Historia el.
- Autor: Leszek Stundis
- Odsłon: 6355
Kolebka demokracji, za którą są uważane Stany Zjednoczone Ameryki Północnej, kryje w swojej historii wiele, często jakże mrocznych tajemnic. I nie chodzi tylko o wstydliwą i po dziś dzień dzielącą Amerykanów kwestię niewolnictwa, rasizmu czy holocaust Indian. Ale o odpowiedź na pytanie: jakie były prawdziwe źródła amerykańskiej wolności?
W świadomości przeciętnego Europejczyka czy mieszkańca Ameryki Północnej USA to wynik krwawej walki o niepodległość pierwszych trzynastu kolonii, bohaterstwo pionierów, którzy niestrudzenie parli na Zachód i wreszcie pierwsza na świecie konstytucja z prawdziwego zdarzenia z pełnym trójpodziałem władz w duchu Monteskiusza. Taka wizja narodzin tego mocarstwa dominuje w oficjalnych opracowaniach historycznych, przemilczając pewne fakty, który burzą ów uporządkowany obraz.
Trudne początki
Wyprawy Krzysztofa Kolumba zapoczątkowały podbój obu Ameryk. W Ameryce Południowej wpływy podzieli między siebie Hiszpanie i Portugalczycy, którym udało się zająć ujście największej z rzek, Amazonki i stworzyć podwaliny późniejszej Brazylii.
W Ameryce Północnej sprawa nie była tak oczywista, gdyż na scenie pojawiło się znacznie więcej graczy. W XVI wieku rzekę Rio Grande (dzisiejszą rzekę graniczną między USA i Meksykiem) przekroczyli Hiszpanie i przyłączyli do Nowej Hiszpanii obszar dzisiejszych stanów Arizona, Nowy Meksyk, południową Kalifornię i Newadę oraz część Teksasu. Udało imię także zająć Florydę.
Z kolei Alvar Nuñez Cabeza de Vaca (1507-59) przemierzył ogromne połacie dziewiczego kontynentu i wkroczył od północy do Meksyku. W tym samym czasie Jacques Cartier (1491-1557) odkrywa Kanadę, bowiem nie tylko obserwuje jej wybrzeże jak jego poprzednicy, ale posuwa się rzeką św. Wawrzyńca w głąb niezbadanego terytorium. W końcu dociera do wiosek Huronów i Irokezów położonych w okolicy dzisiejszego Quebecku i Montrealu. Niespełna pół wieku później tereny stają się obszarem ekspansji francuskiej, a Samuel de Champlain (1567-1635) zostaje pierwszym gubernatorem Nowej Francji.
Na wschodnim wybrzeżu
W 1620 roku na statku Mayflower do wschodnich wybrzeży Ameryki Północnej dociera grupa purytańskich uchodźców z Anglii i zakłada kolonię Plymouth. W tym czasie Szwedzi w północno- wschodniej części USA powołują do życia Nową Szwecję, a Holendrzy Nową Holandię ze stolicą w Nowym Amsterdamie (dzisiejszy Nowy Jork).
Wraz z nimi ściągają inni wychodźcy z przeludnionej Europy: Niemcy, Norwegowie, Duńczycy czy Polacy.
Rzecz jasna wszyscy oni wchodzą w kontakt z rozmaitymi grupami Indian, z którymi stosunki układają się rozmaicie. W XVII wieku na ogół jest to dość pokojowa koegzystencja oparta na obopólnie korzystnym handlu, choć powoli zaczyna robić się zbyt tłocznie, zwłaszcza w społecznościach traperskich, w których handel futrami jest podstawą gospodarki.
Indianie także potrafili zorganizować parę ponadplemiennych związków, z których najpotężniejsza była Liga (lub Konfederacja) Irokeska. W jej skład wchodziło pięć (od 1722 roku sześć) największych plemion zamieszkujących ziemie pomiędzy Wielkimi Jeziorami na zachodzie, a rzeką św. Wawrzyńca na północy. Byli to: Mohawkowie, Oneidowie, Onondagowie, Kajugowie, Senekowie i Tuscarorowie. Prezentowali nadzwyczaj rozwiniętą cywilizację, prowadzili osiadły tryb życia i zajmowali się głównie uprawą fasoli, dyni i kukurydzy.
Co ciekawe, zdołali wypracować zbiurokratyzowany system polityczny, na straży którego stała Wielka Rada Sześciu Plemion, w której najmocniejszą pozycję mieli Onondagowie.
Nie wiadomo dokładnie kiedy powstała, gdyż brak znajomości pisma wykluczył istnienie kronik. Tradycja ustna podaje jedynie, że „dawno temu”, ale po dziś dzień badacze nie wiedzą czy chodzi o wiek XII, XV czy XVI. Znamy natomiast imiona legendarnych przywódców Ligi: jej twórcy Hiawathy i późniejszych reformatorów Denawanidy i Canastegi (1684-1750).
Najbardziej zaskakująca wydaje się pozycja kobiet w Lidze. Otóż to one dokonywały wyborów delegatów do Wielkiej Rady. To po nich dzieci dziedziczyły swoją „przynależność plemienną i klanową”. To one miały decydujący głos w sprawie wychowania i edukacji dzieci.
Niepewny byt
W XVII wieku zachodzą znaczne zmiany w południowej części Ameryki Północnej odpowiadającej wschodnim rubieżom późniejszych Stanów Zjednoczonych za sprawą masowego napływu kolonistów z Anglii. Ich zwarte skupiska tworzą w 1643 zalążek Nowej Anglii (tereny późniejszych stanów: Maine, New Hampshire, Massachusetts, Rohde Island, Connecticut, Vermont), usankcjonowanej aktem Jakuba II przekształcenia tych ziem w dominium w 1686 roku.
Jest to także okres kulminacji rywalizacji angielsko- holenderskiej o kolejne ziemie na zachód od pasa atlantyckiego wybrzeża i początek wojen bobrowych o skóry zwierzyny łownej pomiędzy Francuzami z jednej strony, a Irokezami z drugiej. Ci ostatni są jednak podzieleni i część Irokezów woli współpracę z Brytyjczykami.
Anglicy przysyłają coraz to nowe posiłki wojskowe do kolonii, dzięki czemu mają znaczną przewagę w otwartych bitwach. Francuzi wraz z indiańskimi sprzymierzeńcami uciekają się do dość podstępnej walki partyzanckiej, a Holendrzy pod wodzą walecznego dyrektora generalnego Petera Stuyvesanta (1612-72) likwidują Nową Szwecję i zaciekle bronią swej stolicy - Nowego Amsterdamu.
W drugiej połowie XVII stulecia angielska ekspansja przybiera na sile. W 1681 roku król Karol II nadaje Williamowi Pennowi (1644-1718) ogromny obszar ziemi o powierzchni przeszło 100 000 km2, na której powstaje zarządzana przez właściciela i jego kwakrów Pensylwania (późniejszy stan USA).
Dziesięć lat później Massachusetts wchłania Nową Anglię, choć jej nazwa zwyczajowo nadal jest używana.
Z Kanady w 1673 wyrusza ekspedycja francuska pod kierunkiem podróżnika Louisa Joliota (1645-1700) i jezuity ojca Jacquesa Marquetta (1637-1675), która podążając wzdłuż Missisipi dociera do jednego z jej największych dopływów - rzeki Arkansas. Francuzi zatrzymują się jednak w tym miejscu, chcąc uniknąć kontaktu zarówno z nieprzychylnymi im Indianami jak i wojskami Nowej Hiszpanii. Uznają jednak pas ziemi wzdłuż rzeki za swoją zdobycz i nadają jej oficjalną nazwę Luizjana na cześć francuskiego króla-Słońca Ludwika XIV.
Liga Irokeska znajduje się w oku politycznego cyklonu. Zagrażają jej Anglicy, którzy starają się zepchnąć ją bardziej na zachód, a z zachodu Francuzi. Co więcej, na północy niechętnie odnoszą się do niej inne plemiona jak Huronowie, którzy za nic nie chcą się do niej przyłączyć.
W 1674 dobiega kresu żywot Nowej Holandii. Na mocy porozumienia angielsko- holenderskiego wszyscy mieszkańcy Nowego Amsterdamu i okolicznych fortów stają się poddanymi monarchii brytyjskiej. Stopniowo na atlantyckim wybrzeżu przyszłych Stanów Zjednoczonych zaczynają dominować Anglicy.
W 1701 roku Liga Irokeska zawiera pokój z Francuzami, który kończy wojny bobrowe. Przez następne pół wieku trwa swoisty impas przerywany niekiedy atakami jednej ze stron.
Na początku XVIII wieku pojawia się jednak kolejny gracz o legendarne bogactwa Ameryki. Rosjanie. Ich przedmiotem zainteresowań stały się zachodnie wybrzeża kontynentu. Vitus Bering (1681-1741) w pierwszej połowie tegoż stulecia przedsięwziął wyprawę do wschodniej Syberii, a następnie na Kamczatkę i Półwysep Czukocki, aby ostatecznie dowieść, że Rosja i Ameryka Północna nie mają lądowego połączenia. Zapomniano wówczas o wcześniejszych odkryciach Dieżniewa, a wiedza Czukczów i Eskimosów na ten temat była znana tylko w wąskich kręgach plemiennych wodzów i szamanów.
Rosjanie kolonizują Aleuty (pierwsza osada na wyspie Kodiak), Alaskę i wschodnie wybrzeże aż po Kalifornię, w której w 1741 wznoszą najbardziej na południe wysuniętą swoją twierdzę Fort Ross. Oni też stają się poważnymi partnerami w handlu futrami, jak również uczestnikami masowych polowań na morsy i wieloryby, w które zasobne są wody Arktyki.
Powstaje Rosyjsko- Amerykańska Kompania Handlowa, a jej dyrektor Aleksander Baranow (1746-1819) okazuje się prawdziwym ambasadorem swego kraju w Ameryce Północnej. Musi jednak bardzo uważać, aby nie wejść w konflikt z Hiszpanami, którzy roszczą sobie prawo do Kalifornii i w latach 70. XVIII wieku zakładają na jej wybrzeżu duże miasto San Francisco (czcząc w ten sposób pamięć św. Fraszka z Asyżu).
Rok 1744 przynosi olejną zmianę na mapie kontynentu. Jeden z przywódców irokeskich Canastego podpisuje z Brytyjczykami w Lancaster traktat, na mocy którego przekazuje im całą dolinę rzeki Ohio. Jednocześnie ewakuuje swoje plemiona bliżej Wielkich Jezior. W ten sposób koloniści angielscy wchodzą w bezpośrednią styczność z mieszkańcami Nowej Francji.
Czyn irokeskiego przywódcy nie wzbudza entuzjazmu ani u jego współplemieńców, ani u Francuzów. W sześć lat po kontrowersyjnym traktacie Canastego zostaje zmordowany, być może przez swoich przeciwników politycznych.
Nie wiadomo co kierowało wielkim przywódcą. Czy chciał chronić swój lud, czy może uzyskał od Brytyjczyków jakieś zapewnienie o rekompensacie na zachodzie? Późniejsze fakty zdają się potwierdzać, że w owym czasie Irokezi mogli liczyć na przychylność angielskich elit, zwłaszcza w czasie wojny o niepodległość.
