Nauka i gospodarka (el)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 3496
Z prof. Markiem Banaszkiewiczem, dyrektorem Centrum Badań Kosmicznych PAN, rozmawia Anna LeszkowskaNa uroczystym spotkaniu na Politechnice Warszawskiej (6.12.12.) z okazji przystąpienia Polski do ESA, gen. Mirosław Hermaszewski zauważył, iż po 17 latach starań jesteśmy wreszcie w ESA, ale nie wiemy, co tam mamy robić.
A przecież Rada Ministrów przyjęła w czerwcu 2012 roku Program działań na rzecz rozwoju technologii kosmicznych*... (Nb. na spotkanie to nie przybył nikt z rządu, choć ministrowie potwierdzali wcześniej swoją obecność.)
- To jest tylko zarys schematu organizacyjnego, zawierający priorytety. Pierwszym z nich było przystąpienie Polski do Eumetsatu, co nastąpiło parę lat temu, następnie do ESA, co stało się w końcu 2012, trzecim jest stworzenie narodowego programu kosmicznego i jego realizacja, a czwarty to utworzenie narodowej agencji kosmicznej.
Ale to z programem szczegółowym ma niewiele wspólnego, choć i w nim też trzeba ustanowić priorytety. Czynniki, jakie decydują o ich wyborze to: po pierwsze - już istniejące kompetencje, żeby nie zaczynać od zera; po drugie – to powinno być korzystne dla polskiej gospodarki i obywateli (zatem pożądane są programy aplikacyjne, bo one szybko się zwracają); i po trzecie - powinniśmy się z tymi programami odnaleźć w ESA.
Czyli nie wystarczy zadekretować, że będziemy budowali świetne rakiety, nawet jeśli mielibyśmy potencjał, bo takowe są już budowane w ESA. Poza tym budowanie rakiet wymaga nie tylko potencjału intelektualnego, z czym pewnie nie mielibyśmy większego problemu, ale i potencjału infrastrukturalnego. A z tym jest podstawowa trudność: gdzie w Polsce znaleźć miejsce, skąd można je bezpiecznie wystrzeliwać, nie mówiąc już o instalacjach, etc. I argument ostateczny: żeby móc o tym mówić, trzeba wyłożyć na stół minimum 100 mln euro.
- Kto w Polsce zajmuje się koordynowaniem polityki kosmicznej? Ministerstwo Gospodarki, CBK PAN, Zespół ds. Przestrzeni Kosmicznej?
- W listopadzie 2012 powołano rządowy, Międzyresortowy Zespół ds Przestrzeni Kosmicznej na szczeblu podsekretarzy stanu, który zajmuje się strategią, programem, finansowaniem, kontrolą tego, co się dzieje, wypowiada się co do polityki Polski w tej dziedzinie. Na poziomie operacyjnym natomiast zajmuje się tymi sprawami zespół w ministerstwie gospodarki złożony z pięciu kompetentnych osób, które jeżdżą do ESA, przedstawiają nasze stanowisko, zbierają opinie, itd. Od strony naukowej istnieje Komitet Nauk Kosmicznych PAN, który pełni rolę ekspercką, ale nie ma zdolności decyzyjnych. Powstało też jeszcze jedno ciało – Związek Pracodawców Sektora Kosmicznego – skupiający 23 instytucji. Dominują w nim przedsiębiorstwa, ale są też cztery instytuty: CBK PAN, PIAP, Instytut Lotnictwa, Instytut Łączności.
- A IMGW i IGiK nie ma?
- O dziwo, nie ma.
- Wiadomo dokładnie ile mamy firm, których działalność jest związana z przemysłem kosmicznym? Znalazłam dane, że ok. 50.
- Firmy są potencjalnymi beneficjentami kontraktów ESA i to ESA, sporządzając analizy, dotarła do 50 firm. Są to tylko te, które zgłosiły swój akces do programów agencji. Ale jest ich z pewnością więcej, tylko, że jeszcze nie wiemy ile.
- Czy obecny stan organizacji w tym obszarze jest optymalny? Może powinniśmy szybko utworzyć narodową agencję kosmiczną?
- Nie spieszyłbym się z szybkim tworzeniem agencji, choć uważam, że powinna powstać. Moim zdaniem, należy poczekać rok, dwa na wyniki działań naszego przemysłu w ESA. Bo wówczas można będzie lepiej zaplanować jej kształt. Będziemy mieć już jakieś doświadczenia, oswoimy się w działaniami w tym zakresie.
Agencję należy utworzyć, ale pod pewnymi warunkami. Po pierwsze, istotną w niej rolę – co się dotąd jeszcze nigdy u nas nie udało – powinni odgrywać inżynierowie, bo ESA i cały ten obszar istnieje dzięki umiejętnościom inżynierskim. Tak, jak to jest we Włoszech - udało się tam stworzyć narodową agencję kosmiczną, w której wszyscy z 7 zarządzający są inżynierami.
- A czy powinniśmy się spieszyć z tworzeniem narodowego programu kosmicznego? Pan przedstawiał ministrowi nauki jego zarys**.
- Tu są dwie sprawy: program i kto go będzie finansować. Właściwie to program już jest, choć w szczegółach zapewne będzie podlegał modyfikacjom i na pewno będzie obiektem sporów. Oczywiście, powinien być kształtowany elastycznie, z możliwością modyfikacji, jak programy amerykańskie, które konstruowane są na 30 lat, ale po kilku są niekiedy kompletnie zmieniane. To jest najczęściej związane z tworzeniem i opanowaniem nowych technologii. Np. Europa nie umie jeszcze wysłać satelity badawczego z lądownikiem np. na Marsa tak, aby pobrać z niego próbki i wrócić z nimi na Ziemię.
Gdybyśmy mieli konstruować w podobnym duchu program polski, np. budowy satelity (podobnego, acz większego od BRITE), to musielibyśmy sobie odpowiedzieć na kilka podstawowych pytań: czy umiemy się dogadać z tym, kto będzie rakietę z tym satelitą wysyłał w kosmos, czy mamy stacje łączności z tym satelitą, czy potrafimy przetwarzać dane z tego satelity?
W programie narodowym postawiliśmy kilka celów: w naukowym podkreśliliśmy, aby nasze dobre grupy badawcze (a mamy np. świetnych astrofizyków od promieniowania gamma, którzy brali wcześniej udział w misjach kosmicznych) miały możliwość zbudowania własnego przyrządu, albo przewodniczenia dużemu konsorcjum europejskiemu. Do tego potrzebne są dwa czynniki – istniejący potencjał naukowy i techniczny. To znaczy, musielibyśmy się wyspecjalizować w budowaniu takiego przyrządu, abyśmy mogli nie tylko naukowo, ale i technologicznie skupić wokół siebie firmy. To jest program na 5-10 lat. I takich pól, na jakich moglibyśmy liderować w Europie byłoby 2-3. Na więcej nas i finansowo, i demograficznie nie stać, dlatego trzeba je mądrze wybrać i konsekwentnie rozwijać.
- Czyli pierwszy obszar to nauka, a drugi – zastosowania?
- Nie. Drugim są technologie podstawowe. My, CBK PAN, wyspecjalizowaliśmy się w instrumentach. Ale tu beneficjentami są głównie naukowcy. Same technologie kosmiczne, czyli rozwijanie nowych materiałów dla kosmosu, nowych systemów, baterii słonecznych, itd. ma wartość samą w sobie, bo po pierwsze - można to sprzedać (może to robić przemysł), a po drugie - z tego bardzo szybko powstają zastosowania naziemne, które dają dodatkowy zysk. To na razie też robimy w CBK PAN, ale wchodzimy w bardzo szeroką kooperację w Polsce i z zagranicą i tu widzę szanse dla polskiego przemysłu.
I trzeci obszar to zastosowania, czyli już nie to, co lata, ale wykorzystanie sygnałów z kosmosu, żeby stworzyć jakieś oprogramowania, serwisy, nowe mapy. I w każdym z tych obszarów winniśmy wypracować sobie jakąś linię, tzn. w nauce – jak mówiłem, a w technologiach mieć kilka na najwyższym poziomie.
- Na ile lat taki program powinien być i w jaki sposób winien być finansowany?
- Takie programy pisze się na wiele, ok. 10 lat, ale koryguje po ok. 2-3 latach. Co do finansowania, to powinny tu być różne źródła. Jedno – składka z ESA. Drugie – narodowy program, czyli finansowanie z budżetu, bo żeby coś zaproponować w ESA, trzeba najpierw to mieć i na to trzeba znaleźć narodowe pieniądze. Trzecie – to programy europejskie. Np. budżet Horyzontu 2020 będzie wynosić ok. 1,7 mld euro na 6 lat, czyli ok. 300 mln euro rocznie. Natomiast roczny budżet ESA (razem z GMES i Galileo) to 5 mln euro rocznie. Ale żeby być beneficjentem tych środków, potrzebny jest przemysł, bo samo CBK PAN tego nie udźwignie, to jest poza naukowym obszarem działania. Jest jeszcze jedno potencjalne źródło finansowania – programy wojskowe. Gdybyśmy budowali satelitę wojskowo-cywilnego, to byłby finansowany także i z budżetu MON.
