Nauka i gospodarka (el)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 4435
Z prof. Ewą Rembiałkowską, kierownikiem Zakładu Żywności Ekologicznej w SGGW w Warszawie rozmawia Anna Leszkowska
- W tym roku pojawiły się nowe wyniki badań z Newcastle University, dobrze udokumentowane, dotyczące wyższości zdrowotnej żywności ekologicznej nad konwencjonalną.
Spór o żywność ekologiczną, czy jest zdrowsza niż konwencjonalna, czy nie, przypomina ten o wyższości masła nad margaryną lub na odwrót. Na każde badanie na „tak”, znajdzie się badanie na „nie”.
I tak, badania z Newcastle stoją w sprzeczności z wcześniejszymi, z 2012 r. z Uniwersytetu Stanforda, z których wynika, że żywność ekologiczna nie jest zdrowsza niż konwencjonalna.
Czy to ostatnie badanie istotnie rozwiewa wątpliwości co do wyższości żywności ekologicznej nad konwencjonalną?
- W ostatnich 15 latach ukazało się ponad 20 prac przeglądowych (w tym – dwie mojego autorstwa), w których próbowano całościowo potraktować zagadnienie żywności ekologicznej. Ogromna większość z nich – ok. 70% pokazywała, że surowce ekologiczne - zarówno roślinne jak i zwierzęce - mają wyższą wartość odżywczą. I tylko ok. 30% prac pokazywała inne wyniki i stosowne do nich wnioskowania. Zatem od kilkunastu lat ten spór naukowy się toczy, jednak zawsze szala przechylała się na korzyść żywności ekologicznej.
Praca ze Stanford wywołała wiele szumu, jednak sporo stwierdzeń w niej zawartych można podważyć. Na przykład, odnośnie ilości związków polifenolowych (przeciwutleniaczy, o kluczowym znaczeniu dla zdrowia) w badanej żywności ekologicznej autorzy tej pracy wykazują, że jest ich istotnie więcej niż w żywności konwencjonalnej. Ale już we wnioskach z badania napisali, że nie ma różnic jakościowych. Jest to manipulacja danymi naukowymi.
Polifenole to związki bardzo ważne, wymiatające wolne rodniki, pomagają człowiekowi w walce z wieloma chorobami, w tym – nowotworami, gdyż utrzymują układ odpornościowy w dobrym stanie. Zatem jeśli zjadamy żywność bogatą w polifenole i inne związki prozdrowotne, to utrzymujemy dobre zdrowie, gdyż te związki pomagają hamować wczesne stadia nowotworzenia i procesów zapalnych.
Takich nieuczciwych prac było więcej, np. opracowanie na zlecenie brytyjskiej agencji Food Standard Agency z 2009 r., gdzie w ogóle pominięto w analizie polifenole.
To jest jedna strona medalu. Druga strona jest taka, że gospodarstwa ekologiczne różnią się między sobą. Jedno jest wzorcowe, stosuje wszelkie najlepsze techniki upraw i tam będzie dobra wartość odżywcza produktów. W drugim gospodarz stosuje tylko wybrane techniki, np. nie robi dobrych kompostów i wówczas gleba jest gorszej jakości. A w trzecim – rolnik w ogóle nieprawidłowo nawozi glebę i choć jego gospodarstwo uznawane jest za ekologiczne, to produkty z niego pochodzące mają niską jakość.
Większość, ok. 90% rolników ekologicznych, to ludzie uczciwi, dokładający starań w gospodarowaniu, stąd ich produkty są dobrej jakości.
Ale opinię żywności ekologicznej psuje garstka tych, którzy nie przestrzegają zasad w uprawach czy chowie zwierząt.
W odpowiedzi na brytyjską meta analizę z 2009 r. oraz amerykańskie prace ze Stanford z 2012 r. stworzono w Wielkiej Brytanii naukowy projekt, mający za zadanie przeanalizowanie maksymalnie dużej liczby recenzowanych publikacji (czyli mających wartość naukową), aby stwierdzić, czy są różnice jakościowe między żywnością ekologiczną a konwencjonalną. W tym projekcie brali udział moi doktoranci, m.in. Marcin Barański, który jest pierwszym autorem i Dominika Średnicka-Tober – drugim.
- I to były badania wykonywane w ramach VI Programu Ramowego, nie sponsorowane przez żaden koncern.
- Częściowo w ramach VI PR, a częściowo z innych programów badawczych, które zorganizował prof. Carlo Leifert z Newcastle University w Wielkiej Brytanii. Był to ogromny zespół badawczy, w którym uczestniczyło pięcioro badaczy polskich. Powstała, jak dotąd, największa meta analiza, obejmująca 343 opublikowane wyniki badań, w tym – najnowsze prace, których powstało sporo. Ta liczba prac jest ważna, gdyż dzięki przekroczeniu pewnej masy krytycznej można wyeliminować błędy statystyczne. W rezultacie tej analizy okazało się, że w żywności ekologicznej jest znacząco mniej – o 50% - kadmu, który jest wysoce szkodliwym metalem, powodującym uszkodzenia kości, nerek, rakotwórczy.
- I o 50% więcej przeciwutleniaczy.
Polifenole są najważniejszą grupą związków obronnych roślin, którymi bronią się one przed szkodnikami i chorobami. W sytuacji, kiedy roślin nie wspomagamy środkami ochrony chemicznej, muszą się one bronić same, więc wytwarzają więcej polifenoli.
- Mniej też jest pestycydów.
- Tak, okazało się, że jest 4-krotnie mniejsze prawdopodobieństwo, że natrafimy na nie, jeśli będziemy spożywać żywność ekologiczną. Ale to nie wszystko –w tej żywności jest również mniej szkodliwych azotanów i azotynów powodujących methemoglobinemię u małych dzieci, a także białaczki i nowotwory przewodu pokarmowego u ludzi dorosłych. Są to fakty, twarde dane.
- W analizie amerykańskiej z 2012 r. podają, iż w żywności konwencjonalnej rzeczywiście jest nieco więcej pestycydów, ale te ilości są w granicach normy. Ponadto 99,9% wag. pestycydów w jadłospisie Amerykanów to związki, które rośliny same wytwarzają, w obronie własnej, a te dopuszcza się jako nieszkodliwe.
- Jest to kolejna manipulacja naukowa. Chociaż zespół, który to badanie wykonywał zaznaczył, iż badanie nie było przez nikogo sponsorowane…
A co do pestycydów: jeżeli roślinie podajemy syntetyczne, hamuje to wówczas jej własną obronność. Jeżeli jej nie dajemy – roślina zaczyna wytwarzać własne związki obronne, czyli te z grupy polifenoli, które odstraszają szkodniki – mają silny zapach, są gorzkawe, czyli na potencjalnego szkodnika działają odstraszająco. To, że roślina ma te naturalne pestycydy jest dla człowieka gwarantem zdrowia, bo człowiek od tysięcy lat takimi roślinami się żywił. Mówienie, że to jest szkodliwe, jest manipulacją na wielką skalę.
- Opis wyników tego badania podaje lekarz z Instytutu Hoovera Uniwersytetu Stanforda, Henry I. Miller, wcześniej pracownik FDA*. Artykuł poprzedzono informacją, iż rynek ekologicznej żywności na świecie to 60 mld USD/rok...
