Medycyna (el)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1183
11 marca 2020 roku Światowa Organizacja Zdrowia (WHO), finansowana w ok.75% z prywatnych funduszy, ogłosiła, co dzisiaj już nie ulega wątpliwości, patrząc z naukowego punktu widzenia, fałszywą pandemię koronawirusa. Nie po raz pierwszy zresztą, jak się potem okazało, albowiem już w maju 2009 roku WHO zadeklarowało, co podważyły późniejsze prace naukowe, fałszywą pandemię świńskiej grypy.
Obie te „pandemie” charakteryzują się współczynnikiem śmiertelności (tzw. IFR -infection fatality rate, tj. liczba zgonów do liczby osób zakażonych jakimś patogenem w określonym czasie) na poziomie sezonowej grypy, a zatem w ich przypadku nie może być mowy o jakiejkolwiek pandemii w sensie jej klasycznej definicji, czyli zwiększonej (w porównaniu do poprzednich lat) liczby ciężkich zachorowań czy zgonów.
W wywiadzie z 19 kwietnia 2020 r. (zamieszczonym również w I tomie Fałszywej pandemii. Krytyki naukowców i lekarzy, a zatem dostępnym dla polskiego czytelnika niekorzystającego z literatury naukowej w języku angielskim już w połowie lipca 2020 roku) prof. med. John Ioannidis, epidemiolog i biostatystyk, jeden z najczęściej cytowanych naukowców świata, stwierdził: „Nasze dane sugerują, że COVID-19 odznacza się śmiertelnością [IFR – przyp. red.], która mieści się w granicach sezonowej grypy”. Wniosek ten sformułował na podstawie danych z hrabstwa Santa Clara, opublikowanych już 17 kwietnia 2020 r., z których wynikało, że śmiertelność z powodu COVID-19 wyniosła zaledwie 0,12-0,2%.
Znamienne, że w oficjalnym biuletynie WHO ze stycznia 2021 roku ukazała się publikacja Ioannidisa, w której przeanalizował on zgony związane z koronawirusem, do których doszło w różnych miejscach na świecie. Z jego ustaleń wynikało wówczas, że uśredniona, globalna
śmiertelność z powodu wirusa SARS-CoV-2 sięgała tylko 0,23%. Pomimo tak optymistycznego rezultatu badań nie odwołano pandemii. 26 marca 2021 r. ukazał się kolejny artykuł prof. Ioannidisa analizujący tę samą kwestię, w którym autor wskazał, że wskaźnik śmiertelności wyniósł jeszcze mniej, bo zaledwie 0,15%.
A zatem już na początku tzw. pandemii było wiadomo, że mamy do czynienia z wielkim oszustwem na światową skalę. Gdyby tylko chciano kierować się rzetelnymi badaniami, to musiano by odwołać fałszywy alarm i uspokoić społeczeństwa całego świata. Jednak przez kolejne dwa lata nic takiego nie miało miejsca, pomimo ogromu napływających danych potwierdzających pierwotne ustalenia.
Przy okazji analizowania wskaźnika śmiertelności warto sobie uświadomić, że skoro jest on na poziomie sezonowej grypy, to tym samym koronawirus nie mógł doprowadzić do ponad 200 tys. nadmiarowych zgonów w Polsce w okresie ok. dwóch lat trwania „pandemii”, licząc od marca 2020 roku. Zostało to też potwierdzone przez analizy statystyczne dr. Marka Sobolewskiego, który wykazał, że zgony ponadnormatywne silnie korelują z redukcją hospitalizacji, natomiast nie zachodzi taki związek między nimi a tzw. zgonami covidowymi. Ponadto są kraje, gdzie nie było w ogóle nadmiarowych zgonów (a nawet były ujemne!), przy czym należy tu wykluczyć możliwość, że społeczeństwa poszczególnych państw na tyle różnią się między sobą, że w jednym (tak jak w Polsce) koronawirus spowodował pogrom, a w innych w ogóle nie zaznaczył swojej obecności w statystykach. Jeśli chodzi o liczbę nadmiarowych zgonów, to jesteśmy w ścisłej czołówce na świecie, co oznacza, że wybraliśmy jedną z najgorszych strategii. Najlepszą byłoby tzw. nicnierobienie, tzn. nic ponad to, co w poprzednich latach.
W czasie chaosu i zawirowań towarzyszących „pandemii” śmiertelność z powodu danego patogenu jest przeszacowywana. Bardzo dobrze widać to na historycznym już przykładzie wspomnianej „pandemii” świńskiej grypy. Oddajmy głos statystykowi Jasonowi Oke i prof. med. Carlowi Heneghanowi z prestiżowego ośrodka medycyny opartej na dowodach (ang. The Centre for Evidence-Based Medicine), pracownikom Uniwersytetu w Oxfordzie piszącym na łamach CEBM: „Podczas świńskiej grypy śmiertelność (IFR) wyniosła ostatecznie 0,02%, pięciokrotnie mniej niż najniższe oszacowanie na jej początku (najniższy szacunek IFR w ciągu pierwszych dziesięciu tygodni od początku tej grypy wynosił 0,1%)”. Tym samym potwierdzili oni wyżej wspomniane oszacowania Johna Ioannidsa: „Biorąc pod uwagę doświadczenie historyczne, trendy dotyczące danych, zwiększoną liczbę infekcji w największych populacjach i potencjalny wpływ błędnej klasyfikacji zgonów, przypuszczalny szacunek IFR dla COVID-19 sytuuje się gdzieś pomiędzy 0,1% a 0,35%”.
