Historia el.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 548
Hiroszima i Nagasaki - siła nauki, słabość naukowców
Bomba zrzucona na Hiroszimę w 1945 r. zwiastowała erę atomową i zapoczątkowała kompleks wojskowo-przemysłowy, który przejęły Stany Zjednoczone.
Nowy hitowy film o Robercie Oppenheimerze przywołał wspomnienia pierwszej bomby atomowej zrzuconej na Hiroszimę. Rodzi złożone pytania o naturę społeczeństwa, które pozwoliło na opracowanie i użycie takich bomb i które gromadzi arsenał nuklearny mogący wielokrotnie zniszczyć świat.
Czy niesławne polowanie na „czerwonych” za czasów McCarthy’ego na całym świecie miało jakiś związek z patologią społeczeństwa, które stłumiło swoje poczucie winy z powodu bombardowań Hiroszimy i Nagasaki i zastąpiło je wiarą w swoją wyjątkowość?
I co wyjaśnia przemianę Oppenheimera z „bohatera” Projektu Manhattan, który zbudował bombę atomową, w złoczyńcę, a potem zapomnianego?
Pamiętam moje pierwsze spotkanie z amerykańskim poczuciem winy z powodu dwóch bomb atomowych zrzuconych na Japonię. Miało to miejsce w 1985 roku w Monterey w Kalifornii na konferencji na temat rozproszonego sterowania komputerami. Gospodarzami było Laboratorium Lawrence Livermore, które opracowało bombę wodorową. Podczas kolacji żona naukowca nuklearnego zapytała japońskiego profesora, czy jego współobywatele rozumieją, dlaczego Amerykanie musieli zrzucić bombę na Japonię – ponieważ uratowała ona życie milionowi amerykańskich żołnierzy i znacznie większej liczbie Japończyków. Czy szukała rozgrzeszenia za winę, którą dźwigają wszyscy Amerykanie? A może chciała potwierdzić to, co jej powiedziano i w co wierzyła na temat bomby? I czy wierzyła, że nawet ofiary bomby podzielały to przekonanie?
Tu nie chodzi o film Oppenheimer – chodzi o bombę atomową zbudowaną przez Oppenheimera, która spowodowała liczne rozłamy w społeczeństwie. Ta nowa broń całkowicie zmieniła parametry wojny. Ale nie tylko to — przyniosło to społeczne uznanie, że nauka nie jest już przedmiotem zainteresowania tylko naukowców, ale nas wszystkich. Dla naukowców stało się również pytaniem, czy to, co zrobili w laboratoriach, miało konsekwencje w świecie rzeczywistym, w tym możliwe zniszczenie samej ludzkości. Uświadomiło mi to również, że nadeszła nowa era wielkiej nauki, która wymagała mega pieniędzy!
Co dziwne, dwa czołowe nazwiska naukowców tworzących rdzeń ruchu przeciw bombom atomowym po wojnie również odegrały główną rolę w zainicjowaniu Projektu Manhattan.
Leo Szilard, węgierski naukowiec, który stał się uchodźcą najpierw w Anglii, a następnie w Stanach Zjednoczonych, zwrócił się do Einsteina o pomoc w złożeniu petycji do prezydenta Franklina Roosevelta, aby Stany Zjednoczone zbudowały bombę. Obawiał się, że jeśli nazistowskie Niemcy zbudują ją jako pierwsze, podbiją świat.
Szilard dołączył do Projektu Manhattan, choć nie pracował w Los Alamos, ale w Laboratoriach Metalurgicznych Uniwersytetu w Chicago. Prowadził także kampanię w ramach Projektu Manhattan, aby zademonstrować bombę przed jej użyciem w Japonii.
Einstein próbował także dotrzeć do Roosevelta ze swoim apelem przeciwko użyciu bomby. Ale Roosevelt zmarł, a list Einsteina pozostał nieotwarty na jego biurku. Zastąpił go wiceprezydent Harry Truman, który uważał, że bomba zapewni Stanom Zjednoczonym monopol nuklearny, a tym samym pomoże ujarzmić Związek Radziecki w powojennym scenariuszu.
Jeśli chodzi o Projekt Manhattan, miał on zdumiewającą skalę, nawet jak na dzisiejsze standardy. W szczytowym okresie zatrudniał bezpośrednio 125 000 osób, a jeśli uwzględnimy wiele innych gałęzi przemysłu, które bezpośrednio lub pośrednio produkowały części lub wyposażenie do bomby, liczba ta wynosiłaby blisko pół miliona. Koszty znów były ogromne: 2 miliardy dolarów w 1945 r. (dziś około 30–50 miliardów dolarów ). Jej naukowcy stanowili elitarną grupę, w skład której wchodzili Hans Bethe, Enrico Fermi, Nils Bohr, James Franck, Oppenheimer, Edward Teller (późniejszy czarny charakter tej historii), Richard Feynman, Harold Urey, Klaus Fuchs (który dzielił się z Sowietami tajemnicami atomowymi) i wiele innych błyszczących imion. Z Projektem Manhattan związało się ponad dwudziestu laureatów Nagrody Nobla.
Ale nauka była tylko małą częścią Projektu Manhattan. Chciała zbudować dwa rodzaje bomb: jeden, wykorzystujący izotop uranu 235, a drugi - pluton. Jak oddzielić materiał rozszczepialny U-235 od U-238? Jak skoncentrować rozszczepialny pluton? Jak zrobić jedno i drugie na skalę przemysłową? Jak skonfigurować reakcję łańcuchową, aby wywołać rozszczepienie, łącząc podkrytyczny materiał rozszczepialny w celu wytworzenia masy krytycznej? Wszystko to wymagało metalurgów, chemików, inżynierów, ekspertów od materiałów wybuchowych oraz zupełnie nowych zakładów i sprzętu rozmieszczonych w setkach lokalizacji. Wszystko to miało odbywać się z rekordową szybkością. Był to „eksperyment” naukowy przeprowadzony nie na skalę laboratoryjną, ale przemysłową. Stąd ogromny budżet i wielkość zaangażowanych sił ludzkich.
Rząd Stanów Zjednoczonych przekonał swoich obywateli, że zamachy bombowe w Hiroszimie, a trzy dni później w Nagasaki, doprowadziły Japonię do kapitulacji. Z dowodów archiwalnych i innych wynika, że bardziej niż bomby nuklearne, wypowiedzenie wojny Japonii przez Związek Radziecki doprowadziło do jej kapitulacji. Udowodniono, że twierdzenie o „ocaleniu życia miliona Amerykanów” w wyniku zbombardowania Hiroszimy i Nagasaki, co pozwoliło uniknąć inwazji na Japonię, nie ma podstaw. Była to liczba wymyślona w celach propagandowych.
Podczas gdy Amerykanie przedstawiali te liczby jako poważne obliczenia, całkowicie ocenzurowano rzeczywiste zdjęcia ofiar dwóch zamachów bombowych. Jedyne dostępne zdjęcie bombardowania Hiroszimy – chmura grzyba – zostało zrobione przez strzelca Enola Gay - samolotu, który zrzucił bombę. Nawet kilka miesięcy po bombardowaniach nuklearnych, kiedy opublikowano kilka zdjęć Hiroszimy i Nagasaki, przedstawiały one jedynie zniszczone budynki, a nie ludzi.
Stany Zjednoczone chciały rozkoszować się zwycięstwem nad Japonią. Nie chciały, żeby to zwycięstwo zostało zepsute przez obrazy przedstawiające grozę bomb nuklearnych. Odrzuciły przypadki umierania na tajemniczą chorobę, o której wiedziały, że jest chorobą popromienną, jako japońską propagandę. Cytując generała Leslie Grovesa , który kierował Projektem Manhattan, były to "Opowieści Tokio ”.
Minęło siedem lat, zanim żniwo ludzkie stało się widoczne dopiero po zaprzestaniu okupacji Japonii przez Stany Zjednoczone. Nawet wtedy pojawiło się tylko kilka zdjęć, ponieważ Japonia nadal współpracowała ze Stanami Zjednoczonymi w zatuszowaniu okropności bomby atomowej.
Na pełną wizualizację tego, co wydarzyło się w Hiroszimie, trzeba było poczekać do lat sześćdziesiątych. Potem zobaczyliśmy zdjęcia Cieni Hiroszimy – ludzi, którzy wyparowali, pozostawiając jedynie ślady na kamieniu, na którym siedzieli; ocalałych, których skóra zwisała z ciał, oraz ludzi umierających na chorobę popromienną.
Po bombardowaniu nuklearnym naukowcy stojący za bombą stali się bohaterami, którzy skrócili wojnę i uratowali życie miliona Amerykanów. To tworzenie mitów przekształciło bombę atomową z projektu na skalę przemysłową w tajną formułę odkrytą przez kilku fizyków, co dało Stanom Zjednoczonym ogromną władzę w epoce powojennej. To właśnie uczyniło Oppenheimera bohaterem narodu amerykańskiego. Symbolizował społeczność naukową i jej boskie moce. To także uczyniło go celem dla ludzi takich jak Teller, którzy później połączyli siły z innymi, aby obalić Oppenheimera.
Ale jeśli Oppenheimer był bohaterem, jak został pokonany zaledwie kilka lat później?
