Politologia (el)
- Autor: Marcin Domagała, Robert Potocki
- Odsłon: 3951
Dlaczego słuszny poniekąd protest społeczny, wynikający nie tyle ze sprzeciwu wobec niepodpisania umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską, ale żądań zwykłej praworządności, przerodził się w krwawą serię starć ulicznych między manifestantami a jednostkami specjalnymi milicji? Otóż Ukrainy nie należy traktować jako klasycznego systemu politycznego.
Pod względem instytucjonalnym i prawnym przypomina ona bowiem bardziej korporację wielobranżową. W tym stwierdzeniu nie ma nic obraźliwego, gdyż są to jedynie próby lakonicznego zdiagnozowania stanu faktycznego, nie zaś wywód z zakresu teorii systemów politycznych.
Ukraina „pozornie” wypełnia wszystkie atrybuty państwowości – lecz za tą fasadą kryje się skomplikowany system powiązań prywatnych i biznesowych, skupiony w rękach ludzi posiadających olbrzymie majątki oraz wpływy polityczne. Poszczególne grupy oligarchiczne – reprezentowane przez poszczególne ugrupowania polityczne, także w parlamencie – mają niekiedy sprzeczne ze sobą interesy. To dlatego w kraju tym obowiązuje konfrontacyjny sposób uprawiania polityki, czy też sprawowania władzy państwowej.
Konflikty te potrafią niekiedy wywoływać „trzęsienia ziemi”. Tak było podczas „rewolucji na granicie” w 1991 roku czy też „niebieskiej kontrrewolucji” w 2007 roku. No i oczywiście podczas tej najbardziej znanej „pomarańczowej rewolucji” w 2004 roku. Tak jest i podczas wydarzeń nazywanych EuroMajdanem. Niepokoje te związane są z każdym dotychczasowym prezydentem ukraińskim i pełnią pewnego rodzaju funkcję korektora systemu politycznego.
Zagospodarowywanie buntu
Protesty na Majdanie Niepodległości w pierwszych dniach rzeczywiście miały charakter spontanicznego i ograniczonego odruchu wobec zanegowania iluzji pięknego mariażu związania się z krainą przysłowiowym „mlekiem i miodem płynącą”.
Zwykli ludzie mieli jednak dość wszechogarniającej korupcji, stagnacji, czy szarej codzienności – dlatego też niepoważna i źle przeprowadzona akcja milicyjna z 30 listopada 2013 roku, podczas której brutalnie pobito manifestantów, podziałała jak przysłowiowa „płachta na byka”. Następnego dnia dziesiątki tysięcy osób zaprotestowało – nie tyle przeciw „reżimowi Janukowycza”, lecz w obronie godności „bitego człowieka”.
Z czasem bunt zaczął sie nasilać zwłaszcza, że opozycja parlamentarna wykorzystała te wydarzenia i niejako „podczepiła” się pod nie. Od tego momentu cele społeczne ustąpiły postulatom politycznym, które okazały się zupełnie nierealistyczne w obliczu dużej determinacji kierownictwa państwa.
Ster EuroMajdanu przejęło „trzech muszkieterów”: Arsenij Jaceniuk z „szowinistycznej” Batkiwszczyny, Jurij Łucenko – były szef MSW i szef efemerycznej partii „Trzecia Republika” oraz Witalij Kliczko – były bokser i „polityczny nuworysz”, ale niezwiązany z całym układem oligarchicznym. Niebawem do nich dołączył i „d'Artagnan” Ołeh Tiahnybok – lider neonazistowskiego ugrupowania Swoboda, w Polsce kojarzonego z „czarną legendą” OUN-UPA.
W tej sytuacji demonstranci równie prędko zyskali wsparcie ze strony poszczególnych oligarchów, których brak umowy stowarzyszeniowej z UE pozbawił perspektyw przyszłych zarobków w miejsce utraconych wpływów, wynikłych z powodu relegacji ich biznesów z terenu Rosji.
Protestami zaczęła interesować się także zagranica, zwłaszcza Unia Europejska i Stany Zjednoczone oraz transnarodowe organizacje pozarządowe, tworzące od czasu obalenia Slobodana Miloševića w 2000 roku, tzw. rewolucyjną międzynarodówkę. Poszczególni politycy „pielgrzymowali” zatem na Majdan Niepodległości, niektórzy nawet przygotowali odpowiednie przemówienia; inni poprzestali na krótkim spacerze, spotkaniu z liderami opozycji, a nawet pogawędce z przygodnie napotkanymi aktywistami – wszystko oczywiście przed kamerami, aby łatwiej na kilka minut zaistnieć w światowych przekazach informacyjnych. Czego nie robi się dla wizerunku?
Na tym kończyła się polityka wsparcia. UE – wzorem 2004 roku nie pokusiła się nawet o wysłanie misji mediacyjnej, tej w stylu Aleksandra Kwaśniewskiego, a USA wysłały oficjalnie na Ukrainę podrzędnego urzędnika z Departamentu Stanu, aby „zasięgnął języka”. Nieoficjalnie jednak rzucała się w oczy działalność amerykańskiego ambasadora Geoffrey’a Payatta, który chętnie i licznie spotykał się z liderami protestów w zaciszu kijowskiej placówki na ul. Igora Sikorskiego. Jakie przyniosło to rezultaty prócz pustych deklaracji, pouczeń i eskalacji protestów? Dosłownie nic. Prawda jest bardziej prozaiczna: ani Stany Zjednoczone, ani też Unia Europejska nie mogą nawet zerwać z „reżimem Janukowycza” stosunków dyplomatycznych, gdyż wówczas realną alternatywą jest integracja eurazjatycka. Zachód zdążył się też nauczyć, po awanturach w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie, że mając do wyboru między anarchią i autorytaryzmem, lepiej wybrać to drugie... W tej geopolitycznej „partii szachów” Rosja okazała się lepszym graczem. Błyskawicznie, korzystając ze słabości kontrahenta i konkurencji – zaoferowała konkretną pomoc krótkoterminową (i na drakońskich warunkach), która ustabilizuje gospodarkę Ukrainy do czasu wyborów w 2015 roku. Pewną ofertę udostępniły także Chiny. Tymczasem opozycja ten moment chwilowej słabości systemu po prostu „przespała” i zamiast robić „rewolucję pełną gębą” – spoczęła na przysłowiowych laurach, okopując się w swej „Siczy Majdańskiej”.
Fiasko sprawdzonych metod
Władze państwowe, pomne doświadczeń pacyfikacyjnych z 29 listopada i 1 grudnia 2013 roku, całkiem świadomie przyjęły „strategię przeczekania”, przygotowując równocześnie „kontrrewolucję”. Początkowo nawet mogło się wydawać, że warunki pogodowe, blokada dostaw żywności i opału na nawet przypadki bardziej agresywnych kroków (przypadki pobicia Tetiany Czornowoł, Andrija Illenki czy Jurija Łucenki) pozwolą wygrać na czasie. Stało się jednak inaczej. Nieudane wotum nieufności dla gabinetu Mykoły Azarowa pokazało równocześnie ograniczenia opozycji i – w obliczu wspólnego zagrożenia – skonsolidowało szeregi rządzącej Partii Regionów. Ponadto „rewolucjoniści” nie wykonali rzeczy najistotniejszej – nie opanowali centrum Kijowa, jak to uczynili to ich „pomarańczowi” poprzednicy. Od połowy grudnia – mimo spektakularnych akcji w stylu AutoMajdanu, czy kolejnych wieców narodowych – opozycja znalazła się w politycznej defensywie.