Świńska grypa była jedną z najłagodniejszych fal grypy w historii, a pomimo tego została ogłoszona pandemią przez WHO. Czy potrzeba więcej dowodów na to, że nie możemy ufać tej organizacji? Skoro WHO wszczęło fałszywy alarm w maju 2009 roku, to czy nie mogło uczynić tego po raz kolejny w marcu 2020? Korupcja w WHO jest faktem. W artykule o znamiennym tytule „Dlaczego korupcja w Światowej Organizacji Zdrowia jest największym zagrożeniem dla zdrowia publicznego w naszych czasach?” autorzy wskazują, że zalecenia WHO są sprzeczne z medycyną opartą na dowodach (EBM): „W środowisku naukowym panuje powszechne przekonanie, że metaanalizy są dokładniejsze niż pojedyncze badania, zaś niezależne badania bardziej godne zaufania niż te, które pochodzą od firm [farmaceutycznych]. Dlatego zrozumiałe jest, że przeglądy Cochrane, tj. metaanalizy oparte na rygorystycznym protokole i niezależnym autorstwie, mają najwyższą jakość [wiarygodność – przyp. red.] w badaniach medycznych. Stąd godne pożałowania jest to, że przeglądy Cochrane okazują się sprzeczne z informacjami i zaleceniami Światowej Organizacji Zdrowia (WHO).
Szereg leków i szczepionek zalecanych przez WHO, a zwłaszcza leków stosowanych w psychiatrii, w przeglądach Cochrane uznano za szkodliwe i bez znaczącego efektu klinicznego. Ze względu na to, że zalecenia te są przestrzegane przez wiele osób w państwach członkowskich, prowadzi do tego, że pacjenci otrzymują niewłaściwe leki, a wielu z nich ma poważne skutki uboczne z powodu tych lekarstw. […] Dlatego uważamy, że zalecenia WHO dotyczące medycyny, w tym „listy podstawowych leków” oraz innych ich pochodnych, są stronnicze i niewiarygodne jako źródło rzetelnych informacji w medycynie”.
Zmiana definicji pandemii
Z powodu konfliktu interesów i przy współpracy skorumpowanych naukowców WHO zmieniło definicję pandemii, tak aby móc ją z łatwością ogłaszać, by przemysły farmaceutyczny i biotechnologiczny mogły zarabiać na niepotrzebnych produktach takich jak np. preparaty genetyczne, które nie są klasycznymi szczepionkami przeciw COVID-19, czy też wcześniej na szczepionkach przeciw świńskiej grypie oraz masowych testach. Bardzo dobrze wyjaśnił tę kwestię w wywiadzie telewizyjnym dr Tom Jefferson, brytyjski epidemiolog, związany z Centrum Medycyny Opartej na Dowodach w Oxfordzie:
Nakreślił Pan obraz tej choroby jako grypy, która nie jest aż tak poważna, jak się o niej powszechnie mówi. Tymczasem WHO twierdzi coś innego i nazywa to zjawisko pandemią. Co Pan powie o nazywaniu tej grypy pandemią?
To trafna uwaga. Ja już nie rozumiem, czym właściwie jest pandemia. Powodem tego jest to, że w 2003 roku WHO zdefiniowało pandemię grypy w następujący sposób: „Pandemia grypy występuje wtedy, gdy pojawia się nowy wirus grypy, na który ludzkość nie ma odporności, skutkujący wybuchem kilku jednoczesnych epidemii na całym świecie, którym towarzyszy ogromna liczba zgonów i zachorowań”. Jednak w maju 2009 roku definicja ta została zamieniona na inną, w myśl której pandemia grypy może wystąpić wtedy, gdy pojawi się nowy wirus grypy, na który ludzkość nie jest uodporniona. Innymi słowy, z wcześniejszej definicji usunięto fragment mówiący o równoczesnym wybuchu epidemii w różnych regionach świata, wysokiej zachorowalności, tj. bardzo dużej liczbie ostrych przypadków, oraz o ogromnej śmiertelności. Obowiązująca dziś definicja pandemii bardzo dobrze pasuje do opisu sezonowej grypy. Zatem już nie rozumiem, jaka jest różnica między nimi.
Kto zyskuje na tej zmianie definicji pandemii?
Ta nowa definicja obniża próg i pozwala ogłosić w obecnym czasie pandemię oraz przedłuża jej trwanie. Oczywiście sprzyja to tym, którzy mają jakieś produkty do sprzedania, w tym także badania. Pamiętajmy również o mediach i przemyśle farmaceutycznym”.
Warto też uświadomić sobie, że termin „pandemia” jest kwestią definicji, a nie prawem natury, które jest nienaruszalne i niemodyfikowalne przez człowieka, jak na przykład prawo grawitacji Newtona czy teoria względności Einsteina. Prawa odkrywamy, a definicje tworzymy, czasami pod grupy interesu, jak ma to miejsce w przypadku definicji pandemii. Zresztą, jeśli mielibyśmy mówić o pandemii koronawirusa, to powinniśmy też w przeszłości konsekwentnie mówić np. o pandemii grypy.
Testy PCR, które nie wykrywają zakażenia
Ministerstwo Zdrowia i usłużne mu media straszyły do niedawna codziennie Polaków tzw. liczbą zakażeń SARS-CoV-2, bazując na badaniach wymazów z nosogardzieli metodą PCR, czyli łańcuchowej reakcji polimerazy (ang. polymerase chain reaction). Problem w tym, że tą techniką stosowaną na masową skalę w laboratoriach diagnostycznych w Polsce i na świecie nie da się potwierdzić zakażenia koronawirusem!
Lekarka internistka pracująca w miejscowym Centrum Medycznym zmagała się z przewlekłym kaszlem, który niepokoił zarówno ją, jak i jej współpracowników. W połowie kwietnia podobne objawy, tj. kaszel, gorączka i trudności w oddychaniu zaobserwowano u pozostałych pracowników placówki. Wkrótce potem blisko 1000 pracowników szpitala zostało poddanych testom i odsuniętych od pracy do momentu
uzyskania negatywnych wyników. Wśród testowanych u 142 osób, w tym u wspomnianej internistki, stwierdzono poważną chorobę dróg oddechowych. Szpital prewencyjnie zamknięto i ogłoszono epidemię. Wdrożono środki bezpieczeństwa. Zainfekowani zostali odsunięci od pracy na kilka miesięcy na podstawie wyników testów PCR, które wskazywały na obecność niebezpiecznego patogenu. Podobnie początek tej epidemii wyglądał w innych miastach.