Trudno to sobie dzisiaj wyobrazić, ale przed II wojną światową w Stanach Zjednoczonych istniał silny ruch lewicowy. Oprócz komunistów w ruchach robotniczych, inteligencja - literatura, kino i fizycy - miała silną reprezentację komunistyczną. Naukowcy przyjęli koncepcję, którą JD Bernal głosił wówczas w Wielkiej Brytanii, że naukę i technologię można planować i wykorzystywać dla dobra publicznego. Dlatego współcześni fizycy – wówczas będący w czołówce nauk, takich jak teoria względności i mechanika kwantowa – również prowadzili debaty społeczne i polityczne w nauce i na jej temat.
To właśnie ten świat nauki, krytyczny światopogląd, zderzył się z nowym światem, w którym panowało przekonanie, że Stany Zjednoczone powinny być wyjątkowym narodem i jedynym światowym hegemonem. Osłabienie tej hegemonii mogłoby nastąpić jedynie wtedy, gdyby niektórzy ludzie – „zdrajcy narodu” – zdradzili „nasze” tajemnice narodowe. Jakikolwiek rozwój gdziekolwiek indziej może być jedynie skutkiem kradzieży i niczego więcej. Kampanii tej pomogło przekonanie, że bomba atomowa powstała w wyniku kilku równań odkrytych przez naukowców, które w związku z tym mogą łatwo przedostać się do wrogów.
Taka była geneza ery McCarthy'ego w Stanach Zjednoczonych, jej wojna ze środowiskami artystycznymi, akademickimi i naukowymi oraz poszukiwania szpiegów pod łóżkiem. W kraju rodził się kompleks wojskowo-przemysłowy, który wkrótce przejął establishment naukowy. W Stanach Zjednoczonych budżet wojskowy i energetyczny – nuklearny – będzie odtąd decydował o losie naukowców i ich grantach. Oppenheimera należało ukarać, aby dać przykład innym naukowcom – nie przeciwstawiajcie się bogom kompleksu wojskowo-przemysłowego i naszej wizji dominacji nad światem.
Upadek Oppenheimera służył innemu celowi. Była to lekcja dla społeczności naukowej, że nikt nie był na tyle duży, aby przekroczyć stan bezpieczeństwa. Rosenbergowie – Julius i Ethel – zostali straceni, chociaż byli stosunkowo niewielkimi postaciami. Julius nie ujawnił tajemnic atomowych, jedynie informował Związek Radziecki o rozwoju sytuacji. Ethel, komunistka, nie miała nic wspólnego ze szpiegostwem. Jedyną osobą, która ujawniła „tajemnice” atomowe, był Klaus Fuchs, członek niemieckiej partii komunistycznej, który uciekł do Wielkiej Brytanii i tam pracował nad projektem bomby, a następnie nad Projektem Manhattan, do którego dołączył jako członek brytyjskiego zespołu.
Fuchs wniósł ważny wkład w mechanizm wyzwalania bomby nuklearnej i podzielił się nim ze Związkiem Radzieckim. Jego wkład skrócił sowiecką bombę w najlepszym razie o rok. Jak pokazało wiele narodów, gdy już wiedziały, że istnieje możliwość zbudowania bomby rozszczepialnej, naukowcom i technologom z łatwością udało się ją odtworzyć, co pokazały kraje tak małe jak Korea Północna.
Tragedia Oppenheimera nie polegała na tym, że w epoce McCarthy'ego stał się ofiarą i utracił poświadczenie bezpieczeństwa. Einstein nigdy nie miał poświadczenia bezpieczeństwa, więc nie musiało to być poważne nieszczęście. Złamało go publiczne upokorzenie podczas przesłuchań, podczas których kwestionował cofnięcie poświadczenia bezpieczeństwa.
Fizycy, złoci chłopcy ery atomowej, w końcu pokazali swoje prawdziwe miejsce w wyłaniającym się świecie kompleksu wojskowo-przemysłowego.
Einstein, Szilard, Joseph Rotblat i inni przewidzieli taki świat. W przeciwieństwie do Oppenheimera, wybrali ścieżkę budowania ruchu przeciwko bombie atomowej . Stworzywszy bombę, naukowcy musieli teraz działać jako strażnicy sumienia świata przeciwko bombie, która może zniszczyć całą ludzkość – tej bombie, która wciąż wisi nad naszymi głowami jak miecz Damoklesa.
Prabir Purkayastha
Prabir Purkayastha jest inżynierem i działaczem naukowym w sektorach energetycznych, telekomunikacyjnych i oprogramowania. Jest współzałożycielem Delhi Science Forum, założycielem Newsclick.
Powyższy tekst pochodzi z portalu Global Research (tłumaczenie maszynowe)
https://www.globalresearch.ca/oppenheimer-power-science-weakness-scientists/5829058
Oryginalnym źródłem tego artykułu jest NewsClick, 2023
Recenzja filmu „Oppenheimer” - https://www.globalresearch.ca/movie-moment-oppenheimer-review-through-lens-anti-war-activist/5826925
Recenzja książki Hiroszima 45 w Sprawach Nauki (SN 1/22)– Atak, który zmienił świat
p. także - Czy potrzebna była bomba atomowa - https://www.globalresearch.ca/war-won-hiroshima-generals-dropped-bomb-knew/5828515
oraz - Cień Trójcy: Pierwsza bomba atomowa zwana Trójcą. Przerażająca sytuacja, którą wielu chce ignorować
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1151
Wielu ludzi w Polsce zbulwersowała polityka historyczna prowadzona na Ukrainie po przewrocie politycznym w 2004 roku, w dobie prezydentury Wiktora Juszczenki (2005–2010), a zwłaszcza po przewrocie politycznym z 2014 roku w okresie rządów Petra Poroszenki (2014–2019).
Oczywiście wśród zbulwersowanych nie było – przynajmniej oficjalnie – znacznej części polskich elit politycznych i medialnych, które uważały i uważają, że należy wspierać każdą Ukrainę, o ile jest antyrosyjska, a polskiej opinii publicznej tłumaczą, że kult UPA na Ukrainie ma charakter jakoby tylko antyrosyjski (co jest w porządku?), a nie antypolski.
Niemniej jednak wielu tzw. szarych obywateli polskich bulwersowała i bulwersuje obecność w przestrzeni publicznej Ukrainy miejscami obłędnego kultu OUN i UPA, w tym licznych pomników czołowych nacjonalistów ukraińskich, odpowiedzialnych za ludobójczą czystkę etniczną na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Oburza ich narracja historyczna zakłamująca historię nacjonalizmu ukraińskiego, negująca faszystowski charakter jego ideologii oraz ciemne strony jego historii.
Tak zwani szarzy obywatele mieli prawo być zbulwersowani tym, że np. w tym samym czasie, gdy minister stanu Krzysztof Szczerski mówił publicznie o wspieraniu przez Polskę „europejskiego wyboru Ukrainy”, na Ukrainie w szokujący sposób pokazano, jak ten „europejski wybór” wygląda. 5 marca 2015 roku miały tam miejsce pierwsze po „rewolucji godności” państwowe obchody 66. rocznicy śmierci Romana Szuchewycza – hitlerowskiego kolaboranta, twórcy i dowódcy Ukraińskiej Powstańczej Armii, czołowego inspiratora i organizatora ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego.
W następnych latach też odbywały się podobne uroczystości ku czci tej i innych czołowych postaci OUN i UPA, w których zawsze brały udział nie tylko władze państwowe i samorządowe oraz duchowieństwo, ale i młodzież szkolna, ubrana w czarne koszule i czerwone krawaty (barwy banderowców), maszerująca z czerwono-czarnymi flagami OUN-B oraz portretami Bandery i Szuchewycza, śpiewająca banderowskie pieśni.
Faszyzacja na Łotwie
Taka faszyzacja przestrzeni publicznej nie jest jednak rzeczywistością tylko i wyłącznie Ukrainy. Ma miejsce także na Łotwie, gdzie 16 marca obchodzony jest dzień pamięci Ochotniczego Legionu Łotewskiego Waffen-SS, utworzonego 16 marca 1943 roku. Do obchodów tych dochodzi pomimo protestów części opinii publicznej, a nawet – jak w 2015 roku – negatywnego stanowiska premiera Łotwy Marisa Kučinskisa. Władze Rygi z reguły wydają na te uroczystości pozwolenia. Tzw. marszów pamięci Legionu Łotewskiego Waffen-SS nie powstrzymują też protesty międzynarodowe.
Podczas drugiej wojny światowej po stronie III Rzeszy walczyło około 150 tysięcy Łotyszy. Służyli oni w Ochotniczym Legionie Łotewskim Waffen-SS, składającym się z 15 i 19 Dywizji Grenadierów Waffen-SS (1. i 2. łotewska), Łotewskim Legionie Luftwaffe, dywizjach niemieckich oraz batalionach policyjnych19. Popełnili wiele zbrodni wojennych. Jedną z nich była zbrodnia w Podgajach, 2 lutego 1945 roku. Podczas walk na Wale Pomorskim, esesmani z grupy bojowej „Elster” – wchodzącej w skład 15 Dywizji Grenadierów Pancernych Waffen-SS „Lettland” (1. łotewskiej) – dokonali w Podgajach (niem. Flederborn) zbrodni na 32 jeńcach z 3 pułku piechoty 1 Dywizji WP, których związali drutem kolczastym i spalili żywcem w stodole. Marsze ku czci łotewskich esesmanów są organizowane w Rydze regularnie od 1990 roku. W 1998 roku rząd Łotwy ustanowił święto narodowe w rocznicę powstania Legionu Łotewskiego Waffen-SS. W 2000 roku, po międzynarodowych protestach obniżono rangę tego święta do narodowego dnia pamięci.
