Medycyna (el)
- Autor: Justyna Hofman-Wiśniewska
- Odsłon: 12349
Z dr. med. Krzysztofem Tothem, specjalistą medycyny nuklearnej rozmawia Justyna Hofman-Wiśniewska
- Czym jest dzisiaj medycyna nuklearna?
- To dział medycyny zajmujący się bezpiecznym wykorzystaniem radioizotopów w diagnostyce i terapii medycznej. Obecnie jej rozwój przebiega jakby na kilku piętrach. Ta powszechna, podstawowa medycyna nuklearna, stosowana jest w diagnostyce i terapii, a jej zakres stale się zwiększa. Na przykład, scyntygrafia stała się jednym z pierwszych badań w przypadku infekcji dróg moczowych u dzieci.
Praktycznie urografia przestała już być standardowym podstawowym badaniem diagnostycznym u tych pacjentów.
Scyntygrafia jest badaniem obrazowym, wystarczającym na pewnym etapie diagnozowania i najmniej obciążającym dziecko. Tak więc radykalnie zmienił się sposób postępowania i myślenia. Pediatrzy w Polsce coraz częściej po wykonaniu usg kierują dziecko na scyntygrafię, a potem dopiero, zależnie od wyniku, zlecają bardziej inwazyjne badania. Scyntygrafia jest także często zlecana w chorobach onkologicznych kości, także dość powszechnie jest stosowana w ortopedii. Mówimy o tym podstawowym poziomie medycyny nuklearnej.
- Na półpiętrze znajdują się...
- Urządzenia hybrydowe. Takim jest system SPECT/CT . Daje on unikatową możliwość jednoczasowej rejestracji obrazów scyntygraficznych (SPECT) i tomografii komputerowej (CT), co pozwala na zwiększenie w istotnym stopniu czułości i specyficzności diagnostyki obrazowej, mającej największe znaczenie w onkologii. Urządzenie PET-CT z kolei łączy skaner PET z tomografem komputerowym, co umożliwia wczesną diagnostykę nowotworów oraz chorób układu sercowo-naczyniowego i ośrodkowego układu nerwowego. U chorych na nowotwory pomaga również sprawdzić skuteczność zastosowanej terapii. Rozwiązania hybrydowe łączą klasyczną medycynę nuklearną z radiologią.
- Drugim piętrem jest PET?
- PET zrewolucjonizował onkologię. Obecnie w Polsce PET-ów jest już ponad 10; znajdują się w kilku szpitalach publicznych, ale i w centrach prywatnych. PET - Positron emission tomography, czyli pozytonowa tomografia emisyjna - to technika obrazowania, w której rejestruje się promieniowanie powstające podczas anihilacji pozytonów, czyli anty-elektronów. Źródłem pozytonów jest podany pacjentowi izotop o krótkim czasie połowicznego rozpadu. W badaniu PET wykorzystuje się fakt, że określonym zmianom chorobowym towarzyszy zmiana metabolizmu niektórych związków chemicznych. PET stosuje się głównie w onkologii, przy badaniach mózgu, serca, stanów zapalnych niejasnego pochodzenia. Umożliwia też wczesną diagnozę choroby Huntingtona. Zastosowanie PET znacząco wpłynęło także na poszerzenie wiedzy o etiologii i przebiegu choroby Alzheimera, Parkinsona czy różnych postaci schizofrenii i padaczki.
- Największe obecnie usługi oddaje w onkologii?
- Tak, dzięki diagnostyce PET istnieje prawdopodobieństwo rozpoznania nowotworów u ponad 90% badanych pacjentów. Takiego wyniku nie daje się osiągnąć przy pomocy żadnej innej techniki obrazowania.
- Największe nadzieje wzbudzają nowe znaczniki...
