Historia el.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 5831
Katedra w Kolonii jest wyjątkowa pod każdym względem. Jest największym kościołem w Niemczech, ma najwyższe wieże kościelne na świecie, wreszcie była wznoszona przez ponad 600 lat, co również klasyfikuje ją i w tej kategorii do księgi rekordów Guinessa.
Co więcej, jej ostateczna wersja znajduje się w miejscu, które od czasów rzymskich pełniło funkcję kultowego centrum.
Zapomniana przeszłość
Jeśli wierzyć archeologom, w miejscu, gdzie obecnie wznosi się największy niemiecki kościół już w roku 50 n.e. istniała świątynia rzymska. Zapewne była poświęcona Marsowi, albo Wenus, od której wszyscy z rodu Juliuszów, a więc przybranych potomków Juliusza Cezara i zarazem imperatorów, wywodzili swoją genezę. Miasto o nazwie Colonia Agrippinensis powstało wskutek kaprysu żony cesarza Klaudiusza, Agrypiny Młodszej, być może było prezentem ślubnym od niezbyt urodziwego cesarza.
W okresie wczesnego średniowiecza w miejscu pogańskiego kultu istniał kościół romański, pełniący funkcję biskupiej siedziby. W początkach X wieku był to kościół trójnawowy, z którego nie zachowało się ani jedno kompletne pomieszczenie. Ok. 935 roku katedra została przebudowana. Do trójnawowego korpusu dołączone zostały dwie nawy boczne, po jednej z każdej strony, dzięki czemu powstała nieco „przysadzista” budowla pięcionawowa. Niestety, na temat wyglądu ówczesnej katedry kolońskiej możemy tylko wnioskować na podstawie niezbyt precyzyjnych opisów. Miasto zyskało sławę ok. 1164 roku, kiedy to Rainald z Dassel sprowadził do Kolonii relikwie Trzech Króli. Sfinansował bowiem także, przynajmniej częściowo, relikwiarz w formie trzynawowej bazyliki, zaprojektowanej przez Francuza Mikołaja z Verdun, którą dołączył do wcześniejszego, romańskiego korpusu katedry.
Decyzję o budowie nowej katedry, gotyckiej, podjął w 1248 roku abp Kolonii Konrad von Hochstaden. W tym samym roku położył kamień węgielny pod jej budowę i przystąpiono do prac. W pierwszym rzędzie wyburzono stary romański korpus katedry i położono solidne fundamenty pod nową budowlę gotycką. Pieczę nad całością robót miał sprawować mistrz Gerhard z Kolonii, który również nakreślił ostateczny kształt katedry.
Niewątpliwie wpływ na jego preferencje stylistyczne wywarły wzory francuskie, a zwłaszcza katedra z Amiens. Tyle, że ta ostatnia została ukończona ok. 1270, a więc uchodzi za nieco młodszą od kolońskiej. Uczeni sądzą, że podobieństwo rozwiązań wnętrz katedr w Kolonii i Amiens łatwo można wytłumaczyć faktem, że katedra w Kolonii powstawała bardzo długo i jej kolejni wykonawcy mieli czas, aby dokładnie zapoznać się z założeniami francuskiego gotyku. Być może także Gerhard pracował w młodości w zespole Roberta Luzarchesa, twórcy katedry w Amiens.
Między prawdą, a legendą
Stara niemiecka legenda opowiada o tym, jak mistrzowi Gerhardowi ukazał się szatan. Katedra była już częściowo gotowa i z daleka można było rozpoznać jej kontury, co bardzo drażniło władcę piekieł. Zagroził więc Gerhardowi, że jeśli będzie kontynuował prace, zbuduje kanał i zaleje fundamenty wodą. Architekt nie zląkł się pogróżek pana ciemności, bowiem w owym czasie uchodził za jednego z najbardziej biegłych zarówno w sztuce stawiania wielkich katedr, jak i budowania kanałów.
Uznał zatem, że nawet diabeł nie ma takiej mocy, aby przekopać kanał zdolny do przepuszczenia strumienia zagrażającego budowie. Po pewnym czasie ujrzał jednak jak bulgocąca woda wydostaje się spod fundamentów na powierzchnię, a to oznaczało ich podmycie i katastrofę. Zrozpaczony rzucił się więc z rusztowania, a po jego śmierci nie znalazł się nikt, kto zdołałby ukończyć dzieło.
Prawda jednak była nieco bardziej prozaiczna. Rozdrobnione Niemcy były w stanie ciągłego napięcia, które stawało się dokuczliwe zwłaszcza w okresie wyboru nowego cesarza. Toteż nikt nie kwapił się z podjęciem ryzyka finansowego, jakim była budowa ogromnej katedry. Tak więc kościół trwał w stanie półsurowym i od czasu do czasu, gdy któryś z arcybiskupów uzbierał trochę więcej pieniędzy, dobudowywano do niego skromne uzupełnienia.
W ten sposób udało się w 1320 roku ukończyć prezbiterium, które poświęcono w 2 lata później. Około roku 1400 dobudowane zostały 2 piętra wieży południowej, a do końca XVI wieku nawy środkową i boczną „dociągnięto” do wysokości 18 i 15 metrów. Tak więc katedra nadal miała z zewnątrz wygląd dość masywnej budowli, a jedynie gotyckie wnętrze przydawało jej lekkości typowej dla dojrzałego gotyku.
W okresie reformacji, a następnie wojen religijnych, które szczególnie boleśnie doświadczyły kraje niemieckie, władze Kolonii przestały sobie zaprzątać głowę niedokończoną katedrą. Dopiero w XIX wieku, po kolejnych zwycięstwach pruskich królów w wojnach z Danią, Austrią i Francją, przypomniano sobie o niej i uznano ją za symbol Niemiec. Zainicjowana w 1842 budowa ostatnich elementów katedry (zaprojektowanych jeszcze przez Gerharda) została zakończona w 1880 roku i zaraz potem katedra została konsekrowana w obecności cesarza Niemiec Wilhelma I. Od tamtej pory wygląd katedry nie uległ zamianom, wyjąwszy prace konserwatorskie, które są w niej prowadzone systematycznie.
Perła gotyku
Obecnie katedra pod wezwaniem św. Piotra i Panny Marii jest największym kościołem w Niemczech i jedną z najwspanialszych budowli sakralnych w Europie. Została wzniesiona na planie krzyża łacińskiego, z krótkimi ramionami bocznymi. Pod względem architektonicznym jest pięcionawową, kamienną bazyliką z transeptem. Transept jednak nie jest typowy, gdyż stanowi trójnawową bazylikę jakby „wbudowaną” poprzecznie do osi korpusu kościoła.
Ogromne prezbiterium zamykające nawę główną zostało otoczone obejściem z siedmioma kaplicami usytuowanymi promieniście względem niego. Dzięki temu odprawiający msze mogą swobodnie przemieszczać się pomiędzy prezbiterium, zakrystią i kaplicami, a także wchodzić do dowolnej z naw. Ściany, a zwłaszcza fasada katedry, jest bogato zdobiona płaskorzeźbami oraz witrażami, które w zagadkowy sposób oświetlają jej wnętrze.
