Prawo (el)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 3679
W latach 50. XX wieku John McCarthy ukuł pojęcie sztucznej inteligencji (ang. artificial intelligence, w skrócie AI), które dzisiaj jest kluczowym pojęciem rozwoju technologicznego. Pojawia się w kontekście właściwie każdej dziedziny życia, zarówno nauki, jak i kultury, nauk społecznych, ale także i prawa. Z uwagi na bariery technologiczne AI rozwinęła skrzydła najpierw w popkulturze, a dopiero potem w rzeczywistości.
Aspekty prawne związane z AI nie są obecnie ukształtowane, a sama dyskusja o tym, jak powinno się zmienić prawo w obliczu kolejnej rewolucji technologicznej, dopiero się zaczyna. Tymczasem ramy prawne mogą umożliwić wdrażanie nowych rozwiązań, ale również ograniczać je czy nawet zahamować. Ich rolą powinno być znalezienie równowagi w zmieniającym się społeczeństwie, ale też ochrona uczestników postępu, w tym ludzi, a w przyszłości może również świadomych maszyn.
Niektóre kraje w większym stopniu niż inne dążą do ułatwiania wprowadzania, testowania czy sprzedawania technologii. Rozpoczął się nowy międzynarodowy wyścig, w którym bierze udział cały świat, gdyż liderzy w dziedzinie AI to Stany Zjedno¬czone, Chiny, Wielka Brytania2, a w kolejce aspirujących krajów ustawiają się już Francja, Niemcy, Finlandia, Kanada, Korea Południowa czy Zjednoczone Emiraty Arabskie.
W tym momencie mamy zdecydowanie więcej pytań niż odpowiedzi, jeżeli chodzi o prawne aspekty związane ze sztuczną inteligencją. Odpowiedzi na te pytania zaczynają się powoli kształtować w strategiach państw dotyczących AI, dyskusji akademickiej czy biznesowej, czasami nawet w przepisach prawa. Wyzwań, jakie stawia przed ustawodawstwami i prawnikami sztuczna inteligencja jest bardzo wiele. Omówienie ich wszystkich przekracza ramy tego opracowania, ale warto zapoznać się z kilkoma zagadnieniami, do których odnoszą się poszczególne rządy czy strategie państwowe.
Black Box i ochrona danych
Wiele osób nie wie, jak dokładnie działa sztuczna inteligencja. Nie wszyscy mają techniczne wykształcenie, inni nie są tym na razie zainteresowani. Faktem jednak jest, że algorytmy oparte o AI, które zostają nauczone określonych zachowań, np. podejmowania decyzji, często nie działają w sposób transparentny. Mówi się o tzw. czarnej skrzynce sztucznej inteligencji (ang. Black Box).
W celu rozwoju AI niezbędne jest zastosowanie dużych ilości danych, które zostają przetworzone i stanowią podstawę do uczenia algorytmów. Rodzaje danych różnią się w zależności od zastosowania konkretnej sztucznej inteligencji. Może więc chodzić o dane takie jak obrazy, które mogą, ale nie muszą zawierać informacji dotyczących konkretnych osób, co trudno jednak w stu procentach kontrolować. Trzeba przyjąć, że zachodzi silna potrzeba tak udostępnienia, jak i ochrony danych.
Uregulowania dotyczące ochrony danych osobowych budzą obawy, że rozwój AI zostanie ograniczony lub spowolniony. Pytania o to pojawiają się w Europie w kontekście ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych, w Polsce znanego jako RODO, za granicą jako GDPR. RODO zaczęło w pełni obowiązywać 25 maja 2018 r. i na razie nie zdążyła się ukształtować praktyka jego stosowania, wątpliwości jest więc sporo. Przede wszystkim pojawiają się pytania o profilowanie, czyli wykorzystywanie zautomatyzowa¬nego przetwarzania danych osobowych w celu oceny niektórych czynników dotyczą¬cych danej osoby, takich jak np. zainteresowania czy sytuacja ekonomiczna. Profilowanie i zautomatyzowane podejmowanie decyzji zostało w RODO poddane ograniczeniom, w tym między innymi obowiązkowi przekazania istotnych informacji o zasadach podejmowania takich decyzji. Kładzie to nacisk na wytłumaczalność AI.
Pytanie, na które będą musieli odpowiedzieć programiści, to pytanie o to, czy każdą ścieżkę decyzyjną AI można odtworzyć, a jeżeli nie, to czy ten sam efekt można osiągnąć wytłumaczalną metodą. Od strony technicznej jest to możliwe i są prowadzone w tym kierunku badania3, jednak ograniczyłoby swobodę rozwoju AI. Przewiduje się, że presja społeczna i nieufność, jaką wciąż budzi AI, spowodują, że wytłumaczalność procesów podejmowania decyzji przez sztuczną inteligencję stanie się w najbliższym czasie priorytetem.
Osobną kwestią jest zabezpieczenie stosowanych danych – w przypadku krajów UE, zgodnie z RODO, każdy administrator danych powinien indywidualnie dobrać środki ochrony do wagi, rozmiarów i zakresu przetwarzania danych. Ramy prawne są więc dosyć szerokie, a wypełnienie ich konkretnymi mechanizmami technicznymi to zadanie dla inżynierów. To, czy zastosowane zabezpieczenia są wystarczające, będą oceniać organy kontroli. W ten sposób praktyka i akt prawny mogą w przyszłości uściślić standardy ochrony danych.
O ile w UE ochrona danych osobowych została ustandaryzowana, na świecie poziom ich zabezpieczenia jest różny. Wiele obaw budzi np. podejście do prywatności w Chinach. W Indiach dostępność danych do wykorzystania w pracach przy AI z jednoczesnym poszanowaniem prywatności i norm etycznych jest wymieniana wśród najważniejszych wyzwań dla całego państwa, jako priorytet wskazuje się także na transparentność AI.
Prawa dla robotów
Na razie hasło „prawa robotów” kojarzy się głównie z trzema (a później czterema) prawami robotyki sformułowanymi przez pisarza Isaaca Asimova. Prawa robotyki opisywane w jego twórczości to zbiór zasad etycznych, w które powinien być wyposażony każdy robot, a które mają za zadanie przede wszystkim chronić człowieka.
Kwestia praw dla robotów, na wzór praw człowieka, na razie pozostaje w sferze fantastyki, ale zaczyna być dyskutowana. Są zwolennicy takiego podejścia i jego przeciwnicy, przypominający, że AI nie może równać się z człowiekiem i nie ma w tej chwili sztucznej inteligencji, która wiernie odwzorowywałaby działanie ludzkie¬go mózgu. Niektóre kraje jednak postanowiły mimo wszystko pokazać obecność AI w dość szokujący sposób, nadając jej namiastkę ludzkich praw.
W 2017 roku mieliśmy do czynienia z kilkoma takimi przypadkami. Japonia przyznała prawo do stałego pobytu w Tokio sztucznej inteligencji o imieniu Mirai. Ta AI jest bo¬tem stworzonym na podobieństwo 7-letniego chłopca i nie ma sztucznego ciała. Inaczej niż w przypadku Sophii stworzonej przez Hanson Robotics. Sophia, obecnie chyba najsłynniejszy robot na świecie, otrzymała obywatelstwo Arabii Saudyjskiej, co biorąc pod uwagę sytuację kobiet w tym kraju wywołało zrozumiałe kontrowersje. Z kolei wiosną 2017 r. w Belgii, w urzędzie stanu cywilnego zarejestrowany został robot pod imieniem i nazwiskiem Fran Pepper.
Oczywiście wydanie aktu urodzenia robotowi czy nawet przyznanie mu oby¬watelstwa nie oznacza jak na razie nabycia przez maszynę takich praw, jak te, które mają ludzie. Roboty nie otrzymują więc tzw. zdolności prawnej, nie mogą kupować w sklepach, wynajmować mieszkań, nie płaci im się za to, co robią (np. Fran Pepper „pracuje” w recepcji uniwersytetu PXL). Na razie traktujemy to w kategorii ciekawostki czy zwracania na siebie uwagi, jednak możliwe, że w ciągu nadchodzących lat będzie trzeba zająć się tym problemem na poważnie.
Komisja Europejska w sprawozdaniu opublikowanym na początku 2017 r. nie wyklucza, że wyjątkowo zaawansowane maszyny mogą się w przyszłości stać „osobami elektronicznymi”. Sama nazwa wskazuje, że zbliża się tutaj roboty do ludzi. Indyjski dokument „Report of Task Force on Artificial Intelligence” stwierdza, że przepisy dotyczące osób używających systemów opartych o AI powinny być odpowiednio stosowane do maszyn autonomicznych, zaś twórcy i projektanci AI powinni dbać o przestrzeganie stosownych przepisów prawa. Zostało też zasygnalizowane, że w przyszłości przyjdzie nam się zmierzyć z pytaniem o prawa i odpowiedzialność „bytów autonomicznych” (ang. autonomous entities). Zdaniem autorów tego raportu, prawo będzie musiało ewoluować, a jako przykład po¬dobnej ewolucji wskazują zmiany w zakresie praw zwierząt.
Polska włączyła się w powyższy trend: 13 czerwca 2018 r. Sophia gościła w Krakowie, gdzie otrzymała indeks krakowskiej AGH. Według prorektora tej uczelni, prof. Jerzego Lisa, gest miał być symbolem, ale też sygnałem, że AGH jest gotowe na wyzwania, jakie niesie sztuczna inteligencja.