Ta historia nie dotyczy jednak ani COVID-19, ani koronawirusa, ani nawet roku 2020 czy późniejszych lat. Opisana powyżej sytuacja miała miejsce w Dartmouth oraz w Bostonie przeszło 15 lat temu (w 2007 roku). Po 8 miesiącach od wykonania testów PCR szpital przyznał, że był to fałszywy alarm. Pracownicy cierpieli na zwykłe przeziębienie, które na podstawie testów PCR zostało błędnie zakwalifikowane jako choroba spowodowana groźnym patogenem – pałeczką krztuśca. Zdarzenie to zostało opisane potem w „The New York Times” w artykule pod jakże znamiennym tytułem: „Wiara w szybki test prowadzi do epidemii, której nie było” (Kolata G. [2007.01.22]. Faith in quick test leads to epidemic that wasn’t. The NYT) jako przestroga przed zbytnim poleganiem na testach molekularnych. Niestety, w 2020 r. zapomniano o tym ostrzeżeniu i na podstawie niewiarygodnych metodycznie testów zamknięto gospodarki większości krajów, a z ludzi uczyniono niewolników, łamiąc ich podstawowe prawa.
Infekcja, czyli zakażenie jest to wniknięcie jakiegoś patogenu (zarazka), a więc np. koronawirusa, do organizmu, a mówiąc bardziej precyzyjnie do komórek, i namnażanie się. Innymi słowy, aby doszło do zakażenia, nie wystarczy, żeby wirus wniknął do organizmu (mówimy wtedy o obecności wirusa bądź kolonizacji). Warunkiem koniecznym zakażenia jest proces namnażania się. Testy PCR mogą jedynie stwierdzić OBECNOŚĆ materiału genetycznego w wymazie z nosogardzieli (czyli wyłącznie na powierzchni błon śluzowych), który może, ale nie musi należeć do SARS-CoV-2. Co więcej, testy te nie są w stanie nawet stwierdzić obecności całego wirusa, ponieważ w zastosowanej procedurze powielane są jedynie fragmenty o długości ok. 100-500 nukleotydów. Powielanie polega na uzyskaniu bardzo dużej liczby kopii (nawet 1 miliona) dokładnie tego samego fragmentu materiału genetycznego.
Nukleotyd to podstawowa, mała cząstka, którą zawierają zarówno wirusy, jak i ludzki materiał genetyczny (DNA). Koronawirus ma około 30 tys. nukleotydów, zaś wymaz z nosogardzieli jest mieszaniną różnych materiałów genetycznych, w tym pochodzących od człowieka oraz różnego rodzaju wirusów i bakterii. Nie mamy zatem do czynienia z czystym materiałem genetycznym koronawirusa (o ile się on tam znajduje), który moglibyśmy powielić do dalszej analizy, ale „kłębowiskiem” całej masy różnych nici DNA i RNA (koronawirus składa z RNA). Aby powielić materiał genetyczny do dalszej diagnostyki, stosuje się tzw. startery, które są tak zaprojektowane, żeby wykryć fragment (wspomniane 100-500 nukleotydów) koronawirusa i go powielić. Jednak z powodu tego, że pobrany od człowieka wymaz zawiera całą masę wspomnianych różnego pochodzenia fragmentów materiału genetycznego, które mogą być podobne do fragmentów koronawirusa, za pomocą metody PCR można również powielić fragmenty, które nie należą do SARS-CoV-2 (w tym fragmenty spokrewnionych filogenetycznie koronawirusów!).
I tak też się dzieje, co potwierdziło amerykańskie Centrum Kontroli i Prewencji Chorób (ang. CDC – agencja rządu federalnego Stanów Zjednoczonych wchodząca w skład Departamentu Zdrowia i Opieki Społecznej), które, sprawdzając wiarygodność tej metody, określiło, że spośród pozytywnych wyników testów (w takim przypadku nasze Ministerstwo Zdrowia ogłasza, że dana osoba jest zakażona) aż 65%
było fałszywie pozytywnych, czyli de facto ci ludzie nie mieli koronawirusa!
CDC, żeby określić, czy faktycznie obecny był tam cały wirus, a nie jedynie jego fragment, użyła tzw. metody sekwencjonowania, której nie stosuje się rutynowo w diagnostyce. Dlatego też testami PCR nie można potwierdzić obecności całego wirusa, podczas gdy do spowodowania ewentualnego zakażenia niezbędny jest cały, aktywny wirus. A zresztą, nawet gdyby doszło do zakażenia, to i tak większość tych osób nie będzie miała objawów, albo będą one skąpe. Nie należy bowiem mylić zakażenia z zachorowaniem, które w sposób konieczny związane jest z objawami.
Pozytywny wynik testu uzyskany z nosogardzieli, nawet potwierdzony przez sekwencjonowanie (czego się nie robi podczas rutynowego wykonywania testów PCR), nie potwierdza infekcji w organizmie. Ponadto trzeba by jeszcze przeprowadzać diagnostykę różnicową, żeby wykluczyć inne wirusy i bakterie, które powodują takie same objawy jak te przypisywane COVID-19. Tego oczywiście w praktyce się nie robi. Dlatego straszenie „zakażeniami” i utożsamianie ich z zachorowaniami to jedna wielka manipulacja w tej dezorientującej narracji mówiącej o „pandemii” koronawirusa.
Stosowanie testu, który nie dość, że nie wykrywa zakażenia, to jeszcze dodatkowo wprowadza w błąd co do rzeczywistej liczby przypadków (i to nawet nie w kwestii zakażenia, ale wyłącznie OBECNOŚCI materiału genetycznego koronawirusa na błonach śluzowych, w szczególności zaś w diagnostyce przesiewowej osób bezobjawowych), jest skandalem i skutkiem korupcji instytucjonalnej. Testy PCR wykrywające SARS-CoV-2 są jedynie olbrzymim marnowaniem pieniędzy podatnika, a zarazem narzędziem służącym do wzbudzania u niego niczym nieuzasadnionego lęku. Nie dość, że obywatel za nie płaci (zarówno w postaci podatków, jak i z własnej kieszeni), to jeszcze jest straszony i zamykany w areszcie domowym na tzw. kwarantannie. Oczywiście korzystają na tym produkujące je firmy oraz producenci bardzo kosztownych urządzeń i odczynników do ich przeprowadzania.
