Politologia (el)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1282
Polityka wschodnia polskich rządów zwących się „niepodległościowymi”, ostatecznie służyła i służy interesom niemieckim.
Schemat polityki wschodniej polskich rządów, które w tradycyjnej historiografii nazywamy „niepodległościowymi”, jest od ponad dwustu lat prawie ten sam:
• rządzący deklarują „wyzwolenie się z zależności” od Rosji (Związku Radzieckiego) i przyjmują antyrosyjską, albo antykomunistyczną retorykę;
• wyzwolenie to nazywane jest „niepodległością”, którą tym samym „odzyskano”;
• następuje seria wrogich działań wobec nowego przeciwnika, również bardzo kosztownych ekonomicznie dla polskiej strony, bo w obronie niepodległości, która jest „bezcenna”, jesteśmy gotowi zapłacić każdą cenę;
• strategicznym celem tej polityki jest „wypchnięcie Rosji z Europy”, odłączenie od jej terytoriów możliwie największej liczby „niepodległych państw”: czym bardziej są sztucznym tworem, tym lepiej, bo są słabsze i mają z nami „wspólnego wroga”.
Jawnym lub niejawnym patronem tejże polityki były początkowo Prusy, a następnie zjednoczone Niemcy, będące prawdopodobnie twórcą tej koncepcji.
Taktycznym celem tej polityki są możliwie najgorsze stosunki polsko-rosyjskie, w płaszczyźnie zarówno politycznej, jak i gospodarczej, likwidacja wszelkich wzajemnych kontaktów, bo każdy z nich jest oczywistą „zdradą”.
Strategiczny cel jest znany i kilkukrotnie skutecznie osiągnięty: Berlin ponad Polską podaje rękę Rosji i dystansuje się do naszej „bezzasadnej” wrogości, przez co zyskuje w Petersburgu (Moskwie) wdzięcznego sojusznika, z którym wspólnie rozwiązuje trudne problemy, a przede wszystkim „problem Polski”.
Obecnie scenariusz ten jest na etapie trzecim, czyli narastającej wrogości obu stron. My oczywiście mamy ku temu również nasze powody, bo tragedia smoleńska ma bezprecedensowy charakter i nie mieści się w dotychczasowych scenariuszach. Od 2010 roku urosła do rangi nierozwiązywalnego problemu, także z naszej, polskiej winy, bo całość śledztwa związanego z wyjaśnieniem przyczyn tej katastrofy (zamachu?) powinna być od początku w polskich rękach, względnie należało powołać też międzynarodową komisję nadzorującą te działania. Teraz już nie cofnie się straconych lat i żadna ze stron sporu nie ma racjonalnego i wiarygodnego wyjścia z powstałej sytuacji.
Drugim nie mieszczącym się w powyższym scenariuszu faktem jest obecnie chęć wyzwolenia się obecnego rządu polskiego z zależności od Berlina, co jest całkowicie sprzeczne z poprawnością III RP. Mamy więc teraz „dwóch wrogów”, czyli jest powtórka sytuacji z lat międzywojnia, gdy wywodzący się z proniemieckiej orientacji politycy sanacyjni chcieli również uniezależnić się od poprzednich protektorów.
Bezceremonialna sugestia, że Berlin może dziś doprowadzić do odbudowy swoich wpływów w Warszawie i zorganizuje powrót byłego szefa rządu „na białym koniu”, była kolejnym sygnałem o wyjątkowym znaczeniu. Na reakcję Warszawy nie trzeba było długo czekać – podniesiono sprawę reparacji wojennych, która na wiele lat stanie się osią stosunków polsko-niemieckich. Nikt, kto będzie chciał zdobyć władzę w Warszawie lub u tej władzy się utrzymać, nie odstąpi od tych żądań.
Nie po raz pierwszy berlińscy politycy, tak jak w 1917 roku, udowadniają swoją tępotę lub całkowity brak wyobraźni, a historycznych analogii jest wiele. Gdyby Ludendorff z Hindenburgiem nie wymyślili bolszewickiej dywersji w Rosji, nie byłoby robotniczej rewolty w Niemczech w 1918 roku i w konsekwencji upadku (rok od przewrotu bolszewickiego) monarchicznych Niemiec, których tak nieudolnie bronili w tej wojnie.
Polskie żądania reparacyjne przyspieszą jednak prorosyjskie działania Berlina, o czym już niedawno mówił Christian Lindner, szef FDP (partii liberalnej), bo wobec polskiej wrogości do obu sąsiadów trzeba przejść do etapu czwartego, czyli „rozwiązania problemu polskiego”.
Rosyjsko-niemieckie zbliżenie utrudnia aneksja Krymu oraz krwawy konflikt we wschodniej Ukrainie, bo Berlin od stu lat wspiera antyrosyjską wersję „samostijnej” Ukrainy. Jaki z tego wniosek? Chyba jest oczywisty: to abecadło polityki.
Witold Modzelewski
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 44
Osiemdziesiąta rocznica konferencji jałtańskiej oraz ekstrawaganckie propozycje amerykańskiego prezydenta na temat zakończenia konfliktów w Gazie i na Ukrainie skłaniają obserwatorów do refleksji nad aktualną wartością suwerenności terytorialnej i samostanowienia narodów. Granice państw znów stają się funkcją interesów mocarstwowych, można je dowolnie przesuwać według kaprysów megalomańskich przywódców, a bogactwa narodowe, nawet te czekające dopiero na odkrycie, stają się przedmiotem gier i konszachtów geopolitycznych.
Spotkanie „wielkiej trójki” w Jałcie w lutym 1945 roku, mimo że obrosło legendą „zdrady” mocarstw zachodnich wobec Polski, miało – mówiąc bez histerii - pozytywne skutki dla położenia podstaw pod nowy, moralnie niesprawiedliwy, ale realnie jedyny możliwy ład międzynarodowy, będący konsekwencją bipolaryzacji stosunków międzynarodowych. W rezultacie zwycięstwa nad faszyzmem wyłoniły się bowiem dwa zwycięskie bieguny, wokół których zaczęła się koncentracja sił im podporządkowanych. Mimo wrogości ideologicznej, strategie wzajemnego odstraszania oparte na pacie atomowym pozwoliły przetrwać temu ładowi efektywnie przez blisko pół wieku.
Po każdej ze stron blokowego podziału obowiązywała dyscyplina hegemoniczna. Jest ona jednak przez historyków oceniana w sposób asymetryczny. Mało kto bowiem wypomina Stanom Zjednoczonym ewidentne ingerowanie w procesy polityczne i konsolidacyjne w Europie Zachodniej, na przykład we Francji, w Niemczech Zachodnich czy Włoszech, natomiast gros krytycznej uwagi skupia się na radzieckiej strefie wpływów, czyli państwach tzw. Europy Wschodniej, gdzie obowiązywał surowy dyktat Moskwy.
O dziwo, państwa wschodnioeuropejskie przeszły przez skuteczny proces powojennej odbudowy materialnej i instytucjonalnej, a po rozpadzie ZSRR udało im się szybko dokonać reorientacji politycznej i dołączyć do struktur zachodnich. I to z całym bogactwem pojałtańskiego inwentarza, zwłaszcza kształtem granic i podziałami ludności. Każdy, kto wzywa do rewizji dziedzictwa Jałty musi więc zdawać sobie sprawę z tego, że grozi to zanegowaniem całego ładu normatywnego, opartego na Karcie Narodów Zjednoczonych. Jeśli runie konstrukcja reguł gry, wypracowanych w wyniku współpracy „wielkiej trójki”, nastanie czas chaosu, ale i ryzyka „nowego rozdania” w kształtowaniu mapy świata.
Kłopoty z przewidywaniem
Polacy, którzy kwestionują postanowienia jałtańskie, nie rozumieją tego, że ich postawa grozi podważeniem trwałości własnych granic. Z pozycji beneficjenta Polska mogłaby stać się ofiarą nowego dyktatu, bo przecież w kwestii porządku terytorialnego nigdy nic nie jest przesądzone raz na zawsze. Wystarczy spojrzeć na limologię, czyli wiedzę o granicach państw, aby zrozumieć, że obecny stan rzeczy jest tylko jednym z przejściowych formatów określonego miejsca i czasu.
W ładzie pojałtańskim nie kwestionowano istnienia poszczególnych narodów i nie negowano ich prawa do samostanowienia. Uznanie suwerenności terytorialnej zapewniło średnim i małym państwom równość prawną, a jednocześnie stanowiło pewną formę ochrony przed otwartą dominacją wielkich mocarstw.
Wprawdzie taka interpretacja sprowadzała się wyłącznie do gwarancji formalnych niepodległości, ale i tak była ogromnym krokiem naprzód w stosunku do wszystkich ładów międzynarodowych z przeszłości. Często zapomina się, że imperializm epoki kolonialnej oznaczał ogromną niesprawiedliwość dziejową, a cała historia potęg zachodnich opierała się przecież na ekspansji i uzależnianiu słabszych od silniejszych. Na porządku dziennym były ich strefy wpływów, interesów i odpowiedzialności. Tylko naiwni idealiści mogą wierzyć, że te formy hierarchicznych zależności znikną kiedyś z powierzchni Ziemi i że nastanie ład egalitarny, oparty na równości wszystkich uczestników.
Wyznaczanie granic państw zgodnie z wymogami stabilności systemowej oraz ograniczeniami geopolitycznymi należało zawsze do wojennych zwycięzców. Zmiany granic były też konsekwencją dziedziczenia, grabieży czy transakcji kupna-sprzedaży (np. Luizjana, Floryda czy Alaska). Każdą formę przejęcia terytoriów i ludności można było zastąpić kolejnymi regulacjami. Wojny i dyplomacja były podstawowymi instrumentami przywracania i stabilizowania równowagi sił. Wyznaczanie granic bardziej służyło interesom dynastycznym i imperialnym niż narodowym. Dopiero w XIX wieku zaczęła upowszechniać się tzw. zasada narodowości, która dała początek upodmiotowieniu narodów, aspirujących do posiadania własnych państwowości.
