Informacje (el)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 3297
W Polskim Towarzystwie Ekonomicznym odbyła się 29.04.14 debata dotycząca książki wydanej przez Wydawnictwo Naukowe Scholar - Grzegorz W. Kołodko i ćwierćwiecze transformacji.
Oprócz prof. Grzegorza Kołodki, wzięli w nim udział redaktorzy naukowi tomu: prof. Paweł Kozłowski (UW) oraz prof. Marcin Wojtysiak-Kotlarski (SGH). Dyskusję prowadziła prof. Elżbieta Mączyńska, prezes PTE, która na wstępie przypomniała stwierdzenie nieżyjącego prof. Tadeusza Kowalika, iż w 1989 r. premier Mazowiecki popełnił kardynalny błąd, biorąc wzorce ustrojowe z Chicago zamiast z Bonn. Dotychczasowy spór o kształt ustrojowy Polski dotyczy bowiem głównie społecznej gospodarki rynkowej, zapisanej w Konstytucji RP, ale nie realizowanej od początku zmiany ustroju.
Prof. Kozłowski, przedstawiając podstawowe problemy związane z transformacją, jakie zostały omówione w książce zauważył, iż na kształt ustroju, jaki wprowadzono w 1989 r. miały wpływ reformy gospodarcze z lat 80., zatem trudno mówić o ostrej cezurze historycznej. Niemniej nasuwa się wątpliwość, czy Polska wykorzystała wówczas swoje szanse, skoro za podstawę oceny zmian ustrojowych winno się brać jakość życia obywateli. A tutaj nie mamy się zbytnio czym chwalić. Zdaniem prof. Kozłowskiego, wykorzystaliśmy nie więcej jak połowę istniejących wówczas szans, zdaniem prof. Kołodki – transformacja udała się na 2/3, a na tle państw ościennych nie wypadamy źle. Prof. Maciej Bałtowski uznał nawet, iż terapia szokowa autorstwa wicepremiera Balcerowicza pozwoliła uniknąć tego, co się stało na Ukrainie.
W toku burzliwej dyskusji zadawano pytanie prof. Kołodce: jak przezwyciężyć zadłużenie państwa i jak odbudować przedsiębiorczość oraz miejsca pracy, aby zapobiec emigracji (prof. Włodzimierz Bojarski); czy można mówić o zjawisku oligarchii w Polsce oraz czy była możliwa trzecia droga w 1989 r.? Dlaczego klasa robotnicza nie została beneficjentem przemian, choć była dobrze zorganizowana poprzez związki i samorządy?(dr Paweł Soroka); Jaka winna być polityka państwa, aby wspierać polskie przedsiębiorstwa i czy likwidacja 90% polskich przedsiębiorstw była niezbędna?; Jak można oceniać transformację przy tak wysokim bezrobociu i zadłużeniu? (dr Kazimierz Golinowski); Jakie skutki dla państwa przyniosła transformacja banków?; Czy należy skrócić czas pracy, aby zmniejszyć bezrobocie? (dr Andrzej Wernik stwierdził, iż wielkie bezrobocie musiało powstać, żeby zracjonalizować system zatrudnienia, bo gdyby nie terapia szokowa, polska gospodarka rozwijałaby się drogą białoruską).
W drugiej części spotkania głos zabrał prof. Kołodko podkreślając, iż ekonomia – także w Polsce - przeżywa największy w dziejach blamaż. Po 89 r. tylko garstka ekonomistów (m. in. prof. Kazimierz Łaski) zapowiadała kryzys (PKB spadł wówczas o 20% a produkcja o 25%).
Odnosząc się do zmian ustrojowych zauważył, iż w Polsce poszło wszystko nieco lepiej niż w innych państwach, gdyż nasz kraj – obok Węgier – był zorientowany najbardziej prorynkowo. My mieliśmy wszystkiego po trochu: demokracji, opozycji, itd. Czy jednak w 1989 r. uzasadnione było działanie radykalne? Otóż nie, nie była potrzebna tzw. terapia szokowa, gdyż istniały rozwiązania alternatywne.
Popełniono wówczas kilka kardynalnych błędów, np. bezsensowne obciążenie starych kredytów, nadmierna dewaluacja złotego oraz ustanowienie zbyt wysokiego popiwku (podatku od ponadnormatywnych wynagrodzeń). Niemniej recesja była nieunikniona (trwała 3 lata). A co do suwerenności – mieliśmy i mamy ją ograniczoną.
