Medycyna (el)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 4046
Z dr hab. Jackiem Durmałą, kierownikiem Katedry i Kliniki Rehabilitacji Śląskiego Uniwersytetu Medycznego i prezesem Polskiego Towarzystwa Rehabilitacji rozmawia Anna Leszkowska.
- Panie doktorze, co się stało po 89 roku z systemem holistycznej rehabilitacji tworzonym przed wojną przez prof. Ireneusza Wierzejewskiego, a rozwiniętym po wojnie przez prof. Wiktora Degę, który WHO stawiała za wzór dla całego świata? Już w początku lat 90. prof. Kazimiera Milanowska, współpracownica prof. Degi, alarmowała, że rehabilitację „wyrzucono” poza służbę zdrowia, sprywatyzowano, a jej koszty przeniesiono na pacjentów.
- Przede wszystkim system, jaki stworzono po 89 roku zawęża kompleksową rehabilitację do rehabilitacji medycznej, a wręcz nawet do jej części, której główny filar stanowi fizjoterapia. Niestety, ze względu na duże potrzeby i małą dostępność, stał się systemem nieracjonalnym.
Dzisiaj lekarze rehabilitacji przepisują pewne procedury, które są realizowane w strukturze służby zdrowia, ale nie mają możliwości oceny efektywności zastosowanych działań (w przypadku chaosu jaki panuje w tej materii nie można mówić o procesie rehabilitacji; bez przesady można większość działań określić jako bezcelowe rozdawnictwo procedur). Oczywiście, mogą wyznaczyć datę kontroli, jednak kolejki na tego rodzaju zabiegi nie pozwalają na przyjęcie pacjentów w terminie racjonalnym.
Lekarz w tym systemie nie spełnia swojej roli – jest wyłącznie wydawcą zleceń, nie ma możliwości ustawienia i zweryfikowania całego procesu rehabilitacji, bo nie ma możliwości ponownego spotkania pacjenta.
Lekarze rehabilitacji medycznej - w przeciwieństwie do innych specjalistów - nie mogą skierować pacjenta z gabinetu prywatnego do oddziału szpitalnego. Często nie mogą nawet skierować z jednego oddziału rehabilitacji na inny oddział rehabilitacji lub inną formę rehabilitacji. Można co najwyżej napisać zalecenie, a chory musi oczekiwać w następnej kolejce do specjalisty To jest sprzeczne z systemem, jaki stworzył prof. Dega.
Rehabilitacja jest procesem kompleksowym, gdzie samo podejście medyczne wymaga pewnej ciągłości, żeby osiągnąć efekt. Rehabilitacji przecież przyświeca określony cel: przywrócenie sprawności, przywrócenie do życia zawodowego, społecznego. A dzisiaj stosowanie maksymalnie 5 zabiegów w cyklu 10 powtórzeń (warunki ambulatoryjne) nie daje możliwości realizacji w/w celów. W tym zakresie system jest kaleki.
Ograniczona dostępność w rehabilitacji wynika z długotrwałego niedofinansowania, a według opinii niektórych z małej liczebnie grupy lekarzy rehabilitacji i fizjoterapeutów, ale i bardzo małej liczby łóżek na oddziałach rehabilitacji (ok. 18 tysięcy). Łóżka te są w dodatku źle wykorzystywane, bo część tych chorych mogłaby korzystać z oddziałów dziennych, albo pomocy ambulatoryjnej, albo wykonywać rehabilitację w warunkach domowych. Pacjenci jednak uważają, iż najlepszy dla nich będzie pobyt w szpitalu. To musimy w mentalności ludzi zmienić, bo jakość rehabilitacji nie zależy od miejsca, w jakim ona jest udzielana. Rehabilitacja stacjonarna, szpitalna winna być tylko dla najciężej chorych. Często brakuje elementów motywujących chorych do szybkiego powrotu do pracy.
W systemie nie ma też koordynacji działań lekarza, fizjoterapeuty, logopedy, pedagoga, terapeuty zajęciowego czy doradcy socjalnego, który by przystosowywał pacjenta do innych umiejętności zawodowych.
Brakuje łączności poziomej, która by dawała informacje o pacjencie. Chory osobno korzysta z poradni specjalistycznej, poradni zawodowej, czy z pomocy PFRON-u, który np. może dofinansować remont mieszkania, czy zakup sprzętu rehabilitacyjnego. Z danymi w tym zakresie można zapoznać się w raporcie pokontrolnym NIK-u.
Działania nie są skoordynowane i zintegrowane, jak np. w Skandynawii czy w innych państwach, gdzie rehabilitacja jest bardzo dobrze rozwinięta. Tam pacjent, wychodząc ze szpitala, np. po urazie, jest uczony pewnych rzeczy, przystosowywany do samodzielnego życia, przygotowywane jest mieszkanie – po to, aby nie musiał obciążać pracujących członków społeczeństwa i swojej rodziny, aby rodzina mogła prowadzić szczęśliwe życie, a nie stać się rodziną dysfunkcyjną.