Państwo suwerenne a narodowe
Po II wojnie światowej samostanowienie narodowe stało się głównym źródłem legitymizacji suwerennych państw. Ideologicznym spoiwem obu wartości są nacjonalizmy etniczne i obywatelskie, leżące u podstaw przekonania, że najbardziej sprawiedliwy podział terytorialny świata powinien pokrywać się z granicami wspólnot narodowych. Jest to oczywiście założenie idealistyczne, bo w praktyce między doktryną a realiami występują duże rozbieżności. Istnieją tysiące narodów, ale tylko około dwustu suwerennych państw.
Współczesne mitologizowanie systemu międzynarodowego, jakoby wszystkie państwa były wobec siebie suwerenne i równe jest ogromnym nieporozumieniem. Apologeci Ameryki przez ostatnie trzy dekady po zakończeniu „zimnej wojny” wmawiali sobie i nam istnienie jakiegoś liberalnego ładu międzynarodowego, gdy w rzeczywistości nigdy taki ład nie miał miejsca. Stosunkami międzynarodowymi rządzi bowiem nieustannie dialektyka rywalizacji i współpracy, walki i kompromisu. To od dynamiki stosunku sił między największymi potęgami i ugrupowaniami państw zależy stabilność systemowa. Naprzemienność przewag siły bądź nadrzędności prawa powoduje, że różnicują się formy wzajemnych oddziaływań mocarstw oraz ugrupowań państw, ale ich istota pozostaje niezmienna. Trwa bowiem nieustanna walka o wpływy, dominację i prymat (hegemonię) w wymiarach regionalnych i na szczeblu globalnym.
Samostanowienie narodów i suwerenność terytorialna państw w wymiarze realizacyjnym zawsze były i są pochodną politycznej woli tych, od których zależy utrzymanie ładu. Inaczej mówiąc, wszystkie akty samostanowienia w postaci proklamowania niepodległych jednostek geopolitycznych były wyrazem pewnej zgody, jaka zaistniała w danym momencie między największymi potęgami. W wyniku przegranej wojny przez Hitlera i jego sojuszników to właśnie „mocarstwa jałtańskie” otworzyły nową epokę w zakresie doktryny i praktyki samostanowienia. A to, że same współtworzyły nowe jednostki geopolityczne, nawet wbrew woli zainteresowanych, wynikało z ich pozycji zwycięzców.
Przede wszystkim po II wojnie światowej bez woli mocarstw zwycięskich nie dokonałaby się dekolonizacja, oznaczająca obalenie zasady wyższości rasowej. Był to jeden z najważniejszych procesów suwerenizacyjnych w dziejach, w którym zatriumfowała zasada samostanowienia narodów (ograniczona przez uti possidetis iuris, czyli zachowanie granic pokolonialnych). Jej ideał znalazł wyraz w Deklaracji o przyznaniu niepodległości krajom i narodom kolonialnym (rezolucji Zgromadzenia Ogólnego ONZ z 14 grudnia 1960 roku), a rozszerzenie zasady samostanowienia nastąpiło w Deklaracji zasad prawa międzynarodowego ONZ z 24 października 1970 roku, gdzie zapisano m.in., że „utworzenie suwerennego i niepodległego państwa, stowarzyszenie się lub połączenie z niepodległym państwem, bądź obranie jakiegokolwiek innego statusu politycznego, o którym swobodnie zadecydował naród – to sposoby prawa do samostanowienia przez ten naród”.
Prawo, moralność i realia
Zdając sobie sprawę ze złożoności materii, trzeba wziąć pod uwagę fakt, że wszystkie suwerenne państwa już istniejące traktują jako nadrzędną zasadę integralności terytorialnej. To oznacza kontrę wobec zasady samostanowienia. Obrona terytorialnego status quo zgodnie z pewną logiką bezwładności oznacza bowiem uniemożliwianie realizacji prawa do samostanowienia przez narody skolonizowane i podbite (okupowane). W rzeczywistości mamy do czynienia z nieudawaną hipokryzją państw i ich rządów, jeśli chodzi o realne wsparcie dążeń niepodległościowych konkretnych grup narodowych. Widać to najlepiej na przykładzie fałszywego wsparcia dla Palestyńczyków. Wiele rządów popiera „dwupaństwową” koncepcję rozwiązania problemu palestyńskiego, ale ulega szantażowi moralnemu ze strony Izraela oraz presji kolejnych administracji Stanów Zjednoczonych, aby nie dopuścić do powstania niepodległej Palestyny.
Samostanowienie narodów, niezależnie od wymiaru normatywnego, stanowi więc we współczesnym systemie międzynarodowym wątpliwy moralny imperatyw, a nie twardą regułę prawa. Propozycje Donalda Trumpa na temat redefiniowania statusu samodzielnych jednostek geopolitycznych oraz terytoriów niesamodzielnych pokazują, że wbrew oczekiwaniom Ameryka dąży do zdemontowania dotychczasowych instytucji, których źródła sięgają współpracy mocarstw z czasów II wojny światowej. Widać także wyraźnie, że przyszłość ONZ jest zagrożona, a wiele państw za przykładem USA demonstruje wobec niej lekceważenie.
W sprawie samostanowienia paradoks polega na tym, że już od dłuższego czasu rozmaite organizacje narodowowyzwoleńcze i niepodległościowe, a tym bardziej ruchy separatystyczne są uznawane za terrorystyczne. Sięgają one bowiem do stosowania siły przeciw swoim opresorom. Tymczasem prawo międzynarodowe dopuszcza użycie siły przez narody uciemiężone, poddane zależności kolonialnej, okupacji lub dyskryminacji rasowej, a wojny narodowowyzwoleńcze nie bez powodu przypominają „wojny sprawiedliwe” z odległej przeszłości, gdy świat chrześcijański zmagał się z „poganami i heretykami”.
Z enuncjacji amerykańskiego prezydenta wynika jednak, że USA nie zamierzają respektować prawa do samostanowienia narodów w dochodzeniu do własnej państwowości. Chodzi bardziej o tworzenie nowych form afiliacji jednostek już istniejących – stowarzyszeniowych czy kondominialnych. W każdym jednak przypadku, (od symbolicznej Grenlandii poczynając), projektowana afiliacja wymagałaby wyrażenia woli większości (zapewne kwalifikowanej) mieszkańców danego obszaru.
Przypadki utworzenia niepodległego Kosowa w 2008 roku przy udziale mocarstw zachodnich oraz aneksji Krymu przez Rosję w 2014 roku można zakwalifikować jako rezultaty trwającej od dłuższego czasu irredenty, czyli dążeń miejscowej ludności do oderwania od dotychczasowego państwa i związania się z państwem macierzystym (odpowiednio z Albanią i z Rosją). Podobnego uzasadnienia nie można było niestety zastosować wobec separatystycznych „republik” w Donbasie, co przy wszystkich innych uwarunkowaniach spowodowało wybuch tragicznej wojny rosyjsko-ukraińskiej.
Co cenniejsze?
Na tych przykładach widać wyraźnie, że państwa o wiele ostrzej reagują na pogwałcenie czyjejś suwerenności i integralności terytorialnej przez agresora niż w obronie prawa do samostanowienia. Przypadki Kosowa i Krymu pokazują, że niezależnie od oburzenia, wspólnota międzynarodowa jest gotowa zaakceptować wymuszone zmiany terytorialne, zbieżne z interesami ludności na spornych obszarach. Natomiast gdy w grę wchodzi przejmowanie aktywów terytorialnych na drodze zbrojnego zawładnięcia, reakcja zbiorowa jest o wiele bardziej zdecydowana.
Suwerenność państwa jest jego atrybutem i stanowi podstawę konstytutywnej normy formalnoprawnej równości państw. Oparcie terytorialne suwerenności jest gwarancją istnienia państwa. Bez terytorium państwo pozostaje fikcją.
Samostanowienie narodowe bazuje natomiast na moralnym postulacie sprawiedliwości. Jest podstawą normy preskryptywnej (tzn. wskazującej na działania pożądane i akceptowane przez większość), która zaleca oparcie podziału terytorialnego na uzasadnionych roszczeniach przynależności narodowej. Problem jednak w tym, że ocena zasadności owych roszczeń spoczywa najczęściej w gestii wielkich potęg, które kierując się egoistycznymi interesami, niekoniecznie popierają słuszne dążenia do utworzenia nowych państw czy tendencje odśrodkowe w państwach już istniejących.
Suwerenność terytorialna ma charakter konserwujący zastane status quo, choć procesy narastających współzależności, internacjonalizacji i integracji nadają jej w wielu przypadkach wartość iluzoryczną. Tymczasem samostanowienie narodów ma znaczenie dynamizujące, gdyż ciągle niesie niespodzianki pojawienia się nowych jednostek geopolitycznych i konieczność reakcji na nie. W tym kontekście szczególnie niebezpieczne są nieprzemyślane projekty zmian status quo w odniesieniu do Strefy Gazy.
Absurdalny pomysł Donalda Trumpa o przejęciu tego terytorium i uczynienia z niego „riwiery Bliskiego Wschodu” za cenę czystek etnicznych i masowych przesiedleń ludności oznaczałby podważenie moralnej i prawnej koncepcji, że dane terytorium należy do określonego narodu. Runęłaby cała konstrukcja w miarę logicznego, ukształtowanego w ciągu kilku stuleci porządku powestfalskiego.