Odnosząc się do pytania o przyzwolenie robotników na takie zmiany podkreślił, iż robotnicy sami chcieli prywatyzacji swoich zakładów, gdyż byli przekonani, iż prywatny właściciel będzie im wypłacać wyższe wynagrodzenia. Był to fenomen socjologiczny, ale wynikający z manipulacji społecznej, jaką wówczas zastosowano - prania mózgów poprzez publiczną narrację. To samo dotyczyło stopy bezrobocia, które miało – według premiera Mazowieckiego - wynosić tylko ok. 400 tys. osób. Te wszystkie błędy w wysokim stopniu obciążyły polską gospodarkę, jednak autorzy tych rozwiązań do dzisiaj nie przyznają się do tego.
Czy Polska w 1989 r. miała inny wybór? Tak, miała, ale integrując się z UE dokonała wyboru słusznego. To nie było łatwe, gdyż – jak wspominał prof. Kołodko – w 1994 r. otrzymaliśmy 2800 wytycznych w sprawie dostosowania się do gospodarki unijnej. Swoboda była więc ograniczona, niemniej można było inaczej tworzyć różne instytucje. Najpotężniejszą winien być urząd ochrony konsumenta.
Co do Okrągłego stołu – nie wszyscy jego uczestnicy byli świadomi tego, że chodziło wówczas tylko o obalenie władzy. Gospodarkę traktowano instrumentalnie. Niszczenie przedsiębiorstw miało charakter wyłącznie ideologiczny.
A nasze zadłużenie? W 1990 r. nie było deficytu budżetowego (system emerytalny tworzono przy założeniu stabilnego budżetu, bez deficytu). Recepta jest zwiększenie skłonności Polaków do oszczędzania oraz wzrost inwestycji, w mniejszym stopniu - eksportu, a jeszcze mniejszym – importu. Wydatki z budżetu powinny rosnąć, ale bardziej niż dochody.
W dalszej części wywodu, prof. Kołodko zwrócił też uwagę, że 25 lat nowego ustroju to historia złożona z różnych okresów, niemniej, nie stworzyliśmy neokolonializmu, jak uważa prof. Witold Kieżun czy prof. Kazimierz Poznański.
Oczywiście, transformacja mogła i powinna iść w inną stronę, właśnie w stronę społecznej gospodarki rynkowej, choć to pojęcie nieostre. To jest największym niepowodzeniem reformatorów. Jednak takie zmiany trwają długo, 2-3 pokolenia, tymczasem Polska szła od sasa do lasa i efekt tego mamy dzisiaj. Zaprzepaszczonych szans już nie odrobimy, jednak i w przyszłości nie będziemy w stanie wykorzystać wszystkich, jakie się pojawią. Tak bywa tylko w bajkach, tymczasem tutaj ścierają się idee i interesy, a gospodarka jest oparta nie na wiedzy, ale na ideologii.
Walka z bezrobociem będzie owocna tylko przy wzroście tempa wzrostu gospodarczego, na co ten rząd nie ma pomysłu. Niemniej w Polsce nie będzie katastrofy – powstaną nowe miejsca pracy, ale będzie migracja i Polska musi się nauczyć wielokulturowości.
Gdyby to zależało ode mnie – mówił prof. Kołodko – podjąłbym się skrócenia czasu pracy (ale trzeba to robić na ścieżce wzrostu), bo to nie tyle walka z bezrobociem, co cywilizacyjne wyzwanie. Nawet Pan Bóg, gdyby dzisiaj tworzył świat, pracowałby tylko 4 dni, a w pozostałe trzy miałby szabas.
Anna Leszkowska
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1650
W ramach cyklu „Czy Świat należy urządzić inaczej”, Komitet Prognoz PAN „Polska 2000 Plus" zorganizował 24.05.17 w Warszawie konferencję pt. „Człowiek w antropocenie. Warunki przeżycia”.
W przedstawionych referatach pokazywano, że stopień wpływania przez człowieka na ekosystem zagraża nie tylko środowisku i planecie, ale przede wszystkim samemu człowiekowi. I tak: prof. Ewa Simonides, pokazując człowieka w środowisku przyrodniczym pokazywała, iż jeśli nie zmieni on swoich zachowań wobec środowiska, nie przetrwa w tak zdegradowanej biosferze, jaką mamy.