- I tu dochodzimy do niezwykle interesującego wątku, sedna sprawy. Oficjalnie to badanie nie było sponsorowane, ale wystarczyło, żeby jedna osoba z zespołu miała interes w dyskwalifikacji sektora ekologicznego, aby udowodnić brak wiarygodnych wyników. Bo takie rzeczy szybko się rozchodzą w świecie nauki i podważają zaufanie konsumentów. Uniwersytet Stanford informacje te ogłosił z wielkim hukiem i rozpowszechniał, gdzie tylko mógł.
- Fakt finansowania tegorocznego badania żywności ekologicznej z pieniędzy publicznych UE odsuwa podejrzenia o interesy wpływowych grup producentów...
Wrócę tu jednak do analiz pestycydów w badaniu amerykańskim, bo to jest istotne.
Z badań wynika, że głównym czynnikiem ich obecności w żywności jest nawożenie, zatem – jest to kluczowy czynnik jakości surowców roślinnych. Jeżeli azotu w glebie jest dużo – a tak jest w rolnictwie konwencjonalnym, gdzie nawozi się glebę nawozami azotowymi, łatwo rozpuszczalnymi - wówczas roślina pobiera w sposób niekontrolowany duże jego ilości, które koncentrują się w liściach w postaci azotanów, a w naszym organizmie – przekształcają się w szkodliwe azotyny i nitrozaminy. Ponadto prawie połowa azotanów ucieka do wód powierzchniowych, co negatywnie wpływa na ludzkie zdrowie i środowisko. Oczywiście, plony są o ok. 20% większe, jeśli zastosujemy chemię nawozową, ale ich jakość gorsza.
W przypadku nawozów organicznych – kompostu, obornika, nawozu zielonego – zachodzą zupełnie inne procesy żywienia się rośliny. Najpierw te nawozy rozkładają mikroorganizmy i drobna fauna glebowa (np. dżdżownice), tworząc z nich humus. Z gleby użyźnionej humusem roślina pobiera sobie to, co jej jest w danej chwili potrzebne przez cały okres wzrostu. Roślina rośnie dłużej, ale nie ma tu możliwości przedawkowania nawozów. Ważne jest tu więc nie tylko stężenie, ale i forma – organiczna.
- Ale w analizie amerykańskiej użyto argumentu, iż nawozy naturalne, zwłaszcza odchody zwierząt, są szkodliwe, gdyż zawierają patogeny – bakterie E. coli, salmonellę, itd.
- To jest kolejna manipulacja i widać, że na treść artykułu miał wyraźny wpływ sektor, który chce podważyć fundamenty produkcji ekologicznej. Otóż prawidłowe kompostowanie obornika polega na tym, że doprowadza się taki nawóz do temperatury pow. 70 stopni C, żeby większość patogenów zginęła. W dobrze wygrzanym kompoście i oborniku patogenów już nie ma. Ponadto ludzkość przez tysiące lat bazowała i bazuje na nawozach naturalnych i żyje.
- Są tam jeszcze inne argumenty – że produkcja żywności ekologicznej wymaga – z racji niższych plonów – większej ilości wody, a skutkiem tego jest większe wypłukiwanie azotu z gleby, większa emisja amoniaku i podtlenku azotu, co jest szkodliwe dla środowiska.
- To kolejna manipulacja. Udowodniono naukowo ponad wszelką wątpliwość, że wypłukiwanie azotu z gleby jest o wiele większe w rolnictwie konwencjonalnym. Zatem to argument kłamliwy. Nie bardzo natomiast rozumiem, dlaczego w rolnictwie ekologicznym zużywa się ponoć więcej wody. To nie jest prawdą, jest dokładnie odwrotnie, gdyż gleba w systemie ekologicznym zatrzymuje dużo więcej wody niż przy uprawach konwencjonalnych. Ten fałsz ma zapewne na celu nastawić czytelników negatywnie do rolnictwa ekologicznego.
- To jeszcze jeden argument: rolnictwo ekologiczne powoduje zagrożenie eutrofizacją, bo reakcją ekosystemu na nawozy naturalne jest zakwaszenie gleb.
- Kolejne kłamliwe stwierdzenie. Dowiedziono bowiem, że tam, gdzie jest dużo materii organicznej w glebie, gdzie systematycznie nawozi się właściwie tylko obornikiem i nawozami zielonymi – odczyn gleby utrzymuje się na właściwym poziomie. Taka gleba zawiera dużo próchnicy – a tam, gdzie jest dużo próchnicy, tam zakwaszenie nie występuje.
- No to ostatni argument użyty w opisie tego badania, niezupełnie naukowy, socjalny: praca w rolnictwie ekologicznym jest w dużym stopniu ręczna, co powoduje, że wykonują ją w większości kobiety i dzieci...
- Trochę mnie pani zaskakuje tymi cytatami, bo ja głównie czytałam tabele wyników z tych badań, a nie ich omówienia. Autor cytowanego przez panią artykułu dodaje chyba zbyt dużo od siebie. Ale i w tym ostatnim argumencie jest totalne przekłamanie. Rolnictwo ekologiczne kieruje się czterema zasadami: ekologia, zdrowie, uczciwość i troska. I akurat w systemie ekologicznym o dzieci bardzo się dba – niedopuszczalne jest zatrudnianie ich poniżej 15. i 16 roku życia. A to, że się dzieci zabiera na pole, to w celu edukacyjnym, aby poznały, na czym ten system polega. Na pole zabiera się także dzieci sąsiadów, żeby zobaczyły sposób gospodarowania, nie po to, żeby pracowały. Bo w systemie konwencjonalnego rolnictwa dzieci nie mogą chodzić z rodzicami na pole z uwagi na możliwość zatrucia pestycydami.
W rolnictwie ekologicznym, które rzeczywiście wymaga więcej pracy ręcznej niż konwencjonalne, też jest mechanizacja. Tym niemniej, jeśli nie ma się dobrych maszyn, jeśli zapuści się uprawę, to niestety zostaje tylko ręczne wyrywanie chwastów. Jeśli rolnik jest fachowcem, to nie dopuści do zachwaszczenia, zastosuje wczesną prewencję, czyli system płomieniowy lub szczotkowy. Jeśli nie, to musi zatrudnić ludzi do pracy ręcznej – niekoniecznie kobiety. I patrząc z drugiej strony – daje pracę ludziom. Rolnicy ekologiczni w ogóle zatrudniają więcej ludzi niż konwencjonalni, więc ze względów społecznych to chyba dobrze? Oczywiście każdy rolnik będzie unikać pracy ręcznej, i to jest prawda, natomiast nie jest prawdą uciemiężanie przez niego kobiet i dzieci.
- Wróćmy więc do wyników badań europejskich z tego roku. Prof. Leifert stwierdza w ich podsumowaniu, iż „to badanie winno być tylko punktem wyjścia do przeprowadzenia dobrze kontrolowanych badań opartych na metodzie interwencji dietetycznej oraz badań kohortowych w celu oszacowania skutków zdrowotnych przestawienia się na żywność ekologiczną”.
- Bardzo się cieszę, że prof. Leifert to napisał, bo kiedy dyskutowałam z nim parę lat temu na ten temat – nie widział takiej potrzeby. Ja zawsze uważałam, że takie badania są potrzebne i taki projekt przygotowujemy. Zgłosimy go do finansowania zapewne w ciągu najbliższych miesięcy. Będą to właśnie interwencyjne badania dietetyczne na ludziach.
