Informacje (el)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 273
Jedną z największych zagadek współczesnej astronomii jest wyjaśnienie pochodzenia czarnych dziur odkrywanych przez detektory fal grawitacyjnych, LIGO i Virgo. Według jednej z hipotez, te obiekty powstały w bardzo młodym Wszechświecie i, oprócz emisji fal grawitacyjnych, mogą tworzyć zagadkową ciemną materię wypełniającą kosmos.
Zespół naukowców pracujących w ramach projektu OGLE (Optical Gravitational Lensing Experiment) prowadzonego w Obserwatorium Astronomicznym Uniwersytetu Warszawskiego ogłosił właśnie wyniki dwudziestoletnich obserwacji wskazujących, iż takie czarne dziury mogą stanowić zaledwie znikomy procent ciemnej materii. Dwie publikacje projektu OGLE opisujące wyniki tych badań ukazały się w najbardziej prestiżowych czasopismach naukowych, w tym w głównym magazynie Nature.
Obserwacje astronomiczne wskazują, że zwyczajna materia, którą możemy dotknąć lub zobaczyć, stanowi zaledwie 5% całkowitej masy i energii całego Wszechświata. W Drodze Mlecznej, na 1 kg materii zawartej w gwiazdach przypada 15 kg „ciemnej materii”, nieświecącej i oddziałującej wyłącznie za pośrednictwem grawitacji. – Natura ciemnej materii pozostaje wielką zagadką. Większość naukowców uważa, że składa się ona z nieznanych cząstek elementarnych – mówi dr Przemysław Mróz z Obserwatorium Astronomicznego UW, pierwszy autor publikacji w Nature i Astrophysical Journal Supplement Series. Problem w tym, że pomimo wielu dekad wysiłków, żaden eksperyment, na czele z eksperymentami prowadzonymi za pomocą Wielkiego Zderzacza Hadronów, nie doprowadziły do odkrycia nowych cząstek, które mogłyby tworzyć ciemną materię.
Od 2015 roku, gdy dokonano pierwszej bezpośredniej obserwacji fal grawitacyjnych pochodzących od pary łączących się czarnych dziur, detektory LIGO i Virgo odkryły ponad 90 kolejnych takich zjawisk. Zauważono, że czarne dziury znajdowane za pomocą fal grawitacyjnych są znacznie bardziej masywne (typowo 20–100 mas Słońca) niż te znane wcześniej w Drodze Mlecznej (typowo 5–20 mas Słońca).
– Wyjaśnienie dlaczego te dwie populacje czarnych dziur tak bardzo się różnią jest jedną z największych zagadek współczesnej astronomii – mówi dr Mróz. W jednym z możliwych rozwiązań tej zagadki, zasugerowano, że detektory fal grawitacyjnych znajdują tzw. pierwotne czarne dziury (primordial black holes), które mogłyby powstać na bardzo wczesnych etapach ewolucji Wszechświata. Istnienie pierwotnych czarnych dziur zostało zaproponowane ponad pół wieku temu przez słynnego brytyjskiego fizyka-teoretyka Stephena Hawkinga i, niezależnie, radzieckiego fizyka Jakowa Zeldowicza.
– Wiemy, że młody Wszechświat nie był idealnie gładki – niewielkie fluktuacje gęstości dały początek obecnym galaktykom i gromadom galaktyk – tłumaczy dr Mróz. Podobne fluktuacje gęstości, jeżeli miałyby dostatecznie dużą amplitudę, mogłyby się zapaść pod własnym ciężarem i utworzyć czarne dziury. Co więcej, od odkrycia fal grawitacyjnych, coraz częściej spekuluje się,
że takie czarne dziury mogłyby potencjalnie odpowiadać za dużą część, jeśli nie całość, ciemnej materii we Wszechświecie.