Przesilenie przyszło nagle i niespodziewanie – 16 stycznia, wbrew procedurom, Rada Najwyższa przegłosowała budżet państwowy na 2014 rok, co było najważniejsze z punktu widzenia stabilności władzy oraz „pakiet bezpieczeństwa”, który otworzył drogę do realizacji siłowego scenariusza. Potrzebny był tylko pretekst. Opozycja dostarczyła go stosunkowo szybko – trzy dni później, tuż po zakończeniu już ósmego wiecu, elementy narodowo-radykalne sprowokowały rokosz, który przerodził się w regularne i dość brutalne walki uliczne.
Obie strony ciągle mówiły o potrzebie negocjacji, lecz w praktyce, między żądaniami opozycji a oczekiwaniami władz państwowych, nigdy nie było „punktów stycznych”. Była i jest imitacja dialogu. Rokosz pokazał inną twarz EuroMajdanu – tę kojarzoną z polityczną niedojrzałością, która szybko przemieniła się w ekstremizm. Liderzy opozycji w zasadzie stracili już „rząd dusz”, który ekspresowo pochwycili radykałowie. Do rangi symbolu urasta fakt uderzenia przez anonimowego manifestanta Witalija Kliczki gaśnicą, gdy ten usiłował rozdzielić napierający tłum i milicjantów.
W powyższym kontekście warto zwrócić uwagę na aspekt psychologiczny tych wydarzeń, jak również dokonać bilansu. Wydarzenia na EuroMajdanie nie przypominają „pomarańczowej rewolucji”. Tu liderzy opozycji przeoczyli punkty przełomowe oraz pozwolili administracji Wiktora Janukowycza złapać „drugi oddech”.
Resorty siłowe dochowały wierności prezydentowi – nie odnotowano bowiem przypadków fraternizacji, czy przechodzenia poszczególnych oddziałów na stronę przeciwną. Z kolei dymisję szefa Sztabu Generalnego gen. Serhija Kyryczenki należy rozpatrywać bardziej w kategoriach rozgrywek personalnych wewnątrz Partii Regionów, niż dylematów moralnych.
Nawet wsparcie międzynarodowe jest nikłe i ma się nijak do tego z 2004 roku. Ponadto trzeba zauważyć, iż opozycja w praktyce przegrała niemal wszystkie „polityczne batalie” – o dzielnicę rządową, odwołanie rządu czy też „pakiet bezpieczeństwa”.
Wzór z Polski?
Jak może zatem wyglądać dalszy scenariusz? Należy podkreślić, że przesilenie i koniec EuroMajdanu w dotychczasowej formie jest kwestią najbliższego czasu. Liderzy opozycji nie panują już bowiem nad emocjami tłumu, zaś rząd przygotował już wszelkie potrzebne instrumenty potrzebne do pacyfikacji.
Ton wypowiedzi przedstawicieli rządu nie pozostawia tu złudzeń – to nie jest władza, która ugnie się przed presją zewnętrzną, czy też okaże słabość. W końcu chodzi o jej strategiczne interesy i dalsze trwanie.
Co w tym momencie powinni zatem zaproponować liderzy opozycji? Rozlew krwi został już dokonany – rewolucja ma zatem swoich „męczenników z Hruszewskiego”, co w dłuższej perspektywie można wspaniale wygrywać politycznie wobec obecnej ekipy rządzącej. Alternatywą jest jednak nie trwanie, lecz „ewakuacja” EuroMajdanu – element umiarkowany należy po prostu wyprowadzić z „Siczy Majdańskiej” i przejść do działań bardziej długofalowych. Na szczeblu politycznym zadanie to może z powodzeniem wypełnić ruch społeczny – Zjednoczenie Ogólnoukraińskie „Majdan”.
Droga do obalenia „Januszesku”, jak zwany jest w czasie protestów ukraiński prezydent, nie wiedzie bowiem przez niepotrzebny już rozlew krwi, lecz samoorganizację polityczną uczestników protestów, a kiedy przyjdzie czas – praworządne wybory parlamentarne i prezydenckie. Trzeba jednak także pozyskać oligarchów, i przekonać ich, że potencjalnie nowa władza będzie wypełniać ich zadania.
Nie zapominajmy, że summa summarum eskalacja EuroMajdanu jest zarówno ich produktem, jak i zatrutym owocem ich swar i konfliktów. To właśnie oni i ich wpływy w praktyce nadają ton polityce ukraińskiej. Największym wyzwaniem przyszłych włodarzy z ulicy Bankowej będzie w tym kontekście przekonanie oligarchatu, że w wyniku wprowadzonych w przyszłości reform nie straci on dotychczas posiadanych majątków.
Należy także pamiętać, że potencjalnie nowa władza na Ukrainie nie rozwiąże szybko strukturalnych problemów państwa. Ukrainę będzie bowiem czekać bolesny proces przemian, których doświadczyła m.in. Polska podczas swojej transformacji i okresu „narzeczeństwa” ze Wspólnotami Europejskimi.
Zmiany będą wówczas wiązały się z dalszym osłabieniem ekonomicznym Ukrainy na rzecz silniejszych partnerów, w tym wypadku oczywiście zachodnich. Czego oni będą oni oczekiwać – pokazał neokolonialny kształt umowy stowarzyszeniowej, zaś kryzys ekonomiczny będzie pogłębiany wstrząsami ekonomicznymi, wywołanymi przez embarga nakładane na gwałtownie przestrajaną ze wschodu na zachód gospodarkę ukraińską. Tym samym Ukrainę będą czekały kolejne Euro- a może AzjoMajdany.
Z tym faktem należy się twardo liczyć, wspierając którąkolwiek ze stron tego protestu. Zwłaszcza, że na Ukrainie politykom się nie wierzy, ponieważ są symbolem stagnacji...
Marcin Domagała, Robert Potocki
Marcin Domagała jest prezesem i ekspertem Europejskiego Centrum Analiz Geopolitycznych, redaktorem naczelnym portalu Geopolityka.org
dr Robert Potocki jest ekspertem ECAG
Powyższy tekst pochodzi z portalu Geopolityka.org i znajduje się pod adresem - http://geopolityka.org/analizy/2652-marcin-domagala-robert-potocki-iluzje-euromajdanu
Tytuł, śródtytuły i wytłuszczenia pochodzą od Redakcji SN
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 665
Pojęcie „dobrego sąsiedztwa” ma w retoryce politycznej rodowód starożytny, ale aż do początków XX wieku dotyczyło raczej pewnego postulatu moralnego, a nie zasady prawnej. Sąsiedztwo w stosunkach międzynarodowych jest warunkowane przez granice państw. Tymczasem dopiero pod koniec XIX wieku przestrzeń geograficzna została całkowicie podzielona między rozmaite jednostki geopolityczne (przede wszystkim imperia), co siłą rzeczy skazało je na „fizyczną styczność”, „przenikanie wzajemne” i wzrost zespołowych emocji, związanych z pojęciem „obrony” granic.