W katedrze, w normalny dzień panuje zatem naturalny półmrok, który rozjaśnia się ku górze, bowiem nawy boczne są niższe i w górnej części bryły Słońce swobodnie przenika przez prawie „przezroczyste” ściany boczne nawy głównej.
Fasadę katedry wieńczą dwie strzeliste wieże 157-metrowej wysokości, północna i południowa, najwyższe tego typu obiekty na świecie. Obie są zwieńczone ażurowymi hełmami w formie iglic, wzbogaconych po bokach licznymi pinaklami.
Od wewnątrz katedra sprawia wrażenie bardzo wysmukłej budowli, bowiem nawy w hali głównej nie są zbyt szerokie, natomiast wznoszą się bardzo wysoko pod same sklepienia krzyżowe (nawa główna prawie na wysokość 43 m), wsparte na wysmukłych kolumnach, zdobionych ornamentem roślinnymi i wizerunkami apostołów. Zarówno nawa główna, jak i środkowa nawa transeptu są jednakowej szerokości, większej od pozostałych naw. Tworzą więc szkielet katedry w układzie krzyża „otoczonego” węższymi nawami i zakończonego półkolistą apsydą, mieszczącą prezbiterium z obejściem i siedmioma kaplicami.
Do katedry prowadzi monumentalny portal św. Piotra, udekorowany rzeźbami ze szkoły Parlerów, a może nawet wykonanymi przez samego założyciela „rzeźbiarskiej dynastii” Heinricha Parlera, który przecież wywodził się z Kolonii. Najcenniejszym jednak działam znajdującym się w katedrze jest tryptyk pędzla Stefana Lochnera Hołd Trzech Króli, pochodzący z XV wieku, który zdobi obecnie ołtarz główny. Spod pędzla tego mistrza wyszedł również obraz przedstawiający patronkę miasta św. Urszulę, umieszczony w jednym z ołtarzy bocznych.
Oprócz tego katedra jest w posiadaniu dębowego krucyfiksu arcybiskupa Gerona (sprzed 976 roku) z przeszło 2-metrowej wysokości figurą Zbawiciela oraz późnogotyckiej drewnianej skrzyni na relikwie obitej złoconą blachą miedzianą, ozdobioną wyobrażeniami Ewangelistów i świętych otaczających trzy złote postacie Mędrców ze Wschodu.
Większość figur jednak stanowi przykład perfekcji XIX-wiecznych mistrzów neogotyku i niewiele ma wspólnego ze średniowieczem, podobnie zresztą jak znaczna część detali architektonicznych katedry.
W ostatecznym kształcie katedra w Kolonii obejmuje powierzchnię 6480 metrów kwadratowych, a więc przeszło pół hektara i w środkowej części wznosi się na 43 metry, a wieże na ponad 150! Długość nawy głównej ma 144 metry, a o wielkości świątyni świadczy choćby waga pojedynczego klińca sklepienia, która wynosiła 40 cetnarów, co w przeliczeniu na dzisiejszą miarę (przyjmując, iż jeden cetnar wahał się między 40, a 60 kilogramów) daje masę od 1600 do 2400 kilogramów.
Leszek Stundis
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2608
Poniżej przedstawiamy drugą część e-booka Roberta J. Burrowesa pt. Analiza historyczna globalnej elity: Plądrowanie światowej gospodarki, „aż „nic nie będziesz posiadać”. Pierwszą część - Historia globalnej elity (1) - zamieściliśmy w SN Nr 6-7/24.(red.)
Kim jest globalna elita i jak działa?
Wielu autorów, bezpośrednio lub pośrednio, zajęło się tą kwestią i każdy wymyślił własną, zróżnicowaną kombinację bogatych osób i rodzin, ich powiązań politycznych, a także instrumentów finansowych i struktur organizacyjnych, za pomocą których zdobywa się i sprawuje władzę.
Na potrzeby tego badania zdefiniuję globalną elitę jako te rodziny, które do końca XIX wieku zdobyły ogromne bogactwa i mocno ugruntowały swoją wybitną władzę polityczną i gospodarczą w społeczeństwie
globalnym. Rodziny te odegrały zatem kluczową rolę w kształtowaniu instytucji i wydarzeń zarówno wcześniej, jak i później, zapewniając w ten sposób ramy, w których od tego czasu wyłonili się inni zamożni ludzie.
Aby spełnić swoją podstawową rolę w kształtowaniu współczesnego świata, aby służył ich celom, ta elita ułatwiła utworzenie rozległej sieci agentów – korporacji, instytucji, innych rodzin i osób – którzy są własnością i/lub są kontrolowani przez tę elitę oraz działają jako „fronty” w celu wspierania interesów elit. W dowolnym okresie rodziny elitarne pozostają w dużej mierze niezmienione (podczas, gdy kolejne pokolenia jednostek wspierają interesy rodzin), ale czynniki organizacyjne i indywidualne, za pośrednictwem których te rodziny działają, różnią się, w zależności od celów elity w kontekstach, które wyznaczają.
Pozwólcie, że pokrótce zilustruję moje podejście, wykorzystując jedną rodzinę – „Dom Rothschildów” – jako studium przypadku, zanim przejdę do szerszego opisu tego, w jaki sposób rodziny elitarne wykorzystują swoje bogactwo do kształtowania korporacji, instytucji, wydarzeń i ludzi, aby służyli swoim własnym celom.
Przykład ten zaczerpnięto z oficjalnego Archiwum Rothschildów i dwóch (czasami sprzecznych) autoryzowanych przez Rothschildów relacji na temat historii rodziny, napisanych w różnych okresach. Zobacz Archiwum Rothschildów , Dom Rothschildów – prorocy pieniędzy, 1798-1848 i Rothschildowie: portret rodzinny.
Ponadto relacja opiera się na źródłach, które w neutralny sposób informują o zaangażowaniu Rothschilda, a także na niektórych źródłach krytycznych. Źródła te przytoczono w kontekście poniżej.
W połowie XVIII wieku przodkowie Mayera Amschela od dawna zajmowali się drobnymi kupcami w getcie miejskim we Frankfurcie. Ponieważ jednak był Żydem bez nazwiska rodowego i zanim wprowadzono numerację ulic, Mayer był również znany pod nazwiskiem, którego niektórzy przodkowie używali na tabliczkach domów, w których kiedyś mieszkali: Rothschild (Czerwona Tarcza). Mając większe zdolności niż inni kupcy i wysłany na naukę podstaw biznesu w firmie Wolfa Jakoba Oppenheima, został handlarzem rzadkimi monetami, medalami i antykami, których nabywcami byli prawie zawsze kolekcjonerzy arystokraci, w tym William, dziedziczny Książę Hesji-Kassel.
To właśnie ten biznes umożliwił Mayerowi Amschelowi zgromadzenie kapitału i przejście do bankowości, co było naturalnym następstwem jego polityki udzielania kredytów niektórym klientom. Jego majątek zaczął szybko rosnąć, gdy bardziej skupił się na bankowości państwowej i handlowej, zarówno lokalnej, jak i międzynarodowej.