Jest to fragment Wstępu do Białej księgi pandemii koronawirusa pod red. dr. Mariusza Błochowiaka, wydanej przez Fundację Ordo Medicus w 2022.
Więcej - https://ordomedicus.org/
https://ordomedicus.org/produkt/biala-ksiega-pandemii-koronawirusa-ebook/
- Autor: Justyna Wiśniewska-Hofman
- Odsłon: 18093
Badania przesiewowe prowadzone przez Instytut Fizjologii i Patologii Słuchu w poprzednich latach wykazały, że około 15–20% dzieci i młodzieży w wieku szkolnym ma różnego rodzaju problemy związane ze słuchem, które mogą skutkować trudnościami w adaptacji do środowiska szkolnego, zaburzeniami koncentracji, komunikowania się i ograniczeniami w przyswajaniu wiedzy, gorszą znajomością języka, trudnościami w mówieniu, czytaniu i pisaniu.
Niedosłuch może być też przyczyną agresji, nadpobudliwości, nerwowości, wyizolowania z otoczenia. Prawie 60% rodziców dzieci, u których wykryto zaburzenia słuchu, nie miało świadomości istnienia tego problemu.
Średni wiek dziecka w Polsce, w którym wykrywany jest niedosłuch to 3 lata. Według danych z Instytutu Fizjologii i Patologii Słuchu, częstość występowania zaburzeń słuchu w wieku od 6 do 18 roku życia wynosi 17,8%. Dzięki wieloletniemu uporowi i konsekwentnej działalności edukacyjnej prof. Henryka Skarżyńskiego badania przesiewowe wykonywane u noworodka są już u nas standardem.
Prawidłowy wynik badania przesiewowego u noworodka nie powinien rodziców do końca uspakajać. Wiele zaburzeń słuchu ujawnia się znacznie później. Dlatego tak ważna jest obserwacja dziecka, sprawdzanie, czy na pewno dobrze słyszy i w razie stwierdzenia niepokojących objawów zgłoszenie się z dzieckiem natychmiast do pediatry, by poprosić o skierowanie do otolaryngologa lub audiologa. W takim przypadku zawsze niezbędne jest zbadanie dziecka przez specjalistę! Tylko on przeprowadzi niezbędne badania audiometryczne i podejmie odpowiednią terapię. W większości przypadków leczenie jest bardzo skuteczne, a mali pacjenci odzyskują słuch. Łukasz Olszewski - specjalista protetyk z Instytutu Fizjologii i Patologii Słuchu w Warszawie mówi: Należy pamiętać, że nasze narządy zmysłów, w tym i narząd słuchu, rozwijają się prawidłowo i harmonijnie tylko pod wpływem stałego dopływu odpowiedniej liczby bodźców ze świata zewnętrznego. W przypadku ich długotrwałego braku, może nastąpić poważna degeneracja układu nerwowego odpowiedzialnego za te funkcje naszego mózgu. A więc, im wcześniej rozpoczniemy rehabilitację dziecka i pozwolimy mu na zbliżone do normalnego słyszenie, tym większe są szanse na oczekiwane efekty: prawidłowy rozwój słuchu, głosu i mowy, ogólny, harmonijny rozwój dziecka. Długotrwałe pozbawienie narządu słuchu bodźców zewnętrznych, szczególnie w przypadku głębokich ubytków słuchu, może prowadzić w konsekwencji do nieodwracalnych zaburzeń mowy, nieumiejętności posługiwania się językiem mówionym i brakiem umiejętności rozumienia mowy.
Wydawałoby się, że przy dzisiejszym dostępie do informacji, nagłaśnianych akcjach przesiewowych badań słuchu w różnych regionach kraju u dzieci w wieku szkolnym organizowanych przez Instytut Fizjologii i Patologii Słuchu, edukacji społeczeństwa, obecności tego tematu w mediach z wykrywalnością zaburzeń słuchu u dzieci i młodzieży nie powinno być problemu. Tymczasem prawie 60% rodziców dzieci, u których wykryto zaburzenia słuchu, nie miało świadomości istnienia tego problemu. Wniosek nasuwa się jeden: rodzice nie obserwują swoich dzieci pod tym kątem, nie zwracają uwagi, jak im się wydaje, na drobiazgi, zbyt pochopnie uważają, że dziecko jest krnąbrne czy uparte, gdy nie słucha ich poleceń. Nie dostrzegają też różnych „drobiazgów” mogących świadczyć o niedosłuchu dziecka nauczyciele.
Przyczyn niedosłuchu jest wiele, każda wymaga starannego, specjalistycznego zdiagnozowania. Jeżeli tylko coś wzbudza nasz niepokój, warto wejść na stronę internetową Instytutu Fizjologii i Patologii Słuchu, ale też na stronę stworzoną specjalnie dla rodziców, babć, dziadków, opiekunów www.dzieckozniedosluchem.pl
Nowy portal przygotowany jest z myślą o rodzicach i opiekunach małych dzieci, którzy mają już do czynienia z problemem ubytku słuchu lub podejrzewają taką niesprawność u swojego malucha. To poradnik, który prowadzi i doradza począwszy od zwrócenia uwagi na fakt możliwości wystąpienia takiej wady u noworodka poprzez przeprowadzenie prawidłowej diagnostyki oraz leczenie i rehabilitację dziecka
Dlaczego dziecko nie słyszy?