W Estonii, na Litwie, w Chorwacji…
Nie inaczej jest w sąsiedniej Estonii. Tam z kolei podobnym świętem jest 28 sierpnia – rocznica rozpoczęcia przez niemieckie władze okupacyjne w 1942 roku werbunku do Estońskiego Ochotniczego Legionu Waffen-SS, który po wielu zmianach organizacyjnych przybrał ostatecznie formę 20 Dywizji Grenadierów Waffen-SS (1 estońskiej). Brała ona udział w walkach pod Narwą oraz na Dolnym Śląsku i w Czechach. Przedtem jednak estońscy esesmani uczestniczyli w akcjach antypartyzanckich na zapleczu
frontu wschodniego, popełniając masowe zbrodnie na ludności cywilnej. Dowodził nimi wówczas SS-Obergruppenführer Erich von dem Bach-Zelewski, późniejszy kat powstańczej Warszawy.
Niezależnie od 30 tysięcy Estończyków służących w Waffen-SS, dalsze tysiące służyły w pułkach straży granicznej SS, niemieckiej policji porządkowej i Wehrmachcie.
Na Litwie kultem otaczany jest tzw. Legion Plechavičusa (Litewski Korpus Lokalny – LVR) – zbrodnicza formacja kolaboracyjna w służbie III Rzeszy, a na Ukrainie 14 Ochotnicza Dywizja Grenadierów Waffen-SS „Galizien” (1. ukraińska), której rocznica utworzenia (27 kwietnia 1943 roku) jest od lat hucznie świętowana we Lwowie i innych miastach zachodniej Ukrainy. Gloryfikacja dywizji SS-Galizien, obok gloryfikacji OUN-UPA, stała się fundamentem, na którym w okresie prezydentury Wiktora Janukowycza i Petra Poroszenki budowano tożsamość narodowo-polityczną Ukrainy. Wreszcie na Litwie, Łotwie i w Estonii krzewi się kult tzw. „leśnych braci” (tamtejszych żołnierzy wyklętych), czyli antykomunistycznej partyzantki z lat 1944–1953, złożonej niejednokrotnie z byłych esesmanów i kolaborantów hitlerowskich.
W Chorwacji tamtejsza prawica od początku lat 90. XX w. czci ustaszy. Jak zauważył red. Ziemowit Szczerek: „Chorwacja to kolejny środkowoeuropejski kraj, w którym wykładnia „godności narodowej” znajduje się w pieczy rządzącej partii i wszelkiej maści nacjonalistów”.
Faszyzm przechodzi
Czy kult OUN-UPA na Ukrainie, formacji SS w Estonii, na Łotwie i Ukrainie, formacji kolaboracyjnych na Litwie oraz ustaszy w Chorwacji nie stoi w sprzeczności z wartościami europejskimi, do których odwołuje się Unia Europejska? Stoi. Faszyzacja przestrzeni publicznej tych krajów jest jednak tolerowana przez Zachód, a zwłaszcza przez USA. Warto zwrócić uwagę, co łączy kult wymienionych formacji. To antykomunizm i antysowietyzm (antyrosyjskość).
Ukraina oraz państwa bałtyckie są krajami peryferyjnymi szeroko rozumianego świata euroatlantyckiego i od 2014 roku odgrywają kluczową rolę w polityce amerykańskiej, nastawionej na polityczno-ekonomiczną penetrację obszaru poradzieckiego oraz wbijanie klina pomiędzy Unię Europejską i Rosję. Do ich peryferyjnego, ale zarazem frontowego, znaczenia w polityce amerykańskiej zostały dostosowane ich polityki historyczne. W sytuacji geopolitycznej, w jakiej znajdują się te kraje, istotne jest stałe podtrzymywanie nastrojów antyrosyjskich oraz dostarczanie tamtejszym władzom takiej ideologii historycznej, która nie będzie miała jakiegokolwiek związku z tradycją radziecką i lewicową. Mało tego – będzie negowała tę tradycję i uniemożliwiała wykreowanie alternatywy geopolitycznej i gospodarczej.
Temu służy odpowiednie preparowanie historii oraz kult faszystowskich
formacji i organizacji na Ukrainie, w Chorwacji i w krajach bałtyckich. Natomiast w Polsce w ten sam nurt wpisuje się kult tzw. żołnierzy wyklętych, których oczywiście par excellence nie można nazwać faszystami. Pełni on jednak podobną funkcję. Jest mianowicie elementem propagandy totalnie dyskredytującej PRL.
I Polska w tym towarzystwie
Ta dyskredytacja wynika nie tylko z tego, że Polska po 1989 roku jest budowana na negacji PRL-u, ale także z tego, że potencjalnie krytyczne nastroje wobec projektu III/IV RP najlepiej pacyfikować przez obrzydzanie – zwłaszcza młodemu pokoleniu – przeszłości z lat 1945–1989. Uczestnicy polskiego podziemia antykomunistycznego znaleźli się na płaszczyźnie politycznej w jednym szeregu z UPA, litewskimi szaulisami oraz łotewskimi i estońskimi esesmanami, nie dlatego, że tak jak tamci byli jawnymi faszystami, ale dlatego, że propaganda kreowana przez IPN i PiS tam ich postawiła. A Polskę postawiła równocześnie w gronie państw pokonanych w drugiej wojnie światowej.
Zamiast pokazać złożoność ówczesnej sytuacji politycznej, różnorodność postaw i skomplikowanych losów oraz tragizm wyborów moralnych, zamiast wyciągnąć z tej bolesnej lekcji historii jakieś wnioski na przyszłość stworzono infantylny mit o żołnierzach wyklętych i niezłomnych. Bo nie o wnioski z historii tu chodzi, ale o mit właśnie. Mit ten ma dwa główne cele: podtrzymywanie wrogości do utożsamianej z ZSRR Rosji oraz dyskredytowanie PRL-u i wymazywanie go z historii – by nie można się było do niego odwoływać, by nie mógł być odniesieniem dla rzeczywistości stworzonej po 1989 roku. Ważną rolą tego mitu w polityce wewnętrznej
jest również pacyfikowanie opozycji politycznej poprzez etykietowanie osób zdobywających się na krytykę takiej peryferyjnej polityki historycznej określeniami typu „postkomuna”, „lewacy”, „rosyjska agentura wpływu” itp.
Kreowanie członków polskiego podziemia antykomunistycznego na „niezłomnych bohaterów”, którzy ponoć jako jedyni zajęli właściwą postawę polityczną po 1945 roku, jest takim samym zabiegiem ahistorycznym jak kreowanie UPA na narodową partyzantkę ukraińską (podczas gdy było to tylko zbrojne ramię OUN-B), walczącą nie tylko z ZSRR, ale podobno też z Niemcami, czy kreowanie estońskich, łotewskich i ukraińskich formacji SS oraz litewskich formacji kolaboracyjnych na obrońców Europy przed „sowiecką zarazą”.
Ahistoryczny kult podziemia antykomunistycznego w Polsce, połączony z tezą, że Polska w 1945 roku jakoby przegrała wojnę i przeszła pod drugą okupację, ma daleko idące konsekwencje historyczno-polityczne. Najważniejszą z nich jest ta, że Polska automatycznie wypisuje się ze zwycięskiej koalicji antyhitlerowskiej i wchodzi do obozu pokonanych kolaborantów III Rzeszy, gdzie zajmuje miejsce obok nacjonalistów ukraińskich, faszystów estońskich, litewskich i łotewskich oraz chorwackich ustaszy. Widać to było doskonale podczas uroczystości 70. rocznicy zakończenia drugiej wojny światowej, zorganizowanych 7 maja (sic!) 2015 roku na Westerplatte, gdzie prezydent Bronisław Komorowski zaprosił prawie wyłącznie przedstawicieli krajów, które były kolaborantami III Rzeszy i drugą wojnę światową rzeczywiście przegrały.
Bohdan Piętka
Jest to fragment książki Bohdana Piętki Kłamstwa o historii wydanej przez Fundację Oratio Recta, której recenzję zamieszczamy w tym numerze.
Wyróżnienia i śródtytuły pochodzą od Redakcji SN.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2045
Dzieje polskiej emigracji w okresie II wojny światowej znane są dość pobieżnie. W okresie PRL-u obowiązywał jednostronny obraz reakcyjnego rządu londyńskiego liczącego na konflikt Zachodu z ZSRR i powrót generała Władysława Andersa na białym koniu do Polski, która odzyska nie tylko swoje przedwojenne granice, ale i ustrój.
Wielu działaczy emigracyjnych przeczuwało jednak scenariusz powojennych dziejów naszej ojczyzny, zwłaszcza po sukcesach Armii Czerwonej pod Stalingradem i Kurskiem. Tyle, że nikt w 1943 roku nie miał wiedzy na temat ustaleń konferencji w Teheranie, na której Józef Stalin (1878-1953), Winston Churchill (1874-1965) i prezydent USA Franklin Delano Roosvelt (1882-1945) wstępnie porozumieli się co do przyszłego kształtu Europy. Niewielu działaczy Polski Podziemnej, może za wyjątkiem struktur związanych z Delegaturą Rządu na Kraj, miała świadomość ogromnych podziałów w łonie emigracyjnych działaczy różnych opcji politycznych, które w praktyce wykluczały wypracowanie wspólnej koncepcji walki o powojenną Rzeczpospolitą.
Wyniki negocjacji teherańskich zostały ujawnione dopiero w 1944 roku i stały się bezpośrednim powodem dymisji Stanisława Mikołajczyka (1901-1966), którego na stanowisku premiera zastąpił Tomasz Arciszewski (1877-1955). To jednak w niczym nie zmieniło rozbicia emigracji na koterie związane z partiami politycznymi, a nawet elit artystycznych.
