Historia el.
- Autor: Leszek Stundis
- Odsłon: 4380
Fenomen mafii jest przedmiotem zainteresowania nie tylko polityków, prawników i przedstawicieli organów ścigania odpowiedzialnych za sprawne funkcjonowanie państwa.
Fascynuje również socjologów, psychologów i antropologów, którzy próbują go analizować i wyjaśniać na wszelkie możliwe sposoby, a także teologów, usiłujących określić jego moralny wymiar. Wreszcie stanowi źródło inspiracji dla pisarzy i filmowców, którzy w ciągu ostatnich stu kilkunastu lat stworzyli poświęcony mu odrębny nurt w sztuce.
Próba definicji
Słowo „mafia” występuje w powszechnym użyciu. Niemal zawsze w znaczeniu pejoratywnym, wyjąwszy jego żartobliwy kontekst jak „mafia Karioki” w popularnym niegdyś serialu emitowanym przez telewizję polską „Stawiam na Tolka Banana”.
Najogólniej rzecz ujmując, określa się nim grupę osób powiązaną nieformalnym więzami w celu realizacji własnych interesów, stosującą mniej lub bardziej nielegalne metody działania. Więzy te mogą mieć różnoraki charakter: rodzinny, towarzyski, ideologiczny, polityczny czy biznesowy. Najczęściej jednak nici łączące poszczególnych członków „wspólnoty” są między sobą tak splecione i na tyle silne, aby nikt samowolnie nie działał, nie ujawniał sekretów grupy i, co najważniejsze, nie mógł się wycofać. Tak więc wspólne przedsięwzięcie gospodarcze nierzadko bywa wzmocnione „dynastycznym małżeństwem” latorośli przywódców korporacji, a fuzja firm przypieczętowana wzajemnym poparciem udzielanym lokalnemu politykowi. Dlatego w odczuciu społecznym takie podejście do spraw publicznych budzi niesmak i potępienie, które potęguje poczucie bezsilności.
Takie grupy istnieją jednak w całym demokratycznym świecie i termin „mafia” w odniesieniu do nich wydaje się być przesadą. Bardziej trafnym określeniem, o znacznie łagodniejszej wymowie byłaby „grupa nacisku” czy „lobby”. W wielu przypadkach struktury te tworzą swe legalne skrzydła w postaci lokalnych komitetów na rzecz jakichś inicjatyw, stowarzyszeń, a nawet fundacji.
Gorzej wypada pojęcie „układ”, który zazwyczaj odnosi się do niejawnego porozumienia wpływowych osób w państwie czy społeczności lokalnej, które niejednokrotnie łamią prawo, aby osiągać i chronić własne korzyści. W Polsce pojęcie to dość często bywa kojarzone z samorządem terytorialnym i środowisk udzielających mu wsparcia jak np. „układ warszawski” czy „układ starachowicki”.
We współczesnej kryminalistyce i naukach prawnych „mafia” jest zazwyczaj definiowana jako tajna organizacja przestępcza o charakterze zbrojnym, mająca powiązania ze światem polityki i gospodarki. Aby dopełnić tego obrazu należy dodać, że jej cele i metody działania muszą być w jawnej sprzeczności z prawem.
Geneza
Włoski rodowód mafii nie budzi wątpliwości. Już w antycznych źródłach można odnaleźć opisy bogatych patronów i ich klienteli, która w zamian za ochronę była zobowiązana do świadczenia im usług. Opis krwawych walk pomiędzy stronnikami Sulli i Mariusza w I połowie I w. p.n.e. doskonale oddaje atmosferę korupcji i terroru, jaka towarzyszyła schyłkowi republiki i … zarazem końcu najdłużej istniejącej starożytnej demokracji.
Nie lepiej działo się w Cesarstwie, tyle, że głównymi patronami byli aktualni władcy i… ich przeciwnicy snujący bez końca spiski. Warto przypomnieć „rok czterech cesarzy”, czyli 68 p.n.e., kiedy to o spuściznę po Neronie ubiegali się Galba, Otto, Witeliusz i Wespazjan, mając do swej dyspozycji nie tylko legiony rozsiane po całym imperium, ale i uzbrojone grupy zauszników w samym Rzymie. Zwyciężył ostatni z wymienionych, ale do jego sukcesu przyczyniły się waśnie i fałszywe sojusze jego przeciwników.
Średniowieczna Italia to okres nieustannych walk pomiędzy możnymi rodami, wśród których na czoło wysunęli się Borgiowie, Medyceusze, Sforzowie czy Visconti. W tym miejscu, jako sztandarowy przykład, należy przypomnieć spisek Pazzich w kwietniu 1478 roku, który miał na celu odebranie władzy Medyceuszom we Florencji. Starannie zaplanowany mord miał zostać dokonany w czasie mszy z okazji przybycia papieskiego krewniaka kardynała Riario, a wśród zamachowców znalazły się tak znamienite osoby jak … papież Sykstus IV, jego nepoci - abp Francesco Slaviati i Giovanni Della Rovere oraz okoliczni książęta, wśród których sprytem wyróżniał się władca Urbino, „emerytowany kondotier” Federico di Montefeltro.
Spisek się nie powiódł, choć w jego wyniku śmierć poniósł młodszy brat Wawrzyńca Medyceusza, Giuliano. To, co później nastąpiło, mogło stać się kanwą niejednego scenariusza filmu akcji. Śmierć ponieśli obaj papiescy faworyci, a także głowa rodu Pazzich, Jacopo. Zresztą pościgom i egzekucjom długo nie było końca i - jak wśród dzisiejszych gangsterów - vendetta musiała się dopełnić.
Zapewne w tej i podobnych historiach można upatrywać wytworzenia się pewnego typu mentalności, która po dziś dzień cechuje mieszkańców basenu Morza Śródziemnego, nie tylko zresztą Włochów.
Natomiast źródłosłów terminu „mafia” nie jest do końca jasny. Część badaczy utrzymuje, że pojawił się on w czasie okrytych złą sławą Nieszporów Sycylijskich w 1282 roku. Despotyczne rządy Karola I Andegaweńskiego na Sycylii stopniowo podsycało wrzenie wśród ludności. Bezpośrednią przyczyną buntu była ponoć zaczepka czy próba gwałtu na miejscowej dziewczynie (wg jednej wersji, mężatce) i okrzyk protestu „mia filia”, który w wolnym tłumaczeniu oznacza „moja córka”. Inni zaś są zdania, że słowo pochodzi z języka arabskiego i jest konsekwencją wielowiekowego panowania wyznawców islamu nad zachodnimi rubieżami wyspy.
Faktem jest, iż w II połowie XIX wieku Sycylijczycy poparli Giuseppe’a Garibaldiego w jego dążeniu do zjednoczenia Włoch i zbrojnie wystąpili przeciwko kolejnym panom Sycylii, Burbonom. W szeregach bojowników znaleźli się jednak ludzie różnego autoramentu, w tym także zwykli przestępcy czy nader przedsiębiorczy zwolennicy rodzącego się akurat kapitalizmu. Ludzie ci najchętniej wykonywali obowiązki gabellottich, którzy w pewnym przybliżeniu byli odpowiednikami naszych … ekonomów. Nadzorowali pracę wieśniaków na plantacjach, przyjmowali ludzi do pracy, ale i zwalniali ich. Nie stronili również od kar cielesnych wykonywanych na bardziej opornych pracownikach. Z jednej strony, rządzili twardą ręką w latyfundiach; z drugiej - mogli skutecznie szantażować ich właścicieli, gdyż wszelkie prace i terminowość ich wykonania zależała od nich. Sytuację tę doskonale oddaje znakomita powieść Luigiego Pirandello - „Lampart”.
Okres pionierski
Emigracja do USA w końcu XIX wieku i na początku następnego stulecia przyczyniła się do eksportu zakamuflowanych form działania za ocean. Już w latach 90. XIX wieku w Nowym Jorku powstała włoska dzielnica Mała Italia zamieszkała w znacznej części przez przybyszy z południowych Włoch z Sycylii, Kalabrii i Neapolu.
Twarde rządy wśród biednych i często nie znających języka angielskiego imigrantów sprawowała Czarna Ręka (wł. Mano Negra), organizacja wymuszająca haracze (opłaty za ochronę drobnych przedsiębiorców) i zajmująca się organizowaniem hazardu i prostytucji. Wśród niej wyróżniały się dwie postacie: Maranzalla i Maranzano, którzy wkrótce stworzyli podwaliny nowojorskiej mafii. Nie tylko zresztą Włosi zajmowali się tym typem przestępczości. Wśród Irlandczyków szybko złą sławę zdobył Frankie Yale, u którego terminował młody potomek neapolitańskich imigrantów… Alphonse Capone (Al Capone).
