosujemy. Mamy wolność słowa. Możesz o tym tweetować. Zadzwoń do swojego kongresmena. Wyjdź na ulicę, jeśli chcesz. Nic z tego nie zmienia, gdy twoje interesy kolidują z interesami bogatych. Naukowcy stwierdzili, że amerykańskie roszczenia do demokracji są „poważnie zagrożone”. Cóż za powściągliwość.
Oto prawdziwe tłumaczenie: Nie żyjemy w demokracji. Żyjemy w oligarchii, która wygląda jak demokracja. Mamy cały teatr: wybory, przemówienia, flagi, całe widowisko. Po prostu nie mamy faktycznej władzy. Kiedy media o tym donosiły, nazwały to po imieniu: oligarchią. Naukowcy nie polemizowali. Matematyka była zbyt oczywista.
Dźwięk ciszy
Kiedy to badanie ukazało się w kwietniu 2014 roku, wybuchło. Przez chwilę ludzie skonfrontowali się z dowodami, że nie mają znaczenia politycznego. Wykresy były wszędzie udostępniane. Ludzie się wściekli. Wściekli jak wtedy, gdy ktoś udowadnia coś, co podejrzewaliśmy od dawna.
A potem… cisza. Cykl informacyjny ruszył dalej. Nic się nie zmieniło. Żadnych przesłuchań w Kongresie. Żadnych nowych praw. Żadnego masowego ruchu domagającego się prawdziwej demokracji. Żadnych miliarderów finansujących reformy, które ograniczyłyby ich własną władzę. (Wiem, że to szokujące.) Oligarchia po prostu kontynuowała oligarchię.
Jasne, niektórzy akademicy podważali metodologię. Były debaty. W porządku. Tak działa nauka. Ale te techniczne argumenty stały się wygodnym sposobem na ominięcie sedna sprawy. Podstawowy schemat jest niezaprzeczalny: kiedy interesy zwykłych ludzi ścierają się z interesami bogatych, zwykli ludzie przegrywają. Oligarchia udowodniła, że jest oligarchią. A potem postanowiła się tym nie przejmować.
Zapomnienie
Może prawda była zbyt techniczna. Analizy regresji nie nadają się do dobrej telewizji. Może była zbyt przygnębiająca. Słyszeć, że twoje poglądy polityczne dosłownie nie mają znaczenia? To głęboko rani. Może po prostu jesteśmy już na to znieczuleni. Nawet matematyczny dowód bezsilności nie jest już w stanie nas zaszokować. A może, i tu zaczyna być ciekawie, ludzie, którzy kontrolują politykę, kontrolują również megafony.
Pomyśl o tym. To oni są właścicielami firm medialnych. To oni finansują kampanie. To oni finansują think tanki. To oni decydują, które konferencje są ważne i które idee stają się „poważne”, a które są odrzucane jako marginalne.
Ci sami ludzie, których oligarchiczną władzę ujawnili Gilens i Page, mają wszelkie atuty, by upewnić się, że to ujawnienie do niczego nie doprowadzi. Nie poprzez jakiś spisek. Po prostu poprzez władzę, która robi to, co robi. Chroniąc się. Kiedy ludzie decydujący o tym, co zostanie w wiadomościach, co będzie traktowane poważnie, jakie reformy są „realistyczne”, wszyscy korzystają z obecnego systemu, cóż… wynik jest przewidywalny.
Badanie dowodzące istnienia oligarchii zostało pogrzebane przez oligarchię. Nieocenzurowane. Po prostu pozostawione w cieniu. Potwierdzone, krótko omówione, a następnie odłożone na półkę.
Kiedy liczby mówią prawdę władzy
Metodologia została przeanalizowana pod każdym kątem. Sedno wniosku pozostaje aktualne. Kiedy przeciętni ludzie chcą czegoś innego niż bogaci, bogaci osiągają swój cel. Za każdym razem. Wymiernie. To nie jest opinia. To matematyka. Niektórzy badacze odkryli niuanse, których oryginał nie zauważył. No dobrze. Tak działa nauka. Ale udoskonalenia nie zmieniają ogólnego obrazu.
Amerykański system polityczny reaguje na potrzeby bogatych. Ignoruje wszystkich innych. To nie jest demokracja. To oligarchia. Możesz to nazwać „dominacją elit ekonomicznych”, jeśli to cię pocieszy. Możesz powiedzieć „stronniczy pluralizm”, jeśli to brzmi mniej przerażająco. Użyj eufemizmu, który pomoże ci zasnąć.
Oto, co tak naprawdę pokazują dane: Stany Zjednoczone to oligarchia w kostiumie demokracji. Zajmujemy się wszystkim, co demokratyczne: wyborami, instytucjami, flagami, inspirującymi przemówieniami. Ale kiedy chodzi o faktyczną politykę? O niej decyduje niewielki ułamek społeczeństwa na szczycie. Reszta z nas? Liczymy się tylko wtedy, gdy chcemy tego samego, czego pragną bogaci.
Jesteśmy widzami. Oglądamy spektakl, którego zakończenie jest już napisane.
Zaciskający się uścisk
Dane kończyły się w 2002 roku. Czy coś się poprawiło w ciągu ponad 20 lat? Żartujesz? Jest jeszcze gorzej. Nierówności dochodowe gwałtownie wzrosły. W latach 2009-2012 1% najbogatszych zgarnął 95% wszystkich zysków dochodowych. Koncentracja bogactwa osiągnęła poziom niewidziany od czasów złotego wieku.
A potem, w 2010 roku, doszło do Citizens United. Sąd Najwyższy w zasadzie orzekł, że nieograniczone wpływy korporacji do polityki są w porządku. Właściwie to wolność. Pieniądze to słowo. Korporacje to ludzie. Cała ta sprawa. Super PAC-i wyrosły wszędzie. Napływały ciemne pieniądze; pieniądze, których nawet nie da się zlokalizować.
Gdyby Gilens i Page zrobili zdjęcie oligarchii w 2022 roku, ostatnie dwie dekady byłyby jak obserwowanie, jak oligarchia staje się coraz bardziej bezczelna, swobodniejsza i bardziej otwarta. System staje się coraz mniej wrażliwy na potrzeby zwykłych ludzi. Przejęcie polityki przez elity nie jest stabilne; nabiera tempa. Przeprowadźmy to badanie dzisiaj, a liczby prawdopodobnie byłyby jeszcze bardziej ekstremalne. Przepaść jeszcze większa. Zwykli Amerykanie jeszcze bardziej nieistotni. Nie rozwiązaliśmy problemu. Pogorszyliśmy go.