Jakiekolwiek decydowanie o losach innych narodów bez pytania ich o zdanie oznacza przede wszystkim podważanie podstawowych zasad prawa międzynarodowego. Dlatego dezynwoltura Donalda Trumpa wyrażająca się w pomyśle przejęcia przez USA Strefy Gazy świadczy nie tylko o instrumentalnym traktowaniu prawa Palestyńczyków do samostanowienia, ale jest także wyrazem pogardy dla całego dorobku prawnego i politycznego w dziedzinie pokojowego współistnienia. Jest wyrazem darwinizmu geopolitycznego, który przypomina poglądy XIX-wiecznych geopolityków niemieckich z Friedrichem Ratzelem na czele.
W kontekście deklaracji Trumpa jeszcze większy niepokój pojawia się w odniesieniu do planu pokojowego dla Ukrainy. Nie wiadomo bowiem, czy z równym lekceważeniem potraktuje on prawo do samostanowienia ludności na zajętych przez Rosję terytoriach. Jeśli uzna prawa Rosji do aneksji części wschodniej Ukrainy, to znaczy, że przyzwoli na dokonywanie zmian terytorialnych na drodze wojny. Będzie to powrót do praktyk dawno zarzuconych i moralnie potępionych. Jeśli wszak opowie się za odzyskaniem przez Ukrainę obszarów utraconych podczas wojny, to znaczy, że stanie w obronie suwerenności i integralności terytorialnej Ukrainy, ale w kolizji z prawem do samostanowienia narodowego ludności rosyjskojęzycznej, dążącej do połączenia z Rosją na wzór Krymu.
Zmiana filozofii geopolityki?
Wszystkie te niewiadome są niczym wobec radykalnej zmiany całej filozofii geopolityki. Trump bowiem ze swoimi akolitami otwiera drogę do powrotu polityki siły (power politics), nawiązującej bezpośrednio do regulowania stosunków społecznych na zasadzie „kto kogo?” Władca Imperium Americanum stawia siebie ponad wszystkimi podmiotami decyzyjnymi, ignoruje interesy innych uczestników stosunków międzynarodowych, mniemając, że wszystko na świecie można kupić i sprzedać, podbić czy zawojować. A przecież USA, a tym bardziej sam Trump, nie mają prawa dysponować swobodnie cudzą własnością ani narzucać innym, bez ich woli, swoje absurdalne projekty zmian w podstawach ładu międzynarodowego.
W sprawie pokoju na Ukrainie wymagany jest kompromis z uwzględnieniem interesów nie tylko samej Ukrainy, ale przede wszystkim Rosji. Tym bardziej, że w wojnie rosyjsko-ukraińskiej nie ma i nie będzie jednoznacznego zwycięzcy. Oprócz suwerenności terytorialnej i samostanowienia narodowego kwestią rozstrzygającą będzie więc uznanie niepodzielności bezpieczeństwa obu stron konfliktu. Oznacza to, że żadna z wojujących stron po zakończeniu działań zbrojnych nie może się czuć zagrożona ich wznowieniem przez swojego przeciwnika.
Póki co, amerykański prezydent stawia na komercyjny dyktat wobec Ukrainy. Gwarancje bezpieczeństwa udzielone temu państwu musiałyby być sowicie opłacone, aby były skuteczne. Tymczasem ukraiński prezydent nie ma obecnie takiego umocowania swojej władzy, aby na długie lata poddać państwo ukraińskie skutecznej protekcji amerykańskiej. Gotowość oddania w ręce Amerykanów olbrzymich zasobów naturalnych Ukrainy (także tych, które pozostają pod kontrolą rosyjską) świadczy o tym, że obecne władze ukraińskie w sposób bezprecedensowy szafują suwerennością terytorialną, co nie ma legitymacji w postaci woli zbiorowej. Takie decyzje wymagają zawsze przyzwolenia wyrażonego w głosowaniach powszechnych.
W świetle szalonych pomysłów amerykańskiej dyplomacji trzeba więc zdecydowanie bronić stanowiska wyrażonego w prawie międzynarodowym, że suwerenność terytorialna jest ściśle powiązana z moralnym prawem narodów do decydowania o własnym losie. Skończyły się czasy, kiedy władcy mogli sprzedawać zasoby terytorialne na zasadzie transakcji nieruchomości.
W projektach Donalda Trumpa tkwi zatem niebezpieczna pułapka zastawiona na ukraińskiego prezydenta. Jeśli ulegnie on presji amerykańskiej, może spotkać się z odmową swojego społeczeństwa zatwierdzenia w przyszłości szykowanych transakcji. Należy bowiem mieć nadzieję, że cyniczne rozgrywanie przez Trumpa adresatów jego rewizjonistycznych pretensji prędzej czy później skończy się porażką na rzecz powrotu do uznanych powszechnie reguł gry.
Stanisław Bieleń
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1124
Rok 2021 obfituje w okrągłe daty rocznic wydarzeń z historii minionego stulecia. Oprócz setnej rocznicy pokoju ryskiego i konstytucji marcowej minęło też 95 lat od zamachu stanu, dokonanego w maju 1926 roku przez Józefa Piłsudskiego, co otworzyło niechlubną kartę sanacyjnej dyktatury. W 2021 roku przypadło 85-lecie napaści III Rzeszy na ZSRR, która zatrzęsła światową geopolityką, a powstały po zakończeniu II wojny światowej układ sił w swoim wymiarze terytorialnym pozostaje jednym z najtrwalszych w historii kontynentu europejskiego. Wreszcie w mijającym roku upływa 30 lat od samolikwidacji ZSRR, po której nową kartę w swoich dziejach rozpoczęła zapełniać Federacja Rosyjska-Rosja, sukcesorka poprzednich formacji ustrojowych.Kolejny, 8. tom szkiców Profesora Witolda Modzelewskiego pt. Polska-Rosja. Reset na stulecie pokoju ryskiego? Lata 2020-2021 (Instytut Studiów Podatkowych, Warszawa 2021) pozwala w kontekście tych rocznic spojrzeć na nieudolne próby samookreślenia Polski – a ściślej jej elit politycznych i intelektualnych – w dynamicznie zmieniających się układach sił.
Książka - jak poprzednie tego autora – nie napawa niestety optymizmem. Przeciwnie, odkrywa najważniejszy, ale i podstawowy problem: brak spójnej konceptualizacji państwa polskiego ze strony zmieniających się rządów i formacji ustrojowych oraz nieumiejętność problematyzacji świata, w którym Polska się znalazła. Ekipy rządzące Polską w XX i XXI wieku nie potrafiły lub nie mogły samodzielnie określić preferencji w ramach interesu narodowego (orientacja III RP na Zachód była bezwarunkowa i bezkrytyczna, ale zabrakło w niej pierwiastków komplementarnych), ani tak zbilansować możliwości, aby zapewnić skuteczność swoich działań i oddziaływań wobec partnerów i sojuszników, jak rywali i oponentów.
W istocie oznaczało to brak racjonalnego zdefiniowania własnej tożsamości, zarówno pod względem ustrojowym i cywilizacyjnym, jak i konsekwentnego oparcia czy zakorzenienia w przestrzeni geopolitycznej systemu międzynarodowego. To rozdarcie między Wschodem i Zachodem, między Rosją i Niemcami, wreszcie między demokracją a dyktaturą powodowało i powoduje, że Polska nie ma zdecydowanie określonego statusu międzynarodowego, ma słaby prestiż i kiepską reputację.
Jako państwo „średniej rangi” nie należy ani do ścisłego grona państw przywódczych w NATO czy w Unii Europejskiej, ani nie jest równoważnym partnerem w stosunkach bilateralnych z największymi graczami sceny międzynarodowej. I tak jest, niezależnie od zmieniających się rządów w III RP.
Ze względu na tę nieokreśloność sprowadzana jest w obraźliwym żargonie a to do roli „konia trojańskiego” Ameryki w Europie, a to do „wasala” Stanów Zjednoczonych, a także do roli „zawady” w Unii Europejskiej. Państwo nieumiejące zbilansować i znormalizować stosunków z sąsiadami, które samo nie wie, kim jest w relacjach regionalnych i kontynentalnych, a także transatlantyckich skazuje się na lekceważenie i marginalizację. Tymczasem rządzący i wspierające ich media czy usłużni eksperci nie ukrywają samozadowolenia, lekceważąc wszelkie obiektywne kryteria oceny rzeczywistej sytuacji, popadając w mitomanię i megalomanię. Historia nie jest dla nich żadną magistra vitae, a dzisiejsze doświadczenie porażek i klęsk nie wywołuje reakcji samokrytycznych i ozdrowieńczych.
Polityka fałszu i zakłamania
Wywody Profesora Modzelewskiego mają charakter obrazoburczy, prowokują do zastanowienia się nad obiektywizmem w przekazach historycznych, rolą państwowej cenzury w przyswajaniu wiedzy o faktach i wydarzeniach, uznawanych za niewygodne przez kolejne władze polityczne. Natrętna gloryfikacja pseudobohaterów, powszechna mitologizacja historii i instrumentalne jej traktowanie prowadzą w rezultacie do budowania fałszywej świadomości narodowej. Obrażają inteligencję światłych Polaków i szkodzą wizerunkowi Polski.
Dzieje się tak zwłaszcza w kontekście kultu Józefa Piłsudskiego. W. Modzelewski pokazuje polski paradoks, że „puczysta” stał się w istocie patronem i idolem demokratycznego państwa. Miejmy nadzieję, że prędzej czy później przyjdzie czas obalenia jego pomników, gdyż obrażają one nie tylko rozum polityczny, ale obnażają tę haniebną prawdę, że uzurpator jest wzorem dla władzy legitymizowanej w sposób demokratyczny. Żadna logika nie pozwala pogodzić tych dwóch sposobów prawowitości rządzenia. W myśl tej tradycji, na nowych bohaterów narodowych kreuje się kolejnych agentów obcych wywiadów. Niczym klątwa powtarza się to w kolejnych formacjach ustrojowych i w kolejnych pokoleniach.