Niektóre badania kohortowe zostały już częściowo zrobione w Holandii i Francji – wykazały, że konsumenci żywności ekologicznej mają lepszą samoocenę stanu zdrowia. We Francji zbadano co najmniej kilkanaście tysięcy ludzi, w Holandii – kilka tysięcy. Ja robiłam podobne, ale na mniejszą skalę, a ich wyniki potwierdziły badania holenderskie i francuskie. Badania kohortowe są najlepsze tam, gdzie działa dobrze Internet, gdyż ludzie mogą szybko i łatwo wypełniać ankiety. Niestety, Polska nie należy do takich krajów. Dlatego nasz projekt będzie dotyczyć interwencji dietetycznej.
Ale trzeba robić i badania kohortowe, i interwencyjne, żeby móc zweryfikować, czy żywność ekologiczna ma – i jaki – wpływ na zdrowie człowieka. Bo na podstawie wszystkich dotychczasowych badań możemy postawić mocną hipotezę, że regularne spożywanie żywności ekologicznej (co najmniej połowę produktów w diecie) ma korzystny wpływ na stan zdrowia. Z badań bowiem wynika, że konsument żywności ekologicznej generalnie lepiej się czuje i rzadziej choruje.
- Czyli wszystko w rękach nauki.
- Oby tylko znalazły się na to pieniądze, bo niestety, wszystkie nasze projekty przepadają w konkursach i to nie z powodu słabości merytorycznej. Mam wrażenie, że naukowcy z gremiów decyzyjnych są często związani z konwencjonalnym sektorem produkcji i przetwórstwa, albo z sektorem GMO.
Polska jest na etapie dorobku, przeciętny obywatel myśli o tym, jak się wzbogacić, a w gorszych przypadkach – jak przetrwać. Natomiast sprawy wyżywienia, zdrowia – schodzą na dalszy plan. Rośnie jednak pokolenie, dla którego są to sprawy priorytetowe.
- Dziękuję za rozmowę.
*http://www.project-syndicate.pl/artykul/mit-rolnictwa-ekologicznego,394.html- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2460
Zielone Płuca Polski to pomysł przyrodników i krajoznawców na ochronę znacznego obszaru kraju przed zniszczeniem środowiska. Jednakże koncepcja ta musi być połączona z reformą społeczno - gospodarczą. W tych działaniach powinien uczestniczyć parlament i rząd, gdyż realizacja takiego programu przekracza możliwości lokalnych samorządów.
Nie chcemy, aby ten region był tylko skansenem - mówi wicewojewoda warmińsko - mazurski, Marek Żyliński. Mamy tutaj 22% bezrobocie, które dotyczy głównie młodych ludzi na wsi. Tam mieszka zaledwie 2% ludzi z wyższym wykształceniem. Gdyby nasze województwo otrzymało choć małą część tych środków, jakie rząd przyznał górnictwu na restrukturyzację - nie mielibyśmy żadnych problemów.
Jednakże ani województwo warmińsko - mazurskie, ani olsztyńskie, suwalskie, ciechanowskie, ostrołęckie, białostockie, które w całości leżą na obszarze Zielonych Płuc Polski nie dostały ani grosza z tytułu likwidacji pegeerów, które zadecydowały o tak wysokim bezrobociu w regionie. Także toruńskie, elbląskie, czy siedleckie, których tereny częściowo tworzą ten unikatowy w skali Europy i globu obszar.
Pieniądze - choć nie w skali pozwalającej rozwiązać problemy rozwoju regionu - przyszły za to zza granicy, gdzie idea ZPP spotkała się z dużym zainteresowaniem. Niemcy (rząd Nadrenii - Westfalii) przeznaczyły na Narwiański Park Narodowy 150 tys. marek (program do roku 2002), niemiecka fundacja EURONATUR - na wykup gruntów w Dolinie Górnej Narwi - kilkaset tysięcy marek. World Wildlife Found dał środki na utworzenie Biebrzańskiego Parku Narodowego, rząd holenderski i fundacja Avalon przeznaczyły 200 tysięcy guldenów na utworzenie i promowanie 80 - 100 gospodarstw ekologicznych na tym obszarze.
W ochronę przyrody na tym terenie ogromne pieniądze przeznaczyły przede wszystkim samorządy, Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i fundusze wojewódzkie. W latach 1993-97 dzięki kilkudziesięciu milionom złotych, jakimi dofinansował inwestycje w ZPP Ekofundusz, powstało kilkanaście oczyszczalni ścieków i zmodernizowano system grzewczy w Augustowie.
Jednakże problemów dotyczących gospodarczego rozwoju regionu nie rozwiążą nam fundacje ani polskie, ani zagraniczne, choć w tak sympatyczny sposób doceniają potrzebę ochrony przyrody bez względu na granice. Tu musi być działanie władz państwa, gdyż rzecz dotyczy wcale niemałej jego części - 20% powierzchni kraju zamieszkałej przez 10% obywateli.
Region kontrastów
Pięknu i różnorodności krajobrazu w żadnym stopniu nie dorównuje twórczość człowieka. Wśród bujnej zieleni i żółci jesiennej drzew, wokół malowniczych jezior i oczek wodnych nagle zgrzytają paskudne budynki nijak pasujące do pejzażu. W dodatku brudne, zaniedbane, obowiązkowo z kupą gnoju wokół obejścia. Nie lepiej komponują się potworki „miastowych”, zbudowane na dziko wokół jezior. Wyrastają przy tym jak grzyby po deszczu, budowane bez jakichkowiek zezwoleń i także w stylu bezguścia nowobogackich. Z reguły postawione są tuż przy linii brzegowej (winny - co najmniej 100 m od wody. Posłowie chcą obecnie zmienić na 50 m!) bez szamb i śmietników, co oznacza, że ich rolę spełnia jezioro.
Z danych Rady Programowej Porozumienia ZPP wynika, że spośród 44 skontrolowanych w 1996 r. jezior tylko 16 miało wody II klasy czystości. Aż 6 jezior miało wody tak silnie zanieczyszczone, że nie odpowiadały one żadnym normom. Ale jak może być inaczej, skoro gospodarka ściekowa na tym obszarze to nadal pieśń przyszłości? Jak twierdzi wicewojewoda warmińsko - mazurski, sieć kanalizacyjną na terenach wschodnich tego województwa ma zaledwie 5-6% gmin. Znacznie lepiej jest z wodociągami (20 - 90%), gdyż ich założenie to koszt 6-7-krotnie niższy. W tymże województwie na 49 miast aż 8 nie ma oczyszczalni ścieków, a i w tych, gdzie one są, też wymagają modernizacji. Dotyczy to m.in. Fromborka, Tolkmicka, Morąga, czy Lidzbarku Warmińskiego.
Nie lepiej jest z odpadami. Tutaj także bije w oczy kontrast: sielska przyroda - śmieci, które pojawiają się w wielu atrakcyjnych turystycznie miejscach. Na szczęście, większość gmin buduje lub modernizuje własne wysypiska, niektóre nawet prowadzą selektywną zbiórkę odpadów, choć barierą jest ich utylizacja (tylko w byłym województwie białostockim przetwarza się butelki z tworzyw sztucznych). Inną przeszkodą w racjonalnej gospodarce odpadami jest...ekonomia. Unieszkodliwianiem odpadów niektóre gminy nie są zainteresowane z powodu wysokich kosztów. Tak się dzieje np. w Suwałkach, gdzie uruchomiono kompostownie odpadów komunalnych, z której nie chcą korzystać mieszkańcy okolicznych gmin i nieodległego Augustowa. Taniej bowiem jest składować śmieci na wysypisku.