AI a prawo karne
Prawo karne to pole, w którym na sztuczną inteligencję można patrzeć dwojako. Z jednej strony pojawia się pytanie, kto będzie odpowiedzialny za szkody wyrządzone przez AI czy przez roboty. W przypadku samochodów autonomicznych mieliśmy już do czynienia z pierwszym wypadkiem spowodowanym przez pojazd działający w trybie autonomicznym.
Na razie nie ma mowy o odpowiedzialności karnej sztucznej inteligencji czy, ogólnie rzecz biorąc, maszyn. Jednak wraz z rozwojem AI być może przyjdzie nam się zmierzyć z tym zagadnieniem. Już teraz powoli rozpoczyna się dyskusja nad tym, czy AI może popełnić przestępstwo.
Z drugiej strony, AI może zostać wykorzystana jako narzędzie egzekwowania prawa czy nawet zapobiegania przestępstwom. Sztuczna inteligencja mogłaby analizować wzory zachowań jednostek czy całych grup ludzi i wykrywać anomalnie, które mogą świadczyć o prawdopodobieństwie wystąpienia naruszenia prawa. W Stanach Zjednoczonych mówi się o tym np. w kontekście ochrony obiektów strategicznych, takich jak lotniska. Przedstawiona koncepcja została zobrazowana w filmie pt: ”Raport Mniejszości”.
Kwestią dyskusyjną jest granica pomiędzy zapewnieniem bezpieczeństwa ogółowi a wolnością jednostki. W Chinach trwają prace nad systemem rozpoznawania twarzy, który ma oceniać zachowania poszczególnych osób i ryzyko popełnienia przez nie przestępstwa, wykorzystuje się też tam AI do analizy nagrań z kamer monitoringu miejskiego, a do 2020 roku planowane jest uruchomienie systemu oceny obywateli pod nazwą Social Credit System. Wykorzystywanie tego typu narzędzi powinno iść w parze z gwarancjami poszanowania praw i wolności obywatelskich. W przypadku Chin budzą się obawy związane z ich brakiem, zresztą praktykuje się tam upublicznianie wizerunków osób, które przeszły przez ulicę niezgodnie z przepisami.
Prawo pracy
Wykorzystanie sztucznej inteligencji i automatyzacja powodują spekulacje, które zawody zostaną zastąpione przez AI, co przekłada się na społeczną nieufność wobec nowych technologii. Przykładowo w Chinach testowany jest system oparty na sztucznej inteligencji, który sprawdza wypracowania.
Automatyzacja może długofalowo wpłynąć na stworzenie nowych miejsc pracy i nowych zawodów. Wśród nich wymienia się oczywiście profesje związane z budowaniem czy programowaniem technologii, ale również np. ekspertów od zarządzania technologiami czy zajmujących się jej aspektami prawnymi, czy też zawody związane z przepływem i ochroną danych. Powszechnie wskazywaną tendencją jest również wykorzystanie technologii w opiece nad osobami starszymi: jeżeli część zadań zostanie przejęta przez sztuczną inteligencję i roboty, ludzcy pracownicy będą mieli okazję skupić się na spędzeniu czasu z podopiecznymi. Z drugiej strony starzenie się społeczeństwa wpłynie na zwiększenie roli opiekunów osób starszych.
Nowe miejsca pracy i nowe zawody nie powstaną jednak od razu. W krótkiej perspektywie dojdzie prawdopodobnie do utraty pracy przez część społeczeństwa, a okres pomiędzy rosnącym bezrobociem wynikającym ze zwiększonego wykorzystania technologii a momentem, w którym zaczną powstawać nowe miejsca pracy, będzie wyzwaniem dla ustawodawców z całego świata. Kładzie się nacisk na rolę kształcenia ustawicznego i rozwijania nowych umiejętności.
Z myślą o tych czynnikach Singapur uruchomił program Skillsfuture, który ma ułatwić mieszkańcom Singapuru zdobywanie nowych umiejętności i trwające przez całe życie kształcenie (ang. lifelong learning). Znaczenie kształcenia ustawicznego podkreśla też w swojej strategii Finlandia, a Zjednoczone Emiraty Arabskie planują program edukacyjny dla 500 obywateli, zarówno kobiet, jak i mężczyzn, w dziedzinie sztucznej inteligencji.
Finlandia testuje, na wybranej grupie bezrobotnych, koncepcję dochodu podstawowego, która zakłada przekazywanie obywatelom comiesięcznej kwoty bez konieczności spełnienia jakichkolwiek dodatkowych warunków. Mogłoby to pomóc w utrzymaniu stopy życiowej społeczeństwa na poziomie pozwalającym na zaspokojenie podstawowych potrzeb, a być może również motywować do podjęcia dodatkowego kształcenia czy poszukiwań pracy. Eksperyment finlandzki zakończył się w 2018 roku, a jego wyniki jeszcze nie są znane.
Etyka
Trójka naukowców z MIT Media Lab stworzyła pierwszą na świecie „psychopatyczną AI”, jak sami mówią. Chodziło o zwrócenie uwagi na to, że algorytmy same w sobie nie są dobre ani złe. To dane, które wgrywa się do AI, decydują o tym, w jaki sposób zachowa się sieć neuronowa. Norman, bo takie imię otrzymała AI, jest siecią neuronową karmioną szczególnym zbiorem danych w postaci ciemnych zakamarków serwisu Reddit, takich, które koncentrują się na pokazywaniu drastycznych scen. W związku z tym tam, gdzie inne AI widzą np. wazon z kwiatami, Norman widzi zastrzelonego człowieka.
Norman jest eksperymentem, ale co, gdyby taka zwichnięta AI funkcjonowała w obrocie? Pojawia się kwestia etycznego kodeksu tworzenia sztucznej inteligencji i metod jego egzekwowania. Te ostatnie mogą zostać zapewnione odpowiednimi przepisami prawa wymuszającymi zastosowanie w inżynierii AI określonych standardów etycznych i przewidującymi kary za ich złamanie.
Osobną kwestią jest, kto powinien ustalać te standardy. We Francji padł np. pomysł utworzenia komitetu, który byłby otwarty na głos społeczeństwa i przewodziłby dyskusji na temat etyczności AI w określonych ramach prawnych. Co więcej, różne społeczeństwa postrzegają normy etyczne w różny sposób, co też utrudnia przyjęcie uniwersalnej etyki AI.
Podobnym eksperymentem przez przypadek została Tay, AI zaprezentowana przez Microsoft w 2016 roku. Był to prosty chatbot, który miał wchodzić w interakcje z użyt¬kownikami serwisu Twitter. W ciągu 24 godzin stał się jednak odbiciem skrajnych, często obraźliwych wypowiedzi i zostało przez badaczy odcięty od sieci, a część wiadomości skasowana. Obecnie profil bota na Twitterze wciąż istnieje, jednak wszystkie wiadomości są ukryte przed publicznym wglądem.
Pojazdy autonomiczne
Badania nad autonomicznymi samochodami trwają i nadejdzie zapewne moment, w którym takie pojazdy zaczną być powszechnie używane. Oczywiście najpierw muszą się pojawić odpowiednie regulacje prawne. Chodzi o uznanie istnienia samochodów autonomicznych i wprowadzenie zmian w przepisach drogowych państw, ale nie tylko. W razie wypadku nie da się przewidzieć, jak zareaguje człowiek, jednak AI to zupełnie inna historia. Tutaj muszą się pojawić algorytmy, które będą kierować pojazdem i które zareagują w razie wypadku, nie ma miejsca na ludzką spontaniczność. Brakuje jednak zgody co do tego, jakimi kryteriami powinna kierować się AI w razie zagrożenia wypadkiem. Massachusetts Institute of Technology udostępnia test, który pozwala wcielić się w AI decydującą o przebiegu wypadku.
Można sprawdzić, czy bardziej zależy nam na ratowaniu zwierząt czy ludzi, pasażerów czy pieszych, osób przechodzących na czerwonym świetle czy praworządnych, wysportowanych czy otyłych. To często dylemat wagonika, jednak uzmysławia, ile różnych kryteriów można przyjąć, żeby zaprojektować algorytmy sterujące autonomicznym pojazdem.
W Niemczech stworzono wytyczne, według których powinny być programowane autonomiczne auta. Zwierzęta na drogach czy własność prywatna lub publiczna powinny zejść na dalszy plan. Oprogramowanie miałoby przy tym traktować wszystkich ludzi tak samo, niezależnie od płci, wieku czy innych czynników. Jako naczelną zasadę przyjęto unikanie śmierci człowieka za wszelką cenę.
Niemcy poszli też o krok dalej i przyjęły prawo, zgodnie z którym kierowca znajdujący się w pojeździe autonomicznym powinien być w każdej chwili gotowy do przejęcia kierownicy, jeżeli dostanie sygnał od AI. Jest to zrozumiałe, zwłaszcza w początkowej fazie testów czy upowszechniania takich pojazdów, ale docelowo powinno chodzić jednak o to, żeby kierowca nie był w ogóle potrzebny.
Z kolei Japonia planuje wprowadzenie przepisów, zgodnie z którymi za wypadki będzie odpowiedzialny co do zasady właściciel pojazdu, a producent tylko, jeśli samochód byłby wadliwie wyprodukowany. Hackowanie miałoby być traktowane jak kradzież samochodu, ale właściciel będzie musiał zadbać o odpowiednie zabezpie¬czenia, takie jak regularne aktualizacje oprogramowania pojazdu.