Na szczęście, hipotezę tę można zweryfikować za pomocą obserwacji astronomicznych. Wiemy, że duże ilości ciemnej materii znajdują się również w naszej Drodze Mlecznej. Jeżeli więc założymy, że ciemna materia składa się z masywnych czarnych dziur, powinniśmy je wykrywać w naszym najbliższym kosmicznym otoczeniu. Tylko jak to zrobić skoro czarne dziury nie świecą?
Z pomocą przychodzi ogólna teoria względności, sformułowana po raz pierwszy przez Alberta Einsteina, która przewiduje, że światło odległych gwiazd może być ugięte w polu grawitacyjnym masywnych obiektów. To tak zwane zjawisko mikrosoczewkowania grawitacyjnego.
– Mikrosoczewkowanie zachodzi, jeżeli trzy obiekty – obserwator, źródło światła i obiekt-soczewka – ustawią się niemal dokładnie w jednej linii w przestrzeni – mówi prof. Andrzej Udalski, lider projektu OGLE. Światło źródła może zostać ugięte i znacznie wzmocnione, obserwujemy jego tymczasowe pojaśnienie. Czas trwania pojaśnienia zależy od masy soczewkującego obiektu, im większa masa, tym dłuższe zjawiska mikrosoczewkowania. W przypadku gwiazd o masie Słońca pojaśnienia trwają zwykle kilka miesięcy, w przypadku czarnych dziur stukrotnie większych niż Słońce - powinny trwać nawet kilka lat.
Sam pomysł zastosowania zjawisk mikrosoczewkowania do badania ciemnej materii nie jest nowy. Po raz pierwszy zaproponował to w latach 80. XX w. słynny polski astrofizyk, prof. Bohdan Paczyński. Jego pomysł stał się inspiracją do powstania w latach 90. trzech eksperymentów badających mikrosoczewkowanie – polskiego projektu OGLE, amerykańskiego MACHO i francuskiego EROS. Wyniki otrzymane w pierwszych fazach projektu OGLE, MACHO i EROS wskazywały, że czarne dziury o masach mniejszych niż jedna masa Słońca mogą tworzyć co najwyżej 10% ciemnej materii.
Obserwacje te nie były jednak czułe na najdłuższe zjawiska mikrosoczewkowania trwające po kilka lat, a więc na potencjalne masywne czarne dziury, takie jak odkrywa się obecnie za pomocą fal grawitacyjnych.
W najnowszej publikacji w Astrophysical Journal Supplement astronomowie z projektu OGLE prezentują niemal dwudziestoletnie obserwacje około 80 milionów gwiazd znajdujących się w sąsiedniej galaktyce, zwanej Wielkim Obłokiem Magellana i analizują występowanie zjawisk mikrosoczewkowania grawitacyjnego w tym kierunku. Dane pochodzą z trzeciej i czwartej fazy projektu OGLE i zostały zebrane w latach 2001-2020.
– To najdłuższy, największy i najdokładniejszy ciąg czasowy obserwacji fotometrycznych Wielkiego Obłoku Magellana zebranych w historii współczesnej astronomii – mówi prof. Udalski. W równoległej pracy opublikowanej w tygodniku Nature przedstawione są astrofizyczne konsekwencje uzyskanych rezultatów tych unikalnych obserwacji.
– Gdyby cała ciemna materia składała się z czarnych dziur o masie 10 mas Słońca, powinniśmy byli wykryć łącznie 258 zjawisk mikrosoczewkowania – mówi dr Mróz. W przypadku czarnych dziur o masie 100 mas Słońca – 99 zjawisk, 1000 mas Słońca – 27 zjawisk.
Tymczasem astronomowie znaleźli w danych OGLE "zaledwie” 13 zjawisk mikrosoczewkowania. Co więcej, większość z nich była stosunkowo krótka, trwała mniej niż 100 dni. Ich szczegółowa analiza wykazała, że wszystkie mogły być spowodowane przez zwykłe gwiazdy w dysku Drogi Mlecznej lub w samym Wielkim Obłoku Magellana, a nie czarne dziury.