Pytanie, które wszystko łamie
Oto więc pytanie, które musimy sobie zadać. Jeśli polityka systematycznie ignoruje to, czego pragną przeciętni ludzie, gdy tylko jest to sprzeczne z tym, czego pragną bogaci, to w jakim sensie tak naprawdę żyjemy w demokracji? Nie jako ideał, do którego dążymy. Jako rzeczywistość. Tu i teraz. Jasne, możemy spierać się o definicje. Wskazywać na konstytucję. Porozmawiać o założycielach. Ale jeśli twój głos nie przekłada się na rzeczywistą politykę, gdy twoje interesy rozmijają się z interesami bogatych, to czego właściwie bronimy?
Gilens i Page nie twierdzili, że Ameryka jest dyktaturą. Nie jesteśmy. Mamy wolności. System nie jest autorytarny. Ale nie można też zmienić kierunku działania rządu, gdy twoje interesy są sprzeczne z interesami bogatych ludzi. Twoja wolność obejmuje wszystko oprócz faktycznej władzy nad decyzjami, które kształtują twoje życie.
Masz prawo mówić. Rząd ma prawo cię ignorować. Masz prawo głosować. Twój głos może się nie liczyć. Masz prawo organizować się, protestować i domagać się zmian. A polityka zmieni się dokładnie wtedy, gdy twoje żądania zbiegną się z tym, co bogaci ludzie byli już gotowi zaakceptować. To oligarchia z lepszym marketingiem. Demokracja jako teatr.
Badanie, o którym wolimy zapomnieć
Te badania tkwią w dziwnym zawieszeniu. Zbyt solidne, by je zignorować. Zbyt niewygodne, by je zaakceptować. Nie da się ich podważyć. Praca jest solidna. Odkrycia przetrwały krytykę. To prawdziwa politologia. Ale nie da się ich też tak naprawdę zaakceptować. Nie, jeśli nadal chcemy wierzyć w bajki o demokracji, które sobie wmawiamy. Nie, jeśli chcemy wierzyć, że nasz głos ma znaczenie. Więc zrobiliśmy coś innego. Po prostu… zapomnieliśmy.
Badanie zostało opublikowane. Mądrzy ludzie o nim mówili. Dane zostały rozpowszechnione. Ludzie się wściekli. A potem wszyscy poszliśmy dalej. Nie dlatego, że było źle. Bo było dobrze. A prawda jest zbyt destabilizująca, by się z nią zmierzyć. Wolimy wierzyć w fikcję, niż stawić czoła dowodom. Wolimy udawać, że mamy coś do powiedzenia, niż przyznać, że nie mamy. Wolimy dalej grać w ustawioną grę, niż przyznać, że jesteśmy oszukiwani.
Bo co innego możesz zrobić? Co zrobisz, gdy badania dowiodą, że twój rząd cię nie reprezentuje? Gdy liczby pokażą, że twoje opinie są nieistotne? Możesz spróbować się zorganizować. Walczyć o reformy. Ale samo badanie dowodzi, że bez poparcia bogatych ludzi marnujesz czas. Oni już przejęli system, który musiałby go zmienić. Więc zapomnieliśmy. Było łatwiej.
Ale może zadajemy niewłaściwe pytanie. Może nie chodzi o to, czy przyjrzymy się dowodom. Może chodzi o zrozumienie, jak doszliśmy do punktu, w którym takie dowody w ogóle istnieją.
Oligarchia nie pojawiła się dopiero w 2014 roku, kiedy Gilens i Page opublikowali swoje odkrycia. Nie zaczęła się w 1982 roku, kiedy zaczyna się ich zbiór danych. Ta koncentracja władzy, którą udokumentowali, to część o wiele starszej historii. Historii, która sięga wieków wstecz, przez różne cywilizacje, podążając za powtarzającymi się schematami.
Struktury, które pozwoliły 147 korporacjom kontrolować 40% globalnego bogactwa, które pozwoliły bogatym ludziom dominować w polityce, podczas gdy zwykli obywatele stali się nieistotni. Nie pojawiły się one z dnia na dzień. Ewoluowały. Uczyły się z każdej poprzedniej wersji skoncentrowanej władzy.
Zrozumienie, jak doszliśmy do tego punktu, wymaga spojrzenia znacznie dalej w przeszłość, niż większość ludzi jest skłonna się cofnąć. Do czasów, gdy faraonowie kontrolowali Dolinę Nilu. Do czasów, gdy rzymskie elity utrzymywały władzę w epoce republiki i imperium. Do czasów, gdy bogactwo zawsze, po cichu i konsekwentnie, przekładało się na kontrolę polityczną. Wzory te istnieją. Zawsze istniały.
Właśnie to zgłębiam w książce The Hidden Hand: Wealth, Power, and Control from Pharaohs to Corporations . Jak koncentruje się władza. Jak utrwala się na przestrzeni wieków. Jak ta sama podstawowa dynamika, która zbudowała starożytne piramidy, kształtuje współczesną politykę. Książka śledzi te wzorce od starożytności do dziś, pokazując, że oligarchia nie jest jakąś dziwną aberracją. To domyślne ustawienie. I wciąż je odkrywamy na nowo.
Eric Buesing
Autor jest historykiem i niezależnym badaczem
Za: https://www.globalresearch.ca/oligarchy-study-they-dont-want-you-remember/5908461
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 529
Kolejny raz obchody rocznicy wyzwolenia hitlerowskiego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau (27.01.24) były okazją do skompromitowania się wielu komentatorów i polityków. Wcale, albo tylko półgębkiem wymieniano nazwę wyzwolicieli. Każdy normalny człowiek zastanawia się, co Armia Czerwona i jej bohaterowie (najczęściej młodzi żołnierze) z 1945 roku mają wspólnego z dzisiejszą wojną na Ukrainie? Dlaczego nie można im złożyć hołdu za heroizm i poniesioną wtedy ofiarę?
Te prymitywne skojarzenia, narzucane w przestrzeni publicznej, nie pozwalają pamiętać o ludziach, którzy za cenę swojego życia ratowali życie innych ludzi. Dobrze, że chociaż nieliczni jeszcze żyjący Ocaleni nie dają się całkiem zmanipulować i nazywają rzeczy po imieniu. W świetle dzisiejszej mody, gdyby to Amerykanie wyzwolili obóz zagłady, to hołdom nie byłoby końca.
Tkwiąc w teraźniejszości, sięgamy bardziej do pamięci niż do historii. Pamięć odnosi się do codziennego przeżywania przez żywych ludzi czasów doświadczanych osobiście, prywatnie. Jest pielęgnowana i przekazywana (zapośredniczana) międzypokoleniowo. Gdy ktoś nią manipuluje, potrafi przetrwać w uśpieniu, wbrew cenzurze czy społecznemu wyparciu. Ma też prawo do amnezji i zapomnienia. Potrafi wskrzeszać z niebytu, poprawiać i uaktualniać.