Rozkwit nowoczesnych nacjonalizmów sprzyjał upowszechnianiu się zasady politycznej, postulującej nakładanie się jednostek narodowo-etnicznych (etnosów) na jednostki terytorialne. Te właśnie dążenia do „czystości etnicznej” w ramach granic terytorialnych prowadziły do eskalacji sporów i konfliktów, których świadkiem był cały wiek XX. Zresztą w całej historii nie brakowało władców, których jedynym marzeniem był podbój sąsiadów, niekoniecznie z powodów etnicznych.
Na tle takiego doświadczenia zrodziła się zasada prawno-traktatowa „dobrego sąsiedztwa”, w upowszechnieniu której swój udział mieli – paradoksalnie - bolszewicy i Amerykanie. Podobnie było zresztą z zasadą samostanowienia narodów. Otóż Lenin, odrzucając „traktaty nierównoprawne”, wziął w obronę z przyczyn czysto koniunkturalnych „traktaty dobrosąsiedzkie”.Przy ich pomocy zaczął wyprowadzać Rosję Radziecką z międzynarodowej izolacji (Persja, Afganistan, Turcja).
Natomiast Franklin D. Roosevelt, otwierając tzw. politykę dobrego sąsiedztwa wobec Ameryki Łacińskiej (Good Neighbour Policy) podczas obejmowania urzędu prezydenta 4 marca 1933 roku zadeklarował, że chce „skierować naród na drogę polityki dobrego sąsiada
- sąsiada, który stanowczo szanuje siebie i dlatego, że sam to czyni, szanuje prawa innych
- sąsiada, który szanuje swe zobowiązania i szanuje świętość swoich układów w świecie i ze światem sąsiadów”.(1)
W grudniu tego samego roku VII Konferencja Panamerykańska uchwaliła Konwencję o prawach i obowiązkach państw, zabraniającą interwencji w sprawy wewnętrzne lub zewnętrzne innego państwa (art. 8). Zasady te potwierdziła Międzyamerykańska Konferencja w sprawie umocnienia pokoju w grudniu 1936 roku w Buenos Aires.
Doświadczenia okresu międzywojennego wpłynęły na konceptualizację celów i zasad Karty Narodów Zjednoczonych. W jej preambule wyraźnie napisano: „My, Ludy Narodów Zjednoczonych, zdecydowane (…) postępować tolerancyjnie i żyć ze sobą w pokoju jak dobrzy sąsiedzi…”. W tym zapisie widać wyraźnie rooseveltowską inspirację, a jednocześnie ogólnikowość i brak precyzji co do znaczenia „dobrych sąsiadów”. Wydaje się, że wszystkie kolejne przepisy Karty, dotyczące celów i zasad NZ (art. 1 i 2 oraz art. 74) należy czytać jako rozwinięcie tego ogólnego postulatu. Zawiera on ponadczasowy przekaz, odnoszący się do wszystkich państw „miłujących pokój”, aby starały się „żyć ze sobą w pokoju, jak dobrzy sąsiedzi”. (2)
W amerykańskiej filozofii tamtego czasu pokój i bezpieczeństwo międzynarodowe jednoznacznie wiązano z postulatem „współpracy między narodami w duchu dobrego sąsiedztwa”, co miało sprzyjać zabezpieczaniu dobrobytu gospodarczego, społecznego i kulturalnego narodu (amerykańskiego) oraz wszystkich narodów (Cordell Hull). Sformułowania te są wyrazem pewnej idealistycznej doktryny, a także retorycznego patosu, jaki towarzyszył kreowaniu normatywnych podstaw powojennego ładu międzynarodowego.
Nawet gdy z ogólnych zapisów Karty Narodów Zjednoczonych nie wywiedziono na konferencji założycielskiej ONZ w San Francisco konkretnych praw i obowiązków państw sąsiedzkich, to jednak wskazano, że obrót międzynarodowy i pokojowe współżycie jest mocno warunkowane czynnikami geograficznymi (limologią, orografią, hydrografią i in.). Bliskość geograficzna, kształt granic, ukształtowanie powierzchni, rozmieszczenie wód, przyleganie do siebie, przenikanie wzajemne determinują przecież rozwiązywanie takich wspólnych problemów, jak wyznaczanie przebiegu granic wzdłuż rzek czy łańcuchów górskich, dzielenie zasobów naturalnych czy ochrona środowiska (klimatu, wód, ekosystemu).
Nie tylko kurtuazja
Po II wojnie światowej terminy takie jak „dobre sąsiedztwo”, „stosunki dobrosąsiedzkie”, „atmosfera i duch dobrego sąsiedztwa” pojawiały się w wielu dokumentach międzynarodowych – w uchwałach i deklaracjach państw oraz organizacji międzynarodowych, w preambułach i dyspozycjach traktatów, a także w retoryce wystąpień publicznych przywódców i w publicystyce. Można śmiało stwierdzić, że terminologia „dobrego sąsiedztwa” weszła na stałe do repertuaru tzw. norm uprzejmościowych (comitas gentium), czyli kurtuazji międzynarodowej.`
„Dobre sąsiedztwo” stało się jednym z ideałów „wspólnot” powojennych - „krajów demokracji ludowej” oraz „wspólnoty atlantyckiej”. Obecnie jest przywoływane w wielu regionach globu. Z „dobrym sąsiedztwem” kojarzono pojęcia „przyjaźni”, „współpracy”, „pomocy”, „solidarności”, a także „pokoju” i „bezpieczeństwa”. Wszystkie te terminy pozwalają wyrazić ogólne dążenia bliskich sobie państw, niekoniecznie bezpośrednio sąsiadujących ze sobą, do rozwoju przyjaznych stosunków. „Dobre sąsiedztwo” miało być ich katalizatorem, na poziomie dwu- i wielostronnym. Stanowiło pewnego rodzaju zaklęcie, aby zapomnieć o złych wspomnieniach z czasów wrogości i „wiecznych” wojen. Najlepiej udało się to Francuzom i Niemcom dzięki mądrości dwóch gigantów europejskiej polityki – Charlesa de Gaulle’a i Konrada Adenauera, którzy w 1963 roku zawarli słynny traktat elizejski.
Upowszechnieniu formuły dobrego sąsiedztwa sprzyjała Konferencja Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (1972-1975). W dokumentach konferencyjnych wyraźnie powiązano stosunki dobrosąsiedzkie z poszanowaniem zasad niepodległości i suwerenności narodowej, równouprawnienia, niemieszania się w sprawy wewnętrzne i osiągania wzajemnych korzyści. Akt Końcowy KBWE z „ducha dobrego sąsiedztwa” wyprowadził m.in. takie wartości, jak solidarność między narodami, niepodzielność bezpieczeństwa w Europie, szacunek dla różnorodności i odmienności tradycji, ustrojów i stanowisk stron.