Gangsterskie grupy opanowały również Chicago i inne miasta wschodniego wybrzeża, a do końca lat 20. także wszystkie większe metropolie USA. Był to okres prohibicji, który obowiązywał w USA w latach 1919-1933 i walnie przyczynił się do rozkwitu podziemnego świata. Policyjne statystyki odnotowały w tym czasie wzrost liczby nie tylko nielegalnych gorzelni, ale i barów, których liczba wzrosła wówczas prawie czterokrotnie w stosunku do okresu poprzedzającego surowe ustawodawstwo. Wystarczy powiedzieć, że w każdym amerykańskim mieście i miasteczku, po wyjściu z dworca kolejowego, przyjezdny już po upływie kwadransa mógł zasiąść przy szklaneczce whisky.
Gangi opanowały sferę hazardu i domy rozpusty, a także zajęły się handlem narkotykami - najbardziej dochodową gałęzią ich działalności.
Do walki z przestępczością zorganizowaną powołano w 1908 roku Federalne Biuro Śledcze (FBI), ale jego wieloletni szef (1924-1972) John Edgar Hoover wydawał się dziwnie głuchy na wszelkie doniesienia o mafii, czy jak ją później zaczęto określać - organizacji Nasza Sprawa (wł. Cosa Nostra). Po wielu latach, po jego śmierci, zostały ujawnione dwuznaczne fakty z życia Hoovera, które być może rzucają więcej światła na jego lekceważące podejście do organizacji przestępczych. Otóż przez całe życie szef FBI był zatwardziałym kawalerem, a bliskie kontakty łączyły go tylko… z jego zastępcą, Tolsonem. Czy przywódcy klanów mafijnych posiadali na temat tej zażyłości jakieś kompromitujące materiały - do dnia dzisiejszego nie wiadomo. Faktem jest, że obaj panowie często spędzali wspólnie wakacje…
Co więcej, istnieje wiele przesłanek, które świadczą o tym, że mafijne rodziny wspierały kilku kolejnych kandydatów na prezydenta z bardzo dobrym skutkiem. Według nich, fotel w Białym Domu zdobyli dzięki podejrzanym sponsorom tacy politycy jak Franklin Delano Roosevelt (przez cztery kadencje 1933-1945, zmarł w trakcie ostatniej) czy w 1960 John Fitzgerald Kennedy, któremu to poparcie zapewnił jego ojciec Joseph Kennedy, zwolennik nazistów, handlarz alkoholem, zupełnie nieciekawa postać, doskonale znająca się z szefem chicagowskiej mafii Samem Giancaną, czy panami wschodniego wybrzeża - Johnem Rosellim i Santo Trafficante. Plotki głoszą, że właśnie im Centralna Agencja Wywiadowcza (CIA), przy aprobacie prezydenta, zleciła likwidację dyktatora Kuby Fidela Castro, a po fiasku planów zamachu i odwrócenia się Johna Kennedyego od mafii - także morderstwo jego samego.
Gangsterska korporacja
Lata 30. XX wieku były okresem krwawych wojen pomiędzy gangsterami o władzę nad przestępczym podziemiem. Kolejno odchodzili z tego świata przywódcy Czarnej Ręki – Maranzalla, (czyli Joe Masseria) i Salvatore Maranzano, a na czoło wysuwali się młodzi i agresywni mafiosi jak Lucky Luciano, Albert Anastasia czy Vito Genovese.
Luciano, odpowiedzialny za śmierć dwóch pierwszych z wymienionych, zreorganizował całą mafijną strukturę w USA, dzieląc obszar kraju na 24 okręgi, w których miały niepodzielnie panować mafijne rodziny. Najważniejszy był Nowy Jork, w którym swoje siedziby miało 5 potężnych rodzin, dość zgodnie współpracujących ze sobą, kiedy twardą ręką rządził Luciano. Mafia (Nasza Sprawa) przejęła wówczas kontrolę nad branżą budowlaną, rozrywką, związkami zawodowymi, a nawet zbieraniem złomu i wywózką śmieci.
Doskonale atmosferę tego okresu oddaje nakręcony w 1971 roku film Francisa Forda Coppoli „Ojciec chrzestny” i jego kolejne dwie części ukazujące ewolucję mafii od potężnych gangów do ogromnych korporacji. Rzecz jasna, mafia nie wyrzekła się tradycyjnej przestępczości, chociaż głowy wielkich rodzin zrozumiały, że bez legalnej przykrywki ciemnych interesów dłużej nie da się tak rządzić.
Rodziny mafijne zatrudniają najlepszych prawników, toteż rzadko udaje się skazać członków którejkolwiek nich na kary długoletniego więzienia, chociaż od lat 60. część zagrożonych aresztowaniem gangsterów zaczęło łamać słynną zasadę milczenia (wł. omerta) i zdradzać swoich bossów departamentom policji i urzędom skarbowym.
Już słynny Al Capone przekonał się jak bardzo niewdzięcznym przestępstwem jest niepłacenie podatków, kiedy to w początkach lat 30. został skazany na 11 lat więzienia właśnie z tego tytułu. Utracił bezpowrotnie swoją pozycję szefa i zmarł w 1947 na syfilis prawie zapomniany.
Najsłynniejszym gangsterem stał się jednak w końcu lat 50. i na początku 60. skromny kierowca i „cyngiel” (człowiek do tzw. brudnej roboty) Joe Valachii, którego zeznania pozwoliły na pozbawienie wolności aż 300 członków Cosa Nostra. W latach 80. w podobny sposób zachował się Johnny Gravano, który w znacznym stopniu pogrążył rodzinę Gambio z Nowego Jorku, chociaż nie wszyscy jej szefowie trafili za kratki.
Mafia, choć osłabiona, pozostaje nadal silną i wpływową organizacją przestępczą, tym bardziej niebezpieczną, iż utraciła swój etniczny charakter. Coraz częściej dochodzi do współpracy pomiędzy organizacjami z różnych stron świata, a miejsce Cosa Nostra zaczęły zajmować kartele narkotykowe z Ameryki Południowej czy Meksyku, chińska Triada, japońska Jakuza czy też „azjatyckie tygrysy” z Wietnamu i Tajlandii. Nie brak również reprezentantów z Afryki, głównie z Nigerii, których specjalnością jest fałszowanie kart kredytowych na ogromną skalę oraz handel kobietami.
Czasy współczesne
Upadek komunizmu umożliwił wejście na czarny rynek bardzo brutalnym mafiom rosyjskim i ukraińskim oraz organizacjom przestępczym z Bałkanów (głównie Albanii), które za nic mają jakiekolwiek zasady czy kodeksy honorowe, a walczą wyłącznie o władzę i ogromne sumy pieniędzy, przekraczające niejednokrotnie budżety dużych państw.
Otwarcie granic sprzyja pojawieniu się współczesnego niewolnictwa, nie ograniczającego się tylko do handlu kobietami i dziećmi, ale wykorzystującego emigrantów do nieludzkiej pracy na plantacjach czy budowach. I nie dotyczy to tylko tradycyjnych obszarów biedy, ale także państw wysoko rozwiniętych jak Wielka Brytania, Hiszpania i Włochy. Wystarczy przypomnieć obozy pracy w wymienionych krajach, w których znaleźli się nie tylko mieszkańcy z Rosji czy dawnych radzieckich republik, ale również Polacy.
Duże możliwości daje Internet, wirtualna rzeczywistość, która jest przyczyną dezinformacji i zaciemnia obraz przestępczej „ośmiornicy”. Tysiące nielegalnych kont, których wytropienie bywa niemożliwe, oszukańcze oferty biznesowe czy bezczelne wyłudzania sprawiają, że komputer może być znacznie niebezpieczniejszym narzędziem zbrodni, aniżeli pistolet. Cyberprzestępcy potrafią nawet przeniknąć na bardzo strzeżone strony urzędów państwowych czy wielkich korporacji, udało im się nawet złamać kody Pentagonu.
Ogromny udział w budżecie mafii ma zysk ze sprzedaży broni, zwłaszcza do krajów III świata, w których toczą się nieustanne walki pomiędzy plemiennymi przywódcami czy szefami klanów. Przykładem może być działalność Wiktora Buta, rosyjskiego biznesmena, który po upadku ZSRR za bezcen wykupywał sprzęt z baz wojskowych na terenie całego imperium i dostarczał go do krajów „najwyższego ryzyka”- Liberii, Sierra Leone czy Nigru. Jest to bardzo groźne zjawisko, gdyż wiele krajów oraz organizacji terrorystycznych ma apetyt na arsenały nuklearne składowane w Rosji czy innych państwach, w których sytuacja daleka jest od stabilizacji jak Pakistan.