Stosując politykę dążenia do niewielkiego zysku z odsetek od pożyczek i starając się o koncesje handlowe w innych obszarach, poszukując klientów jedynie wśród „najszlachetniejszych osobistości w Niemczech”, prowadząc tajną księgowość równolegle z oficjalną, a później wykorzystując swoich pięciu synów do powielania swojego stylu i działalności w Anglii (Nathan, który po kilku latach spędzonych w Manchesterze osiadł w londyńskim City), Paryżu (Jakob, znany jako James), Neapolu (Kalman lub Carl), Wiedniu (Salomon) oraz Frankfurcie, (gdzie najstarszy syn Amschel ostatecznie zastąpił ojca Mayera), dynastia Rothschildów i „międzynarodowy model biznesowy” szybko ugruntowały swoją pozycję w całej Europie.
Co najważniejsze, służyło temu utrzymywanie bliskich relacji z czołowymi osobistościami politycznymi i płatnymi agentami pracującymi na rynkach finansowych, którzy dostarczali niezbędnych wiadomości politycznych i handlowych, a także prywatnymi kanałami komunikacji (w tym autokarami z tajnymi przedziałami), które działały z ogromną wydajnością.
I to właśnie ta sieć komunikacyjna „Czerwonej Tarczy”, działająca później pod patronatem królewskim, w połączeniu z pewną śmiałością, umożliwiła Rothschildom hojne zyski z różnych niesprzyjających okoliczności, w tym ograniczeń w handlu między Anglią a kontynentem, które charakteryzowały epokę napoleońską okresu, jak i wojen napoleońskich. Obejmowało to przemyt ogromnych ilości przemycanych towarów z Anglii na kontynent i transfer znacznego skarbu złota w sztabkach przez Francję w celu sfinansowania wyżywienia armii Wellingtona.
Co najbardziej spektakularne, pomimo wysiłków rodziny mających na celu stłumienie świadomości tego faktu, Rothschildowie odnieśli ogromne korzyści z uprzywilejowanej wiadomości, że Wellington pokonał Napoleona pod Waterloo w 1815 r., jak odnotowali William T. Still i Patrick SJ Carmack w ich 3,5-godzinnym filmie dokumentalnym
The Money Masters: How International Bankers Gained Control of America (z odpowiednią sekcją czteroczęściowego transkrypcji filmu dostępnego tutaj: „Władcy pieniądza: część II ” ).
Jak to się stało?
Po długiej serii wojen w Europie i wschodniej części Morza Śródziemnego, podczas których odniósł duże sukcesy, szybko awansował i w 1804 roku został wybrany na cesarza Francji, Napoleon został ostatecznie pokonany. Abdykował i został zesłany na Elbę, wyspę u wybrzeży Toskanii, w 1814 r., ale uciekł dziewięć miesięcy później, w lutym 1815 r.
Kiedy wrócił do Paryża, wysłano wojska francuskie, aby schwytać Napoleona, ale jego charyzma była tak wielka, że „żołnierze zebrali się wokół swojego starego przywódcy i ponownie okrzyknęli go swoim cesarzem”. Pożyczając fundusze na uzbrojenie, w marcu 1815 roku świeżo wyposażona armia Napoleona wymaszerowała, aby niecałe trzy miesiące później zostać ostatecznie pokonana przez brytyjskiego księcia Wellington pod Waterloo. Jak zauważa Still: „Niektórzy autorzy twierdzili, że Napoleon pożyczył 5 milionów funtów od Banku Anglii na zbrojenie. Wygląda jednak na to, że fundusze te faktycznie pochodziły z domu bankowego Ubard Banking House w Paryżu. Niemniej jednak mniej więcej od tego momentu nie było niczym niezwykłym, że prywatnie kontrolowane banki centralne finansowały obie strony wojny.
„Dlaczego bank centralny miałby finansować przeciwne strony wojny?” Nadal pyta. „Ponieważ wojna jest największym źródłem długu ze wszystkich. Naród pożyczy każdą kwotę, aby zwyciężyć. Ostatecznemu przegranemu pożycza się tylko tyle, aby utrzymać próżną nadzieję na zwycięstwo, a ostatecznemu zwycięzcy daje się wystarczająco dużo, aby wygrał. Poza tym takie pożyczki są zwykle uzależnione od gwarancji, że zwycięzca uhonoruje długi pokonanego.
Chociaż wynik bitwy pod Waterloo był z pewnością wątpliwy, w Londynie Nathan Rothschild planował wykorzystać ten wynik, niezależnie od tego, kto wygra, a kto przegra, do próby przejęcia kontroli nad brytyjskim rynkiem akcji i obligacji, a być może nawet Bankiem Anglii. Jak on to zrobił? Oto jedno konto. „Rothschild umieścił zaufanego agenta, niejakiego Rothwortha, po północnej stronie pola bitwy, bliżej kanału La Manche”. Gdy bitwa została rozstrzygnięta, kosztem życia wielu tysięcy Francuzów, Anglików i innych Europejczyków, Rothworth natychmiast udał się w stronę kanału La Manche. Przekazał tę wiadomość Nathanowi Rothschildowi w 24 godziny przed przybyciem kuriera Wellingtona z tą wiadomością.
Rothschild pośpieszył na giełdę, gdzie wszystkie oczy były zwrócone na niego, gdyż wiedziano o jego legendarnej sieci komunikacyjnej oraz zdawano sobie sprawę z tego, że Rothschild wiedział, iż jeśli Wellington zostanie pokonany, a Napoleon znów będzie na wolności w Europie, sytuacja finansowa Wielkiej Brytanii ulegnie pogorszeniu - i zaczął sprzedawać swoje konsole (obligacje brytyjskiego rządu). „Inni nerwowi inwestorzy zobaczyli, że Rothschild sprzedaje. To mogło oznaczać tylko jedno: Napoleon musiał wygrać, Wellington musiał przegrać.
Rynek spadł. Wkrótce wszyscy zaczęli sprzedawać własne konsole, a ceny gwałtownie spadły. „Ale potem Rothschild zaczął potajemnie skupować konsole za pośrednictwem swoich agentów za zaledwie ułamek ich wartości, jaką miały kilka godzin wcześniej”.
Jak Still podsumowuje ten epizod: „Sto lat później New York Times opublikował artykuł, w którym wnuk Nathana Rothschilda próbował uzyskać nakaz sądowy nakazujący zatajenie książki zawierającej tę historię giełdową. Rodzina Rothschildów stwierdziła, że ta historia jest nieprawdziwa i zniesławiająca. Jednak sąd odrzucił wniosek Rothschildów i nakazał rodzinie pokrycie wszystkich kosztów sądowych.