- Generalnie chodzi tu o nowe znaczniki wykorzystywane głównie w onkologii, które pozwalają „obrazować" metabolizm. W dużej mierze wszystko opiera się o PET. Jest już duża grupa znaczników, które nie tylko będą pozwalały wybierać optymalny dla danego chorego sposób leczenia, ale umożliwią także kontrolę efektów terapeutycznych w trakcie leczenia chorób nowotworowych, np. za pomocą chemioterapii. Jeżeli dany znacznik jest wychwytywany przez zdiagnozowane środowisko chorobowe, to może znaczyć, że ten typ leczenia jest dla danego pacjenta skuteczny. Dzięki temu jest szansa, że ta diagnostyka umożliwi dobranie od razu skutecznego leku i jego właściwej dla danego pacjenta dawki. Będziemy też wiedzieć, czy u danego pacjenta jest sens wdrażać dane leczenie czy nie. Przecież już wiemy, że niby choroba ta sama, objawy te same, a pacjenci reagują na leczenie wcale nie tak samo.
- Każdy choruje nieco inaczej?
- To jest prawda! Przez długi czas nie zdawaliśmy sobie sprawy z ważności tej obserwacji. Wiemy przecież, że są raki hormonozależne, ale i hormonooporne, w raku prostaty czy raku piersi też wiemy, że pewne rodzaje leczenia są bardziej skuteczne, pewne mniej. Teraz tę wiedzę należy połączyć z oceną możliwości terapeutycznych u danego pacjenta. Liczymy na to, że przy rozwoju tych badań, które na razie są w fazie eksperymentalnej, da się diagnozę uprecyzyjnić dla indywidualnego pacjenta. Ocena nie będzie się ograniczała do stwierdzenia, gdzie jest zmiana, ale i jaki jest jej charakter, czy jeszcze szczebel wyżej. Pozwoli to także na oszczędności, gdyż często stosujemy leczenie bardzo drogie, być może nie bardzo skuteczne, bo taki jest po prostu obecny standard postępowania w danym przypadku. Lepsza, precyzyjniejsza, diagnostyka i skuteczniejsze dopasowanie leczenia do danego pacjenta, to także konkretne oszczędności finansowe.
- Czy w Polsce te metody zostaną wdrożone na szeroką skalę?
- Trudno to przewidzieć, ale wydaje się, że te bardziej wysublimowane procedury mają chyba większą szansę przebicia się jako procedury ministerialne niż procedury NFZ.
- Zejdźmy na chwilę na... parter medycyny nuklearnej. Jakie badania izotopowe wykonywane są najczęściej?
- Ciągle dominują badania tarczycy, ale nie pod kątem diagnostyki, lecz terapii. W diagnostyce szersze zastosowanie znalazła obecnie ultrasonografia. Terapia tarczycy cały czas się rozwija, u coraz większej liczby pacjentów stosuje się leczenie izotopowe, nawet u pacjentów młodocianych, czy u dzieci po pokwitaniu, np. przy nawrotowej nadczynności tarczycy w chorobie Gravesa-Basedowa coraz częściej stosuje się leczenie radiojodem, który jest skuteczniejszy i mniej szkodliwy niż długotrwałe podawanie tyreostatyków.
- Izotopem jodu?
- Jeśli chodzi o nadczynność tarczycy, są trzy metody leczenia. Pierwsza - farmakologiczna - polegająca na długotrwałym stosowaniu leków zmniejszających produkcję hormonów tarczycy, obciążona działaniami ubocznymi, z których najgroźniejsze jest uszkodzenie szpiku czy wątroby (na szczęście bardzo rzadkie). Druga - leczenie operacyjne - niecałkowite, subtotalne usunięcie tarczycy w celu zmniejszenia ilości tkanki tarczycowej produkującej hormony, lub w celu usunięcia nadczynnych guzków. I trzecia - leczenie radiojodem poprzez jednorazowe podanie izotopu jodu 131I, która ma w kontrolowany sposób uszkodzić miąższ tarczycy, spowodować zmniejszenie wielkości gruczołu i zmniejszenie produkcji hormonów tarczycy. Radiojod jest pierwiastkiem promieniotwórczym gromadzonym przez tarczycę tak samo, jak nieradioaktywny jod naturalny. Promieniowanie emitowane przez radiojod występuje głównie w obrębie tarczycy, bo tam jest ten izotop gromadzony.
