Prawo (el)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1199
O dezinformacji w sieci
. Podczas wojen z propagandy prowadzonej w mediach korzystają zawsze obie strony konfliktu. Czynią to w różny sposób, sądzić by można jednak, że z podobnym skutkiem, choć w innych kręgach. Jak zwykły konsument medialnego przekazu może ustalić, która ze stron konfliktu nie mówi prawdy? Kto uprawniony jest, żeby dokonać takiej oceny w naszym imieniu? Czy jest to zadanie dla każdego z użytkowników Internetu osobno, którzy – tak jak radiosłuchacze czy telewidzowie – muszą zdecydować czy dać wiarę dostępnym im przekazom?
Czy w Internecie wspierają nas instytucje podobne do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, powołanej mocą konstytucyjnego mandatu do stania na straży prawa obywateli do rzetelnej informacji? Może w dobie mediów elektronicznych wypracowaliśmy bardziej zaawansowane sposoby rozpoznawania prawdy i rugowania kłamstw? Czy technologia jest w stanie skutecznie służyć w obronie prawdy, czy może być używana jedynie do kłamstw i manipulacji? Czy taki podział jest w ogóle celowy i możliwy?
Prawo do kłamstwa
Wolność wypowiedzi jest podstawowym prawem człowieka, gwarantowanym przez umowy międzynarodowe, ustawy krajowe i orzecznictwo. Nie jest ona jednak prawem bezwzględnym: może zostać ograniczona mocą przepisu prawa, gdy jest to niezbędne dla ochrony uzasadnionych interesów społeczności lub jednostki. Przywołując choćby art. 10 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, wolność wypowiedzi ustąpić musi ochronie dobrego imienia innych osób czy ich prywatności, bezpieczeństwu publicznemu, zapobieganiu przestępstwu, czy ochronie moralności, gdy spełnione są zapisane prawem przesłanki.
Czy jednak wolność słowa kończy się tam, gdzie zaczyna się kłamstwo? Takiego ograniczenia nie odnajdziemy w cytowanym przepisie, nie ma go także w umowach międzynarodowych, polskiej Konstytucji czy kodeksie cywilnym. Co do zasady, świadome lub nieumyślne mijanie się z prawdą nie jest objęte prawnym zakazem. Ten stan rzeczy ma oczywiście racjonalne uzasadnienie: absolutna prawda jest dla człowieka nieosiągalna, zaś odstępstwa od prawdy subiektywnej są niejednokrotnie społecznie przyjęte czy wręcz oczekiwane.
Nawet w przypadku postępowania karnego sędzia zobligowany jest jedynie próbować starannie ustalić prawdziwy przebieg wydarzeń, rozpatrując przedstawione mu dowody, posługując się wiedzą prawniczą, orzecznictwem i własnym doświadczeniem życiowym. Jeśli te nie pozwoliły mu poznać wszystkich okoliczności sprawy i w konsekwencji podjął decyzję na podstawie niepełnego obrazu prawdziwych zdarzeń, nie poniesie odpowiedzialności, jeśli działał z należytą starannością.
Ustawodawca karze za kłamstwo jedynie w wyjątkowych, opisanych prawem sytuacjach. Dotyczą one szczególnych okoliczności, gdzie działanie człowieka wiąże się z pokładanym w nim zaufaniem i domniemaną kompetencją, albo gdy kłamstwo ma na celu majątkową korzyść kłamcy. I tak, jeśli doradca inwestycyjny wprowadzi nas w błąd, będzie ponosił odpowiedzialność karną za chybioną poradę (tzw. przestępstwa maklerskie z ustawy o obrocie instrumentami finansowymi, przede wszystkim art. 171a ust. 2 tej ustawy).
Prawnokarna konstrukcja oszustwa z art. 286 Kodeksu karnego także każe za celowe wprowadzenie w błąd. Tu kłamstwo ma jednak wiązać się z zamierzonym przez sprawcę celem, jakim jest niekorzystne rozporządzenie mieniem przez okłamanego i osiągnięcie przez sprawcę korzyści majątkowej. Kłamstwo karane więc będzie jedynie wtedy, jeśli prawo przypisze mu taką szczególną konsekwencję.
Moglibyśmy prowokacyjnie przyjąć, że prawo do swobody wypowiedzi obejmuje także prawo do mijania się z prawdą, celowo lub choćby nieumyślnie. W tej ostatniej sytuacji przedstawiciele poszczególnych zawodów lub osoby działające w szczególnych okolicznościach pociągane będą do odpowiedzialności, jeśli w danej sytuacji można było od nich wymagać posiadania informacji zgodnych ze stanem faktycznym lub choćby z aktualnym stanem wiedzy (obowiązek dokładania należytej staranności). W takich szczególnych, przewidzianych prawem przypadkach, na jednostce ciąży obowiązek zadbania, żeby unikać rozmijania się z prawdą. W każdej takiej sytuacji sąd pochyli się nad danym przypadkiem i oceni, czy w konkretnych okolicznościach kłamstwo lub nieświadome rozminięcie się z prawdą powinno stać się podstawą odpowiedzialności, karnej czy choćby odszkodowawczej. Obowiązek ten dotyczy także przedstawicieli mediów, w tym mediów społecznościowych.
Wszyscy jesteśmy dziennikarzami
Prawo nie nakłada bezwzględnego obowiązku wierności prawdzie, czy to w relacjach prywatnych, czy w aktywności publicznej. Takiego bezwzględnego obowiązku nie odnajdziemy także w prawie prasowym, regulującym podstawy działania całego sektora mediów w Polsce i odzwierciedlającego reguły dziennikarskiej profesji poza nią.
Prawo prasowe wymaga jednak od dziennikarzy dochowania wierności prawdzie z dołożeniem należytej staranności. Zgodnie z jego art. 6, „prasa jest zobowiązana do prawdziwego przedstawiania omawianych zjawisk", a dziennikarze obowiązani są „zachować szczególną staranność i rzetelność przy zbieraniu i wykorzystaniu materiałów prasowych", przede wszystkim zaś sprawdzać zgodność z prawdą uzyskanych wiadomości lub podać ich źródło (art. 12 prawa prasowego). Brak dołożenia należytej staranności, wskutek którego dojdzie do naruszenia prawnie chronionych interesów innych osób stanowić będzie podstawę do pociągnięcia dziennikarza do odpowiedzialności, lub do wymierzenia mu kary wyższej niż ta, która zostałaby wymierzona osobie nie cieszącej się tym statusem. Co więcej, dziennikarz ma prawo odmówić wykonania polecenia służbowego, jeżeli oczekuje się od niego publikacji, która łamie zasady rzetelności, obiektywizmu i staranności zawodowej (art. 10 pr. pr).
Ciążący na dziennikarzach obowiązek dochowania wierności prawdzie z dołożeniem należytej staranności ma istotne znaczenie dla dzisiejszej dyskusji o dezinformacji w sieci. Zgodnie bowiem z definicją dziennikarza zawartą w cytowanej ustawie, jej krąg podmiotowy jest bardzo szeroki. Dziennikarzem jest bowiem każdy, kto choćby przygotowuje materiały do publikacji w prasie, prasą są zaś wszelkie „publikacje periodyczne" (art. 7 ust. 2 pr. pr.), a więc przekazy dostępne dla otwartego kręgu odbiorców, ukazujące się co jakiś czas.
W myśl tego przepisu prasą są „wszelkie istniejące i powstające w wyniku postępu technicznego środki masowego przekazywania, (…) upowszechniające publikacje periodyczne za pomocą druku, wizji, fonii lub innej techniki rozpowszechniania".
