Prawo (el)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 3812
Z dr Ewą Gmurzyńską z Wydziału Prawa i Administracji UW rozmawia Anna Leszkowska
- Do polskich sądów trafia 13-16 mln pozwów rocznie. Część z nich mogłaby być załatwiona na drodze pozasądowej, w mediacji. Taką możliwość wprowadzono zresztą do kodeksu postępowania cywilnego (kpc) w 2005 roku. Mimo to, mediacja to ciągle działanie mało znane i stosowane. Z czego to wynika? Może u nas tak się nie da rozwiązywać sporów?
- Spotkałam się z taką opinią, że mediacje w Polsce się nie sprawdziły. Ale nawet jeśli się dotąd nie sprawdziły – sprawdzą się w przyszłości, bo to taka metoda, do której przede wszystkim potrzeba cierpliwości, której nie można wprowadzić jedną zmianą legislacyjną.
Mediację wprowadzono u nas w sprawach cywilnych w 2005 r., ale w sprawach karnych można ją było stosować już od 1997 r., czyli trudno mówić, że jest nowym rozwiązaniem - powinna się przez te lata już jakoś utrwalić. W systemie prawa precedensowego, common law, (obowiązującego w USA, Kanadzie, Australii, Wielkiej Brytanii) mediacja świetnie się sprawdza, choć i tam upłynęło wiele czasu nim zaczęto ją stosować powszechnie.
W USA mediację wprowadzono w końcu lat 60. w różnych centrach społecznych, do systemu sądów powszechnych - w latach 90., ale zaczęła się sprawdzać dopiero po kilkunastu latach. Właśnie dlatego, że wymaga ona zmiany mentalności i to tych osób, które związane są z wymiarem sprawiedliwości.
- Zaufania do tego sposobu rozwiązywania sporu czy samych mediatorów?
- Najważniejszą sprawą jest zaufanie do instytucji mediacji. Jego brak pokazuje znikoma liczba mediacji sądowych w stosunku do pozwów sądowych - ok. 1200 spraw cywilnych rocznie, czyli mniej niż 1 procent. Tutaj jest duża rola środowisk prawniczych (głównie sędziów), aby chciały więcej spraw kierować do mediacji, bo nie jest ona obowiązkowa. Ta mała liczba spraw kierowanych do mediacji wynika z braku zaufania sędziów do mediatorów. Spowodowane jest to tym, że przy wprowadzaniu przepisów o mediacji w kpc, uznano, iż mediator nie musi mieć żadnych kwalifikacji.
Czyli mediatorem w sprawach cywilnych może być każda osoba, która ma na to ochotę i posiada pewne doświadczenie w rozwiązywaniu sporów. Nie musi wykazywać się żadnym wykształceniem, zwłaszcza prawniczym czy psychologicznym. Co ciekawe, w mediacjach rodzinnych trzeba jednak mieć przygotowanie – niekoniecznie prawne czy psychologiczne, ale związane z umiejętnością rozwiązywania sporów.
- I to prawnicy wymyślili ten brak kompetencji mediatorów?
- Trudno o to obwiniać tylko prawników, związane to jest z kompromisami, jakie towarzyszą pracom nad ustawami. Główną przyczyną nie wprowadzenia kryterium kwalifikacji było przekonanie, iż rynek to zdefiniuje i zweryfikuje. Czyli gorsi odpadną, lepsi zostaną i będzie dobrze.
- Ale przecież tu chodzi o ważne ludzkie sprawy...
- Można byłoby nawet tak postępować, ale w mediacjach prywatnych. Wówczas strona zgłasza się do kogoś, do kogo ma zaufanie, żeby mediował. Natomiast jeśli mediacje są wbudowane w system wymiaru sprawiedliwości, to państwo musi jednak brać odpowiedzialność za mediatorów i przynajmniej zapewnić stronom, że ta osoba będzie spełniała pewne wymogi. Zwłaszcza, że jest to trudna profesja, wymagająca bardzo wielu umiejętności z różnych dziedzin.
Zatem jednym z podstawowych powodów, dla których sądy nie korzystają z mediacji jest brak zaufania do mediatorów, ich kwalifikacji. Chociaż z drugiej strony, ośrodki mediacyjne, których jest sporo, dbają o to, żeby mediatorzy mieli odpowiednie przygotowanie i kwalifikacje.
Nie zawsze jednak brak kwalifikacji zawodowych mediatorów jest przyczyną niechęci do korzystania z mediacji przez wymiar sprawiedliwości - są sędziowie, którzy z powodzeniem z mediacji korzystają. Natomiast mnóstwo sędziów w ogóle nie przesyła spraw do mediacji uważając, że jest to jednak „wypuszczenie” sprawy z własnych rąk, rezygnacja z kontroli nad sprawą, zwłaszcza kiedy przekazuje ją osobie, której nie zna.
- Czy sądy mają swoich mediatorów, gotowych podjąć się mediacji już na pierwszej rozprawie?
- W sądach istnieją listy mediatorów tworzone na podstawie list przysyłanych sądom przez różne ośrodki mediacyjne. Sąd nie ma jednak możliwości ich korekty. Przyjmuje takie listy z dobrodziejstwem inwentarza nie sprawdzając, czy dany mediator ma potrzebne kwalifikacje. Wprawdzie obecnie jest trochę inaczej niż to było na początku, bo sądy proszą ośrodki mediacyjne, aby przedstawiły jakieś informacje o mediatorach – ich wykształceniu, doświadczeniu, w jakich sprawach się specjalizują, itp.
- A może niechęć do mediacji ma podłoże w organizacji pracy sądów? Skoro sędziowie rozliczani są z liczby wydanych wyroków, to trudno, aby chcieli oddawać sprawy do mediacji...
- To też jest istotne, gdyż mamy taki sposób oceny sędziów, w którym rozlicza się ich z czasu trwania procesu, szybkości postępowania sądowego. I w sytuacji, kiedy mediacja trwa – zgodnie z kpc – miesiąc, a można ją przedłużać o kolejne miesiące – to być może zdaniem sędziego jest to procedura nadmiernie wydłużająca proces postępowania sądowego. Była propozycja komisji kodyfikacyjnej prawa cywilnego, przygotowującej pewne zmiany dotyczące mediacji, aby jedną z kategorii oceny sędziów była liczba spraw skierowanych do mediacji. Przypuszczam, że może to budzić kontrowersje, ale może spowoduje większą liczbę spraw rozwiązywanych w ten sposób.
- Ale najpierw mediator musi mieć inną pozycję w procesie, mediacje powinny odbywać się w sądzie, a nie u cioci na imieninach...
- Różne są poglądy na ten temat. Niektórzy uważają, że powinny się odbywać właśnie poza sądem, dlatego że choć jest to metoda wpisana w wymiar sprawiedliwości, to trzeba ją przedstawić stronom i prowadzić w taki sposób, żeby była jak najdalej od sądu – również w sensie fizycznym. Bo jest to zupełnie odmienna i jakościowo różna procedura od procesu sądowego.