W każdym razie, zbudowawszy swoją początkową fortunę różnymi sposobami – z których część, jak właśnie zilustrowano, nie była ani moralna, ani legalna – przez cały XIX wiek rodzina Rothschildów w dalszym ciągu gromadziła bogactwo za pośrednictwem międzynarodowego rynku obligacji, na którym odegrała kluczową rolę. Rolę w rozwoju, a także innych formach działalności finansowej: pośrednictwie i rafinacji kruszców, przyjmowania i dyskontowania weksli komercyjnych, bezpośrednim handlu towarami, handlu walutami i arbitrażu, a nawet ubezpieczeń.
Rothschildowie mieli także wybraną grupę klientów – zazwyczaj osoby królewskie i arystokratyczne, z którymi kontakty chcieli kultywować – którym oferowali szereg „usług bankowości osobistej”, począwszy od dużych pożyczek osobistych (takich jak ta udzielona austriackiemu kanclerzowi księciu Metternichowi) po prywatne usługi pocztowe pierwszej klasy (dla królowej Wiktorii). Rodzina miała również znaczne interesy górnicze i była głównym inwestorem przemysłowym wspierającym budowę linii kolejowych w Europie w latach trzydziestych i czterdziestych XIX wieku. Jednak poza innymi zainteresowaniami rodzina nadal była mocno zaangażowana w „handel pieniężny”.
„Od 1870 roku Londyn był ośrodkiem największego brytyjskiego eksportu: pieniędzy. Ogromne ilości oszczędności i zarobków zostały zgromadzone i zainwestowane ze znacznym zyskiem za pośrednictwem międzynarodowych banków handlowych Rothschild, Baring, Lazard i Morgan in the City”. Zobacz Ukryta historia: sekretne początki pierwszej wojny światowej , s. 23. 220.
Ale czym właściwie jest City?
City of London Corporation, niezależna mila kwadratowa w sercu Londynu, została założona około roku 50 n.e. i szybko zyskała pozycję ważnego centrum handlowego, które ostatecznie dało początek niektórym z największych instytucji finansowych na świecie, takich jak London Stock Exchange, Lloyd's Londynu, a w 1694 roku Bank Anglii . „Okres nowożytny” miasta czasami datuje się na rok 1067.
Jednakże, jak wyjaśnił Nicholas Shaxson, City „jest starożytnym, (pół-obcym) podmiotem umiejscowionym w brytyjskim państwie narodowym; „prehistoryczny potwór, który w tajemniczy sposób przetrwał we współczesnym świecie”, jak to ujął XIX-wieczny niedoszły reformator City - korporacja jest wyspą na morzu w Wielkiej Brytanii, samodzielnym rajem podatkowym. Oczywiście określenie „raj podatkowy” jest mylące, „ponieważ w takich miejscach nie chodzi tylko o podatki”. Sprzedają tam ucieczkę od praw, zasad i podatków obowiązujących w innych jurysdykcjach, zwykle przy zachowaniu tajemnicy. Pojęcie „gdzie indziej” (stąd określenie „offshore”) ma kluczowe znaczenie.
Przepisy podatkowe i tajemnice obowiązujące na Kajmanach nie zostały stworzone z myślą o korzyściach dla ponad 50 000 Kajmańczyków, ale mają pomóc bogatym ludziom i korporacjom, głównie w USA i Europie, w obejściu zasad obowiązujących w ich własnych demokratycznych społeczeństwach. Rezultatem jest jeden zestaw zasad dla bogatej elity, a inny dla reszty z nas.
Według słów Shaxsona:
Status miasta „gdzie indziej” w Wielkiej Brytanii wynika z prostego wzoru: na przestrzeni wieków władcy i rządy starali się o pożyczki od City, a w zamian City uzyskiwało przywileje i wolności spod zasad i praw, którym musi się podporządkować reszta Wielkiej Brytanii. City ma wprawdzie szlachetną tradycję opowiadania się za wolnościami obywatelskimi przeciwko despotycznym władcom, ale przekształciło się to w wolność za pieniądze. Zobacz „ Raj podatkowy w sercu Wielkiej Brytanii ” .
Jak wyjaśniają to Gerry Docherty i Jim Macgregor, w roku 1870:
Wpływy i inwestycje City przekroczyły granice państw i zebrały fundusze dla rządów i firm na całym świecie. Wielkie domy inwestycyjne zarobiły miliardy, ich polityczni sojusznicy i agenci wzbogacili się… Edward VII, zarówno jako król, jak i wcześniej jako książę Walii, zamienił przyjaźń i zaszczyty na hojny patronat Rothschildów, Casselów i innych żydowskich rodzin bankowych, takich jak Montagus, Hirsch i Sassoons…. Bank Anglii był całkowicie w rękach tych potężnych finansistów i stosunki między nimi pozostały niekwestionowane…
Napływ pieniędzy do Stanów Zjednoczonych w XIX wieku przyspieszył rozwój przemysłu, co przyniosło ogromne korzyści milionerom: Rockefellerowi, Carnegie’emu, Morganowi, Vanderbiltowi i ich wspólnikom. Rothschildowie reprezentowali brytyjskie interesy, albo bezpośrednio poprzez firmy-przykrywki, albo pośrednio poprzez kontrolowane przez siebie agencje. Rozkwitła kolej, stal, przemysł stoczniowy, budownictwo, ropa naftowa i finanse…. Te małe grupy niezwykle bogatych osób po obu stronach Atlantyku dobrze się znały, a tajna elita w Londynie zainicjowała elitarny i tajny klub restauracyjny Pilgrims, w którym regularnie się spotykali. Zobacz Ukryta historia: sekretne początki pierwszej wojny światowej , s. 23. 220.
Aby wybrać jeden przykład z wymienionych, możesz przeczytać oficjalną relację o wczesnym zaangażowaniu rodziny Rothschildów w produkcję ropy naftowej, w tym o jej „decydującym wpływie” na utworzenie Royal Dutch Shell, w Archiwum Rothschildów. Patrz „ Poszukiwanie ropy w Roubaix” .
Jednakże poza inwestycjami w wyżej wymienionych branżach Rothschildowie mieli znaczące interesy medialne: ich Bank Paribas „kontrolował wszechpotężną agencję informacyjną Havas, która z kolei była właścicielem najważniejszej agencji reklamowej we Francji”. Zobacz Ukryta historia: sekretne początki pierwszej wojny światowej , s. 23. 214.
Pod koniec XIX w. bezpośrednie inwestycje Rothschildów w główne „firmy zbrojeniowe” (obecnie lepiej znane jako korporacje zbrojeniowe) i branże pokrewne były znaczne, a oficjalny biograf Niall Ferguson szczerze zauważył: „Jeśli imperializm końca XIX wieku miał swój „kompleks militarno - przemysłowy”, Rothschildowie byli niewątpliwie jego częścią. Zobacz Dom Rothschildów – tom 2 – Bankier światowy, 1849-1998 , s. 10-10. 579.
Oczywiście, jak zauważono wcześniej, rodzina Rothschildów nie jest jedyną rodziną, która wykorzystuje swoje bogactwo do sprawowania ogromnej władzy gospodarczej i politycznej oraz do czerpania zysków z wojny, ale dowody sugerują, że od dawna jest ona najgłębiej zakorzeniona w instytucjach, w tym w tych, które stworzyła, które ułatwiają wykonywanie tej władzy. Co więcej, jak zostanie pokazane, jest ona powiązana z wieloma innymi zamożnymi rodzinami poprzez różnorodne układy.