O ile więc nie możemy uznać za prasę całego Internetu, (wyłączyć należy np. portale aukcyjne czy strony o charakterze usługowym), o tyle każdy przekaz realizowany za pośrednictwem globalnej sieci elektronicznej, o ile jest publicznie dostępny i ukazuje się okresowo, np. w postaci notatek zamieszczanych na portalu społecznościowym, uznany może być za prasę.
W konsekwencji powinniśmy także od szerokiego kręgu „dziennikarzy obywatelskich", działających za pośrednictwem mediów społecznościowych, oczekiwać należytej staranności przy weryfikowaniu informacji, którymi się dzielą. Dodajmy, że na straży wolności słowa i rzetelności mediów w Rzeczpospolitej stoi Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji (art. 213 Konstytucji RP).
Polska nie jest jednak jedynym państwem, którego organ nadzorujący media z trudem radzi sobie z wykonywaniem skutecznego nadzoru nad rzetelnością mediów, w tym mediów elektronicznych. Dlatego też w wielu państwach, w tym w państwach członkowskich Unii Europejskiej, przyjęto szczególne rozwiązania dotyczące odpowiedzialności za treści elektroniczne.
Facebook a ministerstwo prawdy
Ustawa o świadczeniu usług drogą elektroniczną w art. 14 wprowadza tzw. mechanizm „zobacz i działaj" (notice-and-take action). W myśl tego przepisu, odzwierciedlającego analogiczne postanowienia dyrektywy o handlu elektronicznym, obowiązującej we wszystkich państwach UE od roku 2001, dostawca usług świadczonych drogą elektroniczną, takich jak serwis Facebook, Twitter czy Instagram, co do zasady nie ponosi odpowiedzialności za treści, do których umożliwia dostęp, o ile nie wie o ich bezprawnych charakterze.
Jeśli taką wiedzę nabędzie, czy to wskutek własnego działania (np. podjęcia moderacji komentarzy pod tekstem), czy wskutek „urzędowego zawiadomienia lub wiarygodnej wiadomości", stanie się odpowiedzialny za taki bezprawny przekaz, jeśli nie uniemożliwi niezwłocznie do niego dostępu.
Interpretacja tego przepisu sprawa nam kłopoty od dnia jego przyjęcia: czym jest „wiarygodna wiadomość", na podstawie której Facebook powinien usunąć treść, zdaniem jej nadawcy niezgodną z prawem? Jak zweryfikować jej wiarygodność? Czy sam podpis nadawcy wystarczy, czy raczej powinien załączyć do niej dodatkowe dowody, a jeśli tak, to jakie?
Mimo prób, taki prawnie wiążący model wiarygodnej wiadomości nie powstał, pozostawiając decyzję co do uniemożliwienia dostępu do wskazanych przez nadawcę treści w gestii usługodawcy. To rozwiązanie jest wytrwale krytykowane przez obrońców wolności słowa w sieci jako zawierające w sobie nieuchronnie niepożądany „efekt mrożący" – usługodawca, w obliczu potencjalnej odpowiedzialności za zgłoszoną treść, skłonny będzie raczej ją zablokować (usunąć), nie ryzykować wypłatę odszkodowania czy zadośćuczynienia.
Dyskusja ta tradycyjnie dotyczy krytyki ścisłej współpracy organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi z dostawcami treści elektronicznych takimi jak YouTube, gdzie każde zgłoszenie potencjalnego naruszenia przez np. amerykańską Recording Industry Association of America traktowane jest jako wiarygodne i natychmiast skutkuje zablokowaniem wskazanych treści, bez weryfikacji czy ich twórcy działali np. w granicach dozwolonego użytku, czy prawa cytatu.
Przygotowany przez Komisję Europejską projekt wspólnej regulacji, która prawdopodobnie niebawem zastąpi dyrektywę o handlu elektronicznym: Digital Services Act, utrwali to niedoskonałe rozwiązanie. Co ciekawe, ów niepożądany efekt mrożący dyrektywy o handlu elektronicznym ostatnio (2021) stał się przedmiotem zainteresowania także polskiego Ministerstwa Sprawiedliwości, które przedstawiło projekt ustawy o wolności słowa w mediach społecznościowych.
Projekt ma skłonić m.in. administratorów portalu Facebook do nieusuwania treści, które uznają za niezgodne z warunkami korzystania z serwisu, które jednak zdaniem ewentualnie powołanej Rady Wolności Słowa byłyby zgodne z polskim prawem. Ta propozycja i przyświecająca jej motywacja dobrze obrazują sporny podział kompetencji między państwem a prywatnym dostawcą usług do wytyczania granic wolności słowa i prawa do bycia rzetelnie poinformowanym w dobie mediów społecznościowych.
Prawda Facebooka – czy ochroni nas algorytm?
Facebook jest jednym z tych serwisów społecznościowych, którego właściciele dokładają najwyższej staranności, żeby uniknąć oskarżeń o rozpowszechnianie dezinformacji, stronniczość czy manipulowania udostępnianym przekazem. Jednak choćby wspomniany powyżej projekt powołania Rady Wolności Słowa pokazuje płonność tych wysiłków, choćby w obliczu miażdżących oskarżeń w sprawie firmy Cambridge Analytica
i jej modelu biznesowego opartego na politycznej reklamie kierunkowej, porównywanego do wojskowych operacji psychologicznych.
Mimo opracowania najbardziej zaawansowanego systemu sztucznej inteligencji wspierającego walkę z fałszywymi informacjami i kontami, Facebook okazuje się po raz kolejny bezsilny wobec dezinformacji, gdyż
nie ma prostego, jednego rozwiązania kwestii dezinformacji w sieci. Obrońcy wolności słowa często twierdzą, że lekarstwem na dezinformację nie jest zakaz wypowiedzi ale większe ilość informacji. Tą drogą idzie Unia Europejska
Joanna Kulesza
- Autor: Paweł Borecki
- Odsłon: 6238
W Instytucie Spraw Publicznych 15 lutego 2013 odbyło się spotkanie związane z dyskusją nad ekspertyzą dr. Pawła Boreckiego dotyczącą wybranych problemów respektowania polskiego konkordatu z 1993 roku. Poniżej publikujemy jej fragmenty. (red.)
Konkordat między Stolicą Apostolską a Rzecząpospolitą Polską z 28.07.93 był pierwszą tego typu umową międzynarodową podpisaną z państwem postkomunistycznym w Europie Środkowo-Wschodniej. Został ratyfikowany 23.02.98, po ponad czterech latach kontrowersji dotyczących samego faktu i okoliczności jego zawarcia oraz szczegółowych treści traktatu. Wymiany dokumentów ratyfikacyjnych dokonano w Watykanie 25.03.98. Umowa weszła w życie /.../ miesiąc po wymianie dokumentów ratyfikacyjnych, czyli 25.04.98. Od tej pory strony traktatu są zobowiązane, zgodnie z zasadą prawa międzynarodowego pacta sunt servanda, przestrzegać postanowień i zmierzać do pełnego urzeczywistnienia jego norm./.../
Konkordat polski z 1993 roku nie jest układem całościowo regulującym najważniejsze aspekty relacji między państwem a Kościołem. Przede wszystkim, nie unormowano w nim w pełni spraw finansowych duchowieństwa oraz instytucji i dóbr kościelnych w Polsce. Treść art. 22 ust. 2 konkordatu dowodzi, że unormowanie tej dziedziny odroczono na przyszłość.