Niedoszły prezydent
Zgodnie z konstytucją kwietniową z 1935 roku, prezydent Ignacy Mościcki (1867-1946) mógł wyznaczyć swego następcę. Sam został najpierw internowany w Rumunii, po czym władze tego kraju pozwoliły mu udać się do Szwajcarii, w czym niewątpliwie pomógł mu paszport tego kraju, który posiadał przez cały okres dwudziestolecia.
Jako zadeklarowany piłsudczyk desygnował na ten urząd ambasadora polskiego w Rzymie gen. Bolesława Wieniawę- Długoszowskiego (1881-1942), cieszącego się niechlubną sławą hulaki, który przed objęciem stanowiska w dyplomacji najchętniej spędzał czas w warszawskiej restauracji „Ziemiańska” przy stoliku skamandrytów.
Nie była to jednak cała prawda o generale. Ten zapalony kawalerzysta i lekarz okulista z wykształcenia znał, oprócz greki i łaciny, sześć języków nowożytnych, w tym francuski i włoski i miał pełne przygotowanie do pełnienia rozmaitych funkcji politycznych. Doskonale znał ministra spraw zagranicznych Włoch Galeazzo Ciano (1903-1944) i położył ogromne zasługi dla Polaków usiłujących przedostać się do Francji, do tworzącej się polskiej armii. Dzięki jego prośbom Włosi przymykali oko na całe rzesze polskich uciekinierów, którymi w znakomitej mierze byli zdemobilizowani żołnierze kampanii wrześniowej. Ponadto Włosi nie od razu wypowiedzieli nam wojnę i Wieniawa- Długoszowski przebywał w Rzymie do 1940 roku.
Przeciwko jego kandydaturze zaprotestowali jednak Anglicy i Francuzi, a także antysanacyjna grupa działaczy skupiona wokół gen. Władysława Sikorskiego (1881-1943), który szczerze nienawidził piłsudczyków od czasu przewrotu majowego w 1926 roku. Nie zapomniano mu, że piastując dowództwo VI Okręgu Korpusu Lwów wsparł wojska rządowe i w 1928 roku pożegnał się z wszystkimi stanowiskami w armii pozostając „do dyspozycji ministra spraw wojskowych”. Co więcej, w 1939 roku nie otrzymał żadnego przydziału wojskowego.
Prezydentem na uchodźstwie został zatem Władysław Raczkiewicz (1885-1947), bliski przyjaciel Mościckiego (należał do tzw. grupy zamkowej), wprawdzie również działacz sanacyjny (czterokrotny minister spraw wewnętrznych i wojewoda wileński w latach 30.), ale znacznie bardziej elastyczny od Wieniawy. Ponieważ premierem, Wodzem Naczelnym i Generalnym Inspektorem Sił Zbrojnych został Władysław Sikorski, Raczkiewicz został zmuszony do podpisania tzw. umowy paryskiej, na mocy której zrzekł się wielu swoich prerogatyw, które znacznie osłabiły jego pozycję i w rezultacie stał się polityczną marionetką.
Weryfikacja
Sikorski nie widział w szeregach tworzących się polskich jednostek wojskowych miejsca dla wielu byłych sanacyjnych oficerów. Z jego inicjatywy powołano do życia w Angers, w którym mieściła się siedziba rządu, specjalną komisję do zbadania „ostatnich zdarzeń w Polsce i ustalenia ich przyczyn”. Początkowo na jej czele stanął gen. Józef Haller (1873-1960), ale wkrótce powstała nowa komisja, której przewodniczył bardzo operatywny ludowiec Stanisław Kot (1885-1975). Rozpoczęła się iście inkwizytorska robota, której celem było zbadanie nie tylko przyczyn katastrofy wrześniowej, ale również ustalenie osobistej odpowiedzialności liderów sanacji i wytoczenie im procesu.
Szczególną zajadłością w tropieniu „sprawców klęski wrześniowej” i w ogóle wszelkiej maści nieprawomyślnych oficerów wykazał się Jan Stańczyk (1886-1953) z PPS, który postulował postawienie przez sądem wojskowym marszałka Edwarda Rydza- Śmigłego (1886-1941), a dla byłego ministra spraw zagranicznych Józefa Becka (1894-1944) i premiera Felicjana Sławoja- Składkowskiego (1885-1962) Trybunał Stanu.
Temu ostatniemu zarzucał nawet konszachty z wywiadem niemieckim oraz… zbudowanie obozu koncentracyjnego w Berezie Kartuskiej, chociaż ten powstał trzy lata przed objęciem przez niego funkcji prezesa rady ministrów, a jego inicjatorem był ówczesny premier Leon Kozłowski (1892-1944). Zresztą dekret o powstaniu tego miejsca odosobnienia i tak podpisał prezydent Mościcki. A że stosowano w nim tortury, to już zupełnie inna sprawa.
Pomysłodawca obozu okazał się nader nietuzinkową postacią. Po klęsce wrześniowej przeszedł piekło radzieckich więzień w Butyrkach, na Łubiance i w Lefortowie, ale udało mu się wydostać z ZSRR po podpisaniu układu Sikorski- Majski w lipcu 1941 roku.
Był profesorem archeologii i premierem w latach 1934-35. Nie wiadomo co skłoniło go do dezercji i przejścia na stronę niemiecką, gdyż jako naukowiec dowodził obecności Słowian we wschodnich landach na długo przed zajęciem tych ziem przez ludy germańskie. W 1942 roku wszczęte zostało wobec niego śledztwo i sąd podziemny skazał go zaocznie na karę śmierci za (rzekomą) dezercję. Tyle, że profesor przebywał już w Niemczech, gdzie prowadził badania, choć pod czujnym okiem Gestapo. W 1944 roku zginął podczas jednego z nalotów alianckich na Berlin.
Bereza Kartuska była tylko jednym z punktów zapalnych oskarżeń byłych oficerów. Komisja Kota oskarżała ich o sprzeniewierzanie ogromnych sum pieniędzy, jak w przypadku ministra Becka o 8 milionów złotych, którymi miał jakoby zasilać polskie podziemie, które nie podporządkowało się rządowi londyńskiemu.
W działaniach „komisji weryfikacyjnej” bardzo pomocny okazał się przedwojenny pułkownik awansowany do stopnia generała Izydor Modelski (1889-1962), przed wojną dowódca trzytysięcznej załogi w warszawskiej cytadeli. W 1926 roku jego oddział mógł przechylić szalę zwycięstwa na stronę rządową, ale brak zdecydowania sprawił, że jego podwładni zamknęli go w toalecie i w rezultacie wsparli Piłsudskiego. Za to zesłano go na stanowisko szefa Powiatowej Komendy Uzupełnień w Łunińcu, a w 1928 przeniesiono w stan spoczynku. Podobnie jak Sikorski mocno sfrustrowany, w rządzie w Angers, a następnie w Londynie pełnił funkcję II zastępcy ministra spraw wojskowych, a faktycznie odpowiadał za politykę kadrową ministerstwa. Podległo mu m.in. Biuro Rejestracyjne, weryfikujące wszystkich wojskowych przybywających do Francji i choć na jego czele stał płk Fryderyk Mally (1893-1984), to o wszystkim decydował jego wszechwładny szef.
Weryfikacja objęła wiele tysięcy wojskowych, choć w okresie późniejszym Sikorski złagodził swoje postępowanie, gdyż polskie jednostki wojskowe na skutek strat wymagały uzupełnienia.
Niechlubne obozy
Trudno znaleźć w podręcznikach historii choćby najmniejszą wzmiankę o obozach karnych Polskich Sił Zbrojnych, często porównywanych do obozów koncentracyjnych, a przynajmniej do cieszącej się złą sławą Berezy Kartuskiej.
Pierwsze więzienie, do którego kierowano ludzi związanych z sanacyjnym reżimem, eufemicznie nazwane Obozem Zbornym Rezerwy Oficerów, powstało w Cerizay we Francji. Jednak jego „pensjonariuszami” nie byli prominentni działacze sanacyjni internowani w Rumunii, czy skrzętnie omijający Angers, a ludzie drugiego i trzeciego szeregu, jak gen. Stanisław Rouppert (1887-1945), lekarz Piłsudkiego i prezes CWKS Legia, gen. Stanisław Kwaśniewski (1886-1956), prezes Ligi Morskiej i Kolonialnej czy por. Ludwik Łubieński (1912-1996), szef kancelarii ministra Becka. W sumie „gośćmi” było 69 oficerów.
Zdarzało się jednak, że trafiali do tego miejsca prawdziwi szubrawcy jak gen. Stefan Dąb- Biernacki (1890-1959), wsławiony przed wojną pacyfikacją wileńskich dziennikarzy i dwukrotny dezerter w kampanii wrześniowej. Tylko cudem uniknął sądu polowego. W Cerizay panowała jednak w rzeczywistości duża swoboda i oficerowie zajmowali prywatne kwatery i otrzymywali nawet niewielkie uposażenia.
Gorzej rzecz wyglądała po przeprowadzce do Wielkiej Brytanii. Oba obozy zostały zlokalizowane na wyspie Bute (zwanej także Wyspą Węży), nieopodal zachodnich wybrzeży Szkocji, gdzie panował surowy klimat, a warunki bytowe niemal spartańskie.
Pierwszy znajdował się w Rothesay i jego komendantem był gen. Bolesław Jatelnicki- Jacyna (1890-1972), drugi zaś w Tighnabruaich dowodzony przez pułkownika Władysława Spałka (1887-1977).