Pamięć, nawet wybiórcza i zmitologizowana, jest dla żyjących czymś bardzo ważnym, aktualnym, pełnym symboliki i namiętności. Historia natomiast jest chłodnym przedstawianiem przeszłości z użyciem racjonalnych narzędzi rekonstrukcji, analizy i krytycznego wnioskowania. Dlatego to, co ludzie pamiętają z własnego doświadczenia i przeżycia, historia traktuje jako materiał mglisty, subiektywny, wymagający weryfikacji i relatywizacji.
Historia nigdy nie jest pełna, a zawsze problematyczna. Jeśli brakuje źródeł, a pamięć uległa zatarciu, powstają w niej „białe plamy”. Wystarczy jako przykład przywołać początki państwowości polskiej. Pamięć te luki wypełnia mitologią, zmyśleniem, konfabulacją.
Pamięć potrafi być świadomie selektywna. Przywołuje jedne strony zdarzeń, zapominając o tych niewygodnych czy wstydliwych. Jest bogata w przypomnienia, przywołania i autorefleksję. Obrasta w rytuały i symbole. Ba, ulega instytucjonalizacji. Pamięć instytucjonalna sprzyja umacnianiu kultury organizacji, konsolidacji dziedzictwa, kreowaniu tradycji. „Muzea, archiwa, cmentarze i kolekcje, święta, rocznice, traktaty, sprawozdania, pomniki, sanktuaria i stowarzyszenia są ostatnimi świadkami minionych wieków i tworzą iluzję wieczności. Stąd nostalgiczny aspekt owych przedsięwzięć, pełnych zbożnego i chłodnego patosu” (P. Nora, Między pamięcią a historią, Gdańsk 2022, s. 103).
Mariaż polityki i historii prowadzi do rozmaitych aberracji poznawczych. Przywołując opinię historyka Pierre’a Nory, jednej z najważniejszych postaci francuskiego i europejskiego życia intelektualnego, warto przypomnieć, że „żadna władza polityczna nie może orzekać o prawdzie historycznej”. A jednak tak się dzieje. Mało kogo obchodzi, jak manipulacje przeszłością pomagają w zrozumieniu wyzwań, które niesie przyszłość. Na pewno jednak negatywnie wpływają na dzisiejsze interpretacje „tu i teraz”.
Strażnicy jedynej „prawdy”
W Polsce rozumienie historii najnowszej oddano pod dyktat władzy politycznej, stawiającej przed badaniami i edukacją cele ideologiczne i polityczne, a mniej poznawcze i wyjaśniające. Najbardziej jaskrawym przejawem i formą ingerencji w wolność badań naukowych stało się powołanie w 1999 roku Instytutu Pamięci Narodowej (za rządów Akcji Wyborczej Solidarność, w skład której wchodziło m. in. Porozumienie Centrum braci Kaczyńskich, ale i z udziałem takich tuzów obrony państwa prawnego jak Andrzej Rzepliński).
Już sama nazwa tej kontrowersyjnej instytucji wskazywała, że polska historia ma stopić w sobie wszystkie indywidualne i zbiorowe pamięci oraz podporządkować je oficjalnej interpretacji, zadekretowanej przez władzę. Na pamięć ludzi różnych, często przeciwnych orientacji ideowych, nałożono gorset „pamięci narodowej”, gloryfikującej polską etniczność, katolicyzm, wyjątkowość, misyjność. Zamiast Instytutu Historii Narodu i Państwa Polskiego powołano jednostkę spełniającą funkcje śledcze i osądzające na zlecenie aktualnie rządzących. Kolektywna, zuniformizowana pamięć ma służyć kształtowaniu patriotycznego narodu i decydować o jego heroistyczno-martyrologicznej tożsamości. Nie ma w niej miejsca na żadne wstydliwe karty kolaboracji, szmalcownictwa, szowinizmu czy klerykalizmu. W ten sposób ma też nadać nową rangę badaniom historycznym, które przybierają charakter „nauki politycznie zaangażowanej”.
U podstaw powołania IPN legło fałszywe przekonanie o szkodliwości polityki „grubej kreski”, głoszonej przez pierwszego niekomunistycznego premiera RP Tadeusza Mazowieckiego. W jej wyniku aparat władzy miał być przesiąknięty poperelowską agenturą. Lustracja osób pełniących funkcje publiczne oraz ściganie zbrodni komunistycznych stały się wytyczną nie tyle studiowania i popularyzowania historii, ile narzędziem uprawiania obsesyjnej „polityki historycznej”, pełnej manipulacji, nieufności, uprzedzeń, uproszczeń i cynicznego odwetu. Trzeba też było skontrastować czasy minione z nową epoką „wolności, demokracji i kapitalizmu”. Im gorzej pokazywano czasy „realnego socjalizmu”, tym bardziej przekonująco wypadały zasługi elit posolidarnościowych w przebudowie ustrojowej. Co z tego, że absolutnie nieprzygotowanych do rządzenia państwem. Na dodatek służebnych od samego początku wobec obcych interesariuszy.
Jeśli instytucja badawcza służy wyłącznie celom propagandy obozu rządzącego, to ją to kompromituje w oczach odbiorców dzisiejszych i następnych pokoleń. Ideologiczne kwalifikowanie tego, co w polskiej historii zasługuje na uznanie, a co na potępienie, jest kwestią bezkrytycznej służby propagandzie. Instrumentalizacja historii i walka z tzw. pedagogiką wstydu zawsze kończy się katastrofą. Albo mnożą się mity, niemające nic wspólnego z rzeczywistością (zob. pomnikomania i apologetyzacja Lecha Kaczyńskiego), albo otumanienie ludzi propagandą przybiera taki poziom, że znika jakikolwiek krytycyzm w pojmowaniu historii najnowszej. Fałszowanie historii powoduje, że ciągle tkwimy w fałszywych ocenach dzisiejszego czasu (Józef Szujski: „fałszywa historia jest mistrzynią błędnej polityki”).
Propagandziści w roli naukowców
W trwającej dyskusji o dalszych losach IPN powinny przeważyć głosy dogłębnej krytycznej analizy dotychczasowych jego dokonań. Ich rachunek wyraźnie wskazuje na wynik negatywny – ideologizację historii i dzielenie narodu według arbitralnie przyjętych ocen przeszłości. Środowisko funkcjonariuszy politycznych, mieniące się badaczami historii i formatujące narodową pamięć jest skażone propagandą i skompromitowane.
Dzisiejszy kryzys szkoły i edukacji historycznej jest zasługą metodycznej delegitymizacji prawdy. Także wynikiem prymitywizacji przekazu, pretendowania do „moralnego drogowskazu” oraz bycia „młotem na myślozbrodnie”. Dlatego rządzącym nie powinno zabraknąć odwagi i determinacji, aby tę „twierdzę zakłamania” usunąć z życia publicznego.