Podobnie jak w okresie międzywojennym, tak i po 1989 roku Polska stoczyła się w otchłań paraplemiennych konfliktów, a okres PRL wykreślono z ciągłości historycznej, co nie było ani mądre, ani korzystne dla polskiego interesu narodowego. Jak wiarygodne jest na przykład dzisiaj powoływanie się przez rządzących na zrealizowane za czasów PRL umowy z USA w sprawie spłaty zadłużenia czy kosztów utraconego mienia, jeśli ta państwowość została zdezawuowana i podważona przez samych Polaków? Dlaczego przy masowej obojętności, a nawet przy przyzwoleniu społecznym uczyniono z Polski Ludowej przysłowiową „czarną dziurę” polskiej historii? Prawie wszyscy obywatele ponoszą odpowiedzialność za takie skandaliczne i szkodliwe obchodzenie się polityków ze wspólną historią, bo pozwolono im na dezynwolturę i bezczelność. Wiele interesujących przemyśleń na ten temat znajdujemy w trylogii Andrzeja Walickiego pt. PRL i skok do neoliberalizmu, t. 1-3 (Fundacja Oratio Recta-IHN PAN-Dom Wydawniczy ELIPSA, Warszawa 2021).
Świat według nowych elit
To, co jest szczególnie uderzające, to bardzo powierzchowne wyobrażenie o systemie rywalizujących potęg, istocie ich Realpolitik, na ołtarzu której poświęcano zawsze wartości i interesy państw słabszych. W imię absolutyzowanej suwerenności (której istoty nie rozumie się w dobie rozmaitych współzależności) kolejne polskie rządy prezentują dość osobne, deprecjonujące i anarchistyczne podejście do kształtowania pozycji państwa polskiego w środowisku międzynarodowym – od skrajnej służalczości wobec USA czy bezkrytycznej lojalności wobec Izraela, po niezrozumiałe awanturnictwo i pretensje do tychże protektorów, że cynicznie bronią one swoich interesów, nie licząc się ze stanowiskiem Warszawy.
Na tych przykładach widać wyraźnie, jak nisko ceniona jest Polska i jak słaba jest wiarygodność sojusznicza USA czy Izraela (po co były te hece z posiedzeniami rządu ad limina w Jerozolimie w 2011 roku?). W rezultacie mamy do czynienia z powtórką historycznego „osamotnienia” oraz „zdrady Zachodu i Żydów” wobec Polski.
Ta obsesja zdrady ze strony wiarołomnych przyjaciół i sojuszników jest trwale wpisana także w polską historiografię. Niestety, świadczy ona o żenującym poziomie umysłowym oraz naiwności polityków i badaczy, niedoinformowaniu i niewiedzy, a także braku umiejętności kojarzenia faktów i procesów historycznych. Obnaża pseudoideowość i irracjonalną bezkompromisowość prowadzącą do totalnego blamażu i klęski.
Ujawnia się brak zmysłu strategicznego w ocenie realiów geopolitycznych, niedoszacowanie znaczenia potencjału i ambicji rosyjskich, przecenianie roli „parasola ochronnego” USA i NATO oraz bezmyślne stawianie na Ukrainę jako „strategicznego partnera” – co wraz z konfliktem w ramach Unii Europejskiej doprowadziło do największego kryzysu w polityce zagranicznej III RP.
Mamy do czynienia z patologicznym myśleniem o największych sąsiadach – „dobre” są Niemcy, mimo największego od nich uzależnienia, zwłaszcza polskiej gospodarki, a „zła i agresywna” jest Rosja – choć ona żadnych agresywnych pretensji wobec Polski nie przejawia. Jest to mantra niemieckiej (i anglosaskiej) indoktrynacji, która Polakom podpowiada, że ich największym „odwiecznym” wrogiem jest Rosja. „Stronnictwo pruskie” pod koniec XVIII wieku narzuciło ówczesnej opinii społecznej swoją interpretację patriotyzmu, przywdziewając szaty obrońców polskości przed imperium rosyjskim.
To od tego czasu – mimo że było wielu polskich beneficjentów tego mocarstwa w XIX wieku, o czym pisze w wielu pracach Lech Mażewski – wmawia się Polakom kłamliwą wersję historii, w najbardziej nachalnej i prymitywnej postaci („rusofobiczny jazgot”).
Determinuje ją „imperatyw antyrosyjski” oparty na sprzeczności z faktami historycznymi. Pozwala on zaciemnić rzeczywiste uzależnienia współczesnej Polski a to od Niemiec, a to od międzynarodowej oligarchii finansowej, a to od „ponadnarodowych” koncernów i lobbingu.
Rusofobia jako doktryna
Straszenie Rosją skutecznie odwraca uwagę od rzeczywistych zagrożeń i zniewoleń. Usłużni wobec polityków akademicy i publicyści tworzą kolejne zafałszowane wersje historii, nie zdając sobie sprawy z tego, że działają na własną szkodę, obnażając swoje obsesje i fobie, a w konsekwencji brak instynktu samozachowawczego.
Choć polska tradycja realistyczna w myśli politycznej ma bogaty dorobek, to jednak ciągle przeważa pogląd o wyższości „honoru i moralności” nad „rozsądkiem i roztropnością”. Jedna z ostatnich publikacji książkowych może być przydatna w lepszym zrozumieniu tego polskiego fenomenu (A. Orzełek, Poszukiwanie modelu realizmu politycznego. Myśl i publicystyka Aleksandra Bocheńskiego, Wydawnictwo UMCS, Lublin 2019).
Oficjalnie zadekretowana rusofobia stała się probierzem patriotyzmu, który znajduje wparcie albo za Odrą, albo za oceanem. O braku wewnątrzsterowności polskich polityków w tej sprawie świadczy fakt, że żaden z prezydentów, premierów czy ministrów spraw zagranicznych RP (byłych i obecnych) nie odważy się przyznać, że jest to oczywista manipulacja. Widać przecież wyraźnie, że są to czasy najbardziej zobojętniałego stosunku do Polski największego sąsiada na Wschodzie. A jednak podsycany jest ciągle ów manichejski podział na dobry Zachód oraz złowrogą Rosję, która czyha na polską suwerenność, a może i niepodległość.
Polskie elity polityczne, niezależnie od ich ideowej proweniencji, nie rozumieją, czym jest kreowanie silnej woli politycznej na rzecz ponadpartyjnego konsensusu w sprawach najważniejszych dla interesu narodowego: przede wszystkim bezpieczeństwa ze strony najbliższych sąsiadów, opartego na dobrosąsiedzkiej zgodzie, a nie na wątpliwych gwarancjach dalekich protektorów. Ciągle aktualna jest przestroga fińskiego męża stanu, Urho Kekkonena: „Nie szukajcie przyjaciół daleko, a wrogów blisko”. Niezależna polityka wymaga niezależnej klasy politycznej, która nie wisi u klamki swoich mocodawców!
Mądrość polityczna powinna znaleźć wyraz w doktrynie polityki zagranicznej i obronnej, opartej na zrównoważeniu interesów i określeniu się jako partner respektujący nie tylko demokratyczne reguły gry, ale także uznający stosunek sił w globalnym ich układzie. W stosunkach międzynarodowych stałą cechą strukturalną jest hierarchia potęg, a w jej konsekwencji zależności, rywalizacja o wpływy i równoważenie sił. Dzieje się to niestety kosztem państw słabszych, bowiem głównymi rozgrywającymi są najsilniejsze gospodarczo i politycznie potęgi, a także międzynarodowe koncerny, które ostatecznie także służą interesom mocarstwowym.
Penetrujący gospodarki państw obcy kapitał ma swoją przynależność „narodowo-państwową”, nawet gdy niektórym naiwnym decydentom wydawało się pod wpływem ogłupiających idei i propagandy, że jest inaczej. Zrozumienie złożoności tego zjawiska pozwoliłoby Polsce wpisać się w plurilog międzynarodowy na rzecz rozwiązywania ważnych problemów na drodze kompromisu według swojej pozycji i możliwości.
Polska powinna zrewidować swoje postrzeganie Stanów Zjednoczonych, Unii Europejskiej – w tym Niemiec i Francji – oraz Rosji, z którymi nie jest w stanie kooperować, ani tym bardziej rywalizować na równych zasadach. Choć psychologicznie wydaje się to obecnie zadaniem niewykonalnym, ale trzeba apelować do potencjalnych nowych sił politycznych, które mogą pojawić się na scenie politycznej w wyniku kompromitacji dotychczasowych rządów – aby przeprowadziły rzetelny bilans nieskutecznej polityki i wyciągnęły wnioski z kosztownych błędów.
Czas na merytokrację
Zgodnie z naukami Gaetana Mosci i Vilfreda Parety o reprodukcji elit, kiedyś musi się pojawić w końcu jakaś kontrelita, która przejmie rząd dusz i władzę w kraju oraz zacznie budować swoją legitymizację na innych wartościach. Będzie mogła dokonać rewizji dotychczasowej polityki, nie bojąc się „utraty twarzy”. Wymagać to będzie odwagi, wyczucia i wyobraźni, ale i odpowiedniej wiedzy.
Doświadczenie całego minionego stulecia pokazuje, że większość polityków to jedynie pretendenci do władzy, różne „Nikodemy Dyzmy”, ludzie marnej proweniencji i bez charakteru, nie mówiąc o kompetencjach w zakresie prawa, ekonomii czy dyplomacji, pozbawieni wstydu i honoru, często na usługach obcych protektorów i „szemranych interesów”. Z tych powodów od kandydatów do polityki podczas kampanii wyborczych należy wymagać ujawnienia kompetencji, a nie bezkrytycznie wysłuchiwać wyświechtanych frazesów, czczych obietnic i sloganów, czy to spod znaku bogoojczyźnianych narodowych patriotów, czy kosmopolitycznych pseudoliberałów.