Na ile pogłoski o maltretowaniu więźniów były prawdziwe, trudno powiedzieć. Faktem jest, że ich korespondencja była cenzurowana, a bez specjalnej przepustki nie mogli opuszczać wyspy. Co więcej, władze emigracyjne przedstawiały osadzonych jako malwersantów, pijaków i wszelkiej maści dewiantów seksualnych, co miało zniechęcić miejscową ludność do utrzymywania z nimi kontaktów. Ten propagandowy zamiar nie do końca jednak się powiódł.
Najgorszym miejscem odosobnienia był jednak obóz dyscyplinarny w Shinafoot (na północ od Glasgow), w którym baraki otoczone były drutem kolczastym. Rządził w nim alkoholik i sadysta kapitan Korkiewicz osobiście maltretujący więźniów - nawet skutych czy nieprzytomnych. Tu dochodziło nawet do zabójstw jak w przypadku zastrzelenia szeregowca Edwarda Jakubowskiego przez wartownika, którego ten ponoć obraził. Ale ani on, ani jego szef, który stanął przed sądem w 1942 roku nie ponieśli z tego tytułu żadnych konsekwencji.
Obozy Sikorskiego straciły rację bytu mniej więcej w 1942 roku. Armia polska potrzebowała żołnierzy, a po śmierci ich pomysłodawcy 4 lipca 1943 roku nowe kierownictwo z premierem Stanisławem Mikołajczykiem i Naczelnym Wodzem Kazimierzem Sosnkowskim (1885-1969) nie widziało potrzeby kontynuowania niechlubnej tradycji.
Tarcia w łonie polityków trwały ciągle. Zapewne największą tragedią było powstanie warszawskie wywołane wbrew woli Naczelnego Wodza gen. Sosnkowskiego, a wskutek nadmiernych ambicji Komendanta Głównego AK gen. Tadeusza Bora- Komorowskiego (1895-1966) oraz szefa wywiadu AK Grzegorza Pełczyńskiego (1892-1985) i zastępcy Bora gen. Leopolda Okulickiego (1898-1946). Ten temat jest dość dobrze znany, choć interpretacje wybuchu powstania znacznie się różnią.
Podziały u skamandrytów
Dramatyczne podziały nie ominęły również twórców, czego jaskrawym przykładem może być rozpad skamandrytów, poetyckiego ugrupowania, które słynęło ze współpracy i wzajemnej zażyłości, publicznie okazywanej wieczorami w „Ziemiańskiej”, gdzie panowie na półpiętrze mieli swój stolik.
Poza Jarosławem Iwaszkiewiczem (1894-1980), który pozostał w okupowanej Polsce w swoim majątku w Stawiskach, pozostałym czterem: Julianowi Tuwimowi (1894-1953), Kazimierzowi Wierzyńskiemu (1894-1969), Antoniemu Słonimskiemu (1895-1976) i Janowi Lechoniowi (1899-1956) udało się opuścić kraj. Dołączył do nich również Mieczysław Grydzewski (1894-1970) osoba arcyważna, gdyż przed wojną jako wydawca „Wiadomości Literackich” w znacznej mierze przyczynił się do ich sukcesu.
Początkowo znaleźli się w Brazylii dzięki Tuwimowi, który w Lizbonie wystarał się o wizy tego kraju u nadzwyczajnego ambasadora, którym był znany brazylijski poeta Olegário Mariano. Potem los rzucił Lechonia, Wierzyńskiego i Tuwima do USA, a Grydzewskiego i Słonimskiego do Wielkiej Brytanii. Pierwszy rozdźwięk nastąpił wśród „amerykańskiej trójki”. Lechoń i Wierzyński uważali Stalina za jednego z dwóch grabarzy Polski, ale dopuszczali możliwość taktycznego sojuszu z Rosjanami w zamian za gwarancję zachowania przedwojennych granic i suwerenności ustrojowej.
Tuwim z kolei wydawał się zafascynowany radzieckim modelem władzy, co było paradoksem zważywszy, że przed wojną radził sobie ze wszystkich skamandrytów najlepiej finansowo i jego apanaże dochodziły do sumy 4 000 złotych, co przy niezłej urzędniczej pensji rzędu 150- 200 złotych było prawdziwym majątkiem. Można tylko domniemywać, że jego naiwna wiara wynikała z kompletnej niewiedzy na temat „ustroju powszechnej sprawiedliwości”. W Londynie do podobnego sporu doszło pomiędzy Grydzewskim i Słonimskim, który również przejawiał skłonność do lewicowych poglądów.
Do Polski Ludowej powrócili Tuwim i Słonimski. Pierwszy stał się uznanym poetą i jak na owe czasy pławił się w luksusie, zajmując willę w Aninie przy ul. Zorzy 17 (później zamieszkał w niej i zginął były premier Piotr Jaroszewicz), a także posiadał mieszkanie przy Nowym Świecie. Słonimski również otrzymał od władz mieszkanie i początkowo kierował sekcją literatury międzynarodowej w UNESCO, a następnie został dyrektorem Instytutu Kultury Polskiej w Londynie podporządkowanego nowej władzy.
Konsekwencją decyzji obu panów było całkowite zerwanie z nimi kontaktów przez Grydzewskiego i literatów pozostających na obczyźnie. Nawet jego późniejsza zmiana poglądów i życzliwość dla opozycji nie poprawiła za bardzo jego notowań na Zachodzie.
Największą karierę w PRL zrobił Jarosław Iwaszkiewicz, który przez ponad 20 lat był prezesem Związku Literatów Polskich, a władze radzieckie uhonorowały go Międzynarodową Leninowską Nagrodą Pokoju.
Lechoń i Wierzyński pozostawali w bliskich kontaktach przed długie lata. Pierwszy z nich założył Polski Instytut Nauki i Sztuki w Stanach Zjednoczonych i dużo udzielał się w polonijnych periodykach. Jednak tęsknota za ojczyzną i pogłębiająca się depresja stały się przyczyną jego samobójczej śmierci w 1956 roku.
Wierzyński przeprowadził się do Londynu i aż do śmierci współpracował z „Wiadomościami” Grydzewskiego, które były kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”.
A politycy? Po śmierci Augusta Zaleskiego w 1972, następcy prezydenta Raczkiewicza spory na emigracji ucichły, ale w tym czasie już nikogo specjalnie nie interesowały.
Leszek Stundis
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 358
Imperializm, ogólnoświatowa ekspansja kapitalizmu, motywowana żądzą surowców, takich jak ropa naftowa, rynki i tania siła robocza, wiązał się z zaciętą konkurencją między wielkimi mocarstwami, takimi jak Imperium Brytyjskie, carska Rosja i Rzesza Niemiecka, i w ten sposób doprowadził do Wielkiej Wojny 1914–1918, później nazwaną I wojną światową.
Pierwsza wojna światowa była wytworem XIX wieku, zdaniem niektórych historyków „długiego stulecia”, trwającego od 1789 do 1914 roku. Charakteryzowała się rewolucjami o charakterze politycznym, społecznym, a także gospodarczym, zwłaszcza rewolucją francuską i rewolucją przemysłową, a zakończyło pojawieniem się imperializmu, czyli nowego, ogólnoświatowego przejawu kapitalizmu, pierwotnie będącego zjawiskiem europejskim.
W tym eseju, (który powstał na bazie książki Jamesa Lorimera Wielka wojna klasowa 1914–1918), skupiono się na tym, jak imperializm odegrał decydującą rolę w wybuchu, przebiegu i wyniku „wielkiej wojny” z lat 1914–1918.
Kiedy w 1789 r. wybuchła rewolucja francuska, szlachta (lub arystokracja) stanowiła klasę rządzącą niemal w każdym kraju w Europie. Ale dzięki rewolucji francuskiej i innym rewolucjom, które po niej nastąpiły – nie tylko we Francji – w latach 1830 i 1848, haute burżuazja, czyli wyższa klasa średnia, była w stanie do połowy stulecia nie wyrzucić szlachty, ale do niej dołączyć na szczycie piramidy społeczno-politycznej. W ten sposób powstała „aktywna symbioza” dwóch klas, w istocie bardzo odmiennych. Szlachtę cechowała wielka zamożność oparta na dużej własności ziemskiej, zdecydowanie preferowała konserwatywne idee i partie polityczne oraz miała tendencję do kultywowania powiązań duchownych. Wyższa klasa średnia natomiast opowiadała się za ideologią i partiami liberalizmu, a także wolnomyślicielstwa, a nawet antyklerykalizmu, a jej bogactwo generowała działalność w handlu, przemyśle i finansach.
Obie klasy znajdowały się po przeciwnych stronach barykad podczas rewolucji 1789, 1830 i 1848 r., kiedy burżuazja była klasą rewolucyjną, a arystokracja klasą par excellence kontrrewolucyjną. Tym, co połączyło te dwie klasy posiadające w 1848 r., był ich wspólny strach przed wrogiem, który zagrażał ich bogactwu, władzy i przywilejom: biedną, niespokojną i potencjalnie rewolucyjną „podklasą” pozbawioną własności i dlatego znanej jako proletariat - „ludźmi, którzy nie posiadają nic poza swoim potomstwem”.
Wyższa klasa średnia przestała być rewolucyjna i dołączyła do szlachty po stronie kontrrewolucyjnej po rewolucjach, które wstrząsnęły Europą w 1848 roku. Wydarzenia te pokazały, że klasy niższe dążyły do doprowadzenia nie tylko do rewolucji politycznej, ale także społeczno-gospodarczej, co oznaczałoby koniec władzy i bogactwa nie tylko szlachty, ale także burżuazji.