Człowiek zdołał bowiem opanować wszystkie lądowe ekosystemy Ziemi i zdominował wszystkie gatunki ssaków, ale tak wielki sukces gatunku może oznaczać jego klęskę. Przede wszystkim z powodu przeludnienia Ziemi – co 1 minutę przybywa 100 dzieci, czyli 80 mln rocznie. W dodatku ten wzrost ludności nie jest równomierny – najwięcej ludzi przybywa w Azji, Afryce i Europie.
Zagrożenie dla biosfery rośnie też z powodu silnie zróżnicowanego poziomu życia na kontynentach, co wiąże się nie tylko z degradacją lasów i gleb w państwach biednych, ale i rabunkową eksploatacją ich zasobów przez państwa bogate.
Mimo wysiłków wielu międzynarodowych organizacji, strefa głodu nie kurczy się, ale powiększa (Afryka, Indie), maleją zasoby wody słodkiej i coraz bardziej trudno o dostęp do niej. O ile mieszkaniec USA zużywa 350 litrów wody na dobę, a Europejczyk – 200, to już mieszkaniec Afryki subsaharyjskiej tylko 20 l/dobę. Nie mówiąc o tym, że 1 mld ludzi na świecie w ogóle nie ma dostępu do wody pitnej (o gospodarowaniu wodą na świecie mówił też prof. Piotr Kowalczak).
Okazuje się, że nasze XX-wieczne przekonania o „wodożernej” cesze przemysłu są nieprawdziwe – otóż to rolnictwo, a nie przemysł zużywa największe ilości wody, bo aż 92%. Przemysłowi wystarcza 4%, a gospodarstwom domowym – 3,6%.
Tragiczne w skutkach – także z powodu braku wody słodkiej – jest wylesianie (nie tylko pod uprawy). W ostatnich 15 latach z powierzchni globu ubyło 130 mln ha lasów, w tym – najbardziej cennych, tropikalnych, będących środowiskiem życia dla 90% roślin i zwierząt, mających wpływ na klimat Ziemi.
Ale czy ludzie widzą między tymi faktami związek? Czy mają świadomość, że na Ziemi zostało tylko 15% pierwotnych zalesień, a 28% wszystkich lasów zostało bezpowrotnie straconych, w dodatku 19% jest bardzo silnie zdegradowane?
Coraz mniej lasów, to mniejsza bioróżnorodność, o którą teraz walczą niektórzy rolnicy, ale to przecież rolnictwo jest głównym sprawcą degradacji naszej planety. To wskutek intensyfikacji upraw odwracano bieg rzek, powodując wysychanie jezior (Czad, Aralskie) i pustynnienie wielkich obszarów.
Człowiek degraduje Ziemię na tyle skutecznie, że obecnie znaleźliśmy się w epoce wielkiego wymierania. Co godzinę giną 3 gatunki, a co roku - ok. 100 tys. gatunków roślin i zwierząt. Zagrożonych wyginięciem jest 7500 gatunków, ale za 50 lat nie będzie np. ani jednej dziko żyjącej ryby…
To jest szósta wielka katastrofa na Ziemi i pierwsza, którą spowodował człowiek.
Kim zatem jest homo sapiens? Superpasożytem? Drapieżnikiem wysokiego szczebla? I czy ma szanse, licząc 7-11 mld osobników, przetrwać z tak zdegradowanej przez siebie biosferze? Odpowiedź nasuwa się sama: nie ma szans i przede wszystkim winien nie tylko pohamować swój drapieżny styl życia, ale i ograniczyć, i to znacznie, swoje rozmnażanie. (Tego zdania był także prof. Leszek Kuźnicki).
O tym, jak homo sapiens psuje klimat i jakie z tego powodu ponosi skutki, mówił z kolei prof. Zbigniew Kundzewicz. Ocieplenie klimatu, oceniane przez niektórych bardzo sceptycznie, nie jest sprawą wiary, ale twardych danych. Jak się okazuje, każda kolejna dekada jest cieplejsza. Pierwsza dekada XXI wieku była globalnie cieplejsza niż dekada lat 90. XX w., a ta z kolei cieplejsza od dekady lat 80. XX wieku. Lata osiemdziesiąte były zaś cieplejsze niż lata siedemdziesiąte i wszystko wskazuje, że jeśli nic nie będziemy robić – tempo ocieplenia będzie coraz większe.
Każdy rok XXI wieku należał do 17 najcieplejszych lat w historii globalnych obserwacji temperatury. Rekordy globalnej średniej temperatury rocznej zostały ostatnio pobite przez trzy kolejne lata: 2014, 2015 i 2016. Rok 2016 okazał się wiec najcieplejszy globalnie w historii obserwacji temperatury przy użyciu termometrów (czyli od roku 1880).