Ale w bardzo wielu krajach prowadzi się mediacje w sądach – ja nie widzę tu przeciwwskazań. Również z powodu tzw. ekonomii procesowej, może to być korzystne dla obu stron – działa tu powaga sądu, ale i postępowanie staje się szybsze, bo sąd może zaproponować mediacje w dniu pierwszej rozprawy i w pomieszczeniu sądu. To jest model amerykański, ale i francuski.
Brałam udział w takich rozprawach, gdzie sędzia zapraszał na tę samą godzinę strony z tych spraw, gdzie mediacja mogła być korzystna. Na sali przebywało wówczas ok. 40-50 osób, po czym sędzia robił krótki wykład na temat mediacji, przekonywał do korzyści z niej wynikających i pytał każdą ze stron, czy chce mediować. Na sali sądowej, razem ze stronami procesu, siedzieli mediatorzy (ok. 10) przygotowani do natychmiastowej mediacji w pomieszczeniach na terenie sądu. To bardzo przyspieszało postępowanie. Dawało też stronom taki komfort, że sąd nie przekazuje ważnych dla nich spraw do jakiejś nieokreślonego mediatora, ale wszystko odbywa się w tym konkretnym miejscu, z tym konkretnym człowiekiem, który jest niejako trochę związany z sądem, jego powagą. Wydaje mi się, że środowiska prawnicze muszą się mocno włączyć w aktywne promowanie mediacji. To prawnicy, głównie adwokaci mają bowiem bezpośredni kontakt ze stronami, które są w konflikcie.
- Ale to jest nieopłacalne finansowo... koszty mediacji to ok. 10% kosztów procesu...
- Tak mówią prawnicy. Jest takie przekonanie, że prawnicy nie lubią mediacji, bo na niej nie zarobi się tyle, ile na procesie. Trzeba jednak przypomnieć, że zawody prawnicze są zawodami zaufania społecznego. Strony, zarówno przedsiębiorcy, jak i osoby indywidualne, nie prowadzą sporów sądowych zawodowo. Chcą zatem szybko, w miarę bezboleśnie (także emocjonalnie) zakończyć konflikt. Częściej więc chcą od prawników nie postępowania sądowego, ale postępowania alternatywnego. Nie jestem więc przekonana o tym, czy to finansowo nie jest korzystne dla prawników.
Na ogół wydaje się, że prowadzenie długotrwałego postępowania sądowego jest właściwe, natomiast zasady wykonywania zawodów prawniczych, zasady etyczne, których prawnicy muszą przestrzegać mówią o tym, że prawnicy winni namawiać strony do zawarcia ugody, do postępowań pojednawczych. Tu potrzeba zmiany mentalności prawników – przekonania, że nie istnieją tylko po to, żeby walczyć o dobro klienta (bo tak z reguły jest pojmowany ten zawód: jako walka w interesie klienta).
My, prawnicy, jesteśmy przyzwyczajeni do kontradyktoryjnego procesu, czyli dwóch przeciwnych zdań. My się spieramy, i w tym sporze, poprzez argumentację, zbijając argumenty przeciwnika (nawet, jeśli w duchu przyznajemy mu rację), dochodzimy do prawdy materialnej. Taka jest natura zawodu prawniczego, a przynajmniej była do tej pory.
Natomiast w tej chwili oczekiwania społeczne się trochę zmieniają i prawnicy bardziej chyba są postrzegani jako ci, którzy pomagają stronom w rozwiązywaniu sporów. Czyli potrzebne jest takie szerokie podejście do interesów stron. Nie tylko walka w interesie strony, ale pomoc w takim rozwiązaniu sporu, które będzie ją zadowalać nie tylko finansowo, ale emocjonalnie, wizerunkowo, ambicjonalnie, biznesowo, etc.
Zatem prawnicy muszą popatrzeć szeroko na spór, bo i charakter współczesnych sporów jest bardzo złożony, skomplikowany. Tu nie ma rozwiązań zero-jedynkowych, kiedy wiadomo, jak sąd rozstrzygnie sprawę. Otóż w większości przypadków nie wiadomo, i to nie z powodu np. nieuctwa czy złej woli sądu, ale dlatego, że nie jesteśmy w systemie prawa common law – nie ma precedensów, które wytyczałyby linie orzecznictwa sądu. Sądy mają wolną rękę w orzecznictwie. Choćby więc dlatego musimy przekonać prawników, żeby namawiali strony na mediację.
- Czy istnieje taki dział prawa polskiego, gdzie mediacja jest obowiązkowa, a sędzia musi najpierw użyć tej drogi?
- Niestety, takiego rozwiązania jeszcze u nas nie ma, choć myśli się o tym, żeby taki obowiązkowy wniosek w niektórych sporach wprowadzić. Trzy lata temu zaproponowano, żeby obowiązkowe mediacje na wstępnym etapie postępowania sądowego wprowadzić w prawie rodzinnym, wszędzie tam, gdzie są małoletnie dzieci, żeby je uchronić przed dodatkowym stresem związanym z procesem sadowym. W tej chwili są prowadzone prace nad mediacjami w sprawach gospodarczych.
Zasadą mediacji jest dobrowolność. Oznacza to, że strona dobrowolnie przystępuje do mediacji, nikt jej do tego nie może zmusić, może ona od niej także odstąpić, wymyślić swoje reguły.
- Wśród opinii na temat niepopularności mediacji w Polsce podkreślany jest brak zaufania społecznego. Pani na wstępie naszej rozmowy też to zasugerowała...
- Rzeczywiście, wiele badań, zwłaszcza prof. Czapińskiego pokazuje, że nasze społeczeństwo do ufnych nie należy. Ale nie wiem, czy ten czynnik ma wpływ na mediacje, bo nie robiłam takich badań. Wydaje mi się jednak, że zaufanie stron do mediacji poprawiłyby nawet zmiany w procedurze.
To, że sędziowie nie przekazują wielu spraw do mediacji może wynikać z faktu, iż nie widzą wielkiej różnicy między postępowaniem ugodowym, jakie toczy się w sądzie i które sami prowadzą, a mediacją.
Drugą stroną medalu jest to, że kiedy sprawa zostanie już skierowana do mediacji, to ok. 50% stron nie godzi się na nią. Przyczyn tego upatruję m.in. w niewłaściwej procedurze. Na przykład, postanowienie o mediacji wydaje się na posiedzeniu niejawnym. Strona nagle otrzymuje postanowienie o mediacji nie bardzo wiedząc, co to jest, dostaje też skierowanie do nieznanej osoby, o której nic nie wie. Zatem budzi się u niej natychmiastowy opór przed taką procedurą. Gdyby sędziowie na posiedzeniu jawnym informowali strony o mediacji, pewnie łatwiej byłoby je do tego namówić. I choć Ministerstwo Sprawiedliwości prowadziło kampanię reklamową na temat mediacji, to jednak niewiele się zmieniło.
- W przypadku procesów gospodarczych, których jest coraz więcej i coraz bardziej skomplikowanych, zaufanie do mediatorów jest bardzo ważne. Stąd nieufność do tego sposobu rozwiązywania spraw - najbardziej widoczna.