W Polsce, niestety, to rodzina ponosi skutki złego funkcjonowania systemu rehabilitacji. A problem można byłoby rozwiązać np. poprzez wprowadzenie odpłatności za procedury rehabilitacyjne na różnych etapach leczenia z różnych źródeł – NFZ, PFRON, ZUS. Tymczasem finansowanie rehabilitacji leczniczej zostało zredukowane do jednego płatnika, NFZ, który przeznacza na nią najmniej pieniędzy. Większe pieniądze w systemie „idą” na rehabilitację zawodową, społeczną, czy pomoc społeczną. Rzecz więc rozbija się o organizację.
- Przed 89 rokiem inaczej była finansowana służba zdrowia, ale mimo to istniał system holistycznej rehabilitacji. Dlaczego odrzuciliśmy go?
- Myślę, że problem jest mentalny. Zaczęliśmy bardzo technicznie podchodzić do medycyny, zafascynowała nas technologia. W pewnym momencie medycyna została zdepersonalizowana, a lekarze zaczęli „realizować procedury” i medycyna zdehumanizowała się. W krajach, gdzie zjawisko to wystąpiło wcześniej, obecnie powraca się do humanizacji medycyny, do podejścia holistycznego, które daje lepsze efekty niż stechnicyzowane procedury – daje także oszczędności finansowe w skali funkcjonowania całego państwa.
Problem więc polega na tym, że chcąc zarobić i mieć wykonanych jak najwięcej procedur, zgubiliśmy w tym wszystkim pacjenta. To, co robimy to administrowanie ochroną zdrowia w sposób wysokospecjalistyczny, czy też menedżerski, gdzie liczy się tylko zysk finansowy. Zapomina się, że rehabilitacja kompleksowa daje często lepsze rezultaty niż stosowanie samych leków.
Rehabilitacja medyczna jest niedofinansowana, więc przynosi placówkom medycznym straty. Np. wycena za pobyt chorego w szpitalu, opiekę medyczną, fizjoterapeutyczną, pielęgniarską, diagnostykę, procedury lecznicze i fizjoterapeutyczne jest niższa niż koszt pobytu w hotelu. Stąd rehabilitacja staje się garbem, którego zarządzający szpitalem najchętniej by się pozbyli.
W początkach roku 2000 robiono wyliczenia kosztów rehabilitacji i okazało się, że jest ona niedofinansowana o 40-60%, zwłaszcza ta o profilu ogólnoustrojowym. Zresztą to widać, jak się zmieniał profil oddziałów szpitalnych w zależności od opłacanej procedury. W województwie śląskim np. w pewnym momencie powstało bardzo wiele oddziałów rehabilitacji neurologicznej, bo była ona najlepiej wyceniona, zabrakło natomiast oddziałów rehabilitacji ogólnoustrojowej, choć liczba pacjentów z takimi potrzebami wcale nie zmalała.
Środowisko rehabilitacji od wielu lat pokazuje politykom, że wycena tych procedur jest zdecydowanie za niska, ale efektów tych naszych działań prawie nie widać. Do wyjątków należą drobne (w skali całego systemu) zmiany w profilach kardiologicznym i neurologicznym rehabilitacji. Zmiany te kończą się na pewnym etapie i z tego powodu niweczy się efekty wcześniejszej pracy (brak ciągłości).
Gdyby w służbie zdrowia wprowadzono obiecywaną wiele lat temu informatyzację, bylibyśmy w stanie sterować przebiegiem leczenia i rehabilitacji. Teraz jest tak, że jeśli pacjent jest sprytny, potrafi sobie w tym patologicznym systemie zorganizować dobrą rehabilitację w błahych sprawach, w dodatku ciągłą i długotrwałą. Tymczasem ten, który jest uczciwy i niezbyt zaradny, zostaje bez pomocy.
- Czyli wniosek taki, że ze szkoły prof. Degi praktycznie nic nie zostało. Można dzisiaj jeszcze coś z tamtych rozwiązań wykorzystać?
- Na pewno można wykorzystać idee prof. Degi, budować schemat koordynowanej opieki nad pacjentem. W dzisiejszych czasach jednak najbardziej potrzebna jest wola polityczna i zmiany w prawie, bo medycy sami nie są w stanie zmienić systemu. Trzeba podjąć decyzje dotyczące różnych źródeł finansowania, współpracy różnych instytucji, ale i wprowadzenia kryteriów efektów, co wiąże się ze stawianiem realnych celów rehabilitacji.
Trzeba się dobrze nauczyć programować ten proces w praktyce, (bo w teorii to umiemy), uwzględniać potrzeby pacjenta diagnostyczne i lecznicze, jego sytuację życiową, materialną, rodzinną, zawodową, aby właściwie pokierować rehabilitacją. Najlepiej, gdyby był to zespół, który analizowałby warunki domowe, rodzinne, umiejętności pacjenta, także jego status ekonomiczny. Dostosowanie pomocy rehabilitacyjnej, interwencji, jej kompleksowości, do statusu ekonomicznego pacjenta jest w Polsce dużym problemem. Bo dzisiaj zadanie pacjentowi pytania o stan materialny budzi jego lęk. A taka informacja pozwoliłaby właściwie dostosować interwencję.
