Nauka i gospodarka (el)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 4081
Z Wiesławem Kaczmarkiem, ministrem skarbu, rozmawia Anna Leszkowska
- Co należałoby i co można zrobić, aby polska gospodarka stała się konkurencyjna, czyli innowacyjna ?
- Moja gorzka refleksja z ostatnich lat to spostrzeżenie, iż w Polsce zanikł optymizm inwestycyjny. Wynika to pewnie z bardzo trudnych warunków pozyskiwania środków na finansowanie. Mówienie więc obecnie o innowacyjności gospodarki, której brakuje źródeł finansowania, przypomina dyskusję o teologii w gospodarce.
W Polsce nie udało się parę przedsięwzięć z tego obszaru. Po pierwsze, nie zaistniały nigdzie na dużą skalę – tak aby było to odczuwalne w strukturze handlu zagranicznego – projekty, które wiążą się z parkami przemysłowymi. Nie umieliśmy też wykorzystać myśli naukowo – technicznej dużych ośrodków akademickich na potrzeby gospodarki. To wszystko jest w fazie projektów. Ale my dzisiaj nie badamy nawet efektywności wydawania naszych pieniędzy na rożnego rodzaju programy naukowe. Dla mnie taką twierdzą konserwatyzmu i nieefektywności wydawania pieniędzy jest KBN. Jestem w kilku kapitułach nagród gospodarczych, które dotyczą innowacyjności, nowoczesności rozwiązań naukowo – technicznych i nie zauważam nadmiaru propozycji. Mimo, że środków finansujących programy naukowe i badawcze jest – mimo wszystko – sporo. Oczywiście w relacji do PKB bardzo mało, ale z tego co jest winny być jakieś plony, które się nadają do implementacji w rzeczywistości rolniczej, czy przemysłowej. Myślę, że trzeba będzie kiedyś ocenić efektywności wydawania tych środków. Bo to jest sprawa kluczowa do osiągnięcia powodzenia – jeśli nie mamy własnej myśli technicznej to stajemy się wyłącznie zapleczem kooperacyjnym. Można, oczywiście, nastawić się na eksport odtwarzalny, tzw. przerób uszlachetniający, ale to nie powinien być mechanizm dominujący. Trzeba rozwijać własny eksport.
-
Naukowcy twierdzą, że nie oni powinni zajmować się wdrożeniami...
-To można przyrównać do makroekonomistów, którzy mają teorię, w ogóle nieodczuwalną na poziomie mikroekonomicznym, a jeśli już – to przynosi wiecej strat niż pożytków. Do Polski przez ostatnie lata – poza nielicznymi przypadkami sektora motoryzacyjnego, częściowo elektroniki, telefonii i e-commerce – nie było transferów poważnych technologii. Możemy tu jeszcze mówić o przemyśle oświetleniowym, przemyśle gumowym, szklarskim, chemii gospodarczej, ale tak naprawdę nie ma poważnego transferu rewolucji naukowo – technicznej. On, niestety, Polskę omija. To jest równie dotkliwe w przemysłach surowcowych, choć zasoby surowcowe winny być dobrą materią do poszukiwań rozwiązań innowacyjnych. Bo węgiel nie musi być wyłącznie paliwem, można go wykorzystać jako surowiec chemiczny, tymczasem przemysł karbochemiczny w Polsce jest w fazie studiów naukowych. Te studia są przydatne pod warunkiem, że kończą się konkretnymi rozwiązaniami. Natomiast jeśli innowacje odbywają się w świecie wirtualnym, dyskusji miedzy naukowcami, kiedy nie ma szans na ich techniczną realizację – to praca naukowców jest mało przydatna. Bo nie następuje konsumpcja.
Innowacyjność w Polsce nie ma jeszcze jednej sprężyny rozwojowej, jaką był kiedyś przemysł zbrojeniowy. Bo innowacyjność w tym zakresie mocno ujawniała się w potrzebach technik militarnych.
Sporo natomiast wydarzyło się w kraju w zakresie innowacyjności, ale w odniesieniu do technik zarządzania. Tu dokonał się znaczący postęp, którego rezultatami winna być zwiększona wydajność pracy. Natomiast są pewne obszary, w których ten postęp jest świadomie odpychany. Takim przykładem jest cały sektor energetyczny, który technicznie jest na wysokim poziomie, ale jeśli chodzi o innowacyjność w zarządzaniu – zastosowania takich mechanizmów, które spowodowałyby radykalne zmniejszenie zatrudnienia – pozostał daleko w tyle.
Liczyłem również na to, że pewną innowacyjność wymuszą programy certyfikujące, czyli cała rodzina ISO. Innowacyjność powinna też pojawić się w przemyśle związanym z ochroną środowiska. Myślę, że tu jest duże pole do działania, gdyż dotyczy interesów własnych przedsiębiorstw: redukcji ponoszonych kosztów na rzecz ochrony środowiska, jak i zagospodarowania odpadów przemysłowych. Tego nie umieliśmy dotąd rozwiązać.
-
Takie działania są wymuszane przez układy stowarzyszeniowe z UE, nie wynikają z naszych inicjatyw …
-
Ale ja nie widzę innej metody, bo dzisiaj nie można bazować na świadomości ekologicznej przedsiębiorcy. Trzeba, niestety, nadal stosować techniki motywujące do określonych zachowań. Przedsiębiorca musi zobaczyć premię za swoją innowacyjność na rynku.
-
Jednak podkreśla się, że polski eksport właśnie teraz, mimo złej sytuacji budżetu państwa – nad podziw się rozwija...
-
Teza o rozwijaniu polskiego eksportu jest przewrotna, bo głosi to ekipa, która wypowiedziała wojnę strefom ekonomicznym
- Chyba to były wymagania Unii?
- Przede wszystkim to my sami o to poprosiliśmy – taki jest mój pogląd. Natomiast mechanizm wzrostu eksportu jest dziś kreowany wyłącznie przez przedsięwzięcia, które zostały zrealizowane w latach 1995 – 98 w strefach ekonomicznych. Bo gdyby nie było Isuzu, General Motors, Toyoty, Volkswagena, grupy Delphi – nie byłoby takich wyników. Ten przemysł – głownie motoryzacyjny zlokalizowany jest w strefach ekonomicznych i to on napędza dziś eksport.