Na razie demokracja dość słabo radzi sobie ze zorganizowaną przestępczością. Rygorystyczne przestrzeganie praw człowieka powoduje, iż bardzo trudno jest udowodnić gangsterom popełnienie przestępstwa. Oczywiście, błędem byłoby sądzić, że należy odrzucić Deklarację Praw Człowieka w „szczególnych uwarunkowaniach”, jednak świadomość niemocy wobec tych „co mogą i mają więcej” wydaje się stawać dość powszechnym rysem mentalności przeciętnego obywatela. Przykładów dostarczają codzienne wiadomości na wszystkich kanałach. Nieuzasadnione eksmisje, nachalny lobbing, oszustwa, agresywna reklama i kultura masowa, która w coraz większej mierze stępia indywidualną wrażliwość i coraz bardziej epatuje tym by „mieć”, a nie tym, by „być”.
Leszek Stundis
- Autor: Leszek Stundis
- Odsłon: 2431
Zanim w ostatnich kilku dekadach gry komputerowe zdominowały inne formy rozrywek umysłowych, gry planszowe czy też karciane stanowiły ważny składnik życia kulturalnego każdego bez wyjątku społeczeństwa na świecie. Zwłaszcza, że bardzo szybko znalazły swój elektroniczny odpowiednik. Niektóre nich mają bardzo długą tradycję, sięgającą wielu wieków wstecz. Tak jest z szachami.
Gra wojenna elit i nie tylko
Historycy są zgodni, że prekursorem szachów była indyjska gra czaturang (czaturanga), która bardzo przypominała znaną nam dzisiaj wersję szachów. Rolę króla pełnił radża, hetmana jego doradca, a wśród oficerów znalazły się i skoczki (konie), jak i żołnierze na słoniach, zapewne pełniący funkcję gońców. Sama nazwa gry wskazuje, iż odpowiadała ona strukturze indyjskiej armii z pierwszych wieków naszej ery, której podstawę stanowił pluton, a w nim reprezentowane wszystkie ówczesne rodzaje broni: słonie, rydwany, kawaleria i piechota.
Nie wiadomo kto był genialnym wynalazcą tej szlachetnej gry. Ale pewna legenda głosi, że kiedy ów stanął przed władcą i łaskawy monarcha zapytał go o zapłatę, skromny mędrzec zażądał tylko dwóch ziarenek zboża na pierwszym polu, czterech na drugim, ośmiu na trzecim i podwójnej liczby na każdym następnym w stosunku do poprzedniego. Król roześmiał się i kazał wydać głupcowi worek ziarna skoro pogardził innymi bogactwami. Jednak jego skrybowie wykonując to polecenie z przerażeniem stwierdzili, iż tyle ziarna nie ma w całym królestwie!
Od samego początku militarny charakter szachów nie ulegał wątpliwości, choć na to, by służył jakimś rzeczywistym analizom strategicznym brak dowodów. Gra dość szybko rozprzestrzeniła się w Azji Środkowej, głównie w Persji. Tamtejsze źródła podają, iż chętnie w nią grano na dworze szacha Chosrowa I Anoszirwana w VI w. n.e.
Późniejsze dramatyczne wydarzenia w Persji, a następnie na subkontynencie indyjskim, jak zajęcie tych obszarów przez muzułmanów, paradoksalnie także sprzyjało jej ekspansji i po dziś dzień w krajach arabskich funkcjonuje pod nieco zmienioną nazwą szatrandż.
Dzięki zapisom kronikarskim i pierwszym szachowym podręcznikom pióra ar-Raziego czy as-Suliego, dość dobrze znamy reguły najstarszych szachów. Co ciekawe, wcale tak bardzo nie różniły się od zasad gry współczesnej. Z kolei późniejszy manuskrypt autorstwa Abulfatha Ahmada Sidżizi zawiera opisy kilkuset mansub, czyli pozycji, problemów, a nawet całych partii.
Na Ruś szachy dotarły zapewne w VIII wieku, a dzięki wymianie handlowej zaczęły przenikać do Europy Zachodniej. Niewykluczone, że znane były na dworze Karola Młota, pogromcy Arabów pod Poitiers w 732 roku.
W średniowieczu stały się ulubioną grą na zamkach, choć wiele danych wskazuje, iż były popularne wśród zamożniejszego mieszczaństwa, a nawet ludzi niskiego stanu. Podobnie jak kości czy karty, stały się nie tylko strawą duchową, ale jedną z gier hazardowych.
Kościół katolicki patrzył na nie dość niechętnie, choć przypisywanie mu poglądu o diabelskiej mocy szachów wydaje się mocno naciągane. Hierarchom kościelnym bardziej nie podobało się nadmierne zainteresowanie duchownych nową grą i groźba marnotrawienia przez nich czasu i grosza, aniżeli zagrożenie dla ich dusz. Niemniej od czasu do czasu pojawiały się „antyszachowe” regulacje prawne, jak decyzja synodu paryskiego z 1212 potępiająca je na równi z grą w kości czy też edykt Ludwika IX z 1254 wydany w podobnym duchu. Tyle, że francuski monarcha motywował swą decyzję tym, iż szachy były… nudne. Co ciekawe, w późniejszych stuleciach odnieśli się do nich niechętnie John Wycllife i Jan Hus, których trudno posądzać o sprzyjanie hierarchii kościelnej.
Szachy rozwijały się więc w najlepsze, a pod koniec XV wieku pojawił się przełomowy podręcznik obejmujący niemal całą ówczesną wiedzę szachową, znany jak manuskrypt z Getyngi. Nie ma pewności co do jego autorstwa, choć najczęściej przypisywany jest hiszpańskiemu championowi tego okresu Luisowi Lucenie. To tutaj można znaleźć opisy wielu obron stosowanych i dzisiaj.
Pierwsi zawodowcy
Luis Lucena otwiera poczet wielkich mistrzów szachowych, dla których gra stała się nie tylko pasją, ale i źródłem utrzymania. W owym czasie najwyższy poziom gry szachowej reprezentowali Włosi i Hiszpanie.
Pietro Damiano zasłynął nie tylko jako biegły gracz, ale także jako autor „Książki do gry w szachy”, w której oprócz analiz znajdują się uwagi i wskazówki dydaktyczne dla szachistów aktualne i dzisiaj. I tak wiemy stąd, że nie należy wykonywać zbędnych ruchów, grać za szybko czy przeoczać korzystnych sytuacji. Tu także zawarta jest rada, że gdy już mamy przewagę materialną (potocznie mówiąc, więcej bierek) należy wymienić figury i piony, aby szybko doprowadzić do końcówki.
Giulio Polerio usystematyzował ówczesne debiuty, a także podał opis obrony sycylijskiej, gambitu królewskiego oraz obrony dwóch i czterech skoczków.
Za najwybitniejszego bodaj gracza epoki renesansu uchodził hiszpański ksiądz Ruy López, mile widziany gość na madryckim dworze Filipa II, również wielkiego entuzjasty szachów. Tutaj zresztą odbywały się prawdziwe turnieje z udziałem najwybitniejszych szachistów Europy. Na jednym z nich duchowny zmierzył się z legendarnymi mistrzami –Leonardo di Bona oraz Paolo Boi. Pierwszy ponoć wygrał kiedyś swe życie z kapitanem piratów, który go pojmał, drugi ograł samego papieża Pawła III. W swoim dziele „Księga o odkryciach i sztuce szachowej” także dokonał podsumowania znanych ówcześnie tajników gry szachowej.
W następny stuleciu na czoło wysunął się Włoch Gioachino Greco, który wzdłuż i wszerz przemierzał kontynent, pokonując niczym samotny rycerz napotykanych przeciwników. I on upodobał sobie dwór hiszpański i na oczach Filipa IV pokonał swego nauczyciela Mariana Murano. Ciekawość świata zawiodła go aż do Ameryki. Nie wiemy, czy tu także oddawał się swej namiętności. Miał jednak znacznie mniej szczęścia, gdyż zapadł na jakąś zakaźną chorobę i zmarł w wieku zaledwie 34 lat.
W dobie Oświecenia szachy zostały zdominowane przez wielkie umysły, które w równym stopniu co grą praktyczną zajmowały się teorią. W tym okresie na czoło wysunęli się szachiści francuscy i angielscy, między którymi nieraz dochodziło do zaciętej rywalizacji.