Bunt
Od samego początku istnienia kolonii brytyjskich w Ameryce stosunki pomiędzy nimi, a metropolią nie układały się najlepiej. Londyn zasilał populację swych rubieży przestępcami, a w najlepszym razie uchodźcami politycznymi i religijnymi.
Sytuacja uległa zaostrzeniu, gdy na tron w 1760 wstąpił Jerzy III, człowiek gwałtownego usposobienia, apodyktyczny i ponadto… chory psychicznie. Od chwili wstąpienia na tron dał się poznać jako egocentryk, uznający tylko swoje racje, czemu dawał wyraz narzucając rządy i negując decyzje parlamentu.
Wprawdzie w 1763, na mocy pokoju paryskiego kończącego wojnę siedmioletnią, Kanada staje się kolonią brytyjską, jednak późniejsze decyzje brytyjskiego parlamentu, jak choćby ustawa Charlesa Townshenda stają się przyczyną kolejnej fali napięć. Nowe cła na herbatę, olej, ołów czy papier wywołują liczne protesty i bojkot towarów brytyjskich, co spotyka się z represjami w postaci nowych ceł.
Szczytowym momentem jest „bostońskie picie herbaty” w 1773 roku, podczas którego koloniści przebrani w stroje Indian niszczą, wyrzucając do morza ładunek herbaty warty 10 000 funtów! W odwecie parlament uchwala Akt Nietolerancji, zamyka port w Bostonie do czasu uzyskania odszkodowania i nakazuje zakwaterowanie w domach kolonistów dodatkowych oddziałów wojskowych.
W konsekwencji doprowadziło to do wybuchu wojny o niepodległość zakończonej w 1783 kolejnym pokojem paryskim i powstaniem USA. Sam przebieg wojny jest dość dobrze znany, natomiast jej kulisy nie wszystkie. Twórcy nowego państwa zwani Ojcami Założycielami, jak George Washington (1732-96), Benjamin Franklin (1706-90), Thomas Jefferson (1743-1826) czy Alexander Hamilton (1755/7-1804) zdawali sobie sprawę, że nowe państwo musi być republiką z silną władzą wykonawczą i armią, która będzie skutecznie odpierać brytyjskie ataki. Mieli również świadomość, że w tyglu etnicznym, jakim były ich ziemie, trzeba szukać porozumień, aby zapobiec wojnie domowej.
Istnieją dokumenty, że Franklin znał Castanegę i prowadził z nim pewne negocjacje, które być może doprowadziły do traktatu w Lancaster. Co więcej, część „oświeconych” Amerykanów była pod wielkim ważeniem kultury Irokezów, którzy posiadali swoistą, choć nie spisaną konstytucję. Co ciekawe, jej inwokacja brzmiała: „My, naród…” - identycznie jak w konstytucja USA z 1787 roku! A w 116 znanych z tradycji ustnej artykułach zawarta jest idea federacji i pokojowego współistnienia tworzących ją ludów.
Fakt wpływu konstytucji Irokezów na amerykańską ustawę zasadniczą był przez wiele lat przemilczany w oficjalnej historii USA. Dopiero w latach 80. XX wieku Kongres wydal rezolucję nr 331, która potwierdzała go.
Łut szczęścia
Wiek XIX był pasmem sukcesów brytyjskich kolonistów, wyjąwszy tragiczne pięciolecie wojny secesyjnej. W 1803 roku Francja odsprzedaje Stanom Zjednoczonym Luizjanę, a w kilkanaście lat później Hiszpania Florydę - w zamian za zrzeczenie się przez USA pretensji do Teksasu. Stan ten nie trwa jednak długo.
W 1836 wybucha wojna z Meksykiem (byłą kolonią hiszpańską, niepodległą od 1821) o Teksas, a do roku 1848 w rękach Amerykanów znajdują się wszystkie posiadłości tego kraju na północ od Rio Grande. Jedenaście lat później kolejnym stanem staje się Oregon, dzięki czemu młode państwo ostatecznie utrwala swoje granice pomiędzy Kanadą a Meksykiem.
Kolejnym, korzystnym zrządzeniem losu jest trudna sytuacja ekonomiczna w Rosji po wojnie krymskiej. Car Aleksander II decyduje się na sprzedaż Alaski i Aleutów, aby podreperować budżet. Po żmudnych negocjacjach, w których ze strony rosyjskiej uczestniczył baron Edward de Stoch, a amerykańskiej - sekretarz stanu William H. Steward (18091-72) i polsko-amerykański generał Włodzimierz Krzyżanowski (1824-87), uzgodniono kwotę 7,2 miliona dolarów jako stosowną cenę za nowo nabyte terytoria.
Można zaryzykować stwierdzenie, że od tego momentu USA wkroczyło na drogę nowego imperializmu, który pod pozorem krzewienia demokracji i idei wolnościowych roztoczył „opiekę” nad rozległymi połaciami Ameryki (Kuba, Portoryko; 1898) i Azji (Filipiny, Guam;1898).
Ale w amerykańskiej mentalności nadal dominują idee Ojców Założycieli, umiłowanie wolności i przekonanie o własnej racji moralnej nawet w tak trudnych kwestiach jak bombardowanie obiektów cywilnych w Libii, Iraku czy stanowienie swoistego porządku świata na modłę USA.
Leszek Stundis
- Autor: Leszek Stundis
- Odsłon: 4079
Wieki ciemne. Z pozoru
Średniowiecze nie było początkowo przychylne naukom przyrodniczym. Zawinił św. Augustyn, który uparcie twierdził, że badania przyrody są to „poszukiwania bardzo ciekawe i bardzo próżne”, a filozofię i literaturę klasyczną nazywał kłamstwami, bezbożnymi bajkami i wykrętnymi argumentami filozofów. Sam jednak należał do największych umysłów swoich czasów, również w zakresie znajomości natury. Zanim bowiem doznał oświecenia był nauczycielem retoryki w Mediolanie.
Na szczęście nie wszyscy podzielali jego poglądy. Marcjan Capella, żyjący w V wieku, napisał pierwszy średniowieczny podręcznik zatytułowany O zaślubinach Merkurego i Filologii. Wprawdzie późniejsi badacze nazwali jego dzieło „dżunglą chaotycznej geografii, mistycznej arytmetyki i przestarzałej astronomii” jednak to właśnie on wprowadził pojęcie siedmiu nauk wyzwolonych, które przetrwało całe średniowiecze.
W średniowieczu rozwinęły się szkoły przyklasztorne, katedralne i parafialne, a w XIII wieku powstały pierwsze uniwersytety. W szkołach realizowano dość wąski program, chociaż oparty na łacińskich tekstach klasycznych, bądź podręcznikach na nich wzorowanych. Niekiedy nie odpowiadały one duchowi miejsca i czasu. Popularne Catonis Disticha de moribus, na których szlifowali swoją łacinę mnisi, obok łatwo przyswajalnego kursu gramatyki, zawierały także porady, jak traktować „spazmy i intrygi żon”.
W szkołach średniowiecznych powrócono do dawnych metod „pamięciowych”. Dyscyplina panowała w nich surowa, a symbolem nauczyciela stała się rózga. Bito nie tylko za złe zachowanie, ale także za brak zdolności. Według tradycji św. Romuald był tak długo bity w lewe ucho, że pewnego dnia poprosił nauczyciela, by od tej pory bił w prawe, bo na lewe nic nie słyszy. Żywot Św. Wojciecha również wspomina, że nauczyciele nie szczędzili mu razów. Bito również profilaktycznie, najczęściej w soboty. Była to kara za przewiny nieumyślne, lub trudne do udowodnienia. Zresztą nadmiar cierpienia nie uchodził wówczas za coś złego.
Uniwersytety cieszyły się natomiast dużą swobodą. Także obyczajową. Obok uczonych i scholarów w dzielnicach uniwersyteckich doskonale prosperowały oberże i przybytki, będące odpowiednikiem dzisiejszych agencji towarzyskich. Dzielnice te nie podlegały w zasadzie miejskiej jurysdykcji. W Akademii Krakowskiej władzę sądowniczą sprawował rektor i on mógł wsadzać niesfornych studentów do „paki”, a nie miejska straż. Rzecz jasna w XVI wieku, kiedy akademicka młódź dopuściła się licznych tumultów, władze miejskie zareagowały dość gwałtownie i wydały kilka wyroków. Jednak dotyczyło to wykroczeń na terenie miasta.
W późnym średniowieczu nauki wyzwolone zostały podzielone na dwie grupy: trivium (poziom niższy- gramatyka, dialektyka, retoryka i quadrivium (poziom wyższy- arytmetyka, geometria, muzyka, astronomia). Obok nich pod koniec epoki zaczęto tworzyć katedry prawa i medycyny.
Dobroduszny da Feltre i jego następcy
Ojczyzną odrodzenia były Włochy. Tutaj narodziły się także nowe pomysły na temat kształcenia. Vittorino da Feltre rozpoczął swoją działalność w końcu XIV wieku. Sam chorowity i mizernej postury, odznaczał się wielkim hartem ducha. Szkoła, którą prowadził prezentowała zupełnie inny typ niż szkoła średniowieczna. Kary fizyczne stosowano w niej rzadko, choć da Feltre uważał, że lepiej komuś przyłożyć niż go wyrzucić. W jego programie wiele miejsca zajmowała zabawa, którą uważał za najlepszą nauczycielkę, zwłaszcza najmłodszych dzieci. Dużą rolę przywiązywał do ćwiczeń fizycznych, które zalecał prowadzić na świeżym powietrzu, a nie w zamkniętych salach. Realizował kurs z zakresu 7 nauk wyzwolonych, ale pod koniec uzupełniał go o pisma Platona i Arystotelesa.
Jego pomysły przejął częściowo ideolog stanu mieszczańskiego Piotr Vergerio. Dla niego celem kształcenia było przygotowanie sprawnych politycznie obywateli. W ten sposób, uważał, mieszczanie będą mogli skutecznie rywalizować o władzę ze szlachtą. Dość oryginalnym jego pomysłem były lekcje śpiewu w celu rozładowania napięcia. Vergerio uważał również, że polityk musi mieć obycie w naukach przyrodniczych, bowiem ich znajomość pomaga zrozumieć świat. Winien również znać arytmetykę, geometrię i medycynę, gdyż to z kolei wzbudza szacunek i lęk pospólstwa, a bez nich rządzić niepodobna.
W pierwszej połowie XVI wieku wielkim entuzjastą nauki okazał się Thomas More (Morus). W swojej Utopii naszkicował społeczeństwo, które nawet wolne chwile będzie spędzać na rozrywkach umysłowych. W podobnym duchu wypowiadał się Thomas Elyot, stojący na stanowisku, że łaciny należy uczyć nawet służbę. Z nią bowiem większość czasu spędzają dzieci z dobrych domów.
Juan Luis Vives dostrzegł rolę dobrego przykładu dorosłych. Jego zdaniem, dzieci naśladują bezkrytycznie ich zachowanie, a więc ma ono ogromne znaczenie dla ich wychowania. Miał również oryginalną koncepcję co do stanu nauczycielskiego. Uważał, że pobory nauczycieli powinny być na tyle wysokie, by zapewnić im dostatnie życie, ale nie na tyle, by przyciągnąć do belferskiego rzemiosła głupców i obiboków. Był także zwolennikiem nauki przez doświadczenie. Nakazywał swoim podopiecznym wycieczki na miasto i rozpytywanie się wśród kupców i rzemieślników o najistotniejsze cechy ich zawodu. Nie chciał, by jego wychowankowie znali lepiej Cycerona od własnych rodziców.