- Czy w rehabilitacji są jakieś międzynarodowe standardy?
- Są pewne wytyczne, wzorce do naśladowania, przede wszystkim mamy wytyczne Europejskiego Towarzystwa Medycyny Fizykalnej i Rehabilitacji (European Congress of Physical and Rehabilitation Medicine) zwane białą księgą, wzorce funkcjonowania specjalizacji medycznej medycyny fizykalnej i rehabilitacji z USA, Kanady, bardzo dobrze rozwiązane są systemy skandynawskie, system czeski, niemiecki. To jest wybitnie rozwijająca się specjalizacja, która u nas trwa 5 lat (w USA i Kanadzie 6 lat, w niektórych krajach - 4 lata).
W Japonii np. lekarzy rehabilitacji jest tyle samo co u nas – ok. 1800, natomiast fizjoterapeutów – 100 tys. (u nas – około 50 tys.). Ale Japończycy są bardziej od nas zdyscyplinowani, przestrzegają zaleceń.
Tymczasem nasi pacjenci domagają się rehabilitacji także wówczas, kiedy nie jest potrzebna, a nawet przeciwwskazana; z drugiej strony nie przestrzegają zaleceń - ani zdrowego stylu życia, ani kontynuowania ćwiczeń w warunkach domowych. Często nie powiadamiają nawet o rezygnacji z wizyty u lekarza.
Obecnie nie jesteśmy więc w stanie rzetelnie ocenić potrzeb, które są na pewno olbrzymie, ale nie potrafimy pokazać jak duże, nawet nie wiemy, jak duży jest odsetek niepełnosprawnych (zależy kryteria niepełnosprawności zostaną przyjęte w analizie).
- Powiedział pan, że najlepsze standardy rehabilitacji ma rehabilitacja kardiologiczna i neurologiczna, a co z resztą?
- Z jednej strony dobrze, że w tych obu profilach dopracowano się dobrej rehabilitacji, ale z drugiej – szkoda, że tylko w tych dwóch i tak wąskich, bo często pacjenci kardiologiczni czy neurologiczni mają schorzenia inne, które też wymagają rehabilitacji. Pokazuje to, że system, jaki mamy jest niepełny, cofnęliśmy się tu do okresu sprzed prof. Degi. Próbujemy teraz rozbudowywać w różny sposób rehabilitację, ale zupełnie zapomnieliśmy co było wcześniej, że mamy doświadczenie w tej materii, że umieliśmy to robić lepiej.
W tej chwili medycyna u nas jest oparta na systemie paternalistycznym i to jest dla nas, członków zespołu rehabilitacyjnego, dużym problemem. Bo dla dobrego funkcjonowania rehabilitacji medycyna winna mieć charakter partnerski, gdzie zespoły specjalistów współpracują podczas leczenia pacjenta.
Myślę, że dla rehabilitacji w wielospecjalistycznych szpitalach polskich dobrym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie elementów rehabilitacji na każdym etapie leczenia. Lekarz rehabilitacji medycznej winien po ostrej fazie choroby, czy interwencji decydować o dalszej ścieżce rehabilitacji oraz warunkach jej prowadzenia. Chory nie powinien być odsyłany do kolejki w poradni rehabilitacyjnej.
Do wczesnego etapu rehabilitacji powinni być fizjoterapeuci, którzy praktycznie potrzebni są na każdym oddziale. Konsultacje i ordynacja wczesnej rehabilitacji oraz dalszego procesu rehabilitacji przez lekarza rehabilitacji medycznej jest o tyle niezbędna, że lekarze innych specjalności nie mają tej wiedzy w tym zakresie. Rola lekarza rehabilitacji jest też zupełnie inna niż lekarzy innych specjalności. Dzisiaj wiedza tej grupy nie jest wykorzystywana ponieważ niewydolny system jej nie potrzebuje.
- Czy w starzejącym się społeczeństwie na rehabilitację winno się kłaść większy nacisk niż dotąd?
- Trzeba tu rozdzielić kilka rzeczy: rehabilitację i jej zakres, profilaktykę pierwotną i wtórną oraz aktywizację fizyczną i psychiczną. Zakres interwencji oraz dobór metod jest uzależniony od potrzeb pacjenta i przebiegu procesu starzenia. Starzenie może być patologiczne, fizjologiczne oraz pomyślne. Niestety, wśród Polaków dominuje starzenie patologiczne, przebiegające z wielochorobowością.
Starzejące się społeczeństwo to na pewno wyzwanie i chciałbym, by było ono dużym wyzwaniem dla fizjoterapeutów, którzy potrafią zaopiekować się osobą w wieku podeszłym dużo lepiej niż specjaliści od sportu, a niekoniecznie tak dużym dla lekarzy rehabilitacji medycznej. Bo trzeba pamiętać, że do zastosowania pełnego programu rehabilitacji medycznej kwalifikuje się znacznie mniej ludzi starszych niż nam się wydaje.
Fizjoterapia nie jest rehabilitacją, jest jednym z głównych i bardzo ważnych elementów rehabilitacji medycznej, ale nie jedynym. Pojęcie fizjoterapii zawiera w sobie fizykoterapię i kinezyterapię (leczenie ruchem). Prof. Dega mówił, że najważniejszy jest ruch.