- Czyli nie małe i średnie przedsiębiorstwa, ale zagraniczne koncerny?
- Nie wiem, czy nas dzisiaj stać na innowacje w wielkiej skali. Hasło innowacja wiąże się bowiem z innym podejściem do procesu technologicznego, do samego produktu i z inną techniką marketingu, czy sprzedaży produktu. Możemy więc dzisiaj liczyć na innowacyjność w pewnych obszarach niszowych, które mamy do zagospodarowania.
- Ale nie umiemy ich najczęściej określić, ani znaleźć...
- Bo ich poszukiwanie zwykle kończy się na określeniu premii dla znajdującego: czy oznacza ona, że będzie większa sprzedaż, czy będzie w tym obszarze ochroną przed nieuczciwą konkurencją, czego doświadczają głównie producenci towarów konsumpcyjnych przegrywając z dumpingowo ustawionymi cenami konkurencyjnych firm. Najlepszy tego przykład stanowią wyroby z Dalekiego Wschodu, produkowane często pod markami znanych firm światowych. Innowacyjność bowiem jest ucieczką przed dość wysokimi kosztami pracy w Polsce i wysokimi kosztami prowadzenia u nas działalności gospodarczej.
Innowacyjność zatem ma wówczas sens, gdy zostanie sfinansowana. Problemem przedsiębiorców polskich dzisiaj jest nie tyle znalezienie produktu, ile jego sfinansowanie. Bowiem nie ma w Polsce banku, który chciałby finansować projekt podwyższonego ryzyka, czyli innowacyjny. Bo wiąże się to z nowym podejściem do projektu, inną technologią, czy nowym podejściem do nieznanego wcześniej na rynku produktu. Także państwo nie ma instytucji, które byłyby skłonne poręczać, czy partycypować w formie leasingu w tego typu zadaniach. Do tego konieczne byłoby stworzenie krajowego systemu poręczeń kredytowych, w którym byłoby miejsce na zajęcie się przedsięwzięciami o podwyższonym ryzyku, z debiutem produktów.
Utworzyliśmy kilka lat temu Agencję Techniki i Technologii, ale ona jest w stanie wspomóc kilkadziesiąt projektów rocznie. Gdy to porównać z 3 milionami podmiotów gospodarczych w Polsce to może ona pomóc wybranym z wybranych. Z tego widać, że wsparcie ze strony instytucji państwa jest wyłącznie werbalne.
- Ale skąd można wziąć pieniądze na takie przedsięwzięcia, skoro budżet państwa jest biedny?
- Banki z racji strategii właścicieli nie są skłonne do angażowania się w projekty o podwyższonym ryzyku, ale to po części jest wina pasywnej postawy instytucji państwa, które nie dba o to, aby sponsorować, czy promować tego typu przedsiębiorstwa, czy produkty. Mamy drugą grupę instytucji finansowych, typu ubezpieczeniowego jak fundusz emerytalny, które rosną w siłę, a którym z kolei prawo zabrania podejmowania ryzyka. I jedynym mechanizmem, który może to uruchomić jest próba odwrócenia pewnego standardu prywatyzacji, czyli filozofia sprzedaży majątku, a właściwie użycia tego kapitału jako dźwigni i stworzenia systemu poręczeń kredytowych, co dałoby przynajmniej gwarancję odbicia się od dna, na którym dzisiaj się znajdujemy.
Ale mechanizm innowacyjności można wywołać również wprowadzeniem do polskiego obiegu gospodarczego innych standardów, np. wynikających z umów offsetowych. Innowacyjność w Polsce bez udziału poważnych światowych partnerów nie jest wykreowana.
- Jak praktycznie miałoby wyglądać przekazywanie środków na innowacyjność z prywatyzacji?
Jeżeli udałoby się z tych środków utworzyć krajowy system poręczeń kredytowych, jeżeli te instytucje partycypowałyby maksymalnie w 80% ryzyka razem z przedsiębiorcą, to zostałaby usunięta główna przeszkoda – zabezpieczenie majątkowe, jakiego żądały banki udzielające pożyczek na takie inwestycje.
Oczywiście, banki muszą w tym dojrzeć swój interes. Dzis nie chcą tego robić, bo dbają o interes akcjonariuszy, ale i państwo nie jest też zupełnie bezsilne, bo choć dysponuje skromną liczbą banków, to może uda się je nakłonić do myślenia pozytywnego na rzecz innowacyjności i przedsiębiorczości.
- Czy w przypadku małych i średnich przedsiębiorstw państwo może pomóc?
- To, o czym mówię dotyczy prawie wyłącznie takich podmiotów, gdyż one stanowią 98% przedsiębiorstw w Polsce. Dyskutowanie dzisiaj o programie dla małych i średnich przedsiębiorstw to dyskusja o programie dla polskiej gospodarki. Misja państwa wobec tych przedsiębiorstw winna się przejawiać w utworzeniu krajowego systemu poręczeń kredytowych. Po drugie – w stosunku do tych przedsiębiorstw trzeba przełamać obstrukcję przy tworzeniu profesjonalnego samorządu gospodarczego – to musi być partner dla resortu gospodarki, a wówczas rząd będzie łatwiej trafiać w pewne oczekiwania. Trzeci element to zmiana strategii przetrwania na strategię ekspansji, co wiąże się z racjonalniejszym dostępem do finansowania działalności przedsiębiorstwa.
- Czy pieniądze pochodzące z zagranicy mogą przyczynić się do poprawy innowacyjności gospodarki, zwiększenia jej konkurencyjności?
- W to nie wierzę. Uważam, że jeśli już liczyć na pieniądze unijne, to działanie rządu winno kierować je przede wszystkim na wyrównywanie różnic regionalnych, głownie w obszarze infrastruktury. Pośrednio stworzy się wówczas lepsze warunki do prowadzenia działalności gospodarczej.
- Kilka lat temu mówił pan, że nowe technologie, które czynią gospodarkę konkurencyjną, nowoczesną, wprowadzane są do Polski tylko przez duże koncerny, w sprywatyzowanych, już niepaństwowych dużych koncernach. Czy inne przedsiębiorstwa nie mają wobec tego szans na nowoczesność?