- Jaki winien być poziom finansowania programu?
- Tu nie ma reguł. Wiadomo, ile wydają USA czy państwa europejskie, Rosja czy Chiny. Francja i Niemcy, które obecnie są najmocniejszym państwem, jeśli idzie o nakłady w tej dziedzinie, wydają prawie 800 mln euro mln każde. I prawie tyle samo odzyskują ze składki do ESA.
- A my płacimy składkę....
- 19,5 mln euro za członkostwo plus 10 mln euro tzw. składki opcjonalnej. Na ogół we wszystkich krajach proporcja między składką opcjonalną a mandatową, czyli obowiązkową jest jak 3:1. Gdyby polska trzymała się tej strategii, to powinna przy 19,5 mln składki obowiązkowej, płacić 60 mln euro opcjonalnej. Podobno są analizy, z których wynika, że opłacalność uczestnictwa pojawia się przy stosunku tych składek jak 1:2, czyli winniśmy zapłacić ok. 40 mln euro, a płacimy o 10 mln euro mniej. Niższa stawka opcjonalna wynikła z obawy, że w pierwszym okresie nie uda nam się jej wykorzystać. Ale może po 2-3 latach zostanie ona podniesiona, jeśli okaże się, że idzie nam dobrze. A ile Polska winna wydawać na program kosmiczny? Nasz PKB jest 6 razy mniejszy niż niemiecki, więc gdybyśmy byli rozwiniętym krajem kosmicznym winniśmy wpłacać do ESA ok. 100 mln euro. A trzeba pamiętać, że Niemcy mają jeszcze dodatkowo 60% tej kwoty z programu narodowego.
- Ile musielibyśmy wyłożyć dodatkowo na program narodowy?
- Tutaj trzeba inaczej liczyć, bo to nie są dodatkowe pieniądze, ale pochodzące z istniejących programów. Mamy sektorowy program lotnictwa na 5 lat wart 500 mln zł. Powiedzmy, że 20% z niego przeznaczamy na kosmos, czyli 20 mln zł rocznie, co nie jest mało. Tutaj najważniejsze są jednak gwarancje, że taki program będzie istniał i będzie rozwijany, bo przemysł, który zdecyduje się na rozwój takich technologii, poniesie określone nakłady i nie powinien na tym stracić.
- Czy odzyskanie składki do ESA w najbliższych 2-3 latach będzie dla nas trudnym zadaniem?
- Sytuacja jest trudna, ale nie beznadziejna. Na pewno mamy szansę, ale musimy przejrzeć, co zgłosiły firmy do projektów ESA. Nie mamy pełnego rozeznania, co z polskich propozycji będzie atrakcyjne dla ESA. Zwłaszcza, że agencja dotąd niezupełnie wszystko podawała do powszechnej wiadomości. CBK PAN ma rozeznanie w dziedzinach naukowych, ale co do innych – konieczna jest konfrontacja firm. Czy będą w stanie szybko się dostosować? Myślę, że w wielu dziedzinach tak, ale to wymaga inwestycji i przydałby się tutaj program narodowy. Bo firmy, które będą startować do ESA muszą zainwestować w oprogramowanie, sprzęt. Ja się nie martwię o potencjał intelektualny, bo to już sprawdziliśmy i wiemy, że jest. Ważne, żeby było to dobrze zorganizowane i aby firmy się wzajemnie wspierały tam, gdzie mogą, a gdzie nie mogą – konkurowały. Wówczas być może naszą składkę uda się odzyskać.
Dziękuję za rozmowę.
*http://www.mg.gov.pl/files/upload/16690/Kosmos-Program%20dzia%C5%82a%C5%84%20RM-26.06.12.pdf
*http://www.kosmos.gov.pl/ekatalog/materialy/Kierunki_Rozwoju_Polskiego_Sektora_Kosmicznego.pdf
- Autor: Krystyna Hanyga
- Odsłon: 5120
„Bezpieczeństwo i fałszowanie żywności – stary problem czy wyzwanie współczesności” – taki był temat seminarium, które odbyło się (2.02.15) w Instytucie Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN.
To bardzo stare zjawisko, mówił na wstępie gość seminarium prof. Stanisław Kowalczyk z SGH, pełniący funkcję Głównego Inspektora Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych. Na wielką skalę fałszowano żywność zwłaszcza w XIX wieku, kiedy było jej za mało, a temu procederowi sprzyjała rewolucja przemysłowa i pojawienie się anonimowych konsumentów. Co gorsza, stosowano wówczas substancje szkodliwe dla zdrowia, a nawet zagrażające życiu, często zapewne nie do końca zdając sobie sprawę z niebezpieczeństwa.
Pionierem walki z fałszowaniem żywności był mieszkający w Londynie niemiecki chemik Frederick Accum, który sięgnął do argumentów naukowych. W 1820 roku ukazał się jego Traktat o fałszowaniu żywności opisujący stosowane sposoby; pierwszy raz też zostały upublicznione nazwy firm uprawiających taki proceder. Podobną działalność 30 lat później prowadził medyk Arthur Hassall, który w piśmie The Lancet zamieszczał - wydane potem w książce - raporty analityczne o fałszowaniu żywności, sporządzone na podstawie badań produktów sprzedawanych w londyńskich sklepach.
Do regulacji prawnych droga była jeszcze długa, ale przynajmniej zaczęła się narodowa dyskusja na ten temat, uświadamiająca skalę zagrożeń; odbyła się także debata w parlamencie brytyjskim. Jednak przyjęta w 1860 roku uchwała, ze względu m.in. na finansowe wymogi stawiane zgłaszającym problem, praktycznie była niemożliwa do stosowania. W każdym razie pierwsze akty prawne zmierzające do eliminacji tego zjawiska pojawiły się w Anglii w połowie XIX wieku, w USA na przełomie XIX i XX wieku.
Globalna żywność
Druga fala fałszerstw żywności jest związana z globalizacją i wydłużeniem łańcucha dostaw. Zmienił się natomiast sposób fałszowania, stosuje się w mniejszym stopniu substancje szkodliwe dla zdrowia, a raczej metody obciążające dla portfela, czyli związane z jakością oferowanych produktów – zwrócił uwagę prof. Kowalczyk.
Fałszowaniu żywności, oszustwom żywnościowym sprzyja obecnie postęp technologiczny, masowa produkcja i unifikacja żywności, a równocześnie degradacja ekonomiczna małych firm i ekologiczna obszarów wiejskich. Często trudno zidentyfikować wszystkie ogniwa łańcucha żywnościowego, rozpoznać składniki przetworów.
Wyzwaniem naszych czasów stało się zapewnienie pojawiania się na rynku tylko produktów spełniających wszelkie standardy jakościowe, ochrona interesów konsumentów i ich zdrowia. Bodźcem do stworzenia systemu szybkiego ostrzegania o niebezpiecznej żywności było wykrycie w 1978 roku rtęci w izraelskich pomarańczach sprowadzonych do Holandii. Rok później w Europie zaczął się proces tworzenia RASFF (Rapid Alert System for Food and Feed), w następnych latach doskonalono system łączności, stworzono uregulowania prawne, by zapobiegać wprowadzaniu na rynek, ewentualnie szybko wycofywać z niego produkty stanowiące zagrożenie zdrowia dla konsumentów.
Obecnie rocznie odnotowuje się około 8 – 9 tys. zgłoszeń takich przypadków. Do RASFF przystąpiły wszystkie państwa UE. W Polsce analogicznie powstał Krajowy System Ostrzegania, który od 2003 roku jest częścią RASFF. Parlament Europejski tworzył od początku XXI wieku fundamenty prawa żywnościowego, dotyczącego norm i kontroli żywności, odpowiadającego na wyzwania współczesności. Prawodawstwo Unii do 2013 roku nie zajmowało się jednak żywnością zafałszowaną, nie było nawet definicji takiego zjawiska, dopiero wykrycie końskiego DNA w rzekomo wołowych hamburgerach sprzedawanych w supermarketach w W. Brytanii, mocno zaniepokoiło unijnych urzędników – przypomniał prof. Stanisław Kowalczyk.
Oszustwa ułatwia transgraniczny charakter łańcucha dostaw żywności, jednolity rynek Unii, ograniczenie barier celnych, globalizacja. Bywa, że na przykład jedna partia mięsa, a raczej dotyczące jej dokumenty, bo są to operacje w dużej mierze papierowe, nie rzeczywiste, wędrują przez wiele państw i firm, więc na końcu trudno wykryć, na jakim etapie produkt został zafałszowany. Nie ułatwiają tego kontrole, które mają charakter krajowy.