Przyszłość trzeba umieć przygotować na podstawie dobrze rozpoznanych błędów z przeszłości i z uwzględnieniem wrażliwości pamięci o wyrządzonych szkodach i krzywdach. Tymczasem Polsce grozi popadnięcie w kolejne iluzje o wielkich dokonaniach, heroizmie i posłannictwie dziejowym, stawianie pomników pseudobohaterom i pseudopatriotyczne wychowanie młodzieży (absurdem są różne rekonstrukcje historyczne, zwłaszcza tragicznych walk powstańczych).
Dlatego trzeba domagać się zaprzestania ogromnych nakładów finansowych na tę instytucję. Obecnie rządzący powinni się wytłumaczyć, dlaczego spełniają życzenia prezesa IPN, aby w stosunku do roku ubiegłego zwiększać jego finansowanie (z 540 mln do ok. 580 mln zł).
Władza może szybko stracić zaufanie społeczne i swoją wiarygodność, jeśli w wielu żywotnych sprawach zacznie kluczyć i udawać, że skompromitowane instytucje nadal powinny służyć „dobru Rzeczypospolitej”. Instytut Pamięci Narodowej jako jeden z pierwszych powinien być poddany jednoznacznej ocenie, aby nie wahać się co do jego przyszłości. Jego szkodliwa działalność, zatruwająca umysły Polaków, powinna być jak najszybciej zakończona. To jeden ze sprawdzianów sprawczości nowej władzy i jej rzetelnego przewartościowania polityki ostatnich ośmiu lat szczucia na siebie Polaków.
Społeczeństwo polskie jest zróżnicowane, jak każde inne. Składa się z obywateli o różnym rodowodzie, odmiennych afiliacjach światopoglądowych i karierze zawodowej. Jedni urodzili się jeszcze przed wojną (jest ich niestety coraz mniej), inni są dziećmi wojny, a cała reszta ma rodowód PRL-owski (dziadkowie i rodzice), albo szczyci się późnym wiekiem urodzenia. Już to zróżnicowanie wiekowe, decydujące o odmiennym „pochodzeniu ustrojowym” powinno skłaniać do przyjęcia realistycznego założenia, że niezależnie od swoich wyborów i woli wszyscy służyli (i służą) jednej ojczyźnie, takiej, jaka wtedy była. Późniejsze pokolenia, a zwłaszcza rządzący, nie mają żadnego moralnego prawa, aby ich rozliczać ze służby swojemu państwu. Tym bardziej, nie mogą ich karać za winy, których w myśl ówczesnego prawa i własnego sumienia nie popełnili.
Ktoś może takiemu rozumowaniu zarzucić relatywizm. Ale tego właśnie dotyczy pamięć ludzi, którzy służąc takiej czy innej idei są w stanie uzasadniać swoje czyny wolnym wyborem, koniecznością, przymusem czy strachem. Historyk z nadania politycznego nigdy nie odgadnie, co naprawdę leżało u podstaw różnych motywacji, nawet najbardziej haniebnych czynów. Nie ma też prawa występować w roli oskarżyciela i ferować wyroki. Jedynie badacz bezstronny może przybliżyć się do prawdy, ale nigdy nie może być sędzią, a tym bardziej prokuratorem. Od tego jest wymiar sprawiedliwości.
Ludzka pamięć jest wielopostaciowa i zróżnicowana. Dotyka rzeczy jednostkowych, konkretnych, wyjątkowych i niepowtarzalnych. Historię natomiast interesują procesy ciągłości i zmienności w czasie podmiotów zbiorowych, a więc narodu, społeczeństwa czy państwa. Nie ma w niej miejsca na spontaniczność doznań czy indywidualne przeżycia o dużym stopniu afektywności. Historia usiłuje zawładnąć wspomnieniami, deformuje je, przekształca i urabia po swojemu, często według ideologicznej matrycy i obowiązującej poprawności politycznej.
Pamiętniki, donosy i archiwa
Pamięć przekształcona przez historię traci swój bezpośredni charakter. Staje się pamięcią archiwistyczną. Jej źródłem są wszystkie rejestracje „obiektów i faktów”, nawet najbardziej podejrzanych i niewiarygodnych. Obsesja przejmowania i gromadzenia archiwów w Polsce, także tych z czasów komunistycznych, doprowadziła do różnych aberracji poznawczych. Nie udało się odróżnić dokumentów spreparowanych od prawdziwych. Na podstawie niejednej „fałszywki” złamano ludzkie życie.
Badaczy-prokuratorów opanowała jakaś dziwna, niemal religijna żądza gromadzenia reliktów i świadectw tego, co było. W ich mniemaniu wszystko to, co zostanie utrwalone w bazach danych, miałoby służyć „za nie wiadomo jaki dowód przed nie wiadomo jakim trybunałem historii”.
Wraz z zaogniającą się walką polityczną w niejednym kraju występuje mania zbierania i archiwizowania najdrobniejszych śladów aktywności politycznej przeciwników. Temu służą nowoczesne narzędzia rejestracji, podsłuchów czy nagrywania. Katalog rzeczy wartych utrwalenia ciągle się rozrasta, a „instytucje pamięci” rosną w siłę. Ponieważ trudno się dzisiejszym politykom wyzwolić z obsesji i mani prześladowczych, zatem kto wie, czy ratunek dla IPN nie tkwi w takim właśnie rozumowaniu.
Polskie elity posolidarnościowe w jednakowym stopniu są sparaliżowane „grzechem pierworodnym swojego poczęcia”. Nigdy przecież nie wyjaśniono roli czynnika zewnętrznego w kreowaniu nowej rzeczywistości, choć na Zachodzie jest już na ten temat dostępna literatura. Poszukując wszędzie śladów rosyjskiej agentury świadomie odwraca się uwagę od wpływu służb zachodnich. Patriotyczny szantaż ma się w Polsce doskonale. Może warto więc napisać książki nie tylko o „pionkach Putina” (Kacper Płażyński, Wszystkie pionki Putina. Rosyjski lobbing, Poznań 2023), ale także o „pionkach” Waszyngtonu, Berlina, Londynu, Tel Awiwu czy Kijowa na „polskiej szachownicy”?
Pamięć w wielu narodowych perspektywach jest traktowana jako przedmiot badań historycznych. Tymczasem w Polsce urzędowa historia niszczy pamięć jednostkową i zbiorową. Wystarczy przywołać przykład stosunku do PRL jako państwa wielkich awansów społecznych i dynamicznego pokonywania dystansów rozwojowych. Wbrew pamięci o tych dokonaniach narzuca się społeczeństwu jednostronny wizerunek „krwawej dyktatury”, a samą państwowość Polski Ludowej w procesie dziejowym traktuje się jako „czarną dziurę”. Cała nadzieja w tym, że kolejne pokolenia zechcą z zainteresowaniem odkrywać prawdziwe oblicze tamtego okresu. Podobnie zresztą, jak dzieje się z obnażeniem sanacyjnego autorytaryzmu II Rzeczypospolitej.