Zapewne jest to następstwo odmiennych, niemożliwych do uzgodnienia stanowisk negocjatorów strony rządowej i kościelnej, a być może także braku – przynajmniej u jednej z układających się stron – całościowej koncepcji uregulowania wspomnianej sfery.
Traktat z 1993 roku ma charakter otwarty, to znaczy przewiduje w art. 27 regulowanie spraw wymagających innych lub dodatkowych rozwiązań w ramach porozumień między układającymi się stronami, albo uzgodnień między polskim rządem a Konferencją Episkopatu Polski, upoważnioną do tego przez Stolicę Apostolską. Wspomniany przepis stanowi gwarancję dla Stolicy Apostolskiej i Rady Ministrów, że istotne zagadnienia z zakresu relacji państwo – Kościół katolicki w Polsce nie będą regulowane bez formalnej zgody tych organów, na przykład w wyniku działań powstałej ad hoc większości parlamentarnej działającej z inspiracji rodzimej hierarchii katolickiej. Dotychczas nie zostały dokonane żadne porozumienia czy uzgodnienia na podstawie art. 27 konkordatu.
Z traktatem z 1993 roku jest związana Deklaracja Rządu Rzeczypospolitej Polskiej z 15.04.97 w celu zapewnienia jasnej wykładni przepisów Konkordatu między Stolicą Apostolską a Rzecząpospolitą Polską, podpisanego w Warszawie 28.07.93. Deklaracja jest formalnie aktem prawnym polskiego rządu, w istocie rzeczy ma ona jednak charakter aktu dwustronnego, ponieważ, co stwierdza się w jej treści, została przyjęta w uzgodnieniu ze Stolicą Apostolską. Wiele elementów treści, które do niej weszły, były także przedmiotem negocjacji z przedstawicielami Kościoła na forum Komisji Wspólnej Przedstawicieli Rządu i Episkopatu Polski i zostały zaakceptowane przez biskupów polskich.
Z tego powodu polski konkordat z 1993 roku jest wyjątkowy wśród współczesnych umów konkordatowych. Deklaracja stanowi kontekst interpretacyjny konkordatu i musi być uwzględniana, zgodnie z art. 31 Konwencji wiedeńskiej o prawie traktatów, przy interpretacji odpowiednich postanowień układu. Jest ona podstawą wykładni autentycznej konkordatu.
Deklaracja z 1997 roku wskazuje, że traktat z 1993 roku jest dziełem niedoskonałym pod względem legislacyjnym, a wiele jego przepisów wzbudza wątpliwości interpretacyjne i nie służy dostatecznie urzeczywistnieniu wolności sumienia i wyznania jednostki.
>
Trudno uznać polski konkordat z 1993 roku za wzorcowy czy modelowy dla innych państw. Deklaracja w istocie rzeczy uzupełnia niektóre nieprecyzyjne przepisy traktatu, względnie modyfikuje – niekiedy istotnie – ich znaczenie, w przeważającej mierze w kierunku korzystnym dla interesów państwa oraz wolności i praw człowieka.
>Praktyczne znaczenie deklaracji, której treść była negocjowana przez kilka lat, dotychczas okazało się ograniczone. Brakuje informacji, aby polski rząd powoływał się na ten akt w relacjach ze Stolicą Apostolską po wejściu w życie konkordatu. Deklaracja nie została wspomniana w ustawie wyrażającej zgodę na ratyfikację konkordatu przez Prezydenta RP. Nie odwołano się do niej przy wymianie dokumentów ratyfikacyjnych.
Na deprecjację tego aktu wskazuje także oficjalnie opublikowanie go jako oświadczenia rządu w Monitorze Polskim, zamiast w Dzienniku Ustaw.
>Dopiero w 2012 roku, w związku z planami zniesienia Funduszu Kościelnego, przedstawiciele rządu po raz pierwszy odwoływali się na forum krajowym do pkt 6 deklaracji, potwierdzającego określone ustawodawstwem polskim kompetencje organów państwowych do regulowania kwestii finansowych i podatkowych kościelnych osób fizycznych i prawnych.
Konkordat – jako umowa międzynarodowa /.../ lokuje się wysoko w systemie źródeł prawa powszechnie obowiązującego, bezpośrednio po konstytucji. W praktyce postanowienia podpisanego, ale jeszcze nieratyfikowanego konkordatu z 1993 roku istotnie wpłynęły na treść odpowiednich przepisów wyznaniowych ustawy zasadniczej z 1997 roku (art. 25).
Kwestią dyskusyjną jest jednak to, czy normy konkordatu w polskim porządku prawnym wiążą także podmioty spoza aparatu władzy publicznej, skoro stroną konkordatu i podmiotem bezpośrednio zobowiązanym, obok Stolicy Apostolskiej, jest Rzeczpospolita Polska. Zgodnie z wykładnią literalną traktatu, można formułować obowiązek respektowania traktatu z 1993 roku wobec podmiotów (osób) spoza aparatu państwowego i kościelnego jedynie w wypadku norm, których odbiorcami nie są wyłącznie: państwo, Stolica Apostolska, względnie określone organy władzy publicznej czy instytucje kościelne.
>
W Kościele katolickim normy konkordatu obowiązują na równi z normami
>prawa kanonicznego, wyrażającym szczególny obowiązek duchownych okazywania szacunku i posłuszeństwa papieżowi, czy w kan. 334, zawierającym
>nakaz okazywania przez biskupów pomocy papieżowi w wykonywaniu jego
>zadań.
W przeciwieństwie do tych aktów, bardziej wyczerpująco reguluje wiele wybranych aspektów, przez to ogranicza możliwość limitowania uprawnień przez orzecznictwo sądowe i administracyjne oraz ustawodawstwo. W celu urzeczywistnienia niektórych postanowień traktatu, odpowiednie organy państwowe i Kościoła katolickiego ustanowiły liczne istotne akty prawne. W maju 1998 roku, w celu między innymi realizacji konkordatu, zostały powołane dwie komisje konkordatowe: kościelna i rządowa.
Na podstawie analizy ponadczternastoletnich (od wejścia w życie konkordatu) działań i zaniechań polskich organów państwowych, a zarazem Stolicy Apostolskiej, instytucji i prominentnych przedstawicieli Kościoła katolickiego Polsce, można skonstatować, że traktat z 1993 roku nie został w pełni zrealizowany, kilkakrotnie był ewidentnie naruszony, wiele zaś działań strony kościelnej i niektórych organów państwowych wzbudza uzasadnione wątpliwości z punktu widzenia ich zgodności z fundamentalnymi zasadami traktatu oraz normami Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej z 1997 roku.
Konkordat w ograniczonym stopniu wpłynął na zmianę utrwalonej praktyki w zakresie stosunków władz państwowych z hierarchią katolicką w Polsce. Relacje te wciąż są w istotnej mierze warunkowane nawykami, sięgającymi korzeniami schyłkowego okresu Polski Ludowej./.../
Problem umów szczegółowych między państwem a Stolicą Apostolską, względnie polskim rządem a upoważnioną Konferencją episkopatu Polski.
Za naruszenie konkordatu należy uznać zawarcie w 2007 roku przez biskupa polowego Wojska Polskiego (występującego w roli delegata Konferencji Episkopatu Polski) z komendantem głównym Policji, ministrem finansów oraz komendantem głównym Straży Granicznej umów w sprawie ustanowienia i zasad działania duszpasterstw katolickich odpowiednio w: Policji, Służbie Celnej i Straży Granicznej.