Ocenia się, że nawet co czwarty produkt żywnościowy znajdujący się w obrocie może być zafałszowany, a jest to szczególnie odczuwalne w takich branżach, jak mięsna, rybna, mleczarska, cukiernicza, piekarska. Kryzys gospodarczy, ubożenie ludzi spowodowały presję ze strony handlu detalicznego, który chciałby produkcji maksymalnie taniej żywności i jest to niewątpliwie zachętą do zamiany składników na gorsze, różnych dodatków, zwiększających masę a zmniejszających np. wartość odżywczą produktu, ukrywania rzeczywistego składu produktów przetworzonych, ich trwałości, terminu przydatności do spożycia. Producenci często sami naruszają zadeklarowane przez siebie normy.
Prawo i kontrole
Z drugiej strony, zbyt małe środki przeznacza się na organizację systemu kontroli żywności i nie jest to tylko polskim problemem. Komisja Europejska, mając na uwadze skalę tego procederu w całej Europie, chce większych kar za fałszowanie żywności, wzmocnienia nadzoru, kontroli tematycznych. Tak więc od 2013 roku trwają prace nad stworzeniem systemu zwalczania oszustw w branży spożywczej – od ram instytucjonalnych, ustawodawstwa, zasad kontroli i egzekwowania prawa po sankcje finansowe.
O ile zapewnienie bezpieczeństwa zdrowotnego konsumentów należy do RASFF, to walka z żywnością zafałszowaną jest związana z organizowanym drugim, równoległym systemem: AAC (Administrative Assistance and Cooperation). We wszystkich państwach członkowskich UE powołano punkty kontaktowe do spraw oszustw dotyczących żywności – w Polsce działa on w Głównym Inspektoracie JHARS (Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych). Jeśli chodzi o badania żywności, mamy wieloinstytucjonalny system kontroli. Sprawuje ją pięć wyspecjalizowanych inspekcji: Państwowa Inspekcja Sanitarna, Inspekcja Weterynaryjna, Ochrony Roślin i Nasiennictwa – w zakresie ochrony zdrowotnej, natomiast Inspekcja Handlowa i wspomniana JHARS sprawują pieczę nad przestrzeganiem standardów w zakresie parametrów fizyko-chemicznych czy organoleptycznych oferowanej na rynku żywności. Jest jeszcze Inspekcja Ochrony Środowiska, służby celne, ale i tak są spory kompetencyjne i luki.
W prawodawstwie krajowym uregulowane są kwestie bezpieczeństwa i jakości żywności, odpowiedzialność producentów wprowadzających do obrotu środki spożywcze, zasady nadzoru nad jakością i bezpieczeństwem żywności przez organy urzędowej kontroli.
Jeszcze bardziej skomplikowany jest problem bezpieczeństwa żywności na szczeblu globalnym, w relacjach z państwami pozaeuropejskimi. Na przykład, najwięcej incydentów związanych z fałszowaniem żywności i żywnością szkodliwą dla zdrowia (stosowanie substancji toksycznych, jak w XIX wieku w Europie) notuje się w Chinach. Pomijając już skrajne przypadki, w poszczególnych krajach obowiązują bardzo zróżnicowane standardy żywnościowe, inne są nawyki i obawy konsumenckie, różne lokalne tradycje żywieniowe, stąd ustalenie globalnego konsensusu w sprawach bezpieczeństwa żywności nie jest łatwe.
Z tymi problemami musi mierzyć się nieustannie komisja ds. Kodeksu Żywnościowego FAO/WHO. Codex Alimentarius utworzony w 1960 roku ma na celu nie tylko ochronę zdrowia konsumentów, ale także skodyfikowanie standardów żywnościowych ułatwiających międzynarodowy obrót żywnością oraz stworzenie gwarancji uczciwych praktyk w branży żywnościowej w skali lokalnej i międzynarodowej. W permanentnych pracach nad kodeksem - bo ciągle trzeba ustalać zasady postępowania wobec zgłaszanych nowych problemów żywnościowych -uczestniczy ponad 160 państw.
Normy tworzone przez komisję, szeroko konsultowane i akceptowane przez poszczególne państwa, nie mają wprawdzie mocy prawnej, tworzą standardy do fakultatywnego stosowania, są jednak respektowane w wielu krajach i wprowadzane do miejscowego prawa, są także często punktem odniesienia w sprawach arbitrażowych. Ale nie wszędzie. Na przykład w Rosji w praktyce nie są przestrzegane żadne normy. Co prawda dość dużo wiemy o aferach żywnościowych w krajach rozwiniętych, ale do tego przyczynia się rozbudowany system kontroli i upublicznianie wykrytych praktyk.
Nie wiemy, co jemy
Wszystkie rodzaje żywności są zafałszowywane – przyznał prof. St. Kowalczyk w dyskusji z uczestnikami seminarium. Kwestia tylko, w jakiej skali. Niekiedy brakuje szczegółowych unijnych przepisów, bądź są nieprecyzyjne, co dotyczy np. przetwórstwa mięsa. W ocenie prof. Kowalczyka, najwięcej fałszerstw jest w przedsiębiorstwach średniej wielkości. Prawdopodobnie dlatego, że duże boją się o reputację, mali wytwórcy mają bezpośredni kontakt z konsumentem i są przez niego wprost kontrolowani i oceniani.
Na cenzurowanym jest zwłaszcza przetwórstwo, w którym najczęściej dochodzi do fałszerstw i są one trudne do wykrycia. Niepokój polskich konsumentów budzi rozszerzenie kryteriów dopuszczalności substancji szkodliwych, niełatwych często do zidentyfikowania, kiedy ich minimalne ilości są traktowane jako konieczne w procesie produkcyjnym. Polacy są szczególnie wyczuleni na dodatki do żywności, mające poprawiać smak, zapach czy wygląd produktów. Denaturalizacja żywności zaszła tak daleko, że niedługo oryginalne właściwości surowców będą już nieznane, zwracali uwagę uczestnicy seminarium. Do problemów gorących nie tylko w Polsce należy obecność GMO w żywności przetworzonej. Nie da się już tego uniknąć, przestrzegana musi być jednak wymagana prawem unijnym zasada wyraźnego informowania konsumentów o składzie oferowanych produktów.
W Polsce nie jest jednak najgorzej, zauważył prof. Kowalczyk. Po prostu najrzadziej fałszowane są produkty najmniej przetworzone, a u nas, w porównaniu do krajów wysoko rozwiniętych, tego rodzaju żywności jest zdecydowanie więcej. Pozytywnym zjawiskiem jest też tendencja do skracania łańcucha dostaw, redukowania pośredników, a więc i ograniczenie możliwości fałszerstw. Najlepiej stosować zasadę, że najzdrowsze jest to, co rośnie blisko domu. Niepokoi jednak fakt, że na nasz rynek trafiają np. owoce, jarzyny, produkty z naszej strefy klimatycznej, ale wytworzone gdzie indziej. Produkcja lokalna, czy marginalna powinna być popierana i objęta innymi regulacjami, przyznał prof. Kowalczyk. W pewnym stopniu tak jest, ale spotyka się to z ostrym sprzeciwem wielkich producentów żywności.
Czy jest w ogóle możliwe stworzenie takiego systemu kontroli, który w pełni zabezpieczy nas przed nieuczciwością producentów żywności? Trudno na to liczyć, zawsze pozostanie jakiś margines, który wykorzystany zostanie przez dążących za wszelką cenę do powiększenia zysków. W łańcuchu dostaw obecnie najważniejszy stał się handel i to on kreuje konsumenta oraz stawia wymagania producentom. Tak samo jak trudno liczyć, by odwoływanie się do etyki producentów mogło wiele zmienić. Znamienne zresztą jest to, że kodeksy żywnościowe raczej nie odnoszą się do etyki.
Na poziomie globalnym niezbędnych jest szereg działań. Prof. Kowalczyk zaliczył do nich stworzenie obligatoryjnego globalnego prawa żywnościowego, zaznaczając, że to rozwiązanie rodzi szereg problemów natury organizacyjnej, zarządzania, egzekwowania przepisów. Konieczna jest ścisła współpraca międzynarodowa instytucji monitorujących i kontrolujących żywność. Nie do przecenienia pozostaje edukacja konsumentów i wzmocnienie ciągle bardzo słabych ruchów konsumenckich, promowanie żywności lokalnej, skracanie łańcuchów żywnościowych, rozwój systemów jakości żywności. Nie może być tak, że konsument ma najmniej do powiedzenia.
Krystyna Hanyga
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 760
Studium przypadku w imperium farmaceutycznym i korupcji korporacyjnej
Obszerna historia przemysłu farmaceutycznego pełna jest opowieści i czynów o przygodach, nieszczęściach, czerpaniu zysków, czerpaniu zysków, oszustwach, przekupstwach, fałszywych twierdzeniach, obietnicach mesjanistycznych i zachowaniach przestępczych. Niewielu firmom w historii medycyny poświęcono tyle uwagi, ile firmie Pfizer Inc. przez ostatnie trzy lata kryzysu związanego z koronawirusem.