Wiele z obserwowanych zmian jest bezprecedensowych w skalach czasowych od dziesięcioleci do tysiącleci.
Interpretacja zachodzących zmian klimatu jest jednoznaczna - ponad połowa obserwowanego wzrostu średniej globalnej temperatury powierzchni w okresie od 1951 do 2010 roku była spowodowana działaniem człowieka (gazy cieplarniane). I to głównie człowieka bogatego, bo za połowę emisji CO2 odpowiada 10% najbogatszych, natomiast skutki tego ponoszą najbiedniejsi.
Zmiany klimatu to jednak nie tylko wzrost temperatury i związane z tym efekty (topnienie lodów i wzrost poziomu morza), ale i zmiany unikalnych systemów związanych z lodem morskim Arktyki i rafami koralowymi, ekstremalne zjawiska pogodowe (upały, huragany, sztormy, nawalne deszcze). Ryzyko ich wystąpienia jest nie tylko coraz większe, ale i nierównomiernie rozłożone w przestrzeni.
Niestety, generalnie większe dla mniej zamożnych osób i społeczności.
Polacy są świadomi zmian klimatu, ale kwestia ta nie jest powszechnie uznawana za priorytet - podkreślał prof. Kundzewicz. Obserwowane skutki zmian klimatycznych w kraju nie są dramatyczne, a ich interpretacja jest złożona, w grę wchodzi bowiem wiele czynników. Połączenie dużej naturalnej zmienności zjawisk hydro-meteorologicznych oraz dużej niepewności w projekcjach na przyszłość, utrudnia publiczną dyskusję.
Często zadawane pytanie dotyczy „wiary” lub „niewiary” w zmiany klimatu. W związku z tym, zagadnienie zmian klimatu nie jest w Polsce traktowane tak poważnie, jak na to zasługuje. A już zupełnie mało komu przychodzi do głowy, że skoro upadło już 21 cywilizacji z przyczyn środowiskowych, to i nasza też upadnie. A z nią i my zginiemy.
Anna Leszkowska
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2886
Twórcom Ogrodu Botanicznego PAN w Powsinie – nieżyjącym już profesorom: Romanowi Kobendzy, Bogusławowi Molskiemu, Szczepanowi Pieniążkowi oraz Emilowi Nalborczykowi dedykowano „Drzewo pamięci zasłużonych dla Ogrodu Botanicznego PAN”.
Pomnik autorstwa Piotra Rzeczkowskiego jest kamiennym obeliskiem w kształcie drzewa, a usytuowano go obok willi Fangorówka – miejsca wystaw malarskich oraz koncertów muzycznych (ich pomysłodawcą był prof. Zbigniew Gertych), jakie letnimi niedzielnymi popołudniami umilają zwiedzającym pobyt w tym pięknym miejscu.
Odsłonięcie pomnika połączone z uroczystą sesją (i koncertem fortepianowym w wykonaniu Piotra Latoszyńskiego), jaka odbyła się 15 maja 2015 uświetniła 25. rocznicę udostępnienia ogrodu dla publiczności, choć sam ogród ma znacznie dłuższą historię, powstawał bowiem od 1957 roku.
Plany utworzenia nowego ogrodu botanicznego w Warszawie (istniał bowiem już obecny, nieduży Ogród Botaniczny Uniwersytetu Warszawskiego) sięgały zresztą czasów jeszcze wcześniejszych – 1928 roku, kiedy dwaj botanicy, profesorowie Bolesław Hryniewiecki i Roman Kobendza (ówcześnie dyrektor i inspektor Ogrodu Botanicznego UW) zamyślali utworzenie dużego ogrodu botanicznego w rejonie Powsina i Klarysewa.
Pomysł ten jednak – wskutek wojny - pozostał w sferze marzeń i dopiero w 1957 r. Polska Akademia Nauk powołała Ogród Botaniczny jako zakład naukowy pod kierownictwem prof. Wacława Gajewskiego. Niestety, po 10 miesiącach zakład zaprzestał działalności.
Stan ten trwał do 1970 roku, kiedy dzięki prof. Szczepanowi Pieniążkowi, przy Zakładzie Genetyki Roślin PAN, utworzono w Skierniewicach Pracownię Zasobów Genowych Roślin Uprawnych. To była baza do budowy Ogrodu Botanicznego, choć dopiero po czterech latach (1.07.74) rząd i prezydium PAN podjęły decyzję o jego utworzeniu jako samodzielnej placówki naukowo-badawczej przy wydziale II PAN (Nauk Biologicznych).