Pamięć bezpośrednia, osobista, prywatna, ale i zapośredniczona odgrywa szczególną rolę w konstruowaniu indywidualnych tożsamości. Pozwala na udzielenie odpowiedzi na pytanie: kim jesteśmy i skąd pochodzimy. Bycie Polakiem, podobnie jak bycie Niemcem czy Finem opiera się w dużej mierze na pamiętaniu, że się nim jest. To pamięć i jej psychologiczna internalizacja zapewniają ludziom poczucie ich retrospektywnej ciągłości i pokrewieństwa z pokoleniami przodków.
Aberracje poznawcze
Zapewne nie wszyscy ludzie mają potrzebę zrozumienia, komu i czemu zawdzięczają kształt dzisiejszej egzystencji. Ale chyba w każdym niemal człowieku tkwi chęć poszukiwania tego, co go konstytuuje. Nie bez powodu rodzą się rozmaite mody na odkrywanie swoich korzeni społecznych (chłopki, służące, cham i pan, bękarty pańszczyzny, warcholstwo itd., to tylko niektóre słowa, występujące jako tytuły niedawno wydanych książek), tropienie śladów rodzinnej przeszłości, a nawet odtwarzanie drzewa genealogicznego.
Osobiście uwielbiam odwiedzanie starych cmentarzy podczas podróży do obcych krajów. Każdy, kto był kiedyś w Wilnie czy we Lwowie zgodzi się, że wymowa inskrypcji nagrobnych na Rossie czy na Łyczakowie więcej mówi o znajdujących się tam zasobach polskiej pamięci, niż wiele uczonych opowieści. A cmentarz pod Chicago uświadomił mi kiedyś, gdzie i w jakich warunkach część moich przodków znalazła swoją emigracyjną przystań.
Pamięć materializuje się w zatrzymywaniu czasu, ochronie przed zapomnieniem, w unieśmiertelnianiu postaci, rzeczy, zdarzeń. Każdy z nas, występując w różnych rolach społecznych, buduje swój „pejzaż pamięci”. Im jest on bogatszy, tym większy jest nasz potencjał tożsamościowy. Na przykład moje związki z Uniwersytetem Warszawskim, trwające ponad pół wieku, tworzą podstawy dumy i wiedzy, intelektualnej przygody i barwnej opowieści historycznej. Gdy sięgam do genezy uczelni i pokazuję jej rozkwit od lat dwudziestych XIX wieku, to mi się zdaje, że dzięki identyfikacji poprzez pamięć staję się sam autentycznym uczestnikiem wszystkich wielkich wydarzeń, które miały tu miejsce. Widzę nawet oczami wyobraźni młodego Fryderyka Chopina, gdy w Gmachu Audytoryjnym (Szkole Sztuk Pięknych) przygotowuje się do występu muzycznego w Kościele Wizytek z okazji obchodów święta Bożego Ciała.
Na zakończenie każdemu z rodaków, w tym polityków, radziłbym przeprowadzenie zwykłego ćwiczenia pamięciowego, na ile jego własna wiedza i tożsamość kształtuje się pod wpływem pamięci oficjalnej, jedynie prawdziwej, odgórnie zadekretowanej, by nie powiedzieć patetycznej i spektakularnej (choćby ceremonialne obchody różnych rocznic, na przykład „cudu nad Wisłą” czy klęski powstania warszawskiego), a na ile jest to wynik własnych poszukiwań „sanktuariów prawdy” i „pielgrzymowania” do miejsc niekoniecznie wpisanych w kanon patriotycznej symboliki. Jeśli nad tym choć przez chwilę przystaniemy, to okaże się, że zamiast sporu, czy zapraszać dzisiejszych Rosjan na obchody wyzwolenia Auschwitz spod barbarzyństwa hitleryzmu, ważniejsze jest memento w nas samych o sprawcach zagłady, którym wina nigdy nie powinna być odpuszczona i zapomniana.
Patrząc z perspektywy międzynarodowej, dzisiejszy świat podlega licznym aberracjom poznawczym. Selektywna pamięć rządzi umysłami ludzi, którzy w jednych narodach widzą tylko autokratów i zbrodniarzy, a w innych wyłącznie demokratów i oswobodzicieli. Okazuje się, że te role i wizerunki doskonale się mieszają. Jeśli nie możemy zapomnieć zbrodni hitlerowskich z czasów II wojny światowej i wypominamy dzisiaj zbrodnie rosyjskie na Ukrainie, to dlaczego tak miłosiernie podchodzimy do pamięci o wojnie wietnamskiej i horrendalnych zbrodniach dokonanych przez Amerykanów na narodach Indochin? Dlaczego Amerykanom nie pamiętamy całkiem niedawnych zbrodniczych wypraw do Iraku czy Afganistanu? A przecież można także przypominać historyczne zbrodnie belgijskie w Kongu, hiszpańskie w Ameryce, japońskie w Chinach i Korei itd. A co ze zbrodniczą polityką Izraela wobec Palestyny? Czy naprawdę dyktowana przez rządy interpretacja musi brać zawsze górę nad obiektywizmem i sprawiedliwym osądem? Jak zatem uniknąć ujarzmiania pamięci przez urzędową historię?
Stanisław Bieleń
Śródtytuły i wyróżnienia pochodzą od Redakcji SN.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 672
Na naszych oczach odżywa stara teutońska koncepcja Realpolitik. Sięga ona do myśli politycznej dziś już całkowicie zapomnianego Ludwika Augusta von Rochau, który w połowie XIX wieku wyłożył jej zasady.
Ich istotą było dopasowanie politycznych celów do realnych okoliczności, rezygnacja z przekonań i ideałów na rzecz pewnych konieczności, które dyktuje zmieniający się układ sił między największymi potęgami. W polityce międzynarodowej legalizm, prawo czy moralność mają charakter instrumentalny, liczy się przede wszystkim gra interesów i ich zaspokajanie kosztem wyrachowania, cynizmu i kompromisów ideologicznych.
Rochau niczego nowego nie wymyślił, bo reguły „polityki realnej” znane były już od starożytności, a w XIX wieku jej mistrzami byli Metternich, Castlereagh i Bismarck. XX wiek pokazał choćby w okresie II wojny światowej, że dla pokonania Hitlera Churchill był gotów zawrzeć pakt „nawet z diabłem”. Okazał się nim Stalin, a podział na dwa rywalizujące bloki wojskowo-polityczne i zwalczające się ideologie stał się podstawą ładu zimnowojennego.