Biedne bogactwo
Przy tak dużym i trwałym bezrobociu oczywiste jest, że przyrodzie tego obszaru nie zagraża działalność człowieka. Obszar ZPP nigdy zresztą nie należał do wysoko uprzemysłowionych, choć w pewnym okresie były pokusy, aby wykorzystać bogactwa mineralne suwalszczyzny (rudy żelaza i manganu). Jedyną gałęzią przemysłu, jaka się tutaj rozwinęła to przetwórstwo spożywcze, którego udział w produkcji krajowej sięga od 20% (mięso, wędliny, piwo) do ponad 40% (masło). Niemniej i w tym przemyśle zachodzą zmiany restrukturyzacyjne: duże zakłady zanikają, w ich miejsce powstają mniejsze, prywatne, co wiąże się z redukcją zatrudnienia. Liczba nowopowstających jest jednak dużo mniejsza niż w innych regionach kraju, w dodatku nie są to zakłady wykorzystujące zaniedbane i porzucone bogactwo tego obszaru: popegeerowskie tereny uprawne. A na nie ma chętnych z kilku powodów. Po pierwsze, byli pracownicy pegeerów nie mają pieniędzy na dzierżawę ziemi od Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa. Po drugie - nie mają narzędzi ani kapitału na rozpoczęcie produkcji. Ziemia uprawna leży zatem odłogiem i porasta już krzewami. A ludzie nie mają z czego żyć, ani co jeść. Jedynym rozwiązaniem - jak z żalem twierdzi Stanisław Dąbrowski z Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Olsztynie (były Wojewódzki Konserwator Przyrody) - jest zalesianie tych ziem. Dla ZPP to dobrze, ale nijak się ma do gospodarczego rozwoju regionu.
Ale bieda tzw. ściany wschodniej to przecież nie tylko brak miejsc pracy. To przede wszystkim wieki zapóźnienia cywilizacyjnego, które dzisiaj owocuje z jednej strony czystym, nieskażonym środowiskiem i bujna przyrodą, a z drugiej - kiepskim wykształceniem mieszkańców, niskimi dochodami, małą aktywnością gospodarcza i niewielką zdolnością do samoorganizacji i samopomocy. I to jest, i długo jeszcze będzie, największym wyzwaniem dla każdego rządu oraz władz lokalnych. Bo budowa nowoczesnych urządzeń, czy rozwijanie turystyki i romantyczne wyjazdy nad jeziora to jedno. A drugie - to mentalność ich użytkowników i właścicieli. Dziś jeszcze jest tak, że buduje się ekologiczną szkołę z podłogami z pcv i oświetleniem jarzeniowym, a na stołówce zaparza się herbatę w plastykowych dzbankach. Na uwagę, że nie do tego one służą, pada odpowiedź: a my tak robimy. I żeby było inaczej, trzeba będzie wielu lat edukacji i dobrego przykładu, na który powinniśmy wszyscy się złożyć. Także sięgając do wspólnej kiesy narodowej.
Anna Leszkowska
99-11-03
Obszar ZPP utworzono z uwagi na walory czysto przyrodnicze. Zachowały się na nim prawie niezmienione wielkie kompleksy jezior, bagien i lasów, jakich już nie ma w innych częściach Europy.
Porozumienie Zielone Płuca Polski (ZPP) podpisano 13 maja 1988 r. w Białowieży. Był to pierwszy w naszej historii dokument odrzucający rozwój gospodarczy poprzez uprzemysłowienie na rzecz ekorozwoju. Porozumienie, początkowo realizujące przede wszystkim program ochrony środowiska, ochrony przyrody i krajobrazu, z upływem czasu zmieniło zakres działania na promowanie rozwoju gospodarczego, ale poprzez rozwijanie rolnictwa, leśnictwa i turystyki.
W latach 1989-93, po renegocjacji Porozumienia w warunkach nowego ustroju, stworzono dla ZPP plan zagospodarowania przestrzennego, którym objęto obszar 5 województw. Wkrótce (1992 - 95) ich liczba w ZPP zwiększyła się do dziewięciu. Sygnatariuszami Porozumienia stały się także ministerstwa: ochrony środowiska, rolnictwa, zdrowia, pracy, spraw zagranicznych, gospodarki przestrzennej, CUP, UKFiT, Agencja Modernizacji i Restrukturyzacji Rolnictwa i - oczywiście - Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska oraz Ekofundusz. W 1994 roku Sejm uznał, że ZPP są podstawowym w kraju regionem, w którym należy realizować zasady ekorozwoju.
Istnieją propozycje, aby ZPP wpisać w „Zielone Płuca Europy” oraz „Zielony Pierścień Bałtyku”.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 892
Na portalu Global Research zamieszczono 16.03.23 wystąpienie Marcela de Graaffa, posła do Parlamentu Europejskiego, w sprawie ogłoszonej 11.03.20 przez WHO pandemii Covid-19. Redakcja opatrzyła je tytułem: Oszustwo Covid - największy skandal stulecia? Czy kwalifikuje się jako zbrodnia przeciwko ludzkości?
Do tej pory Redakcja SN powściągliwie relacjonowała rozwój sytuacji związanej z pochodzeniem wirusa, jego właściwościami oraz wątpliwym sposobem leczenia chorych narzuconym przez WHO, czy nowych, nie przedyskutowanych przez świat naukowy reguł epidemiologii. Nie zajmowaliśmy się też od strony naukowej zachowaniem rządów odnośnie zdrowia publicznego czekając aż opadnie histeria i kurz bitwy. Sporadycznie zamieszczaliśmy jednak informacje związane z walką niezależnych od korporacji lekarzy o prawo leczenia chorych na covid według ich najlepszej wiedzy medycznej i sprawdzonymi lekami przeciwwirusowymi, co wywoływało agresję wobec nas w mediach społecznościowych (z tego powodu opuściliśmy Fb).
Czekaliśmy na wyniki badań naukowych pokazujących kto mówił prawdę, a kto oszukiwał i kłamał. Pokazywały się one stopniowo i ujawniały wielki szwindel będący wspólnym dziełem wielu naukowców, Big Pharmy oraz polityków, którzy w wielu przypadkach nawet nie kryli się z lekceważeniem przepisów sanitarnych, jakie sami ustanowili – oczywiście, dla innych. Niczym nie ryzykowali, gdyż korporacyjne media światowe, z którymi są zbratani, zastosowały totalną blokadę informacji odmiennych niż narracja przyjęta przez tych, którzy mieli wymierny, finansowy i polityczny interes w narzuconej ludzkości „jednej prawdy”. „Prawda” ta – jak pokazują coraz liczniejsze wyniki badań niezależnych naukowców, do dzisiaj prześladowanych, oraz śledztw dotyczących korupcji w korporacjach czy najważniejszych instytucjach międzynarodowych - należy do trzeciego rodzaju prawdy według filozofii góralskiej, którą spopularyzował ks. prof. Józef Tischner. I choć śledztwo w tym największym oszustwie świata -operacji psychologicznej uznanej za arcydzieło propagandy - nie zostało jeszcze zakończone, niemniej z tego co już wiemy wyłania się nieciekawy obraz znacznej części środowiska naukowego, które w obliczu możliwości apanaży porzuciło ideały nauki (a nawet metodologię badań). Zapomniało o tym, że istotą nauki jest wolna wymiana poglądów, spór i walka na argumenty, a nie tłumienie – korporacyjne czy sądowe – krytyki naukowej. Zapomniało nawet o przysiędze doktorskiej, w której każdy z nich ślubował rozwijać badania naukowe nie z żądzy zysku i nie dla próżnej chwały, ale dla odkrywania i upowszechniania prawdy – największego skarbu ludzkości. (al.)