Dzisiaj wiemy, że często najlepszym sposobem leczenia wykorzystywanym w rehabilitacji jest właściwy ruch, ale trzeba pamiętać, że każde ćwiczenia mogą być prozdrowotne, ale i szkodliwe.
Ruch trzeba też umieć dawkować, bo jest on jak lek. Trzeba wiedzieć, w jakiej postaci go używać i jak długo. Czasem pozornie takie samo ćwiczenie może zaszkodzić lub pomóc. Stąd musi być ścisła współpraca lekarza rehabilitacji z fizjoterapeutą i pacjentem, zwłaszcza jeśli chodzi o kinezyterapię.
Ruch to także profilaktyka – i to dla osób w każdym wieku. Znakomicie wpływa na nasz organizm, modyfikuje pracę układu immunologicznego, zapobiega nowotworom, przedłuża życie, działa plejotropowo, zmniejsza insulinooporność itd. Trzeba to ludziom uświadamiać, bo obserwujemy we współczesnym świecie dwa odmienne zjawiska. Z jednej strony -zaangażowanie w aktywność fizyczną, a z drugiej - postawę odmienną, kinezofobię. Kinezofobia wspierana jest przez wszechobecne technologie ułatwiające pracę i życie, przyczyniające się do siedzącego sposobu funkcjonowania, ale i przez lekceważenie zajęć wf-u w szkole, a w przypadku osób starszych – fizjologiczną adynamię i zubożenie materialne, które często nie pozwala na prowadzenie ciekawego, dynamicznego stylu życia na emeryturze.
Potrzebna jest więc praca u podstaw, zaangażowanie menedżerów czy psychologów, którzy skutecznie aktywizowaliby ruchowo społeczeństwo, bo ruch jest nam niezbędny do życia. To co najważniejsze i co możemy dziecku dać w spadku to nie majątek, nawet nie wykształcenie, które może zabrać choroba czy uraz, ale nawyk codziennej aktywności fizycznej, dzięki któremu będzie żyć zdrowiej. Jednak dziś nasz styl życia nie stymuluje do tego. I za to jesteśmy odpowiedzialni wszyscy. A zatem edukacja, edukacja, edukacja.
Dziękuję za rozmowę.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 859
Terminem choroby X nazwano taką, której na razie nie wywołuje żaden patogen, ale w przyszłości może spowodować globalną epidemię.
Tuż po ogłoszeniu zakończenia stanu zagrożenia Covid, Koalicja na rzecz Innowacji w zakresie gotowości na wypadek epidemii (CEPI) wezwała do wiecznej czujności przed przyszłymi inwazjami wirusów, przewidując, że „przyszłe wybuchy choroby X są nieuniknione”.
Nawiązując do tego oświadczenia w stylu Kasandry, dyrektor generalny WHO, dr Tedros Adhanom Ghebreyesus, na niedawnym 76. Światowym Zgromadzeniu Zdrowiaostrzegł przed czyhającymi patogenami „jeszcze bardziej śmiercionośnymi” niż Covid-19.
Wśród tej ostatniej fali fatalistycznych prognoz warto zadać kilka pytań: Czym jest CEPI i czym jest ta amorficzna „choroba-X”?
Czym jest CEPI?
Reklamując się jako „innowacyjne globalne partnerstwo działające na rzecz przyspieszenia rozwoju szczepionek przeciwko zagrożeniom epidemicznym i pandemicznym”, CEPI opracowała swój pierwotny biznesplan w listopadzie 2016 r., który został formalnie uruchomiony na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos w 2017 roku przez konsorcjum w którego skład wchodziły rządy Norwegii, Japonii i Niemiec, The Wellcome Trust i Gates Foundation.Gates Foundation.
Na początku CEPI nawiązywał do choroby X, zauważając, że Covid-19 był jej pierwszym takim kandydatem:
„Kiedy CEPI powstawało w 2017 roku, sklasyfikowaliśmy chorobę X jako poważne zagrożenie dla globalnego bezpieczeństwa zdrowotnego, na które świat musiał się przygotować. Przed pandemią COVID-19 CEPI zainicjowało program szybkiego reagowania – w tym szczepionki mRNA – przeciwko nowym patogenom. Naszym celem było rozpoczęcie testów bezpieczeństwa szczepionek w ciągu kilku miesięcy od genetycznie zsekwencjonowanego nowego patogenu”.
Rola CEPI polegająca na łączeniu graczy z branży biotechnologicznej, Big Pharma, agencji rządowych oraz uniwersyteckich działów badań i rozwoju jest połączona z koncentracją na globalnych szczepieniach, ponieważ działa „na rzecz przyspieszenia rozwoju szczepionek przeciwko pojawiającym się chorobom zakaźnym” .
Innym z deklarowanych celów CEPI jest „możliwość rozpoczęcia testów bezpieczeństwa w ciągu kilku miesięcy od zsekwencjonowania genetycznego nowego patogenu” przy użyciu innowacyjnych „technologii platformy szczepionek” , abyśmy mogli szybko wytwarzać szczepionki przeciwko wielu różnym typom chorób”.