U podstaw Unii Europejskiej leży postulat „jedności w różnorodności”. On także wskazuje, że „dobre sąsiedztwo” jest właściwą odpowiedzią na wymagania współzależności w jedynym, choć przecież różnorodnym środowisku międzynarodowym. Poprzez promowanie rozmaitych programów pomocowych (funduszy, dotacji, subsydiów) udało się zbudować ogromny potencjał „dobrego sąsiedztwa”, procentujący obecnie w edukacji kulturalnej, wymianie naukowej, promocji przedsiębiorczości czy rozwoju komunikacji. Wszystkie te przedsięwzięcia realizują się na poziomach przygranicznych, regionalnych i subregionalnych, w skali ogólnopaństwowej, jak i w powiązaniach kontynentalnych.
Nawracające animozje
Patrząc na osiągnięcia w realizacji „dobrego sąsiedztwa”, można z jednej strony zauważyć wzrost świadomości globalnego współdziałania na rzecz realizacji tej zasady, co sprzyja poszukiwaniu uniwersalnych rozwiązań i zabezpieczeń dla całej ludzkości. Z drugiej jednak strony ciągle powracają podziały na tle aksjologicznym, geopolitycznym i gospodarczym między najważniejszymi graczami mocarstwowymi i ugrupowaniami państw, które sprzyjają praktykowaniu raczej „złego sąsiedztwa”. Brak „dobrej wiary” i „dobrej woli” ze strony państw, a ściślej przywódców politycznych, prowadzi do nawrotu nieprzestrzegania porozumień, ingerowania w sprawy wewnętrzne, stosowania ograniczeń w handlu, w komunikacji, wreszcie sięgania do przymusu w celu naruszania integralności terytorialnej i suwerenności. Złe intencje sąsiedzkie służą też manipulacjom psychologicznym i oszukiwaniu partnerów.
Każda przesadna retoryka w określaniu więzi sąsiedzkich trąci fałszem i budzi podejrzenia, jeśli ma charakter dekoracyjny i fasadowy. Z taką sytuacją mamy do czynienia w stosunkach polsko-ukraińskich, które od wybuchu wojny na Ukrainie zaczęto nazywać „nadzwyczajnymi”. Snuto na wyrost wizje „specjalnego przymierza”, odnosząc się do deklarowanego jeszcze w latach dziewięćdziesiątych ub. wieku „strategicznego partnerstwa”. „Sny” mają wszak to do siebie, że przeważnie się nie sprawdzają. Zatem wskrzeszanie jakichkolwiek mitów o „jednoczącej” Polaków i Ukraińców Rzeczypospolitej nie miało nic wspólnego z rzeczywistością. I na poziomie politycznym, i na poziomie społecznym stosunki polsko-ukraińskie są oparte na kruchej podstawie wrogości do Rosji. Nasycone skrajnymi emocjami nie uwzględniają faktycznych, często rozbieżnych, interesów stron.
Dramatyczne koszty „kryzysu zbożowego” postawiły stosunki „dobrosąsiedzkie” pod znakiem zapytania. Władze obu stron, mimo demonstrowania do niedawna „bezprzykładnej przyjaźni” postanowiły wreszcie ujawnić, jak jest naprawdę. Najlepiej chyba ujął to Mychajło Podolak, doradca prezydenta Ukrainy, który wskazał na „sezonowość uczuć” obu stron: „Póki trwa wojna, łączyć nas będzie przyjaźń. Po jej zakończeniu staniemy się rywalami”.
Takie zapowiedzi (a jest ich coraz więcej) nie docierają do polskiego elektoratu, który nie żąda od kandydatów do parlamentu, ani od urzędujących funkcjonariuszy państwa, aby wyraźnie określili się w sprawie „granic” bezinteresownej „służby” Ukrainie. Władze w Kijowie nie ukrywają przecież, że od roli biorcy pomocy od Zachodu chcą przejść po zakończeniu wojny do wyraźnego zaangażowania jako państwo rozgrywające w przestrzeni euroatlantyckiej. Zamierzają wygrać maksymalnie i w całkiem egoistycznych celach zdobyte na świecie zaufanie i sympatię, w rywalizacji o rynki eksportowe (zwłaszcza dla produktów rolnych) i wielkie inwestycje zagraniczne.
Niepoddawane dotąd żadnej „warunkowości”, ani tym bardziej presji ze strony polskiej, nie zamierzają też „spowiadać się” z nierozliczonych „grzechów” historycznych, zbrodni ukraińskich nacjonalistów na ludności polskiej Kresów Wschodnich. Polska dyplomacja nie potrafi, albo czyni to w sposób żałośnie nieskuteczny, zdyskontować polskiej ofiarności na rzecz Ukrainy. Jeśli nie uzyskuje pożądanej wdzięczności teraz, to tym bardziej nie doczeka się jej w przyszłości.
Mury vs współpraca
Dobrosąsiedzkie stosunki Polski wymagają pewnego remanentu także na innych azymutach. Państwo jest silne „przyjaznymi granicami”, a nie wtedy, gdy staje się „oblężoną twierdzą”. W polityce rządzących Polską widać wyraźnie, zwłaszcza na odcinku białoruskim, że absurdalne mury i zasieki przekreślają cały dorobek „współpracy transgranicznej”. Nie wiadomo, gdzie się podziały „euroregiony”, którymi karmiła Polaków propaganda pierwszej dekady III RP.
Likwidacja „małego ruchu granicznego” z Obwodem Kaliningradzkim (dla polskiej strony chyba królewieckim) oznacza cyniczne i ze szkodą dla własnego interesu pozbycie się wszystkich atutów przepuszczalności i przenikalności granic, służących społecznościom przygranicznym. Poza tym sąsiedzka otwartość pozwala zrozumieć różnorodność opinii i dyskursów, budować atmosferę wzajemnego szacunku i pokojowego współżycia. Cały dorobek w tych sprawach ulega zaprzepaszczeniu.
Jeśli następujące po sobie rządy tak mocno podkreślają atut silnej armii dla obrony przed wrogami ze wschodu, to może warto zapytać publicznie ich prominentów, dlaczego wspólnego bezpieczeństwa nie buduje także polska dyplomacja, dlaczego zrezygnowano ze sztuki porozumiewania się, budowania więzi transgranicznych, które - jak pokazują doświadczenia państw Europy Zachodniej – stanowią ważną przesłankę likwidacji lęków i budowania komfortu bezpieczeństwa. Gdy społeczeństwa i rządy są do siebie usposobione przyjaźnie, nie potrzeba wydawać miliardów na militarne żelastwo.
Żadne z państw Europy Środkowej i Wschodniej nie „zieje” taką nienawiścią do Rosji, jak Polska. Wystarczy choćby podczas wakacji pojechać do Czech, na Słowację czy na Węgry, a nawet nieco dalej na południe i posłuchać, jak ludzie odnoszą się do Rosjan. W przypadku Polaków uparte trzymanie się „flagi ukraińskiej” przybrało charakter „straceńczej” postawy, że nawet wbrew rządzącym w Kijowie Polska będzie gotowa poświęcać swoje zasoby i interesy narodowe. W ten sposób polskie elity polityczne sprzeniewierzają się duchowi „dobrego sąsiedztwa”, u którego podstaw leży wzajemny szacunek dla wartości i interesów drugiej strony. Ukraińskie władze wyraźnie naruszają tę wzajemność, a władze w Warszawie robią wszystko, żeby tego nie widzieć.