Rozważ poniższe przykłady wykorzystania władzy bogactwa i zanotuj nazwiska innych zamożnych rodzin.
Niezmiennie pracując „w tle”, elity spędzają dużo czasu na manipulowaniu „dobrze ustawionymi” ludźmi, a nikt nie jest w tym bardziej biegły niż Rothschildowie. Przytaczając tylko jeden z wielu przykładów: „zarówno wielkie posiadłości Balmoral, jak i Sandringham, tak blisko związane z brytyjską rodziną królewską, zostały jej ułatwione, jeśli nie w całości sfinansowane, dzięki hojności rodu Rothschildów”. Podtrzymano w ten sposób długą tradycję Rothschildów polegającą na wręczaniu „pożyczek” – to znaczy łapówek, jak bracia dawno temu prywatnie przyznali – członkom rodziny królewskiej (i innym kluczowym urzędnikom).
Oczywiście, ta manipulacja ludźmi ma na celu zapewnienie powstania określonych instytucji lub przyspieszenie lub ułatwienie określonej sekwencji wydarzeń. Tylko jeden oczywisty przykład tego miał miejsce, gdy rząd brytyjski został wmanipulowany w wojnę burską w latach 1899-1902 przez „tajne stowarzyszenie Cecila Rhodesa”, jak pierwotnie je nazywano, a którego Lord (Nathan) Rothschild był członkiem-założycielem wraz z Alfredem, późniejszym Lordem Milnerem, który zastąpił Rhodesa na stanowisku szefa tego ekskluzywnego tajnego klubu.
Chociaż brytyjska opinia publiczna otrzymała za pośrednictwem mediów bardziej znośny pretekst do tej wojny, zasadniczo walczyła ona o obronę i konsolidację interesów bogatych południowoafrykańskich biznesmenów, w tym Rothschildów, związanych z wydobyciem złota. Kiedy wojna się skończyła, złoto Transwalu było wreszcie w ich rękach. Koszt? „32 000 zgonów w obozach koncentracyjnych, (w tym ponad 26 000 kobiet i dzieci); zginęło 22 000 żołnierzy imperium brytyjskiego, a 23 000 zostało rannych. Straty burskie wyniosły 34 000. Liczba zabitych Afrykanów wyniosła 14 000”. Zobacz Ukryta historia: sekretne początki pierwszej wojny światowej , s. 23, 38–50 oraz Anglo-amerykański establishment: od Rodos do Cliveden .
Robert J. Burrowes
Autor jest analitykiem geopolitycznym, autorem książek i aktywistą pokojowym, stałym współpracownikiem Global Research.
Więcej - https://www.globalresearch.ca/historical-analysis-of-the-global-elite-ransacking-the-world-economy-until-youll-own-nothing/5805779
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 472
Do końca zimnej wojny elementem oficjalnej retoryki politycznej uzasadniającej rację stanu NRD było jak wiadomo nazywanie Zachodu „wrogiem klasowym” i obarczanie go odpowiedzialnością za całe zło na świecie: biedę, nierówność społeczną, wyzysk, wojnę, alienację itd. W sferze prywatnej wyglądało to jednak – nie u wszystkich, ale często – zupełnie inaczej. Tam Zachód uchodził za zbawcę, za ziemię obiecaną – w jego formach życia chciało się uczestniczyć, jego życie chciało się prowadzić samemu, ponieważ uważało się je za właściwe życie, chociaż – jak później dowiedzieliśmy się od Adorna – było to życie w fałszu. Ubrania były bardziej eleganckie, samochody szybsze, słodycze smakowały lepiej i można było prowadzić w znacznej mierze niezależne, swobodne życie, do którego nie wtrącało się permanentnie państwo.
Można było mieć nadzieję, że życie jedynie funkcjonalne, kierowane przez instytucje (Imre Kertész), ulegnie zamianie na życie prawdziwe, życie, które zasługuje na swoją nazwę, ponieważ można je było rozumieć jako wypadkową własnego charakteru i własnych działań. Bez tej wizji, tego złudzenia, tego oczekiwania nie byłaby do pomyślenia rewolucja, której towarzyszyło pragnienie zjednoczenia kraju.
Ludzie nie byli tak naiwni, by na serio wierzyć w to złudzenie, ale potrzeba było promieniującej z niego energii, by obalić ten ustrój polityczny. Pragnienie, by żyć naprawdę, czuć samego siebie, swobodnie i niezależnie, by przywrócić egzystencji utracone cechy egzystencjalne i wyrwać własny byt ze stanu oczekiwania, było oprócz potrzeb konsumpcyjnych jedną z głównych sił napędowych politycznego przewrotu.
W listopadzie 1989 r. zaczęły się więc dla mnie dwie rzeczy: nowy sposób odczuwania życia i wolność. Mówię to właśnie w takim skrócie i bez żadnego patosu. To, że zaczęła się wolność, nie wymaga wyjaśnienia. Chodzi jednak również o sposób odczuwania życia, ponieważ nagle zwielokrotniły się możliwości egzystencjalne. I wiele z tego, co Zachód pod tym względem obiecał, zostało zrealizowane, ponieważ dało się to wypracować. Niektórym ludziom na Wschodzie mimo wszelkich trudności powodzi się materialnie tak dobrze, jak nigdy nie śmieliby sobie wymarzyć; niektórzy z nich wiodą życie, na jakie nigdy nie wolno było im mieć nadziei. Tylko jedno się dla przeważającej większości nie spełniło: pragnienie, by partycypować w tym społeczeństwie i je współkształtować. Tak też powstali „sfrustrowani zadowoleni”.
Według słów Inga Schulzego, Wschód pozostaje odrzuconą narzeczoną.
W największym skrócie na początku lat dziewięćdziesiątych wyglądało to tak: „Zamiast zjednoczenia, które ewentualnie poddałoby weryfikacji także Zachód, było tylko przystąpienie.
Rezultaty dla Wschodu są znane: 70 procent dezindustrializacji, więcej niż we wszystkich innych krajach Wschodu, cztery miliony bezrobotnych, 2,2 miliona gospodarstw domowych zostało dotkniętych zasadą »pierwszeństwa zwrotu przed odszkodowaniem« i musiało drżeć o swoje mieszkanie, dom lub działkę, albo je utraciło. Nic dziwnego, że gwałtownie spadł również wskaźnik urodzeń. Urząd Powierniczy i tak zwane trwałe skażenia gruntów sprawiły, że terytorium NRD przeobraziło się w korzystający z wysokich subwencji państwowych rynek zbytu bez konkurencji ekonomicznej”.