W marcu 2018 r. w Stanach Zjednoczonych w Arizonie doszło do śmiertelnego wypadku z udziałem samochodu Ubera, który działał w trybie autonomicznym. Zginęła kobieta, a wypadek odbił się głośnym echem na świecie, do tego stopnia, że Uber podjął decyzję o zakończeniu testów autonomicznych samochodów w Arizonie. Z doniesień prasowych wiadomo na tę chwilę, że prawdopodobnie oprogramowanie kierujące samochodem zostało źle skonfigurowane i błędnie uznało kobietę poruszającą się pieszo za przeszkodę, którą można zignorować.
Obawy o podobne zdarzenia z udziałem pojazdów autonomicznych są ogromne, pomimo że najprawdopodobniej statystyki wypadków będą niższe niż te z udziałem ludzkich kierowców.
Polskie prawo również nie ignoruje pojazdów autonomicznych. Od lutego 2018r. mamy definicję pojazdu autonomicznego, która zakłada, że w każdej chwili kierowca może przejąć nad nim kontrolę (a zatem podobnie, jak w Niemczech). Prowadzenie testów na drogach jest możliwe po uzyskaniu urzędowego pozwolenia. Żeby je dostać, trzeba wskazać, jaką trasą będzie poruszał się pojazd i kto będzie odpowiedzialny za jej zabezpieczenie, a także mieć specjalną polisę OC za szkody, które mogłyby powstać przy takich testach. Co więcej, trasę konsultuje się z mieszkańcami gminy, w której będą prowadzone testy. Właściciel domu czy działki wzdłuż trasy, po której ma jeździć pojazd autonomiczny, może się temu sprzeciwić. Przepisy nie przewidują, że taki sprzeciw musi mieć jakiekolwiek podstawy, co może rodzić obawy potencjalnych inwestorów. Powstaje pytanie, czy lista wymagań nie okaże się za długa dla firm prowadzących badania i czy poradzą sobie z ewentualnym sceptycyzmem wobec pojazdów autonomicznych, który mógłby zablokować ich testy.
Z kolei Japonia planuje rozpoczęcie testów pojazdów autonomicznych już w 2019 roku, a w maju tego roku Chiny przyjęły przepisy regulujące przeprowadzanie takich testów. Pozwolenie na nie dostał już koncern BMW.
Prawa własności intelektualnej
Eksperymenty ze sztuczną inteligencją wkraczają w sferę zarezerwowaną dotąd dla ludzi: sztukę. AI o imieniu Benjamin stworzyła scenariusz krótkiego filmu science -fiction36, IBM Watson stworzył trailer do filmu „Morgan”. Znany jest też projekt The Next Rembrandt, w ramach którego sztuczna inteligencja przeanalizowała obrazy Rembrandta i stworzyła „nowy” obraz holenderskiego malarza. Sztuczna inteligencja może wspomagać artystów, ale od razu nasuwa się pytanie: do kogo należą prawa autorskie do tego, co stworzy AI?
Koncepcji jest kilka, łącznie z głoszącą, że prawa autorskie w ogóle nie są odpowiednią drogą do uregulowania tej kwestii. Brakuje na razie spójnej koncepcji, czy powinniśmy pójść drogą znowelizowania przepisów albo stworzenia w ogóle nowej regulacji, czy też spróbować wtłoczyć nowe technologie w obowiązujące, czasami ciasne, ramy prawne.
Jak na razie nie ma więc przepisów, które przesądzałyby kwestię praw własności intelektualnej do tego, co tworzy AI. Pewną próbę podjęła Wielka Brytania, która wskazała w swoim ustawodawstwie, że autorem utworów literackich, dramatycznych, muzycznych czy artystycznych, które zostały wygenerowane komputerowo (ang. computer-generated) jest osoba, która podjęła czynności konieczne do tego, aby utwór powstał (ang. the person by whom the arrangements necessary for the creation of the work are undertaken). Jako utwory wygenerowane komputerowo zostały wskazane utwory, w których nie występuje ludzki autor.
Nie jest to precyzyjna regulacja, ale jest pierwszym krokiem w kierunku tego, aby prawo ustaliło autorstwo prac wygenerowanych maszynowo. Naczelną zasadą prawa autorskiego jest to, że autorem może być wyłącznie człowiek i jak dotąd nie doszło do jej przełamania, chociaż pojawiło się kilka takich prób. Nie wydaje się, żeby w najbliższym czasie zmieniło się podejście do ludzkiego autorstwa jako nadrzędnej zasady, ale na pewno prawo będzie musiało zareagować na udział AI w twórczości.
Podsumowanie
Problemem, z którym będą musieli zmierzyć się ustawodawcy, jest rozproszenie. Część krajów przygotowała już strategie rozwoju AI, ale nawet wtedy nie zawsze są one spójne. Świetnym przykładem są Stany Zjednoczone, gdzie podejście do sztucznej inteligencji administracji Donalda Trumpa różni się od tego, co prezentował Barack Obama. W przygotowywanie strategii państwa w sposób naturalny zaangażowana jest administracja rządowa. Idealnym, ale jak się wydaje utopijnym pomysłem byłoby stwo¬rzenie strategii ponad podziałami politycznymi. Może się więc okazać, że aktywność czy kierunek zapoczątkowany w zakresie sztucznej inteligencji będą ulegały modyfikacjom wraz ze zmianami opcji rządzących.
W związku z dużą i rosnącą popularnością zagadnień związanych z AI i robotyzacją, należy prognozować popularność trendu wpisywania się nowych firm w ten nurt. Skoro tak, to dobrym krokiem będzie rozwijanie zachęt inwestycyjnych przeznaczonych na badania i rozwój oraz działalność produkcyjną w dziedzinie robotów. Takie zachęty będą przyciągać start-upy, co wpłynie korzystnie na pozycję oferującego je kraju w dziedzinie AI.
Istotnym czynnikiem opóźniającym wdrożenie nowych technologii jest opór społeczny. W Polsce jego możliwe istnienie uznają wspomniane wyżej przepisy dotyczące pojazdów autonomicznych. Technicznie możliwości automatyzacji są szersze niż jej społeczna akceptowalność. Z tego względu nie doszło do zautomatyzowania wielu czynności wykonywanych przez lekarzy pomimo tego, że byłoby to wykonalne. W związku z tym dla pełnego rozwoju i upowszechnienia AI konieczne będą co najmniej cztery rzeczy: najłatwiejsza do osiągnięcia technologia i trudniejsze do wypracowania ramy prawne, etyczne i społeczne.
Martyna Czapska
Powyższy artykuł noszący tytuł „Aspekty prawne związane z rozwojem sztucznej inteligencji” jest fragmentem raportu „Przegląd rozwoju sztucznej inteligencji na świecie” sporządzonego przez Fundację digitalpoland w 2018 roku.
Publikacja dostępna na licencji CC BY SA 3.0 PL Creative Commons Polska
www.digitalpoland.org
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 3346

- Po protestach w sprawie ACTA i wahaniu premiera, czy Polska winna tę umowę ratyfikować, dotychczasowi jej zwolennicy bagatelizują sprawę. Prezes Stowarzyszenia Filmowców Polskich, Jacek Bromski mówi: „ACTA nie wnosi nic nowego do polskiego prawa autorskiego”. ZAiKS z kolei „nie będzie rwać włosów z głowy”, bo „krok premiera nie ma aż tak zasadniczego znaczenia”. Czyżby ACTA już nie była ważna? A może jej przyjęcie jest już przesądzone?
- Te wypowiedzi nie świadczą o żadnym ostatecznym rozstrzygnięciu. Zaczynając od pozycji prawnej i politycznej państwa polskiego, nie nastąpiło wycofanie podpisu Polski spod traktatu, ani żadna zapowiedź takiego wycofania. A zgodnie z prawem traktatów, będącym częścią prawa międzynarodowego publicznego, zgodnie z odpowiednim artykułem Konwencji Wiedeńskiej o prawie traktatów z 1969 r., państwo, które podpisało jakikolwiek traktat wymagający ratyfikacji (jak ACTA), a nie zamierza go ratyfikować (czyli zostać jego stroną), musi swoje nowe stanowisko oficjalnie przedstawić.
Mówiąc jeszcze dokładniej, państwo, które podpisało traktat wymagający ratyfikacji, a jeszcze go nie ratyfikowało, musi się powstrzymywać od działań szkodzących przedmiotowi i celowi tego traktatu. Chyba, że zgłosi oficjalnie zamiar nie ratyfikowania go i nie zostania stroną tego traktatu. Przy czym to jasne zgłoszenie depozytariuszowi traktatu i wszystkim innym jego stronom może zawierać stwierdzenie (czego już w Konwencji Wiedeńskiej nie ma), że państwo wycofuje swój podpis pod traktatem i należy je uznać za niebyły. I takich sformułowań używało wiele państw w podobnych okolicznościach, w tym bardzo poważne, znające się na prawie międzynarodowym publicznym, mających profesjonalną dyplomację, jak na przykład USA. Polska tego nie zrobiła i nie zapowiedziała, więc obecnie Polskę częściowo traktat wciąż zobowiązuje prawnie, także – powstrzymywanie się od działań mogących zaszkodzić ACTA. Dlatego rząd powinien doprowadzić sprawę do końca, złożyć odpowiednią notę depozytariuszowi traktatu – Japonii, stwierdzającą, że Polska nie zamierza ratyfikować ACTA i wycofuje swój podpis pod traktatem.
Taki jest wymiar prawny ACTA i jego polityczne konsekwencje. Częściowe związanie z traktatem ACTA to jest również wybór polityczny, określający pozycję Polski w tej sprawie. Niestety, wymiar prawny i polityczny międzynarodowy tej umowy są w Polsce mało znane i mało uświadamiane.