Polska w ostatnich latach osiąga rekordy w pogarszaniu standardów współżycia na wszystkich odcinkach swoich granic.
Z Niemcami wywołuje i prowokuje sztuczne spory, a to na tle historycznych rozliczeń, a to piętnując cześć polskich i niemieckich polityków za spisek antypolski. Najgorsze w tym jest to, że wielu zwykłych obywateli podziela tę prymitywną antyniemieckość, ulegając przekazom reżimowej telewizji. (3)
Spór o kopalnię Turów zepsuł stosunki z Czechami. Także saksońska Żytawa wnosi pretensje z powodu skutków eksploatacji węgla brunatnego. Zapadanie się gruntów, obniżanie się poziomu i zanieczyszczenia wód podziemnych, emisja drobnych pyłów i hałasu, wreszcie brak rekultywacji terenu i plany rozbudowy wywołują naturalne niepokoje sąsiedzkie, a także żądania odszkodowań. Jedynie przestrzeganie standardów dobrego sąsiedztwa może odwrócić proces pogarszania się wzajemnych relacji, który widać nawet w codziennych kontaktach z obywatelami czeskimi i niemieckimi.
Ignorowanie traktatów
Warto w tym względzie sięgnąć do litery i ducha traktatów dwustronnych ze wszystkimi sąsiadami, jakie Polska zawarła po 1989 roku. Traktaty z siedmioma sąsiadami (po podziale Czechosłowacji od 1993 roku zawarty z nią traktat uznano za wiążący także w stosunkach ze Słowacją) tworzyły ramy i gwarancje wszechstronnego rozwoju stosunków wzajemnych. Niestety, wiele regulacji, dotyczących na przykład poszanowania praw mniejszości narodowych na zasadzie wzajemności i równoprawności, nigdy nie znalazło odzwierciedlenia w rzetelnej realizacji.
Drastycznym przykładem jest unikanie odpowiedzialności traktatowej, a nawet działanie wbrew postanowieniom prawnym, jeśli chodzi o ochronę cmentarzy, miejsc pochówku, pomników i innych miejsc pamięci (wojskowych i cywilnych), będących przedmiotem czci i pamięci obywateli jednej ze stron. Wiele skrajnie nieprzyjaznych kroków podjęto przede wszystkim po stronie polskiej przeciw upamiętnieniom „wyzwoleńczej” armii czerwonej. Nie lepiej jest z kolei po stronie ukraińskiej, jeśli chodzi o upamiętnianie ofiar ludobójstwa wołyńskiego. Ciekawe, że zjawisko niszczenia pomników tych samych „wyzwolicieli” nie dotknęło Węgier (choćby w kontekście radzieckiej interwencji z 1956 roku mieliby więcej powodów), Słowacji, Czech, a nawet Niemiec.
Wydaje się, że Polacy są specjalistami od zemsty na pamięci historycznej, związanej z trudnym sąsiedztwem. Współcześnie żyjący nie są przecież w stanie zmienić swojej historii. Oczywiście, mogą ją próbować napisać na nowo, wyprzeć z pamięci czy zanegować. Dlatego żądza zemsty i odwetu na sąsiadach za krzywdy z przeszłości powinna być zamieniona poprzez edukację i pedagogikę na ludzką, humanitarną postawę przebaczenia. Hasło „zapomnij i wybacz” nie bez powodu przywoływane jest w literaturze zachodniej w kontekście pojednania polsko-niemieckiego.(4) O tym cenionym na świecie dorobku sami Polacy nie powinni zapominać.
Źle się mają sprawy związane z ochroną wartości, zabytków i obiektów związanych z historycznym i kulturalnym dziedzictwem narodów sąsiedzkich. Zapomniano też o konsekwentnej realizacji zapisów traktatowych w sprawie ujawniania i zwrotu dóbr kultury, w tym materiałów archiwalnych. Paradoksalnie, to uznawana za nieprzyjacielską Białoruś najbardziej troszczy się o ślady kulturowej polskości na swoich ziemiach.
W obliczu wojny na Ukrainie Polska najmocniej solidaryzuje się z Litwą, która spośród małych państw bałtyckich jest chyba najbardziej proatlantycka. Nie bez powodu oba państwa nazwano na Zachodzie „wojownikami nowej zimnej wojny”. Tymczasem w zapomnienie poszły kwestie ochrony praw polskiej mniejszości narodowej (dwujęzyczność nazw topograficznych, pisownia nazwisk, zwrot ziemi). Władze litewskie nadal nie realizują postanowień sąsiedzkiego traktatu z 1994 roku (najtrudniejszego do wynegocjowania), ale naruszają także postanowienia konwencji międzynarodowych (Rady Europy i Unii Europejskiej). Paradoksem jest jednak to, że niechciany i wypierany do niedawna język rosyjski wraz z przesiedleńcami z Ukrainy zawitał znowu w życiu codziennym Litwy.
Polsce grozi wyobcowanie pośród wszystkich sąsiadów. Wybory parlamentarne jesienią 2023 roku były okazją do zmiany nastawień nowego koalicyjnego rządu z wrogich na przyjazne. Stracono jednak szansę na dokonanie głębokich przewartościowań polskiego „dobrego sąsiedztwa”, w budowaniu którego nie powinny przeszkadzać złe intencje, historyczne idiosynkrazje ani zaściankowe i prowincjonalne okopanie się w swojej anachronicznej twierdzy.
Stanisław Bieleń
Śródtytuły i wyróżnienia pochodzą od Redakcji.
Przypisy
(1) https://avalon.law.yale.edu/20th_century/froos1.asp (18.08.2023)
(2) T. Jasudowicz, Zasada dobrego sąsiedztwa w Karcie Narodów Zjednoczonych, „Acta Universitatis Nicolai Copernici” 1989, z. 196, s. 67-87
(3) Na temat dorobku sąsiedzkiej współpracy w dziedzinie nauki i kultury między Polską a Niemcami zob. E. Wrotnowska-Gmyz et al., Potencjał dobrego sąsiedztwa. Edukacja kulturalna w Polsce i w Niemczech, Narodowe Centrum Kultury, Warszawa 2019
(4) A. Frieberg, Forget and forgive? Central European memory cultures, models of reconciliation and Polish-German relations, w: A. Frieberg, C.K. Martin Chung (eds), Reconciling with the Past. Resources and Obstacles in a Global Perspective, Routledge, London 2017, s. 41-53
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 3
Od kilku dekad dyskusja na temat strategii oraz jej planowania jest wysoce sformalizowana i zinstytucjonalizowana. Jej militarny kontekst traktuje się jako oddzielną działalność. Ta metodologia znacznie różni się od podejścia sprzed XIX wieku – wówczas strategia (przynajmniej w jej wojskowym ujęciu) była w najlepszym razie ograniczona i spontaniczna. Brakowało w niej dobrze rozwiniętej struktury i doktryny, która pasowałaby do empirycznego procesu nauki i formułowania idei.