Pod znakiem gwiazd
Najwybitniejszym szachistą XVIII stulecia był francuski kompozytor, autor 40 operetek komicznych François Philidor. To on zmierzył się ze sławą brytyjskich szachów Filipem Stammą, emigrantem … z Syrii. Co więcej, Stamma postawił bardzo ciężkie warunki pojedynku i partie remisowe traktował jak swoje wygrane. Philidor nie dał mu jednak żadnej szansy wygrał turniej.
W 1749 roku spod jego pióra wyszła „Analiza gry w szachy” uznawana za najważniejszy podręcznik szachowy przez najbliższe stulecie. Książka miała aż cztery wydania w pierwszym roku obiegu, a w całej historii aż sto edycji na wszystkich kontynentach! Autor jako pierwszy zwrócił uwagę na planowanie i strategię partii, czym zapoczątkował tzw. grę pozycyjną, która może nie była tak efektowna jak finezyjne maty czy huraganowe ataki na figury przeciwnika połączone ze znacznym poświęceniem własnych bierek, ale za to gwarantowała przemyślany sukces.
W następnych pokoleniach nadal ścierali się Brytyjczycy i Francuzi, choć z wolna wyrastały nowe potęgi szachowe: Rosja i Niemcy. Za nieformalnych mistrzów świata uchodzili Francuz Louis de la Bourdonnais oraz Irlandczyk (traktowany jednak jako poddany Korony Brytyjskiej) Alexander McDonnell.
Pierwszy pochodził z Mauritiusa, na którym jego ojciec piastował urząd gubernatora. Starannie wykształcony, utopił rodzinny majątek w spekulacjach giełdowych i szachy stały się głównym źródłem jego utrzymania.
Drugi, przygotowywany do kupieckiego rzemiosła, wiele lat spędził w Indiach Zachodnich zanim na stałe osiadł w Londynie, by poświęcić się szachom. Panowie nieraz toczyli wielopartyjne pojedynki, ale bilans zazwyczaj był korzystny dla la Bourdonnais’a. Co więcej, w młodości Francuz zdetronizował swego nauczyciela Alexandre’a Deschapelles’a, weterana wojen napoleońskich, który publicznie chełpił się tym, iż opanował szachy w … trzy dni. A pomimo ran odniesionych w bitwie pod Moguncją i utraty ręki, mistrz szachowy pozostał również championem w grze w bilard!
W połowie XIX wieku nastąpiły zmiany w szachowym myśleniu. Do lamusa odchodziły stare rozwiązania i wirtuozeria zaskakujących kombinacji. Coraz rzadziej stosowano gambit królewski, przed którym istniały bardzo duże możliwości obrony. Popularność utraciła również partia włoska jako zbyt pasywna, choć po dziś dzień zdarza się, że sięgają po nią także arcymistrzowie. Znacznie wzrosły stawki za rozgrywki i szachy w pewnym momencie stały się dochodowym interesem. A jednak nawet w tym okresie znaleźli się entuzjaści finezji i zaskoczenia, choć nigdy nie pretendowali do najwyższych szachowych laurów.
Jednym z nich był William Evans, marynarz, który grę w szachy opanował stosunkowo późno, gdyż dopiero w 28. roku życia. Kursując na swym statku między Szkocją a Irlandią, w dżdżyste noce analizował rozmaite pozycje, aż w końcu sam znalazł bardzo efektowne rozwiązanie, w którym dzięki poświęceniu hetmana i dwóch wież osiągnął zwycięstwo. Tak zwany gambit Evansa na trwałe wpisał się do historii szachów, choć jego autor nigdy nie zaznał splendoru jak wielcy mistrzowie.
W drugiej połowie XIX wieku pojawiła się cała plejada wybitnych graczy. Zaczęto także organizować kongresy szachistów, gdyż środowisko championów było dość zamknięte. Pierwszy odbył się w 1857 roku w Nowym Jorku, gdyż gra stała się bardzo popularna także za oceanem. Oczywiście, były to spotkania o charakterze nieformalnych mistrzostw świata, a nie jedynie wymiana poglądów i nowinek.
W tym czasie w grze zaczęli dominować Niemcy Adolf Anderssen i Wilhelm Steinitz, chociaż mieli groźnych rywali w osobach Amerykanina Paula Morphy’ego, a także mistrza Szymona Winawera, Polaka żydowskiego pochodzenia.
Anderssen zasłynął nieśmiertelną (albo wiecznie zieloną) partią, nazwaną tak z powodu mistrzowskiego poświęcenia figur i efektownego mata. Wilhelm Steinitz zaś został pierwszym oficjalnym mistrzem świata, pokonując żydowskiego szachistę z Królestwa Polskiego Johannesa Zukertorta. Panowie spotkali się kilkakrotnie w Nowym Jorku, Saint Louis i Nowym Orleanie i Niemiec wygrał na punkty 12,5:7,5, choć początkowo przewaga była po stronie przeciwnika.
W blasku jupiterów
Steinitz czterokrotnie bronił tytułu mistrzowskiego w meczach z Michaiłem Czigorinem i Isidorem Gunsbergiem. Zwłaszcza partie z tym pierwszym były szeroko komentowane i opatrywane anegdotami. Jako że wówczas nie istniał ścisły regulamin zachowania podczas meczu, obaj panowie raczyli się w trakcie gry alkoholem. Rosjanin opróżniał kolejne butelki brandy, a jego przeciwnik delektował się szampanem. Według dzisiejszych regulacji, taka sytuacja nie byłaby możliwa i obaj gracze zostaliby wyproszeni z sali.
Steinitz wniósł wiele do teorii gry pozycyjnej i nawet sam został autorem jednej z obron z powodzeniem stosowanych w partii hiszpańskiej i obronie francuskiej. Przez osiem lat Niemiec cieszył się najwyższym autorytetem w świecie szachów. Rozgrywał kolejne turnieje i dopiero w 1894 roku uległ szwedzkiemu szachiście żydowskiego pochodzenia Emanuelowi Laskerowi. Lasker był nie tylko szachistą. Kochał brydża i namiętnie grywał w nieoficjalnych turniejach. Był najdłużej w dziejach na szachowym tronie, bo aż 27 lat!
W tym czasie szachy stały się prawdziwym sportem, a stawki na turniejach osiągały zawrotne sumy. Postępowała także ich komercjalizacja. Niektórzy gracze żądali tak wysokich honorariów, że ich przeciwnicy nie mogli temu sprostać i mecze nie dochodziły do skutku. W takich praktykach celował, uroczy skądinąd, gracz kubański José Raúl Capablanca, mistrz świata w latach 1921-27, który skutecznie blokował wszystkich chętnych do odebrania mu tytułu. Praktyka zyskała nawet niechlubną nazwę „złotego wału”, który tylko nielicznym udawało się przekroczyć. W końcu pieniądze zebrał rosyjski biały emigrant Aleksandr Alechin i pokonał butnego Kubańczyka, sam zasiadając na szachowym tronie.
Pozostał na nim niemal do śmierci z jednym wyjątkiem - w 1935 roku na krótko odebrał mu tytuł holenderski matematyk Max Euwe. A było to skutkiem nadmiernej skłonności Alechina do mocnych trunków.
Duże zmiany zaszły również w kulturze życia szachowego. W 1914 roku car Mikołaj II, chcąc uhonorować najlepszych zawodników turnieju w Petersburgu, przyznał honorowe, acz jeszcze nieformalne tytuły arcymistrzów pięciu uczestnikom: Emanuelowi Laskerowi, José Raúlowi Capablance, Siegbertowi Tarraschowi, Aleksandrowi Alechinowi i Frankowi Marshallowi.
Dziesięć lat później, w Paryżu, została powołana do życia Międzynarodowa Federacja Szachowa (FIDE), a w gronie państw - założycieli znalazła się odrodzona Polska.
FIDE zajęła się nie tylko organizowaniem mistrzostw świata i turniejów, ale także szachowych rozgrywek olimpijskich, w których grały drużyny narodowe. W 1930 roku na igrzyskach w Hamburgu złoty medal wywalczyli Polacy. W skład naszej drużyny weszło kilku zawodników żydowskiego pochodzenia tej miary, jak Akiba Rubinstein, Ksawery Tartakower czy Dawid Przepiórka.
Okres II wojny światowej nie sprzyjał szachom. Nie odbywały się olimpiady, szachiści żydowskiego pochodzenia zostali poddani represjom. Dzięki temu, iż kolejne rozgrywki w 1939 roku miały się odbyć w Buenos Aires w Argentynie, kilku polskich szachistów żydowskiego pochodzenia, w tym Mieczysław Najdorf, zdołało się uratować z holocaustu. Oficjalne życie szachowe jednak zamarło, choć tu i tam, po kawiarniach organizowano lokalne rozgrywki i niektóre z nich miały rangę nieformalnych mistrzostw.