- U nas niestety, od paru lat dominuje zasada marszu pod prąd. W strategiach makro w stosunku do poszczególnych sektorów poszliśmy na podział, zamiast na konsolidację. A gdy tworzy się większe grupy – jest większy potencjał finansowy, który można użyć do badań naukowych, definiowania i finansowania własnych badań rozwojowych, rozwiązań, czego przykładem jest choćby przemysł farmaceutyczny, energetyka. Tam nastąpiły procesy integracji wielkich z wielkimi. Natomiast w Polsce ciągle wygrywa strategia na rozbicie. A jeżeli ktoś zaczyna mówić o próbach konsolidacji, to jego antagoniści natychmiast oskarżają go o wywoływanie duchów PRL. To jest intelektualny horror.
W takim kraju jak Polska są dwie strategie. Pierwsza to konsolidacja, która pozwoli uzyskać wyższy poziom potencjału dla finansowania różnych żądań, nie tylko związanych z innowacyjnością. Druga – poszukiwanie partnerów, którzy gwarantują postęp, czyli nie traktują naszego terenu jako związanego wyłącznie z siecią dystrybucji i konsumpcji, ale są też gotowi do przesunięcia części inżynierskiej i produkcji na nasz teren. W ciągu 10 lat można na palcach jednej ręki wyliczyć ośrodki, które się pojawiły w Polsce wraz z dużymi korporacjami. Takim przykładem jest działalność firmy Delphi – Polska stała się dzięki niej centrum konstrukcyjnym amortyzatorów. Takie elementy były w strategii ABB – ale tam się dzisiaj układ zmienił. Podobnie było w koncernie Phillipsa, gdzie koncern przerzucił do nas część oświetleniówki. Można jeszcze wymienić wrocławski Polifarb i krakowski projekt Motoroli. Jeśli więc takich ośrodków nie pojawi się więcej – zdolność do tworzenia nowych rozwiązań będzie ograniczona. Bo kadra inżynierska kształcona na naszych uczelniach będzie zatrudniana do obsługi tych urządzeń, a nie do ich kreowania. Ale to w dużej mierze zależy od polityki państwa.
- Dziękuję za rozmowę.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 670
W roku 2013 Cambridge Analytica, brytyjska firma specjalizująca się w konsultingu politycznym, ogłosiła wprowadzenie na rynek aplikacji nazwanej This is Your Digital Life (To jest twoje cyfrowe życie), która została opracowana we współpracy z Aleksandrem Koganem i jego firmą Global Science Research. Aplikacja zadawała użytkownikom kilka pytań na temat ich zachowania i korzystania z cyfrowej technologii.
Cambridge Analytica wykorzystała te dane, by zbudować profile psychologiczne, które można było wykorzystać między innymi do prognozowania zachowań wyborczych.
Aby uzyskać dostęp do danych niezbędnych do stworzenia tych profili, firma skontaktowała się z Facebookiem, który nałożył wymóg przeprowadzenia procesu uzyskania zgody użytkowników na badanie.
Porozumienie między firmami przewidywało, że użytkownicy wypełnią ankietę w zamian za wynagrodzenie, a ich dane zostaną wykorzystane wyłącznie do celów naukowych.
W rzeczywistości aplikacja robiła znacznie więcej niż tylko zbieranie ankiet od poinformowanych o tym użytkowników. Zbierała również dane osobiste od facebookowych znajomych respondentów, o czym ani respondenci, ani jego znajomi nie wiedzieli.
Następnie Cambridge Analytica wykorzystywała te dane do zbudowania ogromnej bazy profili psychologicznych, które służyły do tworzenia ukierunkowanych reklam politycznych.
Gdy wiadomość o wycieku danych trafiła do opinii publicznej, akcje Facebooka spadły o ponad 24 procent w ciągu 10 dni. Była to strata wielkości 134 miliardów dolarów. W roku 2019 Federalna Komisja Handlu Stanów Zjednoczonych nałożyła na Facebook grzywnę wysokości 5 milionów dolarów za pogwałcenie prywatności.
Brytyjskie Biuro Komisarza do spraw Informacji również uznało firmę za winną wykorzystania swoich użytkowników i narażenia ich na poważne straty dotyczące prywatności oraz nałożyło na nią sporą grzywnę.
Prywatność to zagadnienie związane z bezpieczeństwem. Dane są cenne dla firm z wielu powodów, ale przede wszystkim dlatego, że bardzo często zawierają informacje poufne lub prawnie zastrzeżone. Czasem te informacje są generowane lub zbierane przez samą firmę; kiedy indziej przekazują je klienci w zamian za usługi. Tak czy inaczej, przedsiębiorstwa działające w cyfrowym świecie muszą zabezpieczać dane nie tylko po to, by chronić swoich klientów, ale również aby chronić swoje konkurencyjne zasoby.
Nasze własne, osobiste dane również stają się coraz bardziej wartościowe i ważne. Firmy technologiczne, takie jak Google, Facebook i LinkedIn, generują lwią część zysków dzięki zbieraniu danych na temat naszych zachowań, wykorzystywaniu sztucznej inteligencji, by przewidywać, co możemy chcieć kupić, i sprzedawaniu tych prognoz firmom trzecim, które chcą sprzedawać nam swoje produkty za pomocą ukierunkowanych reklam. Stąd też upewnienie się, że dane, które są dla nas cenne, pozostaną bezpieczne, ma najwyższe znaczenie.
Prywatność danych wiąże się z jedną z najpoważniejszych zmian wywołanych cyfryzacją – zwiększeniem widoczności naszych zachowań. Każde działanie wykonane za pomocą technologii cyfrowej zostawia ślad i nasze zachowanie staje się widoczne dla ludzi, którzy wcale nie mieli go zobaczyć.
W erze cyfrowej widoczność powiązana jest z wielkością wysiłku, jaki ludzie muszą włożyć w zlokalizowanie informacji. Jak twierdzi były dyrektor Xerox PARC John Seely Brown, jeśli ludzie uznają, że informacje są trudne do zdobycia, lub nie wiedzą, jakie dane są dla nich dostępne, prawdopodobnie nie będą ich szukać. Gdy tak ujmiemy tę kwestię, może się okazać, że informacje o zachowaniu w pracy, zadaniach, wiedzy itp., choć teoretycznie są dostępne, będą tak naprawdę niewidoczne.
A jednak cyfryzacja zmniejsza wielkość wysiłku, jaki musimy włożyć w to, by nasze zachowanie stało się widoczne, lub by dostrzec zachowanie innych.