- To jest metoda stosowana na świecie dość powszechnie. A w Polsce?
- Nie na taką skalę, na jaką powinna. W Polsce jest ciągle niewiele ośrodków, które stosują takie leczenie. Poza tym pacjenci, a często i lekarze, za mało wiedzą, jeśli chodzi o tę metodę. Narosło tu wiele mitów, które staramy się obalić, pisząc i mówiąc jasno i precyzyjnie o bezpieczeństwie stosowania radiojodu. Jest to metoda bardzo skuteczna i bezpieczna, stosowana już od ponad 60 lat; po raz pierwszy posłużono się nią w USA w latach 40. XX wieku. Na podstawie wieloletnich obserwacji setek tysięcy pacjentów leczonych tym izotopem nie stwierdzono zwiększonego ryzyka zachorowania ani na raka tarczycy ani na jakiekolwiek inne nowotwory, jak również nie zaobserwowano wad genetycznych u ich potomstwa. Leczenie radiojodem jest przeciwwskazane u kobiet w ciąży i u matek karmiących piersią. Niewskazane jest zajście w ciążę przed upływem 12 miesięcy po tym leczeniu.
- Rozwija się także bardzo dynamicznie radiosynowektomia...
- To prawda. Jest to metoda terapeutyczna polegająca na podawaniu izotopu dostawowo w celu zniszczenia nadmiernie rozrośniętej błony maziowej . Bezpośrednio po leczeniu bardzo ważne jest unieruchomienie leczonego stawu na okres 48 godzin od leczenia, uniemożliwiające wypłynięcie radiofarmaceutyku przez drogę podania. Oszczędzanie stawu zalecane jest przez tydzień po zabiegu. Po wstrzyknięciu radioizotopu mogą czasem wystąpić takie objawy, jak: ból, obrzęk, podwyższenie temperatury leczonego stawu. Należy wtedy schłodzić staw poprzez zastosowanie zimnych kompresów lub okładu z lodu. Rodzaj i zasięg promieniowania nie jest groźny dla otoczenia i nie wymaga izolacji pacjenta. Rozwija się również szybko i obiecująco terapia izotopowa guzów neuroendokrynnych. Stosowana od dawna izotopowa terapia przeciwbólowa dotyczy głównie leczenia bólu wywołanego przez przerzuty do kości np. u chorych z rakiem prostaty czy piersi.
- Rozwój medycyny nuklearnej związany jest też ze zmianą izotopów...
- Te zmiany nastąpiły już dość dawno, ale należy stale przypominać o tym, że obecnie stosowane w medycynie nuklearnej izotopy są bezpieczne. Pracujemy głównie na technecie 99, izotopie dostępnym u nas od początku lat 70. XX wieku.
- Technet bardzo zdrożał i są kłopoty z regularnością dostaw...
- W Polsce, na szczęście, kłopotów z dostawami technetu nie było i nie ma. Tylko, niestety, bardzo zdrożał. Na całym świecie był bardzo duży problem z molibdenem-99, z którego powstaje technet-99. Problemy z technetem powstały w wyniku nieplanowanego nałożenia się remontów dwóch reaktorów badawczych, holenderskiego i kanadyjskiego, które łącznie pokrywają 65% światowego zapotrzebowania na ten pierwiastek. To spowodowało niemal wstrzymanie produkcji technetu i światowy kryzys w medycynie nuklearnej na przełomie 2009 i 2010 roku. Jednym z kroków zapobiegawczych było rozpoczęcie produkcji molibdenu w reaktorach badawczych na całym świecie, w tym także w polskim - „Marii". Jednym z kolejnych kroków, aby nie dopuścić do ponownego powstania takiej sytuacji, jest przeznaczenie przez Kanadę 35 mln dolarów kanadyjskich na opracowanie czterech nowych metod pozyskiwania molibdenu-99 za pomocą akceleratorów, a nie reaktorów badawczych, które na całym świecie są konstrukcjami nierzadko starymi. W Polsce przeszliśmy przez ten kryzys obronną ręką, gdyż nasz główny producent - Polatom - korzystał z molibdenu z Afryki Południowej, gdzie prawie nie było wahań w dostawach.