Dzięki nieustannemu relacjonowaniu w mediach, pośród całego wrzawy i wściekłości, firmie Pfizer udało się uniknąć kontroli swojego wcześniejszego przestępczego postępowania i jest powszechnie przedstawiana w mediach głównego nurtu jako dobroczynne przedsiębiorstwo, którego misją jest szlachetna służba ludzkości.
Aby wyjaśnić sprawę, przystępujemy do wszechstronnej analizy historycznej tej firmy, która od skromnych początków wyrosła na jednego z najbardziej wpływowych gigantów korporacyjnych chodzących po Ziemi.
Historia
Historia firmy Pfizer rozpoczyna się w Nowym Jorku w 1849 r., kiedy para niemieckich imigrantów, kuzyni Charles Pfizer i Charles F. Erhart , otrzymała pożyczkę w wysokości 2500 USD od ojca Charlesa Pfizera na zakup budynku komercyjnego w Williamsburgu na Brooklynie, gdzie mieli rozpocząć wspólne przedsięwzięcie biznesowe w rodzącym się przemyśle chemicznym.
Charles Pfizer był praktykantem farmaceuty w Niemczech i posiadał wykształcenie handlowe jako chemik. Charles Erhart był cukiernikiem.
Pierwotnie nazwana Charles Pfizer and Company, firma początkowo koncentrowała się na produkcji związków chemicznych. Ich pierwszym produktem był środek farmaceutyczny o nazwie Santonin, używany do leczenia chorób pasożytniczych.
Łącząc swoje talenty, kuzyni umieścili swój produkt w smacznych słodyczach, takich jak cukierki do ssania i rożki cukrowe o smaku toffi. Strategia ta okazała się sukcesem, przygotowując grunt pod przyszły rozwój firmy.
Lek Santonin był używany jako środek przeciw robakom aż do lat pięćdziesiątych XX wieku, kiedy to wypadł z łask z powodu zauważonych efektów toksycznych , które stanowiły poważne zagrożenie dla pacjentów.
Pfizer szybko rozszerzył swoją działalność na sferę wysokowartościowych chemikaliów przeznaczonych do komercyjnej sprzedaży hurtowej i detalicznej.
W 1862 roku Pfizer stał się pierwszą amerykańską firmą produkującą w kraju kwas winowy i krem do usuwania kamienia nazębnego.
Wraz z wybuchem wojny secesyjnej pojawiło się ogromne zapotrzebowanie na środki przeciwbólowe i antyseptyczne, co stworzyło „szansę” dla przemysłu farmaceutycznego. Pfizer szybko rozszerzył swoją produkcję zarówno jodu, morfiny, chloroformu, kamfory, jak i rtęci. Do 1868 roku przychody firmy Pfizer podwoiły się, a linia produktów znacznie się powiększyła.
Największy sukces firma osiągnęła w latach osiemdziesiątych XIX wieku wraz z produkcją przemysłowego kwasu cytrynowego, szeroko stosowanego w napojach bezalkoholowych, takich jak Coca-Cola i Dr. Pepper. Stało się to centralnym elementem firmy i napędzało jej rozwój przez dziesięciolecia.
Kolejna szczęśliwa zmiana dla „małej nowojorskiej firmy” nastąpiła w 1919 r., kiedy jej naukowcy jako pierwsi opracowali proces fermentacji w głębokim zbiorniku, którego zasady zostały później zastosowane do produkcji penicyliny.
Ta sprawność w fermentacji i produkcji farmaceutycznej na dużą skalę postawiła firmę Pfizer na czołowej pozycji podczas drugiej wojny światowej, kiedy rząd USA zaapelował do przemysłu farmaceutycznego o wsparcie w produkcji penicyliny na potrzeby działań wojennych.
Współpracując z rządowymi naukowcami, firma Pfizer rozpoczęła masową produkcję penicyliny z wykorzystaniem technologii fermentacji w głębokim zbiorniku, a w 1944 roku jako pierwsza zaczęła masowo produkować penicylinę.
Z chwilą, kiedy zużycie penicyliny i jej cena po drugiej wojnie światowej spadły, firma Pfizer zaczęła szukać bardziej dochodowych antybiotyków. Przejście do komercyjnej produkcji antybiotyków zasygnalizowało zwrot w modelu biznesowym firmy. Jej działalność przeniosła się z produkcji wysokowartościowych chemikaliów do farmaceutyków opartych na badaniach, dając początek nowemu programowi tworzenia leków, który koncentrował się na syntezie in vitro. W 1950 roku firma Pfizer opracowała swój pierwszy zastrzeżony produkt farmaceutyczny, Terramycynę , antybiotyk o szerokim spektrum działania.
Do 1951 roku firma Pfizer założyła biura w Belgii, Brazylii, Kanadzie, Kubie, Anglii, Meksyku, Panamie i Puerto Rico. W miarę jak jej władza i zyski rosły jak grzyby po deszczu, Pfizer powiększał swoje portfolio poprzez różne przejęcia i wejścia w wiele obszarów badań i rozwoju, w tym dział zdrowia zwierząt.
Jednak wraz z rozwojem farmaceutycznego królestwa firmy Pfizer zaczęły pojawiać się pytania dotyczące nieczystych praktyk biznesowych.
Naruszenia
Pomimo przedstawiania siebie jako przestrzegającej prawa korporacji, firmie Pfizer nie są obce kontrowersje i skandale. Już w 1958 roku była jedną z sześciu firm farmaceutycznych oskarżonych przez Federalną Komisję Handlu o zmowy cenowe .
W 1961 roku Departament Sprawiedliwości wniósł oskarżenie o naruszenie prawa antymonopolowego przeciwko firmom Pfizer, American Cyanamid i Bristol-Myers, oskarżając kierownictwo każdej z nich o rażąco wysokie ceny i monopolizację produkcji i dystrybucji leków od 1953 roku.
W 1963 roku FTC orzekła , że oskarżone firmy w swojej skardze z 1958 roku w rzeczywistości manipulowały cenami antybiotyków. FTC zauważyła również, że „nieczyste ręce i zła wiara odegrały główną rolę” w przyznaniu firmie Pfizer patentu na tetracyklinę.
W latach sześćdziesiątych firma Pfizer była najbardziej zdywersyfikowana w swojej historii, a jej zainteresowania sięgały od pigułek, przez perfumy, produkty petrochemiczne, po produkty dla zwierząt.
Przejście firmy w kierunku wprowadzania nowych produktów osiągnęło punkt kulminacyjny wraz z utworzeniem Centralnego Oddziału Badawczego na początku lat siedemdziesiątych. Do tego działu badawczego kierowano pełne 15% przychodów firmy Pfizer.
Skupienie się na innowacjach zaowocowało opracowaniem przez firmę Pfizer przełomowych leków , które są określane jako „leki, które generują co najmniej 1 miliard dolarów dochodu rocznie dla firm farmaceutycznych, które je produkują”.
Chociaż leki te mogą być niezwykle dochodowe dla firm farmaceutycznych, model biznesowy odnoszący sukcesy w branży leków wiąże się z pewnymi długoterminowymi problemami. Oprócz czasu i pieniędzy włożonych w ich rozwój, istnieją wymogi związane z kwestiami patentowymi. Firmy farmaceutyczne postrzegają „okno patentowe” wynoszące 20 lat jako poważne ograniczenie, ponieważ wprowadzenie nowego leku na rynek często zajmuje im całą dekadę, skracając w ten sposób zarówno czas odzyskania jego kosztów, jak i czas czerpania maksymalnych zysków z nowego produktu.
Ze względu na prawa patentowe sukces przebojowych leków jest często krótkotrwały. Poleganie na hitach oznacza również, że jeśli produkt zawiedzie, konsekwencje dla producenta mogą być katastrofalne.
Korzystając z tego modelu biznesowego, trudno więc przecenić potrzebę ciągłego poszukiwania przez firmy farmaceutyczne przełomowych leków. Oczywiście dokładają one wszelkich starań, aby chronić swoją złotą gęś.
Szeregowi hitów firmy Pfizer towarzyszył ogromny wzrost fortuny firmy w połączeniu z szeregiem kontrowersyjnych produktów, przestępstw i wielu grzywien — w tym największej grzywny karnej w historii Stanów Zjednoczonych.
Weźmy na przykład pierwszy przebojowy lek firmy Pfizer, przeciwzapalnyFeldene , który również stał się jednym z pierwszych kontrowersyjnych produktów.
Firma Pfizer złożyła wniosek do FDA dotyczący nowego leku Feldene w marcu 1978 r. I ponownie w maju 1980 r. Wnioski zostały odrzucone z powodu złych protokołów testowych. We wrześniu 1981 roku firma Pfizer ponownie złożyła wniosek do FDA, korzystając ze starych danych.