Choć technologia cyfrowa sama w sobie nie powoduje widoczności, rosnąca ilość danych na temat zachowań ludzi oznacza, że nie żyjemy już w świecie, gdzie nikt nie widzi nikogo i trzeba się bardzo starać, by ktoś nas zauważył. Obecnie jesteśmy zawsze widoczni dla innych – poprzez swoje ślady, które zostawiamy w danych. To, jak bardzo i na ile sposobów, stanowi ważne pytanie dotyczące prywatności i zgody na dzielenie się nią.
Zachowanie użytkowników Facebooka było widoczne dla Cambridge Analytica, choć zostali oni wyraźnie zapewnieni, że ich dane pozostaną własnością Facebooka.
Prywatność to skomplikowany temat w cyfrowym świecie. Żaden użytkownik Facebooka, czy też jakichkolwiek innych mediów społecznościowych nie może oczekiwać, że jego zachowanie online będzie widoczne jedynie dla kręgu znajomych. Wystarczy, aby jeden ze znajomych kliknął, a post, reakcja, zdjęcie lub mem przez ciebie wysłany dotrze do całkowicie nowej grupy ludzi, których możesz w ogóle nie znać. Pewnie zdajesz sobie sprawę, że to ryzyko istnieje na takich platformach jak Facebook. Możesz jednak nie wiedzieć, że firmy takie jak Facebook mogą zbierać twoje dane i przekazywać je innym firmom.
Jeden ze sposobów, w jaki firmy uwidaczniają nasze zachowania jest nazywany sortowaniem algorytmicznym. Na najbardziej podstawowym poziomie algorytmy sortują, oceniają, rekomendują i kategoryzują informacje, aby były łatwiejsze do zrozumienia i użyteczne. Ale algorytmy generują również widoczność.
Tarleton Gillespie, badacz z Microsoftu twierdzi, że algorytmy nie uwidaczniają każdego zachowania, ani nie uwidaczniają różnych typów zachowań w taki sam sposób. Przede wszystkim nie wszystkie dane są technicznie dostępne, aby poddawać je algorytmicznemu przetwarzaniu. Ponadto to programiści decydują, co jest relewantne. W efekcie algorytmy uwidaczniają pewne zachowania, a inne nie. Nie traktują wszystkich równo. Zachowania uwidocznione przez sortowanie algorytmiczne nie są dla wszystkich takie same. Wyszukiwarki takie jak Google regularnie prezentują różne rankingi różnie sklasyfikowanym użytkownikom, aby stwierdzić, na jaki typ treści najchętniej reagują (kliknięcia), a następnie na drodze analizy porównawczej dokonują dalszych ustaleń, w jaki sposób zmodyfikować algorytm.
W praktyce sortowanie algorytmiczne dotyka naszej prywatności i zgody na to, w jaki sposób nasze dane osobiste będą wykorzystane. Na przykład, jeśli udzielasz informacji na swój temat w formularzach rekrutacyjnych, kwestionariuszach i tym podobnych dokumentach, prawdopodobnie wiesz, że firma może te dane wykorzystać. Jeśli jednak korzystasz z narzędzi cyfrowych, które zbierają pozornie nieszkodliwe zapisy tego, co robisz online, aby stworzyć profil behawioralny, często nie zdajesz sobie sprawy, że twoje dane są gromadzone i widoczne – nawet jeśli zgodziłeś się na to, podpisując umowę o pracę lub formularz zgody na korzystanie z rozwiązania technologicznego.
Dzięki współpracy z firmami, które zbierają i analizują cyfrowe dane, udało nam się wyłowić najlepsze praktyki umożliwiające poszanowanie prawa do prywatności u pracowników i klientów podczas korzystania z cyfrowych narzędzi. Zrozumienie tego, kiedy i w jaki sposób twoje dane osobiste mogą i nie mogą być zbierane, to element niezbędny do wypracowania w sobie cyfrowej mentalności. Jeśli jesteś menedżerem, albo osobą zajmującą się tworzeniem protokołów zapewniających prywatność, najlepsze praktyki, które wymieniamy, posłużą ci jako ogólne wytyczne. A jeżeli jesteś pracownikiem martwiącym się, że twoja firma cię szpieguje lub wkracza na terytorium, którego nie chcesz jej udostępniać, najlepsze praktyki mogą pomóc ci w konfrontacji z rzeczywistością, aby sprawdzić, co firma może, a czego nie powinna wiedzieć na temat twojej cyfrowej aktywności.
Paul Leonardi, Tsedal Neeley
Od Redakcji: powyższy tekst jest fragmentem książki Cyfrowy umysł autorstwa Paula Leonardi’ego i Tsedala Neeleya. Jej recenzję zamieszczamy w tym numerze SN.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 3267
W Iwoniczu, pośród lasu istniała sadzawka, której spokojną taflę wody omijały występujące tu groźne nawałnice. Jednak w czasie kolejnej burzy pojawił się odważny piorun, który uniesiony gniewem uderzył z impetem docierając strzelistą bruzdą w jej głębię, a woda uwięziła go na zawsze. Nie mogąc się wydobyć powoduje ciągłe kotłowanie i wrzenie wody, płonące przy zetknięciu z ogniem. Tyle XVII-wieczna legenda o najsławniejszym iwonickim i europejskim źródle bitumicznym – Bełkotce, z której wydobywa się metan. Jak wielką atrakcją była dla Iwonicza niech świadczą pamiętniki K. Chłędowskiego, w których wspomina, iż Iwonicz /.../ otoczony był prawie ze wszystkich stron złymi drogami, w których na wiosnę koła grzęzły głęboko, a mimo to przyciągał licznych kuracjuszy.
Dzisiejsze drogi do Iwonicza są bez porównania lepsze, co nie znaczy, że można do uzdrowiska łatwo dojechać. Z Warszawy jest to całonocna lub całodzienna wyprawa, choć to zaledwie ok. 400 km! Podobne trudności są z poruszaniem po niezwykle ciekawych okolicach Krosna i Sanoka: autobusy PKS – jedynego przewoźnika - jeżdżą rzadko, a w dni świąteczne – prawie wcale. Pod tym względem Iwonicz to uzdrowisko dla zmotoryzowanych bogaczy, choć przeczy temu rzeczywistość: kuracjuszami są chorzy z regionów niebogatych, nawet biednych. W tym roku umowy z uzdrowiskiem podpisały tylko cztery kasy chorych: jedna z najbiedniejszych – podkarpacka (bezrobocie 20%), małopolska, zachodniopomorska i trudna we współpracy, choć bogata mazowiecka.