Wszechobecna jest pogarda dla wiedzy i kompetencji z dziedziny polityki i stosunków międzynarodowych, rozeznania własnej tożsamości narodowej i tożsamości innych narodów i państw, ich historii i mentalności oraz kultury politycznej. O paradoksie, mimo że minęło kilka wieków od katastrofy państwowości I Rzeczypospolitej, nadal na szczytach władzy publicznej znajdują się ludzie, którzy swoją głupotą, tchórzostwem, nikczemną chwiejnością charakterów i postaw, ideologicznym zacietrzewieniem i poznawczym zaślepieniem przypominają o najciemniejszych kartach polskiej historii.
Deficyt rozumu politycznego jest znowu wyróżnikiem epoki, a afektywność życia politycznego przypomina czasy największych polskich klęsk i katastrof. Gdzie zatem szukać wyjścia z tej nie tylko niebezpiecznej, ale i fatalnej sytuacji?
Czas przywrócić rolę merytokracji – udziału w procesach decyzyjnych niezależnych doradców i kompetentnych niekoniunkturalnych ekspertów. Wydaje się, że opłacane z budżetu państwa rozmaite ośrodki analityczne działają na szkodę państwa i jego decydentów. Nie przedstawiają bowiem skutków błędnych decyzji, ani wariantów rozwiązywania problemów. Swoje funkcje sprowadzają do uzasadniania i usprawiedliwiania rozwiązań rzekomo nieomylnej władzy.
Trudno znaleźć jakieś krytyczne opracowania na temat polityki zagranicznej państwa, przygotowane na przykład przez zespoły analityków Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych czy Ośrodka Studiów Wschodnich. Stały się one raczej tubami propagandy, a nie krytycznej analizy politycznej. Bieżący komentariat na potrzeby manipulacji medialnej sprowadza się do relacjonowania i tendencyjnego opisu rozmaitych zdarzeń, bez osadzenia w jakiejś głębszej koncepcji czy wizji, bez uwzględnienia uwarunkowań, które polskich analityków ciągle zaskakują. Dotyczy to w jednakowym stopniu najbliższych sojuszników, jak i państw tak ułomnych jak Afganistan, Kosowo czy Irak.
Dla wielu polskich naukowców najważniejsze są odniesienia do zachodnich autorów, nawet gdy ich „mądrości” nijak nie pasują do polskiej rzeczywistości. Ileż pochwał i upamiętnień skierowano na przykład pod adresem Zbigniewa Brzezińskiego, amerykańskiego doktrynera i stratega politycznego (co z tego, że polskiego pochodzenia?), którego wizje wcale nie sprzyjają realizacji tego, co potrzebne i konieczne w polskim interesie narodowym. Nie jest także lepiej z prywatnymi sztabami analitycznymi (think tanks), zależnymi od obcych donatorów i mecenasów. Co je wyróżnia, to czołobitność wobec wszystkich postulatów płynących z Zachodu, oraz przekonanie o posiadaniu nadzwyczajnej wiedzy na temat Rosji i poradzieckiego Wschodu. Profesor Modzelewski nazywa te „mądrości” „rusofobicznymi dyrdymałami”.
Media – oręż pana
Lokalne sitwy i zagmatwane układy polityczne nie pozwalają na wyłanianie kandydatów odpowiednio przygotowanych do sprawowania urzędów publicznych. Kolesiostwo, nepotyzm, symonia i korupcja mają się całkiem dobrze. Ale właśnie tu pojawia się pole do działania niezależnych mediów, o których „wolność” trwa batalia publiczna w kontekście TVN i TVN24. Czy jednak te wszystkie media niezależne od rządu naprawdę są „niezależne”?
Warto podkreślić, że mecenat czy patronat wynikający z prawa własności bądź zawładnięcia – państwowego (rządowego) czy prywatnego - nigdy nie czyni mediów „wolnymi”. One zawsze służą interesom nie tylko właściciela, ale i mocodawcy. Są ideologicznym orężem panującego systemu. Część Polaków kolejny raz daje się omamić propagandzie, że telewizja będąca w ręku globalnego potentata zapewnia im wolny dostęp do obiektywnej informacji i chroni przed dyktaturą mediów publicznych. Jest raczej antidotum na propagandę jednej strony sporu politycznego.
W toczącej się debacie warto upominać się, aby przywrócić media publiczne społeczeństwu, aby służyły one interesowi wspólnotowemu, a nie poszczególnym ekipom rządzącym. Które ugrupowanie wystąpi dziś z inicjatywą głębokiej reformy systemu medialnego? Mamy kolejny przykład hipokryzji, nieudolności i krótkowzroczności wszystkich ugrupowań politycznych, walczących bardziej o własne apanaże niż o dobro publiczne. To dowód na to, że polskie rządy, od czasu niesławnego „planu Balcerowicza” realizują obce interesy – kapitału, korporacji, samozwańczych „adwokatów” przeprowadzonej w grabieżczym i neokolonialnym stylu ustrojowej transformacji.
Ciekawe, że owe „wolne media” nie potrafią pokazać rozmaitych nikczemności przeprowadzonych wówczas „reform”, które przyniosły tak niechętnie pamiętane ogromne koszty społeczne (pauperyzacja i degradacja mas ludzkich, galopujące nierówności, kradzież majątku narodowego, milionowa emigracja, uzależnienie od obcych, uprzedmiotowienie Polski itd.). Nie potrafią też nazwać po imieniu prawdziwych beneficjentów transformacji, wmawiając przeciętnemu śmiertelnikowi, że całe społeczeństwo jest jednakowo szczęśliwe i zamożne. Zawierzenie obcym protektorom zawsze kończyło się tragicznie dla polskich interesów, a nawet dla samego istnienia państwa.
Polityka – sługa ideologii
Ideologizacja polityki jest stałą cechą społecznej rzeczywistości. Wiek XX odsłonił w szczególności rolę rozmaitych systemów aksjologicznych w kształtowaniu ustrojów politycznych i dyktowaniu zachowań ludzkich. Czy to był bolszewizm i faszyzm, czy demokracja liberalna – wszystkie one sięgały i sięgają do uzasadnień ideologicznych oraz determinują losy wielkich mas ludzkich. Idealizowanie współczesnej rzeczywistości, że jest aideologiczna zostało ośmieszone przez słynne zawołanie o „końcu historii”.
Oprócz zaczadzenia ideologią neoliberalną i pochodnymi krucjatami w imię rozmaitych „poprawności”, mamy także do czynienia z renesansem nacjonalizmów jako ideologii integracyjnych, ale i opartych na wrogości czy strachu przed Innymi. Obecne stulecie to także czas rozkwitu fundamentalizmów religijnych i obskurantyzmu z nich wynikającego.
Problem przenikania religii i polityki, zawłaszczania państwa świeckiego i prozelityzmu jest ciągle aktualny, a od polskiej historiografii i politologii wymaga totalnej rewizji stanowisk, jeśli Polska ma być zaliczana do państw nowoczesnych. Nawet odważny w swoich osądach Profesor Modzelewski pomija jak dotąd problem religijnego „zniewolenia” Polaków i wyzwań dla nowoczesnego państwa, które musi się uporać z odstawieniem „partii” hierarchów kościelnych na właściwe dla nich miejsce w systemie politycznym (zgodnie zresztą z prawem konstytucyjnym).
Doświadczamy na naszych oczach głębokich zmian w ocenach polityki Stanów Zjednoczonych, choćby w kontekście wycofania sił amerykańskich z Afganistanu, ich powrotu do partnerstwa euroatlantyckiego, a także do dialogu z Rosją. Na tym tle polskie ekipy rządzące poddawane są szczególnej próbie dochowania wierności dotychczasowym pryncypiom, ale i poddania ich krytycznej refleksji.
Wobec nowej fali uchodźców pojawia się kolejny raz kwestia stosunku do obcych, woli ich przyjmowania i asymilacji. Przy czym wyraźny jest dysonans między otwarciem na imigrację zarobkową zza wschodniej granicy, a przyjmowaniem migrantów z odległych krajów, w tym ofiar rozmaitych błędów Zachodu.
Polska nie ma w tej sprawie spójnej polityki, a problem dużej (ok. 2-3 milionowej) diaspory ukraińskiej komplikuje stosunki narodowościowe wewnątrz państwa. Nikt się nie zastanawia, kiedy diaspora zarobkowa przekształci się w dużą mniejszość narodową i jakie będą tego skutki społeczne czy polityczne. Jak zawsze, jakoś to będzie.
Tymczasem masowy napływ migrantów ze Wschodu (ostatnio także z Białorusi) ma bezprecedensowy charakter w historii współczesnych migracji europejskich. Nieograniczone otwarcie polskiego rynku pracy na Wschód, w tym polskich uczelni, nie było nigdy przedmiotem debaty publicznej, ani częścią czyjegokolwiek programu politycznego. Jest to żywiołowy proces, wyjęty spod kontroli demokratycznej, w imię jakiejś nadzwyczajnej solidarności i altruizmu, bez liczenia się z kosztami i konsekwencjami. A te mogą być nieobliczalne w dalszej perspektywie, zwłaszcza gdy się przypomni doświadczenia na tle konfliktów mniejszościowych choćby z czasów II Rzeczypospolitej.