- Nie jestem pewna, czy tu jest najistotniejsza kwestia zaufania do mediatora. Na zaufanie każdy mediator musi sobie zapracować sam. Tutaj chyba bardziej występuje brak zaufania do instytucji mediacji.
We wszystkich chyba społeczeństwach tkwi taka sprzeczność, że strasznie na sądy narzekamy, jeśli chodzi o wyroki, ale kiedy zdarza nam się jakiś konflikt, który przeradza się w spór, to w zasadzie nie wierzymy w żadne inne - poza sądem - instytucje zdolne go rozstrzygnąć. Czyli chęć osiągnięcia sprawiedliwości zawsze utożsamiamy z sądem.
Tymczasem sprawiedliwość można osiągnąć także w mediacji. W 1976 r. w USA odbyła się słynna konferencja, na której jeden z profesorów Uniwersytetu Harvarda wystąpił z postulatem stworzenia sądu, z którego wychodzi się różnymi drzwiami, tzn. osiąga sprawiedliwość różnymi drogami. Może to być wyrok sądu, a wówczas sprawiedliwość pochodzi z góry, jest narzucona przez sędziego, oczywiście na podstawie przepisów prawa. Ale sprawiedliwość strony mogą osiągnąć także i w mediacji, tyle że ona pochodzi z dołu, od samych stron sporu. To strony bowiem określają w ugodzie, co jest dla nich sprawiedliwe, a co nie. Mogą w ten sposób osiągnąć dużą satysfakcję, która sami określają mianem sprawiedliwości.
- Pozycja mediatora w Polsce jest jednak słaba i nie wiadomo, czy wynika z braku zaufania społecznego, braku wiedzy o mediacji, czy braku sukcesów mediatorów. Czy bierze się pod uwagę jej wzmocnienie?
- Bierze, istnieje nawet powiedzenie, że mediacja jest taka dobra, jak dobry jest mediator. Nie zawsze jest bowiem tak, że wynik jest najważniejszy. Bo w mediacji - nawet jeśli strony nie dojdą do ugody - są usatysfakcjonowane samym tym procesem. Mają bowiem możliwość pełnego wypowiedzenia się, mogą opowiedzieć swoją historię i są wysłuchane. Ich emocje opadają. Nie ma takiego sądu, który by wysłuchał wszystkich historii, bo sąd jest zainteresowany tylko w poznaniu pewnych faktów, istotnych z prawnego punktu widzenia, a nie tym, co strona ma do powiedzenia.
- Czy mediatorzy winni mieć określone przygotowanie do pełnienia tej funkcji, a jeśli tak, to jakie?
- Wszyscy już chyba zrozumieli, że kwalifikacje mediatorów są konieczne do tego, żeby mediacji było więcej, żeby i społeczeństwo, i sędziowie, i prawnicy nabrali zaufania do mediacji. Żeby nie było tego argumentu, że mediatorzy nie mają kwalifikacji, czy nie są wykształceni i boimy się do nich przysyłać klientów. Czyli trzeba wzmocnić zmiany. Jeżeli będziemy wprowadzać tzw. mediacje obligatoryjne, to najpierw trzeba zadbać o bardzo wysokie kwalifikacje dla mediatorów, a dopiero później po jakimś vacatio legis, można wprowadzić mediacje obligatoryjne. Przy czym tendencje są takie, aby nie zawężać wykształcenia mediatorów do określonych dziedzin, np. prawa czy psychologii, ale aby mediatorzy mieli jakiekolwiek wyższe wykształcenie.
- A czy ważne są w tym zawodzie cechy charakteru?
- Trudno to ocenić, ale na pewno potrzebne są szkolenia. Takie podstawowe szkolenie dla mediatorów winno trwać min. 40 godzin i zawierać elementy tzw. efektywnej komunikacji oraz psychologiczne, obejmujące np. teorię konfliktu, w tym – źródła konfliktu, jego przebiegu, itd.
Z pewnością ważne są cechy osobowościowe, niemniej ja kładłabym największy nacisk na przygotowanie profesjonalne. Bo np. prawnicy uważani są za osoby o skłonnościach analitycznych (czyli myślą lewą nie prawą półkulą mózgową), w związku z tym nie są empatyczni. Ale czy to oznacza, że prawnicy nie są dobrymi mediatorami? Są świetnymi mediatorami, tyle że swój styl mediacji dopasowują do swoich cech osobowościowych.
Nie wiem, czy osoba bardzo konfliktowa mogłaby być mediatorem, stąd tak ważna jest wiedza o sobie samym, jaki typ decyzji preferujemy. Żeby być dobrym mediatorem, trzeba przede wszystkim przeanalizować swój sposób podejścia do konfliktu, aby go później dostosować do odpowiedniego modelu mediacji.
- Czy wiek ma dla mediatora znaczenie? W sądach młodzi sędziowie to jednak nieporozumienie...
- Wiek wiąże się z doświadczeniem, co w mediacji ważne i pozwala na szersze spojrzenie na konflikt. Były takie badania w USA na temat kto jest najbardziej aktywnym mediatorem z punktu widzenia wieku i okazało się, że najbardziej skutecznymi mediatorami są osoby powyżej 60. roku życia. Więc rzeczywiście to doświadczenie bardzo pomaga, ponieważ mediacja jest takim specyficznym zawodem, który wymaga zrozumienia różnego rodzaju potrzeb i oczekiwań, szerokiego spojrzenia na dany spór.
Powiedziałabym, że ludziom młodym trudniej jest być mediatorem, bo również trudniej im zdobyć zaufanie stron, które są starsze od nich. Wymaga to bowiem pewnych umiejętności. Ale w naszym ośrodku mediacyjnym jest wiele osób młodych, między 30. a 35. rokiem życia, które są znakomitymi mediatorami, bo są profesjonalistami. Mają bardzo dużą wiedzę z zakresu rozwiązywania sporów, są to osoby z różnym wykształceniem: prawniczym, socjologicznym, psychologicznym, niektórzy z dwoma fakultetami.
- A czy znają człowieka? Jego naturę?
- Myślę, że każda mediacja to jest duże doświadczenie. I każda mediacja jest inna. W przypadku spraw sądowych tak nie jest, w sprawach np. o podział majątku wiemy mniej więcej co się wydarzy, jakie przepisy trzeba zastosować, nawet jakie będzie rozwiązanie. Tymczasem w mediacji tak nie jest. Nawet jeśli mamy sprawy tego samego rodzaju, każda z nich jest inna. W związku z tym trzeba mieć otwartą głowę i nie ulegać stereotypom, co często się zdarza w zawodzie prawniczym. Stąd z każdą mediacją doświadczenie mediatora rośnie.
Mediator uczy się do końca życia. Bo do mediacji nie można się przygotować - nie można bowiem przewidzieć co będzie, gdyż podejście stron w tej samej sprawie może być krańcowo różne właśnie z powodu emocji, jakie towarzyszą konfliktowi.
- Dziękuję za rozmowę.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1659
Rząd, chcąc przyspieszyć realizację programu „Mieszkanie plus” przedstawił do konsultacji społecznych projekt specustawy, która ma usprawnić proces przygotowania inwestycji, w szczególności w zakresie pozyskiwania dostępu do terenu, a także wzmocnienie organów administracji w zapewnieniu większej skuteczności procesu wydawania decyzji administracyjnych.