W wyniku tych aktów doszło do naruszenia traktatowych kompetencji Stolicy Apostolskiej i rządu Rzeczypospolitej Polskiej określonych w art. 27 układu z 1993 roku. Znamienne, że w żadnym ze wspomnianych porozumień jako podstawy prawnej nie wskazano przepisów konkordatu. Tymczasem problematykę duszpasterstw katolickich w wymienionych instytucjach państwowych należy uznać za równie doniosłą co organizację i działalność Ordynariatu Polowego Wojska Polskiego, którego dotyczy art. 16 ust. 1–2 konkordatu. /.../
Włączenie, decyzją Konferencji Episkopatu Polski z października 2006 roku, duszpasterstwa Służby Celnej, Straży Granicznej oraz Policji do zakresu działania Ordynariatu Polowego jest niezgodne z jego statutem, akt ten nie przewiduje bowiem takiego zakresu podmiotowego ordynariatu.
W wymiarze powyższych faktów można sformułować przypuszczenie, że realizacją art. 27 konkordatu nie jest zainteresowany Episkopat Polski.
Jego realizacja oznaczałaby pojawienie się w charakterze bezpośredniego decydenta w relacjach państwo – Kościół w Polsce podmiotu zewnętrznego (Stolicy Apostolskiej) i zaistnienie możliwości ignorowania polskiej hierarchii przez władze państwowe. Zdaje się o tym świadczyć stanowisko Prymasa Polski abpa Józefa Kowalczyka z marca 2012 roku w sprawie zmiany systemu wsparcia finansowego państwa dla Kościoła i duchowieństwa.
Były nuncjusz apostolski w Polsce, obecnie prymas, opowiedział się za przekształceniem Funduszu Kościelnego w ramach wewnętrznego dialogu władz państwowych z episkopatem. Zarazem stwierdził, że Stolica Apostolska nie będzie „mieszała się” w ustawodawstwo wewnętrzne Polski, gdyż byłoby upokarzające, żeby podmiot prawa zagranicznego dyktował i uchwalał Polsce pozytywne ustawy. Także Konferencja Episkopatu Polski przemilczała art. 27 konkordatu, zarazem postulując w komunikacie z 357. zebrania plenarnego dwustronny tryb dokonania zmian w sprawach finansowania duchowieństwa i instytucji kościelnych.
>
W ostatnich latach wiele istotnych zmian prawnych w sferze relacji między państwem a Kościołem katolickim w Polsce nie było wynikiem realizacji art. 27 konkordatu. Ich podstawą okazały się, podobnie jak w latach 80. XX wieku, wiążące uzgodnienia przyjmowane na forum Komisji Wspólnej Przedstawicieli Rządu RP i Konferencji Episkopatu Polski (na przykład dofinansowanie z budżetu państwa papieskich wydziałów teologicznych, wliczanie oceny z religii do średniej ocen na świadectwie szkolnym) czy ustalenia między właściwym ministrem a sekretarzem generalnym Konferencji Episkopatu Polski (ustawowa likwidacja Komisji Majątkowej).
Podsumowanie
Wbrew stanowisku części środowisk antyklerykalnych, we współczesnej Polsce konkordat nie jest ani przyczyną, ani głównym normatywnym instrumentem konfesjonalizacji życia publicznego oraz zaniku rozdziału państwa i Kościoła.
Z perspektywy czasu okazał się on jednak nieudaną konsensualną próbą ustanowienia, „przyjaznego” oddzielenia wymienionych podmiotów, zgodnie z ideałami Soboru Watykańskiego II. Odpowiedzialność za połowiczne respektowanie przepisów traktatu z 1993 roku spoczywa tak na stronie kościelnej, jak i na naczelnych organach władzy państwowej, szczególnie na Radzie Ministrów.
Praktyka stosowania konkordatu wskazuje, że w sferze stosunków wyznaniowych we współczesnej Polsce prawo obowiązujące nie jest główną determinantą.
Rada Ministrów nie wykorzystuje w dużej mierze możliwości wynikających z omawianego traktatu dla troski o interesy państwa (zwłaszcza finansowe) oraz wolności i prawa jego mieszkańców. Wyjątkowo rzadko i nieprecyzyjnie rządzący odwołują się do wyrażonej w art. 1 konkordatu zasady niezależności i autonomii państwa w jego zakresie do obrony państwa przed roszczeniami katolickiej hierarchii i niektórych innych prominentnych duchownych.
>Władze państwowe niemal zupełnie nie wykorzystują możliwości, jakie w relacjach z kościołem daje deklaracja z 15 kwietnia 1997 roku. Co więcej, same przyczyniły się do jej zdeprecjonowania. Opisana postawa jest szkodliwa dla autorytetu Rzeczypospolitej Polskiej w relacjach ze Stolicą Apostolską i z Kościołem w ogólności.
>
Po stronie państwa niedostateczna troska o respektowanie traktatu z 1993 roku jest zapewne następstwem oportunizmu decydentów politycznych, zabiegających o poparcie albo przynajmniej o neutralność Kościoła instytucjonalnego. Jest również rezultatem kunktatorstwa części wymiaru sprawiedliwości i aparatu administracji rządowej, obawiających się egzekwować zobowiązania traktatowe na rzecz państwa. Przy tym mamy niejednokrotnie do czynienia z daleko posuniętą ignorancją w zakresie znajomości treści konkordatu i wykładni jego przepisów.
Polska hierarchia katolicka, która w latach 1993–1998 usilnie zabiegała o ratyfikację konkordatu, obecnie traktuje go relatywnie. Gotowa jest powoływać się na jego postanowienia, gdy służy to ochronie dotychczasowej pozycji Kościoła i duchowieństwa. Z kolei zupełnie ignoruje te przepisy umowy, które w jakikolwiek sposób ograniczałyby możliwość uzyskiwania nowych koncesji od władz państwowych.
Stolica Apostolska po pierwszych latach ożywionej działalności komisji konkordatowych zdaje się nie wykazywać szczególnego zainteresowania kwestią respektowania traktatu. Nie dostrzega problemów związanych z jego respektowaniem.
>Troska o partykularny interes i solidarność grupowa kleru bierze, jak się wydaje, niejednokrotnie górę nad legalizmem.
W wymiarze przedstawionych wyżej licznych i różnych faktów musi budzić zdumienie opinia nuncjusza apostolskiego w Polsce abpa Celestina Migliore, wyrażona w styczniu 2012 roku, że konkordat funkcjonuje w Polsce dobrze. Świadczy to o niskiej kulturze prawnej zarówno polskiej warstwy rządzącej, jak i Episkopatu Polski.
Dyskusyjną kwestią jest to, czy państwu polskiemu traktat z 1993 roku dotychczas przyniósł wymierne korzyści. Wydaje się, że zapewnił istotne, choć przejściowe korzyści polityczne. Polegały one na uspokojeniu i stabilizacji relacji między państwem a Kościołem instytucjonalnym w okresie finalizacji akcesji Polski w Unii Europejskiej. Nieratyfikowanie traktatu przez lata zapewne spowodowałoby wzrost poczucia zagrożenia po stronie Kościoła. Byłoby to równoznaczne z eskalacją napięć między państwem a Kościołem, utrzymujących się w latach 1993–1997, w okresie rządów koalicji SLD i PSL. W takich warunkach całkiem realne byłoby ze strony Episkopatu Polski mniej lub bardziej wyraźne wezwanie wiernych do negatywnego głosowania w referendum w sprawie przystąpienia do UE.