Renesansowi myśliciele dość zgodnie występowali przeciwko klerowi. Françoise Rabelais, Pierre de la Ramée (Ramus), czy Erazm z Rotterdamu kładli nacisk na konieczność kształcenia obywatelskiego, bez elementów scholastyki, jednak ich gorące apele nie wyszły poza sferę pobożnych życzeń. Jedynie uniwersytety zachowały swoją autonomię, choć niektóre w XIV i XV wieku powróciły do tradycji scholastycznej.
Pierwszym, który w czambuł potępił szkoły, był Marcin Luter. Uważał, że są narzędziem w rękach Kościoła. Porównywał szkołę do piekła, nauczanie do mąk czyśćcowych, a uczniów do nieszczęśników, którzy wynosili z niej jedynie sine plecy. Dla niego źródłem wiedzy była Biblia, toteż przetłumaczył ją na niemiecki. Pod jego wpływem liczba szkół istotnie zmalała. Trwało to jednak krótko. Książęta niemieccy nie byli skłonni panować nad kompletnie ogłupiałymi poddanymi i niespecjalnie przejęli się pomysłami Lutra. Sam Luter zresztą dość szybko ochłonął, zwłaszcza, że tylko dzięki książętom, niechętnym papieżowi, mógł w ogóle egzystować.
Toteż już w 1524 roku w broszurze Do rajców i burmistrzów w sprawie zakładania szkół ubolewał nad brakiem szkół i zapytywał retorycznie: „skąd będziemy brać pastorów i kaznodziejów”. Postulował także, by nauczać zarówno łaciny, jak greki i hebrajskiego, bowiem wszystkie języki starożytne są niezbędne do badania Biblii.
Bałagan szkolny trwał w Niemczech aż do drugiej połowy stulecia. Dopiero po pokoju augsburskim sytuacja stała się bardziej znośna. Jako pierwszy, w 1559, książę Wirtembergii wydał zarządzenie, aby w każdej parafii istniała szkoła elementarna.
Czas reakcji i buntu
Wiek XVII przyniósł ogromne spustoszenie w europejskiej nauce. Wojna trzydziestoletnia i kontrreformacja pozbawiły życia wielu uczonych i nauczycieli, a inkwizycja zaczęła zagrażać uniwersytetom. Na tym tle dość dobrze wypadły kolegia jezuickie, które wprowadziły szereg „świeckich elementów nauki” do programów. Nawet kary cielesne w ich kolegiach wymierzał świecki pracownik szkoły, zwany korektorem, choć wcześniej dyskretnie ustalał ich wymiar z odpowiednim nauczycielem zakonnym.
Jezuici kształcili najchętniej przyszłych braci, bądź ludzi szlachetnie urodzonych. Do niewątpliwie udanych eksperymentów tego zgromadzenia należały redukcje paragwajskie. Powołane ok. 1610 na niedostępnych obszarach dzisiejszego Paragwaju stanowiły właściwie niezależne państwo, w którym bracia podjęli dzieło nauczania Indian. Nie stosowali kar fizycznych, a swoją misję wykonywali nader sumiennie. Uczyli według najlepszych wzorów europejskich nie tylko pisania i czytania, ale takich umiejętności, jak np. gry na skrzypcach.
Nie wszystkim spodobał się nowatorski pomysł jezuitów. Właściciele plantacji chętniej widzieli Indian na swoich polach i zupełnie nie rozumieli po co im umiejętność pisania, czytania, czy matematyka. Redukcje przetrwały aż do roku 1759, kiedy to wszechwładny minister portugalski Sebastiaõ José de Carvalho e Mello Pombal doprowadził do wygnania jezuitów z Portugalii i jej kolonii. W 8 lat później zlikwidowane zostały również jezuickie redukcje na terenie kolonii hiszpańskich, a w 1773 papież Klemens XIV rozwiązał sam zakon.
W Europie nowe spojrzenie na kształcenie usiłował upowszechnić czeski pedagog Jan Ámos Komenský. Uważał, że kształcenie powinno być powszechnie dostępne, szkoła winna mieć jednolity charakter, a w programie umieszczana jak największa liczba wiadomości ze wszystkich dziedzin. Tak zwane kształcenie „pansoficzne” miało być nauką „wszystkich wszystkiego”.
W nieco podobnym duchu wypowiadał się Anglik William Petty. Jako ubogi chłopiec wiele wysiłku włożył w zdobycie zawodu. Zapewne z tego okresu wziął się jego bałwochwalczy zachwyt dla techniki. Petty był zdania, że powinno się tworzyć instytuty mechaniczne, w których każdy mógłby się zapoznać z historią wszystkich rzemiosł i technologii, a w odpowiednio urządzonych pracowniach sam zgłębiać ich tajniki.
Inny samorodny talent pedagogiczny, Gerrard Winstanley, stał na stanowisku, że poznanie natury człowieka doprowadza do Boga, a więc należy kształcić młodzież w zakresie ludzkich aktywności. Postulował, aby program szkolny obejmował 5 bloków tematycznych, jak rolnictwo, górnictwo, hodowla bydła, prace leśne i astronomia, połączonych z pracą fizyczną.
Migawki spod gilotyny
Wielka Rewolucja Francuska zburzyła dotychczasowy porządek społeczny w państwie Bourbonów. Kiedy spadały głowy, a Konwent Narodowy gorączkowo radził, jak uchronić zdobycze rewolucji, niewiele czasu pozostawało na sprawy szkolne. Jednak niemal wszyscy bez wyjątku przywódcy rewolucji mieli swój pogląd na ten temat.
Honoré Mirabeau uważał, że nauka w szkołach elementarnych winna być odpłatna. Jednocześnie stał na stanowisku, że kto przebrnie wszystkie jej klasy powinien mieć możność nauki w bezpłatnym liceum narodowym. W jego słowach tkwiła obłuda i sprzeczność, ale tylko pozorna. Mirabeau już wówczas niechętnie patrzył na lumpenproletariackich apologetów terroru i wolał mieszczański model rewolucji. A mieszczan było stać na szkołę.
Charles Talleyrand-Périgord, choć znakomity arystokrata, twierdził, że szkoła elementarna musi być bezpłatna. Jednak nie upierał się, by wprowadzać obowiązek szkolny. Ponadto stał na stanowisku, że każdy kto ma środki i chęci powinien móc zakładać szkoły. Dzięki niemu w krótkim czasie rozwinął się we Francji system szkół prywatnych, który istnieje do dzisiaj. Postulował też, aby w programie umieścić obowiązkowe kształcenie z zakresu konstytucji.
Jean Condorcet proponował, by program szkolny obejmował głównie wiadomości z zakresu nauk przyrodniczych. Nadto przekonywał deputowanych i siebie samego, że można i należy znieść nierówności intelektualne przez odpowiedni przekaz wiedzy. Uważał również, że dla ludzi wykształconych najlepszym odpoczynkiem jest praca fizyczna, zaś dla robotników lekki wysiłek umysłowy.
Najbardziej rewolucyjne poglądy prezentował Louis Michel le Peletier. Opracował cały system wychowania narodowego oparty na kompletnej izolacji dzieci od rodziców i reszty społeczeństwa. W programie tym w ogóle nie było miejsca dla religii, a zamiast niej miano nauczać świeckiej moralności. Pewną liczbę godzin przewidywano na pracę fizyczną uczniów, najczęściej realizowaną w ramach robót publicznych. Nowym przedmiotem miała być historia wolnych narodów i ruchów rewolucyjnych. Tak więc, pod względem pomysłowości, o przeszło 120 lat wyprzedził radzieckich pedagogów.
W 1791 Konwent uchwalił ustawę o szkołach państwowych. Pozbawiała ona prawa nauczania wszystkich księży, którzy odmówili złożenia przysięgi na wierność Republice. W 2 lata później jakobini przeforsowali ustawę o „domach wspólnego wychowania” bliską le Peletierowi. Jednak w drugiej połowie roku większość z nich powędrowała na szafot i Konwent ponownie stanął w obliczu nowych inicjatyw ustawodawczych.
W końcu znaleziono kompromis. Szkoły państwowe miały kształcić od 6 do 8 roku życia (a więc przez 3 lata). Obok nich dopuszczono również szkoły prywatne. Na nowych właścicieli zaczęto patrzeć dość liberalnie, tak że w gronie nauczycieli ponownie znaleźli się księża odsunięci wcześniej od nauczania. Po szkole każde dziecko miało obowiązek pracy i nauki zawodu i to pod groźbą represji. Delikwentowi, który do 12 roku życia nie zdobył godziwych kwalifikacji groziła kara do 10 lat pozbawienia wolności.
Generacja pozytywistów
W następnym stuleciu zapał rewolucyjny został w dużej mierze stłumiony. Powstania i rewolucje permanentnie ponosiły klęski, a romantyczni poeci coraz bardziej oddalali się od spraw ziemskich ku metafizyce. Nowością na „rynku edukacyjnym” były szkółki niedzielne, które początkowo nie miały nic wspólnego z nauczaniem religii. Jeden z ich twórców, Robert Raikes, uważał jedynie, że dzieci zbytnio skore są do psoty, a więc należy im maksymalnie wypełnić czas wolny. Postulował więc, aby zaraz po mszy organizować lekcje i przerabiać normalny program. Dopiero w późniejszym okresie lekcje pisania, czytania i rachunków ustąpiły miejsca nauce Ewangelii.
W wieku XIX pojawiła się kolejna polityczna utopia - socjalizm. Występował w różnych odmianach, choć wszyscy jego twórcy postulowali powszechną, bezpłatną naukę dla ogółu dzieci. Robert Owen proponował nawet, aby nauczaniem objąć dzieci w wieku od 2 do 5 lat, a więc wprowadzenie przedszkola.
Największy wpływ na edukację wywarł w tym czasie Johann Friedrich Herbart - człowiek o wielkiej wiedzy, ale przesiąknięty niemieckim idealizmem. Jako bystry obserwator dość wcześnie dostrzegł rolę zainteresowań uczniów w procesie poznawczym. Jednak obiektywizm nie pozwalał mu zredukować encyklopedycznego programu. Usiłował więc stworzyć model nauczania, któryby byłby wyczerpujący i ciekawy zarazem. Uważał bowiem, że człowiek powinien dążyć do wszechstronnego wykształcenia. Herbart przywiązywał dużą wagę do psychologicznych uwarunkowań uczniów. W swoich akademickich koncepcjach pominął jednak zupełnie walor umiejętności praktycznych.
Zupełnie inną drogą poszedł Amerykanin John Dewey. Dziecko uważał za „Słońce”, wokół którego miały się kręcić wszelkie poczynania wychowawcze. Zdaniem Deweya treść programu musi być dobrana do osobowości ucznia. Uczeń może więc uczyć się tego co chce i jak długo chce. Jednocześnie Dewey był zdania, że najlepszą nauczycielką jest praktyka. Organizował więc zajęcia, na których uczniowie doświadczali rzeczywistości - naprawiali swoje buty, piekli chleb, majsterkowali przy rozmaitych urządzeniach. Współcześni zarzucali Deweyowi, że całą wiedzę sprowadzał do nazbyt prostych czynności. Przykładowo procesy chemiczne i biologiczne w wydaniu Deweya przybierały postać gotowania i szykowania jedzenia. Koncepcje nauki przez doświadczenie nie poszły całkiem w zapomnienie. W XX wieku nawiązały do nich szkoły Rudolfa Steinera.