- Może rząd Polski stosuje tutaj jazdę na gapę? Skoro inni zajmują się ACTA od strony prawnej i politycznej, to my poczekamy i podpiszemy się, kiedy wszystko się wyjaśni, a ACTA przyjmą inni? To widać przecież było podczas prac nad ACTA, w szczerym wyznaniu europosła Migalskiego, ministra kultury, w wielu innych sprawach dotyczących naszej polityki międzynarodowej. Nieprofesjonalne działanie rządu piętnuje dopiero ulica...
- To jest problem całej klasy politycznej, nie tylko tej z rządu, ale i zawodowej opozycji, czyli takiej, która jest opłacana bez względu na kwalifikacje, których często nie ma. Można to nazwać paradoksalnie zawodowstwem bez profesjonalizmu. To jest jedna z wielkich słabości Polski – nie tylko w sprawie ACTA, ale i innych. Przy czym niestety, opinia publiczna, społeczeństwo, czy instytucje społeczeństwa obywatelskiego też są słabo wyedukowane, czy poinformowane.
Z wielkim zainteresowaniem śledziłem przebieg prawie 8-godzinnej debaty w kancelarii premiera dotyczącej ACTA, ale żaden z jej uczestników - po obu stronach - nie znał, ani nie był w stanie porządnie zacytować ani jednego odpowiedniego krótkiego artykułu z Konwencji Wiedeńskiej o prawie traktatów. Tylko trzech internautów zbliżyło się do tego tematu od strony prawa międzynarodowego. Na szczęście, skrót myślowy, publicystyczny, w tej sprawie się przebił, czyli że Polska winna wycofać swój podpis pod ACTA – o tym mówiło już więcej osób, ale bez podania podstaw prawnych, co w rezultacie stronie rządowej ułatwiło odpieranie tego argumentu.
A wracającdo „jazdy na gapę”, to zastosowałbym w tym przypadku raczej określenie: stadny pęd. Bo jazda na gapę to jest odnoszenie korzyści bez wysiłku, bez wykupienia biletu. Gdy ważny, pożyteczny dla nas traktat tworzą inni, my się nie wysilamy, ale gdy jesteśmy w potrzebie – korzystamy z jego dobrodziejstw. Przejrzystym i ostrym przykładem jazdy na gapę jest polityka wielu członków NATO, którzy niemal do zera zmniejszyli swój budżet obronny, licząc, że jeśli przyjdzie co do czego, to siły NATO i tak ich obronią.
W sprawie ACTA to jest inny przypadek, bo nie wiadomo, czy Polska odniosłaby korzyści podpisując ACTA. Tego nikt nie policzył. Są głosy, że pewnie tak – ale tylko na zasadzie wyczucia, bo jest u nas coraz więcej przemysłu wykorzystującego patenty i inne dobra wymagające ochrony własności intelektualnej. Ale z drugiej strony są ci, którzy mówią, że wciśnięcie naszego kraju w Orwellowski reżim stworzony dla najbogatszych i najbardziej rozwiniętych państw zdusi Polskę, zahamuje jej rozwój gospodarczy, kulturalny, edukacyjny, cywilizacyjny i społeczny. I Polska na pewno już nigdy nie dogoni tej czołówki, będącej zwolennikami ACTA – USA, Japonii, czy niektórych państw zachodnioeuropejskich.
Ale podkreślam, że nikt tego nie policzył. Nie zbudowano do tego żadnego modelu ekonomicznego, nie zrobiono żadnego bilansu, ta debata jest na bardzo niskim poziomie merytorycznym. To nie oznacza, że zaprzeczam słuszności tego protestu, który jest oparty o trafne wyczucie społeczne.
- Ta rewolucja przecież nie była taka spontaniczna – już od 2009 roku środowisko internautów niepokoiły doniesienia o przygotowywanej w tajemnicy międzynarodowej umowie, mogącej nałożyć kaganiec na Internet. W tym celu spowodowano nawet wielką akcję społecznąalarmowania europosłów, uczulania ich na takie działania.
- Próby wprowadzania takiego Orwellowskiego kagańca na Internet były podejmowane najwcześniej w USA, praktycznie w ciągu paru lat od chwili utworzenia Internetu. Gra dotyczyła wówczas nie aspektu ekonomicznego – nie handlu lekami generycznymi, sprzętu medycznego, patentów technicznych – ile rozrywki. Już w latach 90. XX w. w Kongresie USA złożono pierwsze projekty ustaw, aby ukrócić zupełną swobodę przesyłania różnych treści, na przykład pornografii, czy innych, mogących zaszkodzić dzieciom. Ta ustawa – CDA (Communications Decency Act, czyli ustawa o normach przyzwoitości w telekomunikacji) – choć została podpisana przez prezydenta, ostatecznie nie przeszła. Federalny Sąd Najwyższy USA uznał ją w 1997 r. za niekonstytucyjną, zagrażającą „świętej zasadzie wolności słowa” w komunikacji między dorosłymi. Odnośnie innych projektów ustaw, takich jak PIPA czy SOPA, to nawet gdyby zatwierdził je Kongres – co jest mało prawdopodobne – tosądy federalne prawdopodobnie je odrzucą.
- Czy spór o ACTA jest sporem o sposób traktowania własności intelektualnej, wynika z innego rozumienia patentowania w USA i Europie? W latach powojennych, aż do lat 90. patentowaliśmy w Polsce technologię, a nie produkt końcowy tej technologii. Inaczej też postrzegamy prawo do korzystania z wyników badań naukowych, co pokazał słynny wyścig USA i Europy w badaniu genomu ludzkiego i zamiar opatentowania genomu człowieka przez amerykańską firmę Celera Genomics.
- W ACTA chodzi o coś jeszcze ważniejszego niż ekonomia. Zarówno ACTA, jak i PIPA, są widziane przez większość światowych społeczeństw jako ograniczenie wolności człowieka, a to jest ważniejsze od ekonomii. Jest to spór filozoficzno-ideowy o charakter systemu, w jakim ludzkość żyje. Więcej wolności, czy mniej? ACTA oznacza mniej wolności. I tak to widzieli demonstranci na ulicach polskich miast, którzy protestowali nie tyle z powodu patentów i ewentualnych strat gospodarczych Polski, ile z powodu groźby ograniczenia wolności ludzi, próby stworzenia niekontrolowanej przez społeczeństwo władzy Wielkiego Brata.
Dziękuję za rozmowę.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 16278
Zabrania się używać metod lub środków bojowych, których zamiarem jest, lub od których można spodziewać się wyrządzenia rozległych, długotrwałych i poważnych szkód w środowisku naturalnym. Konwencja Genewska, Protokół Uzupełniający z 1977 r., art.35§3
Statystyka może nie jest zatrważająca, ale na pewno zastanawiająca. Od czasu wojny bałkańskiej zmarło sześciu Włochów, pięciu Belgów, jeden Czech, jeden Hiszpan oraz jeden Niemiec (inne źródła podają, że 17 Niemców, a 44 zachorowało). O tym, czy zubożony uran, jakiego używano ostatnio na Bałkanach jest szkodliwy dla człowieka i środowiska naturalnego zaczęły zastanawiać wszelkie komisje na szczeblu europejskim i międzynarodowym w kilka lat po masowym stosowaniu go przez wojska NATO w Zatoce Perskiej. Czy wnioski, jakie ogłoszą będą pokrywać się z danymi organizacji pozarządowych – nie wiadomo. Pewne sprawy, ustalenia, fakty, pewnie wyjdą na jaw dopiero po latach, stosownie do potrzeb politycznych i w zależności od stopnia jawności życia społecznego. O przyczynach nagłośnienia „Bałkańskiego syndromu” (nb. powinno się też mówić i o syndromie bliskowschodnim) można mówić wiele. W niczym to jednak nie zmienia faktów: w Serbii (w 1999 r.) i Bośni (1994-95) oraz nad Zatoką Perską (1991) stosowano pociski, które nie tylko burzą materię martwą, zabijają ludzi i zwierzęta, ale powodują choroby i skażenie środowiska. Bo takie działanie ma jeden z ich składników - uran.
Terminem „zubożony uran” (ZU - depleted uranium – DU) określa się uran pozostały po wydzieleniu z niego izotopu U-235. Zawiera on 99,7% izotopu U-238, emitującego promieniowanie alfa oraz beta. Uranowe pociski stosuje się na świecie od dawna, Amerykanie prawdopodobnie skonstruowali je w latach 70. jako broń na radzieckie czołgi T-72 i T-80. Uran wykorzystuje się w nich jako rdzeń – penetrator, o dużej masie i ogromnej energii kinetycznej, dzięki czemu może przebić twardy pancerz czołgu (o ile prędkość pocisku wynosi ok. 900 m/s, to rdzenia – 1400 – 1500 m/s). Początkowo penetratory wykonywano z ciężkiej stali, później – ze spieków wolframowych (dwukrotnie tańszych niż uranowe, ale kłopotliwych technologicznie), wreszcie – z uranu. Jednym z walorów tej technologii jest rozwiązanie po części problemu składowania odpadów promieniotwórczych z energetyki jądrowej. Toteż producentami takich pocisków są atomowe mocarstwa: USA, Wielka Brytania, Francja, Rosja, a także Izrael.
Oczywiście, uran jako pierwiastek ciężki, znalazł też zastosowanie bardziej pokojowe: używa się go jako przeciwwagi w samolotach, ale i do produkcji betonu Ducrete, stosowanego do osłony przed promieniowaniem.