Poniżej publikujemy wystąpienie Marcela de Graaffa:
W 2021 roku ujawniono e-maile z niemieckiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, z których wynikało, że zwerbowało ono naukowców do straszenia ludności.
W zeszłym roku ujawniono, że statystyki Covid zostały sfałszowane przez holenderskiego ministra zdrowia Hugo de Jonge poprzez zawyżanie liczb.
A teraz mamy ujawnienie ponad 100 000 wiadomości WhatsApp od byłego brytyjskiego ministra zdrowia, Matta Hancocka. Brytyjski „Daily Telegraph” umieścił je w Internecie jako „The Lockdown Files”.
Ze wszystkich tych rewelacji wielokrotnie wynikało, że koronawirus nie był bardziej śmiercionośny niż inne wirusy wywołujące grypę. Jak wiemy, grypa i przeziębienie mogą być śmiertelne dla wrażliwych, bardzo starych ludzi. Dla osób poniżej 80. roku życia te wirusy prawie nigdy nie są śmiertelne. Tak było z Covid-19.
Minister Matt Hancock rozmawiał za pośrednictwem WhatsApp z ówczesnym premierem Wielkiej Brytanii Borisem Johnsonem na temat niskiego wskaźnika śmiertelności tego wirusa. Napisał, że jest to problem, ponieważ oznacza to, że cele szczepień nie zostaną osiągnięte.
Pliki „Lockdown” pokazują również, że oprócz szczepionek, inne środki Covid miały głównie na celu wzbudzenie strachu przed wirusem w populacji.
Rewelacje w Niemczech, Holandii, a teraz zwłaszcza w Wielkiej Brytanii pokazują, że we wszystkich tych krajach celowo stosowano tę samą politykę Covid – politykę, która nie miała nic wspólnego z naturą koronawirusa. Akta Lockdown pokazują, że żadne specjalne środki nie były potrzebne, biorąc pod uwagę niską śmiertelność wirusa. Rząd brytyjski przeszedł z publikowania wskaźników śmiertelności na publikowanie liczby infekcji. Następnie cała UE przestawiła się i relacjonowała Covid w ten sam sposób.
Prawdziwym celem było przeforsowanie szczepionek i wprowadzenie odpowiedniej cyfrowej przepustki Covid. W tym celu nie uchylono się od żadnych środków.
Osoby nieszczepione były przedstawiane nie tylko jako nieodpowiedzialne, ale jako aspołeczni, niebezpieczni wrogowie państwa. Groziło im więzienie i przymusowe szczepienia. Zwolniano z pracy osoby nieszczepione. Ludzie zostali zamknięci w swoich domach wskutek wprowadzenia godziny policyjnej. Szpitale i domy opieki zabraniały partnerom i dzieciom odwiedzania chorych małżonków lub rodziców, nawet gdy ci umierali.
Od początku byli eksperci medyczni, którzy naukowo argumentowali, że narzucone środki są daremne i ostrzegali przed szczepieniami.
Lekarze, którzy protestowali, zostali uciszeni w mediach społecznościowych. Lekarze przepisujący skuteczne leki byli karani wysokimi grzywnami i cofaniem licencji.
Akta Lockdown pokazują, że nieszczepieni i krytyczni wobec Covid lekarze mieli rację – i że w polityce rządu nie było absolutnie nic dobrego.
To, co wyłania się również z Lockdown Files, to zaangażowanie Billa Gatesa. Matt Hancock dosłownie pisze o Billu Gatesie: „Jest mi to winien”. Innymi słowy, Bill Gates jest mu coś winien, ponieważ Hancock zlecił zaszczepienie milionów ludzi jego szczepionkami.
Ten tak zwany filantrop kupił udziały w Big Pharma za 50 milionów dolarów, a po tym, jak powstał covidowy szum, te same akcje sprzedał za 500 milionów dolarów.
Kontrakty na ogromne sumy pieniędzy, podpisane przez rządy z międzynarodowymi koncernami farmaceutycznymi, wciąż nie są jawne. Korespondencja między firmą Pfizer a przewodniczącą UE Ursulą von der Leyen jest nadal tajna. Wiadomości między holenderskim ministrem Hugo de Jonge a premierem Markiem Rutte na temat Covid zostały rzekomo usunięte.
Wygląda na to, że Komisja Europejska i rządy państw członkowskich UE były równie świadome niskiej śmiertelności Covida, jak rząd brytyjski. Ich zasady były prawie identyczne, wadliwy test PCR został zaakceptowany w całej UE, przepustka Digital Covid stała się międzynarodowym dokumentem podróży, nawet treść była prawie identyczna. Kilka krajów zaczęło jednocześnie używać tych samych zwrotów: „z sąsiedztwa do sąsiedztwa, z domu do domu, z ramienia na ramię”.
Środki te nie miały racjonalnych podstaw, ale naruszały podstawowe prawa człowieka i podstawowe wolności. Nietykalność fizyczna i psychiczna została naruszona bez uzasadnienia.
W każdym stanie musi być za to odpowiedzialny rząd. Jako poseł do Parlamentu Europejskiego żądam, aby Komisja Europejska stanęła przed Parlamentem, aby to wyjaśnić. Dlatego proszę przewodniczącego Parlamentu Europejskiego o pilne umieszczenie w porządku obrad następnej sesji w Strasburgu debaty z Ursulą von der Leyen na temat akt lockdownu.
Zobaczymy, czy Parlament Europejski zechce podjąć się kontrolnego zadania, czy też jest współwinny największego skandalu stulecia.
Marcel de Graaff
Źródło: Global Research, 16.03.23
https://www.globalresearch.ca/biggest-scandal-century-does-it-qualify-crime-against-humanity-demanding-accountability-covid-scam/5812152
Od Redakcji: W tej sprawie istnieje już mnóstwo publikacji dobrze udokumentowanych oraz filmy z przesłuchań w Kongresie USA, m.in. b. dyrektora CDC (Centrum Kontroli i Prewencji Chorób) Roberta Redfielda (8.03.23) - https://twitter.com/VigilantFox/status/1633485180840058883
https://www.youtube.com/watch?v=g4rF91BeSJU
Ponadto: https://emigrant19.neon24.org/post/171318,pandemia-ktorej-nigdy-nie-bylo
https://www-newsweek-com.translate.goog/america-covid-response-was-based-lies-opinion-1785177?_x_tr_sl=en&_x_tr_tl=pl&_x_tr_hl=pl&_x_tr_pto=sc
https://unlimitedhangout.com/2022/11/investigative-reports/covid-19-mass-formation-or-mass-atrocity/
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1920
Z prof. Krzysztofem Szamałkiem, geologiem z Państwowego Instytutu Geologicznego , byłym Głównym Geologiem Kraju, rozmawia Anna Leszkowska
- Panie Profesorze, tworzeniu Polskiej Agencji Geologicznej towarzyszą głośne protesty naukowców z Państwowego Instytutu Geologicznego mającego status Państwowego Instytutu Badawczego. Obawiają się oni spadku znaczenia instytutu pełniącego państwową służbę geologiczną i hydrogeologiczną, a nawet jego cichej likwidacji, nie mówiąc już o możliwym wywłaszczeniu go z posiadanych budynków i gruntu w centrum Warszawy.