- Badania izotopowe przez lata całe wzbudzały pewien niepokój, nawet lęk u pacjentów. Czy ta sytuacja się zmieniła?
- Jest tych strachów i obaw mniej, bo ludzie więcej wiedzą na ten temat, więcej czytają. Mają też zwyczaj częściej niż kiedyś pytać o sprawy, o których nic albo niewiele wiedzą. Dużo więc zależy od lekarza i personelu, który nie powinien straszyć, lecz udzielać konkretnych i w miarę precyzyjnych odpowiedzi. Szeroka dostępność do tych badań także wpłynęła uspokajająco.
- Czy niezbędna jest jakaś szczególna ostrożność?
- W przypadku diagnostyki izotopami technetu praktycznie zaleca się kobietom w ciąży, matkom małych dzieci i małym dzieciom, by przynajmniej przez pierwszą dobę trzymały się z dala od osoby badanej. Zdecydowanie zalecana jest Izolacja osoby leczonej innymi izotopami. I to od kilku dni do nawet 2-3 tygodni od zakończenia leczenia, w zależności od rodzaju izotopu. Na przykład, związek promieniotwórczego izotopu samaru, Sm-153 EDTMP, stosowany w leczeniu systemowym bólu nowotworowym - po jego zastosowaniu wymagana jest 10-14 dniowa izolacja pacjenta od dzieci i kobiet w ciąży (nie mogą przebywać w tym samym mieszkaniu). W okresie izolacji należy spać w osobnym pokoju i ograniczyć do minimum przebywanie w tym samym pomieszczeniu z innymi domownikami. Od momentu podania Sm-153 EDTMP należy zwrócić szczególną uwagę na przestrzeganie zasad higieny osobistej, ponieważ radioizotop wydalany jest z moczem. Bielizna osobista z dnia podania Sm-153 EDTMP powinna być oddzielnie wyprana i dokładnie wypłukana.
Po leczeniu Sm-153 EDTMP może wystąpić przemijający efekt supresji szpiku kostnego. Konieczne jest wykonywanie morfologii krwi od drugiego tygodnia po podaniu Sm-153 EDTMP co tydzień przez przynajmniej 8 tygodni lub do uzyskania wystarczającej odnowy szpiku. Tych wszystkich informacji udziela pacjentowi lekarz.
- Dziękuję za rozmowę.
- Autor: Justyna Hofman-Wiśniewska
- Odsłon: 8486
Z dr Krystyną Knypl, internistą, hipertensjologiem, ekspertem Europejskiego Towarzystwa Nadciśnienia rozmawia Justyna Hofman - Wiśniewska
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 5622
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1070
Poniżej publikujemy fragment Wstępu do Białej księgi pandemii koronawirusa (wydanej przez Fundację Ordo Medicus - niezależnych lekarzy i naukowców) dotyczący świadomego wymyślania chorób przez lekarzy w interesie koncernów farmaceutycznych.
Medycyna oparta na dowodach
Mamy dziś do czynienia z „potopem” publikacji naukowych dotyczących obecnej sytuacji ze względu na to, że temat jest „gorący” oraz że przyznawane są granty na badania związane z „pandemią” koronawirusa. Nie dość, że artykułów naukowych jest bardzo dużo, to jeszcze są one różnej jakości, a ich rezultaty często są sprzeczne ze sobą, jak to ma miejsce na przykład w przypadku skuteczności masek. Dlatego bardzo ważne jest, aby umieć rozróżniać, które z nich są bardziej wiarygodne, które mniej, a które należy odrzucić, jeśli są sprzeczne z badaniami wyższej jakości. Tymi zagadnieniami zajmuje się tzw. medycyna oparta na dowodach (naukowych) (1), w której naczelną rolę odgrywa szczególny rodzaj badań – randomizowane kontrolowane badanie kliniczne (ang. Randomised controlled trial – RCT) będące badaniem najwyższej jakości, najbardziej obiektywnym i najbardziej wiarygodnym spośród wszystkich znanych nauce, zwanym też złotym standardem dla podkreślenia jego rangi i wiarygodności w ocenie efektywności danej interwencji medycznej, np. konkretnego leku, szczepionki czy noszenia masek.