Urządzanie ogrodu tak, aby można było udostępnić go zwiedzającym trwało 16 lat i było dziełem życia prof. Bogusława Molskiego, któremu zadanie to powierzył prof. Pieniążek.
Uroczyste otwarcie Ogrodu odbyło się 12 maja 1990r., a w pięć lat później zbudowano w nim i otwarto Centrum Edukacji Przyrodniczo-Ekologicznej. W tym samym, 1995 r. Prezydium PAN podjęło uchwałę nadającą Ogrodowi status placówki naukowej PAN, a w dwa lata później zmieniono jej nazwę i status na Ogród Botaniczny – Centrum Zachowania Różnorodności Biologicznej PAN. Wynikało to m.in. z faktu, że Ogród Botaniczny w Powsinie miał już spory dorobek w ratowaniu bioróżnorodności, w tym – zachowania w warunkach ex situ rzadkich, zagrożonych i chronionych gatunków flory Polski oraz stworzenia banku nasion.
Rok ten był także czasem „pączkowania” ogrodu – w jego strukturze utworzono Pracownię Zachowania Bioróżnorodności Górnego Śląska z zadaniem zorganizowania Śląskiego Ogrodu Botanicznego w Mikołowie.
Zakładanie ogrodu to praca na całe życie i musi znaleźć się człowiek, który się temu zadaniu poświęci, ale utrzymanie ogrodu to dzieło wielu pokoleń. Ogród Botaniczny PAN – mimo początkowych perturbacji – miał i ma szczęście pod tym względem. Znaleźli się liderzy – zwłaszcza nieoceniony prof. Molski i obecny dyrektor – prof. Jerzy Puchalski (wychowanek prof. Molskiego) – zdolni utworzyć i rozwijać tak wyjątkową placówkę naukową. I rozumieli potrzebę istnienia takiej placówki naukowej (a zatem i jej rozwoju) prezesi PAN – zwłaszcza prof. Leszek Kuźnicki, któremu - jako biologowi i społecznikowi - idea ta była i jest szczególnie bliska.
Historia Ogrodu Botanicznego PAN jest zresztą napisana wieloma nazwiskami – nie tylko naukowców, ale i władz państwowych PRL, i przedstawicieli KBN, dzięki którym udało się w początkach lat 90. utrzymać ten ogród jako miejsce nauki – o czym przypominał dyrektor Puchalski oraz liczni zaproszeni na tę uroczystość goście: m.in. rodziny uhonorowanych pomnikiem profesorów, przedstawiciele placówek naukowych z całego kraju, bratnich ogrodów, towarzystw i stowarzyszeń botanicznych, leśnicy, samorządowcy, artyści.
Nie rozumiały natomiast potrzeb ogrodu, ani zwiedzających go (2,7 mln osób przez 25 lat, 100 tys. rocznie) władze Warszawy (na uroczystość nikt z nich zresztą nie przybył). Przez ćwierć wieku urzędnicy ratusza nie dostrzegają Ogrodu, ani jego roli w życiu stolicy (Ogród, oprócz funkcji rekreacyjnych i estetycznych, prowadzi od 40 lat biologiczny monitoring zieleni na terenie Warszawy oraz edukację ekologiczną dla uczniów i studentów warszawskich szkół) - nawet nie stworzyły dogodnego dojazdu do tego miejsca, nie mówiąc o ignorowaniu potrzeb terytorialnych ogrodu.
Pierwotnie bowiem założono, iż będzie się on rozciągał na obszarze 230 ha, na górnym i dolnym tarasie Skarpy Warszawskiej, co pozwoliłoby zgromadzić w nim roślinność z całej Polski. Po 1989 r. obietnice władz PRL zignorowano i ogród pozostał na obszarze początkowym – 40 ha, bez możliwości rozszerzenia, gdyż ostatni wolny „kawałek” ziemi, obiecany ogrodowi, zabrał fundusz kościelny.