Niektórzy z graczy dokonali tragicznych wyborów i współpracowali z niemieckim agresorem. Alechin stał się autorem antysemickich publikacji, choć później tłumaczył się koniecznością zdobycia środków do życia. Kārlis Ozols, łotewski zbrodniarz wojenny odpowiedzialny za likwidację gett, po wojnie wyemigrował do Australii i wielokrotnie zdobywał mistrzostwo tego kraju pod własnym nazwiskiem. Na nic zdały się próby jego ekstradycji. Zmarł we własnym domu w wieku 89 lat w 2003 roku.
Rosjanie ukryli swoich szachistów na wschodzie kraju, dzięki czemu zaraz po wojnie przejęli palmę pierwszeństwa i przez niemal pół wieku byli największą szachową potęgą na świecie. Jeden raz tylko, w 1972 roku, odebrał im ją młody amerykański arcymistrz Robert Fischer, który pozbawił tytułu Borysa Spasskiego. Ich sytuacja była zresztą specyficzna, gdyż mogli korzystać z zasobów ludzkich swoich republik. I tak w ich szeregach występowali tej miary gracze jak mistrzowie świata Tigran Petrosjan, Ormianin, czy Estończyk Michaił Tal.
Zmieniły się także zasady nadawania tytułów. Ścisłe zasady rankingów i wypełniania norm (a więc zwycięstw w turniejach odpowiedniego szczebla) ujednoliciły kwestię tytulatury zawodników. W 1950 roku FIDE nadało tytuły arcymistrzowskie 27 szachistom. Obecnie jest ich prawie 1500, lecz czy świadczy to wzroście popularności szachów czy o pewnym obniżeniu kryteriów, pozostaje sprawą otwartą.
Leszek Stundis
- Autor: Leszek Stundis
- Odsłon: 2168
Kontrowersyjny Nobel (2)
Winston Churchill (1874-1965) okazał się mistrzem w kreowaniu swego wizerunku. Nawet pół wieku po jego śmierci dla Brytyjczyków jest uosobieniem demokracji i szlachetności, a przecież nie brak w jego życiorysie mrocznych kart, z których wyłania się zupełnie inne oblicze korpulentnego pana z nieodłącznym cygarem i szklaneczką whisky…
Pochodził ze starej arystokracji z domieszką krwi amerykańskiej, co być może miało wpływ na jego temperament. Ojciec Randolph Churchill był synem 7. księcia Marlborough, zaś matka Jeanette Jerome - córką zamożnego finansisty z USA. Tradycyjne wychowanie paniczów wymagało, aby mały Winston kształcił się w prywatnej szkole z internatem i tak też się stało. Trafił do Harrow, które wspominał jak zły sen. Był krnąbrny, nie znosił łaciny, do której wkuwania zmuszał go nudny nauczyciel, za to celował w angielskim i historii.
W szeregi kadetów Królewskiej Akademii Wojskowej w Sandhurst dostał się dopiero za trzecim razem. Być może wtedy jego niespokojna natura zaczęła w nim dominować. Zaraz po jej ukończeniu wyjechał do Indii, aby jako młody podporucznik rozpocząć wzorem innych karierę wojskową.
Ciekawość świata skłoniła go do kolejnej podróży w 1895. Tym razem na Kubę, na której trwała rebelia przeciwko hiszpańskiej tyranii. W takim momencie wizyta późniejszego premiera nie mogła być całkowicie przypadkowa. Zwłaszcza, że przed wyjazdem przeszedł gruntowne przeszkolenie wywiadowcze w zakresie zbierania informacji o wojskach hiszpańskich, ich uzbrojeniu, a zwłaszcza skuteczności pocisków nowych typów karabinów. Aby choć częściowo powetować sobie koszty tej podróży, obrotny młodzieniec nawiązał współpracę z „Daily Graphic” jako korespondent wojenny, autor Listów z frontu, za które płacono mu, bagatelka, po 5 gwinei za jeden.
Wziął czynny udział w II wojnie burskiej, podczas której Brytyjczycy po raz pierwszy zbudowali obozy koncentracyjne dla miejscowej ludności. Jednak w jego książkach, napisanych z dużym talentem o walkach z Burami, nie wspomina o tym barbarzyństwie.
Zdobyte wówczas doświadczenie pomogło mu sześć lat później zająć stanowisko podsekretarza stanu w ministerstwie do spraw kolonii. I to on miał opracować konstytucje dla Transwalu i Orani, nowych angielskich kolonii.
W 1910 jako minister spraw wewnętrznych musiał zmierzyć się problemem socjalistów i …sufrażystek, których szczerze nie znosił. Otwarta niechęć do przyznania kobietom praw wyborczych stała się przyczyną chłosty szpicrutą, jaką sprawiła mu jedna z krewkich pań wojujących o swoje prawa.
Nad Europą zbierały się czarne chmury. Dwie wojny bałkańskie były tylko zapowiedzią nadciągającej burzy. Churchill piastował wówczas godność Pierwszego Lorda Admiralicji i miał bezpośredni wpływ na wszystkie wojenne decyzje rządu.
Był orędownikiem wojny i umocnienia pozycji imperialnej swego kraju na Bliskim Wschodzie i w Iraku, by zapewnić lepszą kontrolę nad tamtejszymi polami naftowymi. To on wydał decyzję o mobilizacji Royal Navy, najpotężniejszej wówczas marynarki wojennej na świecie. Ale jego kariera została gwałtownie przerwana wskutek klęski poniesionej przez nieudany desant na Półwysep Gallipoli, w którym poległo 44 tysiące, a rannych zostało 97 tysięcy żołnierzy Ententy.
Do prawdziwej polityki powrócił w 1919, kiedy premier David Lloyd George powierzył mu tekę ministra wojny. Ale znów jego nieprzejednana postawa i nie zawsze trafne decyzje poddały w wątpliwość jego kompetencje polityczne.
To on wysłał do Rosji brytyjski korpus ekspedycyjny, który w 1920 roku musiał szybko wycofywać się przed zwycięskim pochodem Armii Czerwonej.
Jednocześnie podczas tłumienia kolejnej rebelii Kurdów i Arabów w Iraku jako pierwszy człowiek w historii użył gazów bojowych przeciwko ludności cywilnej, co często jest przemilczane w jego biografiach.
Jako minister kolonii, w 1921 musiał uznać traktat sankcjonujący powstanie Wolnego Państwa Irlandii. Z kolei będąc na stanowisku Kanclerza Skarbu, dość niefortunnie forsował pomysł, aby przywrócić wymienialność funta na złoto, co spowodowało falę krytyki pod jego adresem. W 1929 Partia Konserwatywna przegrała wybory i Winston Churchill pożegnał się na dekadę z polityką.
Kolejna wojna znów odmieniła jego los. Polityka appeasementu realizowana przez premierów Wielkiej Brytanii i Francji, Chamberlaina i Daladiera, krytykowana od samego początku przez Churchilla, ułatwiła Hitlerowi rozpoczęcie Ii wojny światowej. Dzięki temu w 1940 Winston Churchill stanął na czele swego pierwszego rządu.
Niezaprzeczalnie był wrogiem nazistowskich Niemiec i przeciwnikiem jakiegokolwiek porozumienia z Hitlerem. Ale miał również świadomość, że wśród koalicjantów jego pozycja była najsłabsza. Czy dlatego ulegał prezydentowi USA Franklinowi Delano Rooseveltowi? Trudno jednoznacznie ocenić. Ale jego wkład pod przyszły podział Europy i zgoda na zniewolenie niemal całej Europy Środkowej przez ZSRR jest niewątpliwy. Z niespotykanym wcześniej serwilizmem zgadzał się z poglądami swego amerykańskiego kolegi zafascynowanego Stalinem.
Natomiast jego Druga wojna światowa (The Second Works War) pełna barwnych opisów i sensacyjnych historii doczekała się uznania i została nagrodzona literacką Nagrodą Nobla.