Zatem w drugiej połowie XIX wieku, aż do wybuchu pierwszej wojny światowej, szlachta i haute burżuazja tworzyły jedną klasę wyższą, jedną „elitę”, czyli „system”. Ale podczas, gdy burżuazyjni bankierzy i przemysłowcy cieszyli się coraz większą władzą gospodarczą, władza polityczna pozostawała w większości krajów monopolem arystokratów, a już na pewno w dużych, quasi-feudalnych imperiach, takich jak Rosja. W każdym razie wszyscy członkowie elity mieli obsesję i strach przed rewolucją, ucieleśniany w coraz większym stopniu przez proletariackie partie polityczne, które wyznawały rewolucyjny socjalizm marksistowski.
Wiek XIX był także wiekiem rewolucji przemysłowej. We wszystkich krajach, w których miała miejsce ta rewolucja, gospodarka stała się znacznie bardziej produktywna. Ale to ostatecznie spowodowało, że podaż ekonomiczna przekroczyła popyt, co ujawnił w 1873 roku wybuch zupełnie nowego rodzaju kryzysu gospodarczego, kryzysu nadprodukcji.
(Wcześniejsze kryzysy gospodarcze zawsze były kryzysami za małej produkcji, kiedy podaż była niewystarczająca w stosunku do popytu, jak na przykład niesławny głód ziemniaczany w Irlandii w latach czterdziestych XIX wieku.) W krajach najbardziej rozwiniętych, to znaczy w Europie Zachodniej i Środkowej oraz w USA niezliczona liczba małych producentów przemysłowych zniknęła ze sceny gospodarczej w wyniku kryzysu gospodarczego.
Krajobraz przemysłowy został odtąd zdominowany przez stosunkowo ograniczoną grupę gigantycznych przedsiębiorstw, głównie inkorporowanych, spółek akcyjnych lub „korporacji” oraz zrzeszeń firm zwanych kartelami, a także dużych banków. Ci „duzi chłopcy” konkurowali ze sobą, ale coraz częściej zawierali także porozumienia i współpracowali, aby dzielić rzadkie surowce i rynki, ustalać ceny i znajdować inne sposoby na maksymalne ograniczenie niekorzystnych skutków konkurencji na teoretycznie „ wolnym” rynku – oraz w celu obrony i agresywnego promowania swoich wspólnych interesów przeciwko zagranicznym konkurentom i, oczywiście, przeciwko pracownikom.
W tym systemie ważną rolę odegrały duże banki. Udzielały kredytu wymaganego przez produkcję przemysłową na dużą skalę, a jednocześnie rozglądały się po całym świecie za możliwością inwestowania nadwyżek kapitału powstałego z megazysków osiąganych przez korporacje. W ten sposób wielkie banki stały się partnerami, a nawet właścicielami, a przynajmniej głównymi akcjonariuszami korporacji. Koncentracja, gigantyzm, oligopole, a nawet monopole charakteryzowały ten nowy etap rozwoju kapitalizmu. Niektórzy autorzy marksistowscy nazywają to zjawisko „kapitalizmem monopolistycznym”.
Burżuazja przemysłowa i finansowa była dotychczas bardzo przywiązana do liberalnego, leseferystycznego myślenia Adama Smitha, które przypisywało państwu jedynie minimalną rolę w życiu gospodarczym, a mianowicie rolę „nocnej straży”. Ale teraz rola państwa stawała się coraz ważniejsza, na przykład jako nabywcy towarów przemysłowych, takich jak broń palna i inna nowoczesna broń, dostarczanych przez gigantyczne firmy i finansowanych przez największe banki. Elita przemysłowo-finansowa liczyła także na interwencję państwa w celu ochrony korporacji przed zagraniczną konkurencją w drodze ceł na import gotowych produktów, choć naruszało to klasycznie liberalny dogmat wolnego rynku i wolnej konkurencji. (To jedna z ironii historii, że Stany Zjednoczone, dziś najbardziej zagorzały apostoł wolnego handlu na świecie, były wówczas skrajnie protekcjonistyczne.)
W ten sposób wyłoniły się „narodowe systemy gospodarcze”, czyli „gospodarki narodowe”, które zaczęły zaciekle konkurować ze sobą. Interwencja państwa – określana przez ekonomistów mianem „dyrygizmu” lub „etatyzmu” – była obecnie faworyzowana również dlatego, że tylko silne państwo było w stanie pozyskać zagraniczne terytoria przydatne, a nawet niezbędne dla przemysłowców i bankierów jako rynki zbytu dla ich gotowych produktów lub kapitału inwestycyjnego oraz jako źródła surowców i taniej siły roboczej. Te dezyderaty nie były zwykle dostępne na rynku krajowym, a przynajmniej nie w wystarczających ilościach czy po wystarczająco niskich cenach. Uprzywilejowywały one przemysłowców i bankierów danego kraju w stosunku do zagranicznych konkurentów i pomagały maksymalizować rentowność.
Tego rodzaju terytorialne nabytki, jakie można było osiągnąć jedynie pod auspicjami silnego i interwencjonistycznego państwa, odpowiadały także szlachcie, partnerce burżuazji przemysłowo-finansowej w elicie rządzącej, a w wielu, jeśli nie w większości krajów, klasie mającej niemal monopol na władzę polityczną. Arystokraci byli tradycyjnie dużymi właścicielami ziemskimi, więc naturalne jest, że opowiadali się za nabytkami terytorialnymi; im większy obszar kontrolowany, tym lepiej.
Co więcej, w rodzinach szlacheckich najstarszy syn tradycyjnie dziedziczył nie tylko tytuł, ale cały majątek rodziny. Nowo nabyte terytorium za granicą lub – w przypadku Niemiec i monarchii naddunajskiej – w Europie Wschodniej mogłoby funkcjonować jako „kraina nieograniczonych możliwości”, gdzie młodsi synowie mogliby nabywać własne dobra i panować nad tubylcami, którzy mieli służyć jako słabo opłacani chłopi lub służba domowa, tak jak rekonkwista na Półwyspie Iberyjskim zapewniła „zamki w Hiszpanii” młodszym arystokratom w średniowieczu, złotym wieku szlachty.
Odważni potomkowie rodzin szlacheckich mogli także rozpocząć prestiżowe kariery jako oficerowie podbijający armie kolonialne lub wyżsi urzędnicy w administracji terytoriami kolonialnymi. (Najwyższe funkcje w koloniach, na przykład wicekróla Indii Brytyjskich czy generalnego gubernatora Kanady, rzeczywiście były zarezerwowane prawie wyłącznie dla członków rodzin arystokratycznych).
Wreszcie szlachta zaczęła dużo inwestować w działalność kapitalistyczną, taką jak górnictwo, gałąź przemysłu zainteresowaną regionami zamorskimi bogatymi w minerały. W ten sposób brytyjskie i holenderskie rodziny królewskie nabyły ogromne portfele udziałów w firmach poszukujących ropy na całym świecie, takich jak Shell, więc one również miały duże szanse zyskać na ekspansji terytorialnej.
Podobnie jak jej partner z wyższej klasy średniej w elicie, szlachta mogła spodziewać się korzyści z ekspansji terytorialnej także w jeszcze inny sposób; taka ekspansja okazała się przydatna jako środek do egzorcyzmowania widma rewolucji, a mianowicie poprzez dokooptowanie potencjalnie kłopotliwych członków niższych klas i zintegrowanie ich z ustalonym porządkiem. Jak to osiągnięto?
Po pierwsze, ale nie najważniejsze, znaczną liczbę proletariuszy można było zatrudnić na ziemiach skolonizowanych jako żołnierzy, pracowników i brygadzistów na plantacjach i w kopalniach (gdzie tubylcy służyli jako niewolnicy), niższych rangą biurokratów w administracji kolonialnej, a nawet misjonarzy. Mogli tam nie tylko cieszyć się wyższym standardem życia niż w swoim kraju, ale także pewnym prestiżem społecznym, gdyż mogli w nim panować i czuć się lepsi od kolorowych tubylców. Tym samym częściej identyfikowali się z państwem, które umożliwiło tę formę wspinaczki społecznej i włączali się w ustalony porządek.
Po drugie, w samych krajach macierzystych podobna socjalizacja jeszcze większej części klas niższych wynikała z przejęcia kolonii. Bezlitosna „supereksploatacja” możliwa w koloniach, których mieszkańcy byli okradani ze złota, ziemi i innych bogactw i zmuszani do niewolniczej pracy praktycznie za darmo, przyniosła „super zyski”.
W kraju macierzystym pracodawcy mogliby zatem zaoferować swoim pracownikom nieco wyższe płace i lepsze warunki pracy, a państwo mogłoby zacząć świadczyć skromne usługi socjalne. W ten sposób przynajmniej dla części proletariuszy w ojczystych krajach polepszyła się sytuacja kosztem uciskanych i wyzyskiwanych mieszkańców kolonii. Innymi słowy, nędza została wyeksportowana z Europy do kolonii, do nieszczęśliwych krain, które później będą wspólnie znane jako „Trzeci Świat”. (W USA dobrobyt i wolność białej populacji były w podobny sposób możliwe dzięki wyzyskowi i uciskowi Afroamerykanów i „Hindusów”).