Ta ostatnia decyzja przypieczętowała los ogrodu, który musi się zadowolić 40 ha terenu (większe ogrody ma Łódź – 67 ha oraz Bydgoszcz – 60 ha), na którym są kolekcje flory polskiej (m.in. z roślinami chronionymi i zagrożonymi), roślin drzewiastych (arboretum na 6 ha), roślin ozdobnych (ponad 3000 taksonów bylin, cebulowych i kłączowych oraz róż – 700 taksonów, co czyni ją największą kolekcją róż w Polsce o statusie kolekcji narodowej), roślin użytkowych (rośliny lecznicze, przyprawowe, warzywa, krzewy i drzewa owocowe) oraz kolekcję roślin klimatu ciepłego (szklarniowych).
Anna Leszkowska
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2140
O szansach i zagrożeniach, jakie niesie czwarta rewolucja przemysłowa debatował 22.11.17 Komitet Prognoz PAN „Polska 2000+”. Konferencja odbywała się w ramach cyklu "Czy Świat należy urządzić inaczej".
Na wstępie prof. Bogdan Galwas przypomniał historię dotychczasowych rewolucji:
- pierwszej, która rozpoczęła się w roku 1784 i związana była z wynalazkiem maszyny parowej; rozpoczął się wtedy wiek pary;
- drugiej, w roku 1870, która zapoczątkowała wiek elektryczności, silnika Diesla, a wkrótce masowej produkcji;
- trzeciej, przemysłowej, która zaczyna się umownie w roku 1969 i zapoczątkowuje wiek elektroniki, komputera, automatyzacji i robotyzacji produkcji;
- czwarta, której świadkami jesteśmy, zaczęła się umownie w roku 2010
i rozpoczęła wiek sztucznej inteligencji.
Podkreślił, iż ta ostatnia nosi także nazwę przemysłowej z uwagi na niezwykle szybko zachodzące zmiany (wzrost wykładniczy), ich globalny zasięg i dogłębność oraz wpływ na system życia i funkcjonowania całej ludzkości.
Co dzisiaj możemy powiedzieć o 4. rewolucji przemysłowej? Z jednej strony, szybki rozwój nauki i technologii daje nadzieję na rozwiązanie wielu problemów (np. z zakresu medycyny, energetyki, wody, zanieczyszczeń powietrza, ocieplenia). Zwłaszcza, że na świecie jest coraz więcej wykształconych ludzi (w latach 1960-80 uczelnie wykształciły około 150 mln specjalistów, miedzy 1980-2000 - 300 mln, a w nadchodzących 20 latach przybędzie 450 milionów dobrze wykształconych ludzi).
Z drugiej jednak – rodzi obawy o zasięg i nieprzewidywalność zmian, o panowanie nad ich skutkami (np. rosnące podziały społeczne, bezrobocie, problemy zdrowia psychicznego, rosnące zanieczyszczenie ekosfery).
Kto wie, czy czwarta rewolucja napędzana mechanizmem walki wolnorynkowej o pieniądze i zysk, bez zwracania uwagi na negatywne skutki w społeczeństwach i w środowiskach nie doprowadzi do katastrofy w skali planetarnej.
Na zagrożenia te zwróciła również uwagę CIA w 2007 roku pisząc, że "regiony, państwa i grupy, które czują się pominięte staną przed pogłębiającą się ekonomiczną stagnacją, polityczną niestabilnością i kulturalną alienacją. Będą one popierać polityczny, etniczny, ideologiczny oraz religijny ekstremizm, wraz z często towarzyszącą jej przemocą”.
Sztuczna inteligencja
Jednak 4. rewolucja przemysłowa to przede wszystkim początek epoki cyfryzacji i sztucznej inteligencji (AI). O zagrożeniach związanych z tym aspektem rozwoju cywilizacji mówił prof. Ryszard Tadeusiewicz. Przypomniał, że w opublikowanym w 2016 roku liście otwartym wystosowanym przez Future of Life Institute (podpisanym także przez Stephena Hawkinga, Stuarta Russella i Elona Muska), przedstawiono AI jako jedno z największych zagrożeń dla ludzkości.
W efekcie tego, w ub. roku grono uczonych wypracowało kodeks 23 zasad bezpiecznej AI, który wydaje się jednak mało praktyczny, bo AI jest nadal intensywnie rozwijana przez placówki naukowe oraz ogromne ponadnarodowe firmy, takie jak Google czy Facebook.
Czy jednak niepokój o skutki AI jest słuszny? Czy rozwój sztucznej inteligencji to dobrze, czy źle? Obawy przed AI, o to, że roboty nas zniszczą, wynikają z braku rzetelnej wiedzy. Po pierwsze, to człowiek tworzy maszynę. Po drugie – tylko człowiek ma możliwość rozumienia intencji, rozumie sens – maszyna tego nie potrafi. Maszyna nie ma też poczucia jaźni i własnego interesu. To nie robotów więc należy się bać, ale niewyobrażalnej skali bezrobocia, jakie one wywołają. Praca bowiem jest elementem godności człowieka.