Liczba zakupionych miejsc leczniczych przez kasy nie jest oszałamiająca: bywało, że trzeba było zamykać na dwa miesiące sanatoria, gdyż brakowało kuracjuszy. Po wejściu w życie reformy służby zdrowia do uzdrowiska przyjeżdża prawie o połowę mniej kuracjuszy niż w 1998 r. a przecież Iwonicz uzdrowiskiem dużym nie jest: może przyjąć jednorazowo ok. 1700 osób do wszystkich domów: zarówno spółki Skarbu Państwa (dawne Państwowe Przedsiębiorstwo Uzdrowiskowe, w którym jest 500 miejsc), jak i branżowych (1200). (W kwaterach prywatnych jest ok. 2,5 tysiąca miejsc).
Czas inwestycji
W lata zmian ustrojowych Iwonicz wkroczył w stanie lepszym niż wiele innych uzdrowisk chociażby dlatego, że miał nowoczesny zakład przyrodoleczniczy, zbudowany w 1983 r. i wyposażony w najnowsze urządzenia. Gorzej było z sanatoriami należącymi do PPU: stan techniczny XIX-wiecznych budynków nie odpowiadał standardom dzisiejszym, toteż najpilniejszą sprawą były remonty i adaptacje. Przez ostatnie kilka lat zmodernizowano Stare Łazienki, hotel – sanatorium „Pod jodłą”, w połowie gotowy jest „Excelsior” – poszpitalne sanatorium. Dumą obecnych władz spółki jest zrekonstruowana i zmodernizowana pijalnia – jedna z najładniejszych w kraju, gdzie wyprowadzono ujęcia 7 wód leczniczych, z których tak szeroko słynie Iwonicz.
Gruntowne remonty muszą przejść pozostałe obiekty hotelowe, jakie spółce pozostały po zwrocie kilku domów sanatoryjnych dawnym właścicielom. Z zadań, jakie trzeba wykonać jak najszybciej, to modernizacja sali zabiegów borowinowych, basenu i kotłowni. Trzeba też będzie znaleźć sposób zagospodarowania ogromnej i niewykorzystywanej dziś hali warzelni soli znajdującej się w kilkukilometrowym oddaleniu od zdroju. Nie jest natomiast zmartwieniem zarządu remont i adaptacja Domu Zdrojowego - jednego z najładniejszych budynków w centrum uzdrowiska: wydzierżawiono go na wiele lat i jest nadzieja, że do końca roku dzierżawca zmieni go w obiekt gastronomiczny, których w zdroju wiele nie ma.
Oddanie Domu Zdrojowego w dzierżawę wskazuje nie tyle na pozbywanie się przez spółkę kłopotów, ile na brak środków na inwestycje i remonty. Nie było ich zresztą nawet wcześniej, kiedy uzdrowisko (PPU) podlegało ministerstwu zdrowia, ale zupełna bryndza nastąpiła w chwili, kiedy PPU przekształcono w jednoosobową spółkę Skarbu Państwa. Jedynym wyjściem było więc złożenie wniosku o prywatyzację uzdrowiska (rok temu) i szukanie inwestora strategicznego, który objąłby nie mniej jak 10% akcji spółki. Na razie chętnego brakuje, ale prezes spółki „Uzdrowisko Iwonicz” Ryszard Dreścik nie traci nadziei, że ockną się takie instytucje jak ZUS, czy ubezpieczyciele. Oni bowiem winni być najbardziej zainteresowani taką transakcją, gdyż Iwonicz słynie z nadzwyczaj skutecznych kuracji przywracających sprawność ludziom z chorobami reumatycznymi i po wypadkach, z utrudnionym poruszaniem się. Kierując ich do tego uzdrowiska, można byłoby przywracać im zdrowie i... odbierać renty.
Wspólny los
Unowocześnianie uzdrowiska, w którym mieszka 2300 osób i przyjeżdża ok. 1500 kuracjuszy to nie tylko sprawa spółki uzdrowiskowej, czy domów administrowanych przez różne branże, ale i sprawa władz gminy, liczącej 11 tysięcy mieszkańców. Losy jednych i drugich splatają się bowiem w przestrzeni wspólnej: na ulicach, skwerach, parkach, w sklepach, kawiarniach, banku, poczcie, etc. To także wspólne używanie wody, odprowadzanie ścieków, usuwanie śmieci i... korzystanie ze wspólnego powietrza. I tutaj potrzebne jest porozumienie, o które kiedyś było trudno, a i dzisiaj pewnie też nie przychodzi łatwo. Na początek wszystkie strony były zgodne co do jednego: Iwonicz – Zdrój trzeba promować i zadecydowały, że co rok będą wydawać wspólnie folder o miejscowości. Ponadto opodatkowały się (sic!) na rzecz cyklicznej imprezy teatralnej, która przyciągałaby do Iwonicza więcej i kuracjuszy, i turystów.
Atrakcje kulturalne z pewnością podniosłyby rangę i zwiększyły sławę uzdrowiska i miejscowości, która ma wiele walorów: przede wszystkim – niezwykle czyste, bogate w jod i brom powietrze, którego nawet nie psuje zwiększony ruch samochodów w okresie lata. Wynika to nie tylko z położenia geograficznego miejscowości, ale i z używania w całej gminie gazu – jak na roponośne Podkarpacie przystało. Ponadto na 5 wsi w gminie, tylko jedna (Lubatowa) nie ma wodociągów i kanalizacji, a i tu sytuacja wkrótce się zmieni na lepsze: istnieje już projekt kanalizacji, której budowa zacznie się w przyszłym roku. Wszystkie ścieki – zgodnie z przyjętą w 1995 r. koncepcją, gmina będzie odprowadzać do niedociążonej oczyszczalni w Krośnie, zrezygnuje natomiast z używania dwóch, zbyt drogich w eksploatacji biobloków. Zdaniem burmistrza, Piotra Komornickiego, nieco więcej jest kłopotu z odpadami stałymi: trudno przekonać mieszkańców do ich segregacji, toteż gmina organizuje ich zbiórkę w workach i wywozi na wysypiska w Dukli lub Krośnie.