W świetle opisanego stanu normatywnego i faktycznego, art. 25 ust. 4 konstytucji, stanowiący, że stosunki między Rzecząpospolitą Polską a Kościołem katolickim określa umowa międzynarodowa zawarta ze Stolicą Apostolską i ustawy, nie jest w pełni adekwatny do realiów odniesień między państwem a Kościołem we współczesnej Polsce. Potrzebna jest zatem wyraźna zmiana praktyki działania w sprawach wyznaniowych naczelnych władz państwowych, administracji rządowej i odpowiednich władz kościelnych.
Przede wszystkim domaga się realizacji art. 22 ust. 2 konkordatu. Z kolei Komisja Wspólna Przedstawicieli Rządu RP i Konferencji Episkopatu Polski w swojej działalności nie powinna wykraczać poza dyspozycję art. 4. ustawy o stosunku państwa do Kościoła katolickiego. Nie może być więc forum podejmowania decyzji państwowych.
Konieczne jest dokonanie zmian w prawie polskim, przede wszystkim w sprawach: gwarancji dobrowolności nauczania religii w szkole, kwalifikacji zawodowych katechetów, statusu uczelni kościelnych, duszpasterstwa w Wojsku Polskim i innych tak zwanych instytucjach zamkniętych.
>Z kolei strona kościelna powinna w zgodzie z konkordatem ustanowić nowy statut Ordynariatu Polowego w porozumieniu z odpowiednimi władzami polskimi oraz znowelizować instrukcję dotyczącą tzw. małżeństwa konkordatowego.
>
W dalszej perspektywie należy dążyć do istotnej nowelizacji względnie uzupełnienia konkordatu w ramach umowy międzynarodowej. Uzasadnione jest uszczegółowienie gwarancji niezależności i autonomii państwa w jego dziedzinie oraz uchylenie art. 7 ust. 4 konkordatu. Należy zalegalizować, zgodnie z art. 8 ust. 2 konkordatu, Święto Objawienia Pańskiego jako dzień wolny od pracy. Komisje konkordatowe powinny być rozwiązane, albo znaleźć wyraźne oparcie w znowelizowanych postanowieniach konkordatu.>
Jeśli to wszystko okaże się niemożliwe, warto rozważyć, czy w interesie państwa nie jest stan bezkonkordatowy – po uprzedniej zmianie odpowiednich postanowień konstytucji.
>Paweł Borecki
Pełne brzmienie tekstu (wraz z treścią konkordatu) - http://www.isp.org.pl/uploads/pdf/17615843.pdf
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1030
Angielski „Pegaz" (Pegasus) zdominował wyniki wyszukiwania w polskiej wersji wyszukiwarki Google nie za sprawą nagłego przypływu sentymentu Polaków do mitycznego skrzydlatego konia, ale z powodu nagłego upodobania polskich władz do korzystania z izraelskiego programu szpiegującego pod tą samą nazwą.
CGO to izraelska firma informatyczna, która za sowitą opłatą oferuje licencję na korzystanie z najbardziej zaawansowanego na świecie programu szpiegowskiego. Co do zasady oprogramowanie to ma być wykorzystywane przeciwko najgroźniejszym przestępcom, w tym terrorystom, ale ani producent, ani żadna międzynarodowa organizacja nie jest kompetentna, aby weryfikować czy nadzorować sposób jego wykorzystania przez licencjobiorcę.
W konsekwencji program szpiegowski Pegasus jest wykorzystywany przez rządy tych państw, które mogą sobie na niego pozwolić, w dowolnym celu, także do inwigilowania opozycji czy niezależnych dziennikarzy. Jak wskazały badania The Citizen Lab z Toronto, wśród klientów izraelskiej firmy NSO znaleźli się zarówno autokratyczni władcy Arabii Saudyjskiej, jak i rząd Wiktora Orbana.
Analiza The Citizen Lab – niezależnego ośrodka badawczego z Kanady, od blisko dwóch dekad monitorującego stan praw człowieka w sieci – „maluje ponury obraz zagrożeń praw człowieka" wynikających z powszechnego wykorzystania programu Grupy NSO. Według pierwszego raportu z 2018 roku co najmniej sześć krajów, w których wykorzystywany jest Pegasus, „było wcześniej powiązanych z nadużywaniem oprogramowania szpiegującego w celu atakowania społeczeństwa obywatelskiego, w tym w Bahrajnie, Kazachstanie, Meksyku, Maroku, Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratach Arabskich”.
Według The Citizen Lab, Pegasus jest używany przez kraje, które mają historię nadużyć praw człowieka ze strony państwowych służb bezpieczeństwa. W kilku krajach badawcze potwierdzili motywy polityczne wykorzystania tego oprogramowania szpiegowskiego, co ich zdaniem poddawało w wątpliwość wykorzystanie tej technologia w ramach „uzasadnionych” dochodzeń kryminalnych. W ostatnich latach do tego grona państw zdecydowała dołączyć Polska.
Problemem prawo, nie technologia
Program Pegasus to „tylko" najnowszy produkt na rynku oprogramowania służącego do cyfrowej inwigilacji. Grupa NSO od lat z umiarkowanym sukcesem konkurowała z takimi amerykańskimi potentatami jak Cisco czy BlueCoat Systems.
Nowe technologie oferują nowe możliwości zarówno w walce z przestępczością, jak i w walce o polityczną władzę. Stabilne i równoważone struktury prawne mają zagwarantować, że prawa jednostki będą skutecznie chronione w konfrontacji z silniejszym podmiotem, jakim zawsze jest państwo. W Europie przekonaliśmy się szczególnie dotkliwie o skutkach braku takiej równowagi w połowie minionego wieku, kiedy to dokumenty poświadczające np. wyznanie mniejszości religijnych wpadły w ręce nazistów przejmujących władzę w kolejnych europejskich państwach. Dostęp to takich akt równał się często śmierci osób, których dane były zawarte w tych rejestrach. Dlatego od początku lat 50. minionego wieku wypracowaliśmy w Europie wszechstronny system ochrony praw człowieka, w tym prawa do prywatności i ochrony danych osobowych.
W tym kontekście problemem nie jawi się nowa technologia, ale raczej prawo, które pozwala na jej niekontrolowane użycie czy nadużycie.
Służby specjalne bez ograniczeń?
Sprawa Pegasusa po raz kolejny obnażyła obecny w Polsce od początków III RP problem z regulacją służb specjalnych. Oczywiście prawo krajowe nie może zawierać szczegółowej procedury, która dotyczyłaby wykorzystania każdej nowej technologii, w tym Pegasusa. Przy użyciu tego oprogramowania, tak jak każdej innej dostępnej metody inwigilacji, korzystamy z przepisów powszechnie obowiązującego prawa.
Sprawa Pegasusa po raz kolejny pokazała, że aktualnie obowiązujące w Polsce przepisy nie są dostatecznie precyzyjne, aby zagwarantować skuteczną ochronę praw jednostki przed nadużyciem ze strony organów ścigania czy służb specjalnych. Zakres działania służb specjalnych w Polsce determinowany jest przez szereg aktów prawnych. Wśród nich istotne miejsce zajmują: ustawa o Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz Agencji Wywiadu, ustawa o działaniach antyterrorystycznych oraz ustawa o policji.
To właśnie znowelizowana w 2016 r. ustawa o policji pozwala na szerokie wykorzystanie dostępnych technologii w celu zdobywania informacji operacyjnych, przy istotnym ograniczeniu niezależnego nadzoru nad stosowaniem opisanych w niej procedur. Przepisy art. 19 tej ustawy pozwalają policji prowadzić kontrolę operacyjną.