W Polsce, w okresie zaborów, również powstał oryginalny typ szkoły. Był nim Uniwersytet Latający, zorganizowany przez Jadwigę Dawidową. Brak polskiej uczelni skłonił odważną myślicielkę do zorganizowania serii tajnych odczytów w prywatnych mieszkaniach. Przeznaczone były głównie dla kobiet, które dość boleśnie zaczęły odczuwać dyskryminację z racji płci. Do współpracy udało jej się wciągnąć grono wybitnych profesorów, jak Ignacy Chrzanowski, Ludwik Krzywicki, czy Władysław Smoleński. Wolni od cenzury przekazywali wiedzę z zakresu historii, literatury, czy też myśli społecznej.
Uniwersytet Dawidowej działał od 1886 do 1905 roku. Wtedy właśnie nadszedł sprzyjający moment do jego legalizacji jako Towarzystwa Kursów Naukowych.
W wieku XX dawny porządek społeczny i obyczajowy legł w gruzach. I wojna światowa obnażyła cynizm wszelkich ideologii. Spowodowała również, że miejsca mężczyzn w fabrykach musiały zająć kobiety. To dzięki nim przemysł zbrojeniowy mógł nieprzerwanie produkować działa i karabiny. Po wojnie w wielu europejskich krajach panie uzyskały prawa wyborcze i coraz bardziej zaczęły angażować się w politykę. Zmieniła się również sytuacja na uniwersytetach, gdzie coraz więcej kobiet zapragnęło naśladować Marię Skłodowską-Curie. Szkoła na poziomie elementarnym stała się obowiązkowa we wszystkich krajach europejskich.
Okres międzywojenny charakteryzował się burzliwym rozwojem nauk ścisłych. Odkryto elektron, rozczepiono atom, dzięki czemu w latach II wojny światowej możliwe było wyprodukowanie bomby atomowej. Koncepcje edukacyjne zdominowała psychologia, choć większość z nich przejęła niektóre pomysły XIX-wieczne i wcześniejsze.
Spór o to, jak uczyć pozostał jednak nadal otwarty. Uczeni coraz częściej zaczęli mówić o zagrożeniu nauczania przez media. Łatwostrawna intelektualnie papka, którą telewizja, kino czy Internet karmią młodego człowieka, całkowicie deprecjonuje wartość prawdziwej wiedzy. Zachodzi pytanie, czy w świecie natłoku informacji jest ona jeszcze potrzebna. W końcu nadejdzie czas, że przeciętny zjadacz chleba stanie się istotą tak ogłupiałą, że nie tylko będzie wiedział co jest prawdą, a co manipulacją, ale nawet nie będzie wiedział, po jakie informacje sięgnąć.
Leszek Stundis
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1572
Z okazji wydania najnowszej książki prof. Witolda Modzelewskiego Polska – Rosja. Rok 1919 – refleksje na minione stulecie, w hotelu Pałac Alexandrinum w Krubkach-Górkach odbyła się 25.11.19 debata zatytułowana „O stosunkach polsko-rosyjskich inaczej”.
Wstępem do niej było wystąpienie prof. Stanisława Bielenia, wybitnego politologa z Katedry Studiów Wschodnich Uniwersytetu Warszawskiego, który specjalizuje się m.in. w stosunkach polsko-rosyjskich. Poniżej przedstawiamy obszerne fragmenty tej wypowiedzi.
Wyróżnienia i śródtytuły pochodzą od Redakcji.
***
W ub. roku, roku obchodów 100-lecia Polski Odrodzonej wyraziłem nadzieję, że rocznica ta stanie się okazją do pogłębionej refleksji nad historią minionych dekad. Ostatnia książka prof. Witolda Modzelewskiego Polska-Rosja. Rok 1919 – refleksje na minione stulecie – jako jedna z nielicznych - wpisuje się w ten refleksyjny nurt rozważań. /…/
Zawierająca myśli nietuzinkowe, odważne, a nawet obrazoburcze, wpisuje się w oryginalny cykl publikacji, które rok temu określiłem, jako metodycznie zdejmujące fałszywe maski i komiksowe kostiumy, w które ubrano historię Polski, odzyskującej niepodległość po 123. latach zaborów. Wyraziłem wtedy życzenie, aby książki prof. Modzelewskiego choć w części przyczyniły się do zmiany fałszywej świadomości historycznej Polaków. Nie chodzi przy tym jedynie o poznanie faktów w imię prawdy historycznej, ale o zrozumienie późniejszych wydarzeń i procesów, które wydają się niedorzeczne lub wręcz zaskakujące.
Autor w obecnie wydanym szóstym tomie serii Polska - Rosja nawiązuje do tomów wcześniejszych, wskazując na istotne wydarzenia czy bohaterów, powiązanych ze sprawą niepodległości i stosunkami z największymi sąsiadami – Niemcami i Rosją. To ważny zabieg dla zrozumienia, dlaczego tak uporczywie czynniki oficjalne tkwią przy zmitologizowanej wersji historii ostatniego stulecia.
Pierwsze sprostowanie – data i granice
Na tom 6 składa się 49 szkiców, rozłożonych w czterech rozdziałach uporządkowanych chronologicznie i problemowo, pokazujących początki historii Polski Odrodzonej, dwudziestolecie międzywojenne, półwiecze totalitarnego zniewolenia i wreszcie ostatnie trzy dekady. Posłowie zawiera klucz do zrozumienia wielu żywotnych z punktu widzenia polskiego interesu narodowego kwestii. Książka ma z natury rzeczy charakter wielowątkowy, ale główną osią rozważań jest aberracyjny, czy wręcz patologiczny stosunek Polski do Rosji i wynikające z tego konsekwencje. /…/
Charakteryzując rok 1919 – jako punkt odniesienia do analizy minionego stulecia, Autor już we wstępie prowokuje intelektualną rewizję zastanego myślenia na temat daty odzyskania przez Polskę niepodległości. Wszyscy zresztą dobrze wiemy, że jesień 1918 r. była pełna chaosu i żaden fakt, ani świadomość ówczesnych świadków historii nie przemawiają za tym, co przyjęto uważać za początek Odrodzonej (w sensie symbolicznym, a nie empirycznym).
Otóż Autor podkreśla, że dopiero w 1919 r. „nastąpiło międzynarodowe uznanie państwa polskiego, zwłaszcza przez zwycięskie państwa Ententy; był to więc prawdziwy rok »Odrodzenia Polski« jako bytu międzynarodowego”. Jako prawnik, prof. Modzelewski doskonale zdaje sobie sprawę, że uznanie międzynarodowe nie ma charakteru konstytutywnego, lecz deklaratywny. W tym przypadku trzeba jednak przyznać mu rację, gdyż dopiero wprowadzenie Polski jako „bytu międzynarodowego” do obrotu i powszechnej świadomości oznaczało jej powrót na polityczną mapę świata.
Potwierdzeniem międzynarodowej podmiotowości Polski było podpisanie przez Ignacego Paderewskiego (premiera) i Romana Dmowskiego (szefa Komitetu Narodowego Polskiego) traktatu wersalskiego, który stał się jedną z najważniejszych podstaw ładu terytorialnego, tak w odniesieniu do polskich granic zachodnich (przyznanie większości ziem b. zaboru pruskiego), jak i - uwaga – granic wschodnich.
Profesor skrupulatnie odsłania treść punktu 13. orędzia prezydenta W. Wilsona, pokazując sukcesję prawną Kongresówki, czyli Królestwa Polskiego, jako „ziem zamieszkałych przez bezspornie polską ludność”. To Piłsudski jest twórcą mitu, że „Ententa decyduje »tylko« o polskich granicach zachodnich, a na wschodzie (jakoby) dano nam lub mamy wolną rękę”. Otóż nie dano, gdyż uznano ciągłość stanu posiadania po Królestwie Kongresowym.
Autor we wstępie zwraca też uwagę na fakt „wykluczenia” Rosji z powodu zwycięstwa bolszewików w dawnym państwie carów. Słusznie konstatuje, że ten stan utrzymuje się przez całe stulecie. I choć od prawie 30 lat nie istnieje państwo będące następstwem zwycięstwa bolszewików, to jednak w odbiorze zewnętrznym Rosję celowo utożsamia się z dawnym sowieckim imperium. Jest to wygodne i dla celów politycznych, i z powodów barier poznawczych. Przecież bez większego wysiłku intelektualnego można traktować Rosję przez pryzmat „imperium zła”, które nie wymaga definicji, ani nowej identyfikacji.
Jednocześnie prof. Modzelewski stawia tezę, że rok 1919 był kto wie, czy nie najważniejszym rokiem XX wieku, z punktu widzenia decyzji, jakie dotyczyły „architektury” polityczno-społecznej Europy Środkowej. To wtedy „usadowiono” Polskę w środku Europy między Niemcami a Rosją, a ta ostatnia w mutacji radzieckiej zdecydowała następnie w wyniku II wojny światowej o „pacyfikacji regionu”, przeciw Niemcom.
Może się to komuś podobać lub nie, ale taki stan rzeczy trwa do dzisiaj, mimo że zmienił się ustrój i samej Rosji, i Polski, a Niemcy uległy zjednoczeniu. Autor zauważa jednak, że ten „antyniemiecki” rodowód granic Polski z nadania mocarstw i po I, i po II wojnie światowej oznacza, że państwo polskie „jest w stanie strukturalnej sprzeczności z zachodnim sąsiadem, chyba że nasz sąsiad ulegnie podziałom lub będzie miał dostatecznie dużo własnych problemów (wyludnienie, konflikty etniczne)”.
W tej myśli Profesora dostrzegam pewną przestrogę, aby ze zmiennej geopolityki i geohistorii wyciągać odpowiednie wnioski, gdyż nic nie jest dane raz na zawsze. W tym kontekście autor przypomina o znaczeniu idei samostanowienia narodów, która wtedy – w 1919 r. – odegrała ważną rolę w demontowaniu pokonanych państw centralnych i porządkowaniu schedy po imperiach, ale która jest ciągle żywa i może doprowadzić jeszcze do wielu niespodziewanych zmian na politycznej mapie Starej Europy. Być może Katalonia jest tego zapowiedzią, ale w kolejce stoją także Szkoci, Walijczycy czy Flamandowie.
Sprostowanie drugie – Piłsudski, bolszewicy i błędne rachuby
Prof. Modzelewski powraca do niezwykle frapującego wątku tajnego rozejmu między Naczelnikiem Państwa a bolszewikami, który umożliwił tym ostatnim pokonanie przeciwników wewnętrznych, przede wszystkim Armii Ochotniczej gen. Antona Denikina. Ten zamierzony udział w zniszczeniu Rosji okazał się fatalny w skutkach. Polska zamiast stanąć po stronie Ententy i wspierać wojska „białej” Rosji w wojnie z Armią Czerwoną, w istocie wpisała się w plan działania niemieckiej agentury, czego najbardziej spektakularnym przejawem było przewiezienie ze Szwajcarii w zaplombowanym wagonie Lenina i bolszewików do Piotrogrodu w 1917 r.
Autor ma rację, stwierdzając, że do dzisiaj Polacy nie uporali się z tym problemem, nie mając odwagi przyznać, iż działania Piłsudskiego były w istocie antypolskie, były działaniami na własną szkodę. W literaturze historycznej nazywane jest to „zapomnianym appeasementem” (A. Nowak, Pierwsza zdrada Zachodu. 1920 – zapomniany appeasement).