W każdym razie w tych warunkach większość europejskich socjalistów (lub socjaldemokratów) w coraz większym stopniu rozwinęło ciepłe uczucia do „ojczyzny”, która ich lepiej traktowała, więc stopniowo porzucili swój tradycyjny marksistowski internacjonalizm i stali się raczej nacjonalistyczni; dyskretnie oni – i ich partie socjalistyczne (czy socjaldemokratyczne) – także przestali wierzyć w nieuchronność i konieczność rewolucji i migrowali od rewolucyjnego socjalizmu Marksa do socjalistycznego „reformizmu”. To wyjaśnia, dlaczego w 1914 r. większość partii socjalistycznych nie sprzeciwiała się wojnie, lecz zebrała się pod sztandarem, aby bronić ojczyzny, która prawdopodobnie była dla nich tak dobra.
Po trzecie, ekspansja terytorialna oferowała także korzyść bardzo docenianą przez wielu członków elity, którzy popierali modną wówczas ideologię maltuzjanizmu, obwiniającą przeludnienie za wielkie problemy społeczne, które nękały wszystkie kraje uprzemysłowione. Umożliwiło to wyrzucenie niespokojnej i potencjalnie rewolucyjnej nadwyżki demograficznej do odległych krajów, takich jak np. Australia, gdzie można było nabyć ziemię i założyć gospodarstwo rolne wypędzając, a nawet eksterminując tubylców.
Projekty przejęć terytorialnych, podejmowane pod auspicjami silnego, a nawet agresywnego państwa, cieszyły się wówczas poparciem zarówno arystokratycznych, jak i burżuazyjnych odłamów elity. I zyskały znaczne poparcie społeczne, ponieważ odwoływały się do romantycznej wyobraźni i, co ważniejsze, dlatego, że nawet niektórzy proletariusze mogli poczęstować się okruchami, które spadły ze stołu.
Druga połowa, a zwłaszcza ostatnia ćwierć XIX wieku, była zatem świadkiem ogólnoświatowej ekspansji terytorialnej europejskich i dwóch pozaeuropejskich potęg przemysłowych, Stanów Zjednoczonych i Japonii. Jednak podbój terytoriów, gdzie można było znaleźć pożądane rzeczy w postaci cennych surowców i gdzie istniało mnóstwo możliwości inwestycyjnych, rzadko był możliwy „po sąsiedzku”. Wielkim wyjątkiem od tej ogólnej zasady były Stany Zjednoczone, które zagarnęły rozległe tereny łowieckie rdzennych Amerykanów, rozciągające się aż do wybrzeży Oceanu Spokojnego i ograbiły sąsiedni Meksyk z ogromnej części jego terytorium.
Generalnie jednak bardziej realistyczne było marzenie o zdobyczach terytorialnych w odległych krainach, przede wszystkim na „ciemnym kontynencie”, który miał stać się obiektem słynnego „wyścigu o Afrykę”. Wielka Brytania i Francja zdobyły rozległe terytoria, głównie w Afryce, ale także w Azji. USA rozszerzyły się nie tylko na własny kontynent, ale okradły Hiszpanię poprzez „wspaniałą małą wojnę” z posiadłości kolonialnych, takich jak Filipiny, a Japonii udało się przekształcić Koreę w państwo zależne. Niemcy natomiast nie wypadły najlepiej, głównie dlatego, że zbyt długo skupiały się na utworzeniu zjednoczonego państwa; jako spóźniony uczestnik wyścigu o kolonie, musiałyzadowolić się stosunkowo nielicznymi i z pewnością mniej pożądanymi dobrami, takimi jak „niemiecka Afryka Południowo-Zachodnia”, obecnie Namibia.
W każdym razie przemysłowi giganci Europy, a także USA i Japonia, bez wyjątku państwa zorganizowane według zasad kapitalistycznych, przekształciły się wówczas w „kraje-matki” lub „metropole” rozległych imperiów. Temu nowemu przejawowi kapitalizmu, pierwotnie zjawiska czysto europejskiego, które odtąd rozprzestrzeniło się na cały świat, w 1902 roku brytyjski ekonomista John A. Hobson nadał nazwę: „imperializm”. W 1916 roku Lenin miał przedstawić marksistowski pogląd na imperializm w słynnej broszurze Imperializm, najwyższy stopień kapitalizmu.
Imperializm generował coraz więcej napięć i konfliktów pomiędzy wielkimi mocarstwami, które rywalizowały o przejęcie kontroli nad jak największą liczbą terytoriów ważnych gospodarczo. W tamtym czasie darwinizm społeczny był bardzo wpływową ideologią naukową i głosił, że konkurencja jest podstawową zasadą wszelkich form życia. W walce o przetrwanie nie tylko jednostki, ale i państwa musiały ze sobą bezlitośnie konkurować. Najsilniejszy zatriumfował i dzięki temu stali się jeszcze silniejsi; z drugiej strony, słabi byli przegranymi i zostali pozostawieni w tyle w wyścigu o przetrwanie i skazani na zagładę.
Aby móc konkurować z innymi państwami, państwo musiało być silne gospodarczo, dlatego też jego „gospodarka narodowa”, czyli korporacje i banki, musiała posiadać kontrolę nad jak największym obszarem z surowcami, potencjałem na eksport towarów i kapitału inwestycyjnego itp. W ten sposób wygenerowano bezlitosną, ogólnoświatową walkę o kolonie, nawet o ziemie, których tak naprawdę nie potrzebowaliśmy, ale nie chcieliśmy, aby wpadły w ręce konkurencji. Biorąc to wszystko pod uwagę, brytyjski historyk Eric Hobsbawm doszedł do wniosku, że tendencja kapitalizmu do ekspansji imperialistycznej nieuchronnie pchała świat w stronę konfliktu i wojny.
Jednakże pomimo napięć i kryzysów, w tym konfliktu o nieruchomości w Afryce Wschodniej, który w 1898 r. doprowadził Wielką Brytanię i Francję na skraj wojny, kryzysu w Faszodzie, europejskim mocarstwom imperialistycznym udało się zdobyć rozległe terytoria bez prowadzenia między sobą wielkiej wojny . Na przełomie wieków wydawało się, że cały świat jest podzielony.
Zdaniem historyczki Margaret MacMillan oznacza to, że mocarstwa imperialistyczne nie miały już powodów do kłótni i dochodzi do wniosku, że przy omawianiu przyczyn I wojny światowej nie można wskazywać oskarżycielskim palcem na imperializm. Można na to odpowiedzieć – jak zrobiła to francuska historyczka Annie Lacroix-Riz – że pozostało co najmniej jedno „głodne” mocarstwo imperialistyczne, które czuło się pokrzywdzone w porównaniu z „zadowolonymi” mocarstwami jak Wielka Brytania i nie było gotowe pogodzić się ze status quo, agresywnie dążąc do redystrybucji istniejących posiadłości kolonialnych; było skłonne do prowadzenia wojny, aby osiągnąć swoje cele.
Tą „głodną” potęgą były Niemcy, które z opóźnieniem rozwinęły apetyt imperialistyczny, a mianowicie po tym, jak Wilhelm II został cesarzem w 1888 r. i natychmiast zażądał dla Rzeszy „miejsca pod słońcem” międzynarodowego imperializmu. Innymi słowy - redystrybucji własności kolonialnych posiadłości, które zapewniłyby Niemcom większy w nich udział.
Lacroix-Riz podkreśla, że dobra kolonialne mogły zostać rozdzielone, ale można je było poddać redystrybucji. O tym, że redystrybucja posiadłości kolonialnych była możliwa, ale też mało prawdopodobna, aby została osiągnięta w sposób pokojowy, pokazał przypadek byłych kolonii hiszpańskich, takich jak Filipiny, Kuba i Portoryko, które w wyniku wojny hiszpańsko-amerykańskiej w 1898 r. zostały przekształcone w satrapie „nieformalnego imperium” Ameryki.
Co więcej, znaczna część świata w rzeczywistości pozostawała dostępna do bezpośredniej lub pośredniej aneksji w postaci kolonii lub protektoratów, a przynajmniej do penetracji gospodarczej. Sama MacMillan przyznaje, że „poważna walka o Chiny”, na wzór wcześniejszego, ryzykownego wyścigu o terytoria w Afryce, była nadal możliwa, tym bardziej że nie tylko wielkie mocarstwa europejskie, ale także USA i Japonia wykazywały duże zainteresowanie krainą nieograniczonych możliwości, jaką wydawało się być Cesarstwo Środka.
Imperialistyczne wilki również z uwagą – i zazdrością – spoglądały na kilka innych dużych krajów, którym dotychczas udało się zachować niezależność, a mianowicie Persję i Imperium Osmańskie.
Rywalizacja między mocarstwami imperialistycznymi była i pozostaje bardzo prawdopodobna, aby prowadzić do konfliktów i wojen, nie tylko ograniczonych konfliktów, takich jak wojna hiszpańsko-amerykańska w 1899 r. i wojna rosyjsko-japońska w 1905 r., ale także ogólnego pożaru obejmującego większość, jeśli nie wszystkie mocarstwa.
Do takiego pożaru prawie doszło w 1911 r., kiedy ku wielkiemu rozczarowaniu Niemiec Francja zamieniła Maroko w protektorat. Przypadek Maroka pokazuje, że nawet rzekomo zaspokojone mocarstwa imperialistyczne, takie jak Francja, nigdy nie były naprawdę usatysfakcjonowane – tak jak niezwykle bogaci ludzie nigdy nie mieli poczucia, że mają wystarczająco dużo bogactw – lecz w dalszym ciągu szukali dalszych sposobów na wzbogacenie swojego portfela posiadłości kolonialnych, nawet jeśli miałoby to grozić wywołaniem wojny.