Jeśli coś jest „najbardziej wiarygodne”, to niejako automatycznie nasuwa się konkluzja, że muszą też istnieć inne, mniej godne zaufania badania. Wbrew pozorom i powszechnemu mniemaniu, najmniej przekonywające w tzw. hierarchii wiarygodności dowodów naukowych są opinie ekspertów (też rządowych). Mniej wiarygodne od nich są już tylko opinie polityków i laików, których w zasadzie nie powinno się w ogóle brać pod uwagę.
Bardziej wiarygodne niż randomizowane kontrolowane badanie kliniczne może być już tylko więcej takich badań (im więcej, tym lepiej) przeprowadzanych przez różne zespoły badaczy rozsianych po całym świecie. Uzyskujemy wówczas większą próbkę przebadanych osób i, co się z tym ściśle wiąże, większą moc statystyczną, a tym samym wnioski dotyczące jakieś interwencji medycznej są jeszcze bardziej solidne
i bliższe prawdy. Analizy danych, które biorą pod uwagę zbiory badań, zwane są przeglądami systematycznymi i metaanalizami./…/.
Również jeśli chodzi o badania związane z obecną „pandemią”, należy zwrócić uwagę na to, że istnieją też metaanalizy łączące badania randomizowane i obserwacyjne (czyli o niższej wiarygodności), które są mniej wiarygodne niż te biorące pod uwagę wyłącznie RCT’y.
Iluzja medycyny opartej na dowodach
Istnieje też niestety mroczna strona medycyny – w szczególności dotycząca badań i publikacji naukowych, które są kreowane i fałszowane przez koncerny farmaceutyczne. Pamiętajmy, że gra toczy się o miliardy dolarów, które Big Pharma zarabia na pozytywnie ocenionych produktach w recenzowanych czasopismach naukowych. Z tego względu nie możemy ufać każdemu artykułowi naukowemu, choćby był publikowany w renomowanym czasopiśmie. Zwraca na to uwagę m.in. Leemon McHenry, współautor książki The Illusion of Evidence Based Medicine oraz emerytowany profesor filozofii i bioetyki na Kalifornijskim Uniwersytecie Stanowym, a zarazem konsultant prawny w kancelarii Baum Hedlund Aristei & Goldman (2) w Los Angeles w Kalifornii. Jego wnioski wprawiają wręcz w osłupienie:
„[…] przemysł farmaceutyczny tworzy wszystkie te artykuły medyczne pozakulisowo w celach marketingowych. Byłem tym zdumiony, gdyż miałem wielkie zaufanie do prasy medycznej i publikowanych tam informacji. Pomyślałem o całej literaturze naukowej. Dotychczas sądziłem, że czasopisma medyczne muszą spełniać bardzo surowe wymogi, by mogły uchodzić za wiarygodne. Tymczasem okazało się, że jest odwrotnie. Obecnie jestem głęboko przekonany, że większość czasopism medycznych nie powinna być uznawanych za naukowe. Wynika to nie tylko z powodu problemu z ghostwriterami (3) piszącymi artykuły pod gotową tezę, ale również z tego, że system recenzowania jest bardzo słaby. Dlatego też nie możemy mieć zaufania do niego i do stanu aktualnej literatury medycznej”.
Drugim problemem, na który zwraca uwagę McHenry, jest fabrykowanie czy też wymyślanie chorób (ang. disease mongering) przez przemysł farmaceutyczny celem czerpania z tego korzyści finansowych, jak to obecnie ma miejsce w przypadku preparatów genetycznych przeciw COVID-19, a wcześniej w odniesieniu do szczepionek przeciw świńskiej grypie.