Ówczesny rząd federalny oczywiście zupełnie nie rozumiał tego, że już ze względu na teorię demokracji i przesłanki symboliczne dla zjednoczonych Niemiec stosowne byłoby nadanie sobie nowej wspólnej konstytucji i przyjęcie nowego wspólnego hymnu – zamiast zachowania obecnego, skażonego w dwóch pierwszych strofach szowinizmem. Obie te rzeczy – nowa konstytucja i nowy hymn – byłyby symbolicznie ważnymi krokami na drodze do jedności. Zachód sądził jednak, że nie musi się zmieniać i może po prostu pozostać Zachodem, jednocześnie zaś Wschód powinien oczywiście stać się Zachodem, chociaż w tym samym momencie robiono wszystko, żeby właściwie dopiero uczynić z niego „Wschód”. Było to niewątpliwie, jak się później okazało, kardynalnym błędem i jedną z wielu ciężkich wad wrodzonych.
Cytując Pera Leo, „skaza drugiego niemieckiego państwa narodowego” polega na „zafiksowaniu się na stanie umysłu ludzi w dawnej RFN”. Z największym trudem, czyli stosunkiem głosów zaledwie 338 do 320, członkowie Bundestagu zdecydowali się w połowie lat dziewięćdziesiątych na przeprowadzkę z nadreńskiej prowincji do Berlina jako starej i nowej stolicy.
Wszyscy zachodnioniemieccy urzędnicy, którzy przenieśli się na Wschód, otrzymali szczodre świadczenia specjalne, zwane „buszowym”. Według Wikipedii, „buszowe” było zresztą obiegowym neologizmem, oznaczającym dodatek dla cesarskich urzędników niemieckich, delegowanych do kolonii w Afryce.
Zamiast wspólnie nadać sobie nową konstytucję i przyjąć nowy hymn, Zachód wymyślił program, który nazwał, jakżeby inaczej, „Odbudową Wschodu” („Aufbau Ost”). W korespondencji między Christophem Heinem a Elmarem Faberem można przeczytać, że pojęcie „Aufbau Ost” pochodzi z Trzeciej Rzeszy! Czyż to nie coś niesłychanego?!
Hein pisze o tym skandalu: „Dziwne jest jednak odwołanie się do języka III Rzeszy. Także zbitka Aufbau Ost jako określenie dekretów z zakresu polityki gospodarczej, służących adaptacji nowych krajów związkowych do Zachodu pochodzi z Lingua Tertii Imperii. Urząd Planowania Komisariatu Rzeszy sporządził plan kolonizacji i germanizacji pewnych części Europy Wschodniej. Odpowiedzialny za to Wirtschaftsstab Ost (Sztab Gospodarczy Wschód) nazwał ze swej strony ten program cynicznie Aufbau Ost.
Dlaczego w 1990 r. użyto tego języka? Po 1945 r. w nowo założonej RFN nie nastąpiła wymiana elit – wręcz przeciwnie, państwo przejęło wszystkie elity wojska i tajnych służb, urzędników, kadry politycznej, służb wewnętrznych i zagranicznych, naukowców, lekarzy, uniwersytetów i szkół. Stało się tak kilkadziesiąt lat temu, a potem doszły do głosu dzieci, a następnie wnuki tych elit. Czy użycie języka LTI to reminiscencja dawnej pieśni z okresu wojen chłopskich: „Pokonani uchodzimy do domów / Nasi wnukowie stoczą ten bój lepiej”?
„Buszowe” i „Odbudowa Wschodu” – z jednej strony rasistowskie określenie z czasów niemieckiego kolonializmu, z drugiej zaś przepojona pogardą dla ludzi nazwa rodem z języka nazistów: kondensują się tu cyniczne zachodnioniemieckie sposoby patrzenia na Wschód łącznie z jego maksymalną degradacją terminologiczną. Są aż nadto jednoznaczne, pełne podłości i szyderstwa, a ponadto uzmysławiają, że takie poglądy jak Baringa i Siedlera nie stanowią wyjątku, lecz reprezentują zachodnioniemiecki mainstream, obecny nawet w programie rządowym.[…]
Jak się od samego początku okazuje, „Wschód”, „busz”, kolonizacja, przednowoczesność i brak ucywilizowania tworzą tu wspólne pole obrazów, pojęć i skojarzeń – o zdecydowanie negatywnym ładunku. W satyrze Kafki Sprawozdanie dla Akademii małpa Czerwony Piotruś opisuje jako historię sukcesu swoje przeobrażenie w człowieka – to, jak w ciągu zaledwie pięciu lat zdobył „przeciętną kulturę Europejczyka”. Należą do tego mówienie, plucie, podawanie ręki, palenie i picie wódki. Rozmyśla
o wolności i przyrodzie i zostaje nawet odnoszącym sukcesy artystą w varieté. Niechętnie, jakby chyłkiem, opowiada jednak również o okolicznościach towarzyszących tej transformacji, czyli o tym, jak podczas schwytania został postrzelony i okaleczony, jak w toku samopodporządkowania z jednej strony, a udomowienia i rzekomego ucywilizowania z drugiej był przez ludzi w najokrutniejszy sposób dręczony, zamęczany i torturowany. Kto tu jest niecywilizowany? I gdzie kryje się prawda małpy? W tym, co opowiada, czy w sposobie opowiadania?
Także ja mógłbym opowiedzieć taką historię – od robotniczego dziecka z utrudnionym dostępem do edukacji z NRD, czyli ze Wschodu, do zadomowionego w mieszczańskim świecie profesora, członka klasy średniej. Odpowiada to w przybliżeniu drodze, jaką musiała pokonać małpa, żeby zostać przeciętnym wykształconym Europejczykiem – z życzliwego punktu widzenia. Ale komu by się to przysłużyło? Cóż by to oznaczało? Czy to w ogóle moja historia? Czy też tylko wersja zależna od formy w danym dniu? Pozostawmy to w sferze spekulacji. Interesująca jest tu nie moja historia, lecz moje postrzeganie sytuacji niemiecko-
niemieckiej dobrych 30 lat po zjednoczeniu, które było przecież tylko, używając poprawnej terminologii, chcianym przez Wschód „przystąpieniem”.
Pozostaje chwilowo pytanie, kim lub czym w kontekście licznych atrybucji własnych i obcych „właściwie” jestem? Europejczykiem, Niemcem, Niemcem wschodnim, Turyńczykiem, gotajczykiem czy może kimś zupełnie innym?
Z perspektywy Zachodu odpowiedź jest natomiast zupełnie jasna: w tym wypadku jestem raz na zawsze „Niemcem wschodnim” i tyle, a to jak wiadomo rzecz najgorsza z najgorszych. Do tego byłem i jestem – jak ustawicznie mam okazję konstatować – redukowany i przypisywany: pochodzenie jako wyrok i potępienie. Ale jak to znakomicie sformułowano w opowiadaniu Kafki: „wasza małpia egzystencja, panowie, nie może być bardziej odległa od was – niż moja jest ode mnie”!