Te śliskie ambicje wymagają, aby przed wprowadzeniem choroby X potencjalny wróg się zaszczepił.
W lutym 2021 r. starszy kierownik ds. komunikacji i rzecznictwa w CEPI, Tom Mooney, powiedział, że przygotowanie się na następną „chorobę X” będzie wymagać, abyśmy „mogli wyprodukować szczepionki przeciwko chorobie X w ciągu kilku miesięcy zamiast roku lub dłużej, moglibyśmy zrewolucjonizować zdolności świata do reagowania na epidemie i pandemie”.
Aby nie zostać w tyle za siejącą strach modą, Mooney dodał: „Choroba X i inne pojawiające się choroby zakaźne stanowią egzystencjalne zagrożenie dla ludzkości. Ale po raz pierwszy w historii, przy odpowiednim poziomie zaangażowania finansowego i woli politycznej, mogliśmy wiarygodnie dążyć do wyeliminowania ryzyka epidemii i pandemii”.
Do marca 2021 roku CEPI przedstawiła swój ambitny 5-letni program szczepionek na lata 2022-2026, który stał się znany jako CEPI 2.0 , z deklarowanym celem skrócenia przyszłego opracowywania szczepionek do 100 dni:
„CEPI uważa, że aspiracją powinno być 100 dni od czasu scharakteryzowania patogenu do dostępności danych klinicznych w celu podjęcia decyzji o umieszczeniu leku w wykazie zastosowań awaryjnych. Ten „księżycowy” cel koncentruje się na skróceniu terminów poprzez rozwijanie platform szczepionek tak, aby podczas epidemii świat mógł w szczególności skierować zasoby w celu wygenerowania wystarczających danych dotyczących bezpieczeństwa związanych z określonym patogenem, zanim szczepionki będą mogły zostać wdrożone.
Dyrektor generalny CEPI, Richard Hatchett, potwierdził teambicje: „Musimy radykalnie skrócić harmonogram rozwoju, nawet w stosunku do tego, co osiągnięto w zeszłym roku, co samo w sobie było radykalną kompresją wszystkiego, co kiedykolwiek osiągnięto wcześniej”.
Gwiazda CEPI wzrosła, ponieważ stała się siłą napędową dobrze powiązanego i dobrze finansowanego„przyszłościowego” planu mającego na celu przyspieszenie „szybkości nauki” w celu zwalczania przyszłych zagrożeń, takich jak „choroba X”.
Co to jest „choroba X”?
Według listy chorób priorytetowych listy chorób priorytetowych CEPI , choroba X „odzwierciedla wiedzę, że poważna międzynarodowa epidemia może być spowodowana przez patogen, o którym obecnie nie wiadomo, czy powoduje choroby u ludzi”.
W lutym 2018 roku choroba X została dodana do zaktualizowanej listy chorób priorytetowych WHO. Obecnie znajduje się na dole listy, jako jedyna choroba oznaczona gwiazdką, wykorzystując tę samą niejednoznaczną definicję, jaką wymyśliło CEPI, dodając jednocześnie: nieznana „choroba X”.
Już w 2018 roku dyrektor generalny CEPI, Richard Hatchett, szczebiotał o tej efemerycznej przyszłej zarazie stwierdzając: „Może to brzmieć jak science fiction, ale choroba X jest czymś, na co musimy się przygotować”, dodając, że „przygotowanie wymaga inwestycji”.
Powtarzając niesławną gafę byłego sekretarza obrony Donalda Rumsfelda, Pranab Chatterjee, naukowiec z Wydziału Zdrowia Międzynarodowego w Johns Hopkins Bloomberg School of Public Health, opublikował błyskotliwą prezentację zatytułowaną: „Jedno zdrowie, „Choroba X” i wyzwanie „Nieznane”. „Nieznani„” , a następnie powiedział National Post: „nie jest przesadą stwierdzenie, że istnieje potencjał pojawienia się choroby X tuż za rogiem”.
Jeśli mamy zrozumieć lekcję historii, możemy sobie przypomnieć, że określenie „nieznane niewiadome” odnosiło się do braku dowodów łączących rząd Iraku z dostawami broni masowego rażenia grupom terrorystycznym, ale mimo to została wykorzystana jako fałszywe usprawiedliwienie dla inwazji na Irak.
Mając to na uwadze, możemy również rozważyć, że techniki stosowane do zaszczepienia choroby X w krajobrazie medialnym mają na celu utrwalenie strachu i niepokoju w umysłach opinii publicznej.
Powszechnie wiadomo, że strach i lęk są dwoma najpotężniejszymi składnikami ludzkiej psychiki i są regularnie wykorzystywane jako środek kontroli społecznej. Kroniki historii są pełne przykładów dyktatorów i społeczeństw totalitarnych, które podstępnie manipulują tymi pierwotnymi siłami emocjonalnymi, aby wykorzystywać całe populacje.
