Felietony Witolda Modzelewskiego
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 264
Od lat po cichu następuje regermanizacja Ziem Odzyskanych, czyli jednej trzeciej terytorium Polski. Jej efekty są już widoczne gołym okiem, ale groźniejsze zapewne jest to, czego się nam nie pokazuje. Co pewien czas wybuchają medialne skandale na ten temat (w Gdańsku jest ponoć nawet rondo „Wolnego Miasta”, które przecież wtedy nie nazywało się Gdańsk lecz Danzig), ale szybko są wyciszane, bo „wolne media” są proeuropejskie (czyli proniemieckie).
Powinniśmy sobie uzmysłowić, że forsowana obecnie przyspieszona integracja Unii Europejskiej, będąca jakoby reakcją na „rosyjskie zagrożenia”, prawdopodobnie doprowadzi do faktycznej (a może nawet formalnej) rewizji naszego stanu posiadania, zwłaszcza gdy dołączy do tego grona Samostijna Ukraina pod wodzą postbanderowskich polityków. W dodatku dysponująca milionową i ostrzelaną armią, którą również my będziemy w dalszym ciągu finansować. Jak zawsze dodam, że ostatecznie nie musi się tak stać (nie ma rzeczy nieuchronnych, dopóki nie staną się rzeczywistością), ale chyba wszystko do tego zmierza. Naszą rolą jest temu przeszkodzić.
Oczywiście znajdą się nasi obywatele, którzy ochoczo przyłączą się do tego dzieła, przy czym nieważne, czy robić to będą świadomie czy z głupoty. Jak wiemy, głupota w naszej historii jest najlepszym a przede wszystkim najbezpieczniejszym usprawiedliwieniem nawet największego szkodnictwa lub nawet zaprzaństwa; aby zmyć z siebie znamię zdrajcy wystarczy ogłosić, że było się zbyt głupim jak na czasy w których przyszło żyć, gdyż nie zabrakło umiejętności przewidzenia oczywistych następstw podjętych działań. Przykładów jest bez liku i nie tylko obejmują podstarzałych „chłopców Komendanta” rządzących w latach 1935-1939 (doprowadzili do klęski w wojnie z Niemcami, tracąc prawie milionową armię w ciągu miesiąca w 1939 r.), lecz również „sił antykomunistycznych” wspieranych przez robotników, których spauperyzowano oraz odebrano pracę w wyniku tzw. „terapii szokowej” lat 1989-1991.
Gdy w nowej, już Zjednoczonej Europie być może dojdzie do upokarzających kompromisów na rzecz zachodniego a być może również wschodniego sąsiada (którym nie będzie Rosja) sprawców tych nieszczęść jak zawsze usprawiedliwimy ich głupotą i być może postawimy im nawet pomniki.W końcu faktyczny autor katastrofy „sanacyjnej” Polski we wrześniu 1939 r. na co dzień patrzy na nas martwymi oczami z setek pomników. Notabene sądzę, że należy nakazać wystawić jeszcze co najmniej dwa pomniki: ostatniemu premierowi sanacyjnej Polski, generałowi Sławojowi-Składkowskiemu (najlepiej w sławojce) oraz ostatniemu ministrowi spraw zagranicznych Józefowi Beckowi, najlepiej z ciężką walizką, z którą uciekł z Polski przez Zaleszczyki w tymże wrześniu 1939 r.
Wróćmy do głupoty rodem z III RP: do Ziem Odzyskanych jesteśmy przygotowywani od ponad 30 lat „myślą, słowem i uczynkiem”. Polacy, którzy wspierali zwiększenie na zachodzie naszego terytorium o jedną trzecią, są przez klasę polityczną (nawet lewicową) nazywani oficjalnie „komunistami”, którzy (jakoby) „zagrabili” cudzą „własność”. Czyli czyją? Oczywiście biednych Niemców, których w sposób wyjątkowo okrutny „podbili Rosjanie” w latach 1944-1945.
Wschodni Niemcy więc byli, podobnie jak my, „pod okupacją sowiecką” aż do początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku. Należy więc potępić to bezprawie, oburzyć się moralnie i zwrócić mienie zagrabione wtedy przez „rosyjskiego agresora”. Prawda, że tym językiem opowiadany jest powrót Polski na Ziemie Odzyskane? Było to więc „bezprawie komunistów”, które trzeba będzie prędzej czy później „naprawić” oddając to, co „zagrabili komuniści” (którym odmawia się miana Polaków).