Rozważmy przypadek „głodnej” potęgi imperialistycznej, czyli Niemiec. Rzesza, założona w 1871 roku, nieco za późno przystąpiła do walki o kolonie. Właściwie mogła uważać się za szczęściarę, że udało jej się zdobyć garść kolonii, takich jak Namibia. Ale nie były to żadne większe nagrody, a już na pewno nie w porównaniu z Kongo, ogromnym regionem pełnym gumy i miedzi, który zagarnęła maleńka Belgia. Jeśli chodzi o dostęp do źródeł niezbędnych surowców, a także możliwości eksportu gotowych produktów i kapitału inwestycyjnego, tandem niemieckiego przemysłu i finansów znalazł się zatem w bardzo niekorzystnej sytuacji w porównaniu ze swoimi brytyjskimi i francuskimi rywalami. Kluczowe surowce trzeba było kupować po stosunkowo wysokich cenach, co oznaczało, że gotowe produkty niemieckiego przemysłu były droższe, a przez to mniej konkurencyjne na rynkach międzynarodowych.
Ta nierównowaga pomiędzy wyjątkowo wysoką produktywnością przemysłu a stosunkowo ograniczonymi rynkami wymagała rozwiązania. W oczach licznych niemieckich przemysłowców, bankierów i innych członków elity kraju jedynym realnym rozwiązaniem była wojna, która dałaby Cesarstwu Niemieckiemu to, do czego czuło się uprawnione i – ujmując to w kategoriach socjaldarwinizmu – w co wierzyło za konieczne do jego przetrwania: kolonie zamorskie i, co być może jeszcze ważniejsze, także terytoria w Europie.
W latach poprzedzających 1914 r. Rzesza Niemiecka prowadziła zatem ekspansjonistyczną i agresywną politykę zagraniczną, mającą na celu zdobycie większej liczby posiadłości i przekształcenie Niemiec w światową potęgę. Polityka ta, której figurantem był cesarz Wilhelm II, przeszła do historii pod etykietą Weltpolitik, „polityki na skalę światową”, co było jedynie eufemizmem na określenie polityki faktycznie imperialistycznej. W każdym razie Imanuel Geiss, autorytet w dziedzinie historii Niemiec przed i w czasie I wojny światowej, podkreślał, że polityka ta była jednym z czynników, „które sprawiły, że wojna była nieunikniona”.
Jeśli chodzi o posiadłości zamorskie, Berlin marzył o zagarnięciu kolonii małych państw, takich jak Belgia i Portugalia. (A w Wielkiej Brytanii frakcja w elicie, składająca się głównie z przemysłowców i bankierów powiązanych z Niemcami, w rzeczywistości była skłonna udobruchać Rzeszę, oczywiście nie jedną milą kwadratową własnego imperium, ale darem zamorskich posiadłości belgijskich lub portugalskich.)
Niemniej jednak wydawało się, że dla Niemiec istnieją możliwości przede wszystkim w samej Europie. Na przykład Ukraina, ze swoimi żyznymi polami uprawnymi, jawiła się jako doskonałe „dopełnienie terytorialne” ( Ergänzungsgebiet ) dla wysoce uprzemysłowionego serca Niemiec; jej chleb i mięso mogłyby zapewnić tanią żywność niemieckim robotnikom, co pozwoliłoby utrzymać ich płace na niskim poziomie.
Podobnie niemieccy imperialiści patrzyli na Bałkany, region, który mógł służyć jako źródło tanich produktów rolnych i rynek dla niemieckich towarów. Niemcy w ogóle byli pod wrażeniem podboju „Dzikiego Zachodu” przez Amerykę i przejęcia subkontynentu indyjskiego przez Wielką Brytanię i marzyli, aby ich kraj w podobny sposób mógł zdobyć gigantyczną kolonię, a mianowicie poprzez ekspansję na Europę Wschodnią w ramach współczesnego wydania średniowiecznego niemieckiego „nacisku” na Wschód” – Drang nach Osten.
Wschód zaopatrzyłby Rzeszę w obfite surowce, produkty rolne i tanią siłę roboczą w postaci licznych, rzekomo gorszych, ale umięśnionych tubylców; a także swego rodzaju zawór bezpieczeństwa socjalnego, ponieważ potencjalnie kłopotliwa nadwyżka demograficzna Niemiec mogłaby zostać wysłana jako „pionierzy” do odległych krain. W tych okolicznościach światło dzienne ujrzały niechlubne fantazje Hitlera na temat „przestrzeni życiowej”, które miał ujawnić w latach dwudziestych XX wieku w Mein Kampf i wprowadzić w życie podczas II wojny światowej. Pod tym względem Hitler nie był wcale anomalią, ale typowym wytworem swojego czasu i przestrzeni oraz imperializmu tamtego czasu i przestrzeni.
Europa Zachodnia, bardziej rozwinięta przemysłowo i gęściej zaludniona niż Europa Wschodnia, była atrakcyjna dla niemieckiego imperializmu jako rynek zbytu dla gotowych produktów niemieckiego przemysłu, ale także jako źródło interesujących surowców. Wpływowi przywódcy niemieckiego przemysłu stalowego nie kryli dużego zainteresowania francuskim regionem wokół miast Briey i Longwy; obszar ten – położony niedaleko granicy z Belgią i Luksemburgiem – charakteryzował się bogatymi złożami wysokiej jakości rudy żelaza. Bez tej rudy – twierdzili niektórzy rzecznicy niemieckiego przemysłu – niemiecki przemysł stalowy, przynajmniej na dłuższą metę, byłby skazany na śmierć.
Wierzono także, że niemiecka gospodarka narodowa Volkswirtschaft odniesie ogromne korzyści z aneksji Belgii wraz z jej wielkim portem morskim, Antwerpią, regionami węglowymi itp. A wraz z Belgią jej kolonia, Kongo, oczywiście również wpadnie w ręce Niemiec. To, czy przejęcie Belgii, a może nawet Holandii wiązałoby się z bezpośrednią aneksją, czy też połączeniem formalnej niezależności politycznej i zależności gospodarczej od Niemiec, było przedmiotem dyskusji ekspertów w niemieckiej elicie.
W każdym razie w taki czy inny sposób praktycznie cała Europa miała zostać zintegrowana w „wielką przestrzeń gospodarczą” pod niemiecką kontrolą, Rzesza mogła wreszcie zająć należne jej miejsce obok Wielkiej Brytanii, USA itp. w ograniczonym kręgu wielkich mocarstw imperialistycznych. (Historyk Fritz Fischer zajął się tym w swoim klasycznym badaniu celów Niemiec podczas I wojny światowej.)
Było oczywiste, że ambicje Niemiec na Wschodzie nie mogą zostać zrealizowane bez poważnego konfliktu z Rosją, a aspiracje niemieckie względem Bałkanów groziły problemami z Serbią. Kraj ten był już w konflikcie z największym i najlepszym przyjacielem Rzeszy, Austro-Węgrami, ale wspierany był przez Rosję. Rosjan także bardzo zirytowała planowana przez Niemcy penetracja Półwyspu Bałkańskiego w kierunku Stambułu, gdyż cieśniny między Morzem Czarnym a Morzem Śródziemnym znajdowały się na samym szczycie ich własnej listy dezyderatów. Petersburg prawie na pewno był skłonny przystąpić do wojny, aby odmówić Niemcom bezpośredniej lub pośredniej kontroli nad Bosforem i Dardanelami.
Niemieckie ambicje w Europie Zachodniej, a zwłaszcza w Belgii, były w sposób oczywisty sprzeczne z interesami Brytyjczyków. Przynajmniej już za czasów Napoleona Londyn nie chciał, aby w Antwerpii i na belgijskim wybrzeżu znajdowała się wielka potęga – a już na pewno nie Niemcy, które od dawna były wielką potęgą na lądzie, ale teraz, z coraz bardziej imponującą flotą, także zagrożeniem na morzu. Dzięki Antwerpii Niemcy dysponowałyby nie tylko „pistoletem wycelowanym w Anglię”, jak opisał to miasto Napoleon, ale także jednym z największych portów morskich świata. To sprawiłoby, że międzynarodowy handel Niemiec byłby znacznie mniej zależny od usług brytyjskich portów, szlaków morskich i żeglugi, głównego źródła dochodów brytyjskiego handlu.
Rzeczywiste i wyimaginowane interesy i potrzeby Niemiec jako wielkiej potęgi przemysłowej i imperialistycznej popychały zatem kraj coraz szybciej, poprzez agresywną politykę zagraniczną, w stronę wojny. Jednak możliwość wojny nie budziła większych obaw w elicie militarnego giganta, jakim Niemcy były już od dłuższego czasu. Wręcz przeciwnie, wśród przemysłowców, bankierów, generałów, polityków i innych członków establishmentu Rzeszy tylko niektóre rzadkie ptaki nie życzyły wojny; większość z nich wolała wojnę jak najszybciej, a wielu opowiadało się nawet za rozpętaniem wojny prewencyjnej. Oczywiście w elicie niemieckiej nie brakowało także członków mniej wojowniczych, jednak wśród nich dominowało fatalistyczne poczucie, że wojna jest po prostu nieunikniona.
dr Jacques R. Pauwels
Jest to pierwsza część eseju dr. Jacquesa R. Pauwelsa z Centrum Badań nad Globalizacją (CRG) pt. Pierwsza wojna światowa i imperializm. Drugą część zamieścimy w następnym numerze Spraw Nauki.
Całość tekstu dostępna pod linkiem - https://www.globalresearch.ca/first-world-war-imperialism/5857486