Złowrogi kontekst Realpolitik zrodził się w bismarckowskich i wilhelmińskich Niemczech, gdy różne „grzechy” w postaci militaryzmu, nacjonalizmu, rasizmu i imperializmu doprowadziły Rzeszę do katastrofy wojennej. Z czasem okazało się, że nowe mocarstwa 20-lecia międzywojennego wcale nie prowadziły mniej destrukcyjnej polityki pod względem poszanowania prawa i instytucji międzynarodowych (III Rzesza, ZSRR). Wzrost potęg totalitarnych wymusił współpracę pozostałych mocarstw na bazie siły, a nie wartości czy ideałów. Inaczej nie doszłoby do zwycięstwa koalicji antyhitlerowskiej.
Po II wojnie światowej zwolennikami Realpolitik w wydaniu amerykańskim byli niewątpliwie dwaj wielcy realiści polityczni – George F. Kennan i Henry Kissinger. Pod wpływem tego ostatniego doszło do niezwykłego przełomu na początku lat siedemdziesiątych ub. wieku. Wraz z Richardem Nixonem, jako doradca ds. bezpieczeństwa narodowego i sekretarz stanu, doprowadził on do zakończenia haniebnej wojny wietnamskiej, ustanowienia oficjalnych stosunków z Chinami, uratowania Izraela poprzez dostawy broni podczas wojny Yom Kippur, a przede wszystkim odprężenia z ZSRR, ograniczenia zbrojeń strategicznych i kontroli zbrojeń. Otworzyło to drogę do konferencji bezpieczeństwa europejskiego (KBWE) i rozwoju współpracy międzyblokowej, której beneficjentami stały się wszystkie państwa europejskie. Kissinger nie był przy tym postacią świetlaną. Znany z cynizmu i braku skrupułów był odpowiedzialny za liczne zbrodnie (Kambodża) czy ofiary zamachów stanu (Chile).
Obserwacje historyczne prowadzą do wniosku, że stosowanie się do reguł Realpolitik wywołuje zawsze liczne kontrowersje. Odnoszą się one do demolowania ładu międzynarodowego, opartego na utrwalonych wartościach i przyzwyczajeniach do w miarę wygodnego życia. Realpolitik dynamizuje scenę międzynarodową, jest „akuszerką” zmian geopolitycznych, które nieraz prowadziły do ukształtowania się podstaw nowego ładu, niekoniecznie bardziej sprawiedliwego od swojego poprzednika.
Powroty Realpolitik w stosunkach międzynarodowych mają charakter cykliczny. Trudno więc zrozumieć dzisiejszy szok, spowodowany naiwną wiarą ostatnich dziesięcioleci, że nie powtórzą się nigdy niegodziwe wzory zachowań mocarstw. Nieznajomość historii czy raczej jej interpretacja w duchu romantycznym i utopijnym daje taki oto skutek, że ze wszystkich stron sceny politycznej i medialnej rozlega się szloch, rozczarowanie, wręcz panika i psychologiczna trauma. Wielu polityków straciło polityczną i ideową busolę, a eksperci i doradcy pokazują bezradność, miałkość argumentacji i zwyczajną niekompetencję w analizie stosunków międzynarodowych. A wszystko to jest wynikiem histerycznej reakcji na niespodziewaną i dla wielu wprost niepojętą strategię nagłego przeformatowania stosunków amerykańsko-rosyjskich i transatlantyckich.
Powrót do starych narzędzi
Nie wiem, na ile sama administracja amerykańska jest świadoma powrotu do Realpolitik. Słychać oczywiście odwołania do realizmu politycznego, typowego dla anglosaskiej myśli i doktryny politycznej, a także do zdrowego rozsądku, co przypomina założenia pragmatyzmu amerykańskiego. Tak czy siak, w USA kręgi władcze, także te związane z deep state, doszły do wniosku, że politykę mocarstwa trzeba dostosować do realiów, a nie odwoływać się do ideologicznych manifestów i wzniosłych deklaracji o wyższości „wolnego świata” nad całą resztą. Próby narzucenia wszystkim wartości Zachodu nie powiodły się. Czas więc na akomodację, dostosowanie do rzeczywistych możliwości.
Wspomniany szok poznawczy wynika z niezrozumienia faktu, że Ameryka pod przywództwem Donalda Trumpa wraca do „starych” narzędzi kreowania praktyki, a także analizy stosunków międzynarodowych (siła i interesy). Nazbierało się bowiem tak dużo błędów związanych z postrzeganiem systemu międzynarodowego w kategoriach pozimnowojennego triumfalizmu i optymizmu, że dłużej nie można było trwać przy błędnych założeniach liberalnej wizji ładu międzynarodowego.
System międzynarodowy powraca do wielobiegunowości, co jest rezultatem wzrostu potęgi Chin, odbudowy pozycji mocarstwowej Rosji oraz mocarstw regionalnych tzw. Globalnego Południa. Polityka siły ma swój sens, jeśli przywróci się jej racjonalność, choćby w postaci przeciwważenia mocarstw. Inaczej prowadzi świat do katastrofy, a irracjonalność decyzyjną do działań na własną szkodę.
Od dłuższego czasu w amerykańskiej refleksji intelektualnej pojawiały się ostrzeżenia przed „powrotem historii”, „rewanżem geografii” czy „końcem marzeń” (Robert Kagan, Robert Kaplan). O szansach wdrożenia liberalnych wartości na modłę zachodnią pisano jako o „wielkim złudzeniu” (John J. Mearsheimer), ale odpowiedzią na odważne diagnozy i ostrzeżenia była buta elit atlantyckich, którym wydawało się, że posiadają monopol na sposób urządzania świata. Najgorsza w skutkach okazała się uniformizacja myślenia. Stąd tak wielki dysonans poznawczy środowisk politycznych i medialnych, gdy okazuje się, że są możliwe inne warianty prowadzenia polityki, odwracania sojuszy i budowania nowych układów sił.
Mimo, że Realpolitik była traktowana przez liberałów jako „zło konieczne” minionych czasów, relikt epoki zimnowojennej i dyktatu wielkich potęg, to jednak okazuje się, że w określonych okolicznościach zjawisko to odradza się z niesłychanym impetem. Dzieje się tak obecnie nie tylko ze względu na temperament amerykańskiego prezydenta. Obiektywnie rzecz biorąc, świat znalazł się w dramatycznej sytuacji, gdy największe mocarstwa nie mogą sobie poradzić z narastaniem konfliktów ideologicznych, zagrażających ich interesom i stabilności całego systemu międzynarodowego. Wojna na Ukrainie i zapętlenia wokół niej są tylko symptomem tych procesów.