Po wojnie też dał się poznać od niezbyt przyjemnej strony. Okrutnie zdławił powstanie na Malajach, które doprowadziło do niepodległości tego kraju dopiero w 1965. Broniąc pozycji British Petroleum w Iranie, doprowadził do upadku demokratycznie wybranego liberalnego premiera Mohammada Mosaddegha, który dążył do nacjonalizacji przemysłu naftowego. W tym samym czasie, podczas tłumienia powstania Kikujów w Kenii, Mau Mau, z jego rozkazu miejscowi dowódcy ponownie zastosowali „wynalazek” obozów koncentracyjnych, aby miejscową ludność zmusić do niewolniczej pracy. Ale i tu poniósł klęskę. Jego dymisja w 1955 roku została przyjęta z ulgą…
Był bezwzględnym i niezbyt zdolnym politykiem, któremu tylko konsekwentna, antyhitlerowska postawa zapewniła miejsce w historii. Upór w dążeniu do celu i umiejętność manipulacji sprawiły, iż Brytyjczycy dali się oczarować elokwentnemu starszemu panu i chętnie zapominają o ciemnych kartach jego kariery. A pamięć mają bardzo krótką, gdyż w plebiscycie BBC w 2002 roku to właśnie on zwyciężył w konkursie na Brytyjczyka wszechczasów.
Upragniony pokój…
Bliski Wschód zamienił się w beczkę prochu zaraz po II wojnie światowej, kiedy Wielka Brytania i Francja - kolonialni właściciele dawnej spuścizny osmańskiej - zdecydowały się opuścić „swoje” włości.
Najbardziej zapalnym punktem była Palestyna, którą już od końca XIX wieku zasiedlali żydowscy osadnicy spragnieni swego niepodległego państwa po prawie dwóch tysiącleciach od zniszczenia ukochanej świątyni w Jerozolimie…
Wielką rolę odegrali w tym procesie osiedleńczym dwaj ludzie, dla których przemoc była chlebem powszednim…
Menachem Begin (1913-1992) przyszedł na świat jako Mieczysław Biegun w Brześciu nad Bugiem. Już w czasie studiów prawniczych na Uniwersytecie Warszawskim aktywnie włączył się w działalność tajnego stowarzyszenia Bejart, a w 1938 stanął na jego czele. Była to organizacja syjonistyczna, która stawiała sobie za cel emigrację do Palestyny i odbudowę silnego państwa żydowskiego.
Co ciekawe, dążeniom tym nieoficjalnie sprzyjała sanacyjna władza, która przymykała oczy na tajne szkolenie wojskowe i zakup lekkiej broni przez przyszłych izraelskich bojowników spod znaku Hagany.
Wybuch II wojny światowej spowolnił realizację tych planów, ale ich nie przekreślił. Uciekając przed Niemcami, Begin dotarł do Wilna, jednak tu spotkała go niemiła niespodzianka i trafił do więzienia NKWD na Łukiszkach. Potem zsyłka na Sybir, choć tu uśmiechnęło się do niego szczęście w osobie generała Władysława Andersa, który zaraz po podpisaniu porozumienia Sikorski - Majski z energią przystąpił do budowy Armii Polskiej w ZSRR. Młody syjonista znalazł się wraz z kilkuset innymi w jej szeregach, dzięki czemu opuścił „nieludzką ziemię” i dotarł na Bliski Wschód.
W 1943, podczas pobytu w Iranie, zdezerterował wraz z kilkusetosobową grupą pobratymców i przedostał się do Palestyny okupowanej akurat przez Anglików. Ucieczka ta ponoć odbyła się za cichym przyzwoleniem polskiego dowództwa, które i tak miało problem z aprowizacją i utrzymaniem porządku w szeregach swojego wojska.
Tu, na ziemi obiecanej, szybko nawiązał kontakt z organizacją Irgun, która wkrótce miała zostać przekształcona w izraelską armię. Przeciwni jej działaniom byli Brytyjczycy, którzy obawiali się wzmocnienia Żydów na terenie swego mandatu i chętniej wspierali administrację arabską.
Skrajni nacjonaliści odpowiedzieli na to serią zamachów terrorystycznych, z których najbardziej spektakularny został dokonany w Jerozolimie w październiku 1946 roku. W wyniku eksplozji samochodu- pułapki wyleciał w powietrze ekskluzywny Hotel Król Dawid, a w jego ruinach straciło życie 41 Arabów, 26 Brytyjczyków i 17 Żydów. W odwecie władze mandatu nakazały ścigać winnych zbrodni. Rozesłano listy gończe, m.in. za Beginem.
Po proklamowaniu państwa Izrael w maju 1948 młody ideowiec włączył się w budowę silnego państwa żydowskiego i równie silnej armii. Stanął wówczas na czele prawicowej partii Herut i został członkiem parlamentu, jako znaczący polityk.
W 1967 popierał aneksję Synaju przez Izrael po zwycięskiej wojnie sześciodniowej, a w 1973 objął stanowisko premiera. Był zwolennikiem twardego kursu wobec państw arabskich i wrogo nastawiony był do rozmów z Palestyńczykami, zwłaszcza po wojnie Yom Kippur, która wybuchła w pierwszym roku jego urzędowania.
A jednak to właśnie ten polityk zdobył się na podjęcie tajnych rozmów z egipskim prezydentem Anwarem as- Sadatem i zaprosił go do złożenia wizyty w Knesecie. W 1977 doszło do historycznego spotkania w Camp David w USA i obaj dawni wrogowie uścisnęli sobie dłonie pod czujnym okiem prezydenta Jimmy’ego Cartera. Za to otrzymali wspólnie pokojową nagrodę Nobla w roku następnym…
Begin do końca swej politycznej kariery stosował zasadę „dziel i rządź”. W 1981 wykonał prewencyjne bombardowanie irackiego ośrodka nuklearnego Osirak koło Bagdadu, a w 1982 na wieść o wybuchu intifady zaatakował Liban i obozy uchodźców palestyńskich. W rok później, w wyniku wyborów, utracił władzę i został spokojnym emerytem piszącym wspomnienia…
Anwar as-Sadat (1918-1981) ukończył Królewską Akademię Wojskową i dość szybko zaczął wspinać się po szczeblach wojskowej kariery. W wojsku zaprzyjaźnił się z innymi oficerami, którzy szczerze nienawidzili monarchii, korupcji i feudalnych porządków, a zwłaszcza z Gamalem Abdel Naserem, niekwestionowanym przywódcą konspiracyjnego ruchu Wolnych Oficerów.
Rządy króla Faruka wzbudzały również niechęć Stowarzyszenia Braci Muzułmanów (znanego bardziej jako Bractwa Muzułmańskiego) i tuż po zakończeniu II wojny światowej doszło między nimi do chwilowego zbliżenia. Wcześniej zaś, podczas niemieckiej kampanii w Afryce Północnej, członkowie Bractwa oraz Naser i Sadat wspierali niemieckich agentów, obiecywali pomoc lisowi pustyni generałowi Erwinowi Rommlowi i po cichu sabotowali działania Brytyjczyków. Jednak ich wysiłki nie zdały się na wiele. Co więcej, ściągnęli na siebie gniew króla, który zaczął ich prześladować.
W 1949 tajna policja zamordowała przywódcę Bractwa Hassana al- Bannę, co umiejętnie wykorzystali Wolni Oficerowie. Najpierw doprowadzili do abdykacji króla, a następnie, w 1952, obalili monarchię i zmusili władcę do emigracji. Od tej chwili stali się jedynymi panami ziemi faraonów, a jedyną legalną partą stała się Arabska Unia Socjalistyczna.
Sadat był lojalny wobec Nasera i aż do jego śmierci pozostawał w jego cieniu. W 1960 został wprawdzie przewodniczącym parlamentu, ale dopiero osiem lat później objął urząd wicepremiera i stał się drugą osobą w państwie. Dwa lata później jego duchowy idol, Gamal Abdel Naser zmarł na atak serca i Sadat automatycznie go zastąpił. Po wygranych wyborach umocnił swoją pozycję, ale do pełnego sukcesu potrzebował czegoś więcej- odzyskania półwyspu Synaj.
Ciche negocjacje z Izraelem, popierane przez Amerykanów, dość szybko wydały pożądane owoce. Porozumienie z Camp David uczyniło wyłom w koalicji antyizraelskiej, lecz jednocześnie naraziło prezydenta na gniew islamskich fanatyków. Anwar as- Sadat zdążył odebrać (razem z M. Beginem) pokojową nagrodę Nobla, ale 6 października, podczas parady wojskowej z okazji ósmej rocznicy przekroczenia przez wojska egipskie Kanału Sueskiego (które rozpoczęło wojnę Yom Kippur), został zastrzelony przez własnych oficerów.
Leszek Stundis
- Autor: Leszek Stundis
- Odsłon: 3168
W połowie IV wieku na obszarze wschodniej Europy pojawili się przybysze z dalekiej Azji, Hunowie.