Jednym z argumentów za odebraniem PIG uprawnień służby państwowej w zakresie geologii jest to, że instytut winien zajmować się nauką, a nie służbą geologiczną. Jednak instytutów pełniących podobną jak PIG rolę: naukową i służby państwowej jest więcej (np. IMGW, IOŚ, IG PAN) i – jak na razie – nikt nie kwestionuje zakresu ich zadań. Jaką zatem – pana zdaniem – powinien pełnić rolę PIG i tego typu instytuty a jak winna być zorganizowana państwowa służba geologiczna?
- W debacie publicznej związanej ze zmianą organizacji służby geologicznej w Polsce zaczęły przeważać argumenty emocjonalne nad merytorycznymi. Nie wróży to dobrze przyszłości polskiej geologii. Chciałbym oprzeć swój pogląd na racjonalnej analizie problemu.
Zacznę od odpowiedzi na pytanie czy PIG po stu latach swojej działalności nie powinien działać inaczej niż wcześniej. Odpowiadam od razu - tak.
PIG powinien dokonać wewnętrznych zmian organizacyjnych, strukturalnych i kadrowych. Istotą tych zmian powinna być głęboka analiza dotychczasowego działania i wyciągnięcie z niej wniosków.
Nie sam fakt długowieczności istnienia PIG jest powodem potrzeby zmian. Istnieją znacznie starsze, bo mające rodowód w XIX wieku służby geologiczne (amerykańska i brytyjska), które nie dokonywały głębokich przemian strukturalnych. Powodem ewentualnych zmian w PIG powinno być dostosowanie do odmiennych warunków funkcjonowania w otoczeniu politycznym i gospodarczym.
Powinna być to jednak ewolucja struktury i zasad działania, a nie rewolucja, a zwłaszcza działania podważające sens istnienia PIG.
Nawet najbardziej głębokie przemyślenia jednej osoby czy instytucji nie mogą zastąpić profesjonalnej analizy funkcjonalnej. Takiej analizy nie przeprowadzono, o czym choćby świadczy OSR (ocena skutków regulacji projektu ustawy o Polskiej Agencji Geologicznej). Większość wiodących służb geologicznych świata łączy funkcje służby geologicznej z silnie zintegrowanymi działaniami naukowymi w obszarze geologii. Tymczasem w Polsce pojawiają się w przestrzeni publicznej głosy - szczególnie młodych osób, które się po raz pierwszy tym zajmują – próbujące udowodnić, iż jest inaczej, że tylko nieliczne służby geologiczne na świecie są związane z nauką.
I oczywiście, wobec takiego przedstawiania sprawy, niezgodnego z faktami, spór o te relacje między nauką a służbą geologiczną toczy się między stroną naukową, a administracją państwa odpowiadającą za działalność służby geologicznej. Mimo, iż w tym obszarze – faktów - nie powinno być sporu. Spór może dotyczyć tylko interpretacji. Powtarzam, powinno się tutaj wyjść od głębokiej analizy tego stanu na świecie i analizy efektywności.
Druga sprawa dotyczy potrzeby zmian, reformy działalności PIG-PIB. One są potrzebne. Kiedy byłem Głównym Geologiem Kraju (1994-1998, 2001-2005), dostrzegałem pewne słabości funkcjonowania instytutu wynikłe z dojrzałości instytucji, stereotypów, zmian zewnętrznych silnie na niego oddziałujących. Ale co innego jest doskonalić instytucję, która mając 100 lat ma wielkie zasługi w rozwoju gospodarczym kraju i stanowi trwały dorobek kultury naukowej w Polsce, a co innego – rozmontowywanie jej.
PIG powinien optymalizować swoją działalność, doskonalić ją. Tymczasem proponuje się „doskonalenie” poprzez unicestwienie, co nie jest akceptowane ani przez pracowników instytutu, ani byłych pracowników, ani środowisko geologów. Oczywiście, instytut mógł być postrzegany, jako majoryzujący działania w geologii, ale z racji potencjału, wielkości i liczby zadań, jakie wykonywał, nie mógł być mniejszą jednostką. Cały instytut, wraz z oddziałami, liczy ok. tysiąca osób – są to i naukowcy, i pracownicy pełniący służbę geologiczną i hydrogeologiczną.
Proponowane obecnie przez ministerstwo rozwiązanie polegające na wyłączeniu z działalności instytutu zadań służby geologicznej i utworzenie w tym celu agencji rządowej postrzegam jako rozwiązanie radykalne, z którym się nie zgadzam. I mimo, że są zapowiedzi ministrów nadzorujących instytut, że to nie chodzi o likwidację PIG, tylko o jego zmiany funkcjonalne, to jednak wynik końcowy jest taki sam. To, co się proponuje, ogranicza bowiem możliwości funkcjonowania PIG w przyszłości.
W uzasadnieniu do projektu ustawy o PAG pisze się, jakie to obecne problemy rozwiąże przyszła agencja. Uważam, że twierdzenia te opierają się na błędnym przekonaniu. Można to porównać do nawoływań ekologów o przesiadanie się z aut zasilanych benzyną czy ropą do elektrycznych. To słuszne nawoływanie, ale zapomina się, że energia elektryczna do napędzania tych aut jeszcze przez długi czas pochodzić będzie ze spalania węgla. Przy inicjatywie powołania PAG jest podobnie. PAG ma usunąć różne niedostatki funkcjonowania PIG. Jednak kadra PAG to będą ludzie dotychczas pracujący w instytucie. Jak zatem tym samym potencjałem ludzi uzyska się nowe lepsze rezultaty? Samą poprawą jakości zarządzania (a skąd pewność, że tak będzie?) nie uzyska się poprawy wyników pracy służby geologicznej.
- Jak się czyta uzasadnienie powołania PAG, to odnosi się wrażenie, iż ustawodawca zamierza wziąć tych ludzi z PIG…
- Właśnie, to będzie PIG-bis, czyli ludzie z PIG plus młode zaciągi, jednak gorzej wykształcone i nie mające doświadczenia zawodowego obecnych pracowników. W konsekwencji PIG upadnie. Zanim ci nowi osiągną doświadczenie zawodowe, miną lata.
- Zwłaszcza, że w projekcie ustawy przewidziano, że agencja będzie prowadzić także badania naukowe.
- Czyli to, co dzisiaj robi PIG. Poprzedni dyrektor instytutu, prawnik, prawda że z nadania, nie z konkursu, jednak po pewnym czasie pełnienia tej funkcji doszedł do wniosku, że ustawa o PAG nie ma sensu, że wczytując się literalnie w zakres i cele, jakie przyświecają PAG, lepiej jest przekształcić PIG niż tworzyć nową agencję. Dodać instytutowi niewielkie kompetencje, jakich nie ma obecnie i pieniędzy na realizację nowych zadań.