A może cyberewolucja?
Do momentów przełomowych w rozwoju ludzkości odniósł się w swoim wystąpieniu („CyberEwolucja”) Marek Chlebuś, przedstawiając inne kryteria rozwoju cywilizacji. Według niego, 4. rewolucję napędzają technologie Sieci: Internetu, Internetu Rzeczy (IoT), oraz bio-internetu, czy neuro-internetu, który powoli staje się możliwy. Konsekwencją takich technologii będzie Ziemia pokrytą warstwą kognitywnej materii, obejmującej wszystkie artefakty, wszystkich ludzi, a także zapewne rośliny i zwierzęta zainfekowane nanochipami, wypełniającymi środowisko. Taki stan ma już nazwę: noosfera.
Słowo to utworzył prawie sto lat temu Vladimir Vernadsky, twórca i pierwszy prezes Ukraińskiej Akademii Nauk, autor książki Biosfera, w której przedstawia trzy warstwy i trzy etapy ewolucji. W pierwszym kształtowała się nieorganiczna geosfera, aż do powstania życia, które zbudowało nad geosferą biosferę, a ta ją zupełnie przekształciła (drugi etap). Biosfera ewoluowała dalej według swoich praw, aż nad nią ukształtowała się noosfera, sfera umysłu, która uczyniła ją sobie poddaną (trzeci etap).
Pojęcia noosfery oraz globalnego mózgu były źródłem inspiracji dla wielkiej liczby prac naukowych, paranaukowych i filozoficznych, także dla Marshalla McLuhana, według którego ewolucja mediów i ewolucja ludzkości to właściwie ten sam proces. A zatem główne mutacje w ewolucji mediów są automatycznie kluczowymi mutacjami w ewolucji ludzkości.
Jako pierwszą i najważniejszą z tych mutacji, McLuhan wyróżnił mowę, która miała nas wydobyć ze stanu zwierzęcego. Drugie było pismo, z którym przyszła cywilizacja, potem druk i dalej media masowe, które uczyniły nas ludźmi współczesnymi - przez nie jesteśmy wszyscy formatowani i sterowani. A dalej mamy Sieć, która powinna być kolejną wielką mutacją w rozwoju mediów i ludzkości.
Ta systematyka, według Marka Chlebusia dostarcza lepszych punktów odniesienia i właściwszej skali niż koncepcja czterech rewolucji przemysłowych. Poza obszarem wytwórczym, 4. rewolucja przemysłowa wydaje się pojęciem nadmiernie spłaszczającym perspektywę i nasuwającym skojarzenia ze zmianami, jakie wywołała maszyna parowa, elektryczność czy komputery, a te są po prostu drobne w porównaniu z przemianami, jakie przyniosła mowa, pismo czy mass media.
Cyfryzacja pracy
Jeszcze inaczej do terminu „4. rewolucja przemysłowa” podchodzi prof. Andrzej Wierzbicki, według którego nadchodząca epoka, to czas cyfryzacji pracy. W swoim wystąpieniu zatytułowanym „Czym się zająć, z czego żyć, czyli komu potrzebny człowiek pracujący?” podkreślił, że problem cyfryzacji pracy jest często lekceważony wobec bieżących sporów doktrynalnych o stare paradygmaty.
Tymczasem cyfryzacja pracy jest megatrendem, napędzanym poprzez podaż nowych technik i narzędzi cyfrowych z jednej strony, zaś z drugiej strony przez podstawowy mechanizm kapitalizmu – zastępowanie pracy przez kapitał, a raczej maszyny, urządzenia i narzędzia przez ten kapitał kupione. W obecnych warunkach megatrend cyfryzacji pracy może skutkować zmniejszaniem zatrudnienia w tempie 4-5% na dekadę i zniknięciem wielu zawodów.