Rok 1919 przyniósł identyfikację narodową Ukraińców, Litwinów i Białorusinów, których elity polityczne, wykreowane przy udziale czynników zewnętrznych, postawiły w budowie nowej tożsamości na wrogość wobec Polski. To wtedy wzięła w łeb tzw. idea federacyjna, która była nie tylko niemożliwa do zrealizowania, ale także była szkodliwa dla Polski (w takiej strukturze Polska byłaby tylko częścią państwa, a nie suwerenem).
Autor obnaża też klęskę tzw. restauracjonizmu. Odrodzenie Polski w przekonaniu rodzimych polityków miało bowiem polegać na odtworzeniu Rzeczypospolitej Obojga Narodów sprzed 1772 r., podczas gdy i Ameryka, i Ententa, i wreszcie zainteresowane poza Polską elity Litwy, Łotwy, Ukrainy i Białorusi – stawiały na samostanowienie narodowe w granicach etnicznych.
To kolejny przykład nieprzystosowalności polskiego myślenia politycznego do zmieniających się realiów. Pokazując anachroniczność pomysłów o przywróceniu granic sprzed 1772 r., prof. Modzelewski odsłania nie tylko narodziny nowych świadomości narodowych, ale także koszty i ryzyka ewentualnej asymilacji, czyli w istocie językowego spolszczenia mniejszości narodowych w II RP, stanowiących 30% obywateli.
Sprostowanie trzecie – mit zasług Piłsudskiego
W przypadku kreowania każdej władzy państwowej pojawia się problem jej legitymizacji (prawowitości) normatywnej (prawnej) i ideologicznej (rozumianej jako akceptacja społeczna wewnątrz i na zewnątrz). Zarówno władza marionetkowej Tymczasowej Rady Stanu, Rady Regencyjnej, jak i Tymczasowy Naczelnik Państwa oraz rząd powołany przez te organy zostały umocowane przez niemieckich zaborców. Pisze śmiało prof. Modzelewski: „Jedyną rzeczywistą siłą polityczną, której zawdzięczamy reaktywację Państwa Polskiego, był Komitet Narodowy Polski. Nieuznawane przez Zachód rządy tworzone przez nominatów niemieckich - Radę Regencyjną, a potem przez Piłsudskiego nie miały w Wersalu żadnego znaczenia”.
Warto dodać, że piłsudczycy po 1926 r. napisali taką wersję historii, która wszystkie zasługi składała w ręce Piłsudskiego, a czyn zbrojny pod sztandarami państw centralnych, a więc pokonanych w I wojnie światowej wyniesiony został na piedestał wbrew prawdzie historycznej.
Najgorsze jest to, że ta mistyfikacja została przyjęta po wojnie (także w PRL) i jest kultywowana do dzisiaj przez bezkrytycznie myślące koła rządzące i kręgi medialne. Autor nie szczędzi mocnych słów, przywołując uporczywe, acz groteskowe nawiązywanie do sanacji w dzisiejszych rekonstrukcjach historycznych. „Narzucanie nam tezy, że nasz kraj ze Szczecinem, Wrocławiem, Olsztynem i Zieloną Górą jest i może być jakąkolwiek kontynuacją epoki sanacyjnej, jest nie tylko absurdalne, lecz wręcz infantylne”.
Na pytanie, czyje interesy reprezentował Józef Piłsudski w latach 1918-1920, prof. Modzelewski jednoznacznie wskazuje, że „wiernie służył interesom niemieckim, nie ukrywał tego i sabotował naruszenie niemieckiego stanu posiadania na wschodzie. (...) Bez żenady przyznał, że wysyłając jako dowódcę wojsk Powstania Wielkopolskiego rosyjskiego generała Józefa Dowbor-Muśnickiego, chciał zdezorganizować jego dowodzenie, bo sądził (błędnie), że byli pruscy szeregowcy i podoficerowie nie będą chcieli się słuchać zruszczonego safanduły”. Muśnicki okazał się świetnym dowódcą, a powstanie zakończyło się sukcesem.
W książce czytamy, że „już czas, aby bezstronnie spojrzeć na polityczną rolę Piłsudskiego”. Warszawska misja hrabiego von Kesslera, mającego dopilnować, aby „Polska nie przeszła do obozu Ententy, a (w najgorszym dla Niemiec) wariancie pozostała państwem neutralnym, nieroszczącym sobie żadnych praw do ziem polskich pod niemiecką władzą” jest doskonałym dowodem na to, czyim podwładnym i wykonawcą czyjej woli politycznej był sławny Komendant i Marszałek.
W grudniu 1918 r., pod naciskiem demonstracji organizowanych przez endecję, rząd Moraczewskiego „przerwał” („nie zerwał”!) stosunki dyplomatyczne z Berlinem. Polska wracała do łask państw zwycięskich. Największa zasługa w tym procesie przypada Paderewskiemu i Dmowskiemu. Na późniejszych rządach sanacyjnych i na winowajcach klęski wrześniowej autor nie pozostawia suchej nitki.
Sprostowanie czwarte – ocena sąsiadów
W tym kontekście pojawia się ukształtowana w dobie romantycznej relatywizacja rzeczywistej wagi dwóch wpływających historycznie na Polskę sąsiadów. Otóż źródłem wszelkich antypatii jest Moskwa, a źródłem sympatii Berlin. „Polska niepodległa jest wtedy, gdy wyzwoli się spod wpływów rosyjskich i będzie w pełni uległa wobec rządów niemieckich”. Profesor słusznie zauważa, że ucieczka dzisiejszych elit w stronę protekcji amerykańskiej jest próbą przełamania tego dramatycznego schematu. Ale proamerykańska Polska wcale nie musi być antyrosyjska! Jak jednak przełamać tę geopolityczną kwadraturę, nikt nie wie.
W książce już na samym początku znajdujemy doskonałą diagnozę stanu polskich umysłów, jeśli chodzi o oficjalnie zadekretowaną rusofobię. Ostentacyjna wrogość wobec Rosji – pisze autor - oznacza brak jakichkolwiek kompromisów – „nie wolno wręcz wypowiedzieć się (myśleć?) pozytywnie o tym państwie, jego politykach, gospodarce lub nawet kulturze. Śmiałkowie, którzy przekroczą obowiązujące tu granice, są natychmiast piętnowani jako »sojusznicy Putina«, »wrogowie Ameryki«, »przeciwnicy Zachodu«, w najlepszym razie »agenci wpływu«”.
To, co jest paradoksem – zdaniem autora - to rywalizacja opozycji z rządzącymi, kto jest bardziej antyrosyjski. To licytowanie się, kto jest bardziej wierny raz obranemu kursowi. Nie liczą się ani rzeczowe argumenty, ani jakakolwiek racjonalizacja zachowań.
Najciekawsze jest to, że polskie elity polityczne same sobie ograniczają możliwe pole prowadzenia elastycznej polityki przez irracjonalną bezkompromisowość (choćby w kwestii „aneksji Krymu”, choć przecież na anszlus NRD do drugiego państwa niemieckiego wyrażono entuzjastycznie zgodę!) i zadufanie, ale także kompleks prowincji. Autor słusznie przewiduje, że prędzej czy później skończy się to katastrofą wepchnięcia Polski w ramiona niemieckie. Bo czasowo w amerykańskich już jesteśmy.
Jednocześnie prof. Modzelewski pokazuje paradoks zagrożenia rosyjską agresją, które traktujemy „jako część niegroźnego folkloru środowiska klasy politycznej. Musimy mieć jakiegoś niegroźnego wroga, a do tej roli świetnie nadaje się prezydent Putin, bo jest to »swój wróg«, a przecież »lepszy swój wróg niż cudzy« – tę niezapomnianą i w sumie mądrą tezę znamy z filmu Sami swoi”. „Wróg ma nas połączyć. Jest groźny i podstępny. Zdradziecko czyha na naszą »wolność«, szczerzy kły i pręży muskuły” – ironizuje.
Jaka jest anatomia polskiej rusofobii? Profesor wskazuje przede wszystkim na paradoks łączenia współczesnej Rosji z bolszewizmem i dziedzictwem sowietyzmu, co oznaczałoby tym samym odrzucenie czy sprzeniewierzenie się „myśli Marszałka”, który w bolszewikach widział sprzymierzeńców w walce z Rosją.
Możliwa jest też odwrotna interpretacja, że państwo rządzone przez Putina jest tą prawdziwą Rosją, nie mającą już nic wspólnego z imperium sowieckim, a zatem tym bardziej należy je zwalczać.
Bez szczególnych zabiegów analitycznych widzimy, że polska rzeczywistość polityczna sama redukuje ad absurdum pojmowanie współczesnej Rosji. Autor przywołuje starą prawdę, która napawa, mimo wszystko, nadzieją: „jeżeli danym państwem rządzą ludzie, którzy wierzą, że im zagraża ich sąsiad, można albo powoli staczać się w kierunku konfrontacji, a nawet wojny, której nikt nie chce, albo zmienić »rządzących« na tych, którzy umieją zażegnać zagrożenie”. Szkopuł w tym, gdzie znaleźć ową zdrową „partię pokoju”, jeśli wszystkie istniejące są zainfekowane tą samą „antyrosyjską chorobą”.
Sprostowanie piąte – niepodległość nie naszą zasługą
W istocie legendy i mity założycielskie przesłaniają te prawdy, że Polacy nie wywalczyli swojej niepodległości z bronią w ręku, lecz spadła ona na nich w wyniku splotu wydarzeń, które doprowadziły jednocześnie do upadku trzech zaborczych imperiów. Udział polskiego wojska w wojnie światowej był raczej symboliczny, a gwoli prawdy Polacy walczyli głównie po złej, przegranej stronie. O odtworzeniu państwa polskiego zdecydowano w Paryżu, gwarantem niepodległości tego państwa miała być Francja, a Polska miała być państwem antyniemieckim.
Przesadą jest twierdzenie, że „sprawę polską” uznawano za jakiś priorytet w grze międzymocarstwowej. Przez cały wiek XIX była uznawana za wewnętrzną sprawę Imperium Rosyjskiego. Po I wojnie światowej powrócono do rozgrywania sprawy polskiej na zasadzie „bożego igrzyska”, co Stalin dopiero podporządkował jednemu, antyniemieckiemu kursowi. Kształt granic Polski – zarówno po I jak i II wojnie światowej był rezultatem decyzji mocarstw, a nie własnego czynu i własnych decyzji.
Profesor daje popis historycznej wirtuozerii, wskazując na rolę lorda George’a Curzona, (z którego nieco podkpiwa), w wykreśleniu polskiej granicy wschodniej. To nie Stalin, ale Brytyjczycy wnieśli największy wkład w ograniczenie Polski na wschodzie wedle kryteriów etnograficznych. Pisze Profesor: „Gdy rząd Polski prosił o pośrednictwo Ententy w zawarciu pokoju z bolszewikami w 1920 r., linia ta została narzucona premierowi Władysławowi Grabskiemu w czasie konferencji w Spa i uzyskała jego formalną aprobatę”.