Co do zasady, może ona być zarządzona przez sąd okręgowy na pisemny wniosek Komendanta Głównego Policji, złożony po uzyskaniu pisemnej zgody Prokuratora Generalnego, albo na pisemny wniosek Komendanta Wojewódzkiego Policji. Procedura ta ma zagwarantować niezależny, sądowy nadzór nad działaniami organów ścigania. Odzwierciedla ona międzynarodowy standard ochrony prywatności jednostki, który wymaga nadzoru niezależnego sądu nad działaniami organów ścigania.
Zgodnie jednak ustępem 3 omawianego przepisu „w przypadkach nie cierpiących zwłoki", tj. gdy mogłoby to spowodować utratę informacji lub zatarcie, albo zniszczenie dowodów przestępstwa, Komendant Główny Policji może zarządzić, po uzyskaniu pisemnej zgody właściwego prokuratora, kontrolę operacyjną, zwracając się jednocześnie do właściwego miejscowo sądu okręgowego z wnioskiem o wydanie postanowienia w tej sprawie.
W przypadku braku zgody sądu okręgowego, dowody zdobyte w trakcie tak przeprowadzonej kontroli operacyjnej powinny być zniszczone. Warto pamiętać jednak, że niedawne (2016) zmiany kodeksu postępowania karnego pozwalają policji wykorzystać przed sądem także dowody będące „owocami zakazanego drzewa", to jest zdobyte z naruszeniem przepisów prawa. Wyjątek z ust. 3 pozwala na prowadzenie kontroli operacyjnej w „szczególnych sytuacjach", których „szczególny" charakter pozostaje w ocenie m.in. Komendanta Głównego Policji, działającego bez zgody sądu.
Co więcej, wprowadzona nowelizacją zmiana ustawy o policji w artykule 20c pozwala także na gromadzenie tak zwanych danych internetowych. W myśl tego przepisu policja może uzyskiwać dane „niestanowiące treści przekazu telekomunikacyjnego" przetwarzane w ramach usługi świadczonej drogą elektroniczną w celu zapobiegania lub wykrywania przestępstw, albo w celu ratowania życia lub zdrowia ludzkiego.
Zakres danych wskazanych w art. 18 ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną pozwala np. ustalić lokalizację osoby poddanej tego rodzaju kontroli operacyjnej, numer, pod który wykonywane były połączenia, czy czas ich trwania. Zgodnie z dyspozycją artykułu 20c, dane te mogą być przetwarzane bez wiedzy i zgody osoby, której dotyczą. Przedsiębiorca telekomunikacyjny, na przykład dostawca usługi telefonicznej, zobligowany jest nieodpłatnie udostępniać dane policjantowi dokonującemu kontroli operacyjnej.
Polskie postępowanie karne nie przewiduje procedury pozwalającej na uzyskanie informacji o pozostawaniu w kręgu zainteresowania służb. Informacja taka, inaczej niż w innych państwach europejskich, nie jest udostępniana osobie objętej inwigilacją także po jej zakończeniu. W tym świetle zastosowanie programu Pegasus do inwigilacji osób podejrzanych przez organy ścigania o podejmowanie działań stanowiących zagrożenie dla interesów państwa czy jednostki może zostać uznane za mieszczące się w obowiązujących przepisach prawa.
Rozmawiać więc powinniśmy nie o sposobie stosowania tej konkretnej technologii, ale o właściwych procedurach, które powinny zabezpieczać interesy jednostki przed nieuzasadnioną, nieproporcjonalną ingerencją w jej prawa podstawowe dokonywaną przez państwo.
Propozycje reform
W ostatnich miesiącach wiele w Polsce mówi się o potrzebie reformy przepisów prawa dotyczących służb specjalnych. Kilka postulatów pojawiło się w debacie publicznej, w tym m.in. przygotowany w 2019 roku raport "Osiodłać pegaza". Wspomniany dokument zawiera m.in. propozycję stworzenia niezależnego organu do spraw kontroli nad działalnością służb specjalnych oraz wprowadzenia do polskiej procedury karnej przepisów pozwalających jednostce na zdobycie informacji, iż była przedmiotem zainteresowania ze strony uprawnionych instytucji.
Obowiązujące w Polsce przepisy o ochronie danych osobowych powinny pozwalać inwigilowanej osobie także na zdobycie informacji o tym, jakie dane osobowe i w jaki sposób były przez służby przetwarzane. Wspomniany powyżej raport zawiera także szczegółową analizę istniejących mechanizmów nadzoru nad policją, strażą graniczną czy Służbą Ochrony Państwa oraz spostrzeżenia, iż nadzór nad służbami, w kształcie w jakim obecnie funkcjonuje w Rzeczypospolitej Polskiej, jest niezupełny: brakuje w nim bowiem „skutecznych bezstronnych i niezależnych mechanizmów" weryfikowania działalności służb specjalnych.
Ten krajowy raport, opracowany przez organizacje pozarządowe, odzwierciedla zaniepokojenie wyrażone w raporcie Komisji Weneckiej, analizującej zmiany w ustawie o policji wprowadzone w 2016 roku. To te zmiany, opiewające między na innymi wspomniany powyżej artykuł 20, pozwoliły służbom na gromadzenie w szerokim zakresie danych internetowych, w tym tak zwanych metadanych, dotyczących na przykład czasu trwania połączenia czy geolokalizacji urządzenia w czasie trwania owego połączenia.
Komisja Wenecka w raporcie 2016 roku przeanalizowała poprawki do ustawy o policji, zaś przedmiotem jej szczególnego zainteresowania stały się gwarancje przed nadużywaniem narzędzi do inwigilacji. Znajdziemy w raporcie opis międzynarodowych standardów wymagających od państw wprowadzenia i stosowania precyzyjnych przepisów, które stosowane będą pod nadzorem sądów względem określonych jednostek. To zasady fundamentalne dla każdego demokratycznego państwa prawa, jakim w myśl Konstytucji jest także Rzeczpospolita Polska. Wymagają one, aby nadzór nad służbami specjalnymi był szczególnie skuteczny i precyzyjny w związku z władzą, jak jest im przez społeczeństwo oddelegowana.
Polskie przepisy a standard ochrony prywatności
Komisja Wenecka poddała analizie m.in. zapisy artykułu 19 polskiej ustawy o policji. W raporcie odnajdziemy więc odniesienia do tych przestępstw, których popełnienie może uzasadnić zastosowanie także zaawansowanych metod podsłuchowych.
Przedmiotem zainteresowania Komisji była przede wszystkim zasada proporcjonalności. Wymaga ona, aby skutecznie chronione były prawa jednostki zawsze wtedy, kiedy mają one zostać ograniczone ze względu na ochronę np. interesów państwa. Ograniczenie praw jednostki nastąpić może więc jedynie wtedy, gdy osiągnięcie zamierzonego przez ustawodawcę celu, np. zapobieganie przestępstwu, nie może być skutecznie zapewnione bez ograniczenia jej praw.
W opinii Komisji Weneckiej polska ustawa o policji po nowelizacji nie jest dostatecznie precyzyjna, kiedy ustanawia zakres podmiotów uprawnionych do podejmowania aktywności inwigilacyjnej i gromadzenia danych, w tym metadanych i danych internetowych. Aktualne przepisy pozwalają na zastosowanie inwigilacji względem jakiejkolwiek osoby czy grupy osób, w tym tych pozostających w stosunku towarzyskim czy rodzinnym z podejrzanym, o ile zastosowane środki pozwolą ujawnić informacje, które w konsekwencji ostatecznie mogą przyczynić się do osiągnięcia celów przyświecających gromadzeniu danych, w myśl art. 19 par. 1 i art. 20c ustawy o policji, omówionych powyżej.