Zaproponowane rozwiązania prawne w tym projekcie spotkały się z protestami wielu środowisk eksperckich, także Komitetu Przestrzennego Zagospodarowania Kraju PAN, którego stanowisko przedstawia przewodniczący KPZK PAN, prof. Tadeusz Markowski oraz dr Dominik Drzazga, członek KPZK.
Poniżej przedstawiamy uwagi w sprawie projektu ustawy o ułatwieniach w przygotowaniu i realizacji inwestycji mieszkaniowych oraz inwestycji towarzyszących, jakie KZPK PAN przedstawił Ministerstwu Inwestycji i Rozwoju RP 15 marca 2018 r.
Przedłożony do konsultacji społecznych projekt ustawy zawiera rozwiązania, które w przypadku wejścia w życie przedmiotowego aktu, spowodują szereg negatywnych konsekwencji tak w sferze fizycznego stanu zagospodarowania polskiej przestrzeni, jak i w sferze instytucjonalnej, związanej z procesami zarządzania rozwojem. Spodziewanymi skutkami wejścia w życie ustawy będą:
W sferze materialnej zagospodarowania polskiej przestrzeni
1. Nasilenie się procesów sub- i dezurbanizacji w polskiej przestrzeni wynikające z możliwości rozwoju zespołów zabudowy mieszkaniowej poza obszarami dotychczas zurbanizowanymi, w strefach podmiejskich, na gruntach rolnych (zarówno położonych w granicach administracyjnych miast jak i, choć w mniejszym stopniu – poza nimi) ze wszelkimi tego negatywnymi konsekwencjami. Skutkiem tego zjawiska będzie pogłębienie się procesu deglomeracji miast i rozwój substandardowych osiedli mieszkaniowych z ograniczonym dostępem do różnego rodzaju usług takich jak: edukacja, oświata, ochrona zdrowia, pomoc społeczna, usługi kultury itp.
2. Lokalizacja zespołów zabudowy mieszkaniowej w oddaleniu od już istniejących obszarów zurbanizowanych spowoduje uzależnienie mieszkańców nowych osiedli mieszkalnych od indywidualnych środków transportu.
3. Spodziewaną konsekwencją wejścia w życie ustawy będzie zwiększona presja inwestycyjna na obszary spełniające co prawda kryteria lokalizacyjne zapisane w ustawie, ale będące terenami otwartymi, rolniczymi, o charakterze biologicznie czynnym, które (biorąc pod uwagę treści ustawy mówiące o wyłączeniu inwestycji mieszkaniowych spod jurysdykcji planowania przestrzennego) nie będą chronione żadnymi skutecznymi instrumentami. Ustawa traktuje przestrzeń jak powszechnie dostępny, nieograniczony zasób.
W sferze rozwiązań instytucjonalnych związanych z zarządzaniem rozwojem
4. Przepisy projektowanej ustawy stoją w ewidentnej i jaskrawej sprzeczności do celów polityki przestrzennej państwa wskazanej w Koncepcji przestrzennego zagospodarowania kraju 2030 (cel 6), w którym wskazano na potrzebę przywracania i utrwalania ładu przestrzennego, co polega przede wszystkim na kontroli oraz ograniczaniu zjawisk sub- i dezurbanizacji prowadzących do chaotycznego „rozlewania się” miast przy pomocy narzędzi planistycznych, z których wykorzystania rezygnuje się całkowicie w projektowanej ustawie. Proces kompleksowego planowania zagospodarowania przestrzeni ustawa zastępuje procedurą administracyjnego, doraźnego wydawania decyzji lokalizacyjnych, bez analizy długofalowych skutków tego typu działania dla systemu społeczno-gospodarczego, przestrzeni i środowiska przyrodniczego.
5. W tym kontekście proponowana ustawa sprzeczna jest również z elementarnymi celami Krajowej Polityki Miejskiej, w ramach których zakłada się wspieranie procesów rozwoju zwartych, zrównoważonych i spójnych miast, jednoznacznie wskazując na potrzebę reurbanizacji i rewitalizacji ośrodków miejskich.
W tym kontekście należy zauważyć, że ustawa o wspieraniu inwestycji mieszkaniowych w jak najdalej idącym stopniu „wpisywać się” w politykę reurbanizacyjną i procesy rewitalizacji zachodzące w polskich miastach. Oznacza to, że powinna służyć tworzeniu ułatwień do prowadzenia i koncentrowania inwestycji mieszkaniowych przede wszystkim w obszarach śródmiejskich, poddawanych rewitalizacji, tymczasem jej skutek będzie dokładnie odwrotny – będzie przyczyniać się do alokacji inwestycji na obszary dotychczas niezabudowane, które zgodnie z celami Krajowej Polityki Miejskiej nie powinny stanowić miejsc rozwoju nowych obszarów zurbanizowanych.
6. Należy zwrócić uwagę, że zaproponowane w projekcie ustawy kryteria i procedury lokalizacji inwestycji mieszkaniowych wskazują na całkowite niezrozumienie twórców tego aktu legislacyjnego, istoty właściwego sposobu zastosowania standardów w kształtowaniu zagospodarowania przestrzennego. Należy jednoznacznie podkreślić, że przy pomocy standardów przestrzennych (w szczególności o wymiarze ogólnokrajowym), dotyczących odległości nowych zespołów zabudowy mieszkaniowej od istniejących elementów infrastruktury technicznej i społecznej – nie można określać lokalizacji tejże zabudowy (sic!). Określanie lokalizacji zabudowy mieszkaniowej powinno być przedmiotem procesu planowania, w ramach którego można wyznaczyć najlepiej predysponowane do rozwoju budownictwa mieszkaniowego tereny, uwzględniając – zgodnie ze współczesnym paradygmatem rozwoju – uwarunkowania społeczne, ekonomiczne, środowiskowe i przestrzenne. Standardy natomiast służą do tego aby w obszarach zabudowy wyznaczonych w planach określać szczegółowe sposoby i formy zabudowy oraz jej parametry techniczne.
Zróżnicowanie zagospodarowania przestrzennego, implikuje potrzebę indywidulanego podejścia do kwestii wyboru lokalizacji dla wszelkiego typu inwestycji budowlanych – i taką właśnie możliwość daje narzędzie jakim jest planowanie przestrzenne.
Stworzenie „uniwersalnych” – powszechnie obowiązujących reguł lokalizacyjnych (jakie określono w ustawie dla zabudowy mieszkaniowej) jest pomysłem głęboko chybionym, potencjalne bardzo ryzykownym i szkodliwym. Tak lokalizowana zabudowa, będzie być może względnie tania na etapie realizacji inwestycji, natomiast generować będzie ogromne koszty społeczne, w tym środowiskowe, w przyszłości. Standardy zagospodarowania są potrzebne, ale jako uzupełnienie planów, a nie ich zastępstwo, ponieważ nie jest możliwe opracowanie uniwersalnych reguł lokalizacyjnych dla zabudowy mieszkaniowej w całym kraju – należy to jednoznacznie podkreślić.