Był to lud pochodzenia tureckiego, który wiódł koczowniczy tryb życia, a głównym jego zajęciem, obok grabieży, był wypas koni i bydła. Hunowie nie budowali własnych miast, a te które znali, traktowali jedynie jako potencjalne obiekty do zdobycia i złupienia. Zakładali wprawdzie sezonowe siedziby przypominające niekiedy obwarowane osady, ale miały one raczej charakter rozległych obozowisk.
Złowieszczy pochód
Około 375 roku Hunowie dotarli do dolnego Dunaju, wzbudzając przerażenie u zamieszkujących ten obszar ludów germańskich. Po drodze złamali opór Wizygotów, którzy nie mając innego wyjścia sforsowali Dunaj i weszli na obszar Cesarstwa Rzymskiego.
Drugą ofiarą Hunów byli Ostrogoci, którzy również zostali zmuszeni do opuszczenia swych siedzib.
Oba ludy nie zamierzały jednak pogodzić się z klęską. Osłabione Cesarstwo Rzymskie stanowiło doskonałą okazję do powetowania sobie poniesionych strat. Bez skrupułów więc zaczęli masowo niszczyć i rabować rzymskie osady.
W 378 cesarz Walens postanowił ukrócić samowolę Wizygotów i pod Adrianopolem stoczył z nimi bitwę. Straty po obu stronach były znaczne, a w bitwie poległ sam rzymski imperator. Rzymianom udało się tylko tyle osiągnąć, że Wizygoci zamiast do Italii ruszyli na Grecję.
Następca Walensa Teodozjusz za pomocą przekupstwa i intryg zdołał poróżnić Wizygotów z innymi germańskimi nacjami, dzięki czemu Cesarstwo odzyskało na pewien czas spokój. Hunowie w tym czasie posuwali się dalej na zachód, co wzbudziło zamęt wśród Germanów zamieszkujących nad Renem.
Kolejne plemiona pierzchały przed hordami Hunów, a następnie ponownie łączyły w większe grupy, tyle że w innym składzie etnicznym.
W 406 roku na czele takiej na poły przypadkowej mieszanki germańskiej stanął młody wódz o awanturniczym usposobieniu -Radagajs. Przekroczywszy Alpy, postanowił nieco dłużej zabawić w Italii, słusznie licząc na zasobne kieszenie Rzymian. Panika na Półwyspie Apenińskim stworzyła szansę naczelnemu wodzowi Cesarstwa zachodniego Stylichonowi, który jako Wandal z pochodzenia popadł akurat w niełaskę. Nie mając jednak zbyt licznych sił na Półwyspie odwołał legiony z Galii, licząc zapewne na lojalność Franków.
Italia istotnie została uchroniona przed skutkami barbarzyńskiego najazdu. Jednak odepchnięte z powrotem siły Radagajsa przekroczyły tym razem Dunaj, co w myśl zasady domina, spowodowało ruchy tamtejszych plemion.
W rezultacie bałaganu, jaki nastąpił w końcu grudnia 406 roku Wandalowie, Swewowie i irańscy Alanowie przekroczyli system umocnień granicznych wzdłuż Renu, nieopodal dzisiejszego miasta Moguncji.
Stylichon zawezwał więc Wizygotów z Półwyspu Bałkańskiego. Był to jego największy błąd polityczny w życiu. Oskarżony o spisek został w roku 408 zamordowany, ponoć za przyzwoleniem samego cesarza Honoriusza.
Tym samym Rzymianie pozbawili się najzdolniejszego z wodzów i nic już nie mogło odmienić tragicznego położenia państwa. Wizygoci nie zamierzali bowiem pełnić roli jego strażników. Nie mieli również ochoty na opuszczenie żyznych ziem Italii. Frankowie natomiast, nie ufając swym germańskim pobratymcom, zaczęli umacniać swe pozycje w Galii słusznie przewidując, że wojenne wędrówki plemion jeszcze się nie zakończyły.
Na gruzach Cesarstwa
W 407 roku cesarz Honoriusz postanowił wycofać legiony z Brytanii. Nie było sensu dłużej bronić wyludnionej kolonii, która utraciła znaczenie gospodarcze, a z północy była bez ustanku atakowana przez Piktów.
Nie uchroniło to jednak Zachodniego Cesarstwa przed kolejnymi ciosami. Dwukrotnie, w 410 i 455 roku, imperium przeżyło najazdy, których ofiarą padło Wieczne Miasto. Za pierwszym razem sprawcami tragedii byli Wizygoci pod wodzą Alaryka, za drugim -Wandalowie dowodzeni przez Genzeryka.
Bunt Odoakra w 476 roku był tylko smutnym potwierdzeniem końca istnienia wielkiego ongiś cesarstwa. Wandalowie w tym czasie byli zajęci budową zrębów swego państwa w północnej Afryce, a Wizygoci pod wodzą Ataulfa wtargnęli do południowej Galii i wokół jednego z jej głównych miast, Tuluzy, utworzyli niewielkie, ale silne państwo. Wkrótce przekroczyli Pireneje i wkroczyli do Hiszpanii. W drugiej połowie V wieku, za panowania Euryka, wyparli resztki administracji cesarskiej i sami podjęli dzieło budowy własnego królestwa.
Na zalanych przez barbarzyńców obszarach byłych prowincji Cesarstwa Rzymskiego zaczęły powstawać państwa, których charakter był odmienny od wcześniejszych związków plemiennych. Dotychczasowa germańska wspólnota plemienna oparta była na demokracji wojennej. Wszelkie decyzje dotyczące polityki plemienia podejmował wiec, w skład którego wchodzili wszyscy wojownicy. Decydujący głos miał wódz lub książę (rzymski dux) oraz starszyzna rodowa. Często zamiast niej wokół księcia funkcjonowała rada plemienna, złożona z naczelników rodów, bądź klanów.
Po upadku Cesarstwa Rzymskiego dawne uprawnienia naczelników klanów zostały ograniczone na rzecz księcia i wyznaczonych przez niego urzędników. Nie powstała jednak administracja oparta na zawodowej warstwie urzędniczej, ani urzędy o ściśle określonych kompetencjach. Władca osobiście udzielał instrukcji dotyczących konkretnej sprawy, a wyznaczony poddany był tylko jego wysłannikiem.
Sądownictwo zachowało dawny charakter patrymonialny, choć w przypadku sporów w łonie rodów arystokratycznych istniała możliwość odwołania się do decyzji księcia. Z reguły jednak wszelkie sprawy natury cywilnej, jak małżeństwa, dziedziczenie, czy umowy kupna i sprzedaży regulowały dawne prawa zwyczajowe. W sprawach kryminalnych, zwłaszcza dotyczących zabójstwa, bądź zniewolenia kobiety, każdemu klanowi przysługiwało prawo krwawej zemsty.
Pierwsi monarchowie
Jako pierwsze do tworzenia organizmów państwowych przystąpiły plemiona germańskie. Przez wieki sąsiadując z Rzymianami, zdołały przyswoić sobie pewne elementy kultury prawnej Rzymian. Część z nich posługiwała się łaciną, a arystokracja niektórych z nich uważała się za obywateli rzymskich.
Najsilniejszym związkiem plemiennym byli Frankowie, którzy odziedziczyli w dawnej prowincji Galii niezłą sieć rzymskich dróg, miasta i obwarowane osady oraz sprawnie działającą organizację kościelną. Pierwszy władca, któremu udało się podporządkować większość Franków, Chlodwig, prędko zrozumiał, jak istotne znaczenie ma Kościół dla scementowania jedności rodzącego się państwa. Zapewne z tego względu w 496 roku, jako pierwszy z germańskich władców, dobrowolnie przyjął chrzest z rąk katolickich duchownych.
Obszar państwa stanowił własność księcia (patrimonium), choć zarówno Chlodwig, jak i jego następcy radzili się w najważniejszych sprawach wiecu. Na wiecach zapadały decyzje o wojnie i pokoju, dokonywano podziałów łupów, a także obierano wodza (księcia), bowiem w pierwszym okresie istnienia państwa frankijskiego tron książęcy nie był dziedziczny.
Dwór monarszy składał się z dostojników świeckich i duchownych. Najważniejszą osobą po księciu był majordom (majordomus), który zastępował władcę we wszystkich sprawach w czasie jego nieobecności. Spośród duchownych ważną rolę odgrywał spowiednik książęcy, choć oficjalnie nie wnikał w meandry polityki. Inni księża zajmowali się przede wszystkim prowadzeniem kancelarii, gdyż byli najczęściej jedynymi osobami umiejącymi pisać, czytać i formułować dokumenty.