To oczywiście tylko przykłady. McHenry w następujący sposób wyjaśnia istotę myślenia i modelu biznesowego osób zarządzających w Big Pharmie: „Pamiętam wypowiedź pewnego menedżera z branży farmaceutycznej, a właściwie dyrektora generalnego, chyba z firmy Merck, który, zastanawiając się nad swoją karierą, nad tym, co mógłby w niej ulepszyć, doszedł do wniosku, że głównym problemem firmy było to, że dotychczas sprzedawali leki wyłącznie osobom chorym, w związku z czym powinni zacząć ich dostarczać także ludziom zdrowym, ponieważ w ten sposób znacznie rozszerzyliby zakres swojego oddziaływania i mogliby zwielokrotnić sprzedaż, rozciągnąć ją, niczym gumę balonową, na inne obszary”.
Co w takim razie możemy zrobić, żeby zmienić tak fatalny i skorumpowany sposób przeprowadzania badań produktów leczniczych? Z pewnością powinniśmy protestować i dążyć do tego, aby przemysł farmaceutyczny nie mógł uczestniczyć w badaniach swoich produktów. Już od zarania dziejów zdawano sobie sprawę, że nikt nie może być sędzią we własnej sprawie.
Należy również wyeliminować możliwość finansowania przez firmy farmaceutyczne badań swoich produktów leczniczych na uniwersytetach lub w państwowych jednostkach medycznych, bo prowadzi to do korupcji zgodnie z zasadą, że kto płaci, ten wymaga. A traci na tym pacjent, gdyż przekłada się to bezpośrednio na jego zdrowie i życie. To ten sam pacjent, który płaci podatki na państwowe agencje i uniwersytety medyczne, żeby za jego pieniądze rzetelnie (niezależnie) określono stosunek ryzyka do korzyści związanych ze stosowaniem danego leku.
McHenry tak podsumowuje istotę tego problemu i daje propozycję uzdrowienia korupcyjnego systemu:
[…] przede wszystkim musimy całkowicie wyeliminować koncerny farmaceutyczne z procesu badania przez nie ich własnych produktów. Jakim cudem doprowadziliśmy do tego, że ufamy producentom, którzy przeprowadzają badania swoich własnych leków? Oligarchia koncernów farmaceutycznych właściwie zawłaszczyła demokrację i instytucje demokratyczne, do których należy kontrola nad mechanizmami gwarantującymi równowagę w tym systemie oraz od których zależy integralność naukowa. Kto zatem zadba o rzetelność nauki?
O fabrykowaniu chorób, zjawisku opisanym już szerzej w literaturze naukowej, a więc nieprzynależącym do kategorii tzw. teorii spiskowych, piszą również polscy socjologowie medycyny, w tym drdr Urszula i Andrzej Domańscy:
Trzeci sposób wyjaśniania moralnej paniki to model grup interesu. W tym przypadku wskazuje się na to, że niekiedy, nawet wbrew zamierzeniom elit, określone grupy interesu są w stanie wykreować określony problem społeczny. […] Przyjęcie socjologicznej interpretacji, w której problemy zdrowotne są rozpatrywane także jako konstrukt lub wytwór społecznej interpretacji sugeruje, że chorobę można świadomie wykreować i powołać do życia w jej społecznej recepcji. I nie jest to logika myślenia spiskowego. Istnieją bowiem socjologiczne badania, które wskazują, że świadome i celowe powoływanie do życia określonych przekonań zdrowotnych jest realnym wymiarem działalności „przemysłu zdrowia”.
Urszula i Andrzej Domańscy zwracają także uwagę na to, że jeden z pierwszych przypadków kreowania nowych chorób miał miejsce w latach dwudziestych XX wieku w Stanach Zjednoczonych, kiedy to „producent środka odkażającego wypromował nową dolegliwość, tj. halitozę (cuchnący oddech), chcąc dzięki temu zarobić na sprzedaży swego produktu jako środka służącego do odkażania jamy ustnej”.