Sprostowanie szóste – ocena powojennych porządków
Z lekcji roku 1919 wynika jeszcze jedna przestroga. Otóż istnieje ogromna przepaść między państwami Zachodu a Polską w pojmowaniu antyrosyjskości. Stolice zachodnich mocarstw nie popierały bolszewizmu, ale liczyły na powrót Rosji do grona wielkich potęg, dla zachowania równowagi systemowej. Obecnie szczególnie Niemcy stawiają na pokojowe układanie się z Rosją, co pokazuje nowe wyzwania. Niekoniecznie zgadzam się z Autorem, że z toczącego się sporu musi wyjść ktoś wygrany i ktoś przegrany. Myślę, że szykuje się raczej system kondominialny, oparty na pokojowej koegzystencji protektorów. Jak na tym wyjdzie Polska, to inna sprawa. Profesor nawołuje bowiem do zrewidowania proniemieckiego kursu polityki III RP („bo jesteśmy z istoty geopolitycznym tworem antyniemieckim”), ale kto miałby stabilizować ten układ geopolityczny, oparty na wrogości i do Rosji, i do Niemiec? Nie wierzę, aby na dłuższą metę skutecznie czynili to Amerykanie.
Prof. Modzelewski z troską odnosi się do delegitymizacji powojennych porządków na ziemiach polskich, wyzwolonych przez Armię Radziecką. Bezrozumne burzenie pomników chwały sowieckiego oręża i przywracanie na ich miejsce niemieckich symboli jest absolutnie szkodliwym działaniem. Pisze: „Skrzętnie usuwa się wszelkie ślady przypominające o niechlubnej klęsce wojsk niemieckich z rąk »bolszewickich hord«, doznanej na naszych ziemiach, bo przecież „nie stawia się pomników nowym okupantom”.
Polska głupota polega na podeptaniu wrażliwości współczesnych Rosjan i innych narodowości, których przedstawiciele ginęli w zmaganiach z faszyzmem w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej lat 1941-1945, „pohańbieniu pamięci, niszczeniu pamiątek, co nie czyni nas lepszymi, a jednocześnie mnoży nam nieprzyjaciół. Ale przede wszystkim tworzy fałszywą świadomość historyczną i upowszechnia przekłamany obraz przeszłości”./…/
Sprostowanie siódme – jakość klasy politycznej
W ramach świadomej demitologizacji historii jak dotrzeć do szerszego odbiorcy na temat agenturalnych wersji naszej państwowości? Pozostawiając na boku sanację i PRL, sprawa dotyczy całkiem współczesnych zjawisk: „wokół (...) posierpniowych rządów w naszym kraju jest wiele niedomówień, bo zbyt jednoznaczne oceny mogą się zakończyć procesami sądowymi”. Tabuizacja wpływu obcych służb na polskie prawodawstwo jest chorobą toczącą cały system polityczny. Profesor pisze bez ogródek: „W kraju, w którym nie ukrywa się wpływu pewnej pani ambasador na działania polskich władz skarbowych w stosunku do firm z jej kraju, nadęte słowa o »odzyskaniu niepodległości« i »demokratycznym państwie prawa« brzmią żałośnie i mało wiarygodnie” .
Diagnoza współczesnej klasy politycznej jest druzgocąca: Symbolem jej jest „trzy razy nie”: nieudacznictwa, niedasizmu i niekompetencji. „Widzimy głównie zacietrzewionych lub pierdołowatych polityków, zajadle i brutalnie zwalczających swoich (rzeczywistych i wymyślonych) przeciwników, organy władzy i funkcjonariuszy publicznych (urzędników, sędziów) uwikłanych w meandrach długotrwałych i z reguły jałowych procedur, które niczego nie rozwiązują, oraz kompromitujący brak wiedzy tych, których powinno powoływać się na określone stanowiska według klucza kompetencji”. To porażająca diagnoza polskiej indolencji. Jej dopełnieniem jest szkic, w którym Autor porównuje klasę rządzącą w przekroju europejskim i dziejowym, dowodząc, że nasza klasa rządząca nie jest ani lepsza, ani gorsza. Pytanie, na ile jest „nasza”?
Sprostowanie ósme – wiedza polskich historyków
Książki prof. Modzelewskiego, choć napisane w formie lekkich felietonów, stanowią ważne wyzwanie dla piśmiennictwa historycznego w naszym kraju. Dlaczego silnie rozwinięta historiografia pomija wiele kwestii, jak choćby ów agenturalny i kolaboracyjny charakter władztwa Piłsudskiego, wsparcie finansowe (osobliwy fundusz gadzinowy) ze strony Niemiec (hrabiego Harry von Kesslera w wysokości 20 mln marek niemieckich, czy wstydliwe kontakty władz II Rzeczypospolitej z bolszewikami (z którymi można byłoby wynegocjować o wiele korzystniejszą granicę na wschodzie niż granica ryska, ustalona po nieszczęsnej, kosztownej i agresywnej wyprawie na Kijów i wojnie z bolszewikami)? Profesor bezlitośnie obnaża klęskę wyprawy kijowskiej.
Fakty te nijak nie pasują do obowiązującej mitologii. Trzeba w takim razie publicznie zapytać, po co nam historycy, jeśli zamiast rzetelnej wiedzy o faktach historycznych ciągle panuje tchórzliwa poprawność polityczna i klajstrowanie historii mitami? Profesor apeluje: „Może ktoś wreszcie zbada nasze, a zwłaszcza bolszewickie archiwa i pozna rzeczywiste przyczyny wyprawy kijowskiej. Warto, bo nasza współczesna polityka ukraińska jest równie niemądra, jak ta sprzed stu lat. Czy dziś bierzemy pod uwagę – pyta autor – że obecne państwo ukraińskie zakończy swoją historię, bo jego obywatele będą mieli dość pomajdanowych rządów, czyli kolejnych wcieleń ludzi pokroju atamana Petlury? Nasza druga »wyprawa kijowska« – prorokuje – (tym razem wyłącznie o politycznym a nie zbrojnym charakterze) też raczej skończy się klęską”.
Szkic pt. Żegnamy Ukrainę, witamy Małorosję traktuję jako swoiste epitafium dla dzisiejszej Ukrainy. Czy wszyscy bezkrytyczni ukrainofile są w stanie cokolwiek zrozumieć z tej przestrogi? Autor jest bezlitosny w ocenie nadwiślańskich znawców problemów ukraińskich.
Sprostowanie dziewiąte – kto przyjaciel, kto wróg
Prezentowana książka stanowi też poważne wyzwanie dla politologów, tak chętnie rozpisujących się o amerykańskiej strategii bandwagoning, czyli skupianiu pod parasolem ochronnym Ameryki „sierot” po dawnym bloku wschodnim i po samym ZSRR. Otóż Prof. Modzelewski z rozbrajającą szczerością pokazuje mechanizm tzw. cywilizowania narodów „niezdolnych do samodzielnego rządzenia”, a wywód na temat amerykańskich roszczeń w imieniu lobby żydowskiego w sprawie tzw. mienia bezspadkowego powinien być obowiązkową lekturą dla polskich polityków, którzy biedni nie wiedzą, że są jedynie środkami do celu. Jeśli ten cel zostanie zrealizowany, nikomu wraz z ograbioną Polską nie będą potrzebni.
„Symboliczna obecność militarna USA w Polsce będzie służyć głównie jako karta przetargowa w wymuszaniu naszych ustępstw co do tych roszczeń”. Profesor dodaje, iż „wiara w (jakoby) antyrosyjski parasol rozpostarty nad nami przez Stany Zjednoczone jest tak naiwna, że chyba nikt szczerze jej nie podziela”.
Prof. Modzelewski pokazuje też, czym w istocie było zwycięstwo Armii Radzieckiej nad hitlerowskimi Niemcami i dlaczego dzisiejsze opowiadanie o tzw. drugiej okupacji, a tym bardziej trwaniu II wojny światowej do 1989 r. nie ma nic wspólnego z prawdą historyczną. Przypomina, że Polska w sensie prawnym od 1939 r. nie była w stanie wojny ze Związkiem Radzieckim, co otworzyło jej drogę do udziału w zwycięskiej koalicji antyhitlerowskiej.
W latach 1944-1945 ofensywa radziecka faktycznie przyniosła wyzwolenie spod okupacji niemieckiej (a także ocalenie) i „nikt, kto wówczas liczył się w polityce, nie uznawał wyzwolenia od Niemców za jakąś »nową okupację«”.
Ostatnie zdanie Profesora w tym eseju uderza swoją jednoznacznością: „Dzięki temu istnieje do dziś Polska, a my mówimy i myślimy po polsku” . Profesor upomina się o uczciwe spojrzenie na okres Polski Ludowej pod kątem dokonanego awansu społecznego milionów ludzi, postępu kulturalnego i cywilizacyjnego. Na tle dominującej doktryny to bardzo odważne i trzeźwe spojrzenie.
Do tej konkluzji warto dodać wywód autora, dlaczego zdobycie ponad jednej trzeciej terytorium Niemiec przez wojska radzieckie pozwoliło na skuteczną pacyfikację ich politycznej i militarnej chęci rewanżu. „Miejmy nadzieję, że jeszcze na wiele lat”. „Wniosek jest dość oczywisty – nasze obecne granice i ponad siedemdziesiąt lat pokoju zawdzięczamy setkom tysięcy poległych w 1945 r. żołnierzy radzieckich (...), którzy pokonali wojska niemieckie, podbili połowę terytorium Niemiec, z czego oddano nam prawie jedną trzecią, i zlikwidowali – również dosłownie - hitlerowskie i nacjonalistyczne elity niemieckie na swoich terenach. (...) Dlatego warto pamiętać o cmentarzach...” .
W książce znajdujemy jednoznacznie negatywną ocenę panującej dzisiaj poprawnościowej doktryny o manichejskim podziale między złą Rosją a dobrą Polską. „Doktryna ta jest nie tylko ahistoryczna, niezgodna z faktami i głupia – pisze prof. Modzelewski – lecz przede wszystkim szkodliwa gospodarczo i politycznie. Co szczególnie istotne – powoduje ona izolację polityczną i osłabienie nas w relacjach z każdym państwem, które może ponad naszymi głowami się dogadać, oczywiście również naszym kosztem, właśnie z Rosją”.
Autor nie szczędzi gorzkich słów krytyki pod adresem kosztów polskiej transformacji i pseudoliberalnej deprawacji, a także ograbienia Polski już niepodległej po 1989 r. Obrazoburczo brzmi postulat, aby „kiedyś opracować, jakie straty Polska poniosła w latach 1944-1989, i porównać z kosztami »odzyskanej niepodległości« poniesionymi po tej dacie”.
Refleksje po lekturze książki:
- o mniejszościach narodowych
Cenię szczególnie odwagę prof. Modzelewskiego, zwłaszcza że obserwuję od pewnego czasu, jakie skutki przyniosło zastraszanie i ograniczanie swobody wypowiedzi. W którą stronę ten zainfekowany strachem świat zmierza, jeśli wystarczy napisać na Facebooku, że ktoś jest „ruskim agentem”, aby wykluczyć go poza krąg normalności? Jak wyjść z tej krainy absurdu? /…/
Na koniec chcę postawić parę pytań, które sprowokowane lekturą, wymagają dalszego zastanowienia. Czy poprzez masową imigrację Ukraińców do Polski nie ulega przypadkiem zaprzepaszczeniu to, co autor zalicza do zjawisk pozytywnych po II wojnie światowej? Choć były to w istocie okrutne wypędzenia z ziemi rodzinnej: Polaków do Polski, Niemców do Niemiec, Ukraińców na Ukrainę – zapewniły one na kilkadziesiąt lat „wewnętrzny spokój”.