– Wskazuje to, że masywne czarne dziury mogą stanowić co najwyżej niewielki ułamek ciemnej materii – podsumowuje dr Mróz.
Rzeczywiście, szczegółowe obliczenia pokazują, że czarne dziury o masie10 mas Słońca mogą stanowić co najwyżej 1,2% ciemnej materii, 100 mas Słońca – 3,0% ciemnej materii, 1000 mas Słońca – 11% ciemnej materii.
– Nasze obserwacje dowodzą więc, że pierwotne czarne dziury nie mogą jednocześnie być źródłami fal grawitacyjnych i tworzyć znaczącej części ciemnej materii – mówi prof. Udalski.
Znacznie bardziej prawdopodobne są więc inne wyjaśnienia dużych mas czarnych dziur odkrywanych przez LIGO i Virgo. Jedna z takich hipotez zakłada, że powstały one w wyniku ewolucji masywnych gwiazd o niskiej zawartości ciężkich pierwiastków. Według innej, masywne czarne dziury powstały w wyniku łączenia się mniejszych obiektów w obszarach gęstych w gwiazdy (jak na przykład gromady kuliste).
– Opublikowane prace to podsumowanie ponad 30-letnich działań projektu OGLE w zakresie badań ciemnej materii, której poszukiwanie było jednym z podstawowych motorów jego powstania – podsumowuje prof. Udalski. Niewątpliwie prezentowane właśnie wyniki to nasz opus magnum i wejdzie on na długie lata do podręczników astronomii – dodaje.
W ramach projektu OGLE, który jest jednym z największych współczesnych przeglądów nieba, prowadzone są regularne obserwacje fotometryczne od ponad 32 lat. Jednym z pierwszych celów naukowych przeglądu OGLE było odkrycie i badanie zjawisk mikrosoczewkowania grawitacyjnego. Obecnie prowadzone badania dotyczą bardzo wielu dziedzin współczesnej astrofizyki – poszukiwania planet pozasłonecznych, badania struktury i ewolucji Drogi Mlecznej i sąsiednich galaktyk, gwiazd zmiennych, kwazarów, zjawisk przejściowych (gwiazd nowych, supernowych).
Więcej – WWW.astrouw.edu.pl
- Autor: al
- Odsłon: 3749
W ramach cyklu „Czy świat należy urządzić inaczej?” odbyło się w Warszawie 17 grudnia 2013 plenarne posiedzenie Komitetu Prognoz „Polska 2000 Plus". Tematem spotkania była przyszłość demokracji.
Choć demokracja jest uznawana za najlepszy z istniejących systemów, to coraz częściej podkreśla się jej wady, tj. głównie powolność reakcji i krótkookresowy charakter podejmowanych decyzji. To powoduje, że w opinii wielu analityków, kraje demokratyczne zaczynają przegrywać walkę konkurencyjną z partnerami podejmującymi decyzje w oparciu o rządy autorytarne. Efektem są postulaty zastąpienia demokracji innym, bardziej atrakcyjnym, modelem sprawowania władzy.
Na spotkaniu członków Prezydium Komitetu Prognoz analizowano następujące problemy: czy demokracja potrzebuje reformy i ewentualnie w jakim kierunku powinna ona zmierzać? Jaka będzie rola społeczeństw w sprawowaniu władzy? Ponadto, czy przewidywane trendy umożliwiają zrealizowanie zmian? Jeśli nie to jakie alternatywne rozwiązania są w stanie zdominować światową scenę polityczną połowy XXI w.?
Do tych zagadnień i pytań odnosili się trzej autorzy referatów: Mirosław Wawrzyński (O niestabilności demokracji w XXI-wiecznej globalizacji), Konrad Prandecki (Czy autorytarny dewelopmentalizm może zdominować świat?); oraz Kacper Nosarzewski, Norbert Kołos, Piotr Jutkiewicz, Łukasz Macander, którzy przygotowali referat pt. Trendy partycypacyjne w sprawowaniu władzy publicznej w perspektywie 2050 roku.