Najlepsi gawędziarze rozumieją, że niewidzialne zagrożenie może być bardziej przerażające niż przemoc, ponieważ może trwać dłużej – można je ciągnąć przez długi czas – nawet wieczność – bo jest tym, czego nie widać. Dlatego właśnie utrwalanie niewidzialnego wirusa, który może zaatakować każdego w dowolnym momencie, jest szczególnie skutecznym mechanizmem kontrolnym.
Aby stworzyć tę atmosferę niepojętego przerażenia, CEPI i WHO stworzyli doskonałą chorobę, chorobę „X”, występującą wszędzie i nigdzie, źle zdefiniowany niewidzialny terror, który może uderzyć w dowolnym momencie w dającej się przewidzieć przyszłości – wieczne usprawiedliwiany stanem bezpieczeństwa biologicznego, a także wieczystymi zyskami dla kompleksu przemysłowo-zdrowotnego.
Michael Bryant
*
Michael Bryant jest niezależnym dziennikarzem/aktywistą i badaczem, który obecnie koncentruje się głównie na kwestiach związanych z wolnością zdrowia.
Global Research, 31 maja 2023
Za: https://www.globalresearch.ca/mission-creep-disease-x/5820821
- Autor: Justyna Hofman-Wiśniewska
- Odsłon: 8800
O tym, jak się zestarzejemy decydują nasze geny, tryb życia i nasze choroby. Generalnie za osoby starsze uważa się ludzi po 65. roku życia.
- Autor: Justyna Hofman-Wiśniewska
- Odsłon: 3517
Z prof. Kazimierzem Roszkowskim-Śliżem, dyrektorem Instytutu Gruźlicy i Chorób Płuc w Warszawie rozmawia Justyna Hofman-Wiśniewska
- Nasze media donoszą o gruźlicy, która powraca - jaka jest prawda?
- Gruźlica w Polsce jest problemem, chociaż trendy są bardzo korzystne. Weszliśmy w tej chwili do grupy krajów, które mają niski poziom zachorowań na gruźlicę. U nas gruźlica ma swoje uwarunkowania historyczne. Obecna sytuacja jest odzwierciedleniem tego, co było w przeszłości z tego powodu, że zakażenie prątkiem gruźlicy nie jest jednoznaczne z zachorowaniem. Prawdopodobieństwo zachorowania na gruźlicę osoby zakażonej wynosi ok. 8% w ciągu całego życia. Praktycznie, bezpośrednio po wojnie 100% populacji było zakażone, na co są dowody. Pierwsze dane odnośnie rejestracji gruźlicy z roku 1955 pokazywały, że zachorowalność wynosiła wówczas w Polsce 290 osób na 100 tysięcy. Podczas, gdy w Niemczech ok. 170, a w Danii 32 na 100 tysięcy.
W Europie Polska była wtedy, podobnie jak Węgry, krajem najbardziej dotkniętym gruźlicą, co wiązało się z bardzo złymi warunkami socjalnymi, higienicznymi, sanitarnymi. Nasza sytuacja była nieporównywalnie gorsza niż sytuacja krajów obecnej starej unii, czy Czechosłowacji.
Zapadalność na gruźlicę w Polsce konsekwentnie spada stosownie do sytuacji demograficznej, niezależnie od wyników leczenia. Gdyby nie było żadnej interwencji medycznej, to zapadalność na gruźlicę i tak by spadała w sposób spontaniczny. Część osób bowiem choruje, u części następuje samowyleczenie, część ma w organizmie prątki, ale nie choruje. Tak było np. w Anglii. Największa zapadalność na gruźlicę była przed pojawieniem się leków przeciwprątkowych i spadła spontanicznie. Taka jest po prostu gruźlica.
Obecna sytuacja w naszym kraju jest gorsza od sytuacji w krajach tzw. starej unii i jest odzwierciedleniem tego, co było w przeszłości. Nadal bowiem żyje to pokolenie, które w większości jest zakażone prątkami gruźlicy. Widzimy to w strukturze zapadalności wiekowej – liczba zachorowań rośnie z wiekiem. Najniżej w tej statystyce są dzieci – w tej grupie wieku na gruźlicę zapada 1 dziecko na 100 tys. osób, czyli 19 razy mniej niż średnia. Roczny spadek zapadalności na gruźlicę u nas wynosi 2,5%, tak samo jak w krajach starej unii. W Polsce mamy naprawdę dobry, sprawny system walki z gruźlicą.
- W swoim czasie były obowiązkowe prześwietlenia płuc?
- Dzisiaj nie mają one najmniejszego znaczenia. Zupełnie czymś innym jest diagnostyka przy użyciu tzw. katastralnych badań radiologicznych przy zapadalności 450 osób na 100 tys., a zupełnie czymś innym przy zapadalności 19 na 100 tys. W tej chwili gruźlicę rozpoznaje się po prostu z objawów.