- Rzecz wydaje się przesądzona, bo projekt utworzenia PAG z 2016 roku jest na ostatnim etapie procedowania. Odrzucić go może tylko sejm. A i nie widać takich sił, które mogłyby go zatrzymać.
- Układ sił w sejmie jest oczywisty. Wiekszość sejmowa może przyjąć błędne rozwiązanie, bo ma wystarczająco dużo głosów. Czy jednak nie należy myśleć w tej sprawie pro publico bono? Jarosław Kaczyński wielokrotnie wykazywał, że kategoria interesu państwa jest dla niego bardzo ważna. Może i tym razem posłucha głosów płynących przecież także z jego środowiska politycznego o zaniechaniu powoływania PAG. W innym przypadku sprawcze mogą być tylko siły wewnętrzne PIG, gdyż pracownicy PIG doszli do skraju przepaści i wiedzą, że determinacja utworzenia PAG zaczyna być jeszcze większa z powodu nadchodzących wyborów parlamentarnych i że jeżeli teraz się nie sprzeciwią demontażowi instytutu, to później będą ratować instytut ze zgliszcz. A ratowanie ze zgliszcz jest zawsze trudniejsze niż uchronienie przed katastrofą. Stąd się wzięły protesty, wiece przed PIG i Ministerstwem Środowiska. Do jakiego stanu determinacji dojdą pracownicy PIG trudno ocenić, ale żadna władza nie jest odporna całkowicie na wydarzenia typu strajk okupacyjny, czy inne formy protestu, jakie sobie można wyobrazić.
- Z lektury uzasadnienia do ustawy o PAG wynika, iż Polska jest potęgą surowcową, że mamy wszystkie surowce, tyle że z nich nie korzystamy. W domyśle – z powodu zaniedbań m.in. PIG.
- Taki pogląd jest sprzeczny wewnętrznie. Bo jeżeli Polska jest tak zasobna w kopaliny – a ja twierdzę, że w porównaniu z innymi krajami europejskimi jest bardzo zasobna – to nie wynika to z czyjegoś przekonania czy intuicji, ale z badań. A kto prowadził te badania? – PIG. To na podstawie dokonań instytutu, czasem hipotez badawczych, jakie w PIG powstawały, a później były weryfikowane przez wiercenia, hipotezy te potwierdzały się, bądź nie. Polska w istocie jest krajem wyposażonym bogato, co wynika m.in. z tego, że leży na styku dwóch wielkich struktur geotektonicznych, gdzie dzieją się ciekawe procesy geologiczne. Jest oczywiście kwestia wyczerpywania się niektórych złóż, ale wiedza i technika powodują, iż nawet mało zasobne złoża można obecnie efektywnie eksploatować i powiększać bazę zasobową surowców.
W zasadzie w wyobrażalnym horyzoncie czasowym ludzkości – 500 lat - nie ma problemu, że nie wystarczy nam jakichś zasobów. Bo rozwój cywilizacyjny, technika i technologia pozwala surowce oszczędzać, ale i eksploatować złoża ubogie, wcześniej ignorowane z uwagi na niską koncentrację składnika użytecznego. Np. kiedyś decydowano się na wydobywanie miedzi, jeżeli jej zawartość procentowa w złożu nie była mniejsza niż 2-2,5%, a teraz prowadzi się niekiedy eksploatację, nawet jeśli w złożu jest 0,5% miedzi. A będzie się w przyszłości eksploatować złoża o jeszcze mniejszej koncentracji, bo miedź jest niezbędna w wyrobach elektrotechnicznych. Więc jeśli umie się i opłaca wydobywać surowce ze złóż o ich niskiej zawartości skłądnika, to baza zasobowa się nie kurczy, a powiększa. Tym samym powinniśmy dalej dokumentować nasze złoża, wykonując wiercenia głębsze.
- Ale na to nie było dotąd pieniędzy…
- One jednak muszą się znaleźć, bo to stanowi o bezpieczeństwie surowcowym państwa, na które – poza bezpieczeństwem energetycznym - składa się dostęp do surowców. Lepiej jest je posiadać i wydobywać niż tylko kupować na międzynarodowych rynkach i być narażonym na różne ich zawirowania.
- Kiedy czyta się uzasadnienie do projektu ustawy o PAG, nasuwa się myśl, iż koncepcja takiej agencji powstała podczas gorączki gazu łupkowego w Polsce, a teraz została wzmocniona dyskusją na temat naszych działek podwodnych na Atlantyku i Pacyfiku, które chcemy eksploatować. O możliwości występowania gazu z łupków w Polsce PIG wypowiadał się krytycznie cały czas, o konkrecjach wypowiadać się nie może, bo nie mamy takiej technologii, żeby zbadać dno morskie.
- Co do gazu łupkowego: nie wykluczam, że w Polsce istnieją jego złoża, tylko trzeba je najpierw odkryć i udokumentować. Obecnie nie ma żadnych przekonujących przesłanek. Być może pojawią się w przyszłości. Ani w sprawie gazu łupkowego, ani w sprawie złóż na oceanie nie ma zero-jedynkowych odpowiedzi. Błędem, jaki popełniają politycy jest to, że pewną wstępną informację, mówiącą o możliwości, perspektywie pozytywnego rezultatu badań przyjmują za etap skończony i mnożą dochody, jakie zyskają w przyszłości z eksploatacji niepotwierdzonych złóż. Czyli są bogaci na etapie myślenia.
- Jak w bajce „Dzban z mlekiem” La Fontaine’a …
- Albo jak przy zakupie losu w totolotku. Tyle, że główna wygrana przypada zwykle tylko jednej osobie. Podobnie było z gazem łupkowym. Wstępne informacje o tym, że my również mamy potencjalne złoża, które na świecie są już eksploatowane, spowodowały potrzebę polityczną konsumpcji tej informacji. Pierwszy w tej sprawie wypowiedział się premier Tusk. Czyli nie specjalista. Można mu tylko współczuć, że dał się nabrać, przyjmując za dobrą monetę niesprawdzone i wyolbrzymione informacje od osób, które mu podpowiadały. Premier szybko pojechał na zapalenie pochodni na otworze wiertniczym, w którym gazu było tyle, aby ta pochodnia się paliła, ale nie więcej ….
Więc policzyliśmy wówczas zasoby, jakie moglibyśmy mieć i po ile moglibyśmy je sprzedać. W ten sposób „zabezpieczyliśmy” sobie jako społeczeństwo przyszłość na 100 lat, dzieląc przyszłe zyski na emerytów, dzieci, wnuki itd.
Podobnie jest z zasobami oceanicznymi. Przecież to nie dzisiaj czy wczoraj dowiedzieliśmy się o ich istnieniu i zaczęliśmy nad tym pracować. Przypomnę, że od 30 lat (1987) Polska jest współuczestnikiem badań międzynarodowych w ramach konsorcjum Interoceanmetal i nie jest tak, że jesteśmy jedynymi szaleńcami na świecie, którzy topią własne pieniądze w morzu.
Prawdą jest natomiast stwierdzenie, że znajdujemy się w ekskluzywnym klubie niewielu państw świata, które prowadzą badania zasobów mineralnych oceanu światowego i uzyskują bardzo ciekawe rezultaty o zasobach surowcowych oceanu. Bo dzisiaj można powątpiewać o eksploatacji konkrecji manganowo-żelazistych, ale wyłącznie z powodów ekonomicznych, relacji kosztów wydobycia surowców z dna morza i z lądu.