Swój esej na ten temat kończy zdaniem: „i nie mieszajmy w tym kotle”. Czy rzeczywiście już w nim nie zamieszano? Czy obecne władze Rzeczypospolitej mają na temat diaspory ukraińskiej w Polsce jakąś sensowną strategię i wyobraźnię polityczną? Co będzie, jeśli z czasem przekształci się ona w najsilniejszą roszczeniową mniejszość narodową? Kto właściwie w dzisiejszej Polsce odpowiada za następstwa takich procesów migracyjnych?
Autor pisze, że: „Nasza współczesna zdolność asymilacji przybyszów jest o niebo większa niż w czasie międzywojennym, bo nie chcemy tego robić na siłę, ostrożnie dawkujemy napływ imigrantów, dla których nie jesteśmy państwem wrogim, lecz ich »ziemią obiecaną«”.
Nie podzielam tego entuzjazmu i optymizmu. Renesans złowrogich nacjonalizmów we współczesnym świecie, to nie tylko zły sen. W tym kontekście przywołuję niepokój wyrażony w książce Przemysława Załuski (21 milionów. Dwie drogi dla Polski).
- o suwerenności intelektualnej
Gdy czytam kolejne tomy rozważań i inspiracji prof. Modzelewskiego, zachodzę w głowę, jak to możliwe, że tzw. elity intelektualne Polski, od czasów I Rzeczypospolitej, nie potrafiły nie tyle obronić polskiej niezależności, ile przede wszystkim swojej suwerenności intelektualnej. Dlaczego w każdym niemal pokoleniu odradza się ten „zależnościowy” (by nie powiedzieć agenturalny i kompradorski) związek polskiej wyobraźni politycznej z interesami obcych – a to Niemców, a to Francuzów, a to Rosjan, a to Amerykanów.
Dlaczego Polska daje się ustawiać czy to w roli antyrosyjskiej forpoczty Niemiec, czy komiwojażera i dywersanta mocarstw anglosaskich? Skąd po wielu negatywnych doświadczeniach ten porażający brak analitycznej refleksji i kojarzenia dość podstawowych faktów? Skąd tyle naiwności w polityce, która przecież w wydaniu państw zachodnich, ale i Rosji zawsze opiera się na kupieckiej kalkulacji i egoistycznym wyrachowaniu, a nie na bezpodstawnych nadziejach i upajaniu się własną oryginalnością (raczej dziwacznością)? W tym kontekście polecam szczególnie lekturę szkicu o bezsensownych diagnozach i tragicznych w skutkach decyzjach o wybuchu i przebiegu powstania warszawskiego.
I jeszcze jedno pytanie: co można zrobić, żeby rządzący Polską zaczęli czytać takie lektury, jak choćby szkice pokazujące okrutną prawdę o charakterze dyktatury sanacyjnej, nieudolności samego Piłsudskiego i kompromitacji w 1939 r.
- o stosunku do przeszłości
Autor ma rację, pisząc, że „nie zbudujemy demokracji w Polsce (...) bez pozbycia się sanacyjnych mitów”. Czy jednak dzisiejsza władza, łącznie z dzisiejszym „Naczelnikiem Państwa” rzeczywiście odcięła się od sanacyjnej tradycji? Czy wiele pokus autorytarnych nie znajduje oparcia właśnie w tamtej epoce, tak jednostronnie pokazywanej w historiografii, ale i w bieżącej narracji politycznej?
Prof. Modzelewski optymistycznie spogląda na współczesną tożsamość narodową Polaków. Wyraża przede wszystkim przekonanie, że stosunek do przeszłości nie determinuje postaw i zachowań tak, jak kiedyś, „ważne jest to, co jest dziś i będzie jutro, a przeszłość – nawet ta niezbyt odległa – nie rodzi sporów, gdyż jest mało istotna. To politycy »odgrzewają« usilnie antyrosyjskie i antyniemieckie fobie, które dla większości nie mają żadnego znaczenia”.
No dobrze, ale jak ma się do tego trwałe pęknięcie między PiS-em i antyPiS-em, a zatem „wojna plemienna”, która doskonale wykorzystuje owe fobie i resentymenty? Esej o zapominaniu przeszłości, czyli powrocie do normalności jest mądrą wykładnią polskiej tożsamości, tak mocno uzależnionej od historii.
Dobrze, że autor dostrzega klasowy spór między biednymi i bogatymi. Jakie to dzisiaj niemodne i anachroniczne. A jednak prawdziwe. W tym tkwi zresztą sens sukcesu Prawa i Sprawiedliwości. „Jeśli biedna większość narodu ma perspektywę lepszego życia, to chyba sprawy toczą się w dobrą stronę” – pisze.
Mimo takiego optymizmu, rodzą się jednak rozmaite wątpliwości. Na przykład, autor pyta: „Czy podniesienie problemu niemieckich reparacji otworzy również problem wciąż niedokończonego – w świetle konstytucji niemieckiej – »zjednoczenia Niemiec«”? Niemcy w swojej doktrynie nigdy nie uznali zmian własnościowych na polskich Ziemiach Zachodnich (Odzyskanych), mimo uznania granicy na Odrze i Nysie. Kto z polityków zdaje sobie naprawdę sprawę z konsekwencji roszczeń reparacyjnych, które „prędzej czy później oficjalnie wysuniemy pod adresem Niemiec”?
Prof. Modzelewski jednoznacznie sugeruje, aby rząd Polski wydał – tak w przypadku pseudoroszczeń żydowskich, jak i niemieckich – „identyczną deklarację o pełnej suwerenności państwa polskiego i nieodwracalności zmian własnościowych, które nastąpiły na całym obecnym terytorium Polski”. Postuluje powołanie zespołu kompetentnych i zaufanych prawników, którzy czuwaliby nad strategicznymi interesami prawnymi Polski i jej obywateli. Obecny rząd, a zwłaszcza MSZ, nie ma takiego zaplecza. Polski Instytut Spraw Międzynarodowych jest tylko bladym cieniem dawnego zespołu analityków, którzy w słusznie minionym ustroju zajmowali się fachowo prawem międzynarodowym (od Juliana Makowskiego, przez Remigiusza Bierzanka po Janusza Symonidesa). Zauważa, że środowiska eksperckie i akademickie są w dzisiejszych czasach szczególnie narażone na korupcję moralną i materialną (na dodatek legalną).
- o mądrości i jej braku
Podzielam opinię Prof. Modzelewskiego o deficycie, a nawet uwiądzie polskiej myśli politycznej. Jak ją jednak ożywić czy pobudzić, jeśli strach zagląda w oczy wielu nawet utytułowanym akademikom?
Podoba mi się też stwierdzenie w kontekście tendencji odśrodkowych w państwach Starej Europy, że „z sympatią powinniśmy wspierać wszelkie ruchy niepodległościowe i „prawo narodów do samostanowienia”. Jest sporo w tej materii do ugrania, ale trzeba mieć zmysł realnopolityczny, a nie naiwnie przyzwalać, jak ten świat rozgrywają silniejsi, choćby Niemcy podczas rozbicia Jugosławii.
Wreszcie podzielam sceptycyzm Autora książki co do wartości sojuszu z „partnerami strategicznymi” z Zachodu. Szkic o kolejnej „zdradzie Zachodu” powinien być czytany z „ambon politycznych” w całym kraju. Mamy tu do czynienia z przenikliwą analizą amerykańskiej obłudy i cynizmu.
Jednocześnie Profesor uświadamia, czyje interesy biorą górę we współczesnym świecie. Zdolność układania się USA i Rosji, w celu przeciwstawienia się ekonomicznej supremacji Chin ciągle nie dociera do polskich polityków. Przewiduje, że „będziemy – jak to często bywało – ofiarą polityki zbliżenia amerykańsko-rosyjskiego, co oczywiście nazwiemy »trzecią zdradą Zachodu«”.
Czy możliwa jest jednak jakakolwiek rewizja antyrosyjskiej retoryki i polityki? Zdaniem autora, „musimy już dziś odbudować relacje z Moskwą po to, aby Amerykanie nie musieli nas zdradzić”. To „musimy” odbieram jednak jako pewną życzeniowość, a nie istniejącą zdolność do realizacji./…/
Stanisław Bieleń
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1583
W powszechnej świadomości najwyżsi urzędnicy rosyjscy z czasów Królestwa Polskiego kojarzą się z opresją, rusyfikacją i działaniem na szkodę narodu polskiego.
Ten pogląd jest w dużej mierze nieprawdziwy, gdyż wśród rosyjskich czynowników i włodarzy były osoby troszczące się o obywateli Królestwa i sumiennie wykonujące swoje obowiązki, tym samym przyczyniając się do dobrobytu mieszkańców Królestwa oraz poszczególnych miast.
Aleksander I miłośnikiem architektury
Pierwszym z nich był nie kto inny jak sam Aleksander I, król Polski i cesarz Wszechrusi. Car szczerze pragnął dobra swoich polskich poddanych i ukochał Warszawę, dlatego tuż po ustanowieniu Królestwa i wprowadzeniu Konstytucji monarcha rozpoczął proces modernizacji polskiej stolicy, która straciła swoją niegdysiejszą świetność w wyniku rozbiorów i wojen napoleońskich ( w latach 1806-1815 w mieście nie został wybudowany żaden nowy budynek; poza tym wszędzie straszyły opuszczone budowle zamieszkałe przez włóczęgów i bezdomnych).
Aleksander I wielokrotnie deklarował, iż zamierza uczynić z Królestwa „klejnot” architektury. Podczas swojej pierwszej wizyty w Warszawie w listopadzie 1815 roku cesarz wyraził swoje zmartwienie jej stanem: większość ulic miasta była wąska i niewybrukowana, raziły drewniane, na wpół zniszczone budynki, brakowało reprezentacyjnego wjazdu do stolicy i placów miejskich, nieodnawiane od lat kościoły wyglądały na zaniedbane. Monarcha zapowiedział „zbudowanie w stolicy bulwarów” i niezwłocznie omówił kwestię modernizacji Warszawy z ministrem spraw wewnętrznych Tadeuszem Mostowskim, któremu rozkazał doprowadzić do porządku zdewastowane zadrzewienie miasta, rozszerzyć „zbyt wąskie i nikczemne” wjazdy do miasta i wystawić przy wjeździe „kształtne i przystojne” domy rogatkowe.
O tym, jak bliska sercu cara była Warszawa świadczy fakt, że nawet w Petersburgu Aleksander I oczekiwał raportów w tej kwestii od przebywającego w stolicy Rosji ministra Ignacego Sobolewskiego. Cesarz polecił wydać nadwyżkę budżetową na „przyozdobienie” miasta, a gdy to okazało się niemożliwe, zrzekł się na ten cel dochodów z dóbr królewskich, czyli własnych. Monarcha interesował się polskimi sprawami aż do samej swojej śmierci 19 listopada (1 grudnia) 1825 roku.
Podczas swojej drugiej wizyty w Warszawie we wrześniu 1816 roku car wyraził zadowolenie zmianami w Warszawie: wyremontowano niektóre budynki rządowe i gmachy wojskowe, odnowiono fasady wielu domów, zaczęło się przekształcenie Ogrodu Saskiego. Poza tym król Polski Aleksander I zainaugurował otwarcie Uniwersytetu Warszawskiego wówczas noszącego nazwę Warszawskiego Uniwersytetu Cesarskiego.