Asy z rękawa
Czyste środowisko i atrakcyjność terenów wokół Iwonicza – Zdroju to wielkie atuty, acz nie jedyne istniejące i nie jedyne możliwe. Do niewykorzystanych dotychczas należą inwestycje gminne w usługi, których ciągle tu niewiele (inna sprawa, że i popyt nie jest na nie zbyt duży) oraz w bazę hotelową, o co trudno. Burmistrz podkreśla, że na wszystko potrzebne są pieniądze, a tych gmina ma za mało: z podatków lokalnych uzyskuje ok. 25% środków budżetu gminy, z dotacji i subwencji –po ok. 30%, z podatku dochodowego – kilkanaście procent. Starają się więc o wszystkie możliwe fundusze zagraniczne, ale zdaniem burmistrza „potrzeby są co najmniej 15-krotnie większe niż możliwości otrzymania takiej pomocy”.
Ale tu i sama spółka uzdrowiskowa – główne przedsiębiorstwo w gminie może wiele pomóc. Jej rozwój to przecież i rozwój gminy. Z pewnością przyczyni się do niego poszerzenie profilu leczniczego uzdrowiska, podpisanie umowy z lubelską Akademią Medyczną i utworzenie ośrodka diagnostycznego oraz leczenia chorób kobiecych. Przyszłość uzdrowiska i gminy mogą zapewnić także niezbadane jeszcze wody lecznicze, gdyż do dzisiaj czerpie się je z 7 źródeł, a pozostałe 8, które są odkryte – czeka na swój czas. Niemniej do zwiększenia popularności i przyciągnięcia pieniędzy do Iwonicza nie wystarczą działania włodarzy iwonickich: tu potrzebne są także decyzje na szczeblu regionu, promującego swoje włości przede wszystkim poprzez dobrą z nimi komunikację. A może i n a szczeblu centralnym, jeśli region jest tak biedny jak Podkarpackie. Aż dziwne, że nie powstał dotychczas żaden „kontrakt” dla tych obszarów, który wyrównywałby tak drastyczne różnice w poziomie życia miedzy regionami. Skorzystałyby na tym i takie miejscowości jak Iwonicz, które w krótkim czasie z nawiązką spłaciłyby taki dług.
Anna Leszkowska
5.07.2000
W uzdrowisku Iwonicz leczy się schorzenia reumatologiczne, ortopedyczne, neurologiczne, przewodu pokarmowego, laryngologiczne i kobiece. Ostatnio poszerzono profil leczenia o osteoporozę, dolegliwości klimakteryczne, otyłość i łuszczycę.
Jak z Iwoniczem bywało
Iwonicz – Zdrój jest jednym z najstarszych polskich uzdrowisk, opisanym w 1578 roku przez nadwornego lekarza Stefana Batorego, dr. Wojciecha Oczkę w dziele pt. „Cieplice”. Najstarsza wzmianka o miejscowości, która nazywała się wówczas Iwancze i była własnością rycerską pochodzi z 1413 roku. W późniejszych latach, wskutek podziałów majątkowych w rodzinie Iwanieckich (vel Otosławskich) przeszła we władanie rodziny Sienieńskich – rodu wspierającego arianizm na ziemi sanockiej, czego ślady w Iwoniczu można znaleźć jeszcze dzisiaj (zbór ariański). W drugiej połowie XVII wieku, mimo wcześniejszych zniszczeń, jakie spowodowały w Iwoniczu najazdy (węgierski, tatarski, szwedzki, siedmiogrodzki) oraz klęski żywiołowe – sława uzdrowiska rosła. Szczególne właściwości jego wód leczniczych znane były nie tylko w Polsce, ale i Europie. Mimo to, w XVIII wieku Iwonicz podupada, do czego przyczyniają się wojska szwedzkie, saskie i rosyjskie, ale i brak zainteresowania uzdrowiskiem polskiej szlachty.
Restauracja uzdrowiska następuje dopiero w XIX wieku, kiedy jego właścicielem zostaje Karol Załuski - ostatni naczelnik powstania listopadowego na Żmudzi. Dzięki niemu, jego żonie Amelii i bratu Józefowi Iwonicz stał się nowoczesnym jak na tamte czasy kurortem. Duże zasługi w tym mają i ówcześni farmaceuci i lekarze: Teodor Torosiewicz, który dokonał analizy chemicznej iwonickich źródeł oraz prof. Józef Dietl, który rozsławiał uzdrowisko (nazywając je Księciem wód jodowych) w swoich pracach naukowych. W okresie największej jego prosperity (przed wybuchem I wojny) leczyło się tu w sezonie ok. 9 tysięcy osób.
Zniszczenia z okresu I wojny Załuskim udało się zlikwidować. Nie poradzili sobie jednak z kryzysem gospodarczym w latach 20. : zadłużony zakład zdrojowy przeszedł wówczas pod zarząd Skarbu Państwa, a dopiero co wybudowane ekskluzywne sanatorium „Excelsior” zostało sprzedane Związkowi Kas Chorych. W dalszym ciągu jednak Iwonicz cieszył się dobrą sławą: przyjeżdżało tu wielu artystów śpiewaków (Kiepura, Didur), a liczba kuracjuszy – polskich i zagranicznych zwiększyła się do 19 tysięcy rocznie. Ostatnia wojna spowodowała ogromne zniszczenia i nie tylko z tego powodu, że Iwonicz był ośrodkiem ruchu oporu (słynna „Rzeczpospolita Iwonicka”), ale i z racji ciężkich walk o położoną obok Duklę. Odbudowa znacjonalizowanego po wojnie uzdrowiska była możliwa dopiero po wyjściu z niego w kwietniu 1945 r. wojsk radzieckich. Obecnie Iwonicz nie tylko wrócił do dawnej świetności, ale i znacznie ją przewyższył, do czego przyczyniły się liczne inwestycje poczynione przez ostatnie kilkadziesiąt lat zarówno w dziedzinie hotelarskiej, leczniczej, jak i infrastruktury technicznej.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 860
Do 2010 roku Google płacił hakerom za wykryte błędy przysłowiowym uściskiem dłoni. Każdy, kto rzetelnie i kompetentnie ujawnił błąd w jego oprogramowaniu, był nagradzany koszulką i wzmianką na stronie firmy. Atak Aurory (wirus typu ransomware – przyp. Red. SN) spowodował, że Google poszedł po rozum do głowy i postanowił wypłacać swojej armii wolontariuszy konkretne pieniądze.