Czy to się komuś podoba, czy nie, jako Niemiec wschodni w Niemczech pozostaje się Niemcem wschodnim, jednak nie dlatego, że się chce nim być, lecz dlatego, że w przestrzeni publicznej permanentnie jest się przypisywanym i redukowanym do związanych z tym pochodzeniem uprzedzeń i konotacji; innymi słowy, dlatego, że jest się wtłaczanym do rzekomej „wschodniej tożsamości”. „Niemcem” Niemiec wschodni staje się w konsekwencji dopiero za granicą. […]
Dirk Oschmann
Jest to fragment książki Dirka Oschmanna Jak niemiecki Zachód wymyślił swój Wschód wydanej przez Instytut Zachodni im. Zygmunta Wojciechowskiego. Jej recenzję - Co zostało po NRD - zamieszczamy w tym numerze Spraw Nauki.
- Autor: Leszek Stundis
- Odsłon: 2886
„Wielki Brat patrzy”- słynne zdanie wypowiedziane w powieści Georga Orwella Rok 1984, najlepiej oddaje ducha totalnej inwigilacji, która dopiero dzisiaj, w dobie Internetu i komputerów o niewyobrażalnej już mocy obliczeniowej ma szanse na urzeczywistnienie.
Czasy tajnych archiwów z milionami teczek, fiszek i segregatorów odeszły bezpowrotnie do lamusa. Elektroniczny zapis zdominował wszelkie sfery życia. Kody, pesele, piny i NIP-y to tylko niektóre przykłady obłąkanego świata liczb, w którym każdy z nas został zapisany. Począwszy od rozmiaru ubrania, druku deklaracji podatkowej, a na jednostce chorobowej skończywszy, całe ludzkie życie można przyporządkować numerom i symbolom, a potrzeba klasyfikacji jest tak przemożna, iż to co się jej nie poddaje jest z definicji podejrzane.
Odwieczne pragnienie
Od samego początku istnienia instytucji państwa władza, czy to monarsza, oligarchiczna czy republikańska, miała nieodpartą pokusę kontrolowania obywateli. Nadzór nad ogółem dotyczył nie tylko zachowań w sferze publicznej, wyborów oraz głoszonych poglądów, ale także obyczajowości, życia intymnego i… myśli.
Przykładów można by mnożyć wiele. Sokrates musiał zażyć cykutę, gdyż jego poglądy były nazbyt „rewolucyjne” i został oskarżony o .. niemoralność. Herostrates nie tylko został stracony, ale również jego imię miało zostać raz na zawsze wymazane z pamięci ludzkiej, gdyż działał powodowany pychą i podpalając świątynię Artemidy w Efezie dążył do nieśmiertelnej sławy. W Rzymie na karę śmierci i zapomnienia (damnatio memoriae) skazano wielu złych i okrutnych cesarzy, a ich niechlubny poczet otworzył Kaligula.
Także i czasy współczesne pełne są przykładów ludzi, których pamięć starano się za wszelką cenę zatrzeć. Nikołaj Jeżow, szef wszechwładnej sowieckiej bezpieki jest tego dowodem. Ten niepozorny człowiek w czasach, gdy cieszył się łaskami Stalina, zawsze występował obok swego idola. Gdy on, i niemal cały kierowany przez niego aparat, zostali odtrąceni przez dyktatora i w większości straceni, jego sylwetka znikła z oficjalnych fotografii, a jego imienia nie wolno było głośno wymawiać. Ten sam los spotkał wielu dysydentów i działaczy politycznych w wielu krajach na całym świecie. Powszechną praktyką było niszczenie ich pomników, likwidacja ulic ich imienia, czy usuwanie ich nazwisk z wszelkich dokumentów.
Historia XX wieku to wielki orszak zapomnianych, ale jej chichot niejednokrotnie przywracał ich do świata żywych z jeszcze większą mocą, aniżeli mogliby sobie to wymarzyć. Jednym z nich był premier Węgier Imre Nagy, który w 1956 stanął na czele narodowej rewolucji. Innym przewodniczący ChRL Liu Shaoqi, którego Mao Zedong postrzegał jako „drugiego Chruszczowa” i rywala do najwyższych godności w ludowych Chinach. Nie brak również akcentów polskich. Z otchłani niebytu zostali wydobyci żołnierze wyklęci, którzy jeszcze długo o zakończeniu II wojny światowej walczyli przeciwko komunistycznemu reżimowi. Dziś, na przekór pokrętnej logice dziejów, mają swoje place i ulice, choć często nie wiadomo, w którym miejscu są pochowani.
Orwell nazywa owo wymazanie z pamięci ewaporacją, sugerując jego podobieństwo do… parowania wody.
Ponury wiek XX
Minione stulecie charakteryzował niespotykany wcześniej postęp techniczny, w tym trzy rewolucje informatyczne. W latach 20. prawdziwym przełomem stało się radio i możliwość przekazywania informacji „bez drutu” niemal do każdego zakątka na Ziemi. Wykorzystali to przede wszystkim ci, którym najbardziej zależało na zahipnotyzowaniu mas, a więc architekci systemów totalitarnych -Adolf Hitler i Józef Stalin. Pierwszy z nich, ustami swego zręcznego ministra propagandy Josepha Goebbelsa, mamił sfrustrowanych Niemców wizją tysiącletniej Rzeszy, powiększonej nie tylko o straty spowodowane traktatem wersalskim, ale i „należną im” przestrzeń życiową (Lebensraum). Drugi piętnował imperializm i przekonywał, iż w miarę postępu rewolucji zaostrza się walka klasowa. Także w świecie demokratycznym radio stało się istotnym instrumentem rywalizacji wyborczej, propagandy sukcesu czy utrwalania właściwych postaw. I tak na przykład w polskim radiu, po śmierci Pierwszego Marszałka Polski, dotychczasowy sygnał rozpoczynający emisję audycji, fragment poloneza As- dur Fryderyka Chopina, został zastąpiony motywem popularnej pieśni legionowej My, pierwsza Brygada.
Lata 50. przyniosły ekspansję telewizji, która analogicznie do radia podbiła serca i umysły milionów. Głos uzupełniony o obraz jeszcze silniej oddziaływał na wyobraźnię mas. Preferencje konsumenckie stały się przedmiotem analiz przez speców od reklamy, którzy opracowali liczne techniki sterowania gustami i „naszym apetytem”.
Jednak dopiero Internet z nieograniczoną możliwością manipulacji obrazem i dźwiękiem oraz możliwością ukrycia tożsamości w sieci stał się potężną bronią informacyjno- dezinformacyjną, zdolną zatrząść w posadach nawet najpotężniejsze rządy świata. Dość boleśnie przekonała się o tym administracja waszyngtońska poddana próbie przez Juliana Assange’a i jego witrynę WikiLeaks, czy byłego analityka CIA Edwarda Snowdena i jego rewelacji na temat globalnej działalności podsłuchowej amerykańskich specsłużb.
Wymienionym procesom towarzyszyły burzliwe przemiany obyczajowe. Internet odegrał ogromną rolę w emancypacji mniejszości seksualnych, a tematy wstydliwe przestały być tabu. Z drugiej strony, jakby ulegając sile odśrodkowej, środowiska konserwatywne zaczęły histerycznie reagować na owo „rozpanoszenie” (jak określa się niekiedy tę emancypację) i nawoływać do krucjaty przeciwko „wynaturzeniom”.