Ponadto, zapisana w prawie praw człowieka zasada przewidywalności wymaga, by ustawa o policji zdefiniowała zakres relacji, w jakich powinni pozostawać ci, którzy są przedmiotem inwigilacji do podejrzanego o popełnienie przestępstwa. Oczywiście, inwigilacją taką objęte mogą być osoby podejrzane o popełnienie konkretnych przestępstw, lecz wykorzystanie możliwości, jakie dają nowe technologie, pozwala jednocześnie gromadzić informacje o osobach postronnych.
Aby wypełnić dyspozycje prawa praw człowieka, ustawa powinna precyzyjnie ograniczać krąg osób objętych działaniami operacyjnymi. Inne osoby, te które pozostają w kontakcie z podejrzanymi w pewnych okolicznościach, nie powinny stać się przedmiotem inwigilacji, biorąc pod uwagę choćby standardy art. 8 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka i jego paragrafu 2, zawierającego klauzulę limitacyjną.
Istotne jest, aby prawo krajowe precyzyjnie przewidywało okoliczności, w których osoby nie objęte bezpośrednio podejrzeniem popełnienia czynu karnego nie były objęte inwigilacją. Ustawa mogłaby dopuścić zastosowanie takich środków wyjątkowo, np. jedynie w przypadku uzasadnionego podejrzenia popełnienia szczególnie niebezpiecznych przestępstw, jak te, którym przyświeca motywacja terrorystyczna, czy za którymi kryje się obrót substancjami zakazanymi.
Dodatkowe zagrożenie dla praw jednostki wynika z wprowadzonych w 2016 roku zmiany kodeksu postępowania karnego. Te zmiany pozwalają organom ścigania przedstawianie przed sądem tak zwanych owoców zatrutego drzewa. Ta konstrukcja procesowa, zaczerpnięta ze Stanów Zjednoczonych, ma co do zasady zakazywać wykorzystania przed sądem dowodów zdobytych z naruszeniem prawa i postrzegana jest jako jedna z gwarancji stojących na straży państwa prawa. W 2016 roku Polska zdecydowała z niej zrezygnować.
Zmiany prawa wprowadzone w 2016 roku w założeniu miały odzwierciedlać przepisy Dyrektywy policyjnej 2016/680, która wymaga określonego standardu gromadzenia i przetwarzania danych osobowych przez policję i inne służby.
Istnieje więc europejski standard, którego implementacja pozwoliłaby na skuteczną ochronę praw jednostki. Polska takiej implementacji nie przeprowadziła. Tym samym uznać należy, iż istnieją w Europie przykłady dobrej praktyki, które mogłyby posłużyć za wzór dla rozwiązań krajowych. I tak, na przykład model holenderski zakłada istnienie reprezentatywnej dla wielu grup interesów komisji parlamentarnej, która ściśle nadzoruje działania służb. Precyzyjne rozwiązania, z których mogłaby skorzystać Rzeczpospolita Polska zawarte zostały także między inni w raporcie Komisji Weneckiej i wspomnianym tutaj już raporcie organizacji pozarządowych.
Podsumowując, odnotować należy, iż to nie nowoczesne rozwiązanie informatyczne stanowią zagrożenie - program Pegasus nie jest szczególnym zagrożeniem dla praw jednostki w Polsce. Stanowi on jedynie nowoczesne narzędzie, mające wspierać państwo w walce ze współczesnymi zagrożeniami, takimi jak zorganizowana przestępczość czy terroryzm. Każde narzędzie, także to najbardziej zaawansowane, może jednak być wykorzystane niewłaściwie.
Standard właściwego wykorzystania narzędzi służących do inwigilacji znajduje się w międzynarodowym prawie praw człowieka i w prawie europejskim. Mógłby on znaleźć swoje odzwierciedlenie także w prawie krajowym. Dopóki tak się jednak nie stanie, każde kolejne nowe oprogramowanie, ale i stare znane służbom metody inwigilacji, będą stanowiły rosnące zagrożenie dla praw jednostki.
Joanna Kulesza
Dr Joanna Kulesza jest adiunktem w Katedrze Prawa Międzynarodowego i Stosunków Międzynarodowych na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Łódzkiego
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 5544
- Choć żadna dziedzina życia nie jest wolna od patologii, to w ostatnich latach jej nagromadzenie widać także w wymiarze sprawiedliwości, którego takie zjawiska nie powinny dotykać, a przynajmniej nie w tej skali, jaka jest obecnie. Czy system prawny i wymiar sprawiedliwości w Polsce odszedł od zasad etycznych?
- Całkowicie odszedł. Ja bym określiła, że odszedł od elementarnej przyzwoitości. Przede wszystkim jest generalna zasada, która winna być przestrzegana, że prawo nie działa wstecz. Tymczasem w Polsce prawo działa wstecz.
Ponadto winna być przestrzegana zasada, aby prawo nie podlegało nieustannym zmianom. Prawo powinno być stabilne, gdyż ma gwarantować wolność obywatelom.
Prawo powinno być każdemu obywatelowi znane. Nadmiar zmieniających się przepisów powoduje, że prawa nie znamy. Mało tego – nawet specjaliści, np. adwokaci zajmujący się prawem karnym - też nie znają całego obszaru nowelizacji.
Zatem w każdej chwili każdy z nas może być skazany, gdyż może okazać się, że działa wbrew aktualnie obowiązującym przepisom prawa. To jest stan ogromnego braku bezpieczeństwa. W dodatku media wydają bardzo często wyroki na ludzi, nim oni zostaną osądzeni przez sądy. To przypomina sytuację sprzed 80 lat, kiedy toczył się proces Gorgonowej. Została ona skazana najpierw przez opinię publiczną – sąd działał już tylko w duchu opinii publicznej.
Ponadto przed polskim sądem to osoba niesłusznie posądzona o czyn niezgodny z prawem często musi udowadniać, iż jest niewinna.
Zalew przepisów prawnych ma źródło w nieprzygotowaniu parlamentarzystów do wykonywania swojej pracy, ich nieodpowiedzialności i upolitycznieniu i w fatalnym programie studiów prawniczych. Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że na studiach prawniczych od lat nie ma psychologii.
- A etyka jest?
- Jako przedmiot nieobowiązkowy, do wyboru. Poza tym na niektórych wydziałach prawa jest to tylko etyka chrześcijańska, co jest nieporozumieniem w państwie demokratycznym. Chyba, że przyjmiemy, iż Polska – wbrew zapisowi Konstytucji - jest państwem wyznaniowym.
Zupełnie odrębną kwestią jest odchodzenie od zasad etycznych, ponieważ w państwie demokratycznym powinno funkcjonować wiele różnorodnych poglądów moralnych z tego powodu, że państwo demokratyczne ma być wieloświatopoglądowe. Natomiast organy państwa – zgodnie z zapisem naszej Konstytucji - powinny być bezstronne, czyli neutralne w sprawach światopoglądowych.
Prawo nie powinno służyć do tego, aby przy pomocy strachu przed karą narzucać społeczeństwu jeden z systemów etycznych. Począwszy od XVIII w., od wystąpienia Kanta, w filozofii prawa nastąpił rozdział tego, co należy do prawa, od tego, co należy do moralności. Bo czymś innym jest prawo, które ma gwarantować wolność, a czymś innym moralność, którą można sobie dowolnie wybierać, gdy ma się poczucie bezpieczeństwa wywołane tym, że prawo gwarantuje każdemu jednakowy krąg wolności. Ten pogląd ma licznych przedstawicieli - powtórzył go m.in. Leon Petrażycki, a następnie filozof angielski, Herbert Hart.