W pierwszym z nich, dr Mirosław Wawrzyński zauważył, iż w XXI w. świat będzie o wiele szybszy niż obecnie, więc dotychczasowe sztywne instytucje państwa i style rządzenia albo ulegną pokaźnej modyfikacji, albo znikną. Nastąpi jeszcze większy rozwój miast i zwiększy się rola czynników demograficznych. Cyfryzacja będzie dotyczyć wszystkich aspektów życia człowieka. Społeczeństwa będą poddawane niespodziewanym destrukcjom w różnych obszarach życia. I systemy demokratyczne albo sobie z nimi poradzą (jeśli będą elastyczne), albo pozostaną w stagnacji, co oznacza, że np. takie problemy jak bezrobocie, korupcja, zadłużenie państwa, zróżnicowanie dochodowe pozostaną nierozwiązane. Mogą się wówczas pojawić nastawienia ksenofobiczne i populistyczne, będące katalizatorem radykalnych przemian, co może doprowadzić do ograniczenia reguł demokratycznych, a nawet do obalenia demokracji i zapanowania tyranii politycznej w postaci cyfrowego totalnego absolutyzmu.
Autor drugiego referatu – „Czy autorytarny dewelopmentalizm może zdominować świat?” - Konrad Prandecki, analizował przyczyny, które sprawiły, że demokracja przestała być najlepszą formą sprawowania władzy. Przedstawił kilka ograniczeń tego systemu, głównie krótkookresowy horyzont działań (cykle wyborcze), dłuższy czas reakcji na wydarzenia, a także konieczność uzyskania większościowego poparcia dla idei (utrudnienie podejmowania decyzji). To sprawia, że w najbliższych kilkudziesięciu latach nastąpi zapewne reforma systemu demokratycznego lub zostanie zastąpiony innym, bardziej efektywnym.
Przykładem takich zmian systemu są państwa Azji Wschodniej, których szybki rozwój staje się wzorem do naśladowania ich systemu politycznego określanego jako autorytarny dewelopmentalizm. Polega on m.in. na autorytarnej pozycji władzy wykonawczej, tworzeniu i konsekwentnym wdrażaniu długookresowych strategii rozwoju, dużym udziale wydatków inwestycyjnych w finansach państwa, wsparciu państwa dla wybranych sektorów lub przedsiębiorstw ułatwiających realizację jego celów gospodarczych, akceptacji systemu rynkowego, nastawieniu na edukację, proeksportowej polityce państwa.
Ten ustrój, który przynosi dobre efekty w sferze gospodarczej i społecznej, być może jest możliwy tylko w cywilizacji Wschodu, często nazywanej ryżową. Charakteryzuje się ona większą skłonnością do współpracy, co w efekcie prowadzi do współodpowiedzialności obywateli za państwo i
wzrostu wysiłku na rzecz wspólnoty.
Jednak w bogatszych społeczeństwach zainteresowanie autorytarną władzą słabnie na rzecz wzrostu partycypacji poszczególnych grup interesu w jej sprawowaniu. Widać to m.in. w Japonii, Republice Korei oraz Malezji, a także w bogacących się Chinach. Zatem za kilkadziesiąt lat należy się spodziewać, że wpływ autorytarnego sposobu sprawowania władzy będzie słabł, tworząc formę pośrednią pomiędzy autorytaryzmem a demokracją. Trzeba jednak pamiętać, że współcześnie systemy autorytarne stanowią dominującą formę sprawowania władzy w świecie.
O trendach partycypacyjnych w sprawowaniu władzy publicznej w perspektywie 2050 roku mówił z kolei Kacper Nosarzewski.