Z uwagi na różnice pomiędzy inteligencją cyfrową (tzw. sztuczną inteligencją) a inteligencją człowieka obejmującą intuicję, fantazję i empatię, cyfryzacji pracy oprą się zawody twórcze, wymagające intuicji i fantazji – artystyczne, techniczne, badawcze – a także zawody wymagające empatii – w lecznictwie i nauczaniu, zaś ponadto, w pewnym stopniu, w administracji centralnej i lokalnej. W sumie da to pracę ok. 40% dorosłej siły roboczej. Brak pracy dla pozostałych 60% może spowodować poważne napięcia społeczne, stąd niezbędne staną się takie rozwiązania jak np. obywatelski dochód podstawowy. Niezbędna może też się okazać modyfikacja kapitalizmu, związana z kreowaniem miejsc pracy jako podstawowego obowiązku etycznego kapitalisty.
Samotność człowieka
W podobnym duchu, troski o człowieka jako istoty społecznej, mówiła prof. Maria Szyszkowska („Rozkwit cywilizacji a relacje międzyludzkie”) podkreślając, iż rozkwit techniki budzi zachwyt nad możliwościami człowieka oraz nad postępem nauk. Jednakże rozkwit cywilizacji wyznaczany jest w dużej mierze celami wojennymi i przyczynia się do niszczenia środowiska naturalnego.
Rewolucja przemysłowa wzmaga potrzebę wygody, która izoluje człowieka od człowieka. Wygodne życie gwarantowane przez wynalazki cywilizacyjne potęguje bierność i niechęć do podejmowania czynów. Następuje zamykanie się w znanym sobie małym kręgu osób, a to skutkuje brakiem inspiracji, zabija twórczość.
Rozkwit cywilizacji ujawnił wielkie możliwości człowieka, ale zarazem przyczynia się do jego separacji, osamotnienia. Nadmiar informacji zamiast, jak się spodziewano, wyrabiać mądrość, rodzi poczucie chaosu i zagubienia oraz jest źródłem manipulacji świadomością człowieka.
Jeszcze większe podziały społeczne
W nurcie skutków społecznych, jakie już wywołuje 4. rewolucja przemysłowa znalazło się też wystąpienie prof. Andrzeja Sopoćki („Czy rewolucja informatyczna prowadzi do skrajnej dychotomii pozycji społecznych?”).
Jak podkreślił autor referatu, dotychczasowe przełomy techniki i technologii prowadziły do zmiany struktury zatrudnienia i powstawania całkiem nowych dziedzin gospodarki. W nowych dziedzinach powstawały liczne stanowiska pracy, rekompensujące z nadwyżką ich utratę w starych.
Obecnie jednak wiele zjawisk wskazuje, że proces ten się załamał, a dzisiejsze wyzwania adresowane są w istocie tylko dla wybijających się wiedzą i umiejętnościami: tylko oni są bowiem w stanie opanować nową technikę i tworzyć nowe wartości. Jednocześnie dla osób z przeciętnymi zdolnościami i możliwościami nastał czas najgorszy.
Tylko pewna cześć społeczeństwa jest w stanie sprostać wyzwaniu cyfrowej rewolucji . Pozostała – po części ze względu na niedostatek możliwości intelektualnych, w części - ze względu na inaczej ukształtowane predyspozycje, gospodarka będzie odrzucać. Będą one mogły jednak liczyć na pracę w finansowanych z wydatków publicznych służbach socjalnych, ochronie przyrody, powszechnej służbie zdrowia. Wiązać się to jednak będzie z relatywnie niższymi wynagrodzeniami w stosunku do wynagrodzeń sfery wytwarzania.
Charakter obecnej rewolucji technologicznej wraz procesem globalizacji powodują nieznane dotąd zmiany w strukturze dochodów. Jest to zjawisko powszechne w krajach wysoko rozwiniętych. Dane z lat 2002-2015 wskazują, że następuje bardzo szybkie bogacenie się górnych decyli struktury dochodowej i stagnacja, a nawet spadek dochodów biedniejszej części społeczeństwa.
Odpowiedzialnością za ten stan rzeczy należy w pewnej mierze obciążyć komputeryzację i automatyzację. Niemniej, mimo nawet totalnej automatyzacji, przez długi czas ludzie będą mieć pracę, gdyż będą niezbędni do kontrolowania zautomatyzowania systemów, ochrony ich przed cyberatakami, tworzenia kolejnych aplikacji itd.
Konkurencja o nich ze strony pracodawców wywinduje płace tych osób wysoko w górę. W stosunku do reszty nie będzie takich przesłanek. Co więcej, pozostali będą musieli konkurować z coraz tańszymi robotami, co oznacza zgodę na coraz niższe płace. Podział na biednych i bogatych będzie więc coraz łatwiejszy, jako że środek piramidy dochodowej wydaje się być w zaniku.
Anna Leszkowska