- No i tu może być problem, gdyż wielu lekarzy w ciągu swojego zawodowego życia ani razu może się nie spotkać z gruźlicą…
- To prawda. Maleje czujność lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej. Kiedyś lekarze masowo stykali się z chorymi na gruźlicę, więc byli nastawieni na jej rozpoznawanie. Dziś nie, dlatego co roku na konferencjach przypominamy o gruźlicy. I o tym, że choroby układu oddechowego powinny skłaniać lekarzy do myślenia o gruźlicy. Nawet w krajach, w których jest lepsza sytuacja epidemiologiczna, gruźlica stale jest pod szczególnym nadzorem. Wystarczy odrobinę poluźnić nadzór, a gruźlica staje się poważnym problemem. W Polsce szczęśliwie nie mamy problemu z gruźlicą oporną na wiele leków, gdyż zakażenie prątkami nie jest u nas związane z transmisją zakażenia, ale dotyczy osób nie współpracujących z lekarzem. W większości przypadków jest to lekooporność nabyta – chorzy sami przerywają leczenie, nie chcą się poddać leczeniu itp. W ubiegłym roku mieliśmy 38 takich przypadków.
- Polska, jeśli chodzi o epidemiologię gruźlicy, przynajmniej na razie, może się czuć bezpieczna?
- Myśląc kategoriami pozamedycznymi, należy bardzo poważnie wziąć pod uwagę, że czynnikiem zaburzającym nasz spokój będzie czynnik imigracyjny. Jeżeli nasza sytuacja demograficzna i nasze PKB spowoduje, że staniemy się krajem atrakcyjnym dla przybyszy, to nastąpi u nas, podobnie jak w innych krajach, osadnictwo imigrantów. Trzeba o tym myśleć nie tylko w kontekście socjoekonomicznym, ale i epidemiologicznym.
- Najważniejszym jednak problemem jest w tej chwili POChP?
- To prawda. W Polsce ok. 5% populacji choruje na przewlekłą obturacyjną chorobę płuc (POChP) - 20% palaczy i 10% osób niepalących. Bardzo poważnym zagrożeniem jest ekspozycja, nawet w dalekiej przeszłości, na produkty spalania biomasy. Kolejną przyczyną zapadalności na POChP jest starzenie się społeczeństwa. POChP, niezależnie od ekspozycji na czynniki powodujące zapalenie oskrzeli, jest chorobą powstającą w wyniku naturalnego procesu starzenia. I z tego powodu, pomimo skutecznych kampanii antynikotynowych i obserwowanego spadku zachorowań na raka płuc cały czas wzrasta zachorowalność na POChP.
- Jak Pan ocenia aktualną praktykę postępowania z chorymi na POChP w odniesieniu do najnowszych standardów diagnostyki i leczenia tej choroby?
- Uważam, że jeżeli chodzi o leki, to mamy dostęp do dokładnie tych samych leków, co pacjenci na całym świecie. Jeżeli zaś chodzi o standardy diagnostyki i terapii, to może nie jest to tak wyrażone, jak w przypadku gruźlicy w kwestii wczesnej rozpoznawalności, ale…
Czujność lekarzy jest tu również ograniczona z tego powodu, że choroba przebiega podstępnie. Bardzo długo chory nie ma żadnych objawów wskazujących na to, że jest chory. Do zgłoszenia się do lekarza skłaniają chorego objawy zaawansowanego POChP. Najczęściej zauważa u siebie gorszą tolerancję wysiłku w stosunku do rówieśników. Na przykład, wyruszam z kolegami w góry. Jeżeli np. 5 lat temu byłem z nimi na wycieczce w górach i było ok, a w tym roku widzę, że w stosunku do nich mam gorszą kondycję, powinno to wzbudzić mój niepokój. Osoby prowadzące siedzący tryb życia nie zauważą takich zmian. Upośledzenie funkcji układu oddechowego zwróci ich uwagę dopiero wtedy, gdy dokucza im to już w sposób istotny.
- Czy edukacja lekarzy pierwszego kontaktu i specjalistów pulmonologów w zakresie POChP zapewnia realizację standardów światowych w leczeniu polskich pacjentów?
- Bardzo istotną sprawą jest rola lekarzy POZ. Biorąc pod uwagę, że w Polsce choruje 2 mln osób, to jest rzeczą niemożliwą, żeby lekarz POZ nie zetknął się z pacjentem chorym na POChP. Pulmonologów praktykujących w Polsce jest 2400, więc nie jest możliwe, żeby oni kontrolowali cały proces diagnostyki populacyjnej POChP i nadzorowali leczenie. Oni pełnią funkcje konsultacyjne.
Rozpoznanie powinno się odbywać na poziomie lekarza POZ. Bardzo ważny jest wywiad z pacjentem, zwłaszcza w kontekście palenia tytoniu i poradnictwa antynikotynowego, bo to jest najbardziej istotny czynnik sprawczy. W ogóle, niezależnie od problemów z drogami oddechowymi, lekarz powinien zadać pytanie czy Pan/i pali papierosy? Jeżeli pali, to podczas każdej wizyty winien nakłaniać go do rzucenia palenia. Niekoniecznie musi sam mieć wiedzę i praktykę w zakresie leczenia uzależnienia od tytoniu, ale powinien choremu wskazać miejsce, gdzie może on uzyskać pomoc w rzuceniu palenia. Palenie papierosów, jak alkoholizm czy narkomania, jest chorobą. To jest nałóg i proces rzucania palenia wymaga pomocy psychologicznej i farmakologicznej.