7. W celu ułatwienia i przyśpieszenia realizacji różnego rodzaju ważnych dla społeczeństwa i gospodarki inwestycji należy dokonać zmian w systemie planowania przestrzennego w Polsce, a w szczególności wprowadzenia nowych typów instrumentów planistycznych, takich jak: zintegrowane strategie rozwoju wraz z planem struktury przestrzennej gminy, różne typy miejscowych planów zagospodarowania terenów (m.in. plany kreacyjne w procedurze pełnej i uproszczonej, plany rewitalizacyjne oraz plany konserwatorskie), negocjowane projekty urbanistyczne (dające możliwość elastycznych negocjacji sposobu zagospodarowania terenu między samorządem a inwestorem) oraz przepisy obszarowe.
Celem usprawnienia procedur lokalizacyjnych dla niektórych terenów wskazanych uprzednio w strategiach rozwojowych można przewidzieć opracowanie planów zabudowy w procedurze uproszczonej; standardami, ale lokalnymi – można natomiast określać parametry zabudowy w strefach już zurbanizowanych, gdzie istnieją zidentyfikowane, wolne tereny inwestycyjne, nie wymagające jednak przekształceń strukturalnych. Zaawansowane prace koncepcyjne nad tego typu rozwiązaniami prowadzone były przez gremia naukowe (Komitet Przestrzennego Zagospodarowania Kraju PAN); od kilku lat trwały również prace nad Kodeksem Urbanistyczno-Budowlanym, w ramach którego również próbowano wypracować rozwiązania usprawniające system planowania przestrzennego i lokalizowania inwestycji. Z niezrozumiałych powodów zostały one zarzucone.
8. Projektowana ustawa dezintegruje nie tylko system planowania przestrzennego, ale planowania rozwoju w ogóle. Wyłączenie spod jurysdykcji ustawy o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym inwestycji mieszkaniowych (art. 20) spowoduje, że jeden z najistotniejszych i najbardziej terenochłonnych elementów zagospodarowania przestrzennego, którym są obszary zabudowy mieszkaniowej przestanie być de facto przedmiotem planowania. W tej sytuacji pojawia się zasadne pytanie jaka jest wobec tego rola i sens planowania przestrzennego, skoro inwestycje z zakresu budownictwa mieszkaniowego, a także budownictwa drogowego zostają uregulowane ustawami specjalnymi?
9. Kontrowersyjnym rozwiązaniem jest propozycja zawarta w art. 6 i dalszych by na terenach objętych MPZP, który wyklucza zabudowę mieszkaniową inwestor mógł mimo tego ubiegać się o zgodę na realizację inwestycji mieszkaniowych, składając wniosek do rady gminy.
Kryteria wydawania takiej zgody lub jej odmowy przez gminę (art. 6, ust. 3) są mało precyzyjne („stan zaspokojenia potrzeb mieszkaniowych na terenie gminy”) – i dają podstawę do całkowicie uznaniowej oceny wniosku przez radnych, a co za tym idzie – procedury lokalizowania inwestycji mieszkaniowych proponowane w projekcie ustawy będą tworzyły różnego rodzaju pułapki społeczne, skłaniające samorządy lokalne do ulegania naciskom deweloperów, spekulacji na rynku gruntów itp.
Analogiczna uwaga dotyczy też sytuacji wydawania zgody na lokalizację inwestycji mieszkaniowej w przypadku gdy teren nie jest objęty MPZP i w związku z tym nie zostały dla niego określone szczegółowe sposoby zabudowy i zagospodarowania terenu (art. 7, ust. 2).
Przy rozpatrywaniu wniosku inwestora o wydanie zgody na lokalizację inwestycji mieszkaniowej przez radę gminy ustawa nie dopuszcza możliwości kierowania się zapisami studium co do funkcji terenu, które – choć nie jest dokumentem normatywnym (tylko indykatywnym planem struktury gminy) to jednak zawiera określenie funkcji. Byłoby to o wiele lepsza i bardziej merytoryczna podstawa decyzji i ocena potrzeb mieszkaniowych.
10. Nieuzasadnione jest wyłączenie stosowania przepisów o ochronie gruntów rolnych w granicach administracyjnych miast na terenach inwestycji mieszkaniowych (art. 9, ust 2; art. 35). Tworzy to zagrożenie dla rozpraszania zabudowy w strefach zewnętrznych miast gdzie znajduje się dużo gruntów rolnych i jako takie – jest wspieraniem suburbanizacji, a nie rewitalizacji.
11. Projektowana ustawa nie precyzuje jakie miałoby być znaczenie konkursu na koncepcję urbanistyczno-architektoniczną uzasadniającą rozwiązanie funkcjonalno-przestrzenne inwestycji mieszkaniowej w kontekście miejscowości i okolicy, w której inwestycja mieszkaniowa ma być zlokalizowana – kto i na jakich zasadach miałby rozstrzygać ten konkurs i wybierać właściwe do realizacji rozwiązanie (art. 13)?
12. Kolejnym kontrowersyjnym rozwiązaniem proponowanym przez ustawę jest wydawanie decyzji lokalizacyjnej dla inwestycji mieszkaniowej przez wojewodę (art. 14, ust. 1). Nie jest w ogóle zrozumiałe dlaczego kompetencje co do zasady przynależne samorządowi gminy ma przejmować wojewoda? W ustawie nie jest wyraźnie powiedziane, że uchwała rady gminy w sprawie zgody lub odmowy wobec wniosku inwestora o lokalizację inwestycji mieszkaniowej jest wiążąca dla wojewody. Zakładając jednak, że tak jest, samorządy lokalne zostają pozbawione kompetencji co do określania sposobu zagospodarowania terenu na obszarze inwestycji mieszkaniowej, bo ten określa wojewoda zgodnie z przepisami art. 15, ust. 1.
Rodzi się pytanie, jakie kompetencje w zakresie określania sposobów zagospodarowania terenów ma wojewoda? Czy ma odpowiednie służby planistyczne do tego celu? W jakim stopniu wiążący będzie dla określania sposobów zagospodarowania terenu konkurs o którym mowa w art. 13?
13. Konstrukcja przepisów ustawy tworzy de facto system gospodarowania przestrzenią, w którym to samorządy lokalne tracą znaczącą część swojej samodzielności planistycznej w zakresie kształtowania zagospodarowania lokalnej przestrzeni, wynikającej z dotychczasowych rozwiązań prawno-ustrojowych, na rzecz inwestorów i wojewodów. Inwestorzy stają się – de facto ¬– podmiotami, które kierując się komercyjnymi przesłankami mogą wybierać w gminach tereny pod lokalizację inwestycji mieszkaniowych, nie mając zarazem kompletnie żadnych zobowiązań i odpowiedzialności w zakresie dbałości o stan/ jakość zagospodarowania przestrzeni lokalnej.
14. Wątpliwości budzi również tryb usuwania drzew i krzewów z terenu realizacji inwestycji mieszkaniowych (art. 22).
Łódź, Warszawa, dn. 26 marca 2018 r.