Stwierdził, iż czołowi teoretycy badań nad przyszłością zgadzają się, co do rosnącej zawiłości zagadnień, z którymi muszą mierzyć się państwa i organizacje międzynarodowe. Erozja suwerenności, zapoczątkowana w dwudziestoleciu międzywojennym w organizacjach międzynarodowych różnych typów sugeruje, że dzisiejszemu i przyszłemu wielocentrycznemu światu, który charakteryzuje się dużą dynamiką wzajemnych powiązań, najlepiej będzie odpowiadać trend rozwoju multicentrycznej i proaktywnej władzy publicznej. To wyjaśniałoby rosnące znaczenie systemów wczesnego ostrzegania, (wykorzystujących zbieranie i przetwarzanie przez władzę publiczną danych w poszukiwaniu sygnałów nadchodzących kryzysów). Z drugiej strony, równie ważny w ramach tego trendu jest rozwój partycypacji, w zakresie którego następuje przenikanie praktyk i instrumentów między biznesem a władzą publiczną.
W dyskusji, jaka wywiązała się po wystąpieniach, autorom referatów wytknięto brak odniesienia do elit społecznych i ich jakości, analizy demokracji na poziomie samorządów (prof. Andrzej Sopoćko), nieuwzględnienia struktury społecznej oraz czynników stałych historii ludzkości i czynników decydujących o przekształceniach ustrojowych (prof. Włodzimierz Bojarski).
Doniośle zabrzmiały głosy dwóch wiele znaczących w polskiej nauce humanistek – prof. Ireny Wojnar oraz prof. Marii Szyszkowskiej.
Prof. Wojnar, podkreślając erudycyjność mówców zdominowaną anglosaską umysłowością, (i pomijanie przez nich polskich myślicieli np. Abramowskiego), zauważyła, że w wystąpieniach zabrakło odpowiedzi na podstawowe pytanie: skoro świat należy urządzić inaczej, to kto to ma zrobić? To jest zadanie dla młodego pokolenia, bo jak pisał Abramowski – „nowy ustrój to podstawowe zadanie człowieka”. Zdaniem prof. Wojnar, autorzy referatów pominęli kategorię społeczeństwa obywatelskiego oraz nie podkreślili wagi edukacji.
Do edukacji nawiązywała też prof. Szyszkowska, która nie tylko odniosła się języka współczesnej dyskusji - odhumanizowanej nowomowy urzędniczej (czego przykładem jest choćby termin „kapitał ludzki”) - ale zwróciła uwagę na dwa mity, które zdominowały dyskusję w naszym społeczeństwie. Jeden z nich to mit neoliberalizmu, a drugi – demokracji. I zadała w związku z tym pytanie: skoro Polska de facto jest państwem wyznaniowym, to dlaczego w sferze gospodarki nie akceptuje na równych prawach trzech form gospodarowania: prywatnej, spółdzielczej i państwowej. Wszak akceptował to nawet papież Jan XXIII!
Ponadto zaakcentowała, iż nie ma wątpliwości, że zmiany w społeczeństwie są zależne od stanu świadomości człowieka, a ten determinuje edukacja. Tymczasem nauczycielom rząd nakazuje uczyć młodzież, ale „na potrzeby rynku”.
Sięga się do młodej kultury amerykańskiej i traktuje ją jako wzorzec, ale zapomina o długiej, bogatej i inspirującej kulturze europejskiej. Krytyka demokracji to nie jest nowe zjawisko w kulturze europejskiej - demokrację krytykował już Sokrates jako rządy przeciętniaków, a nie ludzi mądrych. Tu profesor podała przykład z Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie na wydziale prawa nie uczy się psychologii, a filozofia jest wykładana marginalnie. Czy po takiej edukacji sędzia może być mądry? – pytała.