Druga sprawa, to wyposażenie gabinetów lekarzy POZ. W każdym powinien być spirometr – podstawowy sprzęt do diagnostyki układu oddechowego.
- Jak w gabinecie nie ma spirometru, to lekarz wie, gdzie takiego pacjenta na badanie skierować.
- Tak, ale u nas jest pewien problem. Na przykład, są niemal regułą opóźnienia diagnostyczne w raku płuc. Dlaczego? Bo mamy kapitacyjny system finansowania POZ, czyli lekarz POZ otrzymuje finansowanie z NFZ na każdego pacjenta, którym się potencjalnie opiekuje. Z punktu widzenia ekonomii najlepiej więc mieć pod swoją opieką zdrową populację. Każdy chory pacjent wiąże się z wykonaniem diagnostyki i leczeniem. Nierzadko od pierwszych objawów choroby nowotworowej do rozpoczęcia diagnostyki mija bardzo dużo czasu. Lekarz długo zwleka z wykonaniem badania radiologicznego. Bardzo rzadko spotyka się sytuację, gdy zapalenie płuc stwierdzone w placówce POZ wiąże się z wykonaniem badania radiologicznego. Większość zapaleń się cofa w wyniku podjętego leczenia, ale jeżeli zdarzy się atypowe zapalenie płuc i nie zostanie wykonane badanie radiologiczne, to nie znamy historii radiologicznej choroby i szybkie skuteczne leczenie jest utrudnione. W końcu po nieskutecznym leczeniu antybiotykowym chory zostaje skierowany do szpitala.
Skierowanie do szpitala nie generuje kosztów z kieszeni lekarza POZ, natomiast badanie radiologiczne tak. Powinno być tak, jak w wielu krajach: część opłaty kapitacyjnej musi być obowiązkowo wykorzystana na diagnostykę. Jeżeli tak się nie dzieje, nie ma diagnostycznej części kontraktu. W Polsce lekarz POZ stara się przenieść koszty na kogoś innego, co zwiększa liczbę hospitalizacji. Lekarza POZ to nie interesuje, ale dla całego systemu jest to bardzo istotne. Był taki moment, że lekarze poz bezpłatnie kierowali na badania tomografii komputerowej. Robiono to masowo. Chory miał podejrzenie zapalenia płuc, lekarz POZ mógł skierować chorego na rentgen, ale za to by zapłacił, a na tomografię mógł go skierować bezpłatnie. Wpisywał podejrzenie zatorowości płucnej i tomografię wykonywano. Z tego się wycofano, ale ileś kosztownych badań wykonano niepotrzebnie. To, że pacjent i lekarz POZ za te badania nie zapłacili przecież nie oznacza, że one nic nie kosztowały!
- A jeśli chodzi o standardy leczenia POChP?
- W stosunku do standardów funkcjonujących np. w USA, w Polsce używamy znacznie częściej długo działających leków beta 2 - mimetycznych. To wynika z pewnych aspektów edukacyjnych i z pewnej formy promowania tych leków. Firmy farmaceutyczne „wmawiają” lekarzom pewien standard postępowania terapeutycznego, który nie do końca jest standardowy. Trzeba pamiętać, że tego rodzaju leki stosowane długoterminowo prowadzą również do powikłań krążeniowych, które i tak w POChP występują, jako wynik spontanicznie postępującej choroby. Stąd korzystnym zjawiskiem jest kontrola ordynacji lekarskiej w nowej ustawie refundacyjnej. Ordynując określony lek, musimy mieć dowód na to, że podajemy go zgodnie ze wskazaniami - tylko wtedy jest sens podawania leków beta 2- mimetycznych, gdy pacjent miał wykonaną spirometrię i próbę odwracalności, która wskazuje na korzystne działanie leku.
Kontrola ordynacji lekarskiej funkcjonuje wszędzie na świecie. Oczywiście, powinna być racjonalna i ona się u nas powoli się racjonalizuje.
Wracając do standardów. Kiedy konieczne staje się wspomaganie oddechu pacjenta, można wprowadzić tzw. nieinwazyjną wentylację mechaniczną (NWM), czyli respirator pompujący powietrze poprzez maskę założoną na usta i nos chorego. Wczesne zastosowanie NWM daje szansę na zmniejszenie śmiertelności, uniknięcie intubacji, zmniejszenie ryzyka niepowodzenia leczenia i skrócenie czasu hospitalizacji. Istotną rolę odgrywa możliwość stosowania NWM w oddziałach szpitalnych w okresie zaostrzeń POChP. Niestety, ta procedura nie jest obecnie finansowana przez NFZ, a Polska wciąż rażąco odbiega od pozostałych krajów UE w stosowaniu tej nowoczesnej nieinwazyjnej i ratującej życie chorych metody leczenia.
- Dziękuję za rozmowę.
Według danych Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), na przewlekłą obturacyjną chorobę płuc (POChP) cierpi około 600 mln ludzi. W Polsce z jej powodu co roku umiera ok. 15 tys. chorych. Według najnowszych danych w Polsce papierosy pali prawie jedna trzecia dorosłych Polaków: 34 procent mężczyzn i 25 procent kobiet.