Przyczyną mogą być wady wrodzone dziedziczne (niedosłuch, głuchota), także wady rozwojowe genetycznie uwarunkowane, wady wrodzone nie odziedziczone po przodkach. Przyczynami wystąpienia głuchoty wrodzonej mogą być też choroby przebyte przez matkę w czasie ciąży, czynniki toksyczne działające w czasie ciąży oraz zaburzenia hormonalne. Do najbardziej niebezpiecznych zaliczane są uszkodzenia, które wystąpią w 3 pierwszych miesiącach ciąży. Najczęściej są one skutkiem zakażeń wirusowych. Oprócz wad wrodzonych i nabytych, czynnikami które mogą uszkodzić słuch są wcześniactwo, zbyt niska masa urodzeniowa, niedotlenienie okołoporodowe i zamartwica oraz choroby okresu okołoporodowego (zakażenia, nasilona żółtaczka). Jednym z częstych powodów problemów ze słuchem u dzieci jest przerośnięty trzeci migdał. Słuch może uszkodzić także zbyt częste słuchanie za głośnej muzyki z przenośnych odtwarzaczy. Jednak w ponad 70% przypadków zaburzeń słuchu u dzieci w wieku szkolnym przyczyną są infekcje górnych dróg oddechowych. Większość z nich można skutecznie leczyć, gdy są wcześnie wykryte.
Rodzajów niedosłuchu jest kilka. Ze względu na lokalizację uszkodzenia wyróżnia się niedosłuch:
- przewodzeniowy,
- odbiorczy,
- mieszany,
- zaburzenie słuchu pochodzenia centralnego.
Każdy z nich ma inną przyczynę i tak np. niedosłuch przewodzeniowy może być spowodowany chorobami ucha zewnętrznego i środkowego, ale i zniekształceniami będącymi skutkiem wad wrodzonych, zmianami zapalnymi, uszkodzeniem błony bębenkowej lub kosteczek słuchowych. Niedosłuch odbiorczy może powstać na skutek uszkodzenia struktur ucha wewnętrznego, nerwu słuchowego czy ośrodków słuchowych w mózgu. Niedosłuch mieszany jest kombinacją niedosłuchu przewodzeniowego i odbiorczego.
Problem ze słuchem może wystąpić u dziecka w każdym wieku. Nie zawsze dzieje się to nagle i nie zawsze zostaje szybko zauważony, chociaż objawy są łatwe do wychwycenia. Przynajmniej większość z nich. Niedosłuch mogą sugerować m. in. takie objawy, jak: opóźnienie rozwoju mowy, ograniczony zasób słownictwa, trudności ze zrozumieniem czytanego tekstu, gubienie końcówek lub początków wyrazów, problemy z pisaniem ze słuchu czy powtórzeniem wypowiadanych zdań, problemy z koncentracją uwagi, brak skupienia uwagi na tym, co mówi nauczyciel, opóźnione reagowanie na polecenia czy wywoływanie po imieniu, nieprzygotowanie do lekcji z powodu niezapisania tematu pracy domowej, dopytywanie kolegów, co było na lekcji, trudności ze zlokalizowaniem źródła dźwięku, zostawanie w klasie podczas przerwy itp. Są to więc objawy łatwe do zauważenia, ale i trudne, bo wiele dzieci dobrze słyszących też tak się zachowuje.
Diagnoza i co dalej?
Rodzice dzieci ze zdiagnozowanym trwałym niedosłuchem narzekają, że w momencie podejrzenia ubytku słuchu u dziecka, pozostają sami z tym problemem. W naszym przypadku tak naprawdę od samego początku zdani byliśmy na naszą własną dociekliwość, aktywność i pomysły, jak można naszemu synkowi pomóc. Wielokrotnie przeprowadzenie różnych badań było wynikiem naszego uporu i zdecydowanych próśb do lekarzy o skierowanie na ich przeprowadzenie. Tylko ciągłe poszukiwania dodatkowej wiedzy, zarówno w Internecie, jak i wśród znajomych, także rodziców dzieci z podobnymi problemami, wypytywanie lekarzy w trakcie wizyt czy logopedów w trakcie zajęć - rzeczywiście daje efekty uzyskania świadomości, co jeszcze można zrobić, jak z dzieckiem samodzielnie pracować i jak je wspierać, by żyło i rozwijało się tak, jak jego słyszący rówieśnicy. – piszą na stronie rodzice małego Michała.
Powtórzę, że wydawałoby się, iż informacja jest powszechnie dostępna. Najwidoczniej jest jej za mało i na niektórych szczeblach jest zawodna. Oczywiście, pierwszym informatorem rodziców dziecka z niedosłuchem powinien być pediatra. Potem specjaliści… W kontekście listu rodziców małego Michała - no comment...
Ważna jest świadomość, że prawie każdemu dziecku z zaburzeniami słuchu można pomóc, gdy są one wcześnie wykryte i zdiagnozowane. Metody leczenia zależą od diagnozy. Może być zastosowane leczenie zachowawcze, może być niezbędna operacja. Każde zaleganie płynu w obrębie jamy bębenkowej, które prowadzi do upośledzenia słuchu, powinno być leczone zachowawczo, ale jeśli trwa dłużej niż miesiąc, powinno być leczone operacyjnie. Zabieg chirurgiczny często przywraca normalny słuch. Niekiedy niezbędne jest wszczepienie implantu ślimakowego – metoda dostępna w Polsce od 19 lat.