Tak więc nagromadzenie napięć w ostatniej dekadzie spowodowało radykalny powrót do nieco zapomnianych reguł gry, opartych na przekonaniu, że każdy naród (i jego państwo) musi identyfikować się i działać przede wszystkim zgodnie ze swoimi interesami, zamiast zajmować się prowadzeniem moralnych krucjat na rzecz uszczęśliwiania całej ludzkości.
Zmiany – okazja do naprawy
Ofiarami radykalnej zmiany stają się przede wszystkim państwa niesamodzielne, skazane na wasalne podporządkowanie, zależne od światowej oligarchii i wysłuchujące gorliwie instrukcji swoich protektorów. Gdy zmienia się jednak strategia lidera wielkiego ugrupowania, wszystkie te państwa wpadają w pułapkę zagubienia, ideowej dezorientacji, utraty znaczenia oraz marginalizacji w „porządku dziobania”. Panika nie jest jednak dobrym doradcą. Jedyne, co pozostaje, aby koszty tej zmiany były jak najmniejsze, to pragmatyczna reorientacja polityki.
W Polsce część polityków podejmuje próby przywrócenia równowagi między emocjami a zdystansowaniem się wobec nowych wyzwań. Im dłużej bowiem potrwa stan rozkojarzenia, tym mniejsze będą pozory jakiejkolwiek sprawczości w nowym rozdaniu sił. A wybory prezydenckie wygra ten kandydat, który najszybciej zrozumie istotę przetasowań i da temu wyraz w sprytnym komunikowaniu się z wyborcami. Nadarza się bowiem kapitalna okazja, aby zachodzące zmiany geopolityczne poddać wartościowaniu z różnych punktów widzenia właśnie w trakcie debat przedwyborczych. Fałszywa jest więc teza prowadzącego w sondażach kandydata Rafała Trzaskowskiego, że tylko jednomyślność sceny politycznej (w sprawach ukraińskich konserwowanej i szkodliwej od wielu lat) najlepiej służy polskiej racji stanu.
Tymczasem pożądany jest pluralizm poglądów także w materii zobowiązań międzynarodowych, gdyż doprowadzi on do odnowy polskiej myśli politycznej i zabezpieczy racjonalność wyborów strategicznych. Debata w kampanii wyborczej, ścieranie się różnych „niepodważalnych” pomysłów i „prawd objawionych” może wzbogacić arsenał argumentacyjny i przewartościować błędne założenia dotychczasowej strategii uległości wobec hegemona amerykańskiego.
Prezydent Trump buduje doktrynę opartą na kontraście wobec wartości amerykańskich liberałów i całej masy nawiedzonych globalistów. Przeciwstawia się relatywizacji wartości, stanowiących o tradycyjnych więziach społecznych i funkcjonalności demokracji. Broni tożsamości narodowej, poszanowania dziedzictwa oraz zdroworozsądkowych reguł gry, opartych na realnym znaczeniu podmiotów, a nie na ich aspiracjach czy życzeniach. Biorąc odwet na „demokratach”, przywraca rangę języka dyplomatycznego w komunikacji międzynarodowej. Nie kwalifikuje przywódców politycznych, w tym rywali, jako postaci złowrogich i niemoralnych. Opowiada się za przywróceniem szacunku dla stanowisk przywódczych. Nie nazywa Putina ani dyktatorem, ani zbrodniarzem. Dla „internacjonalistycznych” fabryk propagandy i dyfamacji jest to niebywały wstrząs. Tym bardziej, że w jego oczach to Wołodymyr Zełenski nie ma demokratycznej legitymizacji dla sprawowania urzędu prezydenta, co notabene jest prawdą.
Ekipa Trumpa wywraca do góry nogami narrację na temat genezy i przebiegu konfliktu ukraińskiego. Wytykając władzom w Kijowie błędy w układaniu się z Rosją, obnaża mechanizmy prowokacji i manipulacji, udział zachodnich służb specjalnych oraz podżeganie do wojny w wykonaniu cynicznych i sprzedajnych interesariuszy. Ten niewygodny proces nazwano „zdejmowaniem maski”, co wywołuje „reytanowskie” gesty rozpaczy z różnych stron. Ma jednak efekt otrzeźwiający. Niejeden bowiem z uczestników euroatlantyckiej „partii wojny” musi zastanowić się nad katastrofalnym bilansem „zysków i strat”, osobistą odpowiedzialnością za błędne decyzje, w tym śmierć setek tysięcy niewinnych żołnierzy i cywilów, zaślepieniem wrogością do Rosji oraz brakiem perspektyw na pokojowe rozwiązania.
Nieuniknione skutki zmian
Próbując znaleźć odpowiedź na przewrotne „kaprysy” Trumpa (obdarzanego epitetami „narcyza” i „showmana”), unijni politycy mimo demonstracyjnej mobilizacji dyplomatycznej obnażają słabość koncepcyjną i brak jakichkolwiek zdolności przeciwważących wobec USA. Już dziś wiadomo, że wspieranie za wszelką cenę wyczerpanej wojną Ukrainy i reżimu kijowskiego „aż do zwycięstwa” jest pozbawione jakiejkolwiek racjonalności. Retoryka bazująca na „zdradzie” Ameryki, czy nowej „zmowie tyranów” świadczy o pogrążeniu elit europejskich w „lunatycznym śnie”. Wkrótce okaże się, że poza amerykańską wizją zakończenia wojny na Ukrainie nikt inny nie ma mocy sprawczych, aby do tego doprowadzić. Wiele wskazuje na to, że coraz więcej państw europejskich zacznie zachowywać się zgodnie z Realpolitik, dołączając do „rydwanu” imperatora zza „Wielkiej Kałuży”.
Ani wysłanie sił rozjemczych na Ukrainę bez mandatu ONZ, ani rekonfiguracja NATO bez Stanów Zjednoczonych nie mają szans powodzenia. Presja społeczeństw w Niemczech czy we Francji spowoduje, że stronnictwa antyunijne i prorosyjskie będą rosnąć w siłę, a „brukselska potęga” straci wewnątrzsterowność. Symptomy kryzysu są ewidentne, a irracjonalna wrogość wobec Rosji jest jednym z ostatnich czynników konsolidujących zblazowanych polityków.
Rewizji dotychczasowych założeń ładu międzynarodowego będą towarzyszyć zmiany mentalne, nawiązujące do skutków „geopolitycznego przewrotu”. Przede wszystkim znikną przejawy chciejstwa i życzeniowości. Trzeba będzie uznać narastające dystanse rozwojowe między Europą a USA czy Chinami. Unia Europejska nie jest skutecznym sojuszem geopolitycznym, ani nie dysponuje potencjałem pozwalającym jej na odgrywanie ról rozstrzygających. Weryfikacji wymaga teza, że jedynie demokracja na wzór zachodni sprzyja postępowi społecznemu i wzrostowi gospodarczemu. Systemy autorytarne są także skuteczne pod tym względem, co potwierdza przykład chiński. Ludzie w większości państw preferują bezpieczeństwo, a nie wolność, która ze względu na różnice w dostępie do bogactwa nie daje żadnego wyboru i często pozostaje fikcją.