Są już w Niemczech partie polityczne, które oficjalnie kwestionują nasze granice. Są również polscy politycy, którzy z nimi współpracują. Nie jest to nic oryginalnego dla polskiej sceny potylicznej, bo (prawie) wszystkie partie polityczne wspierają siły polityczne rządzące w Kijowie, które prawie nie kryją swojego rewizjonizmu w stosunku do Polski. Przypomnę, że do 1945 r. na OBECNYCH terenach wschodniej Polski (Podkarpacie, Lubelszczyzna) zamieszkiwało około 100 tys. mieszkańców, których wówczas uważano za Ukraińców i przesiedlano do ZSRR a dokładnie Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. W części „Akcji Wisła”, czyli likwidacji zbrojnego podziemia banderowskiego w 1947 r., przesiedlono co najmniej kilkadziesiąt tysięcy Łemków.
Przeszłość relacji polsko-niemieckich i polsko-ukraińskich jest na tyle skomplikowana, że każda próba jej redefinicji obudzi wielu naszych wrogów. W końcu po czterech latach „pełnoskalowej wojny” udało się usunąć wpływy rosyjskie w tej części Europy, a obecny ład graniczny naszego kraju, ukształtowany pod dyktando ZSRR (były wtedy antyniemieckie), jest ostatnio pozbawiony tychże wpływów. Nikt nie będzie go bronić, a Francuzi nie tylko nie będą chcieli „umierać za Gdańsk” (w 1939 r.), ale również za polski Szczecin. W końcu to miasto dał nam Józef Stalin wbrew Brytyjczykom i Amerykanom (nasi „sojusznicy” w 1945 r.), a jego polecenie wykonali „komuniści”.
Pora obudzić się, dopóki nie będzie za późno.
Witold Modzelewski
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 903
Jednoznacznie wrogi stosunek istotnej części Zachodu do Rosji nie jest fenomenem ostatnich dwóch lat. Bezspornie to, co dziś się tam mówi, pisze, a przede wszystkim „poczynia” (tak się kiedyś mawiało), jest fenomenem i może być porównywalne tylko z antyrosyjską i przy okazji antybolszewicką propagandą Niemiec hitlerowskich lat 1941-1945. Pogarda, obelgi i nawet coś więcej niż najbardziej skrajna mowa nienawiści (tak się dziś mówi). Liderzy tej pogardy posługują się (być może nieświadomie) doktryną propagandy gebelsowskiej, wykorzystując w tym celu słowa, które moi rodzice i dziadkowie słyszeli z tzw. szczekaczek na ulicach Warszawy w okresie okupacji (oczywiście niemieckiej).
Przypomnę, że Niemcy w latach 1939-1945 odebrali Polakom radia (posiadanie ich było zagrożone wysokimi karami) - ówczesne „media”, zwane „gadzinówkami” i „szczekaczkami”, miały nas ogłupić, opowiadając o „niemieckim dziele odbudowy Europy” i o „konieczności jego obrony przed agresją bolszewicką”, mimo że to Niemcy (wraz z europejskimi wasalami) zaatakowali ZSRR.
Nie powinna dziwić zbieżność pojęciowa i estetyczna oraz językowa między propagandą antybolszewicką Niemiec w latach Drugiej z Wielkich Wojen oraz tą współczesną, która jest jednoznacznie antyrosyjska i antybolszewicka, mimo że bolszewizm należy od dawna do przeszłości. Być może współcześni polscy propagandyści walczący na tym froncie, poprzebierani za dziennikarzy, naukowców i tzw. ekspertów po prostu nie wiedzą, że piszą i mówią językami gebelsowskiej propagandy, bo należą przecież do pokolenia „świetnie wykształconego” również w zachodnich uczelniach.
Jeśli dziś jedynymi cenionymi umiejętnościami jest „znajomość języków obcych”, czyli angielskiego, a wiedzę merytoryczną dostarczy na co dzień Wikipedia i serwisy internetowe, to nie można się czepiać nieuctwa: nie są oni winni temu, że nikt ich nie uczył oraz że poszukują oni własnych ocen. Przecież dziś nie tylko nie wolno być „kontrowersyjnym” (czyli mieć inne zdanie „niż wszyscy”), ale nawet być tzw. symetrystą, czyli kimś, kto chce dostrzegać różnicę między prawdą a fałszem.
Współczesny model świadomości najbardziej przypominana uczestnictwo publiki w meczach bokserskich: musisz opowiedzieć się po jednej stronie i głośno cieszyć z tego jak „dostaje po mordzie” twój wróg. Ciekawe, dlaczego IPN nie ściga liderów współczesnej wersji propagandystów gebelsowskich, bo przecież jest to czyn zabroniony, a przynajmniej „wpisuję się” w tę narrację.
Czy Rosjanie słyszą ów nikczemny i poniżający język, którym dziś posługuje się Zjednoczony Zachód? W jaki sposób ukształtuje on świadomość zbiorową nie tylko tamtejszych elit, ale również obywateli, który utożsamiają się z tym państwem i mają świadomość rosyjską, nawet gdy nie są Słowianami i chrześcijanami? Wrogość Zachodu, a zwłaszcza władz polskich, ma charakter totalny: należy nienawidzić i pogardzać każdym obywatelem Rosji, jego kulturą, sztuką, estetyką i piśmiennictwem a nawet sportem.
O tym, jak nisko upadliśmy świadczy chociażby porównanie z czasami antycznymi, kiedy to igrzyska sportowe przerywały wojny, bo sport łączył a nie dzielił. Ogłupienie i amok antyrosyjski przybiera najbardziej absurdalne formy i nie zna jakichkolwiek kompromisów: niedawno dziennikarka jednej z rozgłośni radiowych (zwanej popularnie „radiowęzłem pewnej Gazety”), ogłosiła, że teraz nie czyta jakiejkolwiek literatury rosyjskiej, nawet kryminałów.
Wrogość i pogarda prawdopodobnie pozostawią trwały ślad w rosyjskiej świadomości. Być może powtórzy się fenomen ewolucji tożsamości zbiorowej lat 1941-1995. Przypomnę, że na początku wojny ZSRR z ówczesną wersją Zjednoczonej Europy pod niemieckim przywództwem niewielu chciało bronić tego państwa. Nawet kadrowe jednostki Armii Czerwonej masowo poddawały się do niewoli, porzucały broń i odmawiały wykonania rozkazów obrony „ojczyzny światowego przywództwa”. Żołnierzy zmuszano do walki (nieskutecznie), stawiając za ich plecami strzelające im w plecy tzw. bataliony zaporowe. Zmiana następuje dopiero w ciągu następnych dwóch lat, gdy na froncie pojawia się już kolejne pokolenie dowódców i żołnierzy, którzy zbliżają w swojej świadomości narodowej dwa dotychczas wrogie wątki: bolszewicki i rosyjski, tworząc nowy rodzaj patriotyzmu, który łączył czerwoną gwiazdę na czapkach i szerokie carskie pagony na ramionach oficerów i żołnierzy.
Niemcy, mordując wszystkich (w ich mniemaniu) przedstawicieli „bolszewizmu rosyjskiego”, czyli również wiejskich nauczycieli, listonoszy i brygadzistów w fabrykach, stali się wrogiem bezwarunkowym, a państwo sowieckie okazało się nadzwyczaj sprawne w organizacji obrony przed tym wrogiem. Po raz nie wiem który sprawdziła się stara prawda, że ten, kto ma po swojej stronie młodych i zdeterminowanych dwudziestolatków, którzy jeszcze nie znają kompromisów, jest w stanie wygrać nawet w beznadziejnym starciu: potem powtórzy się ten fenomen w Wietnamie, Afganistanie, a niedługo w Palestynie w wojnie z równie Zjednoczonym Zachodem.
Obecny jednolity, antyrosyjski front owego Zachodu posługuje się obrazem wroga, z którym nie wolno paktować. Nowy, już XXI-wieczny patriotyzm rosyjski będzie prawdopodobnie i antyzachodni i antyoligarchiczny. Nie nastąpi oczekiwane w starej Europie „uzachodnienie” (okcydentalizacja) Rosji. Nastąpi połączenie dwóch do niedawna odrębnych wątków nowej świadomości rosyjskiej: postsowieckiego i neorosyjskiego, nawiązującego do okresu sprzed bolszewickiego przewrotu i walki Rosji z bolszewizmem, która trwała do 1921 roku (a może dłużej).
Przed ponad rokiem postawiłem tezę, że obecna wojna („operacja specjalna”), będzie ostatnim przejawem (a zarazem klęską) nurtu postsowieckiego. Sądziłem, że tzw. Zachód, a przynajmniej część państw Zachodniej Europy, będzie mieć jako taką wiedzę na temat Rosji i da jej wyjść z tego konfliktu w zgodzie z dziewiętnastowieczną zasadą, że wielkie mocarstwa prowadzące ze sobą wojnę są zdolne do tego, aby natychmiast zasiąść do stołu rokowań i przywrócić pokój. Można postawić tezę, że ową zdolność odebrały Starej Europie rządy „światowego przywództwa”, firmowane przez starca, który nawet publicznie nie jest w stanie ukryć swojej demencji. Teraz ktoś chce zniszczyć jego głównego konkurenta politycznego (Donalda Trumpa) metodami, których nie powstydziłby się nawet najbardziej skrajny reżim autorytarny. Jest więc coś do ukrycia na zapleczu fasadowej polityki, o czym dowiemy się być może za kilka lub nawet kilkadziesiąt lat. Ale wtedy już możemy być w innej, azjatyckiej epoce, którą przeszłość „białasów” nie będzie obchodzić.
Witold Modzelewski
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 644
Z tego co wiem, prezydent Trump obciął fundusze, z których były finansowane te dwie propagandowe rozgłośnie radiowe obecne w świadomości Polaków od długich dziesięcioleci. Nie chcę być złośliwy, ale pragnę wyrazić współczucie dla kilku pokoleń polityków, którzy wychowali się wsłuchując się w ów „głos”. Być może tak wysoki poziom poparcia i sympatii, którymi (jeszcze) cieszą się w naszym kraju Stany Zjednoczone, jest zasługą owych rozgłośni.
Ponad pięćdziesiąt lat urabiania naiwnych, prowincjonalnych wielbicieli dało ten efekt, że część obywateli naszego kraju bardziej utożsamiało się z USA niż z państwem polskim, które notabene było tam konsekwentnie zohydzane - przynajmniej do początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku. Czyli przez prawie czterdzieści lat. Szmat czasu. Niedawno powtarzano w „opiniotwórczych mediach” nawet pogląd, że mentalnie Polacy czuli się obywatelami 51 stanu USA. Gruba przesada, ale coś było na rzeczy.
Jakie są efekty tych ponad siedemdziesięciu lat „obróbki” propagandowej? Dla nas wręcz żałosne. Niektórzy słuchacze owych rozgłośni uwierzyli w propagandowy obraz USA, który - jak to z propagandą bywa- miał (i ma) niewiele wspólnego z rzeczywistością. Oczywiście, w ciągu ostatnich trzydziestu lat utrzymywanie tych rozgłośni nie miało żadnego sensu, tak jak finansowanie badań tzw. sowietologów. Przecież owe rozgłośnie miały zaszkodzić, a zwłaszcza ogłupić społeczeństwo państw, które nazywano „komunistycznymi”, i obrzydzić im ten ustrój.
To się udało trzydzieści lat temu i nie ma co dalej gadać. Bo o czym?
Ale chętnych do darmowego chleba za pieniądze amerykańskiego podatnika zawsze było bardzo dużo, więc wciskano dalej przysłowiowy „kit”, chwaląc domniemane zalety ustroju i gospodarki amerykańskiej. Jakoś nikt tam nie zauważył „pasa rdzy”, upadku przemysłu, kretyńskiej poprawności politycznej, plagi narkomanii, powszechnej biedy. Biorąc pod uwagę podstawowe wskaźniki rozwoju cywilizacyjnego, USA lat dwudziestych tego wieku jest „supermocarstwem Trzeciego Świata”, zwłaszcza jeśli idzie o poziom śmiertelności niemowląt oraz dostępność służby zdrowia.
Wychowankowie tych byłych (?) rozgłośni czują się zrozpaczeni i bezradni. „Ameryka ich oszukała” a nawet „zdradziła”. Nie wzięli pod uwagę, że „strategiczny sojusznik” ma gdzieś naiwnych wielbicieli, którzy już „zrobili swoje” demontując swoje państwo i otwierając swój rynek dla „amerykańskich inwestorów”. Teraz rozpoczęła się wojna handlowa z USA. Jesteśmy po drugiej stronie barykady niż nasz „strategiczny sojusznik”. Jakoś nikomu nie może przyjść do głowy, że Rosja jest dla Waszyngtonu wielokrotnie ważniejsza niż Polska, a na naszych oczach odradza się znany i korzystny dla USA alians z Moskwą (kiedyś z Petersburgiem).
Co łączy dziś oba te państwa? Spoiwem jest niechęć granicząca z wrogością wobec Starej Europy, do której bez sensu – z tej perspektywy – jesteśmy politycznie przyklejeni. Może warto uświadomić wychowanków „Wolnej Europy”, że Unia Europejska podtrzymuje wojnę na Ukrainie, wspierając rządy w Kijowie wbrew polityce amerykańskiej. USA nie rozpoczęły wojny celnej z Rosją i być może jej nie rozpoczną. Coś takiego jest przecież „całkowicie nieprzewidywalne” - przynajmniej dla tych, którzy za długo słuchali propagandowych rozgłośni.
Nie będę dalej znęcać się nad „oszukanymi” i „zdradzonymi”. To byłoby zbyt obcesowe. Nawołuję ich do przemyśleń i poszukiwania dróg wyjścia z depresji intelektualnej. Skończył się amerykański protektorat w tej części świata, bo utrzymanie tego imperium jest już nieopłacalne i brakuje na nie środków. Przegraliśmy „naszą wojnę” na wschodzie. Czy warto być po stronie przegranego w wojnie USA z Unią Europejską?
Witold Modzelewski
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1301
Jeden z krytycznych wobec rządzących socjologów w równie opozycyjnych mediach zbeształ wszystkich, którzy krytykują „współczesny kapitalizm”. Stwierdził również, że „całe to ględzenie, jaki ten kapitalizm jest okropny, jest absurdalne” (I. Krzemiński, Bronię liberalizmu, „Rzeczpospolita Plus Minus”,11-12.01.20).
Mimo że słowa te były adresowane do lewicy, która – jego zdaniem – chce likwidacji kapitalizmu i „rozdania wszystkiego po równo”, pozwolę sobie odnieść się do tej myśli. Czy nasz „kapitalizm jest okropny”? Najpierw odpowiem na pytanie, co rozumiem przez pojęcie kapitalizmu, a zwłaszcza czy ustrój ekonomiczny w Polsce, panujący od czasów tzw. reform Balcerowicza, jest „prawdziwym kapitalizmem”? A jest? Nie wiadomo, a raczej nie jest lub jest swoistym kapitalizmem.
Przed wojną państwo polskie też nie było państwem kapitalistycznym, więcej, było państwem antykapitalistycznym. Polska reaktywowana przed stu laty była antykapitalistyczna (wystarczy przypomnieć poglądy na ten temat osób rządzących tym państwem, zwłaszcza Józefa Piłsudskiego oraz „chłopców Komendanta”), przy czym wrogość wobec kapitalizmu nie musi być przecież lewicowa. Może być plemienna, agrarna, a nawet wyłącznie inteligencka.
Druga RP, powstająca jeszcze w czasie pierwszej z wielkich wojen, była w istotnej części projektem niemieckim, a jej początek dał akt dwóch cesarzy z dnia 5 listopada 1916 roku, który zakładał antykapitalistyczne odprzemysłowienie byłej Kongresówki, co miało nastąpić w porozumieniu z ziemiaństwem reprezentującym wówczas główny żywioł polski. Przemysł Kongresówki był w rękach Żydów, Rosjan i innych cudzoziemców, obnosił się swoim bogactwem i zabierał siłę roboczą ze wsi. Realizujący ten program politycy polscy (?) wiedzieli, w czym uczestniczą, nienawidzili „obcych” kapitalistów, chcieli pomóc Niemcom w ich wyniszczeniu i w dużej części plan ten zrealizowano. Każdy, kto chce poznać stan świadomości polskich elit tego okresu i ich stosunek do kapitalizmu, niech sięgnie i uważnie przeczyta najważniejsze (moim zdaniem) dzieło Reymonta, czyli Ziemię obiecaną. Ówczesna polskość była w kontrze do kapitalizmu, który był obcy narodowo i klasowo.
Nie chciano również tworzyć polskiej klasy kapitalistów ani przed wojną, ani tym bardziej w czasach PRL-u. Co najważniejsze, nie formowano jej także po 1989 roku. Majątek przemysłowy i handlowy przedsiębiorstw państwowych miał co najmniej przejść w ręce „zagranicznych inwestorów”, a powstała w tym czasie niewielka warstwa miejscowych oligarchów była z istoty tworem sezonowym, gdyż zarabiała głównie dzięki wyprzedaży za bezcen przejętej masy upadłościowej, w którą przekształcono istotną część (większość?) polskiego przemysłu w wyniku Balcerowiczowskiej „transformacji”.
Scenariusz przecież był podobny do tego z przeszłości: zniszczyć państwowy i spółdzielczy przemysł, odebrać ludziom oszczędności, tak aby Polska wróciła do agrarnej utopii, tworzonej na tych ziemiach po raz pierwszy pod koniec I wojny światowej, a tym samym by za darmo oddała swoje aktywa, a przede wszystkim ludzi. Oczywiście najważniejszym celem taktycznym było osłabienie związków zawodowych, a zwłaszcza Solidarności, która rozsiadła się wygodnie w „komunistycznych” przedsiębiorstwach – nie będzie tych przedsiębiorstw, to nie będzie też groźnych, „rozwydrzonych” związkowców. Tu interesy komunistycznej nomenklatury i rzeczywistych twórców owego programu były w pełni zbieżne, ale to tak na marginesie.
Co równie istotne, od 1989 roku nie oszczędzano także byłych „prywaciarzy”, którzy jakoby musieli się przekształcić w „prawdziwych kapitalistów”. Władze państwowe były dość opresyjne w stosunku do nowego sektora prywatnych przedsiębiorstw, które powstawały oddolnie, bez przejmowania za bezcen majątku państwowego. Oczywiście nikt nie przeszkadzał „zagranicznym inwestorom”, którzy częściowo przejęli ekspaństwowy przemysł; im dawano przywileje podatkowe, rozciągano nad nimi parasol ochronny, a o jakichkolwiek represyjnych kontrolach nikt nie słyszał. Najważniejsze, że pozwalano im (i pozwala się do dziś) transferować zyski i unikać opodatkowania. Dla nich tworzy się przepisy, które m.in. eliminują ich miejscowych konkurentów.
Wiemy, że „kapitalizm” trzeciej RP jest w istotnej części patologiczny, postkolonialny, a najważniejszą rolę odgrywają w nim nasi „partnerzy strategiczni”, którzy biorą to, co chcą i likwidują każdą potencjalną konkurencję. Tak jak w latach 1916–1918 niemiecki okupant niszczył prywatny przemysł Kongresówki, tak głównie niemiecki protektor w latach 1989–2015 (a może dłużej) kształtował w białych rękawiczkach obraz polskiej gospodarki. I wtedy, i teraz nastąpiło trwałe „odprzemysłowienie”, przy czym jednak polscy przedsiębiorcy w ciągu ostatniego trzydziestolecia potraktowali bardzo serio wolność gospodarczą i prawo do bogacenia się; obronili wiele, nawet sporo odzyskali, ale równie wiele stracili. Czy z tychże ludzi zrodził się polski, ale czy „prawdziwy kapitalizm”? Dopóki będzie otoczony przez zagraniczne i w większości wrogie im „instytucje finansowe”, a zwłaszcza banki, będzie to bardzo trudne.
Jedyną naszą wielką szansą było zdobycie rynków wschodnich, a przede wszystkim rosyjskiego, bo na zachodnim nikt nie pozwoli nam urosnąć do zbyt dużych rozmiarów. To wtedy nasi „partnerzy strategiczni” narzucili nam antyrosyjską retorykę i udział w sankcjach ekonomicznych, które na wiele lat wyeliminowały nas z tamtego rynku. Nasz kapitalizm nie jest „okropny”, tylko zależny. Gdy miejscowi, tzw. „nietransformacyjni” kapitaliści dostatecznie się wzbogacą, a państwo na rozkaz „zagranicznych inwestorów” nie będzie ich niszczyć, to mamy szansę wybić się na niepodległość i zakończyć okres postkolonialny. Kapitalizm bez kapitału jest ustrojem patologicznym.
Witold Modzelewski