Weźmy na przykład wojnę o niepodległość Stanów Zjednoczonych (1775–1783). Brytyjska strategia walki przeciwko rewolucjonistom sprowadzała się do spontanicznych decyzji dowódców polowych, nie było natomiast z góry założonej polityki rządu czy rozporządzeń ministra kolonii, lorda George’a Germaina, choć strategia należała do jego prerogatyw, a sam był emerytowanym generałem, doświadczonym w walce z powstańcami.
Nie oznacza to jednak, że strategia była z gruntu nieprzydatna.
Dobrym przykładem jest chrześcijańska Europa, zwana również „Zachodem”. Peter Wilson, specjalista od niemieckiej historii wojskowej, twierdzi, że pierwowzory sztabów generalnych narodziły się podczas wojny trzydziestoletniej (1618–1648), aby wspierać dowódców polowych i utrzymywać kontakt z politycznymi centrami. Członkowie tych niby sztabów początkowo rekrutowali się spośród adiutantów generała opłacanych z jego kiesy, ale nie było ich wielu, nie należeli także do specjalnie kompetentnych. Dlatego też stosowanie względem nich terminu „sztab generalny" może czytelnika mocno zmylić, zwłaszcza w porównaniu z instytucją, która narodziła się w XIX wieku.
Inne epizody również doczekały się uwagi ze strony badaczy. Niejeden ekspert twierdzi, że podczas wojny siedmioletniej (1756–1763) walcząca z Prusami Austria pod przywództwem marszałka polnego Franza Moritza von Lacy’ego stworzyła protosztab generalny. Ten argument spycha wojnę trzydziestoletnią w cień, a przynajmniej sugeruje proces stopniowego rozwoju. Logistyka, kluczowy element planowania kampanii wojskowych w obu stuleciach, z całą pewnością wymagała udziału sztabowców.
Henry Lloyd (około 1729–1783), weteran wojny siedmioletniej, w swojej książce History of the Late War in Germany wygłosił następującą uwagę: „…wszyscy są zgodni, że wojna jest najtrudniejszą ze sztuk; niewyjaśnionym paradoksem ludzkiego umysłu jest jednak to, że parający się nią nie próbują zgłębić swej profesji. Zdają się twierdzić, że znajomość kilku nieistotnych błahostek wystarczy, aby uczynić z nich wybitnych oficerów”. Lloyd ma dużo racji, jeśli chodzi o formalne wykształcenie. Nie docenia jednak nauki praktycznej poprzez naśladowanie ekspertów, zdobywanie doświadczenia oraz dyskusję. Dotyczy to nie tylko kwestii szkolenia, lecz także sfery publicznej. Na przykład w pamfletach i gazetach publikowano debaty na temat konkretnych operacji wojskowych – ich sensowności zarówno na poziomie koncepcyjnym, jak i wykonawczym.
Przez znakomitą większość historii edukacja wojskowa i praktyka dowodzenia miały ograniczony charakter instytucjonalny. Utrudniło to przekucie ogólnej kultury strategicznej w system metodycznego planowania. Z drugiej strony brak mechanizmu umożliwiającego tworzenie i rozpowszechnianie strategicznej mądrości instytucjonalnej mógł sprawić, że ogólne założenia i normy (czyli kultura strategiczna) były skuteczniejsze i powszechniej uznawane za normę. Wspomniany pakiet założeń i norm wywierał wpływ zarówno na myślicieli, jak i na decydentów, którzy z kolei przekazywali go z pokolenia na pokolenie. W praktyce twarde rozróżnienie między kulturą strategiczną a strategią właściwą nie jest szczególnie przydatne, ale pomaga uchwycić odmienny rozkład akcentów.
Argumenty i rola teoretyków wojskowości (nieważne, czy podążają śladem Lloyda, Clausewitza, Jominiego, Mahana, Douheta, Fullera, albo Liddella Harta) przyciągają uwagę intelektualistów bez względu na to, czy ci drudzy służyli w armii czy też nie. Mowa zwłaszcza o członkach kadry akademickiej, którzy badają sprawy wojskowe i próbują ocenić wojnę w sposób czysto intelektualny. Szczególnie wyraźnie to widać w przypadku skupienia się na Clausewitzu, wciąż uznawanym przez wielu za jednego z ojców najpierw pruskich, a potem niemieckich sukesów na polu bitwy. Wybitny teoretyk przedstawił też w swoich dziełach analizę efektywności państw historycznych oraz innych myślicieli, starając się uchwycić kluczowe cechy wojny jako takiej. W praktyce tego rodzaju myśliciele nie odegrali jednak większej roli, co najwyżej podsumowywali ogólne frazesy i współczesne im obowiązujące poglądy, do pewnego stopnia dowodząc ich słuszności.
Szczególnie ciekawy jest tu przypadek Chin, które przed XIX wiekiem wytworzyły bogatą literaturę na temat wojny, choć niewiele jest dowodów na to, że wykorzystywano ją w celach praktycznych. Cesarz Kangxi (panujący w latach 1662–1723) odniósł znacznie większe sukcesy wojskowe niż współczesny mu Ludwik XIV (czy nawet później Napoleon), ale podobno potępił rodzimą klasykę wojskowości, na przykład dzieła Sun Zi, jako bezwartościową. W rezultacie wzmianki o tych pismach w chińskich dokumentach wojskowych należą do rzadkości.Mimo to cesarz sprostał wszystkim poważnym wyzwaniom, z którymi musiał się mierzyć na froncie krajowym i zagranicznym. Same Chiny mają też długą tradycję praktykowania strategii. Relatywny brak wzmianek o ściśle wojskowych myślicielach jest dostrzegalny również w innych państwach, nawet w Prusach, czyli w ojczyźnie Clausewitza.
Teoretyków można również z powodzeniem prezentować jako przedstawicieli retoryki władzy, która bywa znacznie ważniejsza niż czysta analiza. W tym ujęciu strategii nastroje w kraju, polityka lokalna i poparcie polityków odgrywają w definiowaniu interesów oraz formułowaniu i implementacji strategii rolę co najmniej równie istotną jak czysto wojskowe zasoby. W kontekście wojny z terroryzmem (2001–2021) próba zjednania sobie muzułmańskiej ludności zamieszkującej kraje zagrożone islamistycznym terrorem jest tak samo istotna jak walka z terrorystami. Odstraszanie (deterrence) to element obu tych zjawisk.
Warto też zwrócić uwagę na podręcznik Państwa Islamskiego (rzekomo napisany w 2014 roku), który zawiera plan stworzenia scentralizowanego, samowystarczalnego państwa. Uwzględniono w nim powołanie armii, budowę szkół wojskowych mających szkolić nowe pokolenie bojowników oraz stworzenie ministerstw ochrony zdrowia, edukacji, propagandy i zarządzania zasobami. Ten szeroko zakrojony plan był twórczym rozwinięciem rewolucyjnych strategii sformułowanych w XX wieku, zwłaszcza „metod walki narodowowyzwoleńczej”.