Atomistom i wojsku nie szkodzi
Jak działa izotop uranu U-238 na organizm człowieka – dokładnie nie wiadomo. Na ten temat panuje niezwykła różnorodność opinii, zależnie od poglądów ekspertów i ich miejsca zatrudnienia. Atomiści i wojskowi utrzymują, iż jest to broń bezpieczna, a cała wrzawa wokół niej wynika z powodów politycznych. Jeśli już mieliby potwierdzić szkodliwość uranu, to tylko z racji jego reaktywności chemicznej i cech metalu ciężkiego. Wynikałoby z tego, że uranowe pociski są w porządku, „co najwyżej” mogą szkodzić tylko jego tlenki, które powstają podczas zapłonu uranu. Wdychane, bądź wchłonięte przez uszkodzoną skórę ( w postaci pyłu) mogą wywołać bliżej nieokreślone choroby.
Jakie spustoszenia w komórkach organizmu powodują emitowane przez izotop i jego tlenek cząsteczki alfa i beta – dokładnie wiadomo, gdyż każde promieniowanie jonizujące wywołuje wiele efektów fizycznych, chemicznych i biologicznych. W tkankach pochłaniających w różnym stopniu energię promieniowania dochodzi do wielu reakcji, m.in. jonizacji w obrębie komórki i tworzenia wolnych rodników (głównie z radiolizy wody) uznawanych za czynnik rakotwórczy. Pod wpływem promieniowania jonizującego, białka, aminokwasy, enzymy i kwasy nukleinowe (DNA, RNA) tracą swoje właściwości biochemiczne. I choć promieniowanie alfa i beta uznaje się za mniej szkodliwe niż gamma, to właśnie promieniowanie alfa – pochłaniane przez tkanki znajdujące się w pobliżu miejsca rozpadu radioaktywnego - powoduje duże szkody.
Fakt, iż niektórzy eksperci związani z lobby atomowym i wojskowym bagatelizują skutki promieniowania pocisków z zubożonym uranem wynika po części także z tego, iż nie umiemy dokładnie określić dawki promieniowania wywołującej skutki mutagenne, czy rakotwórcze. Promieniowanie jonizujące bowiem często cechuje się brakiem dawki progowej, a ponadto różnica między nią a dawką śmiertelną może być bardzo duża. Trudno też ustalić jednoznacznie odległe skutki małych dawek promieniowania, także z powodu ogromnych różnic wrażliwości osobniczej na promieniowanie.
Co do tego, że promieniowanie jonizujące w różnych dawkach działa szkodliwie na wszystkie żywe organizmy – prawie wszyscy naukowcy dziś się już zgadzają. Także i z tym, że późne skutki napromieniowania, ujawniające się w ciągu miesięcy, a nawet lat – są najczęściej nieodwracalne. Do niedawna naukowcy skupiali się w badaniach nad skutkami dużych dawek promieniowania, dziś częściej badają wpływ na organizmy żywe dawek małych, nawet mniejszych niż występujące w środowisku naturalnym. Okazuje się, że także małe dawki skracają czas życia zwierząt, zwiększają częstość występowania nowotworów i działają mutagennie.
Wszystkie aktynowce – a więc także i uran-238 - są radioaktywne i mogą stwarzać zagrożenie radiotoksykologiczne. Uran – 238 działa silnie nefrotoksycznie. Uważa się jednak, że wynika to bardziej z jego właściwości chemicznych niż promieniotwórczych. W formie nierozpuszczalnej, wchłonięty przez drogi oddechowe powoduje u zwierząt doświadczalnych zmiany włókniste w płucach, przerost nabłonka płuc i nowotwory płuc.
Uczestnicy wojny w Zatoce Perskiej nie umierają na razie na nowotwory płuc (te ujawniają się po kilkudziesięciu latach po ekspozycji), ale co siódmy z żołnierzy amerykańskich tam walczących skarży się na niewytłumaczalne choroby i dolegliwości. Badania, jakie niektórzy z nich przechodzą wykazują, że w ich moczu znajduje się uran. Znacznie gorsze wieści dochodzą z Iraku, gdzie obserwuje się dramatyczny wzrost zachorowań na nowotwory (zwłaszcza wśród dzieci- według UNICEF – 6-krotnie więcej) i zwiększoną śmiertelność. Według relacji lekarzy z Basry, w sierpniu 1998 r. urodziło się troje dzieci bez głów i czworo z nienormalnie dużymi głowami, we wrześniu – 6 bez głów i dwoje z krótkimi kończynami, w październiku – jedno bez głowy i czworo ze zbyt dużymi głowami. W zbombardowanych rejonach Serbii zanotowano także wśród ludności i zwierząt więcej poronień, uszkodzeń płodu, przedwczesnych i martwych urodzeń, wzrost śmiertelności. Nieszczęściem Irakijczyków, Serbów jest izolacja polityczna ich państw. Pozwala ona na przemilczanie nieszczęść ludności cywilnej i pomijanie tych tragedii zarówno przez własne rządy, jak i organizacje międzynarodowe.
Uranu ci mamy dostatek...
W Zatoce Perskiej w 1991 r. samoloty i czołgi USA odpaliły 860 tys. pocisków zawierających 290 ton uranu (dane Departamentu Obrony USA). Według Ministerstwa Obrony Wielkiej Brytanii, czołgi brytyjskie wystrzeliły tam 100 pocisków zawierających mniej niż 1 tonę uranu. Ile uranu użyto na Bałkanach – dokładnie nie wiadomo. Początkowo NATO wypierało się stosowania tej broni, później przyznano, że istotnie, była ona użyta, by wreszcie podać (na zapytanie sekretarz generalnego ONZ), że w 1999 roku zrzucono na Serbię i Kosowo 31 tysięcy pocisków z ZU, co w przeliczeniu na uran wynosi 10,5 tony. Piloci NATO bombardowali nimi nie tylko obiekty wojskowe – amunicją przeciwpancerną kalibru 30mm strzelały samoloty A-10A, a może i helikoptery Apache podczas ćwiczeń w Albanii. Pociskami z ZU zbombardowano też czterokrotnie konwój uciekających Albańczyków miedzy Priznerem a Djakovicą w kwietniu 1999r. Zginęło wówczas 75 Albańczyków, a 100 zostało rannych.
Nie byłoby może takiego oburzenia Włochów wyrażonego na międzynarodowym forum, gdyby nie śmierć z powodu raka sześciu żołnierzy tego kraju uczestniczących w bałkańskiej wojnie. Oburzenie to miało i inne powody: otóż piloci NATO pozbyli się wielu bomb rozpryskowych, rakiet i amunicji zrzucając je do Adriatyku i jeziora Lago di Garda w północnych Włoszech. Ofiarami tego działania byli włoscy rybacy, których zraniła złowiona w sieci natowska bomba. Trzech rybaków zostało z kolei zranionych bombkami rozpryskowymi (zawierającymi prawdopodobnie ZU), których 200 znaleziono na wschodnim wybrzeżu Italii.
Ale amunicją z zubożonym uranem posługiwało się nie tylko NATO. Także Jugosławia, która używała małych rosyjskich pocisków AA-8 Mszyca. Były w nie wyposażane myśliwce MIG-21 i MIG-29, mogły ich używać również jugosłowiańskie myśliwce Oreo i Super Galeb. Obrona przeciwlotnicza Jugosławii wyposażyła swoją artylerię przeciwlotniczą w prowadnice do Mszyc przeobrażając je w pociski ziemia – powietrze. Bronią taką dysponowała także Wyzwoleńcza Armia Kosowa. Nie wiadomo, która ze stron używała pocisków ZU, w jakich ilościach i czyjej produkcji. Prawdopodobnie skażenie Bałkanów uranem mają na sumieniu wszystkie strony, choć z pewnością w stopniu nieporównywalnym.
Te miejsca omijaj
Dochodzenie dotyczące użycia broni ZU na Bałkanach przez NATO, jakie podjęto z inicjatywy Kofi Annana przez Balkan Task Force z ONZ wykazało, iż ONZ nie otrzymała pełnych danych na temat zakresu i miejsca bombardowań. Tym samym nie można było ocenić konsekwencji środowiskowych i zdrowotnych dla ludności Serbii, Kosowa, Bośni, choć statystyka zgonów wśród żołnierzy biorących udział w konflikcie bałkańskim jest zastanawiająca. Pod koniec marca ub. r. niemieckie jednostki KFOR w Kosowie wyodrębniły promieniotwórczą strefę ok. 5 tys. m2. Brytyjski „The Express” z kolei doniósł w marcu ub. r., że badania gleby w południowej Serbii wykazały stężenie uranu ponad 1000 razy większe niż normalnie. Z kolei w Niszu tamtejszy Instytut Ochrony Zdrowia wykazał poziom uranu U-238 w glebie poniżej 100 Bq/kg, ale już we wsi Pljackovica jego stężenie wynosiło od 101 tysięcy do 235 tysięcy Bq/kg.
Inne próbki wzięte ze wsi Reljan, Bratoselce i Cerenowacz miały 210-37000 Bq/kg. Badania, jakie przeprowadzono w Instytucie Nauk Jądrowych pod Belgradem wykazały, iż południowa Serbia jest obszarem skażonym uranem. Takie miejscowości jak Surdulica, Djakovica, okolice wieży telewizyjnej we Wranje, okolice Kliny, Prizren – wszędzie tam działały A-10A strzelając uranową amunicją.