Obstawanie przy zaklęciach, że takie państwa jak Ukraina są „demokracjami”, prowadzi do relatywizacji wszystkich wartości, które definiują ten ustrój (wolne wybory, praworządność, wolność od korupcji, poszanowanie praw mniejszości i in.). Podobnie jest z kwalifikowaniem państw pokomunistycznych jako części Zachodu. Jeśli przez Zachód rozumie się na sposób rosyjski „kolektyw” w postaci struktur integracyjnych w sferze wojskowo-politycznej (NATO) i gospodarczej (Unia Europejska), to owszem, można mówić o przynależności państw o różnym rodowodzie do zachodnich instytucji. Jeśli jednak mamy na myśli podziały cywilizacyjno-kulturowe między Zachodem, Wschodem a Południem, to trzeba zachować daleko idącą ostrożność w nazywaniu państw środkowo- i wschodnioeuropejskich zachodnimi. Ukraina nie należy do Zachodu ani pod względem instytucjonalnym, ani cywilizacyjnym, więc takie mrzonki nie służą dobrze nikomu, a przede wszystkim samym Ukraińcom.
Wolta Donalda Trumpa przeciw swoim atlantyckim sojusznikom zapewne nie doprowadzi do dramatycznego „rozwodu” Europy z Ameryką. Wymusi jednak zmianę strategii, w której równie ważne jak gwarancje zbrojne bezpieczeństwa, staną się opłacalne transakcje handlowe, wyrafinowana dyplomacja na wielu azymutach, a także przywrócenie „normalności” w mechanizmach konsultacyjnych mocarstw, na zasadzie ich rzeczywistej rangi, a nie ideologicznego ekskluzywizmu. Postulat przywrócenia Rosji do globalnego zarządzania (choćby w G7) jest w tym sensie całkiem realny.
Ponieważ Donald Trump sam padł ofiarą agenturalnego myślenia podczas wyborów na pierwszą kadencję, istnieje duże prawdopodobieństwo, że obecna administracja będzie chciała skończyć z rozgrywaniem polityki przez służby specjalne, własne i cudze. Wymyślone pojęcie „wojny kognitywnej” w stosunku do działań dezinformacyjnych ze strony Rosji może przybrać charakter narzędzia demaskującego własne nakłady na taką „wojnę” przeciwko Rosji. Pierwsze decyzje o zawieszeniu aktywności USAID (Agencji Stanów Zjednoczonych ds. Rozwoju Międzynarodowego) potwierdzają te przypuszczenia.
Tworzenie nowych reguł gry
Trzeba być przygotowanym na wiele innych wyzwań, przed jakimi staje wspólnota międzynarodowa. Po rozczarowaniach spowodowanych hegemonią jednego supermocarstwa w okresie pozimnowojennym nadchodzi era policentryzacji systemu międzynarodowego, co oznacza nowe pretensje władcze w różnych regionach. Na swoją kolej we współdecydowaniu o losach planety czekają państwa Globalnego Południa, asertywne w obronie stanu posiadania i możliwości oddziaływań (np. Indie, Brazylia, Nigeria, Indonezja). USA próbują więc uwolnić się z dotychczasowych, często uciążliwych zobowiązań, aby dokonać nowego podziału wpływów i odpowiedzialności.
Świat znalazł się w fazie wysokiego ryzyka destabilizacji i niepewności jutra. Od administracji amerykańskiej należy zatem oczekiwać zajęcia się wkrótce ustaleniem nowych reguł gry, na przykład dotyczących nieproliferacji broni jądrowej, a także wyhamowania wyścigu zbrojeń. Trump ma świadomość – choć wielu neguje jego zdolności poznawcze – że świat imperialnej rywalizacji bardzo szybko może stoczyć się w otchłań globalnego konfliktu. Dlatego oprócz fetyszyzacji interesów własnych prędzej czy później nastąpi dowartościowanie interesów wspólnotowych. Realpolitik może sprzyjać zbudowaniu modus vivendi, dalekiego od moralizatorstwa, ale opartego na logice wspólnego przetrwania.
Z tych powodów ważna będzie inicjatywność i innowacyjność ofert ze strony państw, które dysponują nie tylko zbrojnymi arsenałami, ale także potencjałem intelektualnym i odwagą w kreowaniu pokojowej wizji przyszłości. Trumpa warto więc namawiać na wspólne debaty, a nawet spory, w wyniku których może zrodzić się nowy kompromis międzymocarstwowy. Unia Europejska tylko wtedy może zaistnieć jako poważny i szanowany uczestnik „wielkiej gry geopolitycznej”, jeśli zaproponuje Trumpowi zawarcie „aktu zgody” wokół najważniejszych interesów koegzystencjalnych.
Brukselscy notable muszą zrozumieć, że misyjność uczestników stosunków międzynarodowych jest źródłem złowrogich napięć, prowadzących do katastrofy. Czas więc zdezideologizować strategie międzynarodowe państw i odstąpić od krucjat wolnościowych. Koncentracja na interesach, a nie na wartościach może natomiast uruchomić szeroki dialog międzynarodowy (plurilog) na różnych szczeblach struktury systemu międzynarodowego, od stosunków sąsiedzkich, przez subregionalne i regionalne, do poziomu globalnego.
Jest to fantastyczna szansa i okazja, aby ożywić struktury Organizacji Narodów Zjednoczonych, powrócić do jej zreformowania i zacząć uprawiać politykę skuteczności, a nie wiktymizacji. Na naszych oczach wyczerpuje się formuła ładu opartego na utopijnym projektowaniu przyszłości. Czas wrócić do rozwiązywania problemów świata takiego, jaki on jest tu i teraz, a nie takiego, jaki być powinien.
Polska, która wiele razy w historii doznawała różnych upokorzeń, powinna włączyć się w tworzenie nowych reguł gry. Przede wszystkim należy obstawać przy obowiązku poszanowania każdej tożsamości państwa i narodu w stosunkach międzynarodowych. Nikt nie ma prawa, ani USA, ani tym bardziej Unia Europejska, aby legitymizować cudze racje bytu i narzucać innym kryteria oceny ich ustrojów czy sposobów organizacji życia, łącznie z wyborami przywódców. Z pewnością te postulaty będą trudne do spełnienia przy stanie rozchwiania emocjonalnego polskich elit politycznych i intelektualnych. Czas działa jednak na korzyść realizmu politycznego.
Stanisław Bieleń