Rząd wie lepiej
Przed Polską, jej kolejnymi ekipami rządzącymi, ale i szerokim zapleczem władzy stoją poważne zadania, dotyczące przewartościowań założeń doktrynalnych, odnoszących się zarówno do przeszłości, jak i do przyszłości. Błędy w diagnozowaniu treści interesu narodowego nie wynikają wyłącznie z braku wiedzy, złej woli czy obcych nacisków. Są one konsekwencją świadomie przyjmowanej egoistycznej metodologii, według której rządzący wiedzą najlepiej, co jest ważne, pożądane i potrzebne dla społeczeństwa i państwa. Jeśli do tej roli pretendują wąskie grona zauszników „naczelnika państwa”, mamy wtedy do czynienia z zanikiem demokratycznych konsultacji społecznych, lekceważeniem przestróg płynących ze strony opozycji, nieliczeniem się z głosem opinii publicznej, butą i arogancją. Osobista lojalność wobec wodza, budowanie układów „mafijno-kazirodczych” przeczy jakiejkolwiek merytokracji. Obserwujemy, jak o wyborze preferencji i strategii państwa świeckiego decydują światopoglądy religijne polityków, narzucane całej wspólnocie obywatelskiej. W sprawach międzynarodowych zachowania polityków są natomiast ciągle oparte na niezrozumiałych idiosynkrazjach - głębokich kompleksach, nastawieniach i niechęciach, obsesjach, fobiach i uprzedzeniach, które nie poddają się racjonalizacji.
W dobie kryzysu wartości, norm i instytucji Zachodu czas najwyższy dokonać takich zmian, aby zamiast postaw konfrontacyjnych nauczyć się poszukiwać rozwiązań kompromisowych i akomodacyjnych. W doktrynie obronnej należy zrezygnować z anachronicznego myślenia w kategoriach starorzymskiego zawołania z Wegecjusza: si vis pacem, para bellum („jeśli chcesz pokoju, gotuj się do wojny”). W sytuacji, gdy żadne państwo nie może wygrać wojny, warto raczej upowszechniać inne hasło i działać w jego duchu: pax melior est quam iustissimum bellum („każdy pokój jest lepszy od najsłuszniejszej wojny”). I zamiast wydawania kolejnych miliardów dolarów czy złotych na niepotrzebne „zabawki militarne” - czołgi i rakiety (notabene bez żadnych procedur przetargowych i zabezpieczeń offsetowych) - trzeba koniecznie zastanowić się nad racjonalizacją polskiej polityki. Państwo polskie i pluralne społeczeństwo pilnie tego oczekują.
Stanisław Bieleń
Wyróżnienia i śródtytuły pochodzą od Redakcji.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1863
Po zakończeniu zimnej wojny Zachód - przekonany o swojej wyższości cywilizacyjnej - przyjął założenie, że ład międzynarodowy przybierze charakter liberalny, że zostanie oparty na jego wartościach, normach i instytucjach.
Hegemoniczne mocarstwo, jakim ogłosiły się Stany Zjednoczone, wzięło na siebie uniwersalną rolę – pełną megalomanii i wyższości - w obronie wyznawanych przez Zachód wartości. Ponieważ wartości te nigdy nie zostały zaakceptowane w skali globalnej, siłą rzeczy zaangażowanie Ameryki zrodziło wiele pól konfrontacji i konfliktów.
Jednym z najważniejszych adwersarzy Zachodu stała się Rosja. Pod jej adresem kierowano daleko idące oczekiwania, nie zważając, że po rozpadzie ZSRR ma ona problemy związane z egzystencjalnym przetrwaniem, a nie z demokracją. Im bardziej Moskwa oponowała przeciwko narzucaniu jej zachodnich wzorów, tym większą wywoływała irytację.
Doszło do paradoksalnej sytuacji, że po dramatycznych doświadczeniach konfrontacji zimnowojennej zamiast tworzenia jednej wspólnoty państw, gotowej do budowania ładu kooperacyjnego i konsensualnego, postawiono na konfrontację z państwem, które po raz pierwszy od wielu dekad zrezygnowało z ideologicznych uzasadnień wrogości w stosunkach międzynarodowych. Kolejny raz podejście oparte na motywacjach ideologicznych doprowadziło do podziału świata na wrogie ugrupowania i ich strefy wpływów. Okazuje się, że myślenie zimnowojenne tkwi bardzo głęboko w umysłach polityków, niezależnie od proweniencji geopolitycznej.
W świetle zaistniałego klimatu konfrontacji między Zachodem a Rosją, trzeba pożegnać się w przewidywalnej perspektywie z nadzieją na zbudowanie ładu liberalnego w stosunkach międzynarodowych, który miałby wymiar jednolity i uniwersalny. Należy raczej spodziewać się uruchomienia inicjatywy dyplomatycznej na rzecz ładu pluralnego, która sięgnęłaby do doświadczeń z okresu détente lat siedemdziesiątych XX wieku. Ówczesny stopień napięć jest porównywalny do dzisiejszego, ale przywódcy polityczni obu stron konfrontacji zimnowojennej potrafili wznieść się ponad podziały, respektując prawa każdej ze stron i godząc się na pokojową koegzystencję.
Aby do tego doszło, potrzebna jest przede wszystkim realistyczna diagnoza trwającej już prawie trzy dekady sytuacji, która ani nie ustanowiła „końca historii”, ani też nie przyniosła „zderzenia cywilizacji”. Te propagandowe slogany miały wyraźnie charakter konfrontacyjny i nie pomogły w zrozumieniu złożoności współczesnego świata oraz odczytaniu logiki zmiennej geometrii międzynarodowej.
Podobnie rozpoznaniu rzeczywistych motywacji państw nie sprzyjały XIX-wieczne analogie na temat imperialnej tożsamości Rosji i uprawianej przez nią Realpolitik. W rzeczywistości każda ze stron zaczęła uprawiać rewizjonizm geopolityczny, pomawiając się nawzajem o złe intencje. Polityka sankcji i kontrsankcji doprowadziła do zablokowania i zapętlenia wzajemnych relacji, a mispercepcja zakłóca zrozumienie tego, co jest rzeczywistym źródłem eskalacji napięć.
Mamy więc do czynienia ze spiralą konfliktu, który wymyka się spod kontroli zaangażowanych stron. Jeśli każda z nich podejmuje działania ofensywne, to doprawdy nietrudno sobie wyobrazić, że w którymś miejscu i momencie dojdzie nieuchronnie do zderzenia o nieobliczalnych konsekwencjach.
Pewnej zmiany w postępowaniu Zachodu wobec Rosji oczekiwano po wyborze Donalda Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Na razie jednak niewiele zmieniło się we wzajemnym postrzeganiu Ameryki i Rosji.
Konieczność kompromisów
Przed dyplomacją międzynarodową staje obecnie problem deeskalacji konfliktu. Ani dotychczasowa zachodnia polityka oskarżania Rosji i przypisywania jej wyłącznej winy za stan wzajemnych relacji, ani rosyjski upór i zamykanie się w „oblężonej twierdzy” nie prowadzą do pożądanych rozwiązań.
Profesjonalna dyplomacja musi wrócić do pragmatycznego układania się i żmudnego poszukiwania kompromisów. Trzeba zaniechać idealizowania jednego systemu wartości i demonizowania strony przeciwnej. Różne państwa mają odmienne drogi rozwoju i nie ulegają tak łatwo jak się wydawało internacjonalizacji wartości świata zachodniego. Przykład Chin i ich ustrojowej hybrydyzacji pokazuje, że nawet najbardziej zideologizowane systemy ustrojowe mogą ewolucyjnie przeobrażać się w pragmatyczne reżimy, broniące swoich narodowych interesów.
Postęp w rozwoju stosunków międzynarodowych nie ma charakteru linearnego, o czym wiedzieli już starożytni. Nie ma żadnego determinizmu ideologicznego, z którego wynikałaby bezalternatywność w wyborze wzorów ustrojowych. Nikt nie ma monopolu na urządzanie poszczególnych państw i ładu międzynarodowego w całości.
Choć wiele państw, w tym Rosja, zgadza się z podstawowymi regułami gry, jakie obowiązują w stosunkach międzynarodowych, to jednak istnieje sporo rozbieżności w ich interpretacji i wdrażaniu w życie.
Państwa zachodnie podkreślają rolę wspólnych wartości demokracji i praw człowieka, podczas gdy Rosja kładzie nacisk na zasadę wspólnego bezpieczeństwa. Zamiast integrowania się pod wspólnym „parasolem”, Rosjanie uważają, że respekt dla suwerennej równości jest podstawą stabilności ładu międzynarodowego.
Takie stanowisko podzielają także mniejsze państwa, które nie chcą podporządkować się jednej wizji ustrojowej i jednej wykładni wartości Zachodu. Należą do nich nawet Węgry Viktora Orbána i Polska Jarosława Kaczyńskiego, które są przecież częścią struktur zachodnich. Ich przykłady pokazują, że wspólnota zachodnia nie jest jednorodna, a nadzieje z początku lat dziewięćdziesiątych ub. wieku na szybką transformację ustrojową Europy Środkowej i Wschodniej, wyrażone choćby w Paryskiej Karcie Nowej Europy z 1990 roku, okazały się płonne.
Politycy zachodni w swojej naiwności długo nie byli w stanie zrozumieć, że ład międzynarodowy trzeba będzie oprzeć na kolejnym kompromisie, a nie na dyktacie jednego zwycięzcy.
Wydaje się, że obecnie nadchodzi pora, aby zrozumieć złożoność tożsamości wielu państw. Nie wystarczy zbudować kolejne nowe instytucje, czy podpisać nowe traktaty. Trzeba jeszcze przebudować świadomość elit politycznych i całych społeczeństw, a to jest zadanie na wiele pokoleń.
Stan paranoi
Rosja była pierwszym państwem, które otwarcie sprzeciwiły się hegemonii amerykańskiej. Zamiast unipolaryzmu lansowano w Moskwie multipolaryzm, optując za stworzeniem kolektywnego systemu zarządzania w stosunkach międzynarodowych, który przypominałby XIX-wieczny „koncert europejski”. Rosja zyskała w tej sprawie poparcie ze strony Chin, a stworzenie nieformalnej grupy BRICS miało wzmacniać dążenia na rzecz „demokratycznej” przebudowy ładu międzynarodowego.