Wczesna diagnoza powinna spowodować szybką interwencję. W przypadku stwierdzenia odbiorczego ubytku słuchu dziecko powinno jak najszybciej otrzymać aparat słuchowy. Jednak korekta ubytku słuchu to nie wszystko. Niezbędna jest rehabilitacja. A rehabilitacja, ta najprostsza, ale niezbędna to mówienie, mówienie, mówienie do dziecka z niedosłuchem. W Poradniku opublikowanym przez Instytut Fizjologii i Patologii Słuchu czytamy: Niezwykle ważne jest to, aby dziecko wzrastało w otoczeniu ludzi mówiących. Trzeba mówić do dziecka, kiedy tylko nadarza się do tego okazja. Zanurzenie dziecka w strumieniu słów, otaczanie go mową to warunek, aby pewnego dnia podjęło ono próbę zakomunikowania nam czegoś poprzez słowa. Zachowania językowe osób najbliższych, zwłaszcza matki, są nie tylko prostym wzorem do naśladowania, lecz także dostarczają dziecku informacji, na podstawie których odkryje ono reguły języka. Początkowo zbuduje własny system pojęć, a następnie przejdzie do samej czynności mówienia. Tak dzieje się zarówno u dziecka słyszącego, jak i niesłyszącego czy niedosłyszącego. Tę specyficzną dla człowieka umiejętność wykorzystują w codziennej pracy logopedzi, współpracując z rodzicami dziecka.
Justyna Hofman-Wiśniewska
- Autor: Justyna Hofman-Wiśniewska
- Odsłon: 12326
Z dr. hab. n. med. Przemysławem Leszkiem z Kliniki Niewydolności Serca i Transplantologii w Instytucie Kardiologii w Aninie rozmawia Justyna Hofman-Wiśniewska

- Kiedy mówimy o niewydolności mięśnia serca?
- Niewydolność serca i objawy z nią związane polegają na upośledzeniu w wypełnieniu komór serca jak i zaburzeniach w ich opróżnianiu. Upośledzenie w wypełnieniu komór serca prowadzi do zalegania nadmiernej ilości krwi w układzie żylnym. Gdy zaburzenia wypełnienia dotyczą lewej komory serca, obserwujemy zastój krwi w układzie żył płucnych, a pacjenci skarżą się na nasiloną duszność. Upośledzone napełnianie prawej komory serca prowadzi do zalegania krwi w układzie żył obwodowych, a w efekcie do powstawania obrzęków, gromadzenia płynu w jamach ciała (otrzewnej, opłucnej, osierdziu). Przy współistnieniu upośledzonego napełniania obu komór serca chorzy uskarżają się na obrzęki, ale również nasiloną duszność.
Z drugiej strony, niewydolne serce nie jest w stanie opróżnić się we właściwym stopniu i zapewnić odpowiedniego przepływu krwi w narządach i układach obwodowych. Dochodzi do ochronnej redystrybucji przepływu tak, aby maksymalnie utrzymać przepływ przez narządy o największym znaczeniu dla życia – serce, mózg, nerki. Przepływ jednak nie jest w pełni wystarczający, a pacjenci mówią o objawach zmęczenia, osłabienia czy nietolerancji wysiłku fizycznego.
Do niewydolności serca prowadzą bardzo różne przyczyny, uszkadzają one serce, co prowadzi do charakterystycznego zespołu chorobowego określanego terminem niewydolność serca. Coraz więcej pacjentów cierpi na niewydolność mięśnia serca, u coraz większej liczby pacjentów jest ona rozpoznawalna, gdyż techniki diagnostyczne są coraz szerzej dostępne.
- Jakiego rodzaju niewydolność może wystąpić?
- Ze względu na czas trwania i szybkość narastania niewydolności mówimy o przewlekłej i ostrej. Niewydolność serca na ogół rozwija się powoli i postępuje stopniowo, z okresami zaostrzeń wymagających intensyfikacji terapii. Niewydolność ostra występuje natomiast już w krótkim okresie po działaniu czynników uszkadzających serce i wymaga z reguły intensywnych działań terapeutycznych. Oczywiście, gdy osiągniemy sukces i uzyskamy stabilizację zdrowia pacjenta, objawy zmniejszają się lub czasami ustępują, a pacjent przechodzi do grupy chorych z przewlekłą niewydolnością serca. Niestety, jedynie w niewielkim odsetku przypadków udaje się nam go w pełni wyleczyć.
Oceniając funkcję skurczową i rozkurczową lewej komory serca możemy podzielić niewydolność serca na taką, w której dominuje uszkodzenie funkcji skurczowej komory, bądź też taką, w której funkcja skurczowa jest prawidłowa, a dominuje uszkodzenie jej funkcji rozkurczowej, czyli napełniania krwią. Wreszcie, w zależności od dominującego zespołu objawów zastoju w krążeniu małym lub dużym, mówimy o lewokomorowej lub prawokomorowej niewydolności serca, niekiedy o obukomorowej. U większości pacjentów przy działaniu czynników uszkadzających lewą komorę serca dochodzi do upośledzenia jej funkcji. Z czasem jednak narasta jej niewydolność, upośledzone napełnianie, co w efekcie powoduje zaleganie krwi w łożysku płucnym i prowadzi do wtórnego przeciążenia. W konsekwencji - uszkodzenia prawej komory serca. U części pacjentów, np. z zatorowością płucną, chorobami zatorowo – płucnymi, przewlekłymi chorobami płuc, czy wadami wrodzonymi, z reguły bardziej obciążona jest prawa komora.
- Czy serce w jakiś sposób broni się samo przeciw tym upośledzeniom?
- Tak, włącza się wiele mechanizmów obronnych. W pierwszym rzędzie aktywowane są mechanizmy regulujące, tzw. natychmiastowe – zarówno wewnątrzsercowe jak i neurohumoralne, które starają się doprowadzić w sytuacji kryzysowej dla serca do normalizacji jego warunków pracy. Mechanizmy te w działaniu długotrwałym prowadzą jednak do zwiększonego obciążenia serca zarówno mechanicznego jak i energetycznego. Z czasem reakcje kompensacyjne przestają być wystarczające, uszkodzone serce cały czas pracuje pod dodatkowo zwiększonym obciążeniem i pojawiają się cechy niewydolności serca.
- Jakie są przyczyny niewydolności serca?
- Najczęściej choroba wieńcowa, przebyty zawał, nadciśnienie tętnicze, choroba niedokrwienna serca, choroby zastawkowe, kardiomiopatie, rzadziej wady wrodzone serca. Należy tu podkreślić, że szczególną grupę ryzyka, jeśli chodzi o niewydolność serca, stanowią pacjenci onkologiczni. Leki onkologiczne są toksyczne, niszcząco działają na nowotwór, ale często uszkadzają nawet zdrowe serce lub powiększają już istniejące uszkodzenia.