Od czasów Chlodwiga rzymski podział administracyjny państwa został znacznie uproszczony. Zamiast diecezji, podzielonych na prowincje i okręgi (civitates), Merowingowie utrzymywali jedynie okręgi (pagi), które z grubsza odpowiadały dawnym administracyjnym okręgom rzymskim.
Pagi dzieliły się z kolei na setki (centata), czyli osady skupiające pierwotnie stu wojowników wraz z rodzinami. Na czele pagów stali lokalni dowódcy wojskowi, z tym, że musieli zostać uprzednio zatwierdzeni przez panującego. Z czasem przekształcili się oni w dostojników noszących tytuł comes civitatis. Nad setkami czuwali setnicy, którzy rekrutowali się najczęściej z niższej kadry oficerskiej.
Frankowie nie przejęli jednak legionowej struktury armii rzymskiej, chociaż potrafili docenić znaczenie piechoty. Na równi z nią traktowali jazdę, która bardzo prędko stała się zewnętrznym odbiciem społecznego rozwarstwienia wśród wojowników.
Od 493 roku istniało również silne królestwo germańskie w Italii. Jego twórcą był władca Ostrogotów, Teodoryk Wielki, który za namową bizantyjskiego cesarza Zenona pokonał Odoakra. Władca Bizancjum nie miał jednak złudzeń, że Teodoryk zwróci mu władzę nad Italią. Zdecydował się więc na powierzenie mu namiestnictwa, dzięki czemu, przynajmniej formalnie, Italia powróciła do Cesarstwa Bizantyjskiego.
Tak więc Teodoryk stał się z jednej strony bizantyjskim urzędnikiem, z drugiej zaś nadal pełnił funkcję monarchy Ostrogotów.
Rychło po objęciu władzy w Italii okazało się jednak, że Teodoryk nie zamierza ograniczać swoich rządów wyłącznie do wypełniania instrukcji cesarskich. Z własnej inicjatywy skonfiskował ziemie dawnych zwolenników Odoakra, hojnie nagradzając nią zaufanych oficerów, ustalił wysokość podatków, a wobec Ostrogotów nadal stosował zwyczajowe prawa germańskie. Jedynie wobec ludności rzymskiej posługiwał się prawem ustanowionym przez cesarzy. Jako arianin liczył się z silną opozycją katolicką wśród Rzymian, cieszącą się poparciem papieży. Nie ingerował więc w sprawy religijne, wykazując rzadką w tej epoce postawę tolerancji.
Dwór w Konstantynopolu również nie interesował się sprawami wiary w Italii, zwłaszcza że następcy Zenona jawnie sprzyjali monofizytom, uznającym w Chrystusie jedną, ale zarazem boską i ludzką naturę.
W 527 roku sytuacja uległa zmianie. Na tronie w Konstantynopolu zasiadł Justynian, nieprzejednany katolik i w dodatku człowiek o nieposkromionych ambicjach politycznych. W 555 roku ostatni władca Ostrogotów, Tejas, został ostatecznie pokonany, co przypieczętowało los pierwszego barbarzyńskiego państwa w Italii. W kilkanaście lat później, w roku 568, Półwysep Apeniński najechali Longobardowie, wywodzący się z tej samej grupy etnicznej co Ostrogoci.
Jednak już w 574 ich związek plemienny rozpadł się na kilkadziesiąt mniejszych organizmów, co z kolei spowodowało, że Bizantyjczykom udało się utrzymać skrawki Półwyspu. Nietknięte pozostało również państwo Kościelne, a w środkowej Italii niezależność utrzymało księstwo Spoleto.
Longobardowie, w przeciwieństwie do swych poprzedników, porzucili politykę ugodową wobec ludności rzymskiej. Od początku uznali ją za ludność podbitą, wobec której można dowolnie interpretować prawo. Toteż wypracowane przez jurystów rzymskich zasady regulacji sporów były przez nich stosowane tylko wówczas, gdy sprzyjały ich interesom.
W 597 roku na wyspy brytyjskie przybyła misja wysłana przez papieża Grzegorza VII, której udało się schrystianizować południową część Anglii. Z kolei z wyspy Iona, wyruszyła podobna misja do kraju Piktów, kierowana przez mnichów irlandzkich. Również i ona zakończyła się powodzeniem.
Na początku VII wieku Brytania przedstawiała mozaikę walczących ze sobą królestw, ochrzczonych, ale hołdujących nadal pewnym plemiennym zasadom ustrojowym. Obok książąt (coerls), najważniejszą rolę odgrywała arystokracja, skupiona wokół naczelników (earls), bowiem na niej spoczywał militarny wysiłek obrony ziemi oraz prowadzenia wypraw.
Ludność trudniąca się rolnictwem miała status półwolnej (laets), bowiem już wówczas była obarczona pewnymi powinnościami wobec właścicieli ziemskich. Obok niej istniała również pokaźna grupa niewolników (theows), rekrutująca się najczęściej z brańców, rzadziej z zakupu. Handel niewolnikami na miarę antyku nie istniał bowiem w społecznościach germańskich.
Dawną wspólnotę rodową zastąpiły gminy wiejskie (township), zarządzane przez zebrania wolnych mieszkańców (galimot). Decydowały one o wyrębie lasów, użytkowaniu łąk, a przede wszystkim o tym, co w danym roku będzie uprawiane.
Z czasem gminy zostały zastąpione przez centeny, czyli okręgi zamieszkałe przez 100 wojowników, podobnie jak u Germanów na kontynencie. Na czele takiej wspólnoty stał starosta centeny, hundred-moot, którego obowiązkiem było zwoływanie raz w miesiącu zgromadzenia. Ponadto realizował on zadania w zakresie bezpieczeństwa publicznego i przestrzegania obyczajów. Sądownictwo sprawowało 12 starszych, którym przewodniczył sędzia królewski.
Stan posiadania poszczególnych rodów zależał od udanych wypraw wojennych. Jedne stawały się szybko konkurentami władcy, pod względem posiadanego majątku, inne musiały szukać opieki u bogatszych sąsiadów. Earl przyjmujący pod opiekę zubożałych sąsiadów stawał się hlafordem (późniejszym lordem), a więc odpowiednikiem średniowiecznego suwerena. Wszyscy wolni, jak też półwolni mieszkańcy owych państewek mieli obowiązek uczestnictwa w wyprawach wojennych oraz pracach przy budowie mostów, dróg i grobli. Przy czym własny koń i rynsztunek wymagany był od ludzi wolnych.
U progu średniowiecza
Czasy, które nastały po upadku Cesarstwa zachodniego zwykło się określać mianem wczesnego średniowiecza. Trwało ono mniej więcej do X wieku w Europie Zachodniej, a do XII w. w Europie Wschodniej. W tym okresie powstaje większość współczesnych państw europejskich, a własność ziemi i stopień poddaństwa staje się podstawą stosunków feudalnych. Pozycję swą umacnia Kościół, który jednak nie odgrywa do XI wieku zbyt dużej, samodzielnej roli politycznej.
Po śmierci Chlodwiga w 511 roku państwo Franków rozpada się na zachodnią Neustrię i wschodnią Austrazję. Chociaż w obu panują przedstawiciele Merowingów, nie ma między nimi zgodności co do polityki zewnętrznej, a często dochodzi nawet do wojen.
Z czasem coraz większą rolę na frankijskich dworach zaczynają odgrywać majordomowie z domu Karolingów. W 732 roku, jeden z nich, Karol Młot, powstrzymał pod Poitiers napór Arabów z Hiszpanii. Choć w rzeczywistości Arabowie nadal plądrowali Francję, Karol Młot wedle późniejszych legend urósł do rangi obrońcy Europy przed Maurami.
Na wschodzie, około roku 622 Słowianie podnieśli bunt przeciwko Awarom, który zakończył się pomyślnie. Na jego czele stanął tajemniczy kupiec frankijski Samon, któremu udało się zjednoczyć kilka grup plemiennych zamieszkujących obszary dzisiejszych Moraw, Czech i Łużyc. W 631 pokonał nawet silny korpus wojsk frankijskich króla Dagoberta I.
Dopiero Karol Wielki po zjednoczeniu Franków uporządkował sprawy na wschodzie, likwidując chanat Awarów oraz podporządkowując sobie Longobardów i Sasów. Co się działo z Samonem i jego posiadłościami - dokładnie nie wiadomo. Być może zostały one wchłonięte przez rodzące się Państwo Wielkomorawskie.
Tak więc na początku IX wieku, po koronacji Karola Wielkiego na cesarza, Europa podzielona została pomiędzy dwa cesarstwa, pomiędzy którymi egzystowały państwa i państewka o różnej kondycji militarnej i gospodarczej. Tak narodziła się Europa…
Leszek Stundis