Działaniom na rzecz dekoncentracji hegemonii amerykańskiej towarzyszyły oskarżenia ze strony rosyjskiej, iż wszystkie przemiany demokratyzacyjne w postaci „kolorowych rewolucji” czy „regionalnych wiosen” były inspirowane przez Stany Zjednoczone i wspierane przez inne państwa Zachodu. Wytworzyła się na tym tle ogromna nieufność, spowodowana z jednej strony arbitralnym podważaniem przez Zachód wewnątrzpaństwowego, a przez Rosję międzynarodowego status quo. Każda ze stron oskarża drugą o złą wolę i podżeganie do działań szkodliwych wobec oponenta.
Przysłowiową obelgą wobec Rosji stało się przypisywanie jej „hybrydowej wojny informacyjnej”, tak jakby Stany Zjednoczone i inne państwa zachodnie nie miały w tej „wojnie” swojego „konstruktywnego” udziału.
Przypisywanie Rosji i Putinowi wyłącznej odpowiedzialności za wszelkie zło współczesnego świata, łącznie z przegranymi przez liberalnych polityków wyborami oznacza pewien stan paranoi. Mispercepcja, czyli postrzeganie drugiej strony oparte na błędnych założeniach i negatywnych nastawieniach rodzi fałszywe oceny i wnioski. Nawet część świata akademickiego po obu stronach konfrontacji ulega takiemu „zaczadzeniu”, co przypomina czasy zindoktrynowania nauk społecznych epoki zimnowojennej.
Przedstawiciele współczesnego amerykańskiego realizmu politycznego, tacy jak John Mearsheimer, Barry Posen czy Stephen Walt w swoich opracowaniach i wypowiedziach z ostatnich lat starają się wskazywać na niebezpieczeństwo recydywy zimnowojennej. O wzroście konfrontacji decyduje ich zdaniem nie tyle obiektywna siła, ile błędne decyzje i logika gry o sumie zerowej, która znów zawładnęła umysłami polityków Zachodu i Rosji. Ostatecznie każda ze stron jest winna tworzenia nowych stref wpływów i rozniecania wrogości.
Logika „wzajemnego zapętlenia” jest szczególnie widoczna w odniesieniu do trwającego konfliktu na Ukrainie. Wszystkie narracje po obu stronach przypisują winę oponentowi, tak jakby nie było pojęcia współwinnych zaistniałej sytuacji. Na dodatek Rosja wskazuje na pewien determinizm związany ze strategią Zachodu. Nastawieni na „powstrzymywanie” Rosji politycy amerykańscy i europejscy potraktowali bowiem kryzys na Ukrainie w lutym 2014 roku nie tyle jako przyczynę, ile jako pretekst do konfrontacji. Jeśli nie doszłoby do rewolty na kijowskim Majdanie, to każdą inną sytuację potraktowano by jako powód tej konfrontacji.
Racje z pewnością są podzielone, ale Rosja nie widzi swojego negatywnego udziału w podsycaniu konfliktu, stosując przewrotną logikę o reunifikacji Krymu, a nie jego aneksji, która z punktu widzenia prawa międzynarodowego jest nielegalna. W świetle tych wszystkich rozbieżności po stronie zachodniej rodzą się pretensje, że Rosja dąży do przyznania sobie odrębnego statusu i specjalnych praw oraz żąda innego traktowana niż reszty państw.
Rosja uważa, że największym „grzechem” Zachodu jest ingerencja w sprawy wewnętrzne wielu państw, co skutkuje wybuchem krwawych konfliktów, a także dramatyczną zmianą legalnych reżimów, prowadzącą do katastrof humanitarnych. Nie widzi przy tym nic złego w swoim zaangażowaniu w konflikt syryjski, broniąc reżimu uznawanego za zbrodniczy. Znowu więc zderzają się ze sobą różne kryteria oceny interesów stron i bez podejścia kompromisowego, aby na zasadzie wzajemności uznać przynajmniej część racji oponenta, niemożliwe będzie przywrócenie normalności.
Konieczność egzystencjalnego przesilenia?
Każda ze stron dzisiejszej konfrontacji obwinia drugą o prowokowanie konfliktu. Żadna jednak nie chce przyznać, że sama swoimi działaniami przyczynia się do jego eskalacji. Zachód na czele ze Stanami Zjednoczonymi tkwi w przekonaniu o wyższości własnych dokonań i cywilizacyjnych osiągnięć, co jest wyrazem swoistej misjologii, by nie powiedzieć sięgającej kolonializmu imperialistycznej arogancji. Odwoływanie się do „wyższości cywilizacyjnej” Zachodu jest absolutnym anachronizmem w dzisiejszych czasach i świadczy raczej o powrocie do świadomości kolonialnej.
Rosja natomiast, a wraz z nią wiele państw tzw. Reszty Świata, broni nie tylko dotychczasowego stanu posiadania, ale upiera się przy alternatywności modeli ustrojowych i dróg rozwoju. Powoduje to nowy rodzaj wojny ideologicznej, a wybór istnieje jedynie między światem porządku a światem chaosu. Jego uświadomienie być może skłoni strony do zainicjowania zmian w dotychczasowej strategii okopywania się na zajętych pozycjach.
Operowanie logiką wiarygodnego odstraszania już nieraz w historii prowadziło do niekontrolowanego wyścigu zbrojeń i wzrostu napięć. Dlatego swoją obronę obie strony konfrontacji muszą umiejętnie połączyć z kolektywnymi wysiłkami na rzecz bezpieczeństwa międzynarodowego.
Na razie po żadnej ze stron nie widać gotowości do „odprężeniowego” dialogu, który przywróciłby wiarę we wspólne wartości i interesy. Być może trzeba doprawdy jakiegoś skrajnego „egzystencjalnego przesilenia”, tak jak w czasie II wojny światowej, lub w czasie „zimnej wojny” po kryzysie karaibskim w 1962 roku, żeby obie strony konfrontacji doszły do wniosku, iż ich żywotne interesy wymagają pragmatycznego współdziałania w imię wspólnego przetrwania.
Realistyczna perspektywa podpowiada, że bezpieczeństwo i kontrola zbrojeń w dłuższym okresie winny mieć pierwszeństwo przed demokratyzacją kolejnych państw. Taki punkt widzenia podziela Rosja, ale i wiele państw zachodniej i środkowej części Starego Kontynentu. Można by więc liczyć na to, że przy dobrej woli stron dojdzie wreszcie do znalezienia punktów zbieżnych w sprawach dla świata najważniejszych. Skupienie uwagi na strategiach bezpieczeństwa, a nie zwalczaniu rosyjskiego prezydenta znacznie poszerza pole manewru i tworzy przesłanki do wzajemnego porozumienia. Tak było przecież u podstaw narodzin odprężenia.
Gdy po każdej stronie pojawiają się żądania nie do spełnienia, nadchodzi czas dynamicznych przewartościowań dotychczasowych strategii. Od nieustępliwości do wzajemnego uznania swoich racji droga jednak daleka. Historia „zimnej wojny” pokazuje wszak, że Zachód był kiedyś w stanie uznać rolę Związku Radzieckiego w rozwiązywaniu najważniejszych problemów światowych, mimo że to państwo pod względem ideologicznym i każdym innym daleko odstawało od Zachodu. Obecnie mamy do czynienia z podobną sytuacją. Rosja domaga się uznania na zasadzie równoprawności swojej roli w „zarządzaniu” sprawami o znaczeniu globalnym. Karanie jej poprzez izolację i wykluczanie z gremiów decyzyjnych powoduje jedynie zaostrzanie konfliktu.
Zrozumieć powody nieufności
Gdyby spojrzeć na historyczne lekcje z epoki odprężenia między Wschodem a Zachodem, to widać wyraźnie, że choć paradoksalnie sprzyjało ono usankcjonowaniu powojennego podziału Europy, w efekcie przyniosło stopniowy demontaż bloku wschodniego i doprowadziło poprzez „antagonistyczną współpracę” do likwidacji radzieckiej strefy wpływów.
W czasie prezydentury Richarda Nixona Stany Zjednoczone zrozumiały (duża w tym zasługa Henry Kissingera), że warunkiem jakiegokolwiek porozumienia z ZSRR (a także z ChRL) jest zrozumienie źródeł nieufności po drugiej stronie.
Umiejętność samokrytycznego spojrzenia na własną politykę pozwoliła na rezygnację z arbitralnego wyznaczania wrogów, a tym bardziej podejmowania wobec nich akcji karnych. Podwójna strategia odstraszania i otwarcia na dialog, wyrażona choćby w Raporcie Harmela w 1967 roku, dowodziły zdolności wyjścia państw zachodnich z zaklętego kręgu konfrontacji.
Z pewnością ówczesne stanowisko Ameryki było wynikiem przewartościowań, jakie spowodowała wojna wietnamska, ale także rezultatem narastania sprzeczności w bloku zachodnim. Przede wszystkim jednak dzięki realizmowi Kissingera Stany Zjednoczone potrafiły właściwie odczytać i zrozumieć intencje drugiej strony (stron).
Obecnie mamy do czynienia z taką sytuacją, że wszystkie enuncjacje polityków rosyjskich odczytywane są opacznie, wbrew ich intencjom. Kiedy Rosjanie przestrzegają przed „nową zimną wojną”, to na Zachodzie odczytują te ostrzeżenia jako przyznanie się Rosjan do tego, że taką sytuację sami wywołują. Gdy Rosjanie nawołują do dialogu, to przypisuje im się cynizm i makiawelizm. Gdy demonstrują wolę odpierania wszelkich zaczepek i gróźb, czyni się Rosję „interwentem” w sprawy wewnętrzne, w tym nawet w proces wyborczy, w starych, „ugruntowanych” demokracjach Zachodu.
Lekcje płynące z konfliktu ukraińskiego uczą, że przewartościowania w stosunkach Zachodu z Rosją są obecnie konieczne tak w sferze normatywnej, jak i realizacyjnej. W tej pierwszej widać wyraźnie, że wspólne wartości demokracji, praworządności czy samostanowienia są rozmaicie interpretowane nie tylko przez oponentów, ale także w ramach jednego ugrupowania.