Stanowisko KPZK PAN - www.kpzk.pan.pl
Projekt ustawy - https://bip.kprm.gov.pl/kpr/bip-rady-ministrow/prace-legislacyjne-rm-i/prace-legislacyjne-rady/wykaz-prac-legislacyjny/r36652816898879,Projekt-ustawy-o-ulatwieniach-w-przygotowaniu-i-realizacji-inwestycji-mieszkanio.html
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 115
Ann Arbor (Informed Comment) – Słowem roku 2024 było z pewnością „ludobójstwo”, które zarzucono działaniom Izraela w Strefie Gazy i wniesiono w tej sprawie pozew przez Republikę Południowej Afryki do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości. Zarzut ten został również wniesiony przez Human Rights Watch, Amnesty International, Lekarzy bez Granic i Specjalny Komitet ONZ do zbadania praktyk izraelskich.
Ponadto, co najmniej 14 krajów zwróciło się do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości o pozwolenie na interwencję w imieniu RPA przeciwko Izraelowi, w tym Irlandia, Hiszpania, Belgia, Meksyk, Turcja, Nikaragua, Kolumbia, Libia, Egipt, Kuba, Palestyna, Chile, Malediwy i Boliwia. Hiszpania, Meksyk i Turcja są w G20.
Z drugiej strony, najpotężniejszy człowiek na świecie, Joe Biden , upierał się, że to, co Izrael robi w Strefie Gazy, nie jest ludobójstwem. W rzeczywistości większość amerykańskich polityków obu partii albo wydała podobne zaprzeczenia, albo po prostu milczała w tej sprawie. Tak zwane amerykańskie „wiadomości kablowe” prawie w ogóle nie wspomniały o Strefie Gazy w tym roku, pomimo codziennej rzezi dokonywanej tam przez izraelskie wojsko, i zazwyczaj nie zapraszają jako komentatorów gości, którzy mogliby użyć „słowa na G”.
Przeszukałem bazę danych w transkrypcjach transmisji. CNN wspomniało 6 grudnia, że Departament Stanu USA zaprzeczył izraelskiemu ludobójstwu w Strefie Gazy. 1 listopada prezenterzy CNN poinformowali, że urzędnik ONZ zrezygnował, nazywając działania Izraela w Strefie Gazy podręcznikowym przypadkiem ludobójstwa. 24 maja CNN poinformowało o sprawie RPA przeciwko Izraelowi w MTS za zbrodnię ludobójstwa. W styczniu CNN dwa lub trzy razy informowało o sprawie MTS przeciwko Izraelowi w związku z domniemanym ludobójstwem w Strefie Gazy. Te sześć wzmianek wydaje się stanowić zakres relacji CNN na temat ludobójstwa w ciągu całego roku. W większości były to zaprzeczenia lub wypowiedzi innych osób.
Wielu z tych, którzy kwestionują oskarżenie Izraela o ludobójstwo, nie rozumie obecnej technicznej definicji tego terminu. Nie wymaga ono zabicia milionów ludzi. Nie można go usprawiedliwić walką, ponieważ prawa wojenne wymagają, aby zrobić wszystko, co możliwe, aby zminimalizować liczbę ofiar wśród ludności cywilnej. Jeśli kraj lekceważąco odrzuci ten wymóg i celowo i świadomie przyjmie zasady zaangażowania, zezwalające na sto ofiar wśród ludności cywilnej na każdego zabitego bojownika o wysokiej wartości, jak twierdzą zarówno izraelski +972 Mag , jak i New York Times , taki sposób postępowania może zostać uznany za ludobójstwo.
Polski prawnik i naukowiec Rafał Lemkin , pochodzenia żydowskiego, ukuł termin „ludobójstwo”. Pochodzi on od greckiego słowa genos oznaczającego lud, rasę lub plemię oraz łacińskiego - cide oznaczającego zabijanie. (Współczesne greckie słowo to γενοκτονία (yenoktonía), od genos i ktonia, co oznacza „zabijanie”. Moim zdaniem lepiej byłoby mieć całkowicie grecki termin niż grecko-łacińską hybrydę.)
Lemkin użył go w swojej książce z 1944 r., Rządy państw Osi w okupowanej Europie . Przywołał go również podczas procesów norymberskich dotyczących zbrodni wojennych i pracował nad uchwaleniem i ratyfikacją Konwencji o ludobójstwie z 1948 r., co udało mu się osiągnąć w 1951 r.
W książce Rządy Osi Lemkin napisał:
„Nowe koncepcje wymagają nowych terminów. Przez „ludobójstwo” rozumiemy zniszczenie narodu lub grupy etnicznej. To nowe słowo, wymyślone przez autora w celu oznaczenia starej praktyki w jej nowoczesnym rozwoju, powstało ze starożytnego greckiego słowa genos (rasa, plemię) i łacińskiego cide (zabijanie), co odpowiada w swojej formacji takim słowom jak tyranobójstwo, homobójstwo, dzieciobójstwo itp.
Ogólnie rzecz biorąc, ludobójstwo niekoniecznie oznacza natychmiastowe zniszczenie narodu, chyba że jest dokonywane poprzez masowe zabójstwa wszystkich członków narodu. Ma raczej oznaczać skoordynowany plan różnych działań mających na celu zniszczenie podstawowych fundamentów życia grup narodowych, w celu unicestwienia samych grup. Celem takiego planu byłaby dezintegracja instytucji politycznych i społecznych, kultury, języka, uczuć narodowych, religii i egzystencji gospodarczej grup narodowych oraz zniszczenie bezpieczeństwa osobistego, wolności, zdrowia, godności, a nawet życia jednostek należących do takich grup. Ludobójstwo jest skierowane przeciwko grupie narodowej jako całości, a podejmowane w jego ramach działania skierowane są przeciwko jednostkom nie jako indywidualnym podmiotom, lecz jako członkom danej grupy narodowej".
We współczesnej Irlandii urzędnicy państwowi sprzeciwiają się naciskowi Lemkina na intencję i „skoordynowany plan”, których niemal nie da się udowodnić. Twierdzą, że ludobójstwo powinno być definiowane nie przez intencje sprawcy, ale przez krzywdy doznane przez ofiarę.
Niestety, wzmianki mogą być tak częste, ponieważ przestępstwo staje się coraz powszechniejsze. W latach 2009 i 2010 Międzynarodowy Trybunał Karny wydał nakazy aresztowania ówczesnego dyktatora Omara al-Baszira w Sudanie, które obejmowały 3 przypadki ludobójstwa z powodu brutalnych represji wobec ludu Fur w zachodniej prowincji Darfur.
W tym stuleciu, jak wskazuje Alexander Wentker, ludobójstwo coraz częściej jest rozpatrywane w Międzynarodowym Trybunale Sprawiedliwości, który został ustanowiony przez Organizację Narodów Zjednoczonych w celu rozstrzygania sporów między państwami członkowskimi.
Gambia wniosła sprawę przeciwko juncie wojskowej Myanmaru (Birmy) o ludobójstwo na muzułmanach Rohingya.