- Czy nie przykładanie wagi do ducha prawa, a tylko do jego litery, co w Polsce stało się nagminne, nie wynika jednak z konformizmu przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości, ich usłużności wobec polityków, władzy?
- Istotnie, tak jest. Sędziami winny być bowiem osoby odznaczające się określonymi, cennymi właściwościami charakteru. Tymczasem brakuje przepisu, jaki obowiązywał przez II wojną światową, według którego sędzią można było zostać dopiero po osiągnięciu dojrzałego wieku. Sędzia bowiem powinien być człowiekiem mądrym, a mądrość - jeśli ktoś ją w ogóle posiądzie, jest związana z doświadczeniem życiowym.
- Prymat litery nad duchem, z czym mamy obecnie do czynienia w Polsce, podobno przyszedł z USA? W europejskiej kulturze to duch przeważał nad literą. Czy to jest wynik popkultury, czy może neoliberalizmu?
- Przyczyną obecnej tendencji prymatu litery nad duchem prawa są chyba dwie rzeczy: z jednej strony, media, które manipulują świadomością obywateli i powodują, że do parlamentu wybiera się nieodpowiednie osoby, często już skompromitowane wcześniejszym sprawowaniem władzy. W okresie międzywojennym wyraźnie przeważał duch nad literą prawa. Drugim powodem jest neoliberalizm, który prowadzi do upadku edukacji, a ten szczególnie dotkliwie odbija się na poziomie sędziów. W PRL, aby zostać sędzią, trzeba było przejść długą drogę. Dzisiaj jest ona skrócona. Trzecim powodem zapewne są interesy polityczne i środowiskowe.
- Kto powinien decydować o duchu prawa?
- Zapewne specjaliści, niezależni od władzy, czyli właściwie mądrzy profesorowie prawa, z których wiedzy dziś nie chce się korzystać, choć mają największe doświadczenie życiowe i zawodowe.
- Czy zdanie się wymiaru sprawiedliwości głównie na literę prawa nie jest samobójcze? Wszak kierowanie się sędziów tylko przepisem powoduje, że nie jest potrzebna niezawisłość sędziów – skoro na wszystko jest paragraf...
- To bardzo trafna uwaga. Występuje tu następujący paradoks; z jednej strony, państwo jest teoretycznie praworządne, wzrasta liczba urzędników, którzy stoją na straży przepisów prawa, a z drugiej strony, o rozstrzyganiu różnego rodzaju spraw decydują bardziej interesy, aniżeli litera prawa. Doszło do tego, że nie wstydzimy się dyskusji na temat ponownego uwięzienia człowieka, który wychodzi na wolność po odbyciu kary. Argument prewencyjności jest tutaj nadużyty - przecież każdy człowiek chodzący po ulicy może teoretycznie kogoś zabić. A człowiek, który odbył karę jest człowiekiem wolnym.
Degradacja stosunków międzyludzkich w Polsce, która się wyraźnie odbija na prawie i jego stosowaniu, jest rezultatem neoliberalizmu ekonomicznego, jak i amerykanizacji, której podlegamy. Także w edukacji - poziom absolwentów studiów humanistycznych jest rezultatem nauczania rozmaitych metod i teorii amerykańskich. Teorie europejskie są spychane na dalszy plan.
- Wydaje się, że hołdowanie literze prawa doprowadziło sędziów do utraty logicznego myślenia: prowadzić długotrwałe procesy wobec kataryniarza, którego papuga losuje nieopodatkowane losy po 2 zł, czy wobec starej kobiety, która ukradła - może z głodu? - kostkę masła za 5 zł, to nie tylko brak empatii, ale i logiki, nie mówiąc o trwonieniu pieniędzy publicznych. Te procesy kosztowały przecież tysiące. A dzieci odbierane biednym rodzicom i umieszczane w drogich domach dziecka, zamiast pomocy rodzinie...
- Brakuje i empatii, i logiki, bo skoro my tak w Polsce wszystko przekładamy na pieniądze, to i sędziowie powinni o nie dbać. Jednak narasta oburzenie w społeczeństwie, które na razie nie przekłada się na czyny. Oburzenie na fakt, iż kradzieże na najwyższych szczeblach są legalne, bezkarne. Zwłaszcza, że media - początkowo zainteresowane takimi sprawami – z czasem o nich zapominają. Nie wiemy np. co się dzieje w sprawie Amber Gold.
- Sprawdzamy na własnej skórze prawdziwość przysłowia: prawo jest jak pajęczyna – bąk się przebije, mucha zatrzyma. A jak ma się do tego sprawiedliwość społeczna, która dzisiaj jest mocno w odwrocie?
- Zasady współżycia społecznego winny być brane pod uwagę przy interpretacji litery prawa. Przecież przepisy prawa są z natury abstrakcyjne, ogólne, dotyczą każdego. Bez odwoływania się do sprawiedliwości społecznej nie można sprawiedliwie orzekać konkretnego przypadku. Ale to wymaga ogólnej wiedzy i rozwoju cech indywidualnych tych, którzy decydują o losach podsądnych.
- Środowisko prawnicze w Polsce jest ogólnie mówiąc – niedouczone, ale czy można powiedzieć, że jest w nim dużo patologii?
- Te patologie to nastawienie na zysk i karierę. Żyjemy w atmosferze, którą wywołuje kryzys, będący skutkiem neoliberalizmu ekonomicznego. Mówi się o tym, że zysk i konkurencja to wartości naczelne. I to odbija się negatywnie na stosunku do drugiego człowieka. A w sądzie decyduje się o losach ludzi często bardzo pochopnie, zwłaszcza jeśli nie mają pieniędzy. Przecież to patologia, jeśli człowiek bogaty może czekać na rozprawę w domu, bo wpłaci kaucję, mimo że wiadomo, iż te pieniądze pochodzą z przestępstwa, o które jest on oskarżony... Na najwyższych szczytach władzy te interesy są tuszowane.
A tzw. areszty wydobywcze, które trwają po kilka lat? Jeśli chodzi o sprawy tak fundamentalne jak przetrzymywanie ludzi w areszcie tymczasowym, to nie bierzemy pod uwagę instrukcji z UE, choć tak chętnie powołujemy się na unijne prawo.
- Część patologii wynika jednak z niechlujstwa legislacyjnego, złego stanowienia prawa, nieumiejętności przewidywania skutków wprowadzanych zmian i w konsekwencji - ciągłej jego nowelizacji. Widać to ostatnio w związku z wyjściem na wolność osób, które winny mieć wyroki dożywocia. Czyli to litera prawa jest błędnie tworzona.
- To prawda, dochodzi tu do głosu niechlujstwo, nieodpowiedzialność, nieprzygotowanie merytoryczne osób stanowiących prawo, ale i uleganie fatalnej modzie, jaką jest pseudouczone formułowanie przepisów prawa. Takie prawo jest nieczytelne nawet dla osób wykształconych. Przepisy są napisane tak, aby je można było dowolnie interpretować.
- Chcącemu nie dzieje się krzywda – czy ta rzymska zasada jest przestrzegana?
- Na pewno nie, nikt się nie przejmuje i nie liczy z losem jednostki. Państwo nie pełni swojej roli, zupełnie świadomie wyrzeka się wszelkich funkcji opiekuńczych, więc i sądy nie troszczą się o los człowieka, o życiu którego decydują. Ponadto niski poziom nauczania doprowadził do tego, że sędziowie w większości są pozbawieni empatii, bo nikt ich tego nie uczył, ani nie pomagał w jej rozwijaniu.
- Dziękuję za rozmowę.