Niestety, o tych zagrożeniach mało się mówi nawet w samej Serbii i Kosowie. Nie zawsze zresztą same sztaby państw NATO informują swoich żołnierzy KFOR o koniecznych środkach ostrożności, więc co dopiero mówić o ludności cywilnej, żyjącej w nędzy i zostawionej samej sobie? Jedyną organizacją, która poinformowała ich o skażeniu był jugosłowiański „Zielony Stół”. Tylko czy obowiązek udzielania takich informacji – ważnych dla całej Europy i świata - powinien ciążyć na jednej organizacji ekologicznej?
Anna Leszkowska
14.01.2001
Uran - promieniotwórczy pierwiastek chemiczny o masie 238,029 jest srebrzystobiałym metalem ciężkim (gęstość – 19100 kg/m3), aktywnym chemicznie, zwłaszcza w wyższych temperaturach. W powietrzu pokrywa się warstwą dwutlenku (UO2), łatwo roztwarza się w kwasach. Ogrzewany reaguje z tlenem, wodorem, azotem, parą wodną, węglem i metalami. Sole uranu są toksyczne.
Zawartość uranu w skorupie ziemskiej wynosi 2x10 –4%. Występuje głównie w postaci blendy smolistej U3O8 w takich minerałach jak uraninit, karnotyt, autunit, torbernit i kurit. Wszystkie trzy izotopy uranu, jakie spotyka się w przyrodzie mają długie okresy połowicznego rozpadu: U-238 – 4,5x10 9 lat, U-235 – 7,1x10 8 lat, a U-234 – 2,5x10 5 lat. Najbardziej rozpowszechniony jest izotop U-238 (jest go 99,28%).
Jako paliwa w reaktorach jądrowych stosuje się uran wzbogacony w izotop U-235. W reaktorach powielających używa się obu izotopów uranu (U-235 i U-238), pluton (Pu-239) oraz tor (Th-232). Rozszczepienie U-238 jest możliwe pod wpływem szybkich neutronów. Cena U-238 wynosi ok. 25 USD/kg (U-235 – ponad 20 tys. USD/kg).
Cząsteczki alfa(α) są emitowane przez jądra o dużej liczbie atomowej (uran, pluton, rad, tor) i są identyczne z jądrami helu. Mają znaczną masę i energię w chwili emisji z jądra (1-10MeV). Charakteryzuje je duża zdolność jonizacji, jednak z uwagi na znaczące rozmiary – ograniczona zdolność przenikania. W tkankach przyjmuje ona wartość mikrometrów.
Do zwalczania czołgów i artylerii opancerzonej służy samolot A-10A Thunderbolt (piorun)- ulepszona wersja A-10 z wojny z Irakiem w 1991 r. Działko przeciwpancerne o 7 lufach zamontowane na jego pokładzie wystrzeliwuje 70 nabojów na sekundę. Samolot niesie 1174 naboi, każdy o wadze 0,73 kg i długości 29 cm, a także 7,3 tony rakiet ( w tym – ppanc. Maverick – odmieniec), bomb konwencjonalnych i rozpryskowych. Śmigłowce szturmowe Apache także używają amunicji z ZU kalibru 30 mm. Brytyjskie myśliwce Harrier, startujące z lotniskowca strzelają z amunicji ZU kalibru 25 mm.
NATO zrzuciło na Jugosławię ok. 1100 bomb rozpryskowych (możliwe, że z ZU). Każda z nich, ważąca ok. 0,5 tony zawierała 200 bombek wielkości puszki od piwa. Po rozerwaniu bomby – matki w powietrzu, bombki koloru jaskrawożółtego spadały na spadochronikach i wybuchając rozrzucały ostre jak żyletki blaszki aluminiowe lub odłamki. W lipcu 1999 r. niemiecka telewizja ARD podała, że na terenie Serbii i Kosowa znajduje się 11,5 tysiąca niewypałów takich trudno wykrywalnych bombek, które wybuchają nawet bez ich poruszenia. Od zakończenia bombardowań tylko w Kosowie zginęło 60 osób od niewypałów, wśród nich – także żołnierzy KFOR. W czasie konfliktu w Zatoce Perskiej bombek tego rodzaju rozrzucono 24 – 30 mln, a 5% niewypałów spowodowała śmierć 1200 osób w Kuwejcie i 400 w Iraku.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1894
Z dr. nauk prawnych Cezarym Woźniakiem z Wydziału Prawa i Administracji Politechniki Warszawskiej, autorem książki Użytkowanie wieczyste, rozmawia Anna Leszkowska.
- Panie Doktorze, zniesienie użytkowania wieczystego spora część społeczeństwa przyjęła z radością, argumentując, że wreszcie skończy się ten "komunistyczny przeżytek" i nareszcie obywatele staną się właścicielami swoich spółdzielczych mieszkań. Czy rzeczywiście zachodzi tu przypadek wyższości własności nad użytkowaniem wieczystym, skoro to drugie funkcjonuje z powodzeniem na świecie?
- Jeżeli bierzemy pod uwagę czystą metrykę użytkowania wieczystego, to istotnie mamy do czynienia z prawem okresu PRL, gdyż zostało ono wprowadzone ustawą w 1961 roku. Jednak metryka nie decyduje o jakości prawa – przecież do dzisiaj korzystamy z dobrodziejstw uchwalonych wówczas ustaw jak kodeks cywilny, kodeks rodzinny, czy kodeks pracy wprowadzony w latach 70., dzisiaj oczywiście znowelizowany.
Bywa, że tworzymy nowe regulacje wykorzystując rozwiązania prawne, jeżeli nie wywodzace się bezpośrednio z tamtego okresu, to jednak bardzo mocno osadzone na ówczesnych przepisach prawa. Niektóre z nich jak np. Kodeks spółek handlowych ma metrykę sięgajacą 1934 roku. Jak więc widać, z metryki nic nie wynika. Natomiast rzeczywiście użytkowanie wieczyste wyrosło z pewnej koncepcji i jest bardzo mocno osadzone w historii, co ma wpływ na dzisiejsze jego postrzeganie.
Dlaczego pomyślano o stworzeniu takiej konstrukcji? Otóż istotą państwa, a zatem i prawa socjalistycznego było uspołecznienie ziemi, zniesienie renty gruntowej, uznanie że ziemia ma służyć wszystkim obywatelom, a państwo jest jedynym dysponentem tego narodowego dobra. Tylko ono udostępniało ją obywatelom, jako jedyny własciciel środków produkcji.
- Ta koncepcja znana jest zresztą od wieków, stosowana była i w cesarstwie rzymskim, i we Francji. Nie jest to tylko wymysłem socjalistycznej Polski. A użytkowanie wieczyste do dzisiaj funkcjonuje np. we Francji czy Niemczech.
- Oczywiscie, tyle że prawo we Francji oparte jest na mechanizmach demokratycznych, natomiast państwo socjalistyczne nie ukrywało, że podłoże tego rozwiązania jest czysto ideologiczne. Innymi słowy, wszystko zostało oparte na stwierdzeniu zawartym w preambule do Dekretu o reformie rolnej z 1944 roku, w którym wyraźnie stwierdzono, że państwo z punktu widzenia politycznego ma być właścicielem, władcą ziemi.
- Ale każde państwo jest właścicielem ziemi w swoich granicach...
- Jest władcą, ale w państwach demokratycznych prawo własności przynależy do określonych podmiotów, natomiast w państwie socjalistycznym takiego rozróżnienia w gruncie rzeczy nie było. Ono się pojawiło dopiero w 1990 roku, podczas lipcowej nowelizacji kodeksu cywilnego. W 1945 roku, po zakończeniu wojny, państwo postanowiło przejąć wszystkie środki produkcji, w tym ziemię, żeby je później ewentualnie udostępniać obywatelom.
Jednak państwo wyszło z wojny bardzo biedne, zrujnowane i nie miało środków, aby te nieruchomości utrzymać, a przede wszystkim zagospodarować. Trzeba było więc jakoś zachęcić obywateli, aby chcieli w tym uczestniczyć. Przeszkodą jednak bylo to, że w państwie socjalistycznym to państwo miało rację, co pokazywał – uchylony w początku lat 90. – sławetny artykuł 4 kodeksu cywilnego. Stwierdzano w nim, że w razie jakichkolwiek wątpliwości prymat należy przyznać interesom państwa. Stąd też obywatele bardzo niechętnie włączali się w działania państwa, które wiązałyby ich finansowo czy organizacyjnie.
Wymuszony został więc kompromis między zasadą socjalistycznej niezbywalności własności państwa a potrzebami społeczno-gospodarczymi w postaci takiej konstrukcji prawnej, która dawała obywatelom gwarancje, że państwo nie będzie zbyt mocno ingerować w ich działalność, a państwu pewność, że nikt mu ziemi nie odbierze. Czyli własność pozostawała przy państwie, które dawało obywatelom pewne uprawnienia.
Problem tkwił w rodzaju i zakresie tych uprawnień: bo gdyby to miala być zwykła umowa, to łatwo byłoby ją wypowiedzieć – nawet biorąc pod uwagę ewentualne odszkodowanie (w praktyce mogło być nie do uzyskania). Jedyną gwarancją były więc prawa rzeczowe, które ze swej istoty są trwałe, opisane w kodeksie, co wymusza na wszystkich stronach ich stosowanie.
Taką konstrukcją prawną było użytkowanie wieczyste, które daje obywatelowi prawo do korzystania z ziemi, pozostawiając jej własność przy państwie. Obywatel jest w nim chroniony zapisem, że ma władztwo nad ziemią na określony czas, który nie może być krótszy niż 40 lat, ale nie dłuższy niż 99 lat.