Nikaragua wniosła sprawę przeciwko Niemcom o pomoc w ludobójstwie Izraela w Strefie Gazy, ale sędziowie MTS odrzucili ją, powołując się na fakt, że Niemcy mają silne sądownictwo, które może samo rozstrzygnąć tę sprawę.
Nikaragua, niezrażona, jest zainteresowana ściganiem Wielkiej Brytanii i Kanady za współudział w ludobójstwie w Strefie Gazy, co według Wentkera może pomóc wyjaśnić letnie ogłoszenie rządu Partii Pracy, że około 14 licencji na eksport broni zostało wycofanych firmom sprzedającym do Izraela.
Jak zauważyła Republika Południowej Afryki w argumentach przed MTS, artykuł II Konwencji w sprawie ludobójstwa stanowi:
„W rozumieniu niniejszej Konwencji ludobójstwem nazywa się którykolwiek z następujących czynów, dokonany w zamiarze zniszczenia w całości lub części grupy narodowej, etnicznej, rasowej lub religijnej, jako takiej:
(a) Zabijanie członków grupy;
(b) Spowodowanie poważnego uszkodzenia ciała lub zdrowia psychicznego członków grupy;
(c) celowe stwarzanie grupie warunków życia mających na celu jej osiągnięcie;
zniszczenie fizyczne w całości lub w części;
(d) Nakładanie środków mających na celu zapobieganie urodzeniom w obrębie grupy;
(e) Przymusowe przenoszenie dzieci z danej grupy do innej grupy”
Ten zapis został przyjęty w Statucie Rzymskim, na którym opiera się działalność Międzynarodowego Trybunału Karnego.
Sędziowie MTS wykazali szczególne zainteresowanie niszczeniem szpitali przez Izrael i przesiedlaniem ciężarnych kobiet do niezdrowych gruzów i namiotów, zauważając, że „WHO oszacowała, że 15 procent kobiet rodzących w Strefie Gazy prawdopodobnie doświadczy powikłań i wskazuje, że wskaźniki śmiertelności matek i noworodków prawdopodobnie wzrosną z powodu braku dostępu do opieki medycznej”. Chodzi o to, że działania te mogą stanowić „narzucanie środków mających na celu zapobieganie porodom w obrębie grupy”.
Juan Cole / Informed Comment
Juan Cole jest profesorem historii Richarda P. Mitchella na Uniwersytecie Michigan. Jest również członkiem Center for Conflict and Humanitarian Studies w Doha i Democracy for the Arab World Now (DAWN).
Źrodło:
https://scheerpost.com/2024/12/29/juan-cole-2024-word-of-the-year-genocide-as-in-gaza/
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 4906
Z prof. Januszem Symonidesem z Akademii Nauk Społecznych rozmawia Anna Leszkowska
- Panie Profesorze, czy prawo międzynarodowe jasno określa czyja jest Arktyka? Choć są teorie dotyczące statusu prawnego tego obszaru nie będącego lądem, nie ma przecież umowy międzynarodowej w tej sprawie.
-To pytanie nabrało szczególnego wymiaru, kiedy w 2007 roku ekspedycja rosyjska statku „Akademik Fiodorow” umieściła tytanową flagę na dnie Oceanu Arktycznego na biegunie północnym a w prasie pojawiły się bardzo dramatyczne tytuły, jak „Ostatnia grabież świata”, „Walka o biegun” czy „Zimna wojna w Arktyce”, co było i jest nieporozumieniem, bo Rosja wielokrotnie oświadczała, że umieszczenie tej flagi na dnie było symbolicznym gestem - podobnym do umieszczenia flagi na Księżycu przez Amerykanów, do którego nie zgłoszono przecież żadnych roszczeń.
Co prawda, w prawie międzynarodowym istnieje takie pojęcie jak symboliczne zawłaszczenie. W przeszłości ten, który odkrywał, często dawał wyraz symbolicznemu zawłaszczeniu miejsca poprzez umieszczenie flagi, zbudowanie jakiegoś umocnienia czy instalacji, itp. Ale później społeczność międzynarodowa zaczęła uznawać tytuł do zajmowanych przez państwo nowych, czy spornych terenów tylko oparty na efektywnej okupacji.
-Co efektywna okupacja oznacza w praktyce?
- To, że państwo demonstruje faktycznie nie tylko swoją chęć do wzięcia w posiadanie jakiegoś terytorium, ale i praktycznie sprawuje nad nim władztwo. Tyle, że dzisiaj praktycznie nie ma już ziemi niczyjej, choć istnieje wiele sporów np. dotyczących wysp. W szczególności takim obszarem jest Morze Południowochińskie, na którym znajdują się Wyspy Paracelskie i Wyspy Spratley, do których pretensje zgłaszają Chiny, Brunei, Filipiny, Tajwan i Wietnam. Lista uzasadnień odnośnie prawa do ich posiadania jest imponująca: mówi się w nich m.in. o prawach historycznych, czy wynikających z odkrycia, cesji czy sukcesji, ale w istocie decydującym argumentem jest to, kto obecnie zajmuje daną wyspę.
W przypadku Arktyki, dyskurs wokół tej flagi umieszczonej na dnie Oceanu Arktycznego nie ma żadnego znaczenia i świadczy o braku znajomości prawa międzynarodowego, gdyż zastosowanie tu ma Konwencja Narodów Zjednoczonych o prawie morza z 1982 r.
To prawda, że w okresie międzywojennym pewną popularność zdobyła teoria sektorów wysunięta przez Kanadę, do której dołączyła się Rosja. Ale nie bardzo było wiadomo, jakich one uprawnień chcą w tych sektorach (obszarach o kształcie trójkątnym, rozciągających się od wybrzeża danego państwa do bieguna). Przyjmowano, że było to roszczenie do wszystkich wysp znajdujących się na tym obszarze.
Ale w okresie międzywojennym, a nawet wcześniej, jeśli chodzi o obszary morskie to istniały tylko pojęcia wód wewnętrznych i terytorialnych – nieznane było pojęcie ani szelfu kontynentalnego, ani strefy ekonomicznej. Koncepcja szelfu kontynentalnego powstała dopiero w 1945 r., kiedy USA wysunęły takie roszczenie, co zostało uznane w Konwencji Genewskiej o szelfie kontynentalnym przyjętej dopiero w 1958 roku. Natomiast roszczenia wychodzące poza morze terytorialne pojawiają się w latach 60. i 70. XX w.
- … kiedy granice na świecie są już określone...
- Niezupełnie, bo jeśli chodzi o morze terytorialne trwała debata na ten temat. Państwa o rozwiniętych flotach były za wąskim morzem terytorialnym, a inne – za szerszym. Np. ZSRR – za 12 milami morskimi, skandynawskie – za 4 milami, kraje rozwinięte – za 3 milami. Była więc sytuacja niejasna, formułowano różne roszczenia, ale próbowano ten problem jednak rozwiązać. W 1958 r. na pierwszej konferencji NZ, kiedy przyjęto cztery konwencje: o morzu terytorialnym, o morzu otwartym, o rybołówstwie i ochronie środowiska morskiego oraz o szelfie kontynentalnym, nie udało się określić szerokości morza terytorialnego.