Obecnie demokrację łączy się z biurokracją, przed czym przestrzegał już sto lat temu – źle w Polsce interpretowany – Fryderyk Nietzsche. Inny wybitny filozof niemiecki, Gustaw Radbruch, wykazywał, iż do ustroju demokratycznego przylega tylko socjalizm. W naszym kraju akcentował ten pogląd filozof i socjolog Edward Abramowski, przyjaciel Żeromskiego. Dziś w Polsce nikt nie ma jednak odwagi głosić poglądów o wartości socjalizmu, samo to słowo nie może nawet przejść niektórym przez usta. O demokracji natomiast można mówić tylko wówczas, kiedy społeczeństwo jest obywatelskie, tzn. zróżnicowane światopoglądowo i politycznie. A tego w Polsce nie ma – jest tylko religia katolicka i neoliberalizm – podsumowała prof. Szyszkowska.(al.)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1416
„Nierówności społeczne i gospodarcze uznaje się za jedne z najbardziej dynamicznie zmieniających się czynników, mogących wywoływać kryzysy rozwoju cywilizacyjnego Europy, a nawet świata” – to teza, nad którą dyskutowali uczestnicy konferencji pt. Zróżnicowanie dochodowe i społeczne Europy. Organizatorem konferencji, która odbyła się w Jabłonnie w dniach 21 i 22.06.17. był Komitet Prognoz PAN Polska 2000 Plus.
Wśród uczestników konferencji przeważali ekonomiści (acz nie brakowało – jak zawsze – przedstawicieli innych nauk) i to przedstawiciel tej dyscypliny, prof. Jerzy Kleer (INE PAN), wygłosił referat wprowadzający, pokazujący zróżnicowanie jako zjawisko uniwersalne (fragmenty zamieścimy w numerze 8-9/17 SN).
Zjawisko, którego tempo jest największe w historii ludzkości i to we wszystkich sferach życia społecznego, co skutkuje rosnącym wciąż rozwarstwieniem społecznym. W połączeniu z wizualizacją życia społecznego – możliwą dzięki nowym technologiom cyfrowym - prowadzi to do konfliktogenności i wywoływania wrogości między biednymi i bogatszymi.
Do przyczyn konfliktów – m.in. zaklętego kręgu biedy - odniósł się prof. Władysław Szymański (SGH), pokazując na przykładzie historii gospodarczej świata cały łańcuch zależności między elementami globalizacji, która skruszyła trzy bariery: kapitału, postępu technicznego i rynku. Globalizacja, której efektem jest ograniczanie biedy na świecie, nie tylko wpływa na zmniejszenie podatków (o podatkach w UE mówił prof. Andrzej Kondratowicz z SWPS), ale i dochodów, i przywilejów socjalnych.
Wraz ze wzrostem udziału kapitału w PKB, zmniejsza się rola płac, bo dochody ludności (i państw – z podatków) zostają zahamowane. Przy zmienionych relacjach ekonomicznych potrzeba więc innej redystrybucji dochodów państwa, ale te nie rosną, bo państwa są zmuszone podporządkować się międzynarodowemu kapitałowi (unikającemu podatków) i mediom, a więc są coraz słabsze. Państwo oddające władzę kapitałowi niewiele może tu zrobić, gdyż nie może narzucić mu kosztów społecznych.
Wędrujący międzynarodowy kapitał przyczynia się do narastania problemów globalnych, (którymi jako jeden z pierwszych zajmował się prof. Józef Pajestka), których nie umiemy rozwiązywać z poziomu państw narodowych i nie rozwiążemy bez globalizacji politycznej.
Widać to choćby po Afryce, kontynencie, na którym jest najwięcej ekstremalnej biedy w skali świata (70%), a do tego dotkniętym zmianami klimatycznymi, suszami, brakiem wody, co skutkuje migracjami na wielką skalę.
Wielkie nierówności związane z brakiem poczucia bezpieczeństwa (zadłużenie, brak pracy) rodzą zawiść i ryzyko terroru, łącznie z możliwością użycia broni masowego rażenia. Wzrost nierówności pogarsza więc i tak niestabilną sytuację świata.