Ale czy ktoś na początku ery eksploatacji złóż ropy naftowej na lądzie z pokładów płytko położonych, myślał o eksploatacji złóż podmorskich? Nie. A przecież weszliśmy najpierw na płytkie szelfy, a potem jeszcze niżej. W tej chwili największe na świecie odkrycia złóż ropy naftowej, choćby na Atlantyku, brazylijskie, są na głębokości od 2 do 4 tys. m od lustra wody i ok. 1,5 km pod dnem. To pokazuje skalę trudności, a przecież nikt się nie uchyla od ich zagospodarowania.
Coś, co się wydawało dawniej fantazją, dzisiaj okazuje się realnością. Dlaczego te super głębokie złoża są dziś możliwe do eksploatacji na takich głębokościach? – bo w przemyśle metalurgicznym wynaleziono sposób na wytworzenie długiej stalowej giętkiej rury, którą można odwijać ze szpuli i tak głęboko wwiercać się w górotwór. Wcześniej wiercenia na głębokość 3 km trwały trzy lata, dzisiaj – trzy miesiące. Każde z tych badań oceanicznych ma głęboki sens, bo bada obiekty, których do tej pory nie znaliśmy, a po wtóre – prowadzi do niesamowitej rewolucji w usprzętowieniu. Cały ten najnowocześniejszy sprzęt można w dodatku kupić.
- Jak zatem winna być zorganizowana służba geologiczna w Polsce?
- Od wielu lat uważam, że PIG winien funkcjonować w postaci takiej, jak do tej pory, choć oczywiście z pewnymi zmianami wewnętrznymi, doskonaleniu, itd. Czyli winien być placówką naukową i pełnić służbę geologiczną, podobnie jak to jest w większości istotnych krajów na świecie. Natomiast to, czego nie jest w stanie spełnić PIG, to kwestia nadzoru - nad realizacją prac związanych z koncesjami, uprawnieniami, prawidłowością prowadzonych w terenie prac geologicznych. Nadzoru nie może też zapewnić ministerstwo środowiska, bo nie ma dostatecznej liczby merytorycznych pracowników – w kilku departamentach geologicznych pracuje ich ok. 50-60.
Czyli struktura winna być taka: PIG, ministerstwo, i urząd nadzoru geologiczno-górniczego. W tym celu Wyższy Urząd Górniczy winien zostać przekształcony w urząd nadzoru geologiczno-górniczego (UNGG), czyli powinna mu być przydana funkcja geologiczna. Bo jak przeanalizować zadania dla WUG, to jest tam ochrona środowiska i racjonalna gospodarka złożami, bardzo silnie związane z geologią, a jedyną kwestią, która różni UWG od proponowanego UNGG jest sprawa bezpieczeństwa i higieny pracy. Ale akurat w tym obszarze mamy agencję państwową – Państwową Inspekcję Pracy (PIP). Ciągle nie rozumiem, dlaczego przez tyle lat, ci pracownicy, którzy zajmują się bezpieczeństwem i higieną pracy w urzędach górniczych nie stanowią odrębnego departamentu w PIP.
- Tyle, że po 89 roku PIP została ubezwłasnowolniona…
- No to trzeba doprowadzić do tego, żeby PIP była skutecznym urzędem kontrolnym i egzekucyjnym w przypadku łamania prawa. Na czele tego nowego urzędu UNGG winni stać na przemian geolog i górnik – jeśli prezesem będzie górnik to wiceprezesem geolog i odwrotnie. Taki urząd w sposób harmonijny zapewniałby nadzór nad tym obszarem, który jest niezbędny. Czyli minister środowiska z głównym geologiem kraju jako organem koncesyjnym miałby PIG jako służbę geologiczną, następnie nadzorowałby UNGG, i w ten sposób miałby zapewnione i merytoryczno- naukowe wsparcie, i wsparcie administracyjno-kontrolne.
- W tej koncepcji, tak jak i projekcie agencji brakuje nam wody…
- Woda podziemna jest związana z geologią, natomiast wody powierzchniowe – z hydrologią i meteorologią. Tu winno być tak, jak do tej pory: wody powierzchniowe winny być domeną służb IMGW. Utworzone Państwowe Gospodarstwo Wody Polskie uważam za koncepcję błędną i niezrozumiałą, bez żadnego uzasadnienia.
Widać, że nic z tego dobrego nie wyniknęło poza bałaganem. Nadzorowałem w ministerstwie środowiska przez 8 lat gospodarkę wodną w Polsce i wiem, jak to trudne zagadnienie, więc byłem bardzo ostrożny we wprowadzaniu zmian. Raczej próbowałem doprowadzić do racjonalizacji istniejących struktur zarządzania wodami powierzchniowymi, czyli Regionalnych Zarządów Gospodarki Wodnej, które realizowały zarówno funkcje właścicielskie, inwestycyjne, nadzorcze jak i kontrolne. Uważam, że było to słuszne rozwiązanie.
Natomiast Wody Polskie to koncepcja zasadzająca się na prostych analogiach z lasami państwowymi. Stworzono z tego kolejne niezależne od państwa księstwo, za chwilę może powstanie Powietrze Polskie, i w ten sposób sobie podzielimy wszystkie elementy środowiska i każdy będzie zarządzany w inny sposób niż do tej pory.
-Ten problem dotyczy też instytutów badawczych wykonujących zadania służby państwowej. Można przypuszczać, iż kolejnym krokiem będzie utworzenie np. państwowej agencji meteorologii, agencji sejsmologii, nie licząc państwowej agencji ochrony środowiska, której projekt przygotował min. Szyszko w końcu 2017 roku. Czyli agencji przejmujących zadania służb państwowych będących dotychczas w zakresie działania kilku instytutów badawczych.
- Czy grozi nam taka wizja „agencyjna”? Tu trzeba zastanowić się, czy są takie zadania, które ciążą na państwie, bądź na samorządzie, czy sektorze publicznym, które muszą być przez nie wykonywane. Oczywiście są, np. w zakresie publicznej ochrony zdrowia, bezpieczeństwa epidemiologicznego, przygotowania osnowy geodezyjnej kraju i podkładów topograficznych, badań (wstępnych czy bardziej dokładnych) złóż zasobów naturalnych itd.
Nie mówię tu o ochronie terytorium kraju i takich służbach jak armia, czy policja. Ale to znaczy, że ktoś musi to robić. I jeżeli np. PIG będzie się zajmować tylko nauką, to ktoś inny będzie musiał wykonywać pozostałe zadania wykonywane przez PIG. Ale czy można założyć, iż ktoś nie związany z nauką będzie mógł zaplanować badania geologiczne, aby sprawdzić, czy w danym miejscu jest określone złoże? Do tego potrzebna jest przecież wiedza naukowa.
Jeśli więc dokonywalibyśmy analizy racjonalnej, a nie emocjonalnej, która dominuje od trzech lat, co się przejawia i w dyskusjach, i w intuicyjno-emocjonalnej argumentacji, to oddzielnie takich zadań państwa od nauki jest błędem. Model ten sprawdził się w Wielkiej Brytanii, USA, Australii, RPA i powinniśmy w dalszym ciągu iść tym tropem.
Dziękuję za rozmowę.