- Jakie są typowe objawy niewydolności serca?
- To objawy związane z upośledzonym napełnianiem komór i w efekcie zaleganiem krwi, jak i ze zmniejszonym rzutem serca.
Gdy mamy do czynienia z niewydolnością lewokomorową, krew zalega w płucach i występuje duszność wysiłkowa, do spoczynkowej włącznie. Jeśli jest niewydolność prawokomorowa, płyny zalegają w tkankach obwodowych i występują obrzęki tych partii ciała, które są położone najniżej, czyli stóp, kostek, u osoby leżącej najbardziej obrzęknięte są plecy. Płyn pojawia się także w jamie opłucnej, otrzewnej, osierdziu. W nocy, gdy pacjent leży, nadmiar wody przemieszcza się do układu krążenia i zwiększa się produkcja moczu. Zmniejszenie rzutu serca powoduje zmęczenie, osłabienie i nietolerancję wysiłku. Dodatkowo mogą dołączać się patologie związane z zaburzeniami oddechu, szczególnie w nocy, pod postacią bezdechów sennych. Kolejnym objawem jest przyśpieszenie częstości serca, a więc tachykardia. Trzeba jednak zawsze pamiętać, że przyśpieszony rytm serca lub jego zaburzenia są objawami wielu chorób i zawsze należy zdiagnozować ich pierwotną przyczynę. Gdy przyczyną jest niewydolność serca należy włączyć adekwatne leczenia.
- Techniki diagnostyczne stosowane rutynowo przy niewydolności serca…
- Podstawowym i pierwszym badaniem dla kardiologa jest elektrokardiogram. Niezależnie od postępu diagnostycznego, to badanie powinno być zawsze wykonywane, a jeśli ocenia je specjalista, może dostarczyć wielu informacji. Następnie wykonujemy badanie echokardiograficzne, aby ocenić skurcz i rozkurcz mięśnia serca. Dalej: markery z krwi - przy niewydolności serca ważna jest ocena hormonu typowego dla niewydolności serca - BNP lub jego fragmentu NT-proBNP.
Jednak zawsze podstawowe znaczenie ma dobrze przeprowadzony wywiad z pacjentem. Należy też wykluczyć inne przyczyny, które mogą powodować podobne objawy jak przy niewydolności serca. Jeżeli jest to palacz, lekarz musi to brać pod uwagę, jeżeli choruje na choroby przewlekłe czy cierpi na nadczynność, albo niedoczynność tarczycy to taka sytuacja może utrudniać prawidłowy obraz i ocenę pracy serca, itd. Zdarza się też taka sytuacja, że wykluczone są wszystkie przyczyny oczywiste, a pacjent nadal skarży się na złe samopoczucie i np. duszności. Ale trzeba brać poprawkę na to, że każdy człowiek choruje nieco inaczej i akurat ten pacjent może być nietypowy.
- Co wtedy?
- U pacjentów podejrzanych o niewydolność serca wykonujemy badania biochemiczne krwi (w tym stężeń: sodu, potasu, wapnia, mocznika, kreatyniny, bilirubiny, ferrytyny oraz aktywności enzymów wątrobowych) oraz parametrów czynności tarczycy. Także wykonywane jest badanie pełnej morfologii krwi w celu wykrycia niedokrwistości, która może być przyczyną objawów.
Należy też rozważyć wykonanie oznaczenia stężenia BNP/NTproBNP. U niektórych chorych zlecamy badania bardziej wnikliwe badania, jak rezonans magnetyczny serca, czy u chorych z dławicą piersiową koronarografię – w celu oceny anatomii tętnic wieńcowych. Czasami koronarografia może być zastąpiona oceną tętnic wieńcowych z wykorzystaniem tomografii komputerowej. U pacjentów kwalifikowanych do przeszczepu serca, czy wszczepienia układów wspomagających pracę serca wykonywane jest cewnikowania prawej części serca i tętnicy płucnej w celu obiektywnych pomiarów ciśnienia wewnątrz serca i naczyń płucnych.
- Metody leczenia niewydolności: farmakologiczne i inwazyjne…
- Zawsze w leczeniu niewydolności serca staramy znaleźć się jej bezpośrednią przyczynę. Jej usunięcie, o ile jest możliwe, zawsze stanowi najbardziej optymalne postępowanie. I tu stosujemy wszystkie dostępne metody, włącznie z inwazyjnymi. Jeżeli jednak zgłasza się do nas pacjent, który ma za sobą incydenty wieńcowe, zawał, bądź jest to pacjent podejrzany o chorobę wieńcową, to badaniem niezbędnym dla diagnostyki z reguły jest koronarografia. W zależności od wyniku, zaproponowane może być pacjentowi leczenie inwazyjne – operacyjne lub z użyciem technik przezskórnych, lub też dalsze leczenie farmakologiczne. Podobnie przyczynowo staramy postępować np. w wadach serca czy uszkodzeniach serca spowodowanych arytmią.
Samo leczenie niewydolności serca zawsze staramy się zaczynać od metod najmniej obciążających, czyli nieinwazyjnych. Walczymy więc o pacjenta farmakologicznie. Jak najmniejsza interwencja przy jak największej szansie na sukces. Jeśli odpowiednio zestawimy tabletki, porozmawiamy z pacjentem i uda nam się uzyskać jego zrozumienie i współpracę, to u wielu pacjentów w danym momencie może nie być już potrzebne działanie inwazyjne. Jeżeli w trakcie leczenia osiągnę to, że dolegliwości pozostaną na stałym poziomie, to bardzo się cieszę. Zdarza się, że dolegliwości w ogóle ustępują. Oczywiście, na wstępie informuję każdego pacjenta, że niewydolność serca to choroba przewlekła i postępująca, i trzeba się liczyć z tym, że w jakimś momencie może być niezbędne postępowanie inwazyjne.