Wiele pytań dotyczących Feldene, w tym droga podjęta do ostatecznego zatwierdzenia, sprawiły, że był to jeden z najpopularniejszych https://www.projectcensored.org/19-felbene-pfizers-best-selling-deadly-drug/ newsów Project Censored w 2015 roku.
W tej historii Project Censored zauważył:
„Gdy FDA wciąż rozważała wniosek, firma Pfizer sponsorowała przyjęcie na spotkaniu Amerykańskiego Stowarzyszenia Reumatyzmu w Bostonie i pokazała film promujący Feldene, który zdaniem FDA był nielegalny. Niemniej jednak 6 kwietnia 1982 r. FDA zatwierdziła Feldene do użytku w USA”
Firma Pfizer ma długą historię oszustw, korupcji i wykorzystywania dzieci jako królików doświadczalnych
Mimo, że Feldene stał się najbardziej lukratywnym produktem firmy Pfizer, szybko pojawiły się pytania dotyczące leku. Do 1986 roku zwrócono się do FDA o zmianę etykiety leku z powodu poważnych obaw dotyczących jego długiego okresu półtrwania i tendencji do gromadzenia się we krwi.
Organizacja nadzorująca Public Citizen Health Research Group (PCHRG) oskarżyła później producenta, że ten szeroko przepisywany lek na zapalenie stawów stwarza ryzyko krwawienia z przewodu pokarmowego wśród osób starszych.
Powołując się na doniesienia o 2621 zdarzeniach niepożądanych i aż 182 zgonach wśród pacjentów przyjmujących lek, PCHRG zażądał, aby FDA zakazał Feldene pacjentom w wieku 60 lat i starszym, „jako bezpośrednie zagrożenie dla zdrowia publicznego”.
Dr Sidney Wolfe, dyrektor PCHRG, stwierdził: „Co najmniej 1,75 miliona starszych Amerykanów otrzymujących ten lek jest narażonych na ryzyko wystąpienia zagrażających życiu reakcji żołądkowo-jelitowych”.
Tymczasem Krajowa Rada Seniorów wezwała FDA do całkowitego wycofania leku z rynku. Wolfe z PCHRG zacytował później wewnętrzne dokumenty firmy Pfizer , które wyrażały obawy dotyczące leku. Do 1995 roku wezwał do całkowitego zakazu używania tego narkotyku dla osób w każdym wieku.
To był dopiero początek serii głośnych skandali i problemów prawnych, które zdefiniowały zwyczajowe praktyki firmy Pfizer.
Na przykład, firmę zaczęły nękać doniesienia o poważnych problemach związanych z zastawką serca wyprodukowaną przez oddział firmy Pfizer w Shiley. Ten problem doprowadziłby do zaprzestania produkcji wszystkich modeli wadliwych zaworów do 1986 roku.
Grupa zadaniowa FDA w 1991 roku oskarżyła Shiley o ukrywanie informacji o problemach z bezpieczeństwem przed organami regulacyjnymi w celu uzyskania wstępnej zgody na swoje zawory. Dochodzenie z 7 listopada 1991 r. w The Wall Street Journal wykazało, że Shiley celowo sfałszował dokumentację produkcyjną dotyczącą pęknięć zastawek.
Pęknięcia te miały katastrofalne skutki dla wielu pacjentów. Do 2012 roku zgłoszono, że 663 osoby zmarły w wyniku wadliwych zastawek.
Firma Pfizer ostatecznie zgodziła się zapłacić od 165 do 215 milionów dolarów w ramach rozstrzygnięcia pozwów związanych z zastawką serca Björk-Shiley Convexo-Concave Heart Valve.
Zgodziła się również zapłacić 10,75 miliona dolarów, aby uregulować zarzuty Departamentu Sprawiedliwości USA, że okłamała organy regulacyjne, starając się o zatwierdzenie zaworów.
Parada praktyk korupcyjnych i problemów prawnych, które zaczęły definiować tego farmaceutycznego Lewiatana, właśnie się rozpoczynała. Od tego czasu firma Pfizer była oskarżana i ścigana za szereg nielegalnych czynów, począwszy od ustalania cen, bezpieczeństwa produktów, przekupstwa, skandali reklamowych i marketingowych, aż po łamanie praw człowieka i środowiska.
W 1999 roku Pfizer przyznał się do zarzutów antymonopolowych i zgodził się zapłacić grzywny w łącznej wysokości 20 milionów dolarów. W tej sprawie firma Pfizer została oskarżona o „uczestnictwo w spisku mającym na celu podniesienie i ustalenie cen oraz podział udziałów w rynku w USA dla środka konserwującego żywność o nazwie erytrobinian sodu oraz przydział klientów i terytoriów dla środka aromatyzującego o nazwie maltol”.
W 2000 roku The Washington Post opublikował sześcioczęściowe exposé , w którym oskarżył firmę Pfizer o testowanie niebezpiecznego eksperymentalnego antybiotyku Trovafloxacin (nazwa handlowa Trovan) na dzieciach w Nigerii bez uzyskania odpowiedniej zgody rodziców.
Według analityków z Wall Street, Trovan miał stać się kolejnym przebojem firmy Pfizer, a jeden z nich stwierdził: „Pfizer mógłby zarobić 1 miliard dolarów rocznie, gdyby Trovan uzyskał zgodę na wszystkie potencjalne zastosowania”. Ale kiedy firma nie była w stanie znaleźć wystarczającej liczby pacjentów w Stanach Zjednoczonych, jej badacze udali się na poszukiwanie nowych pacjentów do Kano w Nigerii.
To niezatwierdzone badanie kliniczne na 200 nigeryjskich dzieciach spowodowało śmierć 11 dzieci . Zarzuca się, że później znacznie więcej dzieci cierpiało z powodu „poważnych skutków ubocznych, począwszy od niewydolności narządów, a skończywszy na uszkodzeniu mózgu”.
W 2001 roku Pfizer został pozwany przez 30 nigeryjskich rodzin , które oskarżyły firmę o wykorzystywanie ich dzieci jako „ludzkich królików doświadczalnych”. Rodziny twierdziły, że „firma Pfizer naruszyła Kodeks Norymberski, a także standardy praw człowieka ONZ i inne wytyczne etyczne” oraz twierdziły, że firma Pfizer naraziła dzieci na „okrutne, nieludzkie i poniżające traktowanie”.
Po latach batalii prawnych Pfizer zgodził się w 2009 roku zapłacić 75 milionów dolarów w ramach rozstrzygnięcia niektórych pozwów wniesionych do nigeryjskich sądów.
Trovan nigdy nie stał się hitem, o którym marzyła firma Pfizer. Firma przyznała akcjonariuszom, że „doznała rozczarowania” tym eksperymentalnym lekiem na zapalenie opon mózgowych. Trovan nigdy nie został zatwierdzony do użytku przez dzieci w Stanach Zjednoczonych, więc produkcja została wstrzymana. Unia Europejska zakazała tego w 1999 roku.
Poniżej znajduje się chronologia kolejnych nieszczęść firmy Pfizer.
— W 2002 roku firma Pfizer zgodziła się zapłacić 49 milionów dolarów , aby uregulować zarzuty, że jedna z jej spółek zależnych oszukała federalny program Medicaid, pobierając zawyżone opłaty za swój lek obniżający poziom cholesterolu Lipitor.
— W 2003 roku Pfizer zapłacił 6 milionów dolarów w ramach ugody z 19 stanami, które oskarżyły go o stosowanie wprowadzających w błąd reklam w celu promowania antybiotyku Zithromax (zwanego także Z-Pak), stosowanego przy infekcjach ucha u dzieci. W twierdzeniu zarzucano, że firma Pfizer „zawyżyła korzyści i skuteczność Zithromax w porównaniu z innymi porównywalnymi antybiotykami”.
— W 2004 roku firma Pfizer zgodziła się na ugodę w wysokości 60 milionów dolarów w ramach pozwu zbiorowego wniesionego przez użytkowników leku na cukrzycę opracowanego przez firmę Warner-Lambert, którą firma Pfizer nabyła w 2000 roku. Lek Rezulin został wycofany z rynku po tym, jak wielu pacjentów zmarło z powodu ostrej niewydolność wątroby, która miała być spowodowana przez lek.
— W 2004 roku firma Pfizer zgodziła się wstrzymać reklamy swojego środka przeciwbólowego Celebrex, aw następnym roku przyznała, że badania kliniczne z 1999 roku wykazały, że starsi pacjenci przyjmujący ten lek byli znacznie bardziej narażeni na ryzyko wystąpienia chorób serca.
— W 2004 roku firma Pfizer przyznała się do dwóch przestępstw i zapłaciła 430 milionów dolarów kary za oszukańcze promowanie leku na epilepsję Neurontin do niezatwierdzonych zastosowań. Pfizer twierdził, że może być również stosowany w przypadku „zaburzenia afektywnego dwubiegunowego, bólu, migrenowych bólów głowy oraz odstawienia narkotyków i alkoholu”.