Medycyna jako narzędzie kontroli społecznej, czyli o biopolityce, biowładzy, medykalizacji, farmaceutykalizacji i genetyzacji
Oprócz ściśle naukowo-medycznego aspektu tzw. pandemii koronawirusa, którym zajmują się naukowcy biegli w medycynie czy statystyce, Domańscy opisują również wymiar społeczno-kulturowy tego zjawiska, które należy rozpatrywać w kontekście takich procesów jak na przykład sekularyzacja współczesnych społeczeństw, w których nauka ma szczególne znaczenie, a medycyna zajmuje miejsce przynależne dawniej systemom wierzeń religijnych. Zdrowie uchodzi w nich za centralną wartość, co prowadzi do tzw. medykalizacji społeczeństw.
„Termin ten służy do podkreślenia ekspansji perspektywy medycznej na kolejne obszary życia traktowane dotychczas jako niemedyczne. Jako problem medyczny rozpatruje się dziś: poczęcie, narodziny, edukację, pracę, wypoczynek, posiłek, oddychanie, starzenie, umieranie i śmierć. Medykalizacja to też sposób myślenia, wartościowania i poszukiwania rozwiązań problemów życia codziennego na gruncie medycyny. […]
Medykalizację należy rozpatrywać jako podatny grunt dla społecznej akceptacji biomedycznej narracji, jaka towarzyszy współczesnym pandemiom”.
Społeczeństwo polskie nie od dziś jest pod silnym wpływem firm farmaceutycznych, co można zaobserwować, oglądając reklamy telewizyjne, które w dużej części poświęcone są lekom i suplementom. Nie dziwi zatem otwartość Polaków na medykamenty i „szczepionki”, a producentów telewizyjnych na pieniądze płynące od Big Pharmy, z czym w parze idzie brak krytycznego podejścia do preparatów genetycznych
przeciw COVID-19 w ich programach. Jak mówi przysłowie, „nie kąsa się ręki, która karmi” i to w dodatku regularnie. Nawet w Telewizji Polskiej dotowanej hojnie przez rząd z pieniędzy podatników nie ma miejsca na niezależne programy takie jak „Warto rozmawiać” Jana Pospieszalskiego, który zniknął z anteny po zaproszeniu do niego osób krytycznych wobec oficjalnej narracji dotyczącej tzw. pandemii. Z pewnością warto rozmawiać, ale czy wolno?
Wspomniana otwartość na produkty przemysłu farmaceutycznego określana jest w literaturze naukowej mianem farmaceutykalizacji społeczeństwa. Jak zauważają Domańscy:
[…]” tabletki są dziś traktowane jako sposób na wszelkie kłopoty i problemy. Nie służą jedynie do leczenia chorób, ale pełnią także funkcję „dopalaczy” oraz środków pomocnych w zaradzeniu takim problemom społecznym jak: smutek, zmęczenie, nieśmiałość, żałoba czy brak koncentracji”.
Jednak farmaceutykalizacja staje się już powoli passé, jeśli chodzi o obecną „pandemię”. Nadchodzi czas na genetyzację:
„Tradycyjne metody diagnozowania i leczenia (tabletki) okazują się niewystarczające i nie dość nowoczesne. Genetyzację diagnozy SARS-CoV-2 (testy PCR) i praktyki terapeutycznej (szczepionki mRNA) nie należy łączyć jedynie z postępem medycznym, gdyż, jak przekonuje Abby Lippman (fundatorka koncepcji genetyzacji), interpretację uwarunkowań chorób i koniecznych terapii należy rozważać w kategoriach decyzji politycznych, które mają związek z aktualną polityką, prywatnymi przekonaniami oraz interesami i ideologiami (zawodowymi i ekonomicznymi) poszczególnych grup, badaczy, placówek naukowych i polityków”.