Ostrzeżenia przed tą formą kapitalizmu, jaką jest neoliberalizm wywołujący ogromne podziały społeczne, formułowali zresztą wiele lat temu tacy ekonomiści jak E. Lutwak, I. Wallerstein i J. Keynes. „Zrobiliśmy sobie jednak tę jajecznicę, z której nie można odzyskać z powrotem całych jajek” – globalizacji cofnąć się już nie da. Trzeba więc rozwiązywać problemy, jakie ona stwarza w sposób globalny, tymczasem obecnie świat idzie w kierunku przeciwnym, nacjonalistycznym, bo nie umiemy się integrować, kiedy nie ma wroga. A taką właśnie sytuację stwarza ujednolicająca wszystko globalizacja.
Czy jednak ekonomia głównego nurtu dostrzega nierówności – ich wielkość, zasięg? Prof. Wiktor Rutkowski (IPiSS) podkreślił, iż temat ten traktowany był dotychczas tak, jak w biologii – czyli nierówności były dla ekonomistów sprawą normalną i oczywistą. Ekonomia zresztą nie ma instrumentów do zrozumienia procesów nierówności, choć np. polaryzacja dochodowa na świecie jest problemem większym niż ekologiczny.
Wykazał to w swoich badaniach na przykładzie Polski i Europy dr Michał Brzeziński (UW), burząc mity wytworzone u nas przez środowiska neoliberalne zachwycone „udaną” zmianą ustroju w sferze społecznej. Otóż indeks Giniego pokazuje, iż największe różnice dochodowe są właśnie w Polsce, wyprzedza nas tylko Rosja. Zdystansowaliśmy nawet USA, zwyczajowo uważane za kraj o największym zróżnicowaniu dochodów.
Nierówności w Polsce w ostatnich 25 latach – według badań ankietowych - wzrosły o 20-25%, natomiast według danych z zeznań podatkowych – o 40-50%. Jest to szczególnie wysoki wzrost nierówności dochodowych, a są przecież kraje jak np. Francja czy Belgia, gdzie one nie rosną.
Przyczyny rozwarstwienia są dość dobrze rozpoznane: globalizacja (otwarcie rynków), postęp technologiczny (polaryzacja rynku pracy), deregulacja sektora finansowego, erozja instytucji rynku pracy (spadek uzwiązkowienia), osłabienie progresywności systemów podatkowo-transferowych (w Polsce mamy de facto degresywny system podatkowy, zwiększający nierówności, na co wskazywał prof. Stanisław Owsiak z krakowskiego UE).
I choć zdaniem naukowca, badanie skutków nierówności ekonomicznych jest trudne metodologicznie, to większość wyników badań, jakie prowadzi się w ostatnich latach na świecie wskazuje, że nierówności dochodowe i majątkowe mogą mieć negatywny wpływ na wzrost gospodarczy, zdrowie, kapitał społeczny (brak zaufania), partycypację społeczną i wyborczą, a także poparcie dla UE.
Jeszcze mocniejsze wnioski w tej materii wyprowadziła prof. Joanna Kotowicz-Jawor z INE PAN, widząc w nierównościach społecznych nie tylko przyczynę zwiększenia niepewności politycznej i społecznej, ale i ryzyka inwestycyjnego, i osłabienie innowacyjności, ale nade wszystko - osłabienie zaufania społecznego, kreatywności i gotowości ludzi do współpracy.
Anna Leszkowska
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1372
Pod takim tytułem 25.06.19 odbyła się w Warszawie konferencja zorganizowana przez Agencję Procontent Communication, koordynatora Programu TOP CDR - Digitally Responsible Company. Na konferencji przedstawiono wyniki raportu na temat cyfrowej odpowiedzialności biznesu oraz dyskutowano nad tym, czy sztuczna inteligencja wygra z człowiekiem i czy Polacy boją się cyfryzacji, a także czy firmy są przygotowane na nadchodzące zmiany.