- Jakiego rodzaju leki stosuje się najczęściej?
- Leki należy włączać powoli, w rekomendowanych dawkach, które są wielokrotnie większe od dawek początkowych. Zaczynamy od ACE Inhibitora lub β-adrenolityku, pamiętając jednak, że β-adrenolityki nie mogą być stosowane u pacjentów zdekompensowanych (ujemny efekt na kurczliwość). Nadmiar płynów usuwamy z organizmu, stosując leki moczopędne, które łagodzą objawy, ale nie wpływają bezpośrednio na rokowanie, stąd powinny być stosowane z umiarem.
Gdy pacjent pomimo prowadzonego leczenia ma nadal objawy choroby, z utrzymującym się uszkodzeniem lewej komory serca, dodatkowo podajemy leki będące antagonistami aldosteronu. Jeśli, mimo wdrożonego leczenia, pacjent nadal ma objawy niewydolności, uszkodzenia lewej komory serca z rytmem zatokowym o częstości ≥ 70/min, możliwe jest zastosowanie leku zwalniającego zbyt szybką czynność serca – iwabradyny.
Możliwości leczenia farmakologicznego są więc duże i powinny być wszystkie maksymalnie wykorzystane przed kwalifikacją do procedur inwazyjnych.
- Tak w przybliżeniu, ale pod pojęciem leczenie inwazyjne niewydolności serca rozumiemy tzw. elektroterapię, bądź wszczepianie urządzeń wspomagających, czy też przeszczep serca. Elektroterapia to w zasadzie dwa typy urządzeń. Pierwszy to kardiowerter - defibrylator, czyli stymulator, który jednocześnie sczytuje rytm serca i jeśli pojawiają się niebezpieczne dla życia pacjenta komorowe zaburzenia rytmu pod postacią częstoskurczu komorowego lub występuje migotanie komór, to urządzenie przy pomocy szoku elektrycznego przerywa te zaburzenia. Jednocześnie, gdy czynność serca jest zbyt wolna, włącza się funkcja stymulacji elektrycznej serca. Urządzenie ma duże zastosowanie u osób, które mają mniej zaawansowaną niewydolność serca i narażone są na większe ryzyko nagłego zgonu sercowego. U osób ze schyłkową niewydolnością serca częstszą przyczyną zgonu jest niewydolność samego serca, aczkolwiek występują również zgony z przyczyn arytmicznych.
Druga grupa urządzeń elektrycznych to urządzenia resynchronizujące. Jeżeli bodziec w sercu przewodzony jest w ten sposób, że komory serca kurczą się asynchronicznie, to możemy dodatkowo odszczepić dodatkową elektrodę stymulujacą lewą komorę serca oraz elektrody do prawej komory serca i przedsionka. Tak złożony układ stymulujący optymalizuje pobudzenie serca. W terapii resynchronizującej możemy stosować urządzenia będące tylko stymulatorem resynchronizującym lub takie, które są stymulatorem resynchronizującym wraz z funkcją kardiowertera- defibrylatora.
Jeżeli niewydolność serca jako pompy narasta niezależnie od naszego postępowania, to w takiej sytuacji, choć nie w każdym przypadku, można zastosować urządzenie wspomagające pracę serca, bądź przeszczepić serce. Jednak te metody mają swoje ograniczenia. Przeszczep jest możliwy, gdy nie ma przeciwwskazań, czyli m.in. nadciśnienia płucnego, uszkodzeń narządowych, niewydolności nerek, wieku powyżej 65 lat, istotnych chorób współistniejących, ciężkiego stanu ogólnego pacjenta.
Wspomaganie serca to kolejna technika stosowana na świecie, która powoli staje się coraz bardziej popularną metodą leczenia w Polsce. Choć niewątpliwie jeszcze kosztowna, to mam nadzieję, że przy szybko obserwowanym postępie i coraz szerszym jej wykorzystaniu będzie szerzej stosowana, oczywiście w odpowiednio dobranej grupie chorych. - Dziękuję za rozmowę.
Szacuje się, że w Polsce w tej chwili na niewydolność serca cierpi ok. 1 mln osób, a w ciągu najbliższych 20 lat ta liczba wzrośnie o jedną czwartą. Wskutek niewydolności serca codziennie umierają 164 osoby, co w ciągu roku daje liczbę 60 tys. zgonów.
W opiece i leczeniu chorych z niewydolnym sercem największe koszty to powtarzające się hospitalizacje. Równie ważny, jeśli nie ważniejszy, jest aspekt ludzki. Częste hospitalizacje pacjenta znacznie utrudniają mu normalne życie i zmniejszają jego komfort. Stąd tak ważne jest skuteczne leczenie farmakologiczne i stworzenie całego systemu opieki nad chorym z niewydolnym sercem, co może przyczynić się do istotnej redukcji hospitalizacji i związanych z tym kosztów.
Optymistycznie należy spojrzeć na leczenie przy pomocy urządzeń wszczepialnych. Gdy zaczynano stosować (1990) kardiowertery – defibrylatory, były one bardzo duże i drogie - dzienny koszt takiego urządzenia wynosił 91 dolarów. W 2005 było to tylko 12 dolarów, a obecnie - 8 dolarów. Teraz jest to urządzenia małe, o długim okresie żywotności i stosunkowo niedrogie.
- Autor: Justyna Hofman-Wiśniewska
- Odsłon: 6034
-
Około 8 mln ludzi w Polsce choruje i cierpi z powodu chorób układu mięśniowo - szkieletowego
-
Co 30 sekund jeden z mieszkańców UE doznaje złamania z powodu osteoporozy
-
Ryzyko zgonu na skutek powikłań złamania szyjki kości udowej u kobiet jest równe ryzyku śmierci z powodu raka piersi
-
U mężczyzn złamania osteoporotyczne powodują większą zachorowalność i śmiertelność niż u kobiet
-
Osteoporoza występuje u jednego na pięciu mężczyzn - częściej niż rak prostaty