- Czyli trzy, a właściwie sześć i więcej pokoleń, bo ten okres mógł być przedłużany o nastepne 99 lat i dłużej.
- Tak, i to było kolejną gwarancją dla obywateli. Odebrać użytkowanie wieczyste można było (i nadal można) pod warunkiem zapłacenia odszkodowania. I ta koncepcja obywatelom się spodobała, zwłaszcza że podobne rozwiązania znali już z prawa państw zaborczych. Niemcy stosowali prawo zabudowy, mieliśmy w prawie francuskim dzierżawę wieczystą, zatem reguły były znane.
W pierwszym okresie użytkowania wieczystego – w latach 60. i 70. - było ono nadawane jako ekwiwalent zabranego prawa własności. To rozwiązanie było dla obywateli korzystne - mieli bowiem prawo do korzystania z ziemi, zamieszkania na niej, a nie byli obciążeni odpowiedzialnością za własność.
- Zwłaszcza, że użytkowanie wieczyste dawało im też prawo zbywania gruntu.
- Także dziedziczenia – co było niezwykle istotne. Oczywiście, od samego początku ustawodawca przewidywał, że będzie to prawo odpłatne, ale praktyka wskazywała, że te koszty były znikome. Bo co by nie mówić o władzy socjalistycznej, to była ona bardzo wrażliwa społecznie, co skutkowało tym, że można było nawet uniknąć płacenia za nabyty grunt w ramach użytkowania wieczystego.
Sytuacja z użytkowaniem wieczystym zmieniła sie wraz ze zmianą ustroju po 89 roku, kiedy zaczęto patrzeć na użytkowanie wieczyste jak na normalną konstrukcję prawną, która nie ma celów odszkodowawczych za zabrane prawo własności, tylko jest zwyczajnym prawem inwestycyjnym. Coraz częściej bowiem prawo użytkowania wieczystego stosowano jako pewien mechanizm rynkowy – w znacznej mierze byli nim zainteresowani przedsiębiorcy, bo mieli prawo wykorzystania w sposób gospodarczy wydzierżawionego od państwa gruntu, a z drugiej strony – pewność, iż będą mieć wystarczająco dużo czasu, aby zrealizować zyski. Z ich punktu widzenia konstrukcja użytkowania wieczystego była bardzo trafionym pomysłem, co widać dzisiaj po kilkuset tysiącach umów dotyczących ustanowienia prawa wieczystego w celu wyłącznie inwestycyjnym, do prowadzenia działalności gospodarczej.
Wraz z upadkiem ustroju socjalistycznego, zaczęły też się pojawiać głosy, że system ten był niedobry, powodował negatywne konsekwencje i w związku z tym należy w ogóle zapomnieć, że istniał. Rodziły się nawet pomysły, żeby wrócić do prawa przedwojennego. Postanowiono więc, że z prawa trzeba usunąć pozostałości tego ustroju, czyli m.in. użytkowanie wieczyste, które powstało w określonym celu politycznym. Tyle tylko, że trzeba sobie zadać pytanie, czy w roku 2019 ten cel jeszcze istnieje? W moim przekonaniu po części tak, bo w chwili obecnej zmienił się tylko beneficjent tego rozwiązania.
Kiedyś beneficjentem było socjalistyczne państwo, obecnie beneficjentem są głównie samorządy terytorialne. Z punktu widzenia państwa, jego budżetu, użytkowanie wieczyste nie ma wiekszego znaczenia, natomiast dla samorządów dochody z użytkowania wieczystego mają znaczenie kolosalne.
Po pierwsze, opłaty z tytułu użytkowania wieczystego są trwałe, a zatem przewidywalne, można je w pewnym zakresie zmieniać, nie mówiąc o tym, że obecne regulacje dają możliwość manewrowania ich wysokością, a zatem można kreować w pewnym zakresie własną politykę. Z punktu widzenia samorządów jest to więc bardzo przydatne narzędzie, w znakomitej wiekszości fiskalne. Jest to dobre, stałe źródło dochodu. Z punktu widzenia państwa takich skutków nie ma.
- Zatem dlaczego użytkowanie wieczyste zlikwidowano? W ramach walki rządu z samorządami?
- Myślę, że taka teza idzie zbyt daleko, bo przeciwko użytkowaniu wieczystemu wysuwano dwa zarzuty. Pierwszy to polityczny, o którym wspomnialem. Drugi był taki, że ma ono oczywiste cele fiskalne. Ale należy zadać sobie pytanie, czy te cele fiskalne nie są przydatne z punktu widzenia obywateli? Od pewnego czasu bowiem widać tendencję do obciążania samorządów coraz wiekszą liczbą zadań
- i niewystarczającymi dotacjami rządowymi na te zadania...
- No właśnie, a samorząd musi je z czegoś finansować. Oznacza to zmniejszanie wartości majątku własnego samorządów.
Czy jest więc sens likwidować użytkowanie wieczyste? Ze społecznego punktu widzenia być może tak, bo chwytliwsze jest hasło: jestem właścicielem niż użytkownikiem wieczystym, zwłaszcza że ludzie nie rozumieją, czym jest użytkowanie wieczyste. Dla nich jest ono pewną formą własności, co jest zgodne z prawdą, bowiem użytkowanie wieczyste z punku widzenia Kowalskiego mającego mieszkanie w spółdzielni mieszkaniowej niczym sie nie różni od własności. Nawet opłaty za wieczyste użytkowanie umykają z naszego pola widzenia, gdyż zawarte są w czynszu za mieszkanie.
Można się więc zastanawiać, czy ten ostatni ruch związany z przekształceniem nieruchomości mieszkaniowych we własność był celowy. Dla Kowalskiego być może tak, natomiast z punktu widzenia samorządów jest to niewątpliwie strata, bo to bardzo duża wyrwa w ich budżetach.Tym bardziej, że przekształcenie jest obowiązkowe, a ustawa z lipca 2018 nie uwzględnia tego, że samorządy mają perspektywę finansowania. Ustawa zburzyła ten mechanizm i zdecydowanie obniżyła oczekiwane wpływy, ponieważ wiąże opłatę przekształceniową, (którą trzeba ponosić) z obowiązkowymi bonifikatami.
Oczywiście, rozumiemy dlaczego te bonifikaty wprowadzono, ale kompletnie nie pomyślano o sytuacji samorządów terytorialnych. Bo co one mają zrobić np. z inwestycjami zaplanowanymi za dwa lata, a które miały być finansowane z tych środków? Z kolei ustawa o ochronie lokatorów zobowiązuje gminy do tworzenia piecioletnich planów gospodarowania nieruchomościami. W tej sytuacji samorząd terytorialny musi te plany zmodyfikować. W dodatku te zmiany zwiazane ze zniesieniem użytkowania wieczystego są wprowadzane bardzo szybko i w moim przekonaniu – w sposób nieprzemyślany.
- Bez dyskusji ze środowiskiem prawniczym...
- Bo nikt go do takiej dyskusji nie zaprosił, nawet notariuszy, którzy zapewne wskazaliby co najmniej kilka błędów, jakie znalazły się w ustawie. Weźmy np. dwie ustawy: tę o przekształceniu wieczystego użytkowania we własność i kodeks urbanistyczno-budowlany. Ten drugi jest już tak długo w konsultacjach, że zachodzi pytanie, czy ustawodawca ma jeszcze chęć uchwalenia czegokolwiek. Natomiast przy ustawie przekształceniowej konsultacji właściwie nie było, ponadto ustawodawca w ogóle nie wziął pod uwagę przeszłości.
Przecież o przekształceniu użytkowania wieczystego we własność mówi się praktycznie od lat 90. Pierwsza ustawa, która miała dotyczyć tego przekształcenia to rok 1997 – od tego czasu powtarzamy właściwie te same błędy. A podstawowy błąd polega na tym, że nikt zainteresowanych użytkowników nie pyta o zdanie. Bo jeśli jestem użytkownikiem wieczystym, to czuję się właścicielem, a jeśli otrzymuję informację, że właścicielem mogę być dopiero, jeżeli zapłacę, to nie wiem, za co mam płacić. Poza tym, jeżeli mam się przekształcić, to dlaczego? Tą ustawą burzy się mój spokój, bo do tej pory czułem sie właścicielem, bądź quasi-właścicielem.
Ta ustawa w gruncie rzeczy była skierowana do członków spółdzielni mieszkaniowych. I tu jest gigantyczny problem, bo spółdzielnie mieszkaniowe budowały tam, gdzie otrzymywały grunt, a stanem prawnym gruntu nikt się nie przejmował.Koszty użytkowania wieczystego wpisane były w czynsz i lokatorzy nawet nie mieli świadomości, że za nie płacą, a teraz nagle każe im się za to płacić osobno, nie wyjaśniając dlaczego. Nie mówiąc już o tym, że samo przekształcenie użytkowania wieczystego może nieść fatalne konsekwencje i to w najbardziej wrażliwym obszarze, czyli tam, gdzie mogą się pojawić byli właściciele.
-To prosta droga do gentryfikacji...
- Nie do końca tak musi być, bo trzeba uwzględnić bardzo negatywny mechanizm, który widać na przykładzie sprawy Agnes Trawny ze wsi Narty.
- Ponoć jedną z przyczyn likwidacji użytkowania wieczystego była właśnie wola definitywnego uregulowania statusu gruntów przejętych przez skarb państwa na Ziemiach Zachodnich, które do tej pory były użytkowane wieczyście przez nowych właścicieli...