A zatem, jak sugerują autorzy tej wypowiedzi, tzw. pandemia to nie zagadnienie wyłącznie medyczne, ale jak najbardziej polityczne i globalne, ponieważ celem tych działań jest wyszczepienie całej populacji, wszystkich mieszkańców Ziemi. Jak się okazuje, już w 1976 roku Michael Foucault zauważył, że nasza cywilizacja jest epoką biowładzy i biopolityki, czyli to, co wyczuwamy dziś niejako intuicyjnie, zostało opisane już dawno temu:
„[…] władza w przeszłości kojarzona była ze stosowaniem bezpośredniego przymusu. W nowoczesnych społeczeństwach można zaobserwować rozwój profesjonalnych grup (np. psychiatrzy, specjaliści od zdrowia publicznego, pracownicy mediów), których celem jest sprawowanie kontroli nad społeczeństwem.
Współcześnie władza ucieka się do bardziej subtelnych i wyrafinowanych metod oddziaływania na zachowanie człowieka. Oznacza to, że jednostki uwewnętrzniają (zaczynają przyjmować i traktować jako własne) modele określonych zachowań promowane przez media jako naukowe i akceptują, najczęściej nie do końca świadomie, odgórnie narzucane normy.
Nowoczesne społeczeństwo jest [dziś] administrowane przez profesjonalistów, którzy definiują określone standardy. Podobnie na podstawie administracyjnej decyzji zapada wyrok: „zdrowy”, „chory”, „szalony”, „kryminalista”, „dewiant”. Wiedza (nauka) w ujęciu Foucaulta traktowana jest jako narzędzie sprawowania władzy. Obecnie jedna z jej dziedzin, tj. medycyna służy do regulacji i kontrolowania ludzkich zachowań”.
(1) Medycyna oparta na dowodach (ang. Evidence Based Medicine – EBM) powstała z połączenia nauki (research) i praktyki klinicznej (practice). Pozwala na zastosowanie wiedzy uzyskanej z badań naukowych (tzw. dowód) przy podejmowaniu decyzji klinicznych dotyczących zarówno diagnostyki chorób, jak i postępowania terapeutycznego w odniesieniu do konkretnego pacjenta
(2) Kancelaria BHA&G działa od 1973 roku. Jej adwokaci byli wielokrotnie nagradzani, a firma jest znana z podejmowania procesów przeciwko globalnym korporacjom i organizacjom, w szczególności w zakresie odpowiedzialności za produkty farmaceutyczne i wyroby medyczne.
(3) Ghostwriter (ang. pisarz-widmo) – osoba, która za wynagrodzenie finansowe pisze książki, artykuły, prace naukowe bądź sprawozdania z badań, które następnie zostają opublikowane pod nazwiskiem zleceniodawcy. Dość powszechnym zjawiskiem jest też pisanie przez ghostwriterów biografii przedstawicieli świata show-biznesu oraz przemówień na zlecenie polityków, szczególnie tych obsadzających najwyższe stanowiska w państwie. W medycynie ghostwriting jest wykorzystywany przez przemysł farmaceutyczny do nielegalnego promowania leków firm na łamach prestiżowych czasopism naukowych. W ramach tego partnerstwa firma-sponsor znajduje „autora widmo”, który pisze artykuł pod już gotową tezę, naciągając dane zgodnie z oczekiwaniami zleceniodawcy. Pod pracą podpisują się również hojnie wynagradzani konsultanci akademiccy, których autorytet i ranga czasopisma mają potwierdzić skuteczność danego leku. Z reguły nie przeglądają oni surowych danych, tylko użyczają swojego nazwiska, w związku z czym nie są w stanie dowieść, że dane zostały właściwie zinterpretowane. (przyp. red.).
Jest to druga część (pierwszą – Naukowcy i lekarze o covidzie) publikowaliśmy w SN 11/22) - ze Wstępu do Białej księgi pandemii koronawirusa pod red. dr. Mariusza Błochowiaka, wydanej przez Fundację Ordo Medicus w 2022. Więcej - https://ordomedicus.org/
https://ordomedicus.org/produkt/biala-ksiega-pandemii-koronawirusa-ebook/