Renesans populizmu i nacjonalizmu w wielu państwach Europy Zachodniej pokazuje, że nie wszyscy obywatele w państwach promujących demokrację liberalną są zadowoleni z jej dotychczasowych osiągnięć. Zwycięstwo Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich w USA jest być może jedynie wierzchołkiem góry lodowej, wskazującym na zmęczenie społeczeństw zachodnich ponoszeniem kosztów „liberalnego internacjonalizmu”. Narasta także na tle kryzysu migracyjnego fala uprzedzeń wobec imigrantów ze wschodniej części kontynentu. To podważa dotychczasowe otwarcie elit politycznych Unii Europejskiej i NATO na ich dalsze rozszerzanie się na Wschód.
W sferze realizacyjnej występuje ogromny dysonans między deklaracjami a wolą dokonania rzeczywistej transformacji ustrojowej w państwach orientujących się na integrację z Zachodem. Takie państwa jak Ukraina czy Mołdawia dowodzą, że ich elity polityczne - mimo retorycznych zapewnień - nie potrafią zlikwidować struktur oligarchicznych, ani odciąć się od kleptokracji. Reformy nie przynoszą pożądanych efektów i przypominają dreptanie w miejscu. W państwach tzw. młodszej Europy mamy do czynienia, tak jak na Węgrzech czy w Polsce, z odradzaniem się „starego” nacjonalizmu rodem z XIX wieku i recydywą autorytaryzmu pod przykrywką „nieliberalnej” demokracji.
Wraz z brexitem Unia Europejska traci legitymację do reprezentowania całego kontynentu, co zresztą było i jest nadużyciem, bo przecież poza nią znajdują się ciągle inne państwa europejskie. Problemem jest utrzymanie wiarygodności tego związku integracyjnego wobec państw słabszych i potrzebujących pomocy w sytuacji, gdy jedno z najsilniejszych państw europejskich odwraca się doń plecami.
Receptą - etyka odpowiedzialności
Coraz częściej wśród zachodnich analityków odzywają się głosy, żeby – zgodnie z nauką Maxa Webera - etykę przekonań zastąpić etyką odpowiedzialności. Takie postulaty słychać na przykład pośród ekspertów niemieckich (Matthias Dembinski, Hans-Joachim Spanger).
Nie wymaga to jakichś nadzwyczajnych posunięć. Wystarczy zacząć od uznania istniejącego status quo. O podobne cele walczyli zwolennicy odprężenia w okresie „zimnej wojny”.
Chodzi o to, aby z bieżącej polityki wyłączyć problemy trudne do rozwiązania w obecnej sytuacji. Nie powinny one zakłócać dialogu i warunkować współpracy w wielu dziedzinach, które mają charakter pragmatyczny. Każda ze stron dzisiejszej konfrontacji powinna zgodzić się na tolerowanie siebie nawzajem bez wkraczania, zwłaszcza na drodze militarnej, w sprawy wewnętrzne drugiej strony i respektowanie podstawowych praw człowieka.
Żadna z instytucji międzynarodowych, a tym bardziej żadne z państw nie może sobie przypisywać roli „cenzora poprawności politycznej” innych państw. Epoka „żandarmów” w stosunkach międzynarodowych minęła bezpowrotnie od czasu, gdy państwa zaczęły opierać swoje relacje na podstawowych zasadach prawa międzynarodowego – suwerennej równości i integralności terytorialnej.
Rzecz jednak w tym, aby strony konfliktu – tak Rosja, jak i Zachód - uznały dotychczasowe naruszenia tych zasad za „zamkniętą kartę”, gdyż wzajemne obwinianie siebie jest bezproduktywne. Być może gdyby nie było interwencji państw zachodnich w Iraku i Libii oraz działań na rzecz samostanowienia Kosowa, wówczas Rosja nie miałaby pretekstu do uznania niepodległości Abchazji i Osetii Południowej, a tym bardziej aneksji Krymu. Faktów dokonanych nie da się jednak odwrócić. Trzeba więc uznać ich moc normatywną. Nie pomogą tu żadne zaklęcia, ani moralizowanie naiwnych idealistów. Status quo ante jest nie do przywrócenia.
Od czasu Aktu Końcowego z Helsinek w 1975 roku, poprzez wiele regulacji w ramach OBWE, Rady Europy i ONZ, zwłaszcza po rezolucję „Odpowiedzialność za ochronę” z 2005 roku, państwa godziły się na respektowanie suwerenności w powiązaniu z przestrzeganiem praw człowieka. W praktyce okazało się, że pod szyldem interwencji humanitarnej dokonywano zwykłego rozboju, likwidując nieznośnych dyktatorów, ale i doprowadzając całkiem stabilne i zasobne państwa do ruiny. Interwencje państw zachodnich doprowadzały do niewyobrażalnych katastrof humanitarnych, których najdobitniejszym przykładem jest tragedia ludności syryjskiej. Szukanie winnego jedynie w osobie Putina zaprzecza nie tylko prawdzie historycznej, ale świadczy o ogromnych pokładach hipokryzji polityków zachodnich. Pokazuje ponadto, jak można zbudować pozytywną narrację o sobie poprzez nieustanne oskarżanie i dezawuowanie drugiej strony.
Rosja nie jest oczywiście bez winy. Opowiadając się za prawem do samostanowienia ludności abchaskiej, osetyjskiej i rosyjskiej na Krymie, nie tylko poderwała zaufanie do siebie, jako gwaranta stabilności przestrzeni poradzieckiej, ale także jako jednego z głównych decydentów w Radzie Bezpieczeństwa ONZ (100 państw członkowskich potępiło aneksję Krymu).
Nie ma jednak sytuacji bez wyjścia, choć na krótką metę impas ma moc paraliżującą. Jeśli skonfliktowane strony zgodzą się co do pryncypiów wynikających z prawa międzynarodowego, to szybko mogą znaleźć przy dobrej woli liderów politycznych jakiś modus vivendi. W XX wieku wypracowano przecież rozmaite sposoby godzenia aspiracji niepodległościowych z poszanowaniem zasady integralności terytorialnej czy prawa narodów do samostanowienia.
Tak więc zaczynając od przyznania całkowitej niepodległości ludności danego terytorium (Sudan Południowy) możliwy jest status niepodległości warunkowej (jak w przypadku Bośni i Hercegowiny czy Kosowa), autonomizacji (Tyrol Południowy), federalizacji (najlepszym przykładem jest Belgia) czy konfederalizacji (postulat rozwiązania konfliktu cypryjskiego), po status kondominialny (Andora).
W historii znano także rozwiązania oparte na mandatach, powiernictwie, albo na protektoratach, których relikty istnieją do dzisiaj. Nie wszystkie rozwiązania sprawdziły się w praktyce, na przykład status „wolnych miast” (Gdańsk, Rijeka). Korzystając więc z użytecznych rozwiązań można na forum konferencji dyplomatycznych i organizacji międzynarodowych przygotować propozycje zażegnania impasu. Musi jednak zaistnieć odpowiedni klimat dla zrodzenia się skutecznej inicjatywy dyplomatycznej. Unia Europejska może odegrać w tej sprawie rolę zasadniczą. Mniej oczekiwań należy wiązać z OBWE, która przy braku determinacji i woli politycznej jej członków nie jest w stanie sprostać roli, jaką pełniła w okresie odprężenia.
Choć pojawiają się w tym kontekście alarmistyczne skojarzenia z „nową Jałtą”, to jednak nie należy lekceważyć możliwości pogodzenia stanowisk w jednej zasadniczej sprawie: i Zachód, i Rosja mają prawo do ochrony swoich „żywotnych” interesów. Uznanie tej reguły za punkt wyjścia do negocjacji na temat rozwiązania konfliktu ukraińskiego może otworzyć drogę do poszukiwania takiej formuły kompromisu, aby Ukrainę włączyć w szereg inicjatyw mających na celu jej transformację ustrojową, ale bez konkretnej perspektywy przyjmowania jej do struktur zachodnich. Unia Europejska zresztą już w tej sprawie dość dawno się wypowiedziała (15 grudnia 2016 roku), odmawiając Ukrainie statusu państwa kandydującego. NATO natomiast zrozumiało na przykładzie Gruzji i Ukrainy, że istnieje „czerwona linia”, której przekroczenie wywołuje agresywną reakcję Rosji z użyciem siły militarnej.
Warto zatem zastanowić się nad wykorzystaniem wzorów z czasów „zimnej wojny”, gdy w ówczesnej konfrontacji międzyblokowej pewne państwa korzystały ze statusu neutralności lub uprawiały politykę neutralizmu (Austria, Finlandia). Może i w obecnej sytuacji takie rozwiązania, o których zaraz po wybuchu konfliktu na Ukrainie wypowiadał się Henry Kissinger, przydadzą się choćby na okres przejściowy.
Nie ulega zatem wątpliwości, że warunkiem podstawowym przełamania impasu w stosunkach Zachodu z Rosją jest samokrytyczne spojrzenie każdej ze stron na dotychczasowe strategie postępowania, które prowadzą donikąd. Społeczeństwa państw europejskich oczekują od swoich przywódców nowej filozofii wspólnego bezpieczeństwa, która zrewiduje dogmaty o nieomylności Zachodu w sprawach ustrojowych, a „ład pluralny” uczyni podstawą koegzystencji państw o odmiennych tożsamościach i ideowych preferencjach.
Stanisław Bieleń
Powyższy tekst ukazał się w czasopiśmie Opcja na prawo -http://www.opcjanaprawo.pl/index.php/aktualny-numer/item/4853-lad-pluralny-jako-imperatyw-przetrwania
Tytuł, śródtytuły i podkreślenia pochodzą od Redakcji Sprawy Nauki.