Drugą była obawa, że po wstąpieniu do UE, obywatele innych państw będą masowo wchodzić w posiadanie polskich gruntów, choć w tym przypadku można było temu zapobiec uregulowaniami prawnymi.
- Władze państwa socjalistycznego nie przejmowały się stanem prawnym. Uznano, że skoro Dekret o reformie rolnej mówił, że państwo jest właścicielem, to załatwia to wszystko. Obecnie mamy z tym kłopot, bo jeżeli właścicielem gruntu jest skarb państwa, gmina, powiat czy wojewodztwo, a użytkownikiem wieczystym np. spółdzielnia mieszkaniowa, to w przypadku pojawienia się byłego właściciela czy jego spadkobiercy powstaje problem, kto ma regulować roszczenia? Spółdzielnia mieszkaniowa nie jest przecież właścicielem, tylko użytkownikiem wieczystym, z kolei gmina nie może oddać gruntu byłemu właścicielowi, bo obowiązuje ją umowa ze spółdzielnią na 99 lat i nie można jej zerwać bez woli użytkownika wieczystego. Można tu mówić więc tylko o odszkodowaniu. A o jego wysokości będzie decydować sąd, który przede wszystkim sprawdzi, czy odebranie gruntu byłemu właścicielowi było zasadne.
Doświadczenie uczy, że nie było, nie stosowano ówczesnego trybu postępowania - nie wydawano zaswiadczeń, nie było odszkodowań – do tej pory nie ma nawet rozporządzenia, które mówiłoby jak je obliczać i wypłacać. Skutek – wyrok sądu przywracający własność. Co to znaczy? Spółdzielcy w tej sytuacji mogą stracić swoje mienie. Bo do kogo pójdzie ze skargą spółdzielnia mieszkaniowa, będąca adresatem roszczenia?
- Trudno sobie wyobrazić taką sytuację – lokatorzy bloków pewnie dokonaliby samosądu na byłym właścicielu gruntu, który nagle okazałby sie właścicielem także ich mieszkań...Prawodawca powinien to wziąć pod uwagę.
- Tyle tylko, że nie wziął. Problem leży też w tym, że przy przekształceniu spółdzielnia nie może zakwestionować tego, co działo się wcześniej.
- A prawo zasiedzenia? Przecież prawo nie może działać wstecz.
- Tak, ale to dopiero należałoby przeprowadzić sądownie, przedstawić zarzut, np. przedawnienia roszczeń. Nawiasem mówiąc, zarzut upadnie, bo przedawnienie dotyczące własności nieruchomości nie występuje nigdy, więc roszczenia można zgłaszać nawet i po kilkuset latach.
Zatem w omawianym przypadku nic nie stoi na przeszkodzie, żeby doszło do wywłaszczenia tej spółdzielni, bo prawo własności – w przeciwieństwie do użytkowania wieczystego – już przed tym spółdzielców nie chroni, tak jak nie chroni gminy przed roszczeniami, obowiązkiem zwrotu gruntu. Tworząc regulacje, prawodawca winien o tym pamiętać. Tymczasem nie przewidział, że taka sytuacja może wystąpić i nie zabezpieczył interesów milionów lokatorów spółdzielni, ale i użytkowników wieczystych na Ziemiach Zachodnich. Ponadto stworzył przepisy bardzo nieprecyzyjne, np. nie przewidział, że do mieszkania spółdzielczego może być przypisany wolnostojący garaż. Ustawa z lipca 2018 już trzykrotnie ulegała nowelizacji, czyli widać, że mamy do czynienia z niedoróbką prawną.
- Nie przewidział także sposobów rekompensaty ubytków dochodów samorządu. Istnieje obawa, że samorządy postawione pod ścianą z braku dochodów wprowadzą podatek katastralny, bardziej dolegliwy dla obywateli niż za użytkowanie wieczyste...
Poza tym ludzie zadają sobie pytanie, co mi z tego, że wskutek zniesienia użytkowania wieczystego kupię sobie 10 cm2 gruntu pod moim blokiem?
- Z punktu widzenia obywatela te 10 cm2 nic mu nie daje. Jednak prawodawca nie miał innego wyjścia – przyznając prawo do lokalu musiał jednocześnie przyznać udział w gruncie, bo to wynika z podstawowych reguł prawa rzeczowego.
Co do samorządów – one rzeczywiście będą musiały jakoś skompensować sobie ten ubytek w dochodach i mogą to zrobić sięgając do kilku źródeł, nie tylko poprzez podatek katastralny. Jednak w każdym przypadku jest drobne "ale", bo żadna jednostka samorządu terytorialnego nie może swobodnie manewrować opłatami z uwagi na dość ścisłe reguły ustawowe.Czyli za każdym razem będzie potrzebna współpraca rządu i parlamentu. Tyle, że na gruncie zagadnień o jakich mówimy, ja takiego pola współpracy nie widzę. Bo gdyby ustawodawca rzeczywiście myślał o jakiejś rekompensacie, to zrobiłby to przy okazji uchwalenia ustawy. Tymczasem od paru miesięcy jej obowiązywania nic się w tej sprawie nie dzieje i nie widać, żeby rząd miał jakikolwiek pomysł dla samorządu, co z tym zrobić. Ustawy od paru miesięcy drenują budżety samorządów i wydaje się, że nieodwracalnie, bez możliwości uzupełnienia tych ubytków.
- Podatek katastralny spowodowałby poprawę sytuacji samorządów, czy poszedłby do budżetu państwa?
- To jest kwestia ewentualnej regulacji ustawowej. W różnych państwach różnie to wygląda, ale generalnie zawsze rząd coś dla siebie z niego uszczknie. Mam zresztą pewne wątpliwości, czy podatek katastralny spowoduje wzrost zamożności samorządów, bo stanowi on dodatkowe obciążenie dla obywateli, przedsiębiorców, więc bez względu na jego wysokość, będzie rzutować np. na podatek dochodowy.
Ponadto wprowadzenie podatku katastralnego nie nastąpi szybko, bo musi on być powiązany z prawidłowo funkcjonującymi rejestrami publicznymi dotyczącymi nieruchomości, które działają różnie. O ile do ksiąg wieczystych można mieć zaufanie, to już funkcjonowanie innych rejestrów, łącznie z ewidencją gruntów i budynków budzi duże watpliwości.
W samorządach nawarstwiła się też sprawa nieuregulowanych prawnie gruntów
- Co ostatnio wykazała kontrola NIK*...
- A ustawa o przekształceniu użytkowania wieczystego we własność rozwiązuje tylko w minimalnym stopniu ten problem, jeżeli w ogóle. Dotyczy ona bowiem tylko gruntów zabudowanych na cele mieszkaniowe, nie tych o przeznaczeniu inwestycyjnym, które dominują, jeśli chodzi o tę formę użytkowania ziemi. Problematyka spółdzielni mieszkaniowych jest głośna i widoczna z uwagi na wielkość populacji, której dotyczy, natomiast z punktu widzenia gospodarczego jest to mniejszość. Spółdzielnie, jeżeli miały jakieś problemy z użytkowaniem wieczystym, to dawno już sobie to ułożyły. Głośne skargi spółdzielni mieszkaniowych są więc skargami na pokaz. One z tymi problemami żyją od dziesiątków lat i w niczym im to nie przeszkadza.
Natomiast hasło, "likwidujemy użytkowanie wieczyste" jest nieprawdziwe, bo my go nie likwidujemy.My likwidujemy tylko pewien jego aspekt – ten, który był najbardziej nośny medialnie, czyli mieszkaniowy. Natomiast pozostanie nam kwestia funkcjonowania przedsiębiorców, dla których użytkowanie wieczyste jest bardzo atrkacyjną możliwością wykorzystania gruntów publicznych. Dla tych, którzy głoszą hasło likwidacji przeżytków socjalizmu będzie to w moim przekonaniu problem, bo jakie będzie uzasadnienie, żeby to zlikwidować? Uzasadnienie społeczne właśnie znika. Ustawa przecież mówi o tym, że przekształcamy tylko grunty wykorzystywane do celów mieszkalnictwa, a po 1.01.19 nie można ustanawiać użytkowania wieczystego. Ale istnieją stare umowy użytkowania wieczystego, ważne prawnie, które w dodatku można przedłużać.
Tu jest analogia do przekształcania lokali spółdzielczych we własnościowe: aby nastąpiło przekształcenie, lokator musiał o to wystąpić, ale nie wzięto pod uwagę, że mogą być tacy, którzy o to nie wystąpią. Skutek jest taki, że choć wykreślono przepisy dotyczące mieszkań lokatorskich, to takie mieszkania ciągle istnieją, zgodnie z prawem.
- Skąd bierze się pogląd Polaków o wyższości własności nad dzierżawą? Czy to wynik doświadczeń historycznych, porwanej historii?
- Myślę, że taki jest tok myślenia Kowalskiego, który się przekształca. To znaczy, jestem właścielem, jestem u siebie, na zawsze, nikt mi tego nie odbierze. Innego celu, innego rozumowania tutaj nie widzę. Tu właśnie przejawia się korelacja aspektów: społecznego i gospodarczego. Ustawodawca zajął się – i to niestarannie – celem społecznym, natomiast kompletnie pominął cel gospodarczy. W moim przekonaniu – z bardzo negatywnymi konsekwencjami.
- Dziękuję za rozmowę.
* Więcej - https://www.nik.gov.pl/kontrole/P/18/003/