Podstępna taktyka firmy Pfizer z udziałem Neurontin obejmowała również przekupywanie lekarzy luksusowymi wycieczkami i pieniędzmi w celu promowania leku oraz umieszczania agentów na imprezach związanych z edukacją medyczną.
Później wyszły na jaw dokumenty sugerujące, że firma Pfizer zorganizowała opóźnienia w publikacji badań naukowych, co podważyło jej twierdzenia dotyczące innych zastosowań Neurontin. W jednym z tych dokumentów stwierdzono, że lider zespołu Neurontin w firmie Pfizer powiedział: „Myślę, że możemy ograniczyć potencjalne wady badania 224, opóźniając publikację tak długo, jak to możliwe”.
Wreszcie w 2010 r. federalne jury stwierdziło, że firma Pfizer dopuściła się oszustwa wymuszającego haracze podczas marketingu Neurontin; sędzia w tej sprawie nakazał następnie firmie zapłacić 142 miliony dolarów odszkodowania.
— W 2005 roku firma Pfizer wycofała z rynku swój środek przeciwbólowy Bextra po tym, jak FDA przytoczyła „niewystarczające informacje na temat możliwego ryzyka dla serca wynikającego z długotrwałego stosowania leku, a także „zagrażających życiu” reakcji skórnych, w tym zgonów”.
— W tym samym roku FDA zatwierdziła ostrzeżenie o czarnej skrzynce dotyczące innego przebojowego środka przeciwbólowego firmy Pfizer, Celebrex , powołując się na podwyższone ryzyko „zdarzeń sercowo-naczyniowych i zagrażających życiu krwawień z przewodu pokarmowego”.
— W 2007 roku firma Pfizer zgodziła się zapłacić 34,7 miliona dolarów na uregulowanie opłat federalnych związanych z marketingiem ludzkiego hormonu wzrostu Genotropin. Pharmacia & Upjohn Co., spółka zależna Pfizera, zgodziła się zapłacić 19,7 miliona dolarów za „zaoferowanie łapówki menedżerowi świadczeń aptecznych w celu sprzedaży większej ilości leku", podczas gdy Pfizer zgodził się zapłacić kolejne 15 milionów dolarów za "promocję preparatu Genotropin do zastosowań niezatwierdzonych przez Agencję ds. Żywności i Leków". ds. przez Agencję ds. Żywności i Leków”.
— W 2008 roku firma Pfizer wypłaciła gigantyczną grzywnę w wysokości 894 milionów dolarów , aby uregulować pozwy sądowe, „zarzucające, że wycofany przez nią środek przeciwbólowy Bextra i szeroko stosowany lek Celebrex na zapalenie stawów zaszkodziły amerykańskim pacjentom i oszukały konsumentów”. Z całkowitej grzywny 745 milionów dolarów przeznaczono na „rozstrzygnięcie roszczeń z tytułu obrażeń ciała”.
— Już w następnym roku, 2009, firma Pfizer została ukarana grzywną w wysokości 2,3 miliarda dolarów, zyskując wątpliwe wyróżnienie związane z największą ugodą w historii opieki zdrowotnej . GlaxoSmithKline podbiło stawkę dzięki ugodzie w wysokości 3 miliardów dolarów w 2012 roku.
Grzywna była połączeniem ugód cywilnych i karnych związanych z „rzekomo nielegalną promocją niektórych leków przez firmę Pfizer, w szczególności Bextra”. Pfizer przyznał się do „ niewłaściwego oznakowania środka przeciwbólowego Bextra z zamiarem oszukania lub wprowadzenia w błąd, promowania leku do leczenia ostrego bólu w dawkach, które FDA wcześniej uznała za niebezpiecznie wysokie”.
Departament Sprawiedliwości zauważył również, że firma Pfizer „rzekomo płaciła łapówki przestrzegającym przepisów lekarzom i nielegalnie promowała trzy inne leki: przeciwpsychotyczny Geodon, antybiotyk Zyvox i lek przeciwpadaczkowy Lyrica”.
W rozmowie z The New York Times były przedstawiciel handlowy firmy Pfizer, John Kopchinski, który pomógł wszczęciu dochodzenia federalnego, stwierdził: „Cała kultura firmy Pfizer opiera się na sprzedaży, a jeśli nie sprzedawałeś narkotyków nielegalnie, nie byłeś postrzegany jako gracz zespołowy."
Grzywna w wysokości 1,195 miliarda dolarów nałożona w tej ugodzie nadal stanowi największą grzywnę karną, jaką kiedykolwiek nałożono w Stanach Zjednoczonych w jakiejkolwiek sprawie.
Nawet po zawarciu szeroko zakrojonej umowy o uczciwości korporacyjnej z Biurem Inspektora Generalnego Departamentu Zdrowia i Opieki Społecznej w ramach ugody z 2009 r., pozbawione zasad i szkodliwe zachowanie firmy Pfizer było kontynuowane. Zespół grał dalej.
W 2010 roku The New York Times doniósł o przyznaniu się firmy Pfizer, że zapłaciła około „20 milionów dolarów 4500 lekarzom i innym pracownikom medycznym za konsultacje i przemawianie w jej imieniu w ciągu ostatnich sześciu miesięcy 2009 roku”.
The Times wspomniał również, że firma Pfizer zapłaciła „15,3 miliona dolarów 250 akademickim centrom medycznym i innym grupom badawczym za badania kliniczne w tym samym okresie”.
W odniesieniu do kwot ujawnionych przez firmę Pfizer, dr Marcia Angell , była redaktor naczelna The New England Journal of Medicine i autorka książki The Truth About the Drug Companies: How They Deceive Us and What to Do About It , przyznała, że chociaż nie miała szczegółowej wiedzy w tej sprawie, uważała, że ujawnione publicznie kwoty przez firmę Pfizer „wydawały się niskie”. Dodała: „Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że coś uciekło”.
W 2011 roku firma Pfizer zgodziła się zapłacić 14,5 miliona dolarów w celu rozstrzygnięcia zarzutów wynikających z ustawy o fałszywych roszczeniach , że nielegalnie sprzedawała swój lek na zapalenie pęcherza Detrol.
W 2012 roku amerykańska Komisja Papierów Wartościowych i Giełd ogłosiła, że osiągnęła ugodę w wysokości 45 milionów dolarów z firmą Pfizer w celu rozstrzygnięcia zarzutów, że jej spółki zależne przekupiły zagranicznych lekarzy i innych pracowników służby zdrowia.
SEC zarzuciła, że „pracownicy i agenci spółek zależnych firmy Pfizer w Bułgarii, Chinach, Chorwacji, Czechach, Włoszech, Kazachstanie, Rosji i Serbii dokonywali niewłaściwych płatności na rzecz zagranicznych urzędników w celu uzyskania zezwoleń regulacyjnych i formularzy, sprzedaży i zwiększonej liczby recept na produkty farmaceutyczne firmy."
Według Kara Brockmeyer, szefa działu ds. zagranicznych praktyk korupcyjnych w SEC Enforcement Division, „Spółki zależne firmy Pfizer w kilku krajach miały przekupstwo tak mocno wplecione w swoją kulturę sprzedaży, że oferowały punkty i programy premiowe w celu niewłaściwego nagradzania zagranicznych urzędników, którzy okazali się ich najlepszymi klientami”.
W 2012 roku firma Pfizer została ukarana kolejną ogromną grzywną – tym razem w celu uregulowania roszczeń, zgodnie z którymi skutki uboczne leku Prempro stosowanego w hormonalnej terapii zastępczej (HTZ) powodują raka piersi. Około 10 000 kobiet złożyło pozew przeciwko firmie, twierdząc, że producent leku zataił informacje o potencjalnym ryzyku raka piersi podczas stosowania HTZ. Ugoda w wysokości 1,2 miliarda dolarów nastąpiła po sześciu latach prób.
W 2013 roku firma Pfizer zgodziła się na ugodę w wysokości 288 milionów dolarów za roszczenia 2700 osób, które twierdziły, że jej lek na rzucanie palenia Chantix powodował myśli samobójcze i poważne zaburzenia psychiczne.
FDA umieściła ostrzeżenie o czarnej skrzynce na Chantix, najwyższe ostrzeżenie związane z bezpieczeństwem przypisane przez FDA, „aby ostrzec pacjentów i lekarzy o ryzyku wystąpienia psychiatrycznych skutków ubocznych” i zauważyła, że lek jest „prawdopodobnie związany z wyższym ryzykiem zawału serca”.
Firmy farmaceutyczne dokładają wszelkich starań, aby obejść ostrzeżenia o czarnej skrzynce. Generują one bowiem zły rozgłos i negatywnie wpływają na sprzedaż danego leku, co prowadzi do niekorzystnych konsekwencji finansowych dla firmy.
W 2016 roku, po latach lobbowania, firmie Pfizer udało się skłonić FDA do zniesienia oznaczenia Chantrix jako czarnej skrzynki w głosowaniu 10:9 , dając kontrowersyjnemu przebojowi lekowemu „nowe życie”.