Trzeba wyraźnie zaznaczyć, że w historii strategii podstawowym budulcem analizy jest czyn, a nie słowo. Nacisk na działanie ułatwia porównania między różnymi okresami, miejscami i kulturami. Nie należy mylić braku sformalizowanej terminologii związanej ze strategią z brakiem świadomości strategicznej. Warto też pamiętać, że nie wszystkie dyskusje na ten temat łączą się w klarowną całość – działania graczy często wynikają z ograniczonego planowania, a dowody bywają wyrwane z kontekstu i niejednoznaczne. W takim układzie analityka może kusić perspektywa fałszywej spójności, którą należy jednak odrzucić. Z tego samego powodu niełatwo porównać sytuację danego państwa w konkretnym okresie historycznym z innymi krajami bez względu na to, czy mówimy o tej samej epoce.
W tym przypadku historykom trudno wykrzesać z siebie entuzjazm, którym tryskają socjologowie. Zadanie, przed którym stoją, uosabia wszystkie problemy związane z próbą stworzenia „strategicznej teorii wszystkiego”. Jeśli mimo to dążymy do sformułowania wąskiej definicji, należy zachować należytą ostrożność. Do tej pory nikt nie rozebrał strategii i polityki państwowej na czynniki pierwsze, głównie ze względu na brak instytucji, których wyłącznym zadaniem byłoby formułowanie i implementacja strategii, oraz z powodu właściwej politykom, rządom i komentatorom skłonności do wrzucania strategii i polityki do jednego worka.
Jeremy Black
Jest to fragment książki Wielkie strategie wojskowe Jeremy’ego Blacka, której recenzję zamieszczamy w tym numerze.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 431
1 sierpnia (2025) minela 50. rocznica podpisania Porozumień Helsińskich. Złoty jubileusz tego wydarzenia minął bez większego echa w mainstreamowych komentarzach i bez uznania. Jednak data ta była absolutnie wstrząsająca, a jej destrukcyjne konsekwencje odbijają się echem w całej Europie i poza nią. Porozumienia nie tylko wiele lat później podpisały wyroki śmierci dla Związku Radzieckiego, Układu Warszawskiego i Jugosławii, ale także stworzyły nową globalną dynamikę, w której „prawa człowieka” – a konkretnie ich zachodniocentryczna i egzekwowana koncepcja – stały się nieustraszoną bronią w arsenale Imperium.
Porozumienia formalnie miały na celu ugruntowanie odprężenia między USA a Związkiem Radzieckim. Zgodnie z ich zapisami, w zamian za uznanie politycznych wpływów tego ostatniego na Europę Środkową i Wschodnią, Moskwa i jej satelity z Układu Warszawskiego zgodziły się na utrzymanie definicji „praw człowieka” obejmującej wyłącznie wolności polityczne, takie jak wolność zgromadzeń, wypowiedzi, informacji i przemieszczania się. Ochrona powszechnie przysługująca mieszkańcom bloku wschodniego – taka jak bezpłatna edukacja, zatrudnienie, mieszkanie i inne – była całkowicie nieobecna w tej taksonomii.
Był jeszcze jeden haczyk. Porozumienia doprowadziły do powstania kilku zachodnich organizacji monitorujących przestrzeganie ich postanowień przez blok wschodni – w tym Helsinki Watch, poprzedniczki Human Rights Watch. Następnie organizacje te często odwiedzały region i nawiązywały bliskie więzi z lokalnymi frakcjami dysydentów politycznych, wspierając je w agitacji antyrządowej. Nie było mowy o tym, aby przedstawiciele Związku Radzieckiego, Układu Warszawskiego czy Jugosławii byli zapraszani do oceny przestrzegania „praw człowieka” w kraju i za granicą przez Stany Zjednoczone i ich wasali.
Jak obszernie udokumentował prawnik Samuel Moyn , Porozumienia odegrały kluczową rolę w zdecydowanym odwróceniu głównego nurtu dyskursu o prawach człowieka od wszelkich kwestii ekonomicznych i społecznych. Co gorsza , zdaniem Moyna, „idea praw człowieka” została przekształcona „w nakaz zawstydzania państwowych ciemiężycieli”. W rezultacie zachodnia brutalność imperialna wobec domniemanych zagranicznych łamiących prawa człowieka – w tym sankcje, kampanie destabilizacyjne, zamachy stanu i jawne interwencje wojskowe – mogła być usprawiedliwiona, często wspomagana przez pozornie neutralne ustalenia obrońców „praw człowieka”, takich jak Amnesty International i HRW.
Niemal natychmiast po podpisaniu Porozumień Helsińskich w całym bloku wschodnim powstało mnóstwo organizacji dokumentujących rzekome naruszenia ze strony władz. Ich ustalenia były następnie – często potajemnie – przekazywane zagranicznym ambasadom i organizacjom praw człowieka, w celu nagłośnienia na arenie międzynarodowej. Przyczyniło się to znacząco do presji wewnętrznej i zewnętrznej na Związek Radziecki, Układ Warszawski i Jugosławię. Główne źródła twierdzą, że koncepcja tych grup dysydenckich była całkowicie spontaniczna i organiczna, co z kolei zapewniło Zachodowi wsparcie dla ich pionierskich działań.
Amerykański ustawodawca Dante Fascell twierdził, że „żądania” „nieustraszonych” obywateli radzieckich „zmusiły nas do reakcji”. Istnieją jednak jednoznaczne przesłanki wskazujące na to, że ingerencja w sprawy bloku wschodniego była wpisana w Helsinki jeszcze przed ich rozpoczęciem. Pod koniec czerwca 1975 roku , w przededniu podpisania Porozumień przez prezydenta USA Geralda Forda, sowiecki dysydent na wygnaniu Aleksander Sołżenicyn przemawiał do wysoko postawionych polityków w Waszyngtonie. Pojawił się na wyraźne zaproszenie zagorzałego antykomunisty George’a Meany’ego, szefa powiązanej z CIA Amerykańskiej Federacji Pracy i Kongresu Organizacji Przemysłowych (AFL-CIO). Sołżenicyn oświadczył :
„My, dysydenci ZSRR, nie mamy żadnych czołgów, nie mamy żadnej broni, nie mamy żadnej organizacji. Nie mamy niczego… Jesteście sojusznikami naszego ruchu wyzwoleńczego w krajach komunistycznych… Przywódcy komunistyczni mówią: „Nie wtrącajcie się w nasze sprawy wewnętrzne”… Ale ja wam mówię: wtrącajcie się coraz bardziej. Wtrącajcie się, ile się da. Błagamy was, przyjdźcie i wtrącajcie się”.
„Aberracja polityczna”
W 1980 roku masowe strajki w Gdańsku rozprzestrzeniły się na cały kraj, co doprowadziło do powstania Solidarności, niezależnego związku zawodowego i ruchu społecznego. Jednym z jej postulatów było, aby wspierany przez Sowietów polski rząd rozpowszechnił 50 000 egzemplarzy helsińskich protokołów o „prawach człowieka” wśród opinii publicznej. Założyciel i przywódca Solidarności, Lech Wałęsa, nazwał później Porozumienia „punktem zwrotnym”, umożliwiającym i wspierającym ogólnokrajowe rozbicie związku i jego rozwój w poważną siłę polityczną. W ciągu zaledwie roku liczba członków Solidarności przekroczyła 10 milionów.