Honoraria hakerów wahały się od minimalnej kwoty 500 dolarów do maksymalnego wynagrodzenia w wysokości 1337 dolarów. Ta pozornie
przypadkowa wypłata była sprytnym mrugnięciem okiem do docelowej grupy odbiorców – liczba 1337 bowiem w kodzie hakerów wymawia się jak słowo leet, co w brzmieniu angielskim przypomina skrót od elite (elita). Przydomkiem leet określano wysoko wykwalifikowanych hakerów, którzy byli przeciwieństwem tzw. script kiddies (nazwa oznaczająca hakerów amatorów – przyp. tłum.). Zmianę strategii Google’a należało traktować jako ofertę pokojową dla społeczności, która przez lata postrzegała różne firmy technologiczne niemal jako reinkarnację szatana.
Nie był to zresztą pierwszy przypadek, kiedy firma technologiczna płaciła hakerom za błędy. Kilka lat przed iDefense, w 1995 roku, Netscape zaczął wypłacać niewielkie sumy tym, którzy ujawnili błędy w jego przeglądarce Netscape Navigator. Zainspirowało to Mozillę do podjęcia podobnych działań poprzez przekazanie kilkuset dolarów hakerom, którzy w 2004 roku znaleźli poważne luki w jej przeglądarce Firefox. Jednak Google wyraźnie podniósł stawkę. Złożył ofertę wynagrodzenia informatykom, którzy znaleźli błędy w Chromium, otwartym kodzie źródłowym przeglądarki internetowej Chrome.
Podobnie jak w przypadku iDefense, pierwsze błędy, za które zapłaciła firma, okazały się bezwartościowe. Jednak wraz z rozejściem się pogłosek, że Google traktuje sprawę poważnie, firma zaczęła otrzymywać coraz więcej raportów o błędach krytycznych. W ciągu kilku miesięcy Google rozszerzył program na wszelkie błędy, które stanowiły zagrożenie dla danych użytkowników w serwisach YouTube, Gmail i innych. Co więcej, maksymalna stawka wzrosła z 1337 dolarów do 31337 dolarów – eleet w kodzie hakerów. Stopniowo dopasowywano oferty do łupów i przygotowano propozycję wsparcia dotacji na cele charytatywne.
Google zdawał sobie sprawę z tego, że nigdzie na świecie nie uda mu się pozyskać żadnego Charliego Zero-Day. Wszyscy oni już wcześniej mocno się sparzyli. Nigdy też nie mógł dorównać honorariom, jakie płacili Desautels i inni. Wystarczyło to jednak, by zachęcić do współpracy programistów z Algierii, Białorusi, Rumunii, Polski, Rosji, Kuala Lumpur, Egiptu, Indonezji czy z francuskiej lub włoskiej wsi, a nawet bezpaństwowych Kurdów i przekonać ich, że warto spędzać wolne godziny na wyszukiwaniu błędów Google’a. […]
Przez lata niewielka grupa hakerów potajemnie zarabiała setki tysięcy dolarów, a w niektórych przypadkach miliony, na sekretnym rządowym rynku luk i exploitów (exploit – program wykorzystujący błąd lub luki w systemie – przyp. Red. SN). Teraz Google w znaczącym stopniu utrudnił jej pracę, płacąc setkom programistów i hakerów stojących na straży bezpieczeństwa. W miarę jak program nagród Google’a nabierał rozpędu, tempo, w jakim hakerzy przekazywali krytyczne błędy, zaczęło zwalniać.
Działo się tak między innymi dlatego, że projekt wynagrodzeń po części osiągnął swój cel – oprogramowanie Google’a było w znacznie mniejszym stopniu narażone na ataki. Firma zdecydowała się podnieść stawkę jeszcze wyżej. Rozdawała premie w wysokości tysiąca dolarów, sponsorowała konkursy hakerskie w Kuala Lumpur i Vancouver, oferując honorarium w wysokości 60 tysięcy dolarów za pojedynczy exploit dla własnej przeglądarki Chrome.
Część środowiska szydziła z nagród dla Chrome’a, zauważając, że ten sam exploit mógłby zarobić trzy razy tyle na rynku rządowym. Z jakiego powodu ktokolwiek miałby informować Google’a o lukach w jego systemach, jeżeli ktoś inny proponował daleko więcej pieniędzy za zachowanie milczenia? Nikt nie wystawił programu nagród Google’a na pośmiewisko bardziej niż Wilk z Wuln Street. Chaouki Bekrar, francuski Algierczyk, uczestniczył w sponsorowanych przez Google’a konkursach i konferencjach.
Każdego roku hakerzy z całego świata zjeżdżają do Vancouver na konferencję CanSecWest, gdzie walczą o nagrody pieniężne i darmowe urządzenia w najlepiej opłacanym konkursie hakerskim na świecie – Pwn2Own. We wczesnych latach rywalizacji hakerzy mieli za zadanie w jak najkrótszym czasie włamać się do systemu przeglądarek Safari, Firefox i Internet Explorer. Gdy smartfony weszły do powszechnego użytku, główne nagrody przyznawano zawodnikom, którzy potrafili zhakować urządzenia iPhone czy BlackBerry.
W 2012 roku przed hakerami postawiono zadanie włamania się do przeglądarki Chrome. Trzy zespoły podołały wyzwaniu, lecz tylko dwóm z nich przyznano nagrodę finansową ufundowaną przez firmę Google. Zespół hakerów z Vupen, w którego składzie znalazł się Bekrar, odrzucił warunki stawiane przez sponsora i odmówił ujawnienia szczegółów swojego exploita. „Google nie dowie się, jak to zrobiliśmy. Za żadne skarby, nawet za milion dolarów” – powiedział reporterowi Bekrar. „Zatrzymamy to dla własnych klientów”.
Bekrar wykazał się równie bezpośrednią i rzeczową postawą, co każdy z brokerów na rynku. „Nie po to pracujemy tak ciężko, aby wspierać wielomiliardowe koncerny w zabezpieczaniu ich kodu” – dodał. „Gdybyśmy chcieli zostać wolontariuszami, to pomoglibyśmy bezdomnym”.