W 2013 roku firma Pfizer osiągnęła ugodę w wysokości 35 milionów dolarów w związku z rzekomym niewłaściwym marketingiem i promocją leku immunosupresyjnego Rapamune. Kiedy prokurator generalny Nowego Jorku, Eric T. Schneiderman, ogłosił, że on i 40 innych prokuratorów stanowych przybyło do ugody, zauważył: „Musi istnieć jeden zestaw zasad dla wszystkich, bez względu na to, jak są bogaci czy potężni, i obejmuje to duże firmy farmaceutyczne, które przedstawiają niezatwierdzone i bezpodstawne twierdzenia na temat produktów w celu zwiększenia zysków”.
Chociaż lista przestępstw korporacyjnych firmy Pfizer w tym artykule jest imponująca pod każdym względem, biorąc pod uwagę podejrzane praktyki biznesowe nie jest ona wyczerpująca. W sumie od 2000 roku firma Pfizer zgromadziła kary w wysokości 10 945 838 549 USD i dopuściła się 96 naruszeń obejmujących szeroki zakres przestępstw.
Firma, której można zaufać?
Portfel przestępstw korporacyjnych firmy Pfizer dorównuje portfelowi najbardziej skorumpowanych firm w historii. Ale to nie powstrzymało firmy Pfizer od zostania korporacyjną gwiazdą dzięki szczepionce na COVID-19. Rzeczywiście, firma odniosła znaczne korzyści z tego produktu, którego sprzedaż w wysokości 36,8 miliarda dolarów w 2021 roku uczyniła go najlepiej sprzedającym się produktem farmaceutycznym w historii.
Kiedy przychody firmy farmaceutycznej w 2022 roku osiągnęły rekordowy poziom 100,3 miliarda dolarów , sprzedaż szczepionek przeciwko COVID-19 stanowiła prawie 38 procent tych przychodów.
Jednak podczas gdy Pfizer pławił się w blasku cheerleaderek i rekordowych zysków w mediach głównego nurtu, szczere śledztwo w sprawie jego nieustającej historii korupcji było ukrywane przed opinią publiczną.
Powiedziano nam, że musimy „zaufać firmie Pfizer”, aby zaszczepić świat i uratować ludzkość przed tak zwanym kryzysem COVID.
Biorąc pod uwagę udokumentowaną historię występków firmy Pfizer, każda rozsądna osoba zapytałaby:
„Czy to firma, która stoi za kierownicą najbardziej rozpowszechnionej kampanii masowych szczepień w historii?”
„Czy to firma, której powinniśmy zaufać w zakresie eksperymentalnej technologii medycznej?”
„Czy to jest firma, która chce kontrolować najbardziej radykalny masowy eksperyment medyczny w historii ludzkości?”
„Jak to możliwe, że firma, która na co dzień dopuszczała się takich nielegalnych praktyk, mogła na nowo odkryć siebie jako zbawcę ludzkości?”
Podczas ceremonii, która odbyła się 12 czerwca 2008 r. w pierwotnym zakładzie produkcyjnym firmy Pfizer na Brooklynie w stanie Nowy Jork, Amerykańskie Towarzystwo Chemiczne uznało opracowanie firmy Pfizer w zakresie fermentacji w głębokich zbiornikach za National Historic Chemical Landmark.
Na tej uroczystości ówczesny prezes Pfizer Global Manufacturing, Natale Ricciardi, powiedział uczestnikom: „Zawsze mieliśmy bardzo szlachetną misję”. Pomimo tajemniczych lamentów: „Wiele rzeczy zmieniło się w Pfizer i niestety musieliśmy podjąć pewne decyzje”, Ricciardi kontynuował: „Ale szlachetność tego, co robimy, szlachetność tego, co zostało zrobione i nadal jest do zrobienia, nigdy się nie zmieniło i nigdy się nie zmieni”.
Po tylu latach – i pomimo nalegań Ricciardiego na wielkoduszność firmy Pfizer – myśląca osoba może przejrzeć katalog przestępstw i grzywien firmy i stwierdzić, że szlachetne eksperymenty nie są domeną „rzekomych” seryjnych przestępców, takich jak Pfizer .
Powyższy tekst (tłumaczenie maszynowe) pochodzi z portalu Global Research z 19 lipca 2023 r.
https://www.globalresearch.ca/story-pfizer-inc-case-study-pharmaceutical-empire-corporate-corruption/5824794
- Autor: Bogdan Zygmunt
- Odsłon: 3492
Od dwóch dekad trwają w Polsce gorące dyskusje w sprawie stanu i przyszłości istotnego elementu sił zbrojnych jakim są wojska obrony powietrznej oraz przeciwrakietowej (WOPP). Na świecie przez ten czas dokonał się istotny postęp w zrozumieniu znaczenia tego komponentu sił zbrojnych dla potencjału obronnego państwa.
Dzięki burzliwemu rozwojowi technologicznemu, zwłaszcza elektroniki, informatyki oraz inżynierii materiałowej, podstawowym sprzętem obrony powietrznej są zestawy rakietowe o różnym zasięgu i pułapie. Nowoczesny system OPP jest w stanie zatrzymać napad powietrzny nieprzyjaciela, stanowiący pierwsze uderzenie w konflikcie zbrojnym na współczesnym polu walki.
Dotychczas będące w służbie posowieckie rakietowe zestawy przeciwlotnicze krótkiego i średniego zasięgu (OSA, KUB, NEWA) miały być wycofane ze służby na początku XXI w. Dzięki staraniom wojskowych zakładów remontowych (WZU Grudziądz i WZE Zielonka) oraz specjalistów z WAT udało się przeprowadzić takie modernizacje techniczne, które pozwalają przenieść horyzont czasowy eksploatacji bojowej tego sprzętu poza rok 2020. Żadne z państw członków dawnego bloku wschodniego nie zdobyło się na taki intelektualny i technologiczny wyczyn.
Szeroko zakrojone prace modernizacyjne pozwoliły dostosować zestawy do nowych wymagań. W ramach prac rozwojowych zastąpiono technikę lampową techniką półprzewodnikową. Znacząco poprawiona została odporność na zakłócenia elektromagnetyczne. Zintegrowane zostały nowe urządzenia IFF (rozpoznanie swój-obcy), zgodne ze stosowanymi w innych armiach NATO.
Dużym osiągnięciem była integracja zmodernizowanych zestawów rakietowych z nowymi systemami dowodzenia polskimi siłami zbrojnymi. Nie można jednak wymagać od ponad 30-letniego sprzętu rakietowego efektywnego zwalczania nowoczesnych śmigłowców, samolotów i pocisków rakietowych.
Dzięki wyłącznie krajowej inicjatywie i realizacji oraz niewspółmiernie niskim kosztom w relacji do modernizacji lub zakupów nowego sprzętu za granicą, decydenci uzyskali cenny czas na wypracowanie koncepcji odnośnie kierunku i warunków pozyskania nowoczesnych zestawów przeciwlotniczych.
Ostatnie kilka lat obfitujących w negocjacje z potencjalnymi dostawcami oraz publiczne dyskusje, nie przybliżyły jednak decyzji ostatecznej z podaniem terminu i rodzaju nowego sprzętu przeciwlotniczego krótkiego i średniego zasięgu.
Nasz złoty róg
Bezdyskusyjnym osiągnięciem polskiej nauki i przemysłu obronnego w wolnej Polsce jest zaawansowany technologicznie przenośny przeciwlotniczy zestaw rakietowy GROM – b. krótkiego zasięgu, którego odpowiednikami są Igła (FR) i Stinger (USA).
W końcu lat 90-tych XX w., po kilkuletnich badaniach rozwojowych finansowanych przez budżet państwa (Strategiczny Program Rządowy), uruchomiono produkcję dla Wojska Polskiego. W ciągu 15 lat Grom zdobył światowe uznanie, czego efektem jest eksport do kilku krajów. GROM wykazał wysoką skuteczność bojową w wojnie rosyjsko-gruzińskiej w sierpniu 2008 r. Spowodował główne straty lotnictwa rosyjskiego.
Należy nadmienić, że wszystkie gruzińskie radiolokacyjne zestawy przeciwlotnicze (posowieckie i importowane) zostały praktycznie obezwładnione w wyniku zakłóceń zastosowanych przez wojska rosyjskie. W tej sytuacji jedyną realną bronią przeciwlotniczą pozostały przenośne zestawy rakietowe GROM.
Zbudowane w trakcie realizacji GROM zespoły badawcze, opracowane innowacyjne technologie, zdobyte doświadczenie poligonowe i eksploatacyjne oraz funkcjonujące instalacje produkcyjne, są narodowym „złotym rogiem”, oceniając sytuację cytatem z Wyspiańskiego, miejmy nadzieję, że bez jego ponurego zakończenia. Polska jest jednym z nielicznych krajów na świecie produkujących samodzielnie inteligentną broń tej klasy, wykorzystującą najnowsze światowe technologie i dlatego możemy uczynić z niej jeden z zasadniczych elementów systemu obrony wojsk i terytorium kraju.