Nieubłagany wzrost ruchu wywołał falę uderzeniową w całym Układzie Warszawskim. Był to pierwszy przypadek powstania niezależnej organizacji masowej w państwie sojuszniczym z ZSRR, a wkrótce miały pójść w jej ślady kolejne. Działalność Solidarności, wówczas nieujawniona i dziś w dużej mierze nieznana, była finansowana przez rząd USA milionami dolarów. To samo dotyczyło najbardziej prominentnych grup dysydenckich bloku wschodniego, takich jak czechosłowacka Karta 77. W wielu przypadkach frakcje te nie tylko obaliły swoich przywódców pod koniec dekady, ale także utworzyły później rządy.
Finansowanie tych działań przez Waszyngton zostało skodyfikowane w tajnej Dyrektywie Bezpieczeństwa Narodowego z września 1982 roku . Stwierdzono w niej, że „głównym długoterminowym celem USA w Europie Wschodniej” było „osłabienie sowieckiej dominacji nad regionem, a tym samym ułatwienie jego ewentualnej reintegracji z europejską wspólnotą narodów”. Miało to zostać osiągnięte poprzez: „wspieranie bardziej liberalnych tendencji w regionie… wzmacnianie prozachodniej orientacji ich narodów… zmniejszanie ich zależności gospodarczej i politycznej od ZSRR… ułatwianie ich stowarzyszenia z wolnymi narodami Europy Zachodniej”.
W sierpniu 1989 roku, zaledwie kilka dni po objęciu władzy w Polsce przez Solidarność, co oznaczało powstanie pierwszego po II wojnie światowej niekomunistycznego rządu w bloku wschodnim, w „Washington Post” ukazał się niezwykły artykuł . Wysoko postawiony działacz AFL-CIO, Adrian Karatnycky, pisał o swojej „niepohamowanej radości i podziwie” dla „oszałamiającego” sukcesu Solidarności w oczyszczeniu kraju z wpływów sowieckich w latach 80. XX wieku. Ruch ten stanowił „centralny element” szerszej „strategii” USA, jak wyjaśnił, i był finansowany oraz wspierany przez Waszyngton z zachowaniem najwyższej „dyskrecji i tajemnicy”.
Ogromne sumy przekazywane Solidarności za pośrednictwem AFL-CIO i CIA, będącej częścią Narodowego Funduszu na rzecz Demokracji, „zapewniły finansowanie dostaw dziesiątek pras drukarskich, dziesiątek komputerów, setek powielaczy, tysięcy galonów tuszu drukarskiego, setek tysięcy matryc, kamer wideo i sprzętu radiofonicznego”. Źródło to promowało działalność Solidarności na arenie lokalnej i międzynarodowej. W samej Polsce wydano 400 „czasopism podziemnych” – w tym komiksy przedstawiające „komunizm jako czerwonego smoka” i Lecha Wałęsę „jako bohaterskiego rycerza” – które czytały dziesiątki tysięcy ludzi.
Karatnycky chwalił się, jak Imperium było intymnie „wciągnięte w codzienny dramat walki Polski” w ciągu ostatniej dekady i „wiele z historii tej walki i naszej roli w niej będzie musiało zostać opowiedziane innego dnia”. Mimo to rezultaty były niezwykłe. Dziennikarze finansowanej przez NED warszawskiej „prasy podziemnej” nagle zostali przekształceni w „redaktorów i reporterów nowych, niezależnych gazet w Polsce”. Byli „piraci radiowi” i działacze Solidarności, wcześniej „nękani” przez władze komunistyczne, zostali teraz wybrani do parlamentu.
Kończąc przemówienie, Karatnycky pochwalił Polskę za to, że okazała się „sukcesywnym laboratorium budowania demokracji”, ostrzegając, że „demokratyczna zmiana” w Warszawie nie może być „polityczną aberracją” ani „jedynym przykładem” w regionie. Karatnycky przewidywał dalsze bunty w sąsiedztwie, zauważając, że AFL-CIO angażuje się w kontakty ze związkami zawodowymi w innych częściach bloku wschodniego, w tym w samym Związku Radzieckim. Tak więc, jeden po drugim, wszystkie rządy Układu Warszawskiego upadały w ostatnich miesiącach 1989 roku, często w zagadkowych okolicznościach .
Terapia szokowa
„Rewolucje” z 1989 roku są do dziś czczone w głównym nurcie, okrzyknięte przykładami udanych, w dużej mierze bezkrwawych przejść od dyktatury do demokracji. Od tamtej pory stały się one również wzorem i uzasadnieniem wszelkiego rodzaju amerykańskiego imperializmu w imię „praw człowieka” we wszystkich zakątkach świata. Jednak dla wielu osób stojących na czele finansowanych przez Zachód, inspirowanych Porozumieniami Helsińskimi grup dysydenckich Układu Warszawskiego, historia upadku komunizmu w Europie Środkowej i Wschodniej przybrała niezwykle gorzki obrót.
W 1981 roku czechosłowacka dramatopisarka i rzeczniczka Karty 77, Zdena Tominová, odbyła tournée po Zachodzie. W przemówieniu w Dublinie w Irlandii opowiedziała o tym, jak na własne oczy przekonała się, jak ogromne korzyści odniosła ludność jej kraju z komunizmu. Tominová jasno dała do zrozumienia, że dąży do pełnego utrzymania wszystkich korzyści ekonomicznych i społecznych, jakie niósł komunizm, jednocześnie zachowując zachodnie wolności polityczne. Jak na kobietę, która ryzykowała więzienie, by tak publicznie sprzeciwić się swojemu rządowi z pomocą zagraniczną, jej wypowiedzi zszokowały publiczność.
„Nagle przestałam być marginalizowana i mogłam robić wszystko” – wspominała z sentymentem upadek systemu klasowego w Czechosłowacji. „Myślę, że jeśli ten świat ma przyszłość, to jako społeczeństwo socjalistyczne… społeczeństwo, w którym nikt nie ma priorytetów tylko dlatego, że pochodzi z bogatej rodziny” – oświadczyła Tominová. Ponadto powtórzyła, że jej wizja i misja mają charakter globalny – „świat sprawiedliwości społecznej dla wszystkich musi się ziścić”. Ale tak się nie stało.
Zamiast tego, nowo „wyzwolone” kraje byłego bloku wschodniego doświadczyły głęboko dewastujących transformacji do kapitalizmu poprzez „terapię szokową”, która wykorzeniła wielu obywateli, którym systemy, w których wcześniej żyli, były bliskie. Wrzucone w zupełnie nowy świat, nieznane dotąd bezdomność, głód, nierówności, bezrobocie i inne bolączki społeczne stały się powszechne, zamiast zostać powstrzymane przez podstawowe gwarancje państwowe. W końcu, zgodnie z postanowieniami Porozumień Helsińskich, takie zjawiska nie stanowiły rażących naruszeń „praw człowieka”, lecz były nieuniknionym skutkiem tej samej politycznej „wolności”, którą agresywnie promowały.
Kit Klarenberg / Substack
Odnośniki i przypisy do tekstu znajdują się w wersji oryginalnej - https://scheerpost.com/2025/08/26/how-human-rights-became-western-weapon/