W debacie wzięła udział Rada Ekspertów programu TOP CDR, a także przedstawiciele patronów programu: prof. Bogusław Łazarz (PŚl.), dr Szczepan Moskwa (AGH), dr Małgorzata Suchacka (UŚl.), prof. Edward Lisowski (PK), dr Monika Marta Przybysz (UKSW), dr Cezary Rzymkowski (PW).
Z badań TOP CDR – Digitally Responsible Company (1010 ankiet w firmach powyżej 50 pracowników). wynika, że co trzeci pracownik w Polsce uważa, że automatyzacja pracy przy pomocy robotów wymusi na nim konieczność przekwalifikowania się lub zmiany pracy w ciągu najbliższych 10 lat. Badani zdają sobie sprawę, że dotychczasowe umiejętności mogą nie wystarczyć, by utrzymać się na rynku pracy w dobie postępującej cyfryzacji.
Blisko 1/3 badanych wskazuje, że w ciągu ostatnich 3 lat wdrożenie nowoczesnych technologii wymusiło redukcję etatów. Jednak aż 1/4 respondentów nie jest w stanie przewidzieć, jakie zmiany czekają rynek pracy w ciągu najbliższych 10 lat. Jest to odwrotna proporcja niż w krajach dużo bardziej zaawansowanych technologicznie, np. w USA, gdzie według danych PewResearch aż 72% badanych boi się automatyzacji, a tylko 1/3 spogląda optymistycznie na ten proces.
Zastępowanie pracy człowieka przez sztuczną inteligencję staje się zauważalne także dla pracodawców, choć dla większości z nich to wciąż odległy scenariusz. W ostatnich 3 latach wdrożenie nowych technologii (automatyzacja) spowodowała redukcję etatów (zwolnienia) w blisko 1/3 firm – takiej odpowiedzi udzieliło 28% badanych pracowników firm.
Przedsiębiorstwa stają się też coraz bardziej świadome jakości swojego cyfrowego śladu. Organizują szkolenia podnoszące kompetencje cyfrowe, wdrażają procedury cyberbezpieczeństwa, unowocześniają komunikację wewnętrzną, a także planują działania integracyjne „bez dostępu do sieci” – wynika z wywiadów przeprowadzonych w ramach raportu.
Program TOP CDR (Corporate Digital Responsibility) jest pierwszą w kraju tego typu inicjatywą, popularyzującą ideę ideę cyfrowej odpowiedzialności biznesu. Firma odpowiedzialna pod względem cyfrowym powinna zapobiegać negatywnym skutkom, które wynikają z przeciążenia informacjami.
Jak cyfrową odpowiedzialność postrzegają pracownicy? Dla ponad 40% ankietowanych, firma odpowiedzialna cyfrowo to firma, która prowadzi szkolenia w zakresie podwyższania kompetencji cyfrowych. 38% badanych odpowiedziało, że taka firma umożliwia pracownikom pozyskanie potrzebnych kompetencji cyfrowych, by nie stracili pracy w wyniku automatyzacji.
Więcej - http://topcdr.pl/2019/07/04/wyniki-ogolnopolskiego-raportu-top-cdr-digitally-responsible-company/
O skutkach społecznych, jakie niesie rozwój sztucznej inteligencji pisze w tym numerze SN uczestniczka konferencji dr Małgorzata Suchacka (Od człowieka do robota) oraz Martyna Czapska (Sztuczna inteligencja a prawo).
Temat sztucznej inteligencji poruszał na łamach SN kilkukrotnie prof. Andrzej Wierzbicki (Nowa rola przedsiębiorcy, Czym się zająć, Prognozy katastroficzne, Zmierzch pracy – scenariusz zagłady, Czym jest technika, Technika to kultura, Kryzys intelektualny), prof. Wiesław Sztumski (Wykluczanie człowieka), prof. Ryszard Piotrowski (Robot sędzią?) oraz Komitet Prognoz PAN (Czwarta rewolucja przemysłowa).