W siedzibie Vupen, w południowej Francji, hakerzy tworzyli exploity zero-day na zamówienie agencji rządowych z całego świata. Wśród ich najpoważniejszych klientów znalazła się nawet NSA. Agencja ta oraz jej niemiecki odpowiednik – BSI – a także inni klienci Vupena
byli skłonni wyłożyć 100 tysięcy dolarów rocznie tylko po to, aby zerknąć na enigmatyczne opisy jego exploitów. Za dostarczenie kodu
exploita Vupen pobierał od rządów każdorazowo minimum 50 tysięcy dolarów.
Bekrar traktował nagrody Google’a w kategorii żartu. Na konferencjach pojawiał się wyłącznie w celu nawiązania kontaktów z klientami. Zapewniał, że swoje produkty sprzedawał wyłącznie krajom NATO lub „ich partnerom”, takim jak nienależący do NATO członkowie Sojuszu Pięciorga Oczu. Jednocześnie zdawał sobie doskonale sprawę, że kod mógł dostać się w niepowołane ręce. „Z jednej strony robimy wszystko, co w naszej mocy, aby zagwarantować, że nie wyjdzie poza tę agencję” – oświadczył reporterowi. „Z drugiej jednak, jeśli sprzedajesz komuś broń, musisz wziąć pod uwagę, że tracisz nad nią kontrolę”.
Bekrar określił to mianem „transparentności”. Innego zdania byli jego krytycy, zarzucając mu „bezwstydność”. Wśród nich znalazł się Chris Soghoian, zagorzały obrońca prywatności, który porównał Bekrara do „współczesnego handlarza śmiercią” i sprzedawcy „cyberpocisków”. „Vupen nie wie, gdzie wykorzystywane są jego exploity, bo najprawdopodobniej wcale nie chce tego wiedzieć. Najważniejsze, żeby
zgadzały się zera na kontach” – twierdził Soghoian.
Tezy Soghoiana znalazły potwierdzenie trzy lata później, kiedy przecieki ujawniły, że Hacking Team wykorzystywał exploity zero- day Vupena w oprogramowaniu szpiegowskim, które sprzedawał na przykład do Sudanu i Etiopii.
Zainteresowanie mediów sprawiło, że świat jak w soczewce ujrzał działanie obu firm. Europejscy regulatorzy dostrzegli hipokryzję rezydentów siedziby największych handlarzy cyberbronią, którzy równocześnie najostrzej na świecie stają w obronie ochrony prywatności. W krótkim czasie organy administracji cofnęły Hacking Team globalną licencję eksportową. Teraz firma zmuszona była każdorazowo uzyskiwać pozwolenie włoskich władz na sprzedaż oprogramowania szpiegującego na rynku międzynarodowym.
Następny na liście do odstrzału znalazł się Vupen. Po tym jak władze cofnęły mu licencję, Bekrar spakował się i przeniósł swoje biura z Montpelier do globalnej siedziby rynku cyberzbrojeniowego – Waszyngtonu. Biorąc przykład z okrytego złą sławą kontrahenta wojskowego Blackwatera, przemianował Vupen na Zerodium. Uruchomił nową, elegancką stronę internetową i w bezprecedensowym geście opublikował ceny, jakie oferował za exploity zero-day w zamian za milczenie hakerów.
„Pierwszą zasadą branży zero-day jest, aby nie dyskutować publicznie na temat cen” – pisał Bekrar w wiadomościach dla reporterów. „A kuku, niespodzianka! Prezentujemy nasz cennik”. Oferował 80 tysięcy dolarów za exploity dla przeglądarki Chrome Google’a, 100 tysięcy za exploity dla Androida. Najwyższa cena – 500 tysięcy dolarów – została zarezerwowana dla iPhone’a.
Wraz z rosnącą liczbą klientów Zerodium rosły również wypłaty Bekrara. W 2015 roku Zerodium zatweetował ofertę o wartości 1 miliona dolarów za kopalnię złota: zdalny jailbreak iPhone’a, czyli łańcuch exploitów zero-day, które umożliwiłyby jego rządowym klientom zdalne szpiegowanie użytkownika iPhone’a. Do 2020 roku ceny wzrosły i Bekrar oferował już 1,5 miliona dolarów za exploity, które umożliwiały zdalny, bez najmniejszego kliknięcia, dostęp do cudzych wiadomości WhatsAppa oraz iMessage firmy Apple. Jailbreak iPhone’a wycenił na 2 miliony dolarów, a – co ciekawe – jailbreak Androida na 2,5 miliona dolarów.
Exploity do Apple’a przez długi czas przynosiły krocie.
Niektórzy postrzegali zmianę na pozycji lidera jako dowód na to, że bezpieczeństwo Apple’a słabnie. Inni zwrócili uwagę na pewien niuans – jednolity system Androida nie istnieje, gdyż każdy producent dostosowuje go nieco do swoich wymagań. Jailbreak jednego modelu Androida może nie działać na innym, co sprawia, że zdalny atak, który sprawdza się w obrębie wszystkich urządzeń z systemem Android, jest tym bardziej wartościowy.
Taki ruch spotkał się z dużą niechęcią środowiska. Bekrar rozwiał wszelkie wątpliwości co do tego, czy hakerzy dysponują znacznie lepszymi opcjami niż gratyfikacje od Google’a. W związku z tym, że liczba krytycznych błędów zgłaszanych do Google’a zmalała, firma nie miała innego wyjścia, jak po raz kolejny podnieść swoje stawki, i w 2020 roku oferowała najwyższą kwotę za pełny, zdalny jailbreak telefonu z systemem Android, czyli 1,5 miliona dolarów.
Wyścig zbrojeń rozpędzał się na całego. Jednak Google miał jedną wielką przewagę nad każdym Zerodium świata. Pośrednicy żądali milczenia. Łowcy nagród Google’a mieli pełną swobodę prowadzenia otwartej dyskusji na temat swojej pracy, przez co łatwiej było im uniknąć szemranych zakamarków branży.
Nicole Perlroth
Powyższy tekst jest fragmentem książki Nicole Perlroth – Cyberbroń i wyścig zbrojeń wydanej przez wydawnictwo MT Biznes, której recenzję zamieszczamy w tym numerze.