Pojawiła się chęć powrotu do tradycyjnych wartości, a wraz z nimi do budowy opartych na nich, lepszych systemów politycznych. Można by odnieść wrażenie, że dzieje polityczne XX wieku niczego nas nie nauczyły. Ani nazistowskie Niemcy, ani Związek Radziecki, czy wreszcie krwawa historia powojennych Chin, morze cierpienia i miliony ofiar, nie zdołały zapobiec niebezpiecznym eksperymentom. To w tych krajach powszechnie stosowane były tortury, a techniki prania mózgu doprowadzone do perfekcji. Ujednolicony model życia przejawiał się w architekturze, dostępie do dóbr konsumpcyjnych, strojach czy sposobie zachowania. Stare więzi rodzinne i społeczne zostały poddane surowej próbie, a tradycyjne obchody świąt usiłowano zastępować wiecami, masówkami i marszami poparcia. Na szczęście, nie wszędzie głosiciele nowych idei odnieśli sukces.
Doskonałym przykładem pokrętnej filozofii zła jest dyktatura Czerwonych Khmerów. Społeczeństwo Kambodży w latach 1975-79 zostało poddane drastycznemu eksperymentowi z dziedziny inżynierii społecznej. Inteligencję wymordowano, jako źródło wszelkiego zła, zaś ogół społeczeństwa miał żyć według ściśle określonych reguł. Każdy jego przedstawiciel miał produkować na swoje potrzeby odzież, pożywienie i inne przedmioty codziennego użytku, a jednocześnie był poddany przez cały czas nieludzkiemu reżimowi pracy, podobnie jak miało to miejsce w obozach koncentracyjnych. Reglamentacji podlegało nawet … pożycie intymne, a wszelka prywatność była prawnie zakazana.
W podobnym duchu, choć bardziej w oparciu o tradycje plemienne i koligacje klanowe, prowadzone są wojny w niemal całej Afryce, a echa totalitarnych resentymentów od czasu do czasu dają o sobie znać w Europie, Azji i obu Amerykach. Nie wiadomo, na ile skutki „światowej integracji internetowej” przewidział Mark Zuckerberg, twórca Facebooka, ale już dziś pojawiają się głosy, że bazy danych, tworzone przy okazji badań rynkowych, mogą posłużyć do stworzenia indywidualnych profili konsumentów. Mogą więc w przyszłości okazać się groźnym narzędziem do odarcia naszego życia z wszelkiej intymności. Tak, jak w orwellowskiej Oceanii.
Narodziny Wielkiego Brata
W 1967 roku brytyjska firma Photoscan wypuściła na rynek niewielkie kamery, które rozmieszczono w halach sklepowych w celu zapobiegania kradzieżom. Wprawdzie nie udało się zwalczyć tego zjawiska całkowicie, jednak odnotowano wyraźne zmniejszenie strat. Wkrótce pomysł przyjął się nie tylko na wyspach brytyjskich, ale również w Ameryce Północnej i … za żelazną kurtyną. Kamera przemysłowa była przecież podstawowym narzędziem pracy tytułowego bohatera komedii Jerzego Gruzy Dzięcioł.
Niespełna dwie dekady później podglądanie za pomocą kamer stało się modne nie tylko w sklepach. Urzędy, ważne miejsca publicznych wydarzeń, a nawet strzeżone plaże zostały naszpikowane dyskretnymi systemami bezpieczeństwa, znacznie mniej zawodnymi niż ludzkie oko.
Od samego początku elektroniczna inwigilacja miała zagorzałych przeciwników. Dopatrywano się w niej naruszenia prywatności, a co za tym idzie - łamania praw obywatelskich. Bezpieczeństwo ogółu mieszkańców jednak znacznie się poprawiło. Jednym z drastycznych przykładów przemawiających na korzyść stosowania kamer był przypadek 2-letniego Jamiego Bulgera, którego uprowadzili ze sklepu dwaj10-latkowie, a następnie pobili i zostawili na torach kolejowych. Dzięki monitoringowi udało się ich odnaleźć.
Dziś monitoring, określany również jako system CCTV (od ang. closed-circuit television, dosł. telewizja o zamkniętym obiegu), jest powszechnie stosowany nie tylko w miejscach szczególnie wrażliwych na wszelką patologię, ale również na ulicach, stadionach, targowiskach czy w innych obiektach publicznych. Zdarza się nawet, iż kamery umieszczone zbyt blisko okien „zaglądają” do naszych mieszkań, naruszając tym samym mir domowego ogniska…
Podglądać i podsłuchiwać można wszędzie i wszystkich, dlatego ogromną furorę w ostatnich latach robią wszelkie systemy przeciwdziałające tym praktykom. Oprócz aparatury zagłuszającej, dużym powodzeniem cieszą się namioty, które uniemożliwiają zarówno podsłuch jak i jakkolwiek podgląd.
A w codziennym użytku są niezbyt kosztowne, niewielkie aparaciki pozwalające wykrywać pluskwy, kamerki, a nawet zwykły GPS.
„Wielki Brat patrzy”- stało się faktem.
„Niewinna” kultura masowa
Skuteczne sprawowanie władzy jest możliwe tylko przez odpowiednie kształtowanie postaw obywateli. Temu zaś służy wszelkie instrumentarium propagandowe, a przede wszystkim właściwie podawana ideologia i … rozrywka.
Rozumieli to już rzymscy cesarze, dla których hasło Panem et circenses (Chleba i igrzysk) nie było pustym zawołaniem, ale powinnością nie mniejszą, aniżeli obrona granic. Zwłaszcza, gdy mało było chleba i kraj pogrążał się w kryzysie, darmowa uciecha na hipodromach i w amfiteatrach świetnie kanalizowała społeczną frustrację.
Dwa tysiąclecia później podobną rolę spełniały kabarety i filmy „moralnego niepokoju”, dzięki którym widzowie, nawet ci wykształceni, ulegali iluzji, że „nie jest tak źle z tą wolnością”.
Demokracji jednak towarzyszyło zjawisko komercjalizacji kultury. Wartość zaczęło mieć tylko to co się sprzedaje, a wiadomo, że najlepiej upłynnić to co efektowne, ładnie opakowane i świetnie zaprezentowane. Chętniej więc kupowane są piękne albumy mody czy kolorowe pisma kobiece, niż dzieła klasyków wydawane w miękkich oprawach na kiepskim papierze i to wtedy, gdy pojawi się zapotrzebowanie na uzupełnienie księgozbioru szkolnych lektur. Łatwej strawić tanią komedyjkę pełną niewyszukanych gagów, niż roztrząsać egzystencjalne dylematy rodem z Szekspira czy Becketta. Sumienie stało się balastem, a refleksja stratą czasu.
Carpe diem!, Chwytaj dzień! Zastąpiło potrzebę głębszych przemyśleń i życie według zasad, któremu wierni byli jeszcze nasi dziadowie.
Leszek Stundis