Najnowszym osiągnięciem w tej dziedzinie jest ostatnio opracowany zestaw przeciwlotniczy PIORUN. Ze względu na dwukrotnie zwiększony zasięg wykrycia celu, precyzyjną dokładność trafienia i odporność na zakłócenia, stanowi wyjątkowo skuteczną broń nowej generacji.
Podstawa Tarczy - krajowa
W obecnej sytuacji politycznej w naszym regionie za najpilniejsze i zarazem realne do zrealizowania w krótkim okresie, jest zadanie stworzenia w oparciu o przenośne zestawy GROM/PIORUN najniższego piętra tzw. Tarczy Polski do odstraszania agresora i jako głównego elementu obrony terytorium kraju w konflikcie lokalnym.
Portal Defence24 w styczniu 2016 r. relacjonował dyskusję, przeprowadzoną w ograniczonym kręgu specjalistów, dotyczącą modernizacji polskiego parku śmigłowców wojskowych. Dowódca lotnictwa wojsk lądowych Ukrainy podał szczegóły taktyki i straty ukraińskich śmigłowców szturmowych i transportowych w trakcie walk w Donbasie. Otóż ukraińskie lotnictwo, zarówno śmigłowce jaki i samoloty szturmowe, poniosły tak poważne straty w pierwszych tygodniach konfliktu, że zostały praktycznie wyeliminowane z działań bojowych w strefie walk.
Tenże wysokiej rangi dowódca stwierdził, że siły separatystyczne wspierane sprzętowo i kadrowo przez Federację Rosyjską wykorzystywały głównie systemy przeciwlotnicze bardzo krótkiego zasięgu, w tym nowoczesne zestawy artyleryjsko-rakietowe Pancyr-S1 oraz przenośne rakietowe Igła i nową jej generację - Vierba, a także artylerię przeciwlotniczą.
Nietrudno dostrzec w tym przypadku zastosowanie taktyki, która zadecydowała o losach konfliktu w Afganistanie, gdzie wyłączono z walki sowieckie lotnictwo bojowe i transportowe wskutek użycia przez afgańskich partyzantów przenośnych pocisków przeciwlotniczych Stinger produkcji amerykańskiej. Separatyści z Donbasu, wykorzystując rosyjską broń przeciwlotniczą przeciw lotnictwu armii ukraińskiej, wykorzystali wnioski z tej bolesnej porażki, jakiej doświadczyły sowieckie siły zbrojne w czasie interwencji w Afganistanie trzy dekady temu.
Wyciągając wnioski z ostatnich konfliktów zbrojnych, celowe jest rozważenie korekty planów modernizacji sił zbrojnych w oczywistym kierunku: budowa potencjału realnego odstraszania. Nie są nimi eskadry samolotów wielozadaniowych, bo ich nie mamy w dostatecznej ilości. Nie są też nimi i nie będą horrendalnie drogie rakiety średniego zasięgu.
Czy nie należy odwrócić kolejność budowy „Tarczy Polski”?
Zacząć konstrukcję nie od zagranicznego dachu, lecz od polskich fundamentów. Zwłaszcza, że można to zrobić w krótkim czasie za kilka procent kosztów realizacji programu „Wisła”.
Potencjalnemu agresorowi trudno byłoby zniszczyć tysiące rozproszonych, przenośnych, łatwych do ukrycia zestawów GROM/PIORUN w rękach przeszkolonych operatorów zarówno wojsk regularnych jak i oddziałów obrony terytorialnej. Zgodnie z założeniami taktyki FR, samoloty szturmowe atakują z małych wysokości, a helikoptery nawet z wysokości rzędu 10 metrów (!). Dziś i w najbliższej przyszłości żadne inne zestawy rakietowe z wyjątkiem GROMA i PIORUNA nie są w stanie niszczyć celów na tej wysokości.
Wniosek jest prosty - musimy nasycić kraj przenośnymi rakietami typu ziemia-powietrze. Mała, neutralna, otoczona przyjaznymi krajami Szwajcaria dysponuje 2,5 tysiącem tego typu rakiet. Finlandia uruchomiła program nasycenia pogranicza zestawami przeciwlotniczymi bardzo krótkiego zasięgu.
Nam potrzeba kilka tysięcy wyrzutni i co najmniej 6 tysięcy pocisków dla obrony terytorium kraju. Bez zmuszenia przeciwnika do poruszania się na większych wysokościach, miliardy inwestowane w systemy krótkiego i średniego zasięgu – w ramach programów NAREW i WISŁA – pójdą w dużej mierze na marne.
Przybliżony koszt zbudowania „przeciwlotniczej zapory ogniowej” opartej o GROMY/PIORUNY wyniósłby do 2022 roku ok. 2 mld PLN co stanowi kilka procent środków przeznaczonych na plan modernizacji armii opracowany przez MON do 2022.
Zignorowana perełka…
Dorobiliśmy się w Polsce narodowej „perełki” produktowej, w obszarze high-tech w branży zbrojeniowej, uniezależnionej od zagranicznych dostawców. Wszystkie pozostałe nowoczesne systemy uzbrojenia można policzyć na palcach jednej ręki. Istnieje w tym produkcie wysoki potencjał rozwojowy, o którym można podyskutować oddzielnie.
W skrócie, można realnie prognozować znaczne zwiększenie zasięgu i pułapu GROM-a, skuteczności bojowej oraz wyraźną poprawę przechwytywania celów powietrznych dzięki wpięciu każdej wyrzutni w sieciocentryczny system OPL.
Poprzedni wiceminister ON stwierdził, że ministerstwo nie będzie zamówieniami na nowe GROM-y finansować prac rozwojowych krajowego produktu.
Dopuszczalne jest natomiast finansowanie zagranicznych dostawców uzbrojenia wielomiliardowymi kontraktami negocjowanymi w tajemnicy przed opinią publiczną i jak się okazało po fakcie – mało profesjonalnie. Mam na myśli system „Wisła”.
Ze środowisk przemysłowych i naukowych płyną głosy krytyki wobec szczegółowych rozwiązań powstałej kilka lat temu koncepcji budowy „Tarczy Polski”. Oprócz zastrzeżeń do wysokości kosztów zakupów zagranicznych, sprzeciw budzi niezadowalający udział offsetu technologicznego ulokowanego w krajowych firmach. W przypadku dolnego piętra obrony powietrznej kraju, oba powyższe istotne czynniki oraz kilka innych, przemawiają za produktem krajowym. Nie do przecenienia są również ciągnione efekty produkcji w kraju zaawansowanego technologicznie produktu, jak realna możliwość eksportu wyrafinowanego produktu, budowa kapitału ludzkiego, rozwój innowacyjnych technologii, promocja kraju i in.
Niewykorzystane możliwości
Mamy w kraju własną nowoczesną broń przeciwlotniczą o dużym potencjale rozwoju. Nasycenie zestawami przeciwlotniczymi b. krótkiego zasięgu regularnych oddziałów zarówno wojska jak i obrony terytorialnej, wzmocni wyraźnie potencjał obronny państwa. Analogiczne działania należy uruchomić w obszarze obrony przeciwpancernej. Od czasu uruchomienia produkcji licencyjnego Spike’a (to już ponad 10 lat), nie prowadzono w kraju prac nad własną konstrukcją lub polonizacją zagranicznych. Można śmiało stwierdzić, że mamy w kraju takie możliwości, niestety nie wykorzystane.
Wielu krytyków zarzuci tezom tego artykułu zwykłe domaganie się finansowania prac B+R, wspomagania firm zbrojeniowych, uczelni, instytutów czy kooperujących licencjodawców zagranicznych. Odpowiedź równie demagogiczna jest taka: to krytycy lobbują za wielokrotnie droższymi zakupami zagranicznymi. Czy decydenci są świadomi, że rozwój krajowego uzbrojenia to podstawowy element suwerenności? Czy wiadomo im, że same koszty rozwoju systemów broni w kraju są wielokrotnie tańsze niż zakupy zagraniczne? Czy znany jest im rachunek ciągniony projektowania, produkcji i zakupów uzbrojenia w kraju? Czy znana jest praktyka światowych koncernów zbrojeniowych, że nowoczesne projekty zbrojeniowe realizuje się w wieloletnich programach o stabilnym finansowaniu? Czy decydenci wiedzą , że…. itp.
Czy potrafimy zatem utrzymać w naszych rękach grający złoty róg, czy zostanie nam jeno sznur? Bogdan Zygmunt
Śródtytuły i wyróżnienia pochodzą od Redakcji.
O zaangażowaniu środowiska naukowego w rozwój przemysłu obronnego prof. Bogdan Zygmunt wypowiadał się na łamach SN w numerze 8-9/14 - Armaty mamy