W następnych latach zmienił się wygląd ścisłego centrum miasta, m.in. pojawiły się centralne place miejskie (Zamkowy, Bankowy), zrealizowano też plan regulacji ulic, tworząc w latach 1823–1824 jedną z najważniejszych arterii – Aleje Jerozolimskie. Urząd municypalny przeprowadzał zakrojone na szeroką skalę remonty dróg i nawierzchni ulic. Dawne trakty, drogi wylotowe i ważniejsze ciągi okryto nawierzchnią, wybrukowano kamieniem polnym kilkadziesiąt ulic. Pojawiły się pierwsze chodniki dla pieszych, a Praga po raz pierwszy otrzymała bruk na kilku głównych ulicach.
W następnych latach stolica Królestwa kontynuowała swój rozwój. Odnowiono Pałac Radziwiłłów przeznaczony na siedzibę namiestnika carskiego. Wzniesiono kościół św. Aleksandra (obecnie Trzech Krzyży). Do roku 1830 przybyło Warszawie około 750 nowych kamienic, a ponad 200 przebudowano. W miejscu wyburzonego kościoła Dominikanów Obserwantów wzniesiono gmach Towarzystwa Naukowego Warszawskiego – Pałac Staszica zaprojektowany przez Antoniego Corazziego. W latach 1818–1821 Jakub Kubicki przebudował pałac Belwederski dla wielkiego księcia Konstantego.
Poprawiły się też nastroje samych mieszkańców miasta. W domach szlacheckich, mieszczańskich i kupieckich często urządzano przyjęcia, a jak powiadał pewien przybysz z Krakowa, „w Warszawie tańców bez liku; tańcują w zamkach, w ogrodach, w mieście za miastem, w lecie i w zimie”. Porównał też swoje miasto do stolicy Królestwa: „Między Warszawą a Krakowem taka różnica jak między stolicą żyjącą a stolicą umarłą […] tam gmachy upadają, a tu się podnoszą. Tam miasto zdaje się co chwila ścieśniać jak kwiat więdnący, tu się rozszerza jak kwiat kwitnący. Tam skromność i modlitwa, tu przepych, bogactwo, duma”.
Należy podkreślić, iż Aleksander I zatroszczył się nie tylko o Warszawę, ale również o Kalisz i Płock, które zdążył dokładnie obejrzeć podczas swojego pobytu tam w r. 1813. Cesarz nie tylko zaproponował pewne zmiany w wyglądzie tych miast, ale również nadzorował proces ich modernizacji.
Gospodarze Warszawy
Powstanie listopadowe na kilka lat zahamowało rozwój stolicy, ale po pewnym czasie życie miasta stopniowo wróciło do normalności. Rozwój Warszawy pomiędzy dwoma zrywami narodowymi zawdzięczano m.in. prezydentowi miasta Fiodorowi Andraultowi, który piastował ten urząd w latach 1847-1862 (wcześniej przez 5 lat był on urzędnikiem ds. specjalnych poruczeń przy namiestniku Paskiewiczu). Ciekawostką jest, iż jego żoną była Anna z domu Olenin. Weszła ona do historii Rosji i literatury rosyjskiej jako muza i ukochana Aleksandra Puszkina, który poświęcił jej kilka swoich wierszy.
W historii Warszawy Fiodor Andrault zapisał się dzięki temu, iż za jego kadencji całe miasto zostało oświetlone latarniami gazowymi. W roku 1858 rozpoczęto też budowę pierwszego stałego mostu przez Wisłę pod kierownictwem Stanisława Kierbedzia; po sześciu latach obiekt oddano do użytku (warto zaznaczyć, iż przy jego wykańczaniu po raz pierwszy użyto oświetlenia elektrycznego). Przystąpiono do budowy miejskiego wodociągu, choć jego zasięg był ograniczony. W mieście – również po raz pierwszy – urządzono filtry wodne wykonane pod nadzorem znanego architekta Henryka Marconiego. W roku 1855 do nowej sieci przewodów podłączono 17 zdrojów ulicznych i 4 wodotryski. Wodę doprowadzono również do Teatru Wielkiego, dwóch szpitali i gmachów rządowych.
Ale mimo licznych kroków podjętych w celu modernizacji miasta, Warszawa pod względem cywilizacyjnym pozostawała daleko w tyle za innymi europejskimi stolicami. Gdy w Berlinie przystępowano do budowy tramwajów elektrycznych i oświetlano ulice lampami elektrycznymi, w Warszawie kursowały tramwaje konne, a miasto miało oświetlenie gazowe. Prymitywne filtrowanie wody sprawiało, iż była ona zmieszana z piaskiem. Nawet w centrum miasta nie wszystkie domy miały choćby kran w podwórzu.
Najbardziej dotkliwy był jednak brak kanalizacji. Nawet w przepięknych pałacach z marmurowymi schodami nie było toalet. Jeśli chodzi o stołeczne kamienice, większość ich mieszkańców musiała zbiegać dla załatwienia swych potrzeb do osobnych budyneczków, stojących zwykle w głębi dziedzińca nad jamą „biologiczną”.
Gdy sytuacja osiągnęła poziom krytyczny, generał-gubernator hrabia Paweł Kotzebue napisał raport do Aleksandra II: „Nieczystości wyciekają z podwórek na ulice odkrytymi rynsztokami, wydzielając paskudne zapachy, a potem wpadają do kanałów odpływowych, zbudowanych w większości z drewna w dawnych czasach, bez jakiegokolwiek planu. Kanały te znajdują się w całkowicie niezadowalającym stanie: gniją, często się zapadają i nieustannie są zapchane. Na dodatek kanały te nie odprowadzają wód powierzchniowych, które powodują wilgoć w domach, zalewają cmentarze, a także nie przyjmują odpływów przy silnych deszczach, jednocześnie istniejący w Warszawie wodociąg pobiera wodę z Wisły dokładnie tam, gdzie wypływają nieczystości z kanałów miejskich”.
„Lekarstwem” na choroby Warszawy okazał się rosyjski generał Sokrates Starynkiewicz. Mawiano o nim, iż zastał on Warszawę XVIII-wieczną, a wprowadził ją w wiek XX. To jemu dzisiejsza Warszawa zawdzięcza budowę wodociągu i kanalizacji – już rok po objęciu urzędu prezydent zlecił inżynierowi Williamowi Lindleyowi przygotowanie projektu inwestycji, którą objął osobistym nadzorem. Ciekawostką jest, iż przed rozpoczęciem budowy Rosjanin zarządził pierwszy w historii miasta jednodniowy spis ludności, dzięki któremu władze Warszawy poznały strukturę oraz liczbę mieszkańców, ich skład zawodowy oraz sytuację rodzinną i społeczną. A gdy pojawiły się trudności w finansowaniu tego przedsięwzięcia, Starynkiewicz nie wahał się sięgnąć po własne oszczędności. I nie upominał się o zwrot pożyczki, przez kilka lat cierpliwie czekając, aż skarb państwa zwróci mu tę kwotę.
Zadbano też o zieleń miasta: na ulicach Warszawy zasadzono ponad 5000 drzew, odnowiono kilkanaście zaniedbanych skwerów, uporządkowano ogród Saski i Krasińskich. Przyjezdnych zachwycały starannie wypielęgnowane klomby. W roku 1882 w mieście pojawiły się pierwsze telefony, dwa lata później tłum na Marszałkowskiej podziwiał pierwsze latarnie elektryczne. Otwarto parki Agrykolę i Skaryszewski, a także funkcjonujący po dziś dzień Rynek Mirowski. Prawosławny prezydent z szacunkiem traktował katolików: za jego kadencji odnowiono kościół katedralny św. Anny i wybudowano Kościół Wszystkich Świętych, jedną z największych świątyni Warszawy.
W mieście nad Prosną
Podczas gdy osiągnięcia Sokratesa Starynkiewicza nie zostały zapomniane, zasługi gubernatorów kaliskich zostały praktycznie pominięte. Pierwszy z nich to Paweł Rybnikow, który objął stanowisko wicegubernatora w r. 1866, a kilka lat później został nominowany gubernatorem. Był on przede wszystkim naukowcem zajmującym się historią literatury rosyjskiej i folkloru (w rosyjskiej Wikipedii Paweł Rybnikow jest określany jako „rosyjski etnograf”, którego prace „ujawniły światu głębię i piękno legend rodem z północnych ziem Rusi”). Władał niemieckim, angielskim, francuskim, nowogreckim i włoskim. Był też uznanym znawcą folklorystyki rosyjskiej, a za wydanie Zbioru pieśni rosyjskich otrzymał złoty medal Towarzystwa Geograficznego. Nazwisko Rybnikowa znalazło się w Wielkiej Encyklopedii Radzieckiej.
Pawła Rybnikowa można zaliczyć do polonofilów. Podczas gdy większość rosyjskich urzędników nie uczyła się polskiego, ten czynownik opanował nasz język na tyle dobrze, iż tłumaczył poezję polską na język rosyjski. Jako naukowiec Rybnikow rozumiał aspiracje narodu polskiego, m.in. zarządzając drukowanie przywilejów książąt kaliskich, królów polskich, arcybiskupów gnieźnieńskich i dawnych ustaw magistratu kaliskiego z okresu 1268–1774.
On także był inicjatorem utworzenia lokalnej gazety „Kaliszanin”. Został też jej cenzorem, co pozwoliło mu na publikację tekstów nie zawsze akceptowanych przez władze. Gdy zmarł w roku 1885, mieszkańcy Kalisza urządzili mu wspaniały pogrzeb, a miejscowy dziennikarz pisał o zmarłym jako o „zacnym” człowieku, który „pozostawił po sobie dobrą pamięć w społeczeństwie”.
Za urzędowania kolejnego Rosjanina – gubernatora Michaiła Daragana - wybudowano nowy gmach Towarzystwa Dobroczynności; z jego inicjatywy powstał teatr miejski oraz istniejący do dnia dzisiejszego przepiękny park. Jednak najważniejszym osiągnięciem urzędnika było kolejowe połączenie pomiędzy Kaliszem a miejscowościami położonymi w Królestwie i Cesarstwie. Było to arcytrudne zadanie, gdyż rosyjska doktryna wojenna zakazywała budowy połączeń kolejowych w rejonach przygranicznych, bo przeciwnik mógłby w ten sposób przerzucać wojsko i sprzęt w głąb Rosji. Nie zważając na owe przepisy, Daragan przez 10 lat ubiegał się o pozwolenie na zbudowanie linii kolejowej uruchomionej w r. 1902. Pewien kronikarz tak napisał o tym wydarzeniu: Kalisz „otrzymał szerokotorową kolej, która z wagonami z tablicami Rostow-nad-Donem, Odessa, Kijów i Moskwa dobiegała do zachodniego kresu Imperium, zaczynającego się hen, we Władywostoku”. W uznaniu zasług Michaiła Daragana kaliszanie śpiewali : „Jeszcze Polska nie zginęła, póki Daragan żyje”.
Violetta Wiernicka
Dr Violetta Wiernicka, autorka m. in. książek: Rosjanie w Polsce i Prawosławni w Łodzi, zajmuje się dziejami prawosławnej społeczności w Polsce, stosunkami rosyjsko-polskimi oraz historią Rosji XVIII-XX wieku.