Nie powiodło się to także na drugiej konferencji w 1960 r., specjalnie zwołanej dla ustalenia szerokości morza terytorialnego – do rozstrzygnięcia zabrakło 1 głosu. I dopiero na trzeciej konferencji, trwającej od 1975 do 1982 r., zgodzono się co do 12-milowej szerokości morza terytorialnego oraz zaakceptowano nowe pojęcie wyłącznej strefy ekonomicznej. Sprecyzowano też granice szelfu, gdyż konwencja z 1958 r. mówiła, że państwa mają prawa suwerenne tak daleko, jak daleko sięgają ich możliwości eksploatacyjne, czyli dla państw najbardziej technologicznie zaawansowanych granice praktycznie nie istniały.
W tej chwili mamy bardzo ciekawą sytuację, bo państwa mogą zgłosić roszczenie wychodzące poza 200 mil, nawet do 350 Mm. Możliwe jest wyjście nawet poza 350 Mm.
- Do kogo państwa zgłaszają roszczenia odnośnie granic szelfu?
- Państwo wysuwa takie roszczenie jednostronnie, ale żeby ono mogło być uznane i zaakceptowane, musi złożyć zawiadomienie do Komisji Granic Szelfu Kontynentalnego NZ. I ta Komisja, złożona z 21 specjalistów wybranych przez strony Konwencji, ustosunkowuje się do wniosku. Może go zaakceptować lub zakwestionować. Na przykład, zakwestionowano zgłoszenie Rosji z 2001 roku, w którym Rosjanie rościli sobie prawo do obszaru rozciągającego się do bieguna północnego. Stąd w wyprawie na statku „Akademik Fiodorow” w 2007 roku próbowali znaleźć dowody na to, że ich szelf kontynentalny sięga dalej niż 350 Mm i obejmuje biegun północny.
Ale w kontekście bieguna północnego występuje jeszcze jeden problem: uznanie większej szerokości szelfu kontynentalnego, sięgającego poza 350 Mm, może nastąpić wówczas, jeśli znajdujące się na dnie oceanicznym wzgórza są jego przedłużeniem. Jak wiadomo, dno morskie jest pofałdowane, są tam góry i grzbiety (np. Wzgórza Łomonosowa), które mogą być śródoceaniczne i wówczas nie są traktowane jako przedłużenie szelfu kontynentalnego. Roszczenia do szelfu obejmującego biegun północny wysuwają trzy państwa – Rosja, Dania i Kanada, uważając, że Wzgórza Łomonosowa, czy Mendelejewa są przedłużeniem ich szelfu (kanadyjskiego, duńskiego, rosyjskiego).
- Z dotychczasowych badań naukowych nie wynika jednoznacznie jak wygląda dno oceaniczne i kto ma rację. Dania np. chce wykazać, że Wzgórza Łomonosowa to przedłużenie lądu Grenlandii...
- Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że choć te kraje zgłaszają przeciwne roszczenia, to ze sobą współpracują, organizują wspólne ekspedycje badania dna. Próbują pokojowo znaleźć uzasadnienie swoich roszczeń. Jednak gdyby okazało się, że rzeczywiście Wzgórza Łomonosowa są połączone nie z jednym, a ze wszystkimi szelfami państw arktycznych, to wtedy należałoby podzielić szelf. A kiedy jest spór między państwami, wówczas Komisja Granic Szelfu Kontynentalnego nie może zająć stanowiska…
- Niektórzy wieszczą konflikt, nawet zbrojny...
- Uważam, że nie ma takiego niebezpieczeństwa. Co prawda, Arktyka ma wiele bogactw naturalnych, m.in. metale ziem rzadkich, ropę i gaz , ale wielu geologów twierdzi, że na tych głębokościach, na których znajduje się biegun północny - ok. 4,5 tys. m – w szelfie nie ma nic cennego i państwa nie mogą liczyć na wiele. Zasoby mineralne można znaleźć praktycznie tylko do głębokości 500 m.
W tej chwili organizacje pozarządowe jak Greenpeace – próbują zatrzymać eksploatację, która rodzi niebezpieczeństwo katastrof ekologicznych, co w surowym klimacie Arktyki grozi nieobliczalnymi skutkami dla środowiska.
Chodzi też o ograniczenie żeglugi w tym rejonie świata. Organizacje pozarządowe wysuwają też koncepcje utworzenia w Arktyce rezerwatu - wyłączenia tego terenu dla użytku całej ludzkości.
Trudno jednak byłoby zakwestionować prawo państw do szelfów, które choć nie stanowią ich terytorium, to państwa mają na nich prawa suwerenne. Byłaby to rewizja prawa morza, w dodatku nieskuteczna, gdyż przeciw takiemu rozwiązaniu wystąpiłyby wielkie mocarstwa posiadające ogromne szelfy.
- W jaki więc sposób można byłoby utworzyć w strefie arktycznej rezerwat, park Narodów Zjednoczonych?
- Jestem zwolennikiem takiego rozwiązania i uważam, że możliwe jest stworzenie takiego rezerwatu na obszarze znajdującym się w odległości ponad 350 Mm od linii podstawowej (linii brzegowej) państw leżących wokół bieguna północnego i ogłoszenie go wspólnym dziedzictwem ludzkości.
Jednak w debatach na temat Arktyki nie dostrzega się, że mamy tu do czynienia z różnymi sytuacjami prawnymi. W Arktyce są bowiem nie tylko morza, ale i terytoria lądowe podlegające suwerenności państwowej, na których państwa od dawna prowadzą eksploatację. Państwa mają też wody wewnętrzne i 12-milowe morze terytorialne, także będące ich terytorium oraz wyłączną strefę ekonomiczną i szelf kontynentalny, które nie są ich terytorium państwowym, ale gdzie mają prawa suwerenne do eksploatacji ich zasobów.
Zapomina się przy tym – zapominają też same państwa arktyczne - że w obszarze arktycznym istnieje także morze otwarte – całkiem spory fragment Oceanu Arktycznego. I jeśli chodzi np. o możliwość żeglugi na tym obszarze, prawa do decyzji ma cała społeczność międzynarodowa, nie tylko te 8 państw arktycznych. To samo dotyczy rybołówstwa – nie mogą one same decydować o zasadach jego wykonywania w tej części Oceanu Lodowatego, która pozostaje morzem otwartym. Jest także fragment dna Oceanu Arktycznego – poza granicami szelfu – nieduży, ale uważany za wspólne dziedzictwo ludzkości. To jest terytorium - obszar międzynarodowy zarządzany przez Organizację Dna Morskiego.
- Czy działania takich organizacji pozarządowych jak Greenpeace mogą doprowadzić do powstrzymania eksploatacji i ograniczenia żeglugi w tym obszarze?
- Nie jestem tu optymistą, bo niektóre państwa arktyczne mają trudną sytuację z surowcami energetycznymi. Dotyczy to zwłaszcza Rosji, której zasoby gazu i ropy na lądzie powoli się wyczerpują. Trudno więc zakładać, by zrezygnowała ona z poszukiwań i eksploatacji zasobów swego szelfu, do czego ma zresztą prawo zgodnie z konwencją z 1982 r.
- Dziękuję za rozmowę.