Felietony Witolda Modzelewskiego
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 38
Zwykli Europejczycy nie chcą wojny z Rosją w interesie władz w Kijowie
Co pewien czas słyszymy coś, co kiedyś nazwano by „powtórką z rozrywki”. Reakcja na kompletną porażkę polityki wschodniej „kolektywnego Zachodu” wypisz wymaluj przypomina nasze biadolenie sprzed 80 laty. Scenariusz jest wciąż taki sam: zaczyna się od aroganckiego prężenia muskułów, pogardliwego poczucia wyższości, a kończy upokarzającą porażką, którą przykrywa się wyrzutem „nieprzewidywalności” naszych (pseudo) sojuszników.
Jaki był sens marnowania setek miliardów euro na z góry przegraną wojnę, zaklinając rzeczywistość, że ”Rosja tej wojny nie może wygrać”? Przecież każdą wojnę, nawet najbardziej „sprawiedliwą”, można przegrać, zwłaszcza gdy przeciwnik jest większy i silniejszy. Słyszymy dziś polityczne opowiastki o jakiś „500 mln ludzi”, którzy „proszą 300 mln, aby pokonać 140 mln”. Czy aby choć jeden promil owych 500 mln ludzi chce umierać w okopach Mariupola za „walczącą Ukrainę”? Absurd tu goni absurd.
Każda kolejna „prawda etapu” wypowiadana w zgodzie przez (prawie) cały „kolektywny Zachód” jest zaprzeczeniem poprzednich „prawd”, które wypowiadano z takim samym namaszczeniem. Przez trzy lata dawano liczone w setki miliardów (euro lub dolarów) donacje skorumpowanej (lecz jakoby „prozachodniej”) kleptokracji ponoć po to, aby przy jej pomocy „pokonać Rosję”, aby (już nie zagrażała Europejczykom).
Było w tym działaniu coś wyjątkowo cynicznego, bo zdrowy rozsądek i doświadczenie życiowe podpowiadało, że z perspektywy zwykłych Ukraińców owa wojna nie może skończyć się dla nich tylko wyniszczeniem i grabieżą - niezależnie od tego, jakie bzdury na temat jej wyniku będą opowiadać „wolne media”. I czym później zakończy się ta wojna, tym straty słabszego będą bezwzględnie i proporcjonalnie większe. To przecież była (jakoby) „nasza wojna”, której (jakoby) celem było wyzwolenie wszystkich bez wyjątku ziem tego państwa spod cudzej okupacji, a przede wszystkim takie osłabienie Rosji, która miała „prosić o pokój”. Po trzech latach owej pomocy twierdzi się, że „osłabiona Rosja” zagraża trwale przestraszonym politykom, którzy chcą nam narzucać jeszcze większe zbrojenia.
Z tej perspektywy poprzednie trzy lata nie miały żadnego sensu, bo przecież gdyby wojska rosyjskie nominalnie zajęły istotną część, a nawet większość, ziem tego państwa, to Rosja ugrzęzłaby militarnie na wiele dziesięcioleci, próbując spacyfikować te tereny. Przypomnę, że uśmierzenie oporu proniemieckiej partyzantki ukraińskiej (UPA i OUN) po drugiej wojnie światowej zajęło dużo silniejszej Armii Czerwonej ponad pięć lat. Przecież z punktu widzenia Rosji próba podboju całości ziem tego państwa byłaby największym oczywistym błędem od 1940 roku, gdy ówczesny ZSRR zaatakował dużo mniejszą Finlandię. Lecz w Helsinkach rządzili ludzie o kwalifikacjach politycznych, z którymi nie może równać się były komik i jego ekipa „zielonych trubadurów” (jak ich nazywają Ukraińcy). Finowie oddali część ziem w zamian za pokój; bo po cóż komu ziemia, gdy wyginą lub uciekną jej mieszkańcy?
Podobnym kompromisem skończy się również ta wojna, tylko szkoda setek tysięcy zabitych, miliona kalek i kilkunastu milionów emigrantów. Antyrosyjska partyzantka na okupowanych terenach będzie mieć marginalne znaczenie, bo większość potencjalnych chętnych zginęła lub uciekła zagranicę. Nie bez powodu również większość naszych rodaków mówi, że nie ma zamiaru odejmować sobie więcej od ust dla sfinansowania jakiś gigantycznych zbrojeń. Sam ten pomysł jest czymś absurdalnym, a zwłaszcza utworzenie półmilionowej armii. Bez przymusu i łapanek w stylu iście ukraińskim nie uzbiera się nawet połowy tej armii. Czy ktoś o zdrowych zmysłach uwierzy, że „żyjące w sieci” lemingi z „pokolenia Z” pojadą dobrowolnie do koszar, aby potem gnić w okopach „wschodniej flanki NATO”, tym razem w wersji odchudzonej (bez USA)? Czy ktoś naprawdę wierzy, że za cztery lata Amerykanie wybiorą ponownie Joe Bidena, albo jego rechoczącą wciąż zastępczynię po to, aby dokładać do „naszej wojny” z Rosją? Litości.
Cóż pozostało przegranym? Biadolić nad „czwartą zdradą Zachodu”, szybko spakować manatki („plecaczek”) przed ucieczką od odpowiedzialności. Pożegnamy się bez żalu. A im pozostanie trud naprawy tego, co zepsuli. Najnowszy pomysł przegranych jest następujący: chcą nas przy pomocy straszenia wojną z Rosją skłonić do zgody na przekształcenie Unii Europejskiej (tylnymi drzwiami) w jakąś IV Rzeszę. To też zakończy się porażką, podobnie jak chociażby równie mądry pomysł Zielonego Ładu. Czeka nas duże sprzątanie naszego domu.
A tak na koniec przy okazji: prezydent Trump likwiduje dwie rozgłośnie propagandowe: „Głos Ameryki” i „Wolną Europę”. Składam wyrazy współczucia pokoleniom wychowanym przez te media. Skąd będą czerpać wiedzę o „amerykańskim przywództwie”?
Witold Modzelewski
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 153
Rok 2024 to był zły rok: drożyzna nośników energii, zubożenie, niespełnione obietnice wyborcze, zwłaszcza te podatkowe tak istotne dla obywateli, chaos i nieudolność rządzących (ta ostatnia przypadłość może być jednak zaletą tych, którzy chcą coś zepsuć) oraz pogłębiająca się destrukcja państwa (neosędziowie, neoprawo, neopaństwo). Ogólna beznadzieja i niekompetencja. Nie będę litościwy: w tym roku „słudzy narodu ukraińskiego”, którzy od co najmniej trzech lat rządzą naszym krajem (może dłużej?), zapowiedzieli „ostateczne zwycięstwo nad Rosją”, która miała rozpaść się pod ciężarem „miażdżących sankcji” kolektywnego Zachodu oraz ofensywy wojsk „walczącej Ukrainy”. W wyborach prezydenckich za oceanem miała zwyciężyć chichocząca dama zwłaszcza dzięki powszechnemu poparciu celebrytów i „wolnych mediów”.
Były jednak wydarzenia dające nadzieję na 2025 rok. Najważniejszym jest oczywiście zapowiedź zakończenia „naszej wojny” przez nowego prezydenta USA. Optymizmem napawa również głębokie osłabienie „europejskiego przywództwa” w wyniku kryzysu politycznego w dwóch najważniejszych stolicach Starej Europy: śmiem twierdzić, że spełniła się tu moja prognoza jeszcze sprzed trzech lat, że bezmyślne zaangażowanie w wojnę z Rosją rękami i krwią Ukraińców osłabi na wiele lat integracyjne zapędy liderów Unii Europejskiej z Berlina oraz Paryża (na zawsze?). Absurdy ekonomicznego otwarcia na import taniego zboża z Ukrainy oraz bezsens Zielonego Ładu miały tu również istotne znaczenie. Popłoch wśród proeuropejskich polityków jest już trudny do ukrycia. Nie mają już szansy na odbudowanie swojej pozycji nie tylko w wymiarze międzynarodowym.
Rok 2025 będzie rokiem pożegnań. Postaram się wymienić tych, których rok ten obdarzy serią porażek oraz upokorzeń. Zacznę od tych najważniejszych. Rozpad a następnie rozbiór Ukrainy w wyniku realizacji „programu pokojowego” narzuconego przez nowego prezydenta USA, zakończy się upadkiem obecnego prezydenta Ukrainy, oczywiście jeśli przeżyje tę klęskę. Nikt nie będzie go żałował, zwłaszcza jego rodacy: rządzi on tylko dlatego, że nie zorganizował w terminie wyborów prezydenckich. Mniejsza o to, co się z nim stanie, bo tu wszystkie warianty są możliwe. Będzie symbolem największej od lat katastrofy narodów tworzących to państwo, która przecież nie była czymś nieuchronnym.
Nie wróci ponad dziesięciomilionowa emigracja, resztki majątku tego państwa rozdrapią oligarchowie lub zwykli przestępcy. Na długo, może nawet na zawsze pogrzebano idee „Wielkiej Ukrainy”: jej faktyczna państwowość zostanie zredukowana do byłej Galicji Wschodniej, której nikt nie chce (chciano nam podrzucić ten problem, ale bezskutecznie).
Drugim przegranym będą politycy koalicji rządzącej od roku w naszym kraju. W Waszyngtonie postawiono na nich przysłowiowy krzyżyk. Będą prawdopodobnie upokarzani przez nowego ambasadora (może ambasadorzycę) w sposób dużo bardziej dosłowny w porównaniu z czasami rządów pewnej damy w czasie poprzedniej kadencji Donalda Trumpa. Być może nowe światowe przywództwo, które nie zaprosiło na swoje zaprzysiężenie obecnego premiera (też Donalda), przyśpieszy przemeblowanie naszej sceny politycznej, co zaowocuje również przyśpieszonymi wyborami parlamentarnymi. Upokorzenia zaczęły się już w 2024 roku. Czy można podejrzewać, że węgierski azyl dla ściganego przez obecną władzę byłego wiceministra sprawiedliwości był tylko inicjatywą premiera Węgier?
Powolny, acz nieuchronny rozkład liberalno-lewicowej koalicji nabierze tempa jeszcze przed wyborami prezydenckimi a potencjalny sukces „ichniego” kandydata nie jest potrzebny przeciwnikom europejskiego przywództwa. Pierwsi opuszczą ten okręt prawdopodobnie ludowcy: przechodzenie na stronę zwycięzców należy przecież do istoty politycznego rzemiosła.
Trzecim przegranym będzie Unia Europejska pod rządami słabnącej z każdym dniem pani Ursuli. Jej wybór na to stanowisko, a przede wszystkim używany przez nią język oraz jej wyobrażenia, należą do epoki, która definitywnie przechodzi do historii. Nie będzie chciał z nią rozmawiać na poważnie nikt z wielkich tego świata: bo nikt tam nie chce odbudowy „europejskiego przywództwa”. Polityczny kryzys już w trzech stolicach unijnej Europy jest sukcesem jej wrogów. A w polityce nie ma przyjaciół i trwałych sojuszy.
Dziś najważniejszym wrogiem całego USA i reszty Zachodu jest Globalne Południe. Aby wyrwać z jego objęć Rosję poświęci wiele; nie tylko nową Europę.
Wszystkim czytelnikom życzę szczęśliwego Nowego Roku. Sądzę, że przyniesie on koniec „naszej wojny”.
Witold Modzelewski
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 963
Stulecie pokoju ryskiego przypadające w tym roku powinno być inspiracją nie tylko dla analiz historycznych dotyczących powoli już zapomnianej przeszłości, lecz również dla rozważań jak najbardziej współczesnych. Trwające faktycznie od sierpnia 1920 r. do marca 1921 r. negocjacje pokojowe miały początkowo charakter dwustronny – polsko-bolszewicki, później przekształcając się w rozmowy czterech stron, bo delegacja polska uznała jako strony tychże rozmów kolejne dwa państwa: Białoruś i Ukrainę, oczywiście reprezentowane przez polityków lewicowych, związanych z bolszewikami.
Warto bowiem przypomnieć, że relacje polsko-bolszewickie, reprezentowane po naszej stronie przez ludzi związanych z Naczelnikiem Państwa, były nawiązane dużo wcześniej i nigdy nie zostały przerwane, w tym również podczas wyprawy kijowskiej oraz będącej jej następstwem wojny, którą do dziś nazywamy wojną polsko-bolszewicką. Nawet jednak tym pojęciem musimy posługiwać się dość ostrożnie, bo państwo polskie, zarówno to uznane przez nas dziś za niepodległe, czyli istniejące w okresie po 11 listopada 1918 r., jak i efemeryda pod nazwą „Królestwa Polskiego” istniejąca w latach 1916-1918, również nie była w sensie prawnym w stanie wojny ani z Rosją, ani z państwem bolszewickim, bo przecież były to dwa odrębne twory prawne.
Państwo rosyjskie, będące od abdykacji Michaiła II (był cesarzem formalnie jeden dzień po ustąpieniu Mikołaja II) republiką, istniało w sensie prawnym w 1921 r., nikt nie zlikwidował go w sensie prawnym, co najważniejsze - jego przedstawiciele brali udział w konferencji wersalskiej. Ale nawet pseudopaństwo rządzone przez Radę Regencyjną, mimo nacisków ze strony jego niemiecko-austriackiego protektora, nie wypowiedziało wojny ani Rosji, ani innym państwom ententy: było nic nieznaczącym wasalem przegrywających wojnę państw centralnych. Natomiast w jakimkolwiek zakresie ów twór, który chcąc nie chcąc zalicza się do naszej historii („historii haniebnej”?), nigdy nie był wrogiem państwa bolszewickiego. Więcej – jego politycy chcieli stać się stroną negocjacji w Brześciu, które w 1918 r. doprowadziły do pokoju między niemieckojęzycznymi protektorami polskich kolaborantów a państwem bolszewickim.
Biorąc pod uwagę, że istniała ciągłość prawna między owym Królestwem Polskim a władzami już Rzeczypospolitej Polskiej utworzonymi po 11 listopada 1918 r. (to Rada Regencyjna przekazała swoją „władzę” przywiezionemu z Berlina Józefowi Piłsudskiemu, który ogłosił się w związku z tym „Tymczasowym Naczelnikiem Państwa”), relacje między stroną polską a państwem bolszewickim były wynikiem owego pokoju brzeskiego, o jakimkolwiek stanie wojny nie było mowy. Wręcz odwrotnie: Rada Regencyjna miała swoje przedstawicielstwo przy władzach państwa bolszewickiego, które istniało również po samorozwiązaniu się owej Rady.
Bolszewicy w latach 1919-1920 – jeszcze przed wyprawą kijowską - wielokrotnie proponowali zawarcie z państwem polskim układu pokojowego, a ich hojność w dzieleniu się z nami ziemiami, które do 1772 r. należały do państwa polsko-litewskiego, a z perspektywy Rosji były częścią „jedinoj niedelimoj Rosiji”, była bardzo duża. Jeszcze na początku 1920 r. – w zamian za uznanie dyplomatyczne – „dawali” nam dużo więcej spornego terytorium niż uzyskaliśmy za rok w traktacie ryskim. Na zawarcie formalnego pokoju z bolszewikami nie zgadzały się jednak państwa ententy, bo one wciąż uznawały istnienie Rosji, którą dziś w naszej polityce historycznej myli się z bolszewikami.
Po co przypominam te fakty? Przede wszystkim, aby przypomnieć, że ówczesnym politykom naszego państwa było dużo bliżej do bolszewików niż do Rosji. Co prawda w latach 1918-1920 Paryż i Londyn zmusił władze w Warszawie do nawiązania rozmów z wojskami rosyjskimi, a przede wszystkim z Armią Ochotniczą dowodzoną przez generała Antona Denikina, ale jak wiemy nigdy nie doszło do współdziałania militarnego między wojskiem polskim a armią rosyjską w walce z bolszewikami: wręcz odwrotnie – doszło do udanego zawieszenia broni między Polakami a Armią Czerwoną właśnie po to, aby mogła pokonać wojska rosyjskie. Nie było często podkreślanej dziś wrogości polsko-bolszewickiej, a często po obu stronach stołu w czasie rozmów bilateralnych siedzieli ludzie, którzy nie tylko się wcześniej dobrze znali, ale byli etnicznymi Polakami.
Witold Modzelewski
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1046
Współczesne „atrakcje” cywilizacji amerykańskiej
Niedawno przeczytałem kategoryczną tezę jednego z aktywnych medialnie rusofobów (rusofile nie mają prawa głosu), że „Rosja nie jest atrakcyjna kulturowo” i dlatego musimy być ulegli wobec „amerykańskiego protektoratu” (określenie prof. Zbigniewa Brzezińskiego).
Jeśli dobrze pojmuję tę myśl, nie jesteśmy dla siebie atrakcyjni („polskie badziewie”?), musimy więc mieć kulturę importowaną, a ta rodem zza oceanu jest „atrakcyjna” i dlatego ją musimy wybrać.
Bezsporne jest to, że cytowany na wstępie rusofob miał zapewne na myśli kulturę masową, zwłaszcza wypreparowany świat wideoklipów przeznaczonych na eksport do widza zarówno z Singapuru, jak i Afryki oraz Polski. Są to „produkty” o uniwersalnej estetyce, która ma być czytelna dla możliwie najbardziej masowego odbiorcy, jeśli chce on uciec od swojej estetycznej tożsamości. Jest to jednak kultura o „krótkim okresie przydatności”, mimo wysokiej wartości biznesowej. Inaczej mówiąc – podobnie jak większość współczesnych towarów – ma szybko się zużyć po to, aby można było ją zastąpić nowym „produktem”.
Jeśli ktoś nie wierzy w prawdziwość tej tezy, proponuję przeprowadzenie bardzo prostego „eksperymentu” myślowego. Kiedyś głównym „towarem eksportowym” amerykańskiej kultury były tzw. westerny: dobrzy kowboje, źli bandyci, najgorsi oczywiście „dzicy czerwonoskórzy”. Gdy dziś obejrzymy dowolny produkt z tej półki, będziemy porażeni jego beznadzieją, wręcz prymitywizmem intelektualnym i estetycznym (zły bandyta musiał być brzydki, nieogolony i brudny), rasistowską pogardą dla „kolorowych” i kobiet oraz obowiązkowym skretynieniem wszystkich pozytywnych bohaterów. A jakich doznań doświadczamy, gdy oglądamy nie tak dawno wyprodukowane światowe szlagiery filmowe jak Rambo czy Rocky? Z podobnymi odczuciami będziemy za 10 lat oglądać współczesne szlagiery amerykańskiego eksportu kulturowego o „herosach” agresji na Irak.
Czy obok tych „towarów jednorazowego użytku” ze świata kultury masowej używamy dziś na co dzień jakichś nowych amerykańskich towarów, które są lepsze od substytutów lub nie mają tychże substytutów? Z przeszłości zostały nam tylko coca-cola i dżinsy. Nie kupujemy amerykańskich samochodów, lodówek czy telewizorów, bo ktoś inny oferuje coś lepszego i tańszego, a o żywności zza oceanu nawet współczesna poprawność nakazuje mówić z obrzydzeniem.
Czasy supremacji cywilizacyjnej Stany mają już dawno za sobą, a ów sukces w przeszłości zawdzięczały ekonomicznemu i estetycznemu wyniszczeniu, które zafundowały Europie „Wielkie Niemcy” w latach 1939-1945. Gdy konkurent jest poturbowanym nędzarzem, łatwo prześcignąć go „cywilizacyjnie”.
Rosja jest rugowana z przekazu kulturowego przez obowiązującą w naszym kraju rusofobię, lecz nie powinniśmy tam szukać jakiejś alternatywy dla amerykańskiej tandety. Nie tędy droga, nie w tym rzecz. Musimy się wyzwolić z roli plagiatorów, których nie stać na własną tożsamość estetyczną, kulturową i cywilizacyjną. Miarą naszych osiągnięć nie może być kopiowanie obcych wzorców. Jesteśmy zdolni do wytworzenia oryginalnej estetyki, która będzie tworzyć naszą współczesną i przyszłą tożsamość. Ale musimy wyrwać się z zależności, którą umacnia nasza bieda i wyniszczenie miejscowej wytwórczości. Tylko dzięki osiągnięciu nadwyżki dochodów jakakolwiek wspólnota może (choć nie musi) tworzyć własny zasób kulturowy. Nędzarze są skazani na importowaną estetykę i cywilizację.
Gdy pożegnamy amerykański protektorat, opodatkujemy również „zachodnich inwestorów”.
Niedawno podczas dyskusji na temat relacji polsko-rosyjskich zorganizowanej przez Wydawnictwo Instytutu Studiów Podatkowych jeden z uczestników powiedział, że jedynym „celem strategicznym” polityki amerykańskiej w Polsce jest ochrona kilku – w sumie z perspektywy gospodarki tego kraju drugorzędnych – „inwestorów”, którzy nie chcą tu płacić podatków. Dopóki władze polskie nie będą przeszkadzać w zarabianiu na „preferencyjnych warunkach”, to będziemy się zaliczać do „wolnego świata”, bronionego (oczywiście słownie) w bezkompromisowy i nieprzejednany sposób przez owo supermocarstwo.
Wszystkie nadęte dyrdymały opowiadane na temat „niezmiennych i nadrzędnych zasad polityki amerykańskiej” są zawracaniem głowy, bo tam władza państwowa jest swoistą firmą usługową, której świadczenia można kupić poprzez inwestycje na rynku wyborczym. Jest to przecież sensu stricto gospodarka rynkowa: jeśli np. nie chcesz płacić podatków w jakimś państwie, możesz kupić sobie tę usługę prywatnie od jakiegoś „Andersena”, albo „zainwestować w politykę”, w tym amerykańską. W ten sposób można rozwiązać ów problem w całym „protektoracie amerykańskim”, a nawet powiększyć jego zasięg przez zmianę rządów jakiegoś kraju z „autorytarnych” na „demokratyczne” (czyli proamerykańskie).
Część słuchaczy pod wpływem tego dictum nawet rozejrzała się wokół z niepokojem. Czy autor powyższej tezy nie przekroczył aby tej cienkiej linii, za którą nawet słuchający tracą poczucie bezpieczeństwa? Przecież opiniotwórcze i liberalne media, medialni przedstawiciele nauki, a przede wszystkim cała klasa polityczna (bez wyjątku?) reprezentują całkowicie przeciwstawne poglądy. Ten, kto kwestionuje nie tylko „przywództwo” amerykańskie, ale również wyłącznie szlachetne i bezinteresowne motywy tego przywództwa, powinien milczeć. Nie ma prawa głosu, bo wolność słowa jest przywilejem tylko tych, którzy mieszczą się w oficjalnej poprawności. Reszta jest przecież „wrogą propagandą”.
Sądzę, że od pewnego czasu wielu autentycznych entuzjastów „Zachodu”, którzy bezinteresownie (zapewne są tacy) wspierali słowem, a nawet czynem zniszczenie Polski zwanej do 1989 r. „Ludową”, przeżywa dziś nie lada rozterki. Ponoć od tej daty „odzyskaliśmy niepodległość”, bo zakończyła się jakaś „okupacja” (sowiecka), a ledwo skrywaną cechą owej „niepodległości” jest panoszenie się obcych ambasadorów (bynajmniej nie rosyjskich), którzy w interesie jakiegoś „zachodniego inwestora” każą zmienić „polskie przepisy”, np. podatkowe, aby mógł on lepiej zarabiać.
Ja to znam z bliska. Od kilku lat postuluję proporcjonalne do papierosów opodatkowanie tzw. podgrzewaczy („wyrobów innowacyjnych”), których głównym dostawcą jest oczywiście tego rodzaju „inwestor”. Do października 2020 r. towary te nie były w ogóle opodatkowane akcyzą, a od tej daty obciążająca je akcyza jest pięciokrotnie niższa niż dla papierosów.
I co wynika z moich starań, które dałyby do budżetu ponad miliard złotych rocznie? Tylko tyle, że jestem publicznie i prywatnie atakowany przez ten koncern (można sobie przeczytać w Internecie) oraz przez przekupnych „dziennikarzy”, oczywiście „liberalnych”, ale również „prawicowych” (tu rządzi niepodzielnie PO-PiS). Jeden z polityków (opozycyjnych) powiedział mi nawet wprost, że opodatkowanie owych podgrzewaczy będzie na poziomie głównego substytutu (czyli papierosów) tylko wtedy, gdyby z jakichś powodów skurczyły się w Polsce wpływy amerykańskie, a do tego „dopuścić nie wolno”, bo nadejdzie wtedy „zagrożenie rosyjskie”. Nic dodać, nic ująć